Wczoraj w środku nocy zadzwonił telefon. Usłyszałem głos lekarza – mój dziadek przeżył atak serca. Czym prędzej ruszyliśmy do szpitala.
Najstarszy członek naszego rodu miał sporo szczęścia – jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo i po tygodniu obserwacji może jechać do domu. Problem w tym, że babcia nie chce nawet słyszeć o tym, żeby do niej wracał. Czemu? Bo okazało się, że dziadek dostał ataku serca po tym, jak w tajemnicy udał się do mieszkania swojej „pani na boku” i nałykawszy się niebieskich pigułek, przez pół nocy oddawał się miłosnym uniesieniom. A oboje mają 81 lat...
Od dziecka byłam uczona, że trzeba reagować. Ktoś upada i nie wstaje? Sprawdzasz, co się dzieje. Ktoś się z kogoś wyśmiewa? Stajesz w jego obronie. Ktoś dostaje ataku padaczki? Chronisz głowę i zęby, wzywasz pogotowie. Ktoś kogoś atakuje? Bronisz go.
No i właśnie, à propos ostatniego...
Czekałam sobie spokojnie na przystanku na autobus (było coś w okolicy 20:00) i chwilę po mnie przyszła tam jakaś parka. Nikogo więcej w okolicy. Wyglądali naprawdę normalnie, żadnych znaków, po których można by się spodziewać tego, co się działo dalej. Zaczęli się kłócić, facet zaczął szarpać dziewczynę. Ja się cała napięłam, ale stwierdziłam, że może puściły mu nerwy i zaraz będzie koniec. Myliłam się.
Facet pociągnął dziewczynę za włosy, a potem przywalił jej naprawdę mocno w twarz, aż ta upadła na beton, potem zasadził jej jeszcze dwa kopnięcia w brzuch i w głowę.
Na początku mnie zmroziło, potem zaczęłam do nich biec i drzeć się, żeby ją zostawił. Facet w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi, więc w przypływie adrenaliny (lub głupoty) przywaliłam mu w twarz i odepchnęłam od dziewczyny. Niestety szybko się otrząsnął i zaczął mnie okładać pięściami, a gdy się przewróciłam, zostałam skopana. Nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby nie to, że z naprzeciwka właśnie wychodzili z sali klubowej bokserzy. Szybko do nas podbiegli, obezwładnili faceta, wezwali pogotowie i policję.
W karetce straciłam przytomność, ocknęłam się w szpitalu. Miałam złamane trzy żebra i nos, poza tym na szczęście tylko miały mi zostać siniaki.
Życie mnie potem nauczyło, że lepiej mi było uciekać z tego przystanku, ale nie dlatego, że zostałam podbita.
Facet wniósł przeciwko mnie oskarżenie, że zaatakowałam ich bez powodu – najpierw pobiłam ją, a potem chciałam się brać za niego, a on się tylko bronił. Dziewczyna, której broniłam, zeznała dokładnie tak samo.
Na ich nieszczęście przy klubie była kamera, która wszystko zarejestrowała, więc sprawa szybko się wyjaśniła, a facet został aresztowany. Nie chciałam wiedzieć, co się z nim dalej stało.
Boli mnie w tym wszystkim najbardziej to, że ta dziewczyna zeznawała przeciwko mnie. A bardzo możliwe, że oddycha dziś dzięki mnie, bo gdyby nie ja i ci bokserzy, kto wie, czy by jej tam nie zakatował.
Życie czegoś jednak uczy. Następnym razem nie będę nikogo bronić. Będę uciekać jak najdalej i jak najszybciej i wtedy ewentualnie wezwę policję.
Pisałam z jakimś fajnym chłopakiem od dłuższego czasu i w końcu wysłał mi swoje zdjęcie z prośbą, żebym odesłała mu swoje. Wzięłam szybko jakieś fajne ciuchy, uczesałam się, zrobiłam lekki make-up, przestawiłam lampy, żeby mieć fajne oświetlenie (no dobra, zajęło mi to wszystko z dwie godziny), po czym porobiłam kilka zdjęć. Wybrałam najlepsze, mała korekta w Photoshopie, bo jakiegoś pryszcza nie wyretuszowałam dobrze, wysłałam mu moje najlepsze w życiu zdjęcie...
Po czym bez słowa mnie zablokował.
Odkąd pamiętam, czyli jak miałem ok. 5 lat, rodzice prawie ciągle się kłócili, w końcu ojciec nie wytrzymał i wyjechał. Matka mówi, że chciało mu się nas wychowywać, bo ciągle pił i grał w gierki. Ale coraz bardziej mam wrażenie, że to przez nią wyjechał.
Gdy ojciec nas opuścił, awantury zaczęły się ze mną i siostrą, i to o pierdoły typu krzywe przysunięcie krzesła, wejście do pokoju i robienie wiatru, o to, że otworzyłem swoje chipsy ze złej strony, czy o to, że gdy robię sobie kolację, pachnie pomidorem. Siostra wkrótce potem wyjechała i się od nas odcięła, więc jest więcej awantur ze mną.
Matka zniszczyła mi dzieciństwo, zabraniając wychodzić z domu i mieć kolegów. Nie wolno mi było spotykać się z innymi, po szkole miałem być w 15 minut w domu. Jeśli już wyprosiłem spotkanie z kolegami, nie mogłem iść dalej niż podwórko, które widać z okna, dzwoniła co dziesięć minut, czy wszystko w porządku. Koledzy nie chcieli się przez to ze mną przyjaźnić, bo nie mogłem nawet ich odwiedzić. Zaowocowało to tym, że w ogóle nie potrafię rozmawiać z ludźmi, inni zazwyczaj też ode mnie stronią.
Nagle w wieku 15 lat pozwoliła mi wychodzić na godzinę i zaczęła dziwić się, czemu ja nie mam znajomych, przecież ona w tym wieku miała tylu kolegów. To pozwolenie było bezużyteczne, bo i tak nie potrafię nawiązać z nikim kontaktu. Mam fobię społeczną. Mimo iż już mogę wychodzić na dłużej, mam przypiętą łatkę odludka i nikt nie chce się ze mną spotkać. W dodatku zabijała we mnie jakąkolwiek pasję czy chęć nauki. Od dziecka dużo się uczyłem, sprawiało mi to przyjemność, jednak od niej słyszałem tylko, że jestem głupi, że po co mi to, przecież i tak będę kopał rowy, bo do niczego się nie nadaję. Śmieje się ze mnie, gdy uczę się języków, podczas gdy ona większość swojego wolnego czasu spędza przed telewizorem, oglądając seriale. Jako iż bardzo chcę iść na medycynę, uczę się dość dużo czasu na maturę. Ona oczywiście mi mówi, że i tak jej nie zdam. Cokolwiek bym nie kupił, mam awanturę, bo ja nie powinienem sobie nic kupować, to ona od tego jest, że przecież to jej nie smakuje, po co mi to. Drze się, że przecież w domu jest jedzenie. Ciągle buduje we mnie poczucie winy, że jak ja śmiem coś robić dla siebie lub jak mogę robić coś, czego ona mi nie nakazała...
Naprawdę mam już szczerze dosyć swojej matki.
Jestem w połowie Polką, a w połowie Amerykanką, dokładniej Latynoską. Kiedy miałam 8 lat, moi rodzice zmarli w wypadku samochodowym i trafiłam do domu dziecka, tam zostałam zaadoptowana przez Polaka i jego żonę Koreankę. Po kilku latach moi adopcyjni rodzice rozwiedli się. Zamieszkałam z mamą. Po kolejnych kilku latach znalazła sobie ona męża, Nigeryjczyka.
Podsumowując: jestem Latynoską z jasno-brązowymi włosami i zielonymi oczami, moja mama Koreanką z brązowymi oczami i blond włosami, a mój ojczym jest Nigeryjczykiem z ciemnobrązowymi oczami. Zawsze, gdy gdzieś idę z rodzicami, bierzemy wszystkie papiery potwierdzające to, że jestem ich córką. Nie raz zdarzyło się, że wzywali policję w szkole, bo nie wierzyli, że oni są moimi rodzicami.
Z powodu swoich problemów psychicznych sięgnęłam po środki, które na początku pomagały mi stawić czoło całemu światu, ale w konsekwencji nasiliły te problemy i straciłam przez nie wiele relacji z ludźmi.
Żałuję, że nie miałam odwagi udać się najpierw na terapię czy powiedzieć o swoich uczuciach innym. Żałuję, że zmarnowałam kawał życia i nadal nie radzę sobie ze wszystkim. I chociaż ten etap już za mną, to przeszłość ciągle się za mną ciągnie, a ja nie czuję się dobrze i boję się powrotu do dna.
Od kiedy pamiętam, mam problemy z samą sobą, jakkolwiek to brzmi. Nie wiem, czy jest to uwarunkowane genetycznie („wesoła rodzinka” od strony matki – alkoholizm, samobójstwa itp.) czy być może po prostu mój sposób myślenia (pesymistyczno-realistyczny, o ile mogę to tak określić).
W podstawówce miałam coś w rodzaju lęku społecznego. Problemy nawet z pójściem do sklepu czy wyjściem na spacer. Miałam niesłuszne przeświadczenie, że wszyscy mnie obserwują. Jakoś sobie z tym poradziłam. W międzyczasie zaczęłam zauważać objawy podobne do anoreksji. Do tego „świetnego” zestawu dochodziły: brak akceptacji własnej osoby, zamykanie się w sobie, stany depresyjne i myśli s.
Najdziwniejszy w tym wszystkim był fakt, że nie potrafiłam (ani do tej pory nie potrafię) z jakiegoś powodu robić sobie świadomie krzywdy przez dłuższy czas. Dzięki temu (lub przez to) jak się od czegoś uzależniałam, to szybko potrafiłam to w bardzo dużym stopniu zniwelować (czasami nawet wyeliminować). Nigdy się nie cięłam, chociaż czułam taką potrzebę. Za to robiły to moje dwie toksyczne przyjaciółki. Pomijając fakt, że w pewnym momencie musiałam między nimi wybrać, nie potrafiłam im ani nikomu innemu się całkiem wyżalić, chyba dlatego, że czułam się w takich momentach, jakbym robiła coś niewłaściwego, obciążała tym niepotrzebnie innych.
Obecnie mam wrażenie, że wpadłam z deszczu pod rynnę. Niby wiem, jak sobie poukładać wszystkie moje problemy, ale coś mnie ciągle jakby blokuje i nie mogę z kilku powodów nic z tym zrobić jeszcze przez kilka lat. Niby jest lepiej niż kiedyś, ale dalej nie jest tak, jak powinno być.
Mam 15 lat i w domu jestem totalnie samotna. Mamy duże mieszkanie, oboje rodzice mają samochody, mnie samej materialnie niczego nie brakuje. Ojciec pracuje od 8 do 16, po powrocie do domu rozbiera się do majtek i rozwala na kanapie, nie rozstaje się z pilotem od telewizora. Kiedy jeszcze próbowałam z nim rozmawiać albo chciałam pograć w karty albo planszówkę, burczał na mnie, żebym dała mu spokój i zajęła się sobą, bo nie mam pięciu lat. Dałam więc spokój. Czasem wstydzę się go przed znajomymi. Kiedy uprzedzam, że ktoś do mnie przyjdzie, z wielką łaską zakłada spodenki i koszulkę, ale od razu mam zapowiedziane, że mamy siedzieć tylko w moim pokoju, cicho i niedługo. W dodatku kiedy moi znajomi mówią mu „dzień dobry”, nawet na nich nie spojrzy. Nawet mama mu kiedyś zwróciła na to uwagę, ale stwierdził, że przecież nie ma obowiązku kłaniać się małolatom. Najczęściej schodzę mu z drogi i odzywam się, kiedy muszę. Mama zaś ma swoją działalność i wychodzi przed 8, a wraca najwcześniej po 19. Też nie ma czasu i wiecznie jest zajęta albo wisi na telefonie. Nawet nie zwraca uwagi, że wyrzucam śmieci, ogarniam zmywarkę, odkurzam, rozwieszam i składam pranie, jeśli ona nie ma czasu. Nawet jeśli poprosi o to ojca, to on i tak każe mnie to zrobić. Nie chcę później pretensji, więc słucham.
Uczę się bardzo dobrze i nie sprawiam kłopotów wychowawczych, udzielam się w szkolnym chórze i biorę udział w konkursach, nawet mi to wychodzi. Ale rodzice tego raczej nie widzą. W listopadzie mieliśmy występ i rodzice byli zaproszeni. Mama nawet przyszła, ojciec stwierdził, że to nie przedszkole, żeby musiał siedzieć i męczyć się na jakiś występach. Z okazji Bożego Narodzenia organizowaliśmy koncert i kiermasz. Mama miała nawał pracy i nie dała rady przyjść, ojciec oczywiście powiedział, żebym dała mu spokój i nie zachowywała się jak dziecko. Dobrze, że przyjechała do nas babcia i przyszła na występ, bo byłabym jedyną uczennicą, której rodzina się nie pokazała.
Zazdroszczę koleżankom, które spędzają czas ze swoimi rodzicami. Ja z mamą spędzam jakieś 1,5 godziny w tygodniu, kiedy pomagam jej z większymi zakupami. I to dlatego, że ojcu się nie chce ruszyć z kanapy.
Kiedy rozmawialiśmy o tym z rodzicami, nic nie rozumieją. Uważają, że skoro nic mi nie brakuje, to powinnam okazać zrozumienie dla ich pracy, w dodatku nie jestem już małym dzieckiem i umiem się sobą zająć. Rodzeństwa nie mam, na żadne zwierzęta rodzice się nie zgadzają, zwłaszcza ojciec, który żadnych zwierząt nie lubi.
Teraz w wakacje jestem u babci, daleko od domu. Wreszcie ktoś ze mną rozmawia i chce ze mną spędzać czas.
Nie chcę kłopotów, ale mam ochotę zniknąć, żeby zobaczyć, po ilu dniach rodzice by to zauważyli. O ile w ogóle.
Jestem w remisji, ale czuję przez kości, że mój czas dobiega końca. Wcale nie oszukałam przeznaczenia, po prostu dostałam więcej czasu. A chciałabym jeszcze ukończyć studia, zdobyć nowe kwalifikacje, znaleźć dobrze płatną pracę, wysłać chrzestnym i rodzicom kosze upominkowe, dotrzeć w końcu do spowiedzi i przeżyć zadowolona chociaż jedne święta bożonarodzeniowe, jeśli nie da się więcej. Mogę się złościć, ale czasu nie oszukam, czas wziąć życie w garść.
Czasy podstawówki.
Byłam na urodzinach koleżanki z klasy. Mieszkała na obrzeżach lasu, w którym podobno straszyło. Po torcie, grach i zabawach wpadliśmy na pomysł, żeby pójść nad rzekę, która przepływała przez mały zagajnik za domem, taki przedsionek lasu.
Bawiliśmy się, skakaliśmy do wody, budowaliśmy zamek z błota itp. W pewnym momencie jeden z kolegów złapał się za skroń, kucnął i zaczął płakać. Podbiegliśmy do niego i gdy odsłonił twarz, okazało się, że ma rozcięty łuk brwiowy. Krwi dużo, ogólna panika. Przybiegł tata naszej koleżanki, pytał, co się stało, ale nikt nie potrafił powiedzieć. Zabrał go do domu.
Wszyscy poszli, a ja z jedną koleżanką zostałam, żeby wziąć nasze rzeczy – buty, bluzki, wiaderka itp. Gdy się podniosłam, spojrzałam na drugi brzeg rzeki. Stała tam dziwna postać o kształcie przypominającym człowieka, brudna od błota i przepasana kawałkiem materiału z liśćmi. Trochę taki Tarzan. Celowała we mnie kamieniem. Byłam przerażona, nie potrafiłam się ruszyć, patrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Nie pamiętam, co było potem, bo ze strachu zemdlałam. Obudziłam się już na podwórku koleżanki w otoczeniu wszystkich gości.
Nie dostałam kamieniem. Koleżanka twierdziła, że nic nie widziała. A ja do dziś pamiętam ten obrazek i jestem ciekawa, czy to moja wyobraźnia, czy faktycznie stał tam jakiś dziko żyjący człowiek. A może nie człowiek? Nie wiem...
Brrrrrr.
Dodaj anonimowe wyznanie