Już wiem, skąd się biorą niektóre dowcipy...
Ostatnio mój tato zawiózł babcię (82 lata, słabo słyszy) i ciocię (siostra babci, 84 lata, początki demencji) do lekarza, a że musiał spieszyć się do pracy, zostawił je w przychodni, wrócić miały taksówką.
Wizyta się odbyła. Następnego dnia tato przyjechał do nich i pyta się, co im powiedział lekarz.
Babcia: Nie słyszałam...
Ciocia: Nie pamiętam...
No... tak że tego ;)
Na maturze ustnej z angielskiego tak się zestresowałam, że nazwałam moją mamę bardzo dobrą kuchenką.
Mieszkam wspólnie z rodzicami i babcią.
Była niedziela, wróciliśmy z kościoła. Moja babcia stwierdziła, że jest dzisiaj tak ładnie wystrojona, że muszę wziąć aparat i jej zrobić zdjęcie. Nie spodziewałam się tego usłyszeć od niej, ponieważ nigdy wcześniej nie prosiła mnie o nic takiego, ale nie dopytując, przyniosłam aparat i wzięłam się do roboty.
Zrobiłam jedno, drugie, pokazałam efekty swojej pracy krytycznym oczom babci i jak się okazało, była tak zachwycona zdjęciami, że stwierdziła uradowana: „W końcu mam jakieś ładne na nagrobek!”.
I tak oto nieświadomie robiłam swojej babci półgodzinną sesję na śmierć...
Mam kilka lat starszego brata. Do pewnego czasu był normalnym, wesołym facetem, ale mniej więcej w okresie studiów zaczęło się wszystko zmieniać. Od dziecka chorował na astmę i alergię (pyłki, sierści, trawy), ale był świetnym sportowcem. W gimnazjum doszła nerwica i stany depresyjne – oczywiście do dzisiaj leczone. Następnie cukrzyca typu I. Od małego zawsze był pełen pasji, kochał zwierzęta, lubił się udzielać... ale to wszystko zmieniło się przez mojego ojca, który tak naprawdę jest jego ojczymem. Brat był raczej z tych spokojnych, bezproblemowych dzieci, nie bił się, ale nie zrobił niczego sam od siebie, bo się wstydził. Ojciec, człowiek wulkan, szybko popadał w złość – nie tłumaczył nigdy niczego, bo facet powinien to wszystko wiedzieć. I tak było ze wszystkim – nie akceptował wyboru jego studiów, „bo będzie bezrobotny”, choć brat miał świetny plan. Wg ojca mężczyzna ma pracować i tyle, po co jakieś wykształcenie. I wiecie co? Mój starszy brat, który za dwa lata przekroczy 30, jest wycofany, zmęczony życiem, z domu wychodzi raz na jakiś czas ze znajomymi, ale generalnie spędza czas sam. I nie potrafi nic – boi się cokolwiek zrobić/naprawić w domu, gdy się zepsuje, bo jak tego nie zrobi, to będzie kłótnia, a jak zrobi, to też będzie źle, bo w mniemaniu ojca zawsze pieprzy całą robotę. Z pracą też ma problemy przez swoje lęki podjęcia się czegokolwiek, ale w domu ciągle słyszy, że nic nie umie, tylko żerować, nie chce mu się pracować i że ojciec go z domu kiedyś wpier... Gdzie w tym moja mama? Starała go całe życie bronić, stawać murem za starszym synem, zarazem „uczyć go”, ale widzę, że ją to też przerasta.
Staram się pomóc bratu jak tylko mogę. Dodaję odwagi, dobieram ubrania, żeby dobrze wyglądał, przypadkowo „podrzucam” mu pieniądze, gdy mu się kończą, roznoszę i rozsyłam jego CV po kryjomu, a gdy coś się w domu stanie, to biorę to na siebie, bo mnie się też oberwie, ale ja się nie boję powiedzieć, co myślę, krzyknąć – przyzwyczaiłam się do tych agresywnych reakcji ojca i nie robi to na mnie wrażenia.
Dlaczego to piszę? Bo każdy potrzebuje się komuś wygadać, a ja jako roześmiana, wesoła osoba, która „nie ma problemów w życiu” i która ma „mnóstwo wspaniałych koleżanek i kolegów” nie mam tak naprawdę do kogo się z tym zwrócić... albo może mam, ale za bardzo się wstydzę.
Przypomniało mi się ostatnio kilka historii z wczesnej podstawówki (klasa 1 i 2). W tym czasie byłam całkiem mocno nękana przez inne dzieciaki i z perspektywy czasu myślę, że nie działoby się tak, gdyby nie nasza ówczesna „wychowawczyni”.
Sytuacja nr 1.
Chłopaki z klasy zwyzywali mnie przy nauczycielce, mówiąc między innymi, że jestem taka brzydka, że mogłabym grać w „Brzyduli”. Odpowiedź nauczycielki? „Powinnaś się cieszyć, to był komplement, powiedzieli, że mogłabyś być dobrą aktorką”.
Oni oczywiście to słyszeli, jak się domyślacie, po tym było o wiele gorzej.
Sytuacja nr 2.
Weszłam do klasy, gdzie rzuciło się na mnie trzech chłopaków, przewrócili mnie, szarpali, może nie jakoś mocno, ale dla dziecka w wieku 6 lat to było całkiem straszne przeżycie.
Myślicie, że jak w tej sytuacji nauczycielka zareagowała? „To musi być twoja wina, że zawsze ciebie biją”.
Zostałam ukarana na równi z tymi, którzy mnie bili.
Sytuacja nr 3.
Ktoś popsuł element dekoracji w klasie i pech chciał, że przy tym byłam (w tym momencie w klasie były tylko dwie osoby poza mną, nikt inny tego nie widział). Na następnej lekcji osoba, która to zepsuła, powiedziała, że zrobiłam to ja. Oczywiście zaprzeczyłam, opowiedziałam, jak było naprawdę, ale cała klasa (której przy tym nie było) zaczęła krzyczeć, że to ja. „To ty jesteś winna, bo cała klasa mówi, że to ty. Mam wierzyć tobie, zamiast pozostałym 20 osobom?”
Próbowałam tłumaczyć, że były przy tym tylko trzy osoby, ale to nie miało znaczenia, oczywiście i tak byłam winna.
Nie wiem, co z tą panią było nie tak. Nie wiem, co chciała przez to osiągnąć, ale na pewno dała do zrozumienia tym, którzy to robili, że są bezkarni i że mnie można bić i wyzywać, więc zaczęli to robić jeszcze okrutniej i dotkliwiej. W końcu w trzeciej klasie, mając już inną wychowawczynię, zostałam przeniesiona do równoległej grupy po tym, jak zostałam pobita pod szkołą. W innej klasie byłam traktowana całkiem normalnie, jak każdy inny, i nie było już problemów. W końcu przestałam bać się chodzić do szkoły.
Smutne, że tacy ludzie pracują z dziećmi i nikt nie chce zauważyć, co się dzieje (sprawa wielokrotnie zgłaszana), bo ta nauczycielka bez problemów pracuje w tej szkole do dziś i jest uważana za jednego z najlepszych pedagogów.
Mam tak brzydki nos, że bardzo się go wstydzę, a nie stać mnie na operację, dlatego pierwsze na co patrzę u innych to nos i łudzę się, że mają gorszy od mojego...
Lubię być badany per rectum. Dlatego często chodzę do urologa.
To było w czwartej klasie podstawówki. Tego dnia mieliśmy zajęcia z wychowania fizycznego. Byłam wtedy bałaganiarą, zawsze się spóźniałam i gubiłam wszystkie rzeczy. Mieszkałam 10 minut spacerem od szkoły, chodziło tam może 60 dzieci, więc każdy znał się po imieniu. Jak zwykle obudziłam się 5 minut przed rozpoczęciem zajęć. Szybko się ubrałam, spakowałam książki oraz dresy, które nosiłam dzień wcześniej. Po kilku godzinach lekcyjnych zadowolona poszłam przebrać się do toalety. Gdy wyszłam na korytarz, okazało się, że ktoś zgubił... majtki. Wszyscy zwijali się ze śmiechu, a pani od WF-u trzymała z kamienną twarzą moją brudną bieliznę. Pakując dres, nie zauważyłam, że jest w nim tego typu niespodzianka. Modliłam się jedynie, aby okazało się, że nikt nie zauważył momentu, w którym musiały mi wypaść. Czekałam na to, aż się wyda, aż ktoś krzyknie moje imię. Byłam roztrzęsiona. Czułam się jak w koszmarze, jednak razem z innymi śmiałam się z właścicielki majtek i zastanawiałam się, kim może być ta osoba. Najważniejsze było nie dać po sobie nic poznać i... udało się.
Do końca dnia wszyscy w szkole byli podnieceni i próbowali rozgryźć zagadkę brudnych majtek. Przez kolejne dwa tygodnie ciekawscy nauczyciele prosili o odbiór zguby, a ja postanowiłam się nie przyznawać.
Do tej pory nikt nie wie o mojej tajemnicy :)
Temat kontrowersyjny, bo o aborcji. Na potrzeby wyznania powiem tylko, że mam dość rzadką wadę budowy macicy, co znacznie utrudnia zajście w ciążę, a także zwiększa ryzyko poronienia.
Z partnerem współżyliśmy regularnie używając prezerwatyw, uznałam, że skoro i tak mam problemy z zajściem w ciążę, to nic złego się nie stanie. A jednak okazało się, że jestem w ciąży, zorientowałam się po spóźniającym się okresie. Byłam przerażona, nie mogłam uwierzyć w to, że jestem w ciąży, skoro nawet ginekolog kiedyś stwierdził, że jest jedynie nikła szansa na to, abym kiedykolwiek zaszła w ciążę, ja zresztą dziecka nawet nigdy mieć nie chciałam. Powiedziałam mojemu partnerowi o swoich obawach, a w niego jakby wstąpił diabeł i nagle dostał "odpieluszkowego zapalenia mózgu". Mówił, że chce mieć dziecko, że zawsze chciał być ojcem i tym podobne rzeczy.
Raz wspomniałam, że najlepszym wyjściem byłaby aborcja, wpadł w szał... Krzyczał na mnie, że jestem morderczynią, że chcę zabić niewinne dziecko, jego kochane dzieciątko, które tak bardzo kocha. Nie przemawiało do niego nawet to, że gdy w późniejszym czasie udałam się do ginekologa, potwierdziły się najgorsze przypuszczenia i w najlepszym wypadku zagrożone było moje zdrowie, w gorszym życie, bo nawet przez zwykłe poronienie mogłabym wykrwawić się na śmierć (wiem to, bo robiłam też badania krwi i mam problemy z krzepliwością). Jak grochem o ścianę... On oczywiście od samego początku wiedział o moich przypadłościach, a mimo to chciał narażać moje życie dla jeszcze nienarodzonego i nierozwiniętego dziecka.
Wyjście miałam tylko jedno. Celowo sprowokowałam kłótnię z nim i powiedziałam, że jadę na kilka dni do rodziców odpocząć. W rzeczywistości opłaciłam klinikę w Czechach i pojechałam tam nikomu o tym nie mówiąc, miałam niewielkie oszczędności, więc to nie był wielki problem. Wtedy byłam w 9 tygodniu, nawet tam powiedzieli, że było zagrożenie zdrowia/życia i chociaż w moim przypadku był to dość skomplikowany zabieg, to prawdopodobnie ocalił mi życie.
Po powrocie z kliniki powiedziałam tylko partnerowi, że w drodze do rodziców jadąc autobusem poroniłam i zabrało mnie pogotowie, rodzice nic nie wiedzieli, zresztą oni też są przeciwnikami aborcji.
Minęło kilka miesięcy od tamtego zdarzenia, z partnerem jestem w separacji przez to, że celowo narażał moje życie dla nienarodzonego dziecka. Nikt inny nie wie o tym oprócz Was, zamierzam zabrać tę tajemnicę ze sobą do grobu.
PS W przyszłości zamierzam zaoszczędzić na zabieg podwiązania jajowodów, skoro dziecka nie chcę i nie powinnam mieć.
Parę lat temu, moja pierwsza wizyta u pana ginekologa.
Podczas badania z nerwów puściłam chyba najgłośniejszego i najbardziej zabójczego „cichacza”.
Pan ginekolog uśmiechnął się, po czym otworzył okno i radosnym tonem stwierdził:
„O pani... Nie jest pani ani pierwszą, ani ostatnią. Co najlepsze, w mojej karierze spotkałem się z dużo gorszymi przypadkami”.
Uśmiechnęłam się, ale bałam się spytać, co to za „gorsze przypadki”.
Dodaj anonimowe wyznanie