Wczoraj były moje urodziny. Usunięcie informacji o dniu urodzin z Facebooka to był doskonały pomysł, nikt mnie nie męczył udawanymi życzeniami, nawet moja własna matka.
Podobno to mężczyźni chrapią, a kobiety śpią niczym księżniczki. Niestety... chrapię niczym wieprz.
Partner mnie głaszcze i buja, żebym przestała.
Siedem lat temu spotkałam mężczyznę idealnego – wyrozumiałego, troskliwego, przystojnego, inteligentnego, z perspektywami na przyszłość. Zaczęliśmy się spotykać. Mijał rok, drugi, były różne problemy, w tym i finansowe. Bywały miesiące, że na życie zostawało mu 200 zł, pomagałam, rozwiązywałam problemy. Później pojawiło się dziecko, a ja zauważyłam, że facet mnie wykorzystuje. W międzyczasie dwa razy awansował, zarabia dwa razy tyle co ja, a na prośbę o dołożenie się do pampersów usłyszałam, że mam 800 plus, na prośbę, żeby dołożył się do życia, mówi, że płaci rachunki. Tak, 300 zł za prąd i wodę. Nie muszę jednak mówić, że jeździ dobrym autem na kredyt, ma super telefon na raty, telewizor na pół ściany na raty i całą masę innych zbędnych rzeczy na raty. Ja, chociaż zarabiam połowę mniej, utrzymuję siebie, dziecko i jeszcze jego. Ubieram się z reguły w to, co siostry dadzą w spadku, cały cyrk z sezonową wymianą odzieży dla dziecka spoczywa na mnie, bo mam 800 plus, Żeby było śmieszniej, to głupia ja kupiłam panu buty na zimę, mimo że moje mają już chyba ze cztery lata i kiedyś kupiła mi je mama na wyprzedaży.
Pan mój chodzi w kurtkach za 800 zł, moje nie kosztują nawet 100. Pan oddaje swoje do pralni, na moje szkoda kasy, muszę radzić sobie z pralką. Pan, mimo że codziennie jest w mieście, nie daje rady zajechać gdziekolwiek, np. zarejestrować dziecko do lekarza, chyba że ma zajechać po piwo – to inna bajka.
Od siebie dodam, że ciężko osiem godzin pracuję, odbieram dziecko, jadę na zakupy, myślę o psie i kocie, pilnuję wizyt i szczepień, gotuję w tygodniu z dnia na dzień, w niedzielę zawsze szykuję super śniadanie, obiad i kolację, w międzyczasie spacer z dzieckiem, piorę i układam w szafie, a jak mi odwali, to i poprasuję. Pamiętam o datach urodzin wszystkich członków rodziny i ogarniam prezenty, również te na gwiazdkę. A pan wraca z pracy, leży i ogląda seriale. Czasami powiesi pranie, jak poproszę. Nigdy nie czekał na mnie obiad ani kolacja. Raczej pan czekał, aż wrócę i zrobię.
Ostatnio ciągle się kłócimy, za chwilę się pozabijamy. Ja już nie wystarczam, wziął się za dziecko, a gdy stanęłam w obronie malucha, usłyszałam, że on ma dość, że tak nie idzie żyć. Mam wziąć bachora i wypier***. Całej reszty słów nie będę przytaczać, szkoda na to czasu. Najgorsze jest to, że nie mam gdzie iść. Muszę zostać, a za dwa dni, jak mu przejdzie, znowu udawać, że nic się nie stało...
Działo się to długie lata temu, kiedy jeszcze studiowałem. Mieszkałem w akademiku, w ośmiopiętrowym budynku. Mieszkałem wtedy na 7 piętrze, więc zwyczajowo korzystałem z windy. Kiedy wsiadłem na parterze, mała winda starego typu była pusta. Będąc już w środku, puściłem nasyconego aromatem pryka. Bodaj na 2 piętrze wsiadała jakaś dziewczyna, wcisnęła przycisk swojego piętra numer 5. Na 4 piętrze winda zatrzymała się, widocznie ktoś tam musiał czekać, wcisnął oba przyciski i wsiadł do drugiej windy, która przyjechała prędzej, ale nasza winda również się zatrzymała. W tym momencie moja współpasażerka zdecydowała, że ostatnie piętro pokona pieszo, zostawiając mnie samego w windzie. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego zrezygnowała z dalszej jazdy :)
Każdego wieczoru, kiedy idę spać, muszę iść do toalety zrobić siku, nieważne, czy przed chwilą byłam, czy nie, trzeba i już. Tak więc jeśli nie mam za bardzo czym, to smyram się palcami po odcinku lędźwiowym kręgosłupa, bardzo delikatnie. Taki mój mały sekret jak sikać, gdy ci się nie chce :) Sprawdza się również, gdy muszę się pospieszyć.
Przez wiele lat przyjaźniłam się z jedną dziewczyną. Byłyśmy nierozłączne, dużo rozmawiałyśmy, wiedziałyśmy o sobie wszystko. Była w gorszej ode mnie sytuacji, więc co jakiś czas pożyczała ode mnie pieniądze. Zawsze jej dawałam, mimo że czasem sama nie miałam i pożyczałam od rodziców. Oczywiście oddawała. Lata mijały, ona znalazła sobie faceta. Często na niego narzekała. Starałam się jej pomagać, wspierać. Nie raz żaliła mi się, że nie daje już z nim rady, że jest straszny, że się go boi. W końcu zauważyłam, że pożycza pieniądze ode mnie, ale na papierosy, nowe sprzęty, jedzenie na mieście jakoś ma. Postanowiłam jej się postawić i kolejnym razem nie pożyczyć pieniędzy. Nagle nasza wieloletnia przyjaźń się ochłodziła. Zaczęła mi się chwalić, że jej facet jest cudowny i nie rozumie, dlaczego ja jestem tym zdziwiona. Relacjonowała mi, jakie to ma spełnione życie, fajną pracę. Narracja zmieniła się o 180 stopni. Obecnie mamy mało kontaktu. Czasem się odzywam, ale rozmowa nie jest podtrzymywana.
Wychodzi na to, że byłam tylko bankomatem, a te wszystkie historie o złym życiu, problemach, wydzwanianie w płaczu były tylko po to, aby wzbudzić we mnie współczucie i otworzyć portfel. Jestem w szoku, że tyle lat żyłam w iluzji.
Nienawidzę swojej rodziny.
Mam 36 lat i straciłam 12 ciąż. Większość z nich ok. 20 tyg. Wiele wizyt, różni ginekolodzy w całym kraju... Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje, bo badania są w normie. Prowadzę zdrowy tryb życia, nie palę i nie piję, uprawiam sport, a i tak od wielu lat, mimo starań z partnerem, nie jestem w stanie donosić ciąży.
Moja rodzina wie o każdym przypadku z osobna, bo za każdym razem to oni byli pierwszymi osobami, którym mówiłam, że „może tym razem się uda”, a zarazem byli też pierwszymi, którzy słyszeli, że jednak znów nie moja kolej.
Dla mnie każda z tych ciąż to ogromna strata, duże przeżycie, trauma. Mimo to na każdym spotkaniu rodzinnym jestem wypytywana: „kiedy dziecko?”, „zegar tyka”, „no my to się chyba nie doczekamy”, „staracie się?”, „no tę byś mogła donosić”... itd.
Moja rodzina nie rozumie, jak ciężko być w takiej sytuacji, bo sami mają ośmioro dzieci, mimo skrajnej biedy, nałogów i nadwagi.
Zanim kogoś zapytacie o dzieci lub w ogóle zaczniecie ten temat – zastanówcie się, czy ta osoba nie przechodzi podobnej tragedii, tyle że w ciszy.
Mam pewien problem. Od jakiegoś czasu spotykam się z kobietą, ale znamy się już dobre kilka lat. Oboje dobiegamy czterdziestki. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy zatem i po zmianie relacji na romantyczną wszystko szło nieźle... do momentu wspólnego zamieszkania – wiadomo, trzeba się dotrzeć. Tyle że w tym docieraniu nie ma miejsca na kompromisy – ma być tak, jak ona chce, i już. Próby rozmowy i jakiegoś rozsądnego ustalenia wspólnego gruntu kończą się na kłótni albo zbywaniu prób tłumaczenia mojej perspektywy. Dodatkowo ostatnio zasugerowała mi, że mam się dostosować albo spadać na drzewo. Mieszkamy u niej (ze względów praktycznych miało to większy sens), a moje mieszkanie miało pójść na wynajem – myślę, że też dlatego ona czuje się uprawniona do dyktowania warunków. Wisienką na torcie jest to, że po każdej sesji z terapeutką wraca z coraz głupszymi pomysłami.
Ja rozumiem, że ważne jest, aby dbać o siebie i sam pomysł terapii popieram, ale bez choćby odrobiny elastyczności nie da się zbudować związku. Nie można wszystkiego oprzeć na „ja, ja, ja”. Obawiam się, że to może być pseudoterapeutka, która zamiast naprawdę pomóc, ładuje jej do głowy jakieś bzdury z TikToka, ale wolę nawet nie poruszać z nią tego tematu. Może jakoś dziwnie o tym myślę, ale zawsze wydawało mi się, że czasem zrobimy coś, jak ona chce, czasem po mojemu, a czasem znajdziemy jeszcze inny sposób. Tracę siły... Na szczęście nie dałem jeszcze ogłoszenia o wynajmie i chyba na razie się wstrzymam.
Zawsze miałam bujną wyobraźnię, nad którą jednak nie potrafię do końca panować. Od jakiegoś czasu przechodzę również cięższy okres w życiu. Jak to się łączy? Kiedy jest mi bardzo smutno, wyobrażam sobie szczególnie tragiczne sytuacje z udziałem ludzi, których znam i którzy są mi bliscy. Najczęściej jest to mój chłopak, mój anioł i niewinny misiaczek, jedyna osoba, co do której jestem pewna, że mnie kocha... W mojej wyobraźni czasem pali mu się dom, bliscy są mordowani na jego oczach (znam, bardzo mili ludzie, muchy by nie skrzywdzili). On sam jest torturowany, poniżany na rozmaite sposoby, zmuszany do robienia rzeczy, których by nigdy nie zrobił w rzeczywistości. Czasami w tym wszystkim uczestniczę, a czasami wręcz za tym stoję.
To samo potrafię „zrobić” moim najbliższym przyjaciołom, za których na co dzień skoczyłabym w ogień, członkom rodziny, którym dużo zawdzięczam. Potrafię postawić ich przeciwko sobie i „organizować” Igrzyska Śmierci, tylko trochę brutalniejsze, czasem wzbogacone o twarze ludzi mijanych na ulicy. Takie starsze panie z autobusu lub matki z dziećmi, na przykład. Ich koszmar potrafi wizualizować się w mojej głowie parę godzin. Czasem wracam do poszczególnych historii albo, o ironio, spisuję je na komputerze i... wysyłam chłopakowi, który gustuje w takich klimatach (oczywiście ze zmienionymi bohaterami dramatu i uniwersum, najczęściej to coś jak „Metro”)... Nie wie, kto jest moją inspiracją.
Po co to robię? Niesamowicie mnie to wycisza. Gdy wracam do rzeczywistości i uświadamiam sobie, że żadne z tych okropieństw nie miało miejsca, czuję się lepiej, jakbym to ja powstrzymała te wydarzenia siłą umysłu. Później jednak dopadają mnie przeogromne wyrzuty sumienia, wręcz czuję się jak śmierć. Chciałabym pójść z tym do psychiatry, ale nie wiem, czy zrozumie... Dlatego mam pytanie, drodzy Anonimowi: czy ktoś też tak ma?
Męczę teraz prawo jazdy, już nie pierwszy raz przychodzę na egzamin praktyczny.
Okropnie się stresuję za każdym razem i widzę, że nie tylko ja...
Za każdym razem, kiedy wchodzę do toalety, bierze mnie na wymioty, bo ludzie dostają takiej sr*ki ze stresu...
Dodaj anonimowe wyznanie