Niby jestem normalna, w stałym związku, kończę studia, mam pasje. Tylko że nie lubię i wstydzę się... siebie. I to naprawdę zaczyna rujnować mi życie. Każdego dnia mam moment, w którym przypominam sobie, co powiedziałam, jak się zachowałam, w jaki sposób zareagowałam i za każdym razem czuję ogromną złość wobec samej siebie i przede wszystkim wielki wstyd. Czasami do tego stopnia, że nie przesypiam nocy, wciąż rozmyślając nad tym, jak głupia jestem, że zrobiłam, powiedziałam czy nawet pomyślałam tak, a nie inaczej. Nieraz zdarzyło mi się rozpłakać w miejscu publicznym, bo akurat się zamyśliłam, a w głowie odbywał się lincz nad samą sobą. Często bywa, że wstydzę się jakiegokolwiek kontaktu z osobą, której dane zachowanie dotyczyło, przez co wiele rzeczy, za które się biorę, kończy się fiaskiem. Po prostu tchórzę, chowam się, byleby nie tworzyć sytuacji, w których mogłabym się przed kimś zbłaźnić przez zbyt emocjonalne/chłodne podejście, głupi żart czy cokolwiek.
Wiem, to nic wielkiego, ale siedzi mi w głowie i przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Czy ktoś jeszcze tak ma? Nienawidzi i wstydzi się siebie? Dodam, że kompletnie nie wiem, skąd mi się to wzięło, jestem dorosłą osobą, aktywną, raczej towarzyską. Po prostu pewnego dnia się zaczęło i trwa cały czas.
Mieszkam w Holandii już jakiś czas, dość często zdarza mi się spotykać tu na ulicach Polaków w przeróżnym wydaniu. Rodzinki na spacerkach, turystów, majstrów na budowie, ale zdecydowanie najbardziej kocham grupy drące się po polsku na całą ulicę, a niemówiące w żadnym obcym języku.
Pewnego dnia siedziałam z chłopakiem w restauracji na dworze, gdy znikąd pojawiła się grupka Polaków – dwóch chłopaków w okolicach 20 lat, jeden ok. 50-latek i kobieta w podobnym mu wieku. Usiedli przy stoliku, narobili hałasu, ciągłe przekleństwa, nawet w stronę osób, które już tam jadły i spojrzały, o co tyle wrzasku. Usiedli, przyszła kelnerka, nie potrafili nic zamówić, w końcu dogadali się na migi, że chcą osiem piw. Kelnerka nie zdążyła jeszcze odejść, a jeden z mężczyzn już obgadał jej wygląd i co to on by jej nie zrobił. Kobieta oczywiście nie była niczego świadoma, jednak dla mnie niesmak pozostał. W międzyczasie jeden z 20-latków skręcił jointa i zaczęli szukać zapalniczki. Najstarszy z panów zaczął chodzić od stolika do stolika, pytając po polsku o zapalniczkę, jednak nikt albo nie miał, albo nie zrozumiał lub bał się dać. Podszedł też i do mnie, a musiałam mieć jakieś chwilowe zamroczenie, bo odpowiedziałam mu po polsku, że mam. No i się zaczęło... Panowie zaczęli mnie wypytywać o wszystko, a że nie miałam ochoty na rozmowę, powiedziałam, że jestem zajęta i wróciłam do jedzenia. Zostałam wyzwana od najgorszych i usłyszałam opisy tego, co by mi wszyscy razem zrobili i jak mocno, żebym nie była taka głupia i przestała „dać się j*bać” przez obcokrajowców (mój chłopak jest Holendrem i nie zrozumiał z tej rozmowy ani słowa). Siedząca z nimi kobieta tylko się śmiała. W którymś momencie, gdy już sobie trochę odpuścili, a ja ze łzami w oczach dojadałam obiad, jeden z młodych odebrał telefon i opowiadał ze szczegółami, jak to niedawno wyszedł po 8 latach na wolność i jak c*ujowo jest w Holandii. Po zjedzeniu jak najszybciej wyszliśmy i poszliśmy okrężną drogą do domu.
Czasem brak mi słów na zachowania niektórych ludzi, a muszę przyznać, że mam więcej przykładów z Polakami niestety.
Mój apel? Drodzy Polacy, jeśli za granicą jest Wam aż tak źle, a także nie potraficie się zachować w miejscach publicznych, dostosować do panujących zasad, nauczyć się języka i szanować, że ktoś dał Wam szansę na zarobek – wróćcie do Polski, proszę. Zróbcie taką przysługę swoim rodakom, którzy muszą potem żyć z opinią, którą Wy po sobie zostawiliście. A co do szacunku do kobiet i innych kultur/ religii nie będę się wypowiadać, bo brak mi słów.
Dobre kilka lat temu, czasy gimnazjalne. Pomagałem mamie sprzątać w prywatnej przychodni gabinety lekarskie. Akurat zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. A że to było lato, mama kupiła śliwki. A ja kupiłem jogurt.... W pierwszej kolejności zjadłem więc jej śliwki i popiłem to swoim jogurtem.
Wracam do domu, mieszkam na 10 piętrze. W nocy zachciało mi się po tej mieszance wymiotować. Łazienkę miałem za daleko, nie zdążyłbym dobiec. Dwa kroki od łóżka było okno, więc szybkim susem do okna i wypuściłem całą mieszankę z żołądka.
Z rana puka sąsiad z piętra niżej i pyta, co to za impreza u nas była, że tak cicho było, a okno ma zarzygane... Wstałem i pochodziłem po piętrach niżej z ręcznikiem papierowym i płynem do mycia okien. Było mi wtedy bardzo głupio. Sąsiedzi mieli ze mnie polewkę i nie bardzo wierzyli w śliwki i jogurt.
A uchodziłem za spokojnego chłopaka...
Jedna z niedzielnych mszy świętych. Schody przed wejściem – jeden z popularnych żebraków prosi o pieniądze. Cóż, robi mi się go żal, ale nie mam żadnych drobnych, więc omijam go.
I pewnie bym zapomniała o całej sprawie, gdybym nie wyszła wcześniej z mszy. Ten sam człowiek siedział znudzony na tych samych schodach i przeglądał Facebooka na nowiutkim smartfonie – lepszym i droższym od mojego. No cholera...
Mój wujek panicznie boi się lekarzy. Dosłownie panicznie – zwykłe badanie stetoskopem wiąże się u niego ze stresem, a sama myśl o pójściu do lekarza wprawia go w ogromny niepokój. Rzecz miała miejsce jakieś 30 lat temu, gdy wujek był na studiach. Coś wtedy działo się z jego sercem, więc (naprawdę nie mam pojęcia jakim cudem) babci udało się umieścić go w szpitalu.
Szpital, więc wiadomo – badania. A że problemy z sercem, to trzeba zrobić EKG (do klatki piersiowej przykleja się kółeczka, maszyna mierzy pracę serca i drukuje dłuuuuuuuuugą kartkę z wynikiem). Badanie jest w 100% bezbolesne, a pacjent powinien być podczas niego spokojny. No właśnie... Za każdym razem, gdy wujek szedł z sali chorych na EKG, to dostawał ataku paniki i stawał się niespokojny, więc nie można było wykonać badania. Wielokrotnie szedł do gabinetu, ale za każdym razem zdążył po drodze tak spanikować, że nie było sensu robić pomiaru. W akcie desperacji lekarze próbowali tłumaczyć mu jak dziecku wszystko po kolei, robili EKG „na sucho”, żeby się oswoił z tą sytuacją, a nawet zabrali go na badanie innego pacjenta, aby mógł spokojnie zobaczyć, jak to się odbywa. Generalnie cyrk na kółkach. Koniec końców, po kilku dniach jakoś to EKG zrobili. Nie wiem jak, ale szacun dla nich.
Krótko po udanym badaniu wujek został wypisany do domu i za tydzień miał umówioną wizytę u kardiologa, który miał obejrzeć wynik. Z tego powodu wujek schował bezpiecznie swój drogocenny i okupiony wagonem stresu wydruk w szafie, po czym zaczął się psychicznie przygotowywać do spotkania z lekarzem.
Oto jest – dzień wizyty. Wujek wyjmuje wynik EKG z szafy, patrzy, a tam... Olaboga! Pusta kartka, wydruk zniknął! Co zaszło?! Matko Bosko, gdzie wynik?! Po krótkim dochodzeniu wyszło, co następuje: Babcia stwierdziła, że wydruk się pogiął i wstyd iść z czymś takim do lekarza, więc co zrobiła? WYPRASOWAŁA GO. Pod wpływem ciepła z żelazka tusz „ulotnił się” z kartki, zostawiając jedynie fabrycznie naniesioną kratkę.
Rozpaczy wujka ani skruchy babci opisywać nie będę.
Ach, a gdyby kogoś to interesowało, to panikę przed lekarzami wujek odziedziczył po dziadku. W rodzinie lubiana jest historia, jak to babcia zaciągnęła dziadka do szpitala, ale ten uciekł do przyszpitalnego parku i schował się za drzewem, gdy babcia wyskoczyła do domu po piżamę dla niego. Ot, takie tam rodzinne perypetie. ;)
Moja historia rozpoczęła się, jak zacząłem studia. Poznałem na nich kolegę. Z początku dość dobrze się dogadywaliśmy, jeździliśmy nawet na wycieczki do miast w pobliżu, imprezy itp. Kiedy byłem w wakacje ze swoimi znajomymi w jego mieście, przyjechał do nas.
Na drugim roku studiów kolega poprosił mnie o pożyczkę w wysokości 2500 zł. Słuchając jego historii, że pochodzi z biednej rodziny, nie ma za co żyć, bez wahania wręczyłem mu pieniądze. Po jakimś czasie kolejne i kolejne... Obiecał wszystko oddać, a że to kolega, którego przecież dobrze znałem, nie przeszłoby mi przez myśl, że może się zacząć aż tak podle zachowywać.
Był mi winien już łącznie 10 500 zł, gdy przestał się do mnie odzywać. Miałem wrażenie, że denerwowało go, kiedy do niego dzwoniłem, olewał mnie. W końcu powiedział, że możemy kupić samochód, na którym pracowalibyśmy na taksówce, podpisalibyśmy umowę na 10 500 zł, w końcu lepiej niż chodzić po sądach. Zgodziłem się i kupiliśmy samochód, wydałem kolejne 6000, wtedy jemu nie chciało się nawet pójść do urzędu, żeby go przerejestrować. Znowu mnie oszukał. Zażądałem, żeby spłacił mnie z auta. Zgodził się.
Czekałem na pierwszą ratę dwa miesiące, przelewu nie otrzymałem, a kolega traktuje mnie jak przedmiot, poniża, blokuje w kontaktach, nie odpisuje. Dowiedziałem się, że spędził sylwestra w lokalu za granicą wraz ze znajomymi (oczywiście za moje pieniądze).
W Polsce mamy powiedzenie, że dobro wraca. Gdzie? Największemu wrogowi nie życzę piekła, które zgotował mi ten człowiek.
Sytuacja sprzed kilku dni. Miejsce – sklep. Ja, wysoka niebieskooka blondynka wierząca w miłość od pierwszego wejrzenia. On, wysoki na zabój przystojny brunet – cud miód. Podchodzi do mnie, ręce mi się pocą, mówię: „Cześć”, on się uśmiecha, po czym... wyciąga mi portfel z kieszeni! Nie wiem, co się dzieje, biegnę w pogoń, ale jest szybki niczym antylopa.
No cóż, nauka na przyszłość: „pozory mylą”.
PS Znajdę cię, draniu!
Nigdy z natury nie byłem zazdrosny i każdą z moich partnerek obdarowywałem zaufaniem. Jestem z tych, co nie sprawdzają telefonu dziewczyny ani nie robią jej scen zazdrości. A raczej byłem…
Przyłapałem Agnieszkę na dziwnej czynności. Wróciłem któregoś dnia szybciej z uczelni, a ona… robiła sobie zdjęcia przed lustrem w samej bieliźnie. I nie takie zwykłe, tylko wyginała się do nich jak kałamarnica. Co więcej, bielizna nie była raczej z tych, które nosi na co dzień, mi nigdy jakoś nie prezentowała się w takim wydaniu. Decydując o wszystkim pod wpływem impulsu, cofnąłem się spod drzwi sypialni i udałem, że niczego nie widziałem. Wziąłem sobie natomiast ten widok do serca i od tamtej pory zacząłem co jakiś czas przeglądać jej telefon. Nie jestem z tego dumny, powiem więcej, jest mi wstyd, że przeglądam jej telefon. Po raz pierwszy zdarzyło mi się stracić zaufanie do dziewczyny.
Na początku niczego nie znalazłem, na przejrzenie zawartości telefonu miałem przeważnie minutę, maksymalnie dwie. W wiadomościach żadnych podejrzanych czy dwuznacznych dialogów z facetami. Już miałem się poddać i olać temat, kiedy zobaczyłem, że Agnieszka kupiła nowy komplet bielizny (przyszedł kurierem, akurat ja odbierałem). Postanowiłem, że raz jeszcze pogrzebię, ale tak porządnie. Zacząłem nawet przeglądać jej rozmowy z mamą czy koleżankami. I wiecie, co się okazało? Że ona to wszystko robiła dla mnie. Za miesiąc mamy drugą rocznicę związku i Aga szykuje mi niespodziankę – album ze swoimi zdjęciami. Bieliznę dobierała do sesji zdjęciowej, co wyczytałem w rozmowie z jej koleżanką, której radziła się w kwestii wyboru kompletu. Znalazłem też wiadomości z fotografką, z którą się umówiła na zdjęcia.
Jest mi tak niewyobrażalnie głupio, że aż ciężko to opisać.
Cieszę się, że mam dziewczynę, która postanowiła zrobić mi niebanalny prezent na rocznicę – postaram się odwdzięczyć tym samym. A jej telefonu już nigdy nie ruszę, jednak zaufanie to podstawa, która buduje związek. Durne podejrzenia potrafią zniszczyć nawet najpiękniejszą relację.
Dziś są urodziny mojej mamy i co w tym anonimowego? Ano to, że to najgorszy dzień w życiu mamy i najgorsze urodziny, jakie miała (to są jej słowa, nie moje).
Prezenty dostała, tort był, laurek nie zabrakło, to co poszło nie tak?
Tort przywiózł z sąsiedniej miejscowości ojciec, z którym mama się rozwodzi. Mama weszła do domu, ja i rodzeństwo śpiewamy sto lat, wręczamy prezenty itd. A mama tort do śmieci zarazem z prezentami... Ja i siostry w płacz, bo smutno, prezenty i tort były zakupione z naszych pieniędzy.
Mam 14 lat i nigdy wcześniej nie było mi tak przykro. Naprawdę chciałyśmy, żeby to był miły dzień...
Sytuacja miała miejsce lata temu na wycieczce w Warszawie. Pochodzę naprawdę z zapyziałej wsi, gdzie jedyne znane drużyny sportowe to były Barca i Real. W Warszawie, jak wiadomo, jest Legia. Ja niestety nie miałem o tym pojęcia, co wykorzystali chłopcy w wieku 13-14 lat.
Nowi koledzy zażartowali (nie wiedziałem, że żartowali), abym podszedł do łysych panów w czarnych bądź zielonych umundurowaniach z trzema paskami na ubraniach i powiedział „je**ć Legię”. W swej bezdennej naiwności myślałem, że chodzi o cudzoziemską... Panowie w czarnych umundurowaniach nie byli zachwyceni moją osobą, a wielki, szeroki łysy koleś uświadomił mi, że jednak mam jakiś problem...
Po tym zdarzeniu miałem przezwisko „tygrys szablozębny”, ponieważ przez jakiś czas nie miałem jedynek z przodu.
Dodaj anonimowe wyznanie