Ta, która dawała mi szczęście, dziś jest mą udręką. Mam wszystko, czego kiedyś chciałem, a nie jestem szczęśliwy.
Żonę znam tak długo, jak z nią jestem, ostatnio minęło 6 lat. Zawsze nam się układało, nie było większych konfliktów i te wady co ja w sobie sam widziałem, jej nigdy nie przeszkadzały. Bardzo długo byliśmy szczęśliwi, po ślubie zamieszkałem w jej rodzinnym domu wraz z teściami, każdy zajmuje osobne piętro i mogę rzec, że z jej rodzicami bardzo dobrze się dogaduję, a ostatnio na pewno lepiej niż z nią. Teraz mamy dziecko, które obecnie daje mi chyba najwięcej radości, ale są momenty, gdzie zostaję dobity do ziemi przez żonę i odechciewa mi się dosłownie wszystkiego. Otóż moja żona zaczęła krytykować dosłownie każdy aspekt mojego życia.
Zacznijmy od pracy. Jestem na stanowisku menadżerskim, ale w średniej firmie (70 osób), moje zarobki są dość przyzwoite, choć moja praca bardzo często mnie irytuje i niestety ciągnie się czasami do domu (czasem trzeba odebrać telefon, zalogować się tu i tam i podjąć jakąś decyzję). Oczywiście moja żona krytykuje wszystko w mojej pracy, od tego, jak nasza firma jest zarządzana, mojego przełożonego, moich podopiecznych i to, że za dużo wysiłku wkładam w swoją pracę (nie chodzi, że po pracy).
Idziemy dalej, czyli koledzy. Żaden z moich kolegów nawet nie dorasta jej do pięt (według niej oczywiście) i wszyscy są albo oblechami, albo debilami. Jak uda mi się wyrwać na jakąś kulturalną domówkę do jednego z nich raz na ruski rok, to jest dobrze, nie wspominając o zapraszaniu ich do siebie. Oczywiście ja nie powinienem na nich tracić czasu.
Hobbistycznie gram w gry, a raczej grałem, bo po każdej dłuższej sesji na komputerze lub konsoli dostaję kazanie, jak to się zachowuję jak dziecko i jestem niedojrzały, a gry, w które gram, są dla 15-latków. Kiedyś grałem też z kolegami online, ale to też ukróciła, bo „grałem sam do siebie przez komputer”. A jeszcze kilka lat temu nie miała nic przeciwko, ba, nawet był to dla niej plus, że ona też będzie miała czas na swoje serialiki, jak będę sobie grał.
Dziecko, którym, nie ukrywam, ona zajmuje się lwią częścią dnia, też może być powodem do krytyki mojej osoby. Ja uważam, że dziecko owszem, potrzebuje czułości, wspólnej zabawy, tańca itp., ale jak ono poznaje świat i porusza się samo po domu lub podwórku, to nie trzeba ciągle za nim łazić i patrzeć, czy nie zrobi sobie krzywdy. Owszem, przewróci się, uderzy w róg, ale się nauczy, tylko że jak dziecko przy mnie płacze, to ja jestem ten zły.
Podsumowując, nie wiem, co mam robić ze swoim życiem, jak wracam z pracy do domu. Na każdym kroku czeka na mnie toksyczna żona, z którą kiedyś byłem szczęśliwy i się prawdziwie kochałem. A ja chcę tylko zapewnić spokojną przyszłość mojej rodzinie.
Jestem już w wieku średnim, stosunkowo dobrze mi się wiedzie, przeszłam bardzo wiele. Opowiem Wam o czymś, co do dziś mnie smuci.
Rodzina. Zadziwiające, że najbliżsi potrafią tak wpłynąć na nasze życie. Mama moja to kobieta prosta i bardzo uparta. Wręcz taka pani Dulska. Mój ojciec nie żyje, za życia był także bardzo prostym człowiekiem, który bardzo lubił wódkę. Jest jeszcze brat – dużo ode mnie starszy – mamusi syneczek, hołubiony i wychwalany, zawsze odnosił się do mnie z pogardą.
Po latach trudnej sytuacji i szukania swego miejsca w świecie, gdy przeszłam przez bezdomność, brak pracy, poniżanie i psychiczne znęcanie przez męża, stanęłam na nogach. Sama. Bez pomocy znajomych czy rodziny. Teraz, gdy sytuację mam spokojną i stabilną, widzę, że matka nie jest zadowolona z tego, że to ja osiągnęłam wreszcie stabilizację, a nie mój brat. Kiedy z czegoś się cieszę, zaraz słyszę ironiczne komentarze matki.
Całe szczęście, że mieszkam od nich daleko i rozmawiamy tylko przez telefon. Ale i tak przykro.
Tak się zastanawiam: czy możliwy jest poważny związek pomiędzy 36-latkiem (mną) a 18-latką?
Czuję do tej dziewczyny miłość, ale pomieszaną pomiędzy miłością ojcowską i miłością do kobiety.
Wiem, że to nie jest do końca naturalne, ale byłbym chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdybym mógł zdobyć się na odwagę i powiedzieć jej o uczuciach.
Gdy chodziłam do czwartej może piątej klasy podstawówki, mieliśmy lekcję o nowotworach. Pani wspomniała o nowotworze piersi i o tym, że kobiety często na niego chorują, dlatego powinny sprawdzać co jakiś czas, czy nie wyczuwają guzów.
Pewnego pięknego dnia podczas kąpieli i mycia klatki piersiowej wyczułam – OLABOGA – guza! Przypomniała mi się lekcja przyrody, więc gdy skończyłam się myć, najpoważniejszym głosem, jakim potrafiłam, przełykając łzy, powiedziałam: „Mamo, mam nowotwór piersi i mogę umrzeć. Ale nie martw się, w niebie będzie mi dobrze...”.
Mama popatrzyła na mnie z politowaniem, a ja kazałam jej sprawdzić, jeśli mi nie wierzy. Sprawdziła. To nie był nowotwór. Rosły mi piersi.
Nie mam traumy, ale mam nadzieję, że tego nie pamięta.
Trzy miesiące temu odeszła moja mama, po kilku latach walki z rakiem. Był to ciężki okres dla mnie. Mieszkam najbliżej rodziców, siostra mieszka daleko, przyjeżdża raz na rok. To na mnie spadła opieka nad mamą, bo ojciec sam nie dawał rady, do tego musiałam też zająć się domem i dwójką dzieci, 5-letnią córką i 9-miesięcznym synkiem. Mało spałam, nie jadłam, ciągle w biegu. Mąż pomagał, jak tylko mógł, ale też musiał pracować. Mama bardzo cierpiała, dlatego po jej śmierci, mimo bólu po stracie bliskiej osoby, poczułam ulgę, że już nie cierpi, że już nic jej nie boli. Jednak mój spokój nie trwał długo.
Kupiliśmy z mężem dom do wykończenia, wprowadziliśmy się niedługo po zaręczynach, a zaraz po ślubie zaszłam w ciążę.
Tata został sam. Jest to człowiek o trudnym charakterze. Kiedyś pił... duuużo pił. W zasadzie to dzień w dzień chodził pijany. Nie bił, nie awanturował się, ale wykańczał nas psychicznie. Jako dziecko bałam się go. Bałam się własnego ojca. Dopiero kiedy śmierć zajrzała mu w oczy, opamiętał się. Już nie pije, ale boję się, że po śmierci mamy zacznie...
Rodzina napiera teraz na mnie, że ja powinnam dochować ojca. Że powinnam go wziąć pod swój dach. Jestem u niego średnio co drugi dzień, zrobię zakupy, coś ugotuję na zapas, włożę do lodówki, coś posprzątam, wstawię pranie... Ojciec tego nie potrafi, nie był tego nauczony, obowiązki domowe ogarniała mama. Staram się, jak mogę, ale mam też swoją rodzinę!! Jak córka była chora, nie wychodziłam z domu trzy dni, przez co nie byłam u taty, co skończyło się telefonami od rodziny z pretensjami.
Mój mąż nie chce nawet o tym słyszeć, że tato miałby zamieszkać z nami, bo wie doskonale, jak to się skończy... Mama skakała koło niego, wszystko miał podstawione pod nos. Nic nie zrobił sam, nawet czystej koszulki z szafki nie wyjął, wszystko mama. Irytowało mnie to. Do tego jego ciężki charakter... Typ dyktatora, wszystko miało być tak, jak on chce, NIKT nie miał racji, tylko on. Dlatego, mimo że u rodziców było wystarczająco dużo miejsca, żebyśmy tam mogli zamieszkać, wybraliśmy kredyt i kupiliśmy dom, jednak na tyle blisko, żebym w razie potrzeby mogła podjechać. Kiedy przyjeżdżam z dziećmi, to cieszy się przez 15 minut, bo później dzieciaki zagłuszają mu ulubiony program z TV i już jest awaria.
Mam dom, w którym robię, co chcę, moje gniazdko, w którym czuję się bezpiecznie i pewnie wyleje się na mnie fala hejtu, bo przecież to jest ojciec, a ojca trzeba szanować, ale... ja go nie chcę u siebie!! Po prostu nie chcę, mieszkałam z nim prawie 25 lat i wiem, jakim jest człowiekiem. Bardzo często odwiedzałam rodziców, jak mama zachorowała, byłam tam prawie codziennie, żeby jej pomóc, bo ojciec się do tego nie kwapił. Moja córka jest bardziej samodzielna niż on... Co mam zrobić?
Bardzo brakuje mi pewności siebie.
Nie umiem przyjmować komplementów ani pochwal w pracy. Jak słyszę: „Dobra robota”, uśmiecham się i dziękuję, ale moje mięśnie napinają się, jakby czekały na uderzenie, jakby zaraz za tą pochwałą miało iść „ale... następnym razem przyłóż się bardziej”.
Najgorsze, że utrudnia mi to pracę. Na moim stanowisku muszę czasem tupać nogą albo wykazać trochę stanowczości i postawić na swoim. Tymczasem ja... no jestem miękką fają, inaczej tego nie nazwę.
Ktoś wie, jak sobie z tym poradzić?
Może to trochę głupie, ale od 3 lat prześladuje mnie jedna sytuacja.
Będąc w galerii i czekając na film, musiałem pójść skorzystać z toalety.
Dwie ważne informacje:
1. Ze względów zdrowotnych muszę korzystać z kabiny.
2. W sytuacjach, takich jak nagłe wyrwanie mnie z chwili relaksu, strasznie się stresuję. Mój mózg wywala system i zaczynam gadać głupoty.
Dlaczego to ważne?
Otóż gdy byłem w kabinie, giga zrelaksowany po 5 godzinach trzymania, nagle ktoś zapukał w drzwi i zapytał, czy wolne. Mój mózg dostał laga i odpowiedziałem: „Tak, zapraszam” ...
Po tym siedziałem jeszcze z 20 minut w kabinie, żeby mieć pewność, że ta osoba już sobie poszła. Potem, ze wstydem, poszedłem na film, z którego nic nie pamiętam, bo cały czas myślałem o tym, co się wydarzyło.
Zdradzam męża, ale niestety nie to jest najgorsze. Zakochałam się w kochanku. Mam w głowie okropny bałagan, bitwę emocji. Moje małżeństwo nie ma sensu, nic nie ma sensu. Wypaliłam się jako żona. Powinnam mieć okropne wyrzuty sumienia, a ja ich nie mam. Nigdy żaden mężczyzna, i nie mówię tu o mężu, nie doprowadzał mnie do takiego stanu. Czuję się przy nim jak nastolatka, czuję, jakby on wyprzedzał każdą moją myśl i wiedział, czego pragnę. Nigdy żaden facet tak na mnie nie działał. Dostrzegłam jak szare i beznadziejne stało się moje życie, praca, obowiązki domowe, seks od niechcenia raz w tygodniu. Zdradzam, ale nie jest to do końca moja wina, mąż ciągle pracuje, nie poświęca mi czasu, a ja nie jestem samowystarczalna. Cały dzień nie ma go w domu, a kiedy przychodzi, to otwiera piwo i nic go nie interesuje, bo on jest zmęczony. Zmienił się. Tęsknię do czasów, kiedy nie mieliśmy nic, ale za to potrafiliśmy iść do łóżka kilka razy dziennie.
Chciałam odejść, ale mój kochanek nie widzi we mnie swojej kobiety. On chce tylko fizycznych przyjemności. Ja też na początku chciałam tylko tego, ale wraz z upływem czasu zakochałam się w nim. Chciałam z nim być, chciałam odejść dla niego od męża, próbowałam go w sobie rozkochać. Nic mi się nie udało, nawet życie zawodowe to porażka. Praca za minimalną krajową od zawsze. Nie byłabym nawet w stanie sama się utrzymać, a przecież nie mam 20 lat, żeby żyć na wynajętym pokoju ze studentami.
Kiedy jesteśmy razem, przepełnia mnie szczęście, cieszę się tymi chwilami, cieszę się tym, jak mnie dotyka i całuje, jak do mnie mówi. Jesteśmy idealnie dobrani fizycznie i emocjonalnie, działamy na siebie jak przyciągające się magnesy. Kiedy od niego wychodzę, ogarnia mnie smutek. Zaczynam rozumieć, że to wszystko jest na chwilę, że on chce tylko zabawy, a ja przez to cierpię. Mimo że to wszystko wiem, nie potrafię przerwać tego błędnego koła. Wracam do domu i czekam na męża. On nie potrafi już ze mną rozmawiać, nie interesują go moje problemy, nie interesuje go, co robiłam cały dzień. Jedyne czym się interesuje, to co mu zrobiłam do jedzenia i czy nie zapomniałam kupić piwa. Nie lubię już, kiedy mnie dotyka, robię to, żeby jak najszybciej skończył, obrócił się plecami i poszedł spać. Szukam sobie innych zajęć, kiedy razem mamy wolne dni, sprzątam, gotuję, robię wszystko, byleby być zajętą. Wolę, żeby w weekend szybko się napił i poszedł spać, nie chce mi się z nim siedzieć wieczorami.
Piszę to wszystko i sama nie wierzę, jak koszmarne stało się moje życie. Jestem nieszczęśliwa i nie potrafię nic zrobić, żeby to zmienić.
Kiedy miałem jakieś 8-9 lat, zacząłem chodzić na orlik ze starszymi znajomymi. Graliśmy zawsze około 8-9 rano. Był dosyć daleko od mojego domu, więc droga w jedną stronę zajmowała jakieś 30 minut.
Pewnego razu, kiedy doszedłem na miejsce, poczułem rewolucję żołądkową w jelitach, więc przeprosiłem kolegów, powiedziałem, że się źle czuję i poleciałem do domu. Niestety nie udało mi się dobiec i tuż pod domem popuściłem. Wszedłem do domu w ufajdanych dżinsach (nic nie było widać), wleciałem czym prędzej do łazienki i się obmyłem. Ale został problem spodni. W końcu nie mogłem wyrzucić ich do śmieci po prostu, bo ktoś by znalazł i by się śmiali ze mnie, a wtedy mnie to ruszało. Więc zapakowałem je do torby sportowej i poleciałem na sąsiednią dzielnicę, gdzie były altany śmietnikowe. Pech chciał, że akurat dzień wcześniej zamontowali tam kłódki i nie dało się nic wyrzucić bez klucza. No i zdesperowany nie wiedząc, co zrobić, wrzuciłem te spodnie do zielonego kontenera, który okazał się zbiórką odzieży dla biednych dzieci...
I nawet teraz po latach mi wstyd, więc przepraszam tego, kto to znalazł.
Moim pierwszym wspomnieniem jest lanie. Nie pamiętam dokładnie, ile mogłem mieć lat, ale ledwo co sięgałem głową do stołu, z którego chciałem ściągnąć kawałek ciasta urodzinowego mojej siostry. Ojczymowi się to nie spodobało, odepchnął mnie, a potem kopnął. Zapłakany podczołgałem się pod ścianę i zacząłem wołać mamę. Wyglądała przez okno, nie zerknęła na mnie nawet przez ułamek sekundy.
Kolejne wspomnienie: nieco starszy ja wróciłem ze szkoły z pierwszą uwagą w dzienniczku. Ciesząc się, że ojczyma nie ma w domu, bez obaw pokazałem ją matce. Wtedy pierwszy raz dostałem wpier*ol od niej. Zaczęła krzyczeć, szarpać mną, a potem raz za razem policzkowała mnie. Gdy przestała, kazała mi iść do kąta, gdzie stałem bardzo, bardzo długo. W końcu zachlała mordę i mogłem wymknąć się do pokoju.
Od tamtego momentu awantury stały się codziennością, jakby właśnie tego dnia coś się w mojej matce przełamało. Przerosła nawet ojczyma, on używał tylko rąk, a ona znajdywała coraz „lepsze” rzeczy do karania takiego niechcianego, niewdzięcznego bachora. Noga od starego stołu? Wyśmienita. Kapcie? Tylko gdy miała lepszy humor. Chochla? Idealna, gdy napatoczę się w kuchni... Długo by tak wymieniać. Kiedyś pękłem i po prostu zapytałem ją dlaczego, za co mi to wszystko robi? „Bo jesteś zbyt podobny do ojca” – wywarczała.
Często również mawiała, że nikt mnie nie kochał, nie kocha i nie będzie kochać. Wpajała mi, że jestem zerem, niepotrzebnym gównem i nie zasługuję na nic.
Zatracałem się powoli w nienawiści do całego świata. Im starszy byłem, tym częściej myślałem o śmierci.
Bicie ustało wraz z dniem, gdy się postawiłem. Byłem już „dużym” chłopcem i chociaż nie jestem teraz z tego dumny, po prostu oddałem ojczymowi na oczach matki. Wtedy zostały im tylko słowa. Choroba? „Szkoda, że nie zdychasz”. Złamana ręka? „Szkoda, że nie kark” itd.
Gdybym kiedyś na szkolnym korytarzu nie zobaczył tego pięknego uśmiechu, tej radości w oczach koleżanki mojej siostry, nie wiem, jak bym skończył. Poprawczak, więzienie albo cmentarz. Poznałem swojego Anioła, który pomaga mi teraz jeszcze bardziej. Wcześniej sama jej obecność dodawała mi siły i wiary. Ona, nasze dzieciaki, wiem, że dla nich warto żyć, wiem, że dla nich jestem ważny.
Walczę z przeszłością, mimo że nawet po tylu latach wciąż śni mi się matka machająca przed moją twarzą swoją nową „zabawką” do bicia. Zapisałem się do psychologa, trzymajcie za mnie kciuki. Może niedługo nawet te koszmary znikną.
Dodaj anonimowe wyznanie