Studiuję w swoim rodzinnym mieście, postanowiłam więc nie wyprowadzać się od rodziców, zwłaszcza że mamy spore mieszkanie – każdy ma swój własny pokój, a mieszka tu jeszcze moja starsza o rok siostra. Jako że nie chciałam już żadnego kieszonkowego czy czegoś w tym stylu, zaczęłam sobie wieczorami dorabiać jako kelnerka, żeby mieć na jakieś drobne wydatki.
Odkąd tylko podjęłam pracę, rodzice zażądali, bym zaczęła dokładać się do rachunków w wysokości 1/4, czyli płaciła „za siebie”.
Wszystko by było OK, gdyby nie fakt, że moja siostra się nie dokłada. Nie skończyła studiów, zakończyła edukację na pierwszej klasie zawodówki, bo nie zdała do drugiej, nie pracuje, tylko się opieprza i sprowadza koleżaneczki. Na mój protest: „Ale mamo, dlaczego ja mam wydawać sporą część swojej pensji, a ona nie musi?” padło: „A z czego ona ma się dołożyć?”.
Cóż, skoro tak, to po cichu zaczęłam rozglądać się za małym własnym kątem.
Był środek sierpnia. Miałam 12 lat i mieszkaliśmy wtedy na wsi. Mama robiła przetwory z wiśni, właśnie gotowała weki (jeśli ktoś nie wie, na czym to polega, to wkłada się do dużego garnka słoiki z owocami, wlewa w to wodę i całość gotuje przez jakiś czas). Przyszła babcia i poprosiła mamę, żeby z nią na chwilę poszła do ogrodu, za domem, w czymś tam jej pomóc. Mama powiedziała, że zaraz wraca i kazała mi przypilnować weki. Miałam tylko przykręcić gaz, gdyby gotowały się za mocno, a jakby to nie pomogło, to go całkiem wyłączyć.
Jak to zwykle bywa, coś tam się przedłużyło i mamy długo nie było. Weki mocno się gotowały, zmniejszyłam gaz (tak, że nadal się gotowały, ale słabiej) i wtedy zauważyłam, że w garnku zostało mało wody (bo cześć już po prostu wyparowała). Postanowiłam więc, że jej doleję (chociaż mama nic o tym nie wspominała). Dolałam więc do tego wszystkiego zimnej wody z kranu... Nie wiedziałam, że nie powinnam. Nie miałam pojęcia, co się stanie. Słoiki dosłownie eksplodowały. Szkło było wszędzie (w tym na mnie, powbijane też). Pamiętam, że chwilę później do domu wszedł tata. Miał tego dnia wrócić dużo później, ale różne zbiegi okoliczności sprawiły, że wrócił wcześniej. Przeznaczenie? Przypadek? Nie wiem, ale jego szybka i przytomna reakcja prawdopodobnie uratowała mi wzrok. Nie dotykał mi twarzy i mnie też nie pozwolił tego robić. Okręcił mnie ręcznikiem, wsadził do samochodu i popędziliśmy na pogotowie.
Dzisiaj mam już prawie 40 lat. Mieszkam w mieście i nikt tutaj nie wie, co się wtedy wydarzyło. Nikomu nie mówiłam, bo po co? Nie ma sensu. Zresztą nie lubię do tego wracać. Wszystko ze mną w porządku, tylko że jednak nie. Boję się dźwięku gotującej się wody (już nawet nie samego wrzątku, tylko tego dźwięku). Kiedyś miałam nawet problem, żeby zaparzyć sobie kawę czy herbatę, bo od czajnika biło gorąco (czyli może jednak wrzątku też się boję?), no i ten dźwięk, który słychać było jeszcze chwilę temu. Koszmar! Problemem jest nawet (a może szczególnie) gotująca się zupa. Kiedy to słyszę, to ogarnia mnie ogromny niepokój, a czasem panika i na czoło wstępuje mi pot. Lata mijają, a praktycznie nic się nie poprawia.
Nigdy nie byłam u psychologa. Jako dziecko nikt mnie nie zaprowadził, bo w tamtych czasach tego się po prostu nie robiło (a już szczególnie na wsi). Nikomu to nawet do głowy nie przyszło. Jako dorosła też nie poszłam. Nie wiem w sumie czemu, chyba mi głupio powiedzieć, że boję się dźwięku gotującej się wody. To nawet głupio brzmi! Obawiam się zbagatelizowania sprawy i wyśmiania, bo niektórzy mają naprawdę dużo większe i poważniejsze problemy życiowe i jakoś sobie radzą, a ja tak średnio. Wstyd mi.
Niby wiem, że nie powinno się z nikim porównywać, bo każdy inaczej reaguje na trudności, ale ciężko mi jednak tego nie robić.
W moim rodzinnym domu nigdy się nie przelewało. Na rodzinę zarabiał tylko tata, mama zajmowała się dziećmi w domu. Tło wszystkich moich wspomnień z dzieciństwa to ciągłe liczenie pieniędzy i gryzienie się z każdym wydatkiem. Chociaż nie mieliśmy w domu żadnego alkoholika, nie byliśmy zadłużeni, nie wydawaliśmy pieniędzy na leczenie jakiegoś ciężko chorego członka rodziny, wiecznie brakowało kasy – a to trzeba było decydować, kto w tym miesiącu dostanie buty, bo na więcej niż jedną parę nie stać nas było, a to losowanie, kto dostanie nową kurtkę na zimę, o wyjeździe wakacyjnym, wycieczce szkolnej czy choćby wyjściu do kina można było tylko pomarzyć. Nie zrozumcie mnie źle – rodzice niejednokrotnie sami rezygnowali ze swoich potrzeb, żeby starczyło nam, dzieciom. Mamę z dzieciństwa pamiętam jako tę wiecznie zaniedbaną, kiedy inne matki były umalowane i ładnie ubrane, ojca z kolei wiecznie nieobecnego, w pracy lub na „fuchach”, żeby dorobić na boku, kilkanaście lat w tych samych ubraniach, które cerowała po nocach matka. Przyznaję, że ładowali pieniądze w naszą edukację, poświęcali się dla nas i kiedy tylko było ich stać, rozpieszczali. Doceniam to wszystko i jestem cholernie wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili, ale...
...poznałam rodzinę męża. U niego rodzice pracowali wprawdzie oboje, ale żadne z nich nie było fachowcem, jak mój ojciec, więc ich pensje w połączeniu dawały mniej więcej tyle samo, co zarobki mojego taty. Sytuacja niemal identyczna – tyle samo dzieci w podobnych latach, „zakładowe” mieszkanie, próba usamodzielnienia się i wyjścia „na swoje”. Różnice są jednak kolosalne. Teściowie zawsze mieli odłożone pieniądze. Niewiele, ale po trochę zbierali, odkładali, ile się tylko dało. Postawili swój dom – zajęło im to lata, bo brakowało funduszy, ale ostatecznie się udało. Teraz kiedy zbliża się czas emerytury, kontrast jest jeszcze wyraźniejszy – oni zadbani, spokojni o przyszłość, pogodnie nastawieni, z kolei moi rodzice nadal wiecznie od wypłaty do wypłaty, chociaż zarobki znacząco poszły w górę, a dzieci dawno zeszły z utrzymania. Kiedy mój mąż dostał „na usamodzielnienie się” od rodziców sporą ilość gotówki, którą odkładali dla niego przez lata, ja nadal po cichu dokładam rodzicom do rachunków z mojej pensji, kupuję rzeczy i sprzęty do domu, pożyczam na wieczne nieoddanie, kiedy potrzeba.
Szanuję i kocham moich rodziców, ale nie rozumiem, gdzie uciekły te wszystkie pieniądze, kiedy inni ludzie w praktycznie identycznej sytuacji wyszli na swoje. Żadne z nich nie ma ukrytego nałogu, nie wtopili z żadnym kredytem w obcej walucie, nie spłacali długów rodziny, ojciec nie ma na boku drugiej rodziny. Mimo to nie mają na starość żadnych oszczędności ani żadnego majątku, co cholernie mnie smuci. Nie wiem – może to niekonsekwencja w wydatkach? Może brak kontroli? Nie rozumiem tego.
Od roku jestem weganką. Tegoroczne święta wielkanocne upłynęły mi pod znakiem miliona pytań rodziny – dlaczego, po co, jak to bez mięsa, czy czerpię energię z kosmosu... Na wszystkie pytania odpowiedziałam z sensem, a nawet z poczuciem humoru oraz szczyptą faktów. Uważam, że to bez sensu kopać się z koniem dosłownie i w przenośni. Wtedy po raz pierwszy do akcji wkroczył mój brat, który nie lubi rodzinnych spędów. Tym razem jednak to on zadał mi pytanie:
– Czyli nie jesz swoich przyjaciół, tak?
– Tak – odpowiedziałam.
– To dlaczego zapychasz żołądek ich żarciem? Chcesz, żeby umarli?
Zatłukę gnojka, przysięgam.
Boję się iść do szkoły. Niedawno zmieniłam szkołę, ponieważ miałam duże problemy z rówieśnikami. Naśmiewali się ze mnie, kpili, najeżdżali na rodzinę, oznaczali pod obraźliwymi postami i często ośmieszali na tle innych. Mówili o mnie kłamstwa innym.
Dlatego zmieniłam szkołę, ale boję się, że jutro spotka mnie to samo. Czuję się, jakby każdy obgadywał mnie za plecami i ze mnie szydził. Czuję się nieswojo i mam wrażenie, że tam nie pasuję. Obawiam się, że jak popełnię najmniejszy błąd, np. przy tablicy, to zostanę przez to wyśmiana. Naprawdę nie chcę tam iść i co chwilę mam napady paniki. Mama niestety tego nie rozumie. Nie wiem co mam robić...
W środku nocy usłyszałem hałas. Wchodzę do salonu i widzę swoją kilkuletnią córkę prowadzącą dialog z ciemnością:
– Co robisz? Czemu nie śpisz?
– Rozmawiam z panią.
– Jaką panią?
– Nie możesz jej zobaczyć, bo nie żyje...
Nie powiem, zmroziło mnie, a i teraz czuję lodowaty dreszcz na samo wspomnienie.
Obecnie zajmuję się prawie 2-letnią córką. Mąż jest w stanie nas utrzymać. Jednym z powodów, dla których nie szukam pracy, jest to, że jak ją znajdę i będę w stanie utrzymać siebie i dziecko, to wezmę rozwód.
Jechałam autobusem, kiedy nagle dosiadł się pewien mężczyzna. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest chory, widać było, że coś z nim nie tak. Głupio się przyznać, ale okropnie boję się takich sytuacji, więc modliłam się, żeby do mnie nie podszedł. Niestety zrobił to...
Na początku założyłam słuchawki i udawałam, że go nie słyszę, ale nie poskutkowało. On cały czas nachalnie powtarzał mi: „Dzień dobry”. Chyba za piątym razem w końcu mu odpowiedziałam i miałam nadzieję, że sobie pójdzie, jednak on dalej to ciągnął. Wpadłam w panikę. Szybko wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do kogoś, żeby pogadać o byle czym i starałam się od niego odwrócić, ale jak tylko odwracałam głowę, to on mnie obchodził, żeby spojrzeć mi w oczy. Dopiero po kilku minutach odszedł do innej części autobusu, jednak ja uspokoiłam się w pełni dopiero wtedy, kiedy wysiadł.
Wiem, że powinno się inaczej traktować takie osoby, być bardziej wyrozumiałym. Szczerze mówiąc, sama dziwię się swoją reakcją. Niestety ja spanikowałam i najzwyczajniej w świecie bałam się tego człowieka.
Notorycznie opuszczam lekcje języka niemieckiego, ponieważ mam mizofonię, a moja nauczycielka strasznie mlaszcze, jak mówi. W tym roku zdaję maturę rozszerzoną z niemieckiego...
Mam dużego labradora. Mój pies nie darzy mnie szczególną sympatią, w sumie tylko mnie, resztę rodziny lubi. Potrafi się do nich przytulić, a do mnie jeszcze nigdy nie przyszedł.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia wskoczył mi na kolana i zaczął się przytulać. Niby wszystko fajnie, szkoda tylko, że chwilę wcześniej wrócił z podwórka, gdzie wytaplał się w jakieś padlinie...
Dodaj anonimowe wyznanie