Ostatnio musiałem zrobić badania wstępne do pracy. Cały dzień spędziłem w kolejkach do różnych specjalistów. Było około 40 osób w różnych kolejkach. Na końcu wszyscy musieli się ustawić w kolejce do ostatniego lekarza, który podbije papiery, że dana osoba nadaje się do pracy.
W pewnym momencie jeden starszy gość wyjął dwa pojemniki na jedzenie. W jednym miał cienką kiełbasę, a w drugim surową cebulę. Jak gdyby nigdy nic zaczął jeść kiełbasę, przegryzając ją cebulą. Oczywiście zapach rozniósł się po całym pomieszczeniu, w którym było już wtedy około 30 osób.
Myślałem, że czegoś tak januszowego nigdy w życiu nie zobaczę. Ludzie zwracali mu uwagę, że to nie stołówka, ale nic sobie z tego nie robił. Rozumiem, że niektórym ciężko wytrzymać bez jedzenia kilka godzin, ale bez przesady...
Kiedy miałem jakieś 8-9 lat, zacząłem chodzić na orlik ze starszymi znajomymi. Graliśmy zawsze około 8-9 rano. Był dosyć daleko od mojego domu, więc droga w jedną stronę zajmowała jakieś 30 minut.
Pewnego razu, kiedy doszedłem na miejsce, poczułem rewolucję żołądkową w jelitach, więc przeprosiłem kolegów, powiedziałem, że się źle czuję i poleciałem do domu. Niestety nie udało mi się dobiec i tuż pod domem popuściłem. Wszedłem do domu w ufajdanych dżinsach (nic nie było widać), wleciałem czym prędzej do łazienki i się obmyłem. Ale został problem spodni. W końcu nie mogłem wyrzucić ich do śmieci po prostu, bo ktoś by znalazł i by się śmiali ze mnie, a wtedy mnie to ruszało. Więc zapakowałem je do torby sportowej i poleciałem na sąsiednią dzielnicę, gdzie były altany śmietnikowe. Pech chciał, że akurat dzień wcześniej zamontowali tam kłódki i nie dało się nic wyrzucić bez klucza. No i zdesperowany nie wiedząc, co zrobić, wrzuciłem te spodnie do zielonego kontenera, który okazał się zbiórką odzieży dla biednych dzieci...
I nawet teraz po latach mi wstyd, więc przepraszam tego, kto to znalazł.
Jestem kobietą i pracuję z trzema samcami. Zgraliśmy się ze sobą niesamowicie, nigdy nie poważniejemy i... no właśnie. Wszyscy jesteśmy zboczeni, a tylko jeden z nas jest w związku. Na dzień dobry zgadują, jaki mam dziś biustonosz. Wiem, który miał stosunkowo udaną noc. Wiem, który ma dużego. Wiem, którego co podnieca. Nie wstydzę się przebierać przy nich w służbowe ciuchy. Ani nie boję się pić z nimi, a później wspólnie spać w małej kawalerce... Oni mieli ubaw, kiedy miesiącami brakowało mi seksu i znają pikantne szczegóły mojego dotychczasowego pożycia seksualnego. Nigdy nie ustaliliśmy granic, ale żaden moim zdaniem nigdy nie przekroczył żadnej niepisanej granicy. Pogadać, pożartować, pooglądać gify czy porno, napić się – OK, ale żaden z nich mnie nigdy nie dotknął w żadne nieodpowiednie miejsce. Nigdy żaden mnie nie uraził.
I wyobraźcie sobie, że potrzebowałam porobić sobie badania i na moje zastępstwo przyszła wyjątkowo młoda dziewczyna.
Uciekła w połowie zmiany.
Nie. Nie dobierali się do niej.
Będę pracować z obcymi mi ludźmi. Tamci wylecieli z pracy.
Z serii poszukiwanie pracy.
Firma, nazwijmy ją na potrzeby historii, Januszex. Poszukują osoby z językiem angielskim na poziomie minimum C1, super, składam. Jestem po anglistyce, a przez 3 lata pracowałam w innym zawodzie, który również wymagał ode mnie znajomości języka. Oddzwaniają i postaram się mniej więcej przytoczyć dialog:
Firma: Witam, dzwonię z firmy Januszex, przejrzeliśmy pani CV i jesteśmy zainteresowani pani kandydaturą. Czy ma pani jakieś doświadczenie na podobnym stanowisku?
Ta, przejrzeli CV...
Ja: Pracowałam na stanowisku X przez 3 lata, praca ta wymagała ode mnie znajomości języka na wysokim poziomie, dlatego uważam, że bez problemu poradzę sobie również w państwa firmie, jestem odpowiedzialna, dokładna, szybko się uczę i świetnie organizuję sobie pracę własną. Prawdopodobnie będę potrzebować tylko kilku tygodni, żeby połapać się w programach czy zasadach panujących w firmie (przy okazji w ogłoszeniu napisano, że nie trzeba mieć doświadczenia). Rozmowy telefoniczne w języku angielskim, jak i korespondencja nie stanowią dla mnie żadnego problemu.
F: Czyli zna pani dobrze angielski, to świetnie! To teraz jeszcze zanim umówimy się na rozmowę, muszę zapytać o pani oczekiwania finansowe?
J: (Nie pamiętam, ile wtedy wynosiła najniższa krajowa, to były czasy tuż po-covidowe, więc napiszę tak) Najniższa krajowa plus 300 zł brutto.
Aż słychać charakterystyczne westchnienie w słuchawce okazujące niesmak.
F: Wie pani, tak na początek, to my możemy zaoferować tylko najniższą krajową, nie ma pani żadnego doświadczenia.
J: Mam doświadczenie w nieco innej branży, to prawda, ale poszukują państwo osoby ze znajomością angielskiego na poziomie C1, jestem po odpowiednich studiach, mam papiery potwierdzające... (przerwano mi).
F: Proszę pani, angielski teraz to każdy zna.
J: Wymagają państwo języka na wysokim poziomie, osoby po szkole, o ile miały wysokie wyniki, znają ten język maksymalnie na poziomie B2. Nie uważam, żeby 300 zł brutto było wygórowanym wymaganiem za znajomość języka na poziomie C1, czyli zaawansowanym. Takim, jakiego państwo poszukują.
F: Obawiam się, że jednak ma pani nieco za wysokie wymagania dla naszej firmy. Do usłyszenia.
Nie wiem, miałam za wysokie wymagania? To i tak mniej, niż miałam w poprzedniej pracy (zanim ktoś zacznie pytać, co z poprzednią pracą, nie chcę się za dużo rozpisywać, żeby nie stracić anonimowości, więc w skrócie – covid).
O pracy w służbach prawa.
Jedziemy za samochodem marki x. Droga prosta, długa, pusta z bardzo dobrą nawierzchnią. Aż nagle z 90 na godzinę samochód przed nami zaczyna przyśpieszać. Pomiar, po czym włączamy bomby. Kierowca nie reaguje. Dalej się rozpędza. Utrzymujemy dystans, ale prędkości stają się bardzo duże, a on dalej przyśpiesza. Po chwili kierowca jak gdyby nigdy nic zjeżdża z prostej drogi, roztrzaskując się o drzewa. Samochód wyglądał jak papier przepuszczony parę razy przez maszynkę do makaronu. Kierowca zginął na miejscu.
Wizyta domowa, typowa melina, kłótnia. Wchodzimy, już od samego progu atakują nas wszystkie nieprzyjemne zapachy. W korytarzu wita nas facet wyraźnie pobity, wyjaśnia szybko sprawę i wchodzimy. Dosłownie trzy kroki do wnętrza mieszkania, a z jego wnętrza rzuca się na nas kobieta z nożem. Została obezwładniona, co niestety skończyło się dla niej złamaną ręką.
Historia podobna jak wyżej, tym razem agresywny mąż. W domu dość ciemno. Po przyjeździe był spokojny i nie sprawiał problemów. Dało się z nim rozmawiać. W trakcie tej czynności z któregoś pokoju wyszedł syn (prawie dorosły) z bronią w ręku, którą zaczął mierzyć w mojego kolegę. Adrenalina od razu mi się podniosła. Chwyciłem za moją i krzyknąłem standardowe formułki, które nas uczyli. Kolega w międzyczasie, kiedy zorientował się, co się dzieje, wyciągał też swoją, ale na miłość boską to trwało wieczność. Każda sekunda była tak niemiłosiernie długa. Napięcie narastało. Krzyczałem, żeby rzucił tę pie*doloną broń. Nie trwało to długo, ale w każdej sekundzie mógł paść strzał. Chwilę przed moją decyzją o oddaniu strzału udało się i opuścił ją, po czym rzucił na ziemię. Obezwładniliśmy go. Pistoletem, którym mierzył, okazała się replika do asg... Do dziś się zastanawiam, czy dobrze zrobiłem. Bo z jednej strony, gdyby była prawdziwa, to mój kolega mogłyby zginąć przez moje zwlekanie, z drugiej mógłbym zabić bardzo młodą osobę, kiedy nie istniało tak naprawdę żadne ryzyko. To był mój pierwszy i ostatni raz, kiedy mierzyłem do człowieka i wzbudza to emocje do dziś. Tak wiem, jestem miękki i nie nadawałem się do tego zawodu.
Park, poza pracą siedzę sobie na ławce z pieskiem i delektuje się naturą. Naprzeciwko mnie (tj. na ławce po drugiej stronie ścieżki) siada grupa nastolatków. Rozmowy, śmiechy, temat zszedł na temat narkotyków. Wiadomo jak to dzieci. Każdy popisuje się co to nie on i jakim Al Capone to nie jest. Ale nagle jeden wypala, że ma dojścia do (tu wymienia dość mocne rzeczy) i nawet sprzedawał „gówniakom z...” (nie usłyszałem). Nawet teraz w plecaku ma, to mogą spróbować. I pokazuje w dość nieumiejętnie parę sreberek i woreczek. Mały polski Al Capone miał tego naprawdę dużo...
Przeżyłem wiele ciekawych rzeczy w tej pracy, ale z perspektywy czasu cieszę się, że już nie pracuję jako policjant.
Kiedyś, kiedy to smacznie sobie spałam, nagle gdzieś koło trzeciej się budzę, bo coś mnie uderzyło w głowę. Spałam na plecach, a to coś spadło mniej więcej na moje usta. Budzę się i wyjmuję coś z buzi. Szybko doszłam do wniosku, że to ząb i idę do rodziców z kawałkiem zęba w dłoni, półprzytomna, myśląc, że śnię.
Niestety to nie był sen. Okazało się, że prawdopodobnie kot zrzucił na mnie z półki nad łóżkiem ogromny i ciężki słoik i ukruszył mi dwa przednie zęby :/
Gdy czekałam na autobus, podszedł do mnie około 40-letni facet. Wyglądał normalnie i zadbanie, zapytał się, czy dam mu złotówkę, bo brakuje mu na jedzenie. Dałam mu ją, po czym ten pan odszedł na bok z kolegą, paląc fajki.
Szkoda, że na jedzenie nie ma, ale na fajki już tak :(
Babcia miała Netflixa od wujka. Tata miał wspólnego ze swoją nową dziewczyną. Mama raz miała, kiedy był jeszcze darmowy miesiąc, a ja praktycznie cały czas spędzam z mamą. Kiedy koleżanki opowiadały o jakimś super serialu, musiałam czekać, aż pojedziemy do babci, by nadrobić.
Tydzień temu kupiłam sobie sama abonament. Mam własną kartę. Czuję, że nie mogę spać, robić czegokolwiek innego, bo ten zakupiony miesiąc mi mija, że muszę obejrzeć do końca. Wiem, że nie doceniłabym tego, gdyby ktoś mi kupił.
To dziwne, że aż tak stresuję się o każdy dzień, kiedy obejrzałam tylko 3 odcinki, a nie cały sezon?
Od zawsze bałem się pająków do tego stopnia, że potrafiło mnie albo zamurować, albo zmusić do prędkiego biegu do kogokolwiek, błagając go, by zabił to stworzenie. Nawet mając osiemnastkę na karku, bywało, że prawie z płaczem prosiłem mamę, by wykurzyła to cholerstwo z mojego pokoju.
Pewnego dnia, mając już 20 lat na karku, zauważyłem, że ośmionóg skacze mi po ścianie. Dosłownie podskakiwał, a wielkości był paznokcia u małego palca u ręki. Zamiast się przerazić, zapaść pod ziemię albo zacząć wyć, ku swojemu zdziwieniu wstałem, wziąłem łapkę na muchy i zachęciłem to małe stworzenie, by weszło na tę łapkę. Jak już było na tej szerokiej stronie (łapki), spokojną ręką, która się nie trzęsła pierwszy raz w życiu przy stresującej akcji, skierowałem się do okna, które otworzyłem i wytrzepałem pająka na dwór. Pamiętam, jaki byłem z siebie dumny, jak wszędzie ogłaszałem, że udało mi się pokonać swój ogromny strach.
I pamiętam, że to był kres mojego nastoletniego, dziecięcego, głupkowatego, niedorosłego życia. Tak, odtąd stał się przełom i wpadłem w wir typowego dojrzałego życia.
Heh. Nadal miło wspominać.
Wiara w ludzi: poziom zero.
Mieszkam w turystycznej miejscowości. Dziś znalazłam w pociągu aparat fotograficzny (lustrzankę), a jako że to końcowy przystanek dla tej relacji i ludzi już brak, zgłosiłam sprawę dyżurnemu ruchu pociągów (ten koleś co jest na stacji i pilnuje, by pociągi w ogóle ruszyły). Powiedziałam, co znalazłam i podałam dane do kontaktu. Jako że miałam czas, jeszcze 40 min pokręciłam się po peronie (mała stacja, jeden peron, może ktoś się zorientuje, wróci i będzie pytał). Aparat zabrałam i nim jeszcze dotarłam do domu, dyżurny już zadzwonił. Sprawa dogadana, właścicielka się znalazła.
I tutaj następuje historia właściwa.
Pani podjechała taksówką, wysiadła (bez „dzień dobry”), podałam jej aparat, zabrała (bez „dziękuję”) i z tekstem: „A to przygoda!” wsiadła do taksówki. Zostałam w szoku, ale myślę, może nikt jej nie powiedział, że mówi się „dziękuję”, czasem nawet daje znaleźne. Gdy szok minął, napisałam SMS-a pod numer, z którego się kontaktowała, z info, że mogła dać symboliczne znaleźne. W odpowiedzi dostałam wiadomość o treści: „Nie będę płacić za to, że chciała pani ukraść mój aparat”.
No cóż, następnym razem, gdy coś znajdę...
Dodaj anonimowe wyznanie