Mieszkam na wsi. Dzisiaj moi rodzice po raz kolejny poinformowali mnie, że przynoszę im wstyd, bo w wieku 26 lat nie mam jeszcze męża ani dzieci.
Najbardziej wkurza mnie to, że mój brat, który zamiast pracować „zajmuje się” piciem alkoholu i szlajaniem się po melinach, zrobił już dzieci trzem kobietom. Mimo swojej lekkomyślności i generalnego „zżulenia” wszyscy wspierają go finansowo i zawsze może liczyć na ciepłe słowa oraz pełne zrozumienie z racji na jego „trudną sytuację”.
To wyznanie dotyczy warunków w polskim szpitalu. Opiszę kilka sytuacji, które mi się przytrafiły.
1. Nikt z personelu nie raczył pomóc mi z kąpielą. Po zabiegu byłam w takim stanie, że nie mogłam sama wstać. Sądziłam, że od tego są pielęgniarki czy salowe, by pomóc przy takich czynnościach. Po czterech dniach, gdy już czułam własny zapach, zza granicy wrócił mąż, zaniósł mnie do łazienki (ponieważ pani dyżurująca nie pozwoliła na użycie wózka) i wykąpał.
2. Pewnego wieczoru na kolację (druga doba po zabiegu) dostałam ten okropny kleik. Pech chciał, że gdy próbowałam poradzić sobie z tym posiłkiem, trochę paskudztwa wylało mi się na pościel. No nic, zawiadomiłam dyżurującą w sali pielęgniarkę. Wszystko OK, zadzwoniła, dostałam nowy komplet. Niestety, przebrać tej pościeli nie miał kto. Od jakże miłej pani dowiedziałam się, że skoro nabrudziłam, to muszę po sobie posprzątać. Ale jak ja miałam to zrobić, skoro sama nie wstawałam z łóżka, a świeże szwy czułam aż zbyt dokładnie? W końcu pewna starsza pani, z którą dzieliłam salę, zlitowała się i mi pomogła. Inaczej spałabym w towarzystwie kleiku.
3. Gdy poprosiłam lekarza o środki przeciwbólowe, bo już nie wytrzymywałam, ten zaczął się śmiać. Łzy niemal ciekły mi po twarzy, a on: „Ha, ha, nie może aż tak panią boleć, ha, ha”. Cały dzień spędziłam, zwijając się z bólu na łóżku.
To, co się dzieje w szpitalach, jest żałosne. Nie mam nic do dodania.
Mam 33 lata i nie miałam jeszcze chłopaka. Ludzie w pracy wypominają mi to na każdym kroku. Kiedy nie zgadzają się z moim zdaniem, odpowiadają: „Czepiasz się jak stara panna, kobiety po 30. potrzebują faceta, inaczej im odbija”. Ale najgorzej jest na urlopie. Jeżdżę sama na wczasy, i tylko słyszę komentarze: „Nie boisz się tak całkiem sama? Ja bym na twoim miejscu nie jechała sama tak daleko od domu...”.
Wychodzi na to, że stara panna to jakiś ufoludek.
Kiedy miałam 17 lat, moja koleżanka powiedziała, że nie chce mieć dzieci, bo chce, żeby mąż kochał tylko ją. Wtedy bardzo mnie to zdziwiło – sama na to bym nie wpadła. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i po czasie sama zaczęłam tak myśleć. Wiem, że dzieci osłabiłyby moją relację z mężem. Nie mielibyśmy dla siebie tyle czasu. Pociechy rano nie pozwoliłyby nam na spokojne igraszki czy przytulanie. Zniszczyłyby naszą intymność. Nigdy nie lubiłam się dla nikogo poświęcać. Jestem egoistką.
I wreszcie boję się, że mój ukochany kochałby je mocniej niż mnie.
Nie chcę mieć dzieci i nigdy nikomu nie przyznam się dlaczego.
Niedawno skończyłem 26 lat, a nigdy nie miałem dziewczyny, nigdy nie trzymałem za rękę, nie całowałem się. Próbowałem się umawiać z dziewczynami, chodzić na kawy, spacery, kolacje itp. Niestety, żadna nie była mną zainteresowana. Niektóre z nich wprost powiedziały, że przyszły jedynie dla darmowego jedzenia i że mam się pogodzić z tym, że będę sam. Pracuję w mediach, jestem dziennikarzem. Od zawsze bardzo lubiłem pisać, interesował mnie świat mediów. Na koncie mam też wiele publikacji ogólnopolskich, w gazetach i portalach. Piszę książkę, niedługo wydam tomik poezji. Robię też zdjęcia, gram w tenisa ziemnego, tworzę grafiki i montuję filmy. Wiele osób mówi, że żeby kogoś znaleźć, trzeba wyjść do ludzi. Ale ja wychodzę codziennie, mam mnóstwo zainteresowań (także gotuję!), ale nic mi to nie daje. Nadal jestem tłem dla dziewczyn. Co najwyżej mogę być ich kumplem do wyjścia na piwo albo pogadania. Nie boję się dziewczyn i umiem z nimi rozmawiać, pożartować. Może akurat jestem skazany na wieczną samotność, nie wiem. Wiem natomiast, że chciałbym mieć kogoś, kto mnie pokocha. Seks nigdy nie był dla mnie najważniejszy, ale boję się, że nie będzie mi dane „za młodu” poczuć, jak to jest go uprawiać. Tak po prostu. W ostatnim czasie to już nawet ciężko zachęcić jakąś dziewczynę do wyjścia na kawę czy zwykły spacer. Jak byłem nieco młodszy, to też lepiej mi to trochę wychodziło.
Dodam, że koleżanek mam bardzo dużo, ale no właśnie, to są tylko koleżanki. Mówią mi: „Sama się znajdzie”, tyle tylko, że ja to słyszę od kilku lat, a efektów nie widać. Nawet drobnej poprawy brak. Już sam nie wiem, co mam zrobić w takiej sytuacji i coraz gorzej się z tym czuję.
Jak byłam mała, tata mnie straszył i dłuuugo bałam się zostawać sama, ze względu na „duchy”.
Historia zdarzyła się jakoś, gdy miałam 6-7 lat w zimie. Moja mama pracowała w aptece i akurat był dzień, w którym miała nocny dyżur. Skorzystałam z okazji i spałam z tatą. Tata z samego rana pojechał po mamę, a ja zostałam sama w domu. Jak się obudziłam, zorientowałam się, że taty nie ma. Nie wiedziałam, gdzie jest. Bardzo się bałam, więc przebrałam się, nałożyłam kozaczki, kurteczkę i wyszłam. Domu nie zamknęłam, bo nie było kluczy. Zaczęłam iść przed siebie, bo w sumie nie wiedziałam, gdzie chciałam dojść. Nagle z naprzeciwka nadjeżdża samochód, a w nim kto? Rodzice! Jaka ja byłam szczęśliwa...
Ich mina, gdy mnie zobaczyli samą, idącą nie wiadomo gdzie – bezcenna.
Ostatnio poszedłem na kawę z nowo poznaną dziewczyną (jesteśmy po dwudziestce) i tak po godzinie rozmowy objąłem ją, gdy siedzieliśmy na kanapie w kawiarni. Wszystko OK, śmialiśmy się razem, rozmawialiśmy. Minęło jakieś pół godziny i mówi, że powinna już wracać do domu. I tak około 18 się rozeszliśmy, przytulając się na koniec.
Dwa dni później znowu poszliśmy na kawę i ciastko, do innej kawiarni, i teraz też się przytulaliśmy. Też było wszystko w porządku. Na koniec chciałem ją pocałować, ale odmówiła.
Gdy wróciłem do domu, napisała mi, że przeprasza, ale nic z tego nie będzie, bo jestem, jak widać, skłonny do przemocy (!). Pisała mi, że tak naprawdę nie chciała się ze mną przytulać, poczuła się molestowana i mam do niej więcej nie pisać, bo powiadomi policję. A nic nie mówiła w trakcie, bo jest nieśmiała.
Pytanie do was: czy ja ją napastowałem?
Czwarta klasa podstawówki. W nagrodę za super oceny rodzice kupili mi bilety na koncert mojego wymarzonego zespołu. Przed samym koncertem było kilka gier i konkursów, więc w ogromnym tłumie dzieciaków szukano ochotników. I tak! Udało się! Ktoś pomógł mi się wdrapać na scenę. To było świetne uczucie, ten blask fleszy i wielki telebim pokazujący MOJĄ twarz!
Wtem, prowadzący podsuwa mi do ust mikrofon z zapytaniem:
– To jak masz na imię, chłopczyku?
A ja mu na to:
– Marta.
Do dziś pamiętam ten wstyd i rechot rówieśników (było to organizowane w hali sportowej obok mojej podstawówki).
PS Prowadzącemu było głupio i przeprosił.
PPS Wygrałam zdjęcie mojego idola z autografem :)
Za każdym razem podczas igraszek z partnerem wpada mi do głowy jakaś chwytliwa piosenka. Pal sześć, jeśli jest to jakiś radiowy hit, który da się ignorować. Gorzej, kiedy chłop już działa, a ja słyszę w głowie rzeczy typu „Gdzie jesteś Scooby Doo, przybądź tu, bo mamy plan szalony”.
Moja była partnerka preferowała psy nad relacje międzyludzkie. Jako introwertyk wiele razy zraniony przez ludzi rozumiałem jej więzi z czworonogami, które sam adorowałem. Jednakże nie sądziłem, że wybierze zwierzęta jako priorytetowe, kiedy zostaliśmy parą.
Na początku wszystko było dobrze, cudownie wręcz, ale po czasie czułem się jak takie piąte koło u wozu, chciałem bowiem trochę ciepła i zainteresowania, chciałem trochę spędzić z nią wolnych chwil na jakimkolwiek zajęciu, a ona ten czas miała tylko dla zwierząt. Fundacje, schroniska, ciągle w trasie, ciągle z głową w internecie, rozpisując ogłoszenia o zaginięciach czy znalezieniach. Kiedy w końcu była w domu, wolała bawić się ze swoimi zwierzętami i tymi, dla których tworzyliśmy dom tymczasowy. Rozumiałem to, szanowałem. Starałem się nie narzekać na brak miłych konwersacji albo przytuleń. Starałem się jej pomagać, angażować się w pomoc futrzakom, by być też bliżej niej. Jednak miarka się przebrała, kiedy oznajmiłem, że chciałbym założyć z nią rodzinę – bo kochałem ją pomimo wielu niedoskonałości. Oburzyła się wtedy i stwierdziła, że ona nie ma czasu na takie pierdoły, bo musi ratować zwierzęta. Zapytałem wtedy, dlaczego razem jesteśmy i dlaczego razem mieszkamy. Odpowiedź zmiękczyła mi nogi i postanowiłem wszystko zakończyć, nie zważając na własne uczucia. Co powiedziała? „Musiałam znaleźć kogoś, kto opłaci mieszkanie, kiedy ja będę pomagać w nim zwierzakom”. Okazało się, że szukała pajaca, który będzie pozwalał żyć jej za darmochę i przetrzymywać w progach wiele stworzeń.
Choć „wyrzuciłem ją”, zwierzęta zostały. Ona wróciła do rodziców, gdzie nie ma szans na żadnego zwierzaka z braku miejsca. Ja mam na głowie obecnie dorosłego kota i trzy dorosłe psy. Wszystkie są tu na zasadzie domu tymczasowego. I choć tak bardzo przypominają mi moją byłą partnerkę, dom przynajmniej nie jest cichy i pusty. Myślę, że zostanę „chwilowym właścicielem” dla kolejnych stworzonek, kiedy obecne rozejdą się do – oby – dobrych rąk.
Dodaj anonimowe wyznanie