W rodzinie i wśród znajomych razem z mężem jesteśmy uważani za idealną parę, parę, która dzieli obowiązki, zwłaszcza w wychowywaniu dzieci.
Dzieci mamy dwójkę, obecnie sześć i siedem lat.
Odkąd dzieci skończyły odpowiednio rok i dwa lata, w każdą niedzielę na zmianę jedno z nas zabiera dzieci albo do sali zabaw, albo na przejażdżkę rowerową lub w inne miejsce, wiele zależy od pogody – tak, by drugie miało kilka godzin odpoczynku, odpoczynku całkowitego, bez żadnych obowiązków domowych i rodzinnych.
Ja lubię ten czas poświęcić na gorącą godzinną kąpiel w wannie, a później leżenie na kanapie i bezmyślne klikanie w telefon, mąż, gdy jego jest wolna niedziela, wychodzi powłóczyć się sam po mieście. Moje koleżanki dopytują, jak to wywalczyłam (również fakt, że na zmianę gotujemy, sprzątamy czy robimy pranie). Moja odpowiedź? Że wszystko mieliśmy przedyskutowane przed ślubem, że jak któreś z nas ma jakieś obiekcje, to rozmawiamy – wiecie, tacy z nas kulturalni i inteligentni ludzie.
A prawda?
A prawda jest taka, że jak dzieci były małe i nie dawałam rady, zostawiłam męża samego z dziećmi i wyjechałam do rodziny na tydzień, wybrałam czas, jak teściowa będzie w sanatorium, by zrozumiał ogrom pracy przy dzieciach. Gdy wróciłam, były krzyki, płacz, a dopiero później rozmowa i kompromis.
Ale tego nikomu nie powiemy, bo my „tacy kulturalni ludzie” jesteśmy.
Mam 27 lat, mam trójkę dzieci z poprzednich związków. Chcę poznać mężczyznę, który zadba o mnie i dzieci, a ja będę się zajmować domem. Niestety żaden mężczyzna nie chce takiej relacji, szukam przede wszystkim bezdzietnego singla, a nie tatusia z dziećmi i kontaktem z matką jego dzieci. Mężczyzna powinien mi zapewnić wszystko, a ja zaopiekuję się naszym domem.
Gdzie poznam takiego mężczyznę?
Bardzo marna prowokacja, aż się uśmiałam. Było jeszcze napisać, że ów bezdzietny singiel ma mieć wygląd 10/10, posiadać wypasioną willę z basenem i zarabiać miesięcznie co najmniej kwotę sześciocyfrową.🤣
Spowodowałam wielką konsternację i szok w rodzinie mojego męża.
Zawsze miał znamię na klatce piersiowej na mostku. Od dziecka. Są zdjęcia znad morza jego jako dziecko, gdzie widać, że to ma. To znamię było stałym elementem jego życia. Do czasu, aż mu je umyłam i zeszło. Cała jego rodzina z całej Polski, od Gdańska po Rzeszów się zjechała, by to obejrzeć. Część z nich uważa mnie za wiedźmę. Nie wiem, czy jako żart, czy na serio. Mydło i szczotka, nic więcej. Chłop 30 lat!
Mam naście lat, partnera i jestem szczęśliwa, ale dobija mnie moja otyłość, z którą jednocześnie nie umiem nic zrobić. Nienawidzę siebie za to.
Kocham jeść, kocham słodycze.
Kiedy miałam 19 lat, trafiłam do psychiatryka po próbie. To było jakieś 11 lat temu.
Trafiłam na psychiatrów, którzy znęcali się psychicznie nad pacjentami. Przychodzili do nas jak do zwierząt i faszerowali lekami. Poniżali pacjentów. Traktowali nas, jakbyśmy byli śmieciami. Jak kiedyś się odezwałam, że powinniśmy zamienić się miejscami i ja zapytam ich, jak się czują, to nafaszerowali mnie takimi lekami, że nie mogłam po nich wstać z łóżka.
Prowadząca mnie psychiatra przy pierwszej wizycie u niej w gabinecie krzyczała na mnie i kazała ściągnąć spodnie, by zobaczyć moje blizny na nogach.
Najgorsza jednak okazała się psycholog, która powiedziała, że za mało się chyba starałam, skoro jestem tutaj w psychiatryku. Spotkało mnie tam piekło. Od strony lekarzy i pacjentów. Chciałam umrzeć jeszcze bardziej. Doświadczyłam tam dna emocjonalnego. Zobaczyłam, jak dla systemu jestem śmieciem.
Od tamtego czasu minęło 11 lat. Rok temu byłam w psychiatryku, potem na oddziale psychosomatycznym. Znowu będę iść do szpitala. Jest trochę lepiej niż kiedyś. Nadal nas faszerują lekami, to się nie zmieniło, ale lekarze są mniej patologiczni i czasami można trafić na kogoś naprawdę dobrego. Gorzej z pacjentami.
Czy sobie z tym poradziłam? Sądzę, że to piekło zostało w mojej podświadomości, a ja to wyparłam. Moi rodzice to alkoholicy, już wcześniej byłam straumatyzowana, potem szkoła i doszedł jeszcze szpital. Jestem niepełnosprawna. Zdiagnozowano u mnie podejrzenie schizofrenii prostej. 11 lat leczono mnie na depresje, błędna diagnoza i leki.
Jestem w stanie wiele wytrzymać, ale ile można? Biorę leki, jest trochę lepiej. Ale czasami nadal fantazjuję o śmierci.
Co by było, gdyby...?
Moja relacja z mamą nigdy nie była dobra. Nie kocham jej, nawet jej nie lubię jako człowieka. Miewa dobre momenty, daje mi dach nad głową, jedzenie i pomaga jak może, ale nigdy nie czułam od niej tego, że mnie kocha. Czasem mam wrażenie, że ona nawet nie lubi być matką.
Na początku roku trafiła do szpitala, musiała przejść operacje usunięcia woreczka żółciowego, jak wyszła, to wszyscy wokół niej skakali i byli mili, robiliśmy wszystko, żeby doszła do siebie.
Czasem zastanawiałam się, co by było, jakbym ja trafiła do szpitala. Czy by się przejęła? Czy byłaby milsza? Czy przyjechałaby?
Miałam okazję się przekonać w tym tygodniu. Trafiłam na SOR z bólem brzucha, po badaniach wyszło, że mam kamienie w woreczku żółciowym, więc to samo co ona na początku roku. Trafiłam na oddział, w środę była operacja. Ona „nie mogła” przyjechać, bo była w pracy. Przyjechała moja babcia, za co jestem jej wdzięczna. Powiedziała mi jednak coś, co sprawiło, że przekonałam się, iż praca to była tylko wymówka. Cytując: „Po co będziesz jechać, ona i tak będzie spała cały dzień”. Moja babcia jej odpowiedziała: „Ciekawe, jak byś ty się czuła, jakby do ciebie nikt nie przyjechał”.
Nie wspomnę już o tym, że nawet jak byłam w szpitalu, to potrafiła się czy to telefonicznie, czy osobiście czepiać o głupoty, a jak wróciłam, to już w ogóle nie mogła się powstrzymać.
I wiecie co? Ja naprawdę chciałabym ją kochać, zrozumieć, że ma też inne rzeczy na głowie, ale... Tu się przejawia zwykła ludzka empatia do drugiego człowieka, już nie mówiąc, że empatia i szacunek do własnego dziecka.
Mam 20 lat. Od kilku miesięcy moi rodzice, ja i 74-letnia babcia przeżywamy piekło z moim 49-letnim wujkiem (starszym o 10 lat bratem mojej mamy). Mój dom jest podzielony na dwie części z osobnymi wejściami: w pierwszej mieszkam ja z rodzicami, w drugiej wujek z babcią.
Wujek od młodości miał bardzo burzliwe życie. W 1997 roku w wieku 20 lat został ojcem z dziewczyną poznaną jeszcze w podstawówce, która nie miała wtedy skończonych 16 lat. Zanim ukończyła 18 lat, była w ciąży trzykrotnie. Ostatecznie doczekali się piątki dzieci (dziś mają od 20 do 29 lat). Ich małżeństwo od początku było pasmem nieszczęść: wszechobecne pijaństwo, karczemne awantury wszczynane przez lata, ciągłe interwencje policji i niebieskie karty. W 2017 roku po jednej z takich burd żona w końcu spakowała mu rzeczy i wystawiła za drzwi, a w 2018 roku rozwiodła się z nim i zażądała alimentów. Wujek wrócił do naszego domu, gdzie początkowo był całkowicie zamknięty w sobie, ale w miarę spokojny.
Wszystko zmieniło się diametralnie w maju 2026 roku. Wyszło na jaw, że wujek nigdy nie płacił alimentów, przyszedł mu list z długiem sięgającym kilkudziesięciu tysięcy złotych. Porzucił legalną pracę, musiał usunąć konto w banku i zaczął pracować na czarno. Do tego jego była żona (której w wieku 45 lat nie w głowie było rezygnowanie z małżeństwa) wyszła za mąż. Za jego najlepszego przyjaciela ze szkolnej ławki, który latami mieszkał z nimi pod jednym dachem i namawiał ją do odejścia od wujka.
Od tamtej pory wujek stał się tykającą bombą emocjonalną. Pije i bez przerwy wszczyna piekielne awantury. Początkowo dręczył babcię, a gdy ja z mamą i tatą stajemy w jej obronie, agresja przechodzi bezpośrednio na nas. Dom dosłownie dudni od wrzasków, siarczystych wulgaryzmów, trzaskania drzwiami, rzucania przedmiotami i tupania w podłogę.
Sytuacja drastycznie eskalowała we wrześniu, gdy po zdecydowanym sprzeciwie naszej rodziny uśpiono ich 15-letniego psa, który krztusił się od dwóch lat. Od tej pory wujek zgotował nam codzienny terror psychiczny. Stoi godzinami pod ścianą i podsłuchuje nasze prywatne rozmowy, a potem złośliwie szydzi z tego, co powiemy, lub robi gigantyczną awanturę, gdy rozmawiamy na jego temat.
Kiedy we wrześniu dopadła mnie ciężka grypa i mocno kaszlałem, wujek stał tuż za ścianą i ostentacyjnie przedrzeźniał każdy mój kaszel.
Kiedy wracam z zakupów do domu, a wujek pali w oknie, nagle w moją stronę leci krzyk przez okno: „Co się k***a gapisz?!” lub inne ordynarne uwagi pod moim adresem.
Czujemy się jak więźniowie we własnym domu. Boimy się wezwać policję, bo obawiamy się, że jego agresja jeszcze bardziej wzrośnie. Nie wiemy, jak zmusić tego starego, siwego dziada do opamiętania się, jak ukrócić jego toksyczne zachowanie i odzyskać wreszcie święty spokój.
Randki po 30. to porażka.
Te normalne już zajęte, zostały samotne matki, akurat mnie takie rzeczy nie kręcą, jak ktoś lubi, jego sprawa.
A te wolne, bez dzieci, mają tak zryte głowy przez sociale, że nie można z nimi niczego zbudować. Bo one mają granice, bo ma być tak, jak one chcą, zero kompromisów.
A przecież w związku trzeba iść na kompromisy, tyczy się to obu stron.
Chore czasy, powinien być zakaz socialu i tych głupich influ mentorek, które gadają głupoty, bo to się klika, a kobiety łykają wszystko.
Rzeczywiście czas zapoznać się z rynkiem Azji Wschodniej, już nawet Ukrainka lepsza.
Jestem tak rozjechana psychicznie, że odczuwam poczucie winy po tym, jak odmówiłam randki koledze z pracy bo mam z mężem rocznicę ślubu. Najgorsze jest to, że on jest alkoholikiem i kompletnie nic nie robimy z okazji rocznicy i chyba naprawdę wolałabym ten czas spędzić miło w towarzystwie kogoś innego. Kogoś, kto nie będzie spał pijany.
Mieliśmy z 10 lat. Czwarta klasa szkoły podstawowej. Ja i mój kolega spędzaliśmy przerwę, grając na telefonie w gierki, aż tu nagle przeszła obok nas koleżanka z klasy i zapytała, czy przygotowani jesteśmy na kartkówkę. My popatrzyliśmy na siebie i prawie równocześnie zapytaliśmy, o jaką kartkówkę jej chodzi. „No przecież na ostatniej lekcji pani zapowiadała” – odpowiedziała koleżanka i odeszła. Od razu przystąpiliśmy do opracowywania planu uniknięcia pisania kartkówki. Na pewno nie wchodziło w grę to, by pojawić się na lekcji. A przynajmniej nie na pierwszych 15-20 jej minutach. Najlepszą opcją było schowanie się gdzieś na ten czas. Toaleta? Zbyt oczywiste, od razu by nas tam nauczycielka znalazła. Bufet? Nie przejdzie. Wpadliśmy więc na pomysł piwnicy. Tam nauczyciele nie schodzą, a kręcące się tam panie sprzątające raczej nie powinny zwrócić na nas uwagi, nie w kryjówce, którą wybraliśmy.
Piwnica składała się z dużej hali, na której końcu było rozgałęzienie. Skręcając w prawo, można było trafić do szatni, wybierając ścieżkę w lewo natomiast, trafiało się na korytarz, na którego końcu były stare ławki, krzesła oraz kilka materacy. Dzięki odpowiedniemu ułożeniu tych przedmiotów mogliśmy się ukryć na amen, szczególnie że panie sprzątające tam nie zaglądały. Wraz z kolegą usadowiliśmy się w kryjówce i zaczęliśmy grać na telefonach. Postanowiliśmy, że spędzimy tu całą lekcję, by uniknąć sytuacji, w której na sam koniec zajęć pani kazałaby nam napisać jednak tę kartkówkę. Przez pół godziny z przyjemnością siedzieliśmy w naszej prowizorycznej kryjówce, ciesząc się, że udało nam się uniknąć kartkówki i przechytrzyć nauczycielkę. Nagle jednak zaczęły się problemy. Kolega wyszeptał do mnie, że musi iść do łazienki. Oczywiście powiedziałem mu, że nie ma opcji, bo nas wtedy zobaczą, i że musimy pozostać w kryjówce aż do końca lekcji i wtedy będzie mógł pójść. Po pięciu minutach kolega powiedział, że naprawdę bardzo pilnie musi pójść do łazienki. Odpowiedziałem, że za dziesięć minut będzie przerwa i musi jeszcze wytrzymać, bo nasz plan nie może pójść na marne. Po upływie dziesięciu minut usłyszeliśmy dzwonek na przerwę. Wyskoczyłem i krzyknąłem: „Zwycięstwo!”, ciesząc się z przechytrzenia naszej pani. O wiele mniej euforycznie zareagował mój kolega, który skulony siedział pod ścianą. Zapytałem go: „Nie cieszysz się? Uniknęliśmy kartkówki! Wygraliśmy!”. Odpowiedział cicho: „Cieszę się”. Po chwili poczułem brzydki zapach w powietrzu i zrozumiałem, jaką cenę mój kolega zapłacił za odniesienie tego zwycięstwa...
Może i wrócił do domu z brudnymi majtkami, ale za to bez jedynki w dzienniku.