Kiedy byłem w podstawówce, pożarłem się dość mocno z jednym chłopakiem.
Nie pamiętam już, o co nam poszło, ale zdecydowałem się w akcie zemsty naszczać mu do plecaka.
Najlepsza okazja była w szatni podczas WF-u.
Nikogo nie było, więc wprowadziłem swój plan w życie. Nikt mnie nie nakrył ani nic. Co ciekawe, moja ofiara nie zdradzała żadnych oznak, że wie, co się odwaliło. Zapewne uznał, że picie mu się rozlało. Za to ja miałem wtedy straszną radochę przez resztę dnia.
Patrząc na to teraz, czuję lekki wstyd, ale jednocześnie znów zbiera mi się na śmiech, jak o tym pomyślę.
Jak ważne jest nasze dzieciństwo? Czy kształtuje nas na przyszłość? Jak wielki nacisk na nas wywiera?
Miałam jakieś 5, może 6 lat, miałam kilka koleżanek i jednego kolegę, z którym mieszkałam po sąsiedzku – i jak to dzieciom ciekawym świata i swojego ciała, i nam przyszło pobawić się w doktora. Nasi rodzice często pracowali w „polu”, a my zostawiliśmy sami, i nie było to coś złego, pole było blisko, a my zawsze mniej lub bardziej widoczni. Jak doszło do tego, że rozebrani oglądaliśmy swoje ciała, to nie pamiętam dokładnie, ale za to doskonałe pamiętam, jak przyjemne dla mnie było, gdy odkryłam, że jak się złapie za klejnoty chłopaka i trochę mocniej ściśnie, to on fajnie piszczy...
To był początek. Szkoła podstawowa i „ciągnięcia za warkocz” – chłopak mnie za włosy, a ja kolanem w klejnoty. Tak mi się to spodobało, że na każdą zaczepkę tak reagowałam, miałam z tym wiele przygód.
Czym się dziś zajmuję? Panowie płacą mi za to, że ich poniżam i „torturuję”. Czasem tylko między jękami bólu tych delikwentów myślę, czy byłoby tak samo, gdyby wtedy sąsiad nie dał mi maltretować swoich jajek...
Mam 17 lat, pochodzę z całkiem zamożnej rodziny, ale bez szału – przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie poznałem swojej klasy. Ludzie tam uważają mnie za snoba, banana i cholera wie kogo jeszcze. Dlaczego? Dobre pytanie, bo chyba nikt poza nimi nie ma pojęcia.
Rozumiem, gdybym obnosił się pieniędzmi i dookoła gadał o swoich podróżach (których notabene za dużo nie ma) czy pokazywał każdemu stan konta. Otóż nie. Gdy kupiłem (dla czepialskich – dostałem od rodziców) telefon, nikomu nic o tym nie powiedziałem, w końcu nie ma o czym, telefon to zwykła rzecz. Okazało się, że chyba nie dla nich. Wyciągnąłem go z kieszeni, nie minęła minuta i już słyszałem „To iPhone X?” z wyraźną, nie wiem, pogardą w głosie? Innym razem, gdy ojciec przyjechał po mnie pod szkołę nowym samochodem, niestety znajomi z klasy to zauważyli. Myślałem, że mnie zamordują wzrokiem.
Ludzie, czy to, że moi rodzice są bardziej zaradni życiowo, czyni ze mnie innego człowieka? Nigdy się nie obnosiłem swoim (ba, nawet nie swoim, tylko rodziców) stanem majątkowym, w klasie mam tylko jedną osobę, z którą rozmawiam na co dzień, mimo to nigdy nie zachowywałem się wobec nich jakkolwiek nie w porządku. Skąd to podejście, że jak mam lepiej, to trzeba mnie jakoś „dojechać”?
Nigdy nie byłem jakimś degeneratem, ale jak byłem w związku z poprzednią dziewczyną, to czasami eksperymentowałem z używkami. Przyznam, że to było bardzo głupie, ale nie żałowałbym tak, gdyby nie sytuacja, w której zdarzyło mi się być tak naprutym, iż zapomniałem, że w ogóle jestem z kimś w związku i ją zdradziłem. Dowiedziała się o tym i po jakimś czasie mi wybaczyła, a ja się poprawiłem i przestałem zachowywać jak idiota. Od tamtej pory jedynymi używkami w moim życiu był okazjonalnie alkohol. Jednak nasza relacja totalnie się zmieniła. Ona zaczęła być bardzo podejrzliwa i rozumiem to z jednej strony, bo sam jestem sobie winien, ale kontrolowała mnie non stop. Gdy tylko wracałem do domu, byłem przesłuchiwany, regularnie sprawdzała mój telefon, a jak tylko wróciłem trochę później do domu, to miałem piekło. Zawsze była trochę narwana pod wpływem emocji, ale zaczęła się stawać wręcz agresywna. Doszło do tego, że średnio raz na tydzień/dwa dostawałem w twarz za jakieś pierdoły. Często to nie był tylko jeden liść, tylko rzucanie się do mnie z łapami i bicie gdzie popadnie. Nie oddałem jej oczywiście nigdy, choć aż wstyd pomyśleć, jak bardzo mnie czasem korciło, by to zrobić. Odpychałem ją po prostu do skutku w chwilach jej napadu szału, przyciskałem do ściany przodem i trzymałem, aż się nie uspokoiła.
Nasz związek mimo wszystko istniał przez pewien czas, ale w końcu się wyprowadziłem, a ona zaczęła rozpowiadać wszystkim, że to ja ją krzywdziłem i znęcałem nad nią psychicznie. Tak właśnie zostałem damskim bokserem w kręgu głównie jej znajomych, którzy grozili mi przez następne tygodnie.
Sprawa na szczęście dawno ucichła, ale niesmak pozostał. Tak to jest, że jak kobieta bije faceta, to mało kto w jego wersję wierzy.
Dlaczego ja nigdy nie mogę doświadczyć tego, co inni w moim wieku? Za trochę mniej niż pół roku już będę pełnoletnia, każdy z moich znajomych był albo jest w związku, mieli swoją pierwszą miłość, byli dla kogoś całym światem, potrafili kogoś obdarzyć uczuciem. Na mnie nikt nigdy nie patrzył w romantyczny sposób, jedyne kim jestem i byłam to „koleżanką od rad związkowych”.
Sama nigdy do nikogo nie miałam romantycznych uczuć, obecnie mam tylko jedną przyjaciółkę, nie mam bliższego kontaktu z nikim więcej... W podstawówce byłam wyśmiewana i przezywana przez chłopaków, natomiast w klasie w liceum stanowią oni mniej niż 1%. Wydaje mi się, że jestem bi, bo bardzo dawno temu miałam romantyczne uczucia do chłopaka, a w 1 klasie liceum do dziewczyny, jednakże cierpię na nadpotliwość (hyperhydrosis), moje ręce stale są wilgotne, kto by chciał trzymać takiego kogoś za rękę? Przez to też boję się bliższego kontaktu z innymi, bo kiedy mam emocje, to z delikatnie wilgotnych zamieniają się w mokre. Mam też erytrofobię, panicznie boję się tego, że zrobię się czerwona podczas rozmowy z kimś i nie potrafię spojrzeć rozmówcy w oczy, bo od razu czuję ogromny stres i cosplay pomidora na buzi. Kiedy mam rozmawiać z chłopakiem, to czuję tak ogromny strach, że mam ochotę zwymiotować, o spojrzeniu mu w oczy nie ma mowy, moje serce wtedy tak wali, że raz jak podeszła do mnie grupka nastolatków spytać się, czy mam im pożyczyć papierosa, to jedynym słowem, które ledwo co wykrztusiłam było „nie”, po czym ze stania musiałam usiąść na pobliską ławkę, dlatego że myślałam, że zaraz zemdleję, albo dostanę zawału, zrobiło mi się ciemno przed oczami i siedziałam z głową w dół przez kilkanaście minut.
Pryknęłam tak mocno, że aż się obudziłam. W samochodzie. Z rodziną mojego chłopaka.
Kiedyś naszczałem do schowka na piłki w szkole.
Parę lat temu mieszkałem jeszcze w Polsce i będąc na ostatnim roku studiów, jako że zajęć nie było już zbyt wiele, pracowałem jako administrator systemów IT dla niedużej firmy.
Piątek, popołudnie, zimno w biurze jak sam czort, ludzie w polarach siedzą, ja już skończyłem wszystko, co miałem zrobić. Tydzień zamknięty, a do końca pracy zostały mi jakieś dwie godziny. Telefon na biurku dzwoni, patrzę – szefu. Nieważne, że siedzi obok i mógłby mnie po prostu zawołać. Odbieram.
– Słuchaj, jedź do firmy X (jeden z większych producentów wędlin w Polsce) i daj pani W. te papiery. Do rąk własnych.
– OK, która to jest?
– Od razu poznasz, taka tłusta.
Super, wcześniej kończę, na dół do fury, jeszcze tylko godzina warszawskich korków i będę w domu – a po drodze oddam papiery.
Wchodzę do biura firmy X i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, jak ta tłusta baba ma na nazwisko. Uśmiecham się i mówię, że mam oddać te papiery, tylko nie pamiętam nazwiska tej pani. Jedna z babek wygląda z pierwszego pokoju i mówi, że to pewnie dla niej. Szczupła nie była, ale na pewno nie tłusta.
– To nie dla pani – mówię.
– Nie, to dla mnie.
– Nie.
– Ale jak nie pamięta pan nazwiska, to skąd pan wie?
No przecież nie powiem, że to ma być dla tłustej, a ona jeszcze tak gruba nie jest!
– Bo wiem, że to nie dla pani...
Patrzymy się na siebie, ona na mnie jak na debila, ja próbuję telepatycznie wyjaśnić, że nie o nią chodzi i nagle, zza winkla wychyla się Głodzilla – tęga, tłusta i spocona Karyna (zima była, a ta cała mokra). Wyglądała, jakby zeżarła wszystkie te wędliny i czekała na ofiarę z kozła.
– To pewnie dla mnie – rzekła barytonem.
– Tak!!! – rozdarłem się na całe biuro. – To dla pani!
Dałem dokumenty, wszystkie babki się uśmiechają, a gruba schowała się do gawry.
Jeden z wielu żenujących występów w mojej karierze.
Kilka razy dogadzałem sobie na cmentarzu w godzinach wieczornych, mając na sobie tylko rajstopy.
Jako nastolatka, a potem młoda dorosła, walczyłam z otyłością. Nie było mnie wtedy stać ani na siłownię, ani dietetyka, ani psychologa. Samej było mi bardzo ciężko zmienić styl życia. Kiedy poszłam do pracy, zaczęłam odkładać pieniądze na tych wcześniej wspomnianych specjalistów i po paru latach pracy ciężko było poznać we mnie tę starą tłustą dziewuchę, jaką byłam.
Odniosłam spory sukces zawodowy i założyłam własną firmę, która z czasem dobrze się rozwinęła. Pamiętając te czasy, kiedy właśnie ciężko było z pieniędzmi na specjalistów, postanowiłam, że w mojej firmę jako benefit będzie w 100% darmowa opieka medyczna z pełną opcją wszystkich specjalistów, jakich oferuje dana klinika. Dodatkowo oczywiście siłownia i jako taki akcent ode mnie zaangażowałam w to moją dietetyk, u której moi pracownicy również mogą korzystać ze wszystkich usług bezpłatnie.
I tu właśnie zaczyna się problem. Benefity wchodzą w życie dla osób, które po okresie próbnym podpisują umowę na rok. I zrezygnowało mi z niej już 20 pań, a wszystkie łączyła jedna cecha, mianowicie mniejsza lub większa nadwaga. Od kliku z nich osobiście, a od kilku innych pośrednio dowiedziałam się, że poczuły się urażone tym, że firma zmusza je do diety, że jest to wyjątkowo obraźliwe, nieetyczne etc.
Pójście do dietetyk jest oczywiście dobrowolne, nikogo nie zmuszam, aczkolwiek wiem, że duża część pracowników z tego korzysta, nie tylko ci z nadwagą.
I teraz moje pytanie do Was, droga społeczności, dlaczego jest to tak obraźliwe dla tych pań? Zawsze myślałam, że to miły gest ze strony firmy, że zapewnia coś takiego, tym bardziej że z tego, co wiem, większość firm tego nie robi.
Dodaj anonimowe wyznanie