Mam tak monotonne życie, że najciekawszą częścią dnia dla mnie jest spanie. W snach odwiedzam ciekawe miejsca, ludzie są zainteresowani rozmowami ze mną, a kobiety otwarte na flirtowanie. Potem się budzę i wszystko wraca do szarej normy.
Przynajmniej nie mam problemów z brakiem snu :)
Kiedy widzę, że ktoś w internecie popełnił literówkę, sprawdzam, czy dana pomylona litera znajduje się na klawiaturę obok tej właściwej. Jeśli tak jest, to jestem spokojniejsza.
W moim dalszym gronie znajomych wiele osób miało przekonanie, że pracodawcom nie opłaca się zatrudniać młodych kobiet w wieku rozrodczym, bo te zaraz „uciekają” na zwolnienie.
Od kiedy w tym gronie znajomych jedna koleżanka zaszła w ciążę i pracuje, te same osoby twierdzą, że jest głupia i zwolnienie jej się „należy”. Mogłaby odpocząć, zadbać o siebie i dziecko, a pracodawca i tak da sobie radę.
Oliwy do ognia dolał fakt, że koleżanka chce podzielić urlop z mężem i wrócić do pracy na część etatu po urodzeniu dziecka. Dochodzi już teraz do hejtu, że jest nieodpowiedzialną matką i zrobi tym samym krzywdę dziecku, zostawiając je pod opieką ojca.
Cóż, być kobietą w Polsce jest przewalone.
W podstawówce i gimnazjum miałam w klasie koleżankę – wyższą, silniejszą, bardziej wyszczekaną, która w ramach rozrywki lubiła mi czasem ubliżyć. Jej ulubionym wyzwiskiem było „ty świnio ruda”. Nie było przyjemnie, ale trudno było traktować to poważnie, bo ani moje włosy, ani karnacja nie wskazywały na żadną rudość. Prawdę mówiąc, nigdy nie rozumiałam, co takiego strasznego jest w byciu rudym.
Nie mam żadnej traumy z tym związanej, ale zawsze kiedy widzę jej córkę, wpadam w wewnętrzny rechot. Młoda jest wybitnie ruda, ma piegi i co trzeba dodać, jest przy tym bardzo ładną, pewną siebie dziewczynką. Taki nieszkodliwy psikus losu ;)
Jezu, jaka ja byłam głupia. Głupia jak but.
Z partnerem byłam od 6 lat, razem się dorabialiśmy, mieszkaliśmy, mieliśmy wspólne plany. Mi nauka i kariera szla zdecydowanie szybciej, dlatego też w pewnym momencie zarabiałam trzy razy więcej od niego. Żeby go to nie ubodło jako faceta i żeby cały nasz poziom życia się zwiększył, postanowiliśmy, że będziemy mieć wspólne pieniądze. Zgodziłam się przelewać mu 90% wypłaty na konto i dzieliliśmy się jego kartą, gdy w grę wchodziły zakupy, naprawy itp. Głównie on dysponował pieniędzmi, bo ja mam dosyć lekka rękę do nich, a chcieliśmy odkładać na wesele. Udawało się coś tam oszczędzać, komitywa szła dobrze.
Teraz, po 10 latach razem, pół roku przed ślubem, zaproponowałam, aby upoważnił mnie do konta. Mamy tam wspólne pieniądze, chcemy kupić jakąś nieruchomość i chciałam, żeby na papierach było, że poszło to z NASZYCH pieniędzy. Co usłyszałam? Nie. Bo to JEGO konto. W ciągu ostatniego roku jego sytuacja finansowa się poprawiła i zarabiał więcej ode mnie, więc pomyślałam, że to oczywiste, że może mieć tam też swoje oszczędności. Zaproponowałam zatem, żeby przypisał mnie tylko do jednego rachunku. Nie i koniec. Dodał, że ja to nie mam żadnych oszczędności, bo wszystkie pieniądze, które przez lata przelewałam na nasze konto, szły na opłaty i życie. Zażądał też intercyzy.
Czuję się, jakby trochę grunt się pode mną zapadł. Już nie chodzi o pieniądze, to sprawdza drugorzędna. Chodzi o to, że mój przyszły mąż, najlepszy przyjaciel i osoba, którą przez lata sponsorowałam oszukała mnie na hajs. I to gruby hajs.
Sytuacja miała miejsce dwa dni temu i nadal zbieram myśli. Umówiłam się do prawnika. Chcę wyciągnąć od niego pieniądze, które przez lata przelewałam na jego konto. Zastanawiam się nad ślubem. Myślę o terapii. Chcę mu uświadomić, że w jakiejś części dzięki mnie mógł robić szkolenia, rozwijać bez presji karierę, bo miał na to środki.
Wiem, że nie lubicie apeli, ale nie dajcie się oszukać tak jak ja. Nieważne, czy chodzi o matkę, wuja, brata czy męża – na wszystko kwity i zero litości, jeśli chodzi o pieniądze.
Właśnie siedzę w przychodni, w kolejce do ginekologa. Czas się dłuży, wieje nudą, więc po przeczytaniu nowych wyznań na tej stronie, troszkę się rozejrzałam po pacjentkach. Jedna z nich bacznie obserwowała drugą, siedzącą niedaleko mnie. Miała dziwny wyraz twarzy, dlatego mnie zainteresowała. Jak już ta druga, co bliżej mnie siedzi, wstała... Okazało się, że ubrudziła krwią krzesło.
Wszyscy udają, że nic się nie widzą. Wstałam, poszłam do łazienki i po prostu to wytarłam. Sama zastanawiałam się: „A właściwie po co to robię?”. Doszłam do wniosku, że chyba dlatego, żeby ta pani się nie wstydziła, kiedy już wyjdzie z gabinetu. Poza tym ona chyba jest w ciąży... a ja sama niedawno tak krwawiłam.
Kiedy czuję się beznadziejnie i bezsilnie, włączam sobie film podsumowujący karierę Adama Małysza z wzruszającym komentarzem Szaranowicza, a potem piosenkę „Zwycięstwo (dla Adama Małysza)” zespołu Golec Uorkiestra.
Nic mnie bardziej nie podnosi na duchu i nie daje większej motywacji.
Kilka dni temu wypłynęła rozmowa z moim chłopakiem (jesteśmy ze sobą już 2 lata) o jego poglądach. Mianowicie mówi, że jest estetą. Co się za tym kryje? Mówi, że wolałby być z dziewczyną ładną, a głupią, bo jeśli byłaby brzydka, ale supermądra, to nie miałaby szans. Wstydziłby się z nią pokazać gdziekolwiek.
Olałam temat, ale dziś mimochodem powiedziałam, że skoro jest takim estetą, to jak urodzę dziecko i będę mieć rozstępy i obwisły biust po karmieniu, to będzie musiał sobie znaleźć kogoś młodszego. Spojrzał na mnie i odpowiedział: „No tak...”.
Jestem blondynką z dużym biustem i to ja jestem stereotypem głupiej, mimo że skończyłam politechnikę. Niestety... To mój chłopak ma mózg jak tic tac.
To był rok 2010, miałem wtedy 19 lat. Niestety los pokarał mnie tym, że wychowywałem się w dosyć ubogiej rodzinie (mama sprzątała ulice, tata był na rencie), a jako że było nas troje, to niestety żyliśmy skromnie. Marzyłem wtedy, żeby pójść na dobre studia, później do dobrej pracy i wyjechać do jakiegoś dużego miasta typu Warszawa czy Wrocław, żeby raz na zawsze wyjść z tej nory. Oczywiście to nie było możliwe, no bo gdybym np. wyjechał na studia do Warszawy, to z czego niby miałbym się tam utrzymać? Ogólnie cały plan, który miałem w wieku 19 lat, nie był niestety możliwy do zrealizowania. Nie miałem za to zbyt wielu możliwości, żeby z biedy wyjść, jedyną opcją, jaką w tamtych czasach widziałem, był zmywak w Anglii, no bo w Polsce nie były to zbyt ciekawe czasy, szczególnie jeżeli mieszkało się we wschodniej Polsce. Tylko znowu nie za bardzo chciałem do tej Anglii jechać, no bo to obce państwo, język też mizernie znałem. Udało mi się po jakimś czasie znaleźć pracę w jakimś małym sklepie, jak się można domyśleć, zarobki oszałamiające nie były, zarabiałem wtedy około 7 zł/h. Nadziei zatem miałem coraz mniej, że tutaj cokolwiek będę w stanie osiągnąć.
Sześć miesięcy popracowałem i rzuciłem tę nędzną pracę w sklepie. Zdecydowałem się wtedy na ryzykowny krok – na wiosnę roku 2011 wyjechałem do Warszawy, można powiedzieć, że praktycznie z pustymi rękami. Szybko, bo po tygodniu udało mi się znaleźć pracę, niestety na rękę dostawałem niecałe 1500 zł. Przez pierwszy miesiąc byłem zmuszony mieszkać w samochodzie, ale w kwietniu na całe szczęście udało mi się wynająć pokój w miarę sensownej cenie, ale i tak, jak się można domyśleć, pensja pozwalała jedynie na przeżycie. Czy chciałem tak żyć? Oczywiście, że nie.
Skoro uczciwie i moralnie nie dało się zarobić, to postanowiłem zarabiać w trochę inny sposób. Zacząłem się ogłaszać na internecie, oferując usługi striptizera – czy to na jakichś wieczorach panieńskich, czy innych imprezach. Wiedziałem oczywiście, że robię coś złego, ale jak po tygodniu dostałem pierwszy telefon od jednej pani, która chciała mnie wynająć na swój wieczór panieński i zapłacić mi za to aż 800 zł za jeden właściwie wieczór, to bardzo szybko zapomniałem, co to znaczy moralność. Później dostawałem coraz więcej propozycji, pozwoliły mi one rzucić nędzną pracę i zarabiać w dobrych miesiącach nawet i 6-7 tys. zł, w słabszych może około 3-4 tys. zł. Na tamte czasy to był i tak spory hajs. Udało mi się żyć godnie, robiąc niegodne rzeczy. Skończyłem z tym dopiero w 2018 r., za zarobione pieniądze udało mi się wybudować dom i otworzyć swój własny mały biznes.
Czy teraz żyję godnie? Teraz tak, ale do dzisiaj mam pewne wyrzuty sumienia, jak musiałem się poniżać momentami, żeby dojść do tego, co mam teraz.
Wstydzę się tego, że mam większe libido niż mój mąż. I tak było od zawsze, nigdy sam nie zainicjował, od 5 lat proponuję wszystko tylko ja... Inne muszą się tłumaczyć bólem głowy, a ja dałabym wszystko, żeby tylko mój zachciał pierwszy. Niby błahe, ale przez kilka lat zaczyna to być uciążliwe. :(
Czuję się w jego oczach mało atrakcyjna.
Dodaj anonimowe wyznanie