#I0DOU

Jakiś czas temu pojechałam do chłopaka na rodzinny obiad. Na obiedzie byli wujki, dziadki, ciotki, itd. Był też 2-letni brat mojego chłopaka.

A więc w połowie tego pysznego obiadku, mały przylatuje do salonu i wielce ucieszony podbiega do miejsca gdzie siedziała jego mama, a następnie kładzie brązową kulkę na stole krzycząc:
- Mamo, mamo! Patrz co zrobiłem! Kupkaaaa!
Sądząc po minach rodzinki chyba nie tylko mi odechciało się jeść. ;)

#dT85w

Miałem sąsiadkę chorą na głowę. Jak na złość babsko mieszkało dokładnie pod moim mieszkaniem i za punkt honoru obrała sobie zatruwanie mi życia. Za dnia zbierała siły, aby móc działać wieczorem.

Kiedy wybijała godzina 22, ta była już gotowa do akcji i tylko czekała, aż upadnie mi z ręki widelec, a hałas towarzyszący uderzeniu sztućca o ziemię sprawi, że cały blok zatrzęsie się w posadach. Zanim zdążyłem widelec podnieść, babus już napierdzielał domofonem i groził policją.

Czasem zdarza mi się pisać maile w nocy i wyobraźcie sobie, że ta chora kobieta potrafiła przyturlać się w szlafroku pod drzwi mojego mieszkania i drzeć twarz na cały korytarz, budząc przy tym wszystkich wokół. Podobno łomot towarzyszący stukaniu opuszek palców o plastikowe klawisze przypominał jej bombardowanie Warszawy z 1944 roku.
Jakiś czas temu ubzdurała sobie, że mój kran wydaje z siebie pisk i nasłała na mnie technika ze spółdzielni. Przyszedł jakiś wąsaty pan, ale żadnych awarii nie wykrył. Żal mi się gościa zrobiło, więc poczęstowałem go ciepłą kawą.

Kulminacja szalonych pomysłów pani z dołu miała miejsce w te wakacje. Leżałem sobie akurat na ciepłym piasku jednej z karaibskich wysepek. Plaża, drinki, muzyka fajne towarzystwo… Taki urlop! W tym momencie dzwonek telefonu był niczym desperackie wołanie pozostawionej w ojczyźnie szarej codzienności. Odebrałem. To była policja. Konkretnie – pan dzielnicowy. Stali pod moim mieszkaniem i stanowczo kazali mi otwierać drzwi. Podobno od tygodnia imprezowałem po nocach i uczyłem tuzin stukilogramowych metalowców tańca pogo. Wyjaśniłem stróżom prawa mój problem z sąsiadką. Zrozumieli, przeprosili i więcej nie truli mi głowy.

Gdy wróciłem z urlopu i dreptałem z plecakiem w stronę domu, czułem silny ścisk w żołądku. Na samą myśl o kolejnych utarczkach z tym wściekłym babusem robiło mi się słabo. Kiedy szukałem w kieszeni kluczy do drzwi od klatki schodowej, moją uwagę przykuła karteczka przylepiona na wysokości mojego nosa. Był to… nekrolog. Tak, upiorna sąsiadka wyciągnęła kapcie parę dni przed moim powrotem do domu. Panie, świeć nad jej duszą.

Wiem, że to wstrętne, ale tego dnia upiłem się z radości, tupałem bez opamiętania, a na koniec zaprosiłem kumpli i wspólnie bawiliśmy się przy dźwiękach Cannibal Corpse. Czułem się jakbym tańczył na grobie znienawidzonego wroga.
Chyba jestem złym człowiekiem...

#nbYTf

Bardzo brakuje mi pewności siebie.
Nie umiem przyjmować komplementów ani pochwal w pracy. Jak słyszę: „Dobra robota”, uśmiecham się i dziękuję, ale moje mięśnie napinają się, jakby czekały na uderzenie, jakby zaraz za tą pochwałą miało iść „ale... następnym razem przyłóż się bardziej”.
Najgorsze, że utrudnia mi to pracę. Na moim stanowisku muszę czasem tupać nogą albo wykazać trochę stanowczości i postawić na swoim. Tymczasem ja... no jestem miękką fają, inaczej tego nie nazwę.
Ktoś wie, jak sobie z tym poradzić?

#H9xmO

Historia o przemocy poseparacyjnej. 
Było sobie małżeństwo: Piotr i Kasia. Piotr złapał Kasię, bo od razu wyczuł, że K. to „dobra i uczynna dziewczyna”. A że K. nie była już najmłodsza, to szybko udało mu się ją przekonać, że dziecko to teraz albo nigdy. Ślub szybko, ciąża szybko, bo przecież ona już po trzydziestce. I wtedy P. przestał udawać rycerza. Może i Kasia go za rękę na zdradzie nie złapała, ale było kilka sytuacji dziwnych, gdzie Piotr pytany o to zaczynał reagować agresją. K. w ciąży, bez własnego mieszkania, ciąża z komplikacjami – uwierzyła, że przecież on ją tak kocha. Prawie odeszła, jak znalazła wiadomości, że jej luby się na seks gdzieś tam umawia: ale wybłagał i zasłonił się rodziną, dzieckiem – przepraszał wtedy bardzo i się zapierał, że to były wygłupy. A ona głupia została. 
Piotr zaczął się zachowywać dobrze, ale ta zdrada zabiła coś w Kasi ~ zaufanie, a bez zaufania już się patrzy bardziej na zimno. A jak się patrzy na zimno, to się lepiej widzi: przykładowo, że Piotr nie lubi się myć, i ten problem narasta. Najgorzej było, że P. zdawał się problemu nie widzieć – reagował agresją słowną, a potem i fizyczną. Pierwszy cios z liścia K. dostała, ponieważ Piotr był zdenerwowany, że koszty życia są wysokie i musi wybierać między swoimi „zabawkami” a życiem (wynajem, dziecko itd. – K. była wtedy na macierzyńskim i pensja pozostawiała wiele do życzenia), a do tego K. narzekała, że on się nie kąpie. Przepraszał oczywiście, dał kwiaty – K. została. 
Lata mijały – jak wyjeżdżał do pracy, ona odpoczywała, jak wracał, przypominał sobie o niej, jak chciał seksu. K. odmawiała często, bo po prostu śmierdział, obrażał się, bo jemu to nie przeszkadzało – to ona miała obowiązek, a on prawo. Zaczęły się gwałty. K. skupiła się na dziecku, prowadziła praktycznie osobne życie, bo Piotr, pracując potem z domu, potrafił nie wychodzić nigdzie tygodniami. Dziecko też go najczęściej irytowało, bo było wymagające. Po jednej nocy, gdzie K. skończyła cała sina, coś w niej pękło. Odeszła. Złożyła o rozwód i tu się zaczęło. Koszmar ciągnie się do dziś: od czasu kiedy za namową rodziny opowiedziała, co się działo, a prokuratura jej uwierzyła. Rozwód trwa, a K. stała się złem całego świata. Nagle się okazało, że: jest alkoholiczką, narkomanką, ma romanse w pracy, wszystko zmyśliła, kradnie (rzeczy P.), oszukuje urzędy skarbowe, znęca się nad Piotrem, znęca się nad dzieckiem. Sytuacja dochodzi już do takiego absurdu, że aż ciężko w to uwierzyć.
Piotr wyje na forach o swojej krzywdzie –- opisując romanse K., poszczególne sprawy sądowe, oraz to, jak K. go maltretuje na FB (K. nie ma FB) oraz zniesławia – założył jej nawet sprawę o naruszenie dóbr osobistych (to jeden z kilkunastu już zarzutów).
Piotr do dziecka nie przyjeżdża, z alimentami mu nie po drodze – ale dla niego jest najważniejsze, że Kaśka ma ciężko.

#vLpjn

Moja siostra jest klasycznym przykładem nowoczesnego wychowania bez kar. Nie pamiętam, aby rodzice kiedykolwiek wyciągnęli wobec niej większe konsekwencje. Do jej złych zachowań zaliczyć można wiele rzeczy, np. wyzywanie rodziców, życzenie śmierci innym (nawet mojemu dziecku, prawdopodobnie z zazdrości, ale wciąż), brak podstawowej kultury (słów na przywitanie, pożegnanie, proszę, dziękuję) i chamskie odzywki do wszystkich, niedocenianie tego, co ludzie dla niej robią, odmawianie udziału w rodzinnych uroczystościach typu urodziny, pogrzeb, wesele (a jeśli już jedzie, to siedzi i ciągle pyta „kiedy wracamy?”). Może nie jechać, ale jednak chcemy, by miała kontakt z rodziną i przyjaciółmi rodziny, żeby nie była odludkiem.
Różnica między nami wynosi 15 lat, więc nie tak mało. Siostra jest już nastolatką, która zupełnie nie radzi sobie z krytyką. W szkole nie ma znajomych, bo gdy tylko zwracali jej uwagę, że źle się do nich odzywa, to odbierała to jako wrogość. Jest przekonana, że cały świat jej nienawidzi i nie da się jej wytłumaczyć, że dla nas jest ważna, tylko musi być milsza i empatyczna. Potrafi taka być, ale tylko gdy czegoś od nas chce.

#Z89kW

Kiedy miałem 8 lat, pojechałem na obóz letni.
Zakres wiekowy to było 8–16 lat, więc różnica między uczestnikami była duża.

Pewnego pięknego dnia szedłem do pokoju, gdy jakaś 15-latka zawołała do mnie, czy chcę loda. Byłem pewny, że chodzi o jedzenie, więc ochoczo pokiwałem głową. Zabrała mnie do pokoju i... 
Najlepsze chwile mojego życia. Nigdy tego nie zapomnę.

#uZUHI

Jestem facetem w średnim wieku, mam zakola, zbyt szczupły nie jestem – no, ogólnie to żadna dziewczyna mnie nie chce.

Dzisiaj szedłem chodnikiem, gdy widzę laskę, serio, babka jak modelka – loki, makijaż, po prostu 10/10 – która do kogoś macha. Macha, wysyła całuski, serduszka.
Zachwycony odmachałem i uśmiechnąłem się do laski. Okazało się, że za mną stał jakiś hociak.

#w8SUK

Ostatnio ostro kłóciłem się w komentarzach z jakimś facetem, który narzekał, że „nie ma rąk do pracy”. Generalnie gościu prowadzi sklepik z pamiątkami nad morzem i zaczyna szukać ludzi na ten sezon. Według niego „zetki mają wymagania z kosmosu, a on chce tylko zatrudnić kogoś do prostej pracy”. 

Cóż... Dwa lata temu przeglądałem ogłoszenia tego typu, chciałem trochę sobie dorobić i przy okazji spędzić wakacje w fajnym miejscu. Od znajomych wiem, że w zeszłym roku nic się nie zmieniło. Pomijam brak podstawowych informacji o stawce, liczbie godzin itp. Pomijam konieczność dodawania profesjonalnego CV (jeżeli wyraźnie piszą, że nie wymagają doświadczenia). Ale jeżeli po ponad 150 wysłanych zgłoszeniach nie ma żadnego kontaktu, to coś tu jest nie tak. Wysyłałem wiadomości do budek z pamiątkami, hoteli, sklepów odzieżowych, wypożyczalni rowerów, generalnie wszędzie oprócz gastro (złe wspomnienia). Mam status studenta, prawo jazdy, zdrowy organizm bez nałogów. Wcześniej miałem doświadczenie głównie „biurowe”, no ale come on, ile może zająć wdrożenie na stanowisko sprzedawcy? 
Dla „tradycjonalistów”: nie mam kolczyków, tatuaży ani kolorowych włosów. Nie miałem właściwie żadnych wymagań: minimalna i jakikolwiek nocleg (jestem z drugiego końca Polski).

Pewnie zaraz napiszecie, że większość takich firm zatrudnia kogoś na miejscu. Tylko po co dodają ogłoszenia na ogólnopolskich grupach? Tu jest jeszcze oddzielny problem: wrzucanie jednozdaniowych postów, ze słynnym „kontakt priv”. Po czym nieodpisywanie na tym priv. Może są tu jacyś nadmorscy przedsiębiorcy i zechcą łaskawie wyjaśnić tę „genialną” strategię biznesową? I nie wmówicie mi, że nie mieli czasu albo już kogoś znaleźli, bo te ogłoszenia były odświeżane co parę dni.


Oczywiście ja podchodziłem do tego na luzie, ale jednak wkurzający jest taki całkowity brak szacunku do człowieka. Często się mówi, że fejkowe oferty pracy, wieloetapowe rekrutacje, olewanie kandydatów to wyłączna domena wielkomiejskich HR z korpo. Gówno prawda, mali przedsiębiorcy są tacy sami. Przecież to się powinno odbywać na zasadzie: 
- Chcesz pracować? 
- Chcę.
- Od jutra zaczynasz. 
I tyle, żadnych niepotrzebnych komplikacji. Nie wiem, może ktoś miał podobnie, a może jednak gadam bzdury. Jestem ciekaw Waszych opinii.

#vn4os

Na pewnym etapie walki z niepłodnością stwierdziliśmy, że dalsze starania o dziecko biologicznie nasze nie mają sensu. Pozostała procedura ostatniej szansy, ale nie chcieliśmy się na nią decydować. Zdecydowaliśmy się na adopcję. Długo przygotowywaliśmy się psychicznie i merytorycznie przed pierwszą wizytą w ośrodku adopcyjnym. Skompletowaliśmy dokumenty, czytaliśmy wskazówki na stronach różnych ośrodków, rozmawialiśmy na żywo i w sieci z rodzicami adopcyjnymi, czytaliśmy fora. Gdy wreszcie poszliśmy do ośrodka, w ogóle nie przyjęto nas do procedury. Powodem było niewykorzystanie wszystkich sposobów w leczeniu niepłodności. 
Pary, którym odmówiono w jednym ośrodku, próbują w kolejnym, ponieważ nie ma jednolitych przepisów. Małżeństwo, które według jednych wewnętrznych zasad nie spełnia kryteriów kwalifikacyjnych, gdzie indziej może spełniać. My byliśmy w sumie w trzech ośrodkach, z tym samym skutkiem. Trochę się dowiedzieliśmy o innych osobach, którym odmówiono adopcji i tego powodach. Oto przykłady:
– Teoretycznie maksymalny wiek rodziców adopcyjnych to 40 lat. Są ośrodki, które nie dopuszczają do procedury par, w których przynajmniej jedno przekroczyło 38, a wśród planujących adopcję niemowlaka 36 lat.
– Niestabilne warunki zatrudnienia. Poznaliśmy parę, której odmówiono, bo jedna osoba pracowała na zleceniu.
– Warunki mieszkaniowe. Odmówiono małżeństwu mającemu mieszkanie dwupokojowe. Znamy rodzinę w składzie 2+2+pies mieszkającą w podobnych warunkach i im wystarcza.
– Teoretycznie adoptować może osoba samotna. Poznaliśmy singielkę, która ukończyła procedurę, a wszystkie pary, z którymi zaczynała, już miały dzieci, a ona wciąż czekała. Nie wiemy, jak było dalej, bo nie mamy kontaktu, ale przekonywano ją do rezygnacji.
– Czas trwania małżeństwa. Poznaliśmy parę, która zaczęła starania o adopcję po czterech latach małżeństwa. Nie chcieli czekać roku, bo ośrodek w ich mieście przyjmował małżonków z pięcioletnim stażem, więc jeździli do innego miasta. Gdyby czekali, przeszkodą byłby wiek.
– Odmowa z powodu posiadania dziecka biologicznego. W niektórych ośrodkach się udaje. Znamy rodzinę ze starszymi dziećmi biologicznymi i młodszym adoptowanym.
– Niedostępność emocjonalna stwierdzona w badaniu przez psychologa w ramach procedury.

Nie obwiniam ośrodków, tylko wadliwy system. Uważam, że przepisy powinny zostać ujednolicone i mam nadzieję, że pracownicy podejmujący decyzje kogo zakwalifikować, a kogo odrzucić, kierują się dobrem dzieci, a nie statystykami.
Dodaj anonimowe wyznanie