Spotykałam się kiedyś z pewnym chłopakiem. Na początku związku bardzo zabiegał o moje względy... kwiaty, telefony przed snem, na święta biżuteria. Był z dobrego domu, w którym nie przejmowano się pieniędzmi. Mieliśmy wspólny język i wspólne plany, naprawdę to było to! Dlatego też zamieszkaliśmy ze sobą. Na początku gotowałam obiady, wychodziliśmy gdzieś razem, potem popadliśmy w rutynę, ale wciąż było czuć tę chemię charakterów. Z czasem jednak w ogóle przestał się o mnie starać. I nie mówię o tym, że nie zabierał mnie na randki, jemu nawet nie chciało się ze mną rozmawiać! Chował przede mną telefon, później wracał do domu. Już zapewne wszyscy się domyślają – spotykał się z kimś. I ja również to wiedziałam, dyskretnie przejrzałam SMS-y i wszystko było jasne.
Czy zrobiłam mu awanturę? Nie. Czy pisnęłam chociaż słówko o tym, że wiem? Nie. Dolałam ostrego sosu do szamponu? Nie. To może chociaż spakowałam jego rzeczy i wystawiłam za drzwi? Nieeee... Zrobiłam coś dużo lepszego.
Najpierw zaczęłam nałogowo gotować; jego ulubione potrawy wróciły do łask. Parę razy też jak wiedziałam, że zaraz wróci, to „przypadkiem” zaczynałam oglądać filmy, które bardzo lubił. Po co to wszystko? Bo u mnie z kolei się nie przelewało. Dokładałam się do mieszkania, kupowałam czasami jedzenie, ale nie byłam z zamożnej rodziny. Zbliżały się wtedy urodziny mojej mamy i w przeddzień wyznałam mu, że wiem o jego występkach. Błagał o wybaczenie, obiecywał poprawę, mimo tego tamtej nocy spał na kanapie. Tak jak myślałam, następnego dnia po obudzeniu ujrzałam ogromny (naprawdę ogromny) bukiet kwiatów. Wzięłam go i pojechałam do mamy.
Łzy szczęścia mojej mamy były warte takiego, a nie innego zakończenia związku.
Mój chłopak flirtował ze znajomą przez SMS. Zmieniłam mu w kontaktach jej numer na mój, ją zablokowałam, i zakończyłam z nim flirt w jej imieniu. A później od niego odeszłam.
Podczas wakacji lubię nieco eksperymentować z wyglądem. A to zafarbuję końcówki włosów na fioletowo (normalnie mam jasny blond), a to zrobię rundkę po lumpeksach i ubiorę się w jakimś oryginalnym stylu, w ciągu roku używając poszczególnych „części składowych” tego stroju jako ciekawego dodatku do normalnego ubrania.
W te wakacje wpadłam na kolejny pomysł. Byłam na konwencie cosplayowym. Postać, w którą się wcielałam, ma czerwone oczy. Z racji tego, że chodziłam w stroju tylko dzień, a nie dwa, jak wcześniej planowałam, zostały mi dwie barwiące soczewki. Pewnego poranka stwierdziłam, że założę jedną i będę obserwować reakcje ludzi. Przez większość czasu nic się nie działo, mało kto patrzy obcym ludziom w oczy poza sytuacją, jak z nim rozmawia, a i to nie zawsze. Aż do czasu, jak jakaś babcia w autobusie zapytała się mnie, czy dojeżdża on na przystanek X.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, ona zdała sobie sprawę, że ma przed sobą istotę co najmniej niecodzienną. Ja już zapomniałam, że nałożyłam tę soczewkę i na początku nie wiedziałam, o co jej chodzi. Gdy zaczęła wyklinać mnie od szatanów, zdałam sobie sprawę, czego się czepiła. Byłam w świetnym humorze, więc stwierdziłam, że pociągnę klimat. Zrobiłam krzywą minę, wygięłam palce w szpony i zaczęłam mówić po łacinie. Nie, nie uczę się jej, było to Wierzę w Boga w tym języku, które znam, bo chodzę na msze po łacinie właśnie. Ale zadziałało, babka się autentycznie przeraziła, przeżegnała i wyparowała na kolejnym przystanku. Inni pasażerowie patrzyli na nas częściowo z rozbawieniem, częściowo z przestrachem. Trochę już zakłopotana wzruszyłam ramionami i usiadłam na swoim miejscu.
Mimo że potem było mi trochę głupio, uznaję, że warto było :D
Mój ojciec alkoholik rozstał się z piciem parę tygodni temu. Byłem z niego niezwykle dumny, ale tylko do momentu, w którym znalazłem przy nim torbę zielska.
Jak to jest, że misgenderowanie cis ludzi nie jest OK, ale misgenderowanie osoby trans już tak. Ponieważ każdemu zdarza się pomylić.
Nie mieszkam w Polsce. Po tym, jak pracownicy socjalni oraz nawet psycholog z urzędu pracy stwierdzili, że nie nadaję się, aby teraz wrócić do pracy, w końcu się zgodziłem i poszedłem na chorobowe. Przez poprzednie 15 lat życia pracowałem zawsze nieprzerwanie z podejściem, że jeśli nie pójdę z grypą do pracy, to pracodawca mnie z pewnością wywali. A teraz od pewnego czasu specjaliści spędzają dużą część czasu, aby mi wytłumaczyć, że chęć, aby umrzeć, nie jest normalna i że skoro choruję na depresję, to mam pełne prawo do odpoczynku, tak jak osoba, która złamała nogę. Niestety, gdy szczerze powiedziałem niektórym przyjaciołom o sytuacji, reakcją było „skoro ja muszę zarabiać na swoje dziecko, nie mogąc brać wolnego, to ty też powinieneś pracować i nie zasługujesz na chorobowe”.
Pewnie wiele osób może nie zrozumieć, że naprawdę ciężko jest pracować nad swoimi problemami z psychiką, gdy zewsząd słyszę, że na nic dobrego, co mnie spotyka, nie zasługuję. Mam również porównanie, że gdybym od dzieciństwa mieszkał tu gdzie obecnie, prawdopodobnie połowa mojego dzieciństwa byłaby łatwiejsza, gdyż możliwe, że wcześniej zdiagnozowano by moją niepełnosprawność i wiedziano by, jak z nią postępować. Pewien pracownik socjalny kiedyś powiedział, że skoro mam też dysgrafię, to pewnie wiem, jak to jest: „Wszystkie ułatwienia, jeśli zdecydujesz się na dalszą naukę, komputer do twojej dyspozycji, przystosowanie pomieszczenia do twoich wymagań, takie zwykłe rzeczy, jak wszędzie”, na co ja zostałem tylko ze słowami na ustach: „To tutaj nie kazaliby mi po 50 razy przepisywać zeszytów, wyklinając, że jestem leniem i do niczego się nie nadaję?”.
Mimo że wiem, że zawsze starałem się być najlepszym możliwym człowiekiem, wciąż najbardziej bolą komentarze od osób, które choćby wcale nie znały mnie ani mojej sytuacji, czują się na tyle kompetentne, aby mnie ocenić, że jestem gównianym człowiekiem czy przyjacielem, np. jak ostatnio kolega stwierdził, że nie jestem dobrym przyjacielem, bo mu nie dałem nagich zdjęć mojej przyjaciółki (wtf?).
Byłam tak zestresowana moim ślubem, że czułam, jak moje nogi wręcz odmawiają posłuszeństwa. Idąc do ołtarza, gdy oczy wszystkich były zwrócone na mnie i na mojego przyszłego męża, jakimś cudem potknęłam się o cholerny chodnik. Mój ukochany, zamiast mi pomóc, stał obok i cały aż trząsł się ze śmiechu.
Cała czerwona i już może nie zestresowana, a potwornie zawstydzona, powiedziałam sakramentalne: „Tak”.
Od 6 lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, a powtórkę mojego wyczynu mogę zawsze zobaczyć na ślubnym video.
Pewnego deszczowego dnia siedziałam sobie na ławce przed galerią. Zatrzymał się obok mnie pan ok. 30 lat na rowerze i zapytał: „Masz ognia?”.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to do pani, która siedzi obok mnie. Lecz nie, pan był skierowany w moją stronę. Odpowiedziałam szybko, że nie mam. Nie byłoby to dziwne pytanie, tylko że wtedy miałam 14 lat.
Zaraz po tym, jak ten pan odjechał, spojrzałam w stronę przejścia dla pieszych, które było naprzeciwko. A tam pan menel wyciąga swoje przyrodzenie i zaczął sikać – przed tymi wszystkimi ludźmi, którzy stali obok galerii. Miałam wrażenie, że tylko ja to zauważyłam. Pomyślałam „co za popier... miasto” i poszłam do domu.
W szkole podstawowej miałam nauczyciela, który miał nazwisko w stylu „Pankracy”, jednak przez wszystkie 6 lat myślałam, że tak naprawdę jego nazwisko to samo „Kracy”, więc zawsze mówiłam do niego „panie Kracy”. Dowiedziałam się o tym, że ma inne nazwisko, dopiero na zakończeniu szkoły. Wolę nie wiedzieć, jak bardzo był mną zirytowany.
Od kilku lat zajmuję się udzielaniem korepetycji z dwóch języków. Na początku podczas studiów były to lekcje „na lewo”, po uzyskaniu dyplomu zarejestrowałam działalność.
Chyba niczego bardziej nie żałuję.
Jak sami pewnie wiecie, obecnie dzieci są, delikatnie mówiąc, rozpuszczone. Nagminnie zdarzało się odwoływanie zajęć na 5 min przed lekcją, kiedy rodzice wiedzieli, że stoję przed ich drzwiami. Nagminnym było również odwoływanie lekcji, bo „syn umówił się z kolegami, nie będzie go dzisiaj”, a na następny dzień od rana bombardowanie SMS-ami, czy dzisiaj może przyjść, bo on ma jednak sprawdzian. Oczywiście rozumiem sytuację, kiedy dziecko wraca ze szkoły i źle się czuje, wtedy nie ma problemu. Uwierzcie, że 99,9% kłamstw rodziców szybko wychodziło, bo przy najbliższej możliwej okazji dzieciaki i tak się wygadały.
Po konsultacji z innymi nauczycielami wprowadziłam aneksy do umowy – lekcję można było odwołać najpóźniej na 24 godziny przed naszym spotkaniem. Inaczej trzeba było zapłacić jak za normalną lekcję. I nagle dało się normalnie poprosić o przełożenie zajęć na inny dzień albo zamienić się z kimś terminem.
Kolejną kwestią jest wychowanie dzieciaków. Niektóre z nich bez krępacji potrafiły sobie przy mnie pierdnąć, dłubać w nosie i zjadać wygrzebane skarby. Wypytywać, ile zarabiam, ilu mam uczniów. Jeden był na tyle bezczelny, że potrafił sobie wyciągać z szafki ciastka, jak go na chwilkę zostawiłam samego w kuchni. Niektóre mówiły, że rodzicom nie podoba się to, że mieszkam z partnerem bez ślubu, choć nigdy nie poruszałam prywatnych kwestii na lekcjach.
Finanse to była chyba najgorsza kwestia mojej działalności. Rodzice wysyłali dzieciaki na lekcje bez pieniędzy, a mieli donieść na następny raz. Oczywiście potem był problem, bo oni na pewno zapłacili za lekcję i coś musiało mi się pomylić.
Zwieńczeniem mojej działalności była ostatnia sytuacja. Dziecko nie przyszło na umówioną godzinę bez jakiegokolwiek powiadomienia mnie o tym. Rodzice oczywiście zapadli się na ten moment pod ziemię i telefonu nie odbierali. Wysłałam zatem SMS-a z numerem konta i poprosiłam o przelanie pieniędzy, ponieważ lekcja się nie odbyła. Na następny dzień miałam kontrolę z US. Gwóźdź do trumny został przybity, więc postanowiłam – ciągnę to do czerwca, a potem uciekam gdzieś do firmy.
Szkoda mi tylko tych fajnych dzieciaczków, które są ze mną od samego początku. Moja cierpliwość się wyczerpała i dziękuję Bogu, że nie zdecydowałam się na pracę w szkole. Po roku skończyłabym w psychiatryku.
Dodaj anonimowe wyznanie