W podstawówce bardzo dobrze się uczyłam. Byłam najlepsza z klasy, co roku świadectwo z wyróżnieniem... Dogadywałam się z rówieśnikami, ale zmieniło się to po śmierci mojej babci.
Babcia – bardzo miła, opiekuńcza, zawsze uśmiechnięta osoba.
Byłam u niej dwa dni przed śmiercią.
Babcia dalej uśmiechnięta, gadatliwa, opiekuńcza.
Zawsze jak u niej byłam, pytała się mnie, jakie mam oceny itd. Oczywiście 12-latce ze wzorowymi ocenami sprawiało przyjemność opowiadanie o swoich ocenach.
Sobota.
Dzwoni wujek (który z nią mieszkał). Mówi, że babcię zabrała karetka. Od razu jedziemy do szpitala (do szpitala mamy ok.40-50 min samochodem). Jesteśmy prawie na miejscu, a tu dzwoni ciocia, że babci nie udało się uratować. Babcia zmarła.
Przez ok. tydzień płakałam, nic nie jadłam, prawie nie wychodziłam z pokoju.
Nie chodziłam do szkoły, bo wiedziałam, że wszyscy będą zadawać pytania na ten temat.
Pogrzeb.
W dniu pogrzebu od samego rana ja płaczę. Płakałam, bo nie mogłam zrozumieć tego, że tak bardzo bliska osoba jak moja babcia, zmarła.
Jesteśmy na cmentarzu, ciało babci w trumnie...
Tydzień później grób był już zrobiony. Poszliśmy, zapaliliśmy znicz i się pomodliliśmy.
Wtedy popatrzyłam na zdjęcie mojej babci. ONA SIĘ UŚMIECHNĘŁA!
Przez następny tydzień codziennie byłam na cmentarzu i już nie płakałam, tylko uśmiechałam się do niej.
Minęły lata, a ja dalej, będąc na cmentarzu, uśmiecham się do babci z nadzieją, że ona również się uśmiechnie.
Cała akcja działa się jakieś 15 lat temu w przedszkolu. Otóż pewnego dnia w moim kochanym przedszkolu miała miejsce awaria toalet. Przedszkolanki mówiły, żebyśmy starali się wytrzymać i ewentualnie robili tylko siku. A że moja przemiana materii od małego była na przerażającym poziomie, to krótko po śniadaniu musiałem, no po prostu musiałem udać się na „posiedzenie”. Jednak co zrobić, awaria toalet, zakaz od ulubionej przedszkolanki... więc mały ja sprytnie rozegrał tę sytuację i załatwił się do śmietnika w toalecie.
Nigdy nie uwolnię się od żartów mojej rodziny po tym, gdy cała akcja wyszła na jaw.
Jestem brygadzistą w firmie elektrycznej. Codziennie słyszę teksty w stylu „do wszystkiego się przypierdala”, „nic nie robi, a pieniądze bierze”, „przecież ja to dobrze robię”, „całe życie tak robiłem, niech spada” itd. Ci ludzie nie potrafią zrozumieć, że przepisów nie zmienię, że jak coś się stanie, to ja za to odpowiem, że jak podpiszę odbiór mieszkania, a coś będzie nie tak, to ja stracę uprawnienia, a jeśli ktoś przez błąd w sztuce zginie, to ja pójdę siedzieć, nie oni. To, że nie zajmuję się pracą fizyczną, nie znaczy, że nic nie robię. Nie mogę pozwolić na alkohol w pracy, nie mogę przejść obojętnie, gdy ktoś paprze robotę, a to, że nie pozwalam zrobić komuś czegoś jego podobno świetnym sposobem, nie znaczy, że się uwziąłem czy mu podcinam skrzydła – po prostu wszystko ma być robione zgodnie ze sztuką.
A dlaczego piszę to wyznanie? Bo przeczytałem właśnie historię chłopaka, który żalił się, jaki to on jest biedny, bo on ma masę pomysłów jak zrobić coś szybciej, lepiej i taniej, a inni mu mówią, że robi źle. Z mojej perspektywy wygląda to tak: przyszedł młody do roboty, bierze się do czegoś nie tak, jak powinien i jeszcze ma pretensje, że ktoś mu uwagę zwraca. Mogę się mylić, ale pracuję jako brygadzista ponad 8 lat i po prostu wiem, jak młodzi (niby wykształceni, ale bez doświadczenia i znajomości przepisów) ludzie potrafią być butni.
Od dzieciaka nie miałem dobrych relacji ze swoim ojcem. Mimo to postanowiłem mu zrobić laurkę na Dzień Ojca. Napisałem koślawo „Pomimo że się na siebie złościmy, dla mnie jesteś prawdziwym bochaterem”.
W odpowiedzi na prezent usłyszałem jedynie, że „bohaterem” piszemy przez samo „h”.
Jestem świeżo po maturze, właśnie dostałam się na wymarzone studia. Zaraz po szkole znalazłam sobie pracę, w której za dużo nie robię, a zarabiam dobre pieniądze.
I naprawdę wszystko byłoby super, gdyby nie to, że za cholerę nie umiem sobie poradzić z tym, że boję się tych wszystkich zmian, które mnie teraz czekają. Nie umiem sobie poradzić z tym, że już nie jestem dzieckiem, które wróci po wakacjach do szkoły, a nauczycielka będzie nad nim stać i dyktować do zeszyciku zdanie za zdaniem, tak, żeby przypadkiem niczego w notatce nie zabrakło, bo a nuż pojawi się to na kartkówce, którą zapowie z tygodniowym wyprzedzeniem.
Bardzo brakuje mi szkoły, tych kilkudziesięciu godzin tygodniowo spędzonych z przyjaciółmi, ze znajomymi. Brakuje mi kontaktu z nimi, po prostu tęsknię. Mamy kontakt, to jasne, ale każdy ma już pracę, inne obowiązki, nie ma tyle czasu co dawniej.
Zostałam sama. Sama z pracą, odpowiedzialnością za wykonywaną pracę i lękiem przed studiami, znalezieniem mieszkania, z zaaklimatyzowaniem się w nowych miejscach, w nowej sytuacji. Nie wiem, czy sobie poradzę z tymi wszystkimi dorosłymi sprawami, a wiem, że będę zdana tylko na siebie. Nawet nie wiem, co chcę robić w życiu. Nie mam pojęcia, czy wybór studiów był trafny, czy nie zmarnuję czasu, idąc na nie.
Jest tyle niewiadomych w mojej obecnej sytuacji i przytłacza mnie to.
Nigdy nie byłam dobra z WF-u, więc jakoś nie bardzo lubię ten przedmiot.
Raz graliśmy w piłkę nożną. Mogę być z siebie dumna – strzeliłam gola.
Szkoda tylko, że do swojej bramki.
Mój chłopak nawrócił się i zaczął się modlić. Dodam, że przez ostatnie 10 lat ani razu nie poszedł do kościoła. Teraz (od dwóch tygodni) jest turbo wierzący i ostatnio powiedział mi, że nie będzie więcej używać gumek, bo „to się nie godzi z jego wiarą”. I mam wybrać: zakładamy rodzinę albo pościmy…
Pomocy, potrzebne mocne leki dla tego pana.
Jestem fetyszystą stóp.
Przychodziłem do szkoły wcześnie rano, by patrzeć, jak dziewczyny zmieniają buty, bym mógł wtedy zobaczyć ich stopy.
Często też nie chodziłem na lekcje i siedziałem w szatni, wyczekując na kobiety zmieniające obuwie.
Nikt oprócz was o tym nie wie ;)
Ot, taka anonimowa historia.
Po pierwszym roku studiów lekarskich robi się miesięczne praktyki pielęgniarskie. No, prawie pielęgniarskie, bo nie możemy robić wszystkiego (np. zakładać kroplówek, chyba że trafi się na miłą pielęgniarkę, która nauczy i pozwoli robić). Rozkład pracy jest nierównomierny: z rana dużo rzeczy do zrobienia, do południa się rozluźnia, bo nie zawsze jest co do roboty. Zamiast gnić w socjalnym, chodzę po salach i rozmawiam z pacjentami. Opowiem Wam historię jednej pani.
Od samego początku zwróciła moją uwagę. Chyba najstarsza na oddziale (a średnia wieku to 80+ - interna), zasuszona, z dziwnymi zmianami skórnymi, jakby łuszczycą, panicznie reagująca nawet na pojawienie się kogokolwiek w jej zasięgu wzroku. Generalnie obraz nędzy i rozpaczy. Od pielęgniarki dowiedziałam się, że leży na oddziale wiele tygodni, z 1-, max. 2-dniowymi przerwami. Potem znów ją przywożą, odwodnioną, zagłodzoną.
W międzyczasie okazuje się, że te zmiany skórne to wcale nie łuszczyca, a... brud. Tak, pani była tak brudna, że gromadziło się to w postaci żółtawych płatów, które nie schodzą podczas normalnego mycia, które na oddziale nie jest zaniedbywane, tylko trzeba je było w jakiś specjalny sposób usunąć. Jaki nie wiem, niestety się nie dopytałam, ale salowa mówiła, że dwa popołudnia spędziła na doprowadzeniu pani do normalnego stanu. Pojawia się jeden z jej synów, do matki zagląda na krótką chwilę, potem dostaje ochrzan od lekarza za zaniedbanie, a następnie daje ochrzan lekarzowi, że chcą jej ściąć włosy, żeby móc doprowadzić skórę głowy do porządku. Nie, on żąda odkładów z mocznika. Nie obchodzi go to, że to nie oddział dermatologiczny. I nie, to nie na skutek zaniedbania, przecież opiekunka przychodzi. Dobrze, że nie widziałam na początku jej odleżyn, bo były to typowe rany. Piękne zajęcie...
Po trzech dniach jestem w stanie zrozumieć, co pani do siebie mówi. Głównie woła Boga, pyta się, gdzie jest i czy jest niedaleko syn – jeśli na ostatnie odpowiedziało się twierdząco, wpadała w panikę. Po tygodniu udało mi się ją przekonać, że jest bezpieczna, z dobrymi ludźmi i nic jej nie grozi, wtedy zrobiła się bardziej kontaktowa.
Niestety nadal wpada w panikę, wiele pielęgniarek nie ma do niej cierpliwości, krzyczy i ją szarpie za rękę. Same zresztą nie mają czasu do niej przychodzić, bo roboty jest od groma – gdy my mamy wolne, one uzupełniają dokumentacje, jeżdżą z pacjentami na badania (przy transporcie na i z niektórych musi być pielęgniarka), o lekarzach już nie wspominając. Nie wiem, ilu pacjentów w Polsce jest w takiej sytuacji, ale prawdopodobnie dużo – na samą myśl, z powodu bezsilności jest mi szalenie smutno.
Jeśli się spodoba, napiszę więcej historii z praktyk, bo dużo tego. A Wam, drodzy Anonimowi, życzę oddanej rodziny.
Moja mama umiera. Była dla mnie okropna przez ostatnie lata, ale wiem, że chciała (według niej) dobrze. W sposób makiaweliczny, ale kochała/kocha mnie i rodzeństwo. Może byłaby w lepszym stanie, gdybym nie znalazła jej tak późno, gdybym utrzymywała kontakt dłuższy niż 3 minuty przez telefon (tyle miałam cierpliwości na jej chamstwo). Gdyby tylko...
Bardzo, bardzo bolą mnie wyrzuty sumienia, jestem najgorszą osobą na świecie. Są dzieci bite przez rodziców, co myją im tyłki na starość. Moja matka była tylko chamska. Moje dziecko na pewno potraktuje mnie tak samo, a ja w pełni na to zasługuję. Jestem dużo gorszą osobą, niż jest moja matka. Dużo, dużo gorszą. Jestem okropna, nawet to wyznanie to lament egocentryka, który wie, jak brudne jest jego sumienie. Co za żenada.
Dodaj anonimowe wyznanie