Mąż i żona. Mąż to ja, a żona to kobieta, którą znam od 12 lat. Jestem w niej zakochany, tak sądzę, albo tak przynajmniej było przez ostatnie 11 lat. Nasze życie jest dość szare i normalne. Nie doczekaliśmy się jeszcze dzieci i mam nadzieję, że szybko się to nie zmieni... ponieważ moja żona jest po prostu nieogarnięta życiowo. Wiem, jak to brzmi... Nie potrafi sama jechać komunikacją miejską gdziekolwiek, mimo iż mieszkamy w tym samym mieście już kilka lat, a nie jest to wielka metropolia. Nie umie załatwić żadnej sprawy urzędowej ani bankowej, we wszystkich muszę jej pomagać, i to nie jest tak, że ona leży w domu i pachnie, próbuje sama, ale zawsze kończy się to telefonem i proszeniem o ratunek... Trzy razy nalała benzyny do naszego diesla, zgubionych telefonów, torebek i kluczy już nikt nie liczy...
Ale to wszystko jest OK, kocham ją i w sumie to nie jest tragedia. Anonimowe w tym są moje przemyślenia... I o ile jestem w stanie zaakceptować te, w których umieram nagle, zostawiając ją samą ze wszystkimi sprawami, to zaczynam się zastanawiać, ile dni by jej zajęło zorganizowanie choćby pogrzebu. Czuję smutek, gdy pomyślę, że musiałaby się z tym wszystkim uporać sama, z życiem i jego problemami. Ale są też myśli, których nie potrafię powstrzymać - te, w których to ona umiera, a ja zostaję sam i pomimo tego całego przytłaczającego spektrum śmierci ukochanej to czuję, że razem z tym wszystkim przyszłaby też spokojna, błoga atmosfera, bez tysięcy spraw do rozwiązania za nią. I ta myśl ,że bardzo dobrze bym sobie poradził. Po takich momentach czuję obrzydzenie do samego siebie, choć gdzieś ta ciemna strona mnie uśmiecha się i szepcze, że z jej inteligencją i zaradnością śmiertelny wypadek jest kwestią czasu.
Tak że ten, anonimowe, choć chyba nie w guście anonimowiczów.
Mój ojciec był bardzo szczęśliwy, jak trafił w dużego lotka szóstkę. Ze szczęścia tak mu odbiło, że postanowił kupić mi i mamie mieszkanie w bloku i kazał się tam nam wyprowadzić i zostawić go w spokoju, bo nie chce więcej mieć z nami nic wspólnego.
Jego szczęście trwało niecałe dwa lata, ojciec rozpieprzył kasę na panienki i imprezki, a teraz jest gołodupcem, który ledwo ciągnie.
Niby smutne, ale wcale mi go nie żal. No i przynajmniej mamy mieszkanie.
Kocham swoją mamę, ale jednocześnie czuję ogromne zmęczenie, bezsilność i złość związaną z sytuacją, w której jestem. Mam poczucie, że od lat — a może właściwie od zawsze — byłyśmy ze sobą bardzo mocno związane i nigdy tak naprawdę nie udało mi się odciąć tej emocjonalnej pępowiny. Teraz czuję, że to więzienie stało się jeszcze ciaśniejsze.
Odkąd moja mama zachorowała, mam wrażenie, że straciłam swoje życie. Wcześniej miałam swój mały świat i proste marzenia: wyjechać latem nad morze, pochodzić po mieście, pojeździć na rowerze, mieć choć trochę przestrzeni dla siebie. Teraz tego nie ma. Czuję, jakby całe moje życie zostało podporządkowane chorobie, opiece, lękowi i ciągłemu napięciu.
Wiem, że moja mama nie jest niczemu winna. Wiem też, że chce żyć — choć czasem nie wiem, czy bardziej dla siebie, czy dla mnie. Jednocześnie pojawiają się we mnie myśli, których bardzo się boję i których nie potrafię zaakceptować. Czasem myślę, że gdyby ta sytuacja się skończyła, mogłabym odzyskać swoje życie.
Bardzo boję się, że utknę w tym na zawsze. Że nie będzie lepiej, tylko coraz trudniej. Czasem porównuję tę sytuację z odejściem moich dziadków, które wydawało się szybkie i spokojne, i nie potrafię zrozumieć, dlaczego teraz wszystko trwa tak długo i tak boleśnie. Wiem, że gdyby mama odeszła, zostałabym sama, ale czasem myślę, że samotność byłaby łatwiejsza niż życie w obecnym napięciu.
Podsumowując: chciałabym, żeby moja mama umarła.
Mam 15-miesięcznego synka. Kocham go najmocniej na świecie, jest cudowny, ale czasem mam dość. Udaję przed narzeczonym, że mam problemy żołądkowe, zaparcia, biegunkę. Idę do łazienki, siadam na toalecie albo wannie i po prostu siedzę w ciszy i spokoju. To wyznanie też piszę z łazienki ;)
Zastałem kobitę klęczącą przed obcym typem. Siedzę teraz i zastanawiam się, czego jej brakowało. Jestem rozwodnikiem, była żona była przemocowcem, cudem się od niej uwolniłem, porzuciła syna. Poznałem później ją, która była całkowitym przeciwieństwem byłej żony. Sama była ofiarą wieloletniej przemocy domowej ze strony matki, była cicha, zagubiona, przestraszona z mnóstwem traum, ale jednocześnie prezentowała cechy ciepłej, miłej, ułożonej i bardzo troskliwej kobiety. Kiedy ją poznałem, nie miała nic, mieszkała w warunkach urągającej ludzkiej godności. Stworzyliśmy związek, dałem jej dom, bezpieczeństwo, oparcie, starałem się rozumieć i przepracowywać z nią jej traumy, umożliwiłem i opłacałem terapie. Myślałem, że po latach życie się do mnie znów uśmiecha i byłem przekonany, że ona też jest szczęśliwa, mówiła, że mnie kocha i popierała słowa czynami. Jestem teraz strasznie zawiedziony. Zaufałem jej, naprawdę ufałem i wierzyłem. A teraz? A teraz na nowo obudziły się we mnie te wszystkie uprzedzenia do kobiet.
Poszłam raz na spacer z psem i jako że nie miałam nigdzie kieszeni, telefon wsadziłam do stanika. Każda dziewczyna czasem potraktuje swój biustonosz jak torebkę.
Zmieścił się, nie było widać, że tam jest. Usadowiłam go ekranem do biustu i ruszyłam.
W pewnym momencie zorientowałam się, że jakimś cudem włączyłam latarkę.
Szłam przez pół miasta doznań, dosłownie świecąc swoimi atrybutami...
Nigdy więcej nie włożyłam tam telefonu.
Mój chłopak zawsze był egoistą. W tygodniu warzywo, w weekend król imprez. Nie umiał się ze mną bawić, nie zabierał na randki. Za każdym razem, gdy mówiłam, że to koniec, po miesiącu się ogarniał i było super.
Po ponad 3 latach zamieszkaliśmy razem i się zaczęło...
W tygodniu odzywał się do mnie tylko podczas obiadu i gdy kładliśmy się spać. W weekend zawsze kumple. Dla nich był cudowny, ja byłam jak jego mama.
Pranie, gotowanie i sprzątanie, dbanie o budżet i zakupy.
Miarka się przebrała, rzuciłam go.
Tylko jest jedno małe ale... on mieszka teraz w salonie, a ja w sypialni. Nie stać mnie na wynajęcie mieszkania, a nie chcę mieszkać z kimś obcym.
Dogadujemy się jak nigdy.
Tylko że ja dbam o siebie, ćwiczenia, dieta, kino i spotkania ze znajomymi.
A on cały dzień na kanapie, YouTube i zupki chińskie na obiad i kolacje.
Trochę mnie to śmieszy, a trochę mi go żal.
Patrzenie, jak bezsensowne jest jego życie, tylko bardziej mnie motywuje. I nie chcę, by się wyprowadził, bo znów byłoby tak samo, jak zawsze – zatęskniłabym i byśmy do siebie wrócili, a tak to widzę, co „straciłam”.
Byłem z kolegą na meczu. Po skończonym oglądaniu kumpel wracał do domu, a jako że mieszka ok. 5 km ode mnie, miał wrócić autobusem, którego, jak się okazało, jednak nie było, więc zmuszony został do powrotu autostopem.
Po jakimś czasie ktoś się zatrzymał i go zabrał. Kierowca przedstawił mu warunki przejazdu: „Podwiozę cię, ale w zamian ty odmówisz ze mną dziesiątkę różańca. Ja będę zaczynał, ty będziesz kończył”, a jako że ten kolega jest dosyć niski i okropnie szczupły jak na swój wiek, to wystraszony modlił się przez całą drogę do domu.
Kiedy byłem w podstawówce, pożarłem się dość mocno z jednym chłopakiem.
Nie pamiętam już, o co nam poszło, ale zdecydowałem się w akcie zemsty naszczać mu do plecaka.
Najlepsza okazja była w szatni podczas WF-u.
Nikogo nie było, więc wprowadziłem swój plan w życie. Nikt mnie nie nakrył ani nic. Co ciekawe, moja ofiara nie zdradzała żadnych oznak, że wie, co się odwaliło. Zapewne uznał, że picie mu się rozlało. Za to ja miałem wtedy straszną radochę przez resztę dnia.
Patrząc na to teraz, czuję lekki wstyd, ale jednocześnie znów zbiera mi się na śmiech, jak o tym pomyślę.
Pewnej nocy obudziłam się, leżąc na plecach. Ledwo przytomna poczułam, że mam coś za głową, więc sięgnęłam ręką i wymacałam jakieś palce... Początkowo zamknęłam oczy i chciałam spać dalej, ale po chwili dotarło do mnie, że to dziwne i straszne. Znowu sięgnęłam i wymacałam obce palce. W półśnie otworzyłam szeroko oczy, a serce zaczęło mi walić z przerażenia wywołanego tą paranormalną, nieruchomą dłonią. Byłam przerażona do tego stopnia, że rozdarłam się na cały głos i dopiero wtedy w końcu odzyskałam przytomność i doszło do mnie, że zwyczajnie spałam oparta głową o rękę, która zdrętwiała i straciła czucie.
Co najlepsze, następnej nocy historia się powtórzyła, a ja ponownie wpadłam w panikę. Mąż ma ubaw do tej pory.
Dodaj anonimowe wyznanie