Miałam chłopaka, którego kochałam najbardziej na świecie, zrobiłabym dla niego wszystko. Nasz związek wydawał mi się idealny, do momentu, kiedy po 2 latach zamieszkaliśmy ze sobą. Domawialiśmy się o drobne rzeczy, takie jak niewyrzucone śmieci czy niezmyte naczynia. Oczywiście w każdym domu ludzie się kłócą o podobne rzeczy, nie przejmowałam się tymi sprzeczkami zbyt mocno. Z czasem jednak kłótni pojawiało się coraz więcej i to o coraz poważniejsze sprawy. Po takich awanturach, kiedy siedziałam zapłakana, nie miałam ochoty na intymną bliskość, a chłopak początkowo zachowywał się jak każdy normalny człowiek – „nie znaczy nie”, skoro nie chciałam, to dawał sobie spokój. Z czasem jednak takie odmowy zaczęły go jeszcze bardziej „nakręcać” i doszło do tego, że zmuszał mnie do zbliżeń. Jestem drobną dziewczyną, on ma 190 cm wzrostu, a waży około 90 kg, nie miałam szansy mu się wyrwać. Odkąd zaczął zmuszać mnie, bym to robiła po kłótniach, zaczęłam unikać intymności, unikałam też sprzeczek. Mimo tego, że mnie krzywdził, bardzo go kochałam. Na co dzień traktował mnie dobrze, starał się o mnie i okazywał uczucia, ale po każdej mocniejszej sprzeczce zmuszał mnie do tego, czego chciał. Uważał, że ma prawo do mojego ciała, skoro jest moim chłopakiem, że zaspakajanie go to mój obowiązek.
Zanim zaczął zachowywać się w ten sposób, robiliśmy to kilka razy w tygodniu, był to dla mnie wspaniałe intymne momenty.
Z cudownego chłopak stał się dla mnie potworem, przy którym chodziłam na palcach, żeby tylko się nie kłócić. Kiedy się nie kłóciliśmy, robiliśmy to normalnie, i choć nie miałam ochoty, to pozwalałam mu na to, żeby nie prowokować awantur, które skończyłyby się czymś brutalnym.
Pewnego razu podczas takiej „zabawy” uderzył mnie mocno, do tego stopnia, że miałam sine pół twarzy. To był przełom. Dopiero wtedy poczułam, że nie mogę z nim dłużej żyć.
Kiedy wyszedł do pracy, spakowałam się i wyprowadziłam do przyjaciółki. Zostawiłam mu jedynie karteczkę, że jeżeli spróbuje się do mnie zbliżyć, to pójdę na policję i o wszystkim dowiedzą się moi i jego rodzice. Tak udało mi się uwolnić z tego strasznego związku.
Do dziś nie wiem, jak tak kochający na co dzień chłopak mógł tak mnie krzywdzić.
Będzie raczej mocne. I dla wielu obrzydliwe.
Mam małego, domowego psa, rasy york. Pies świetny, bezproblemowy, gdyby nie jego uprzedzenie do kąpieli. Było z nim okropnie ciężko – kiedy wsadziłeś go do prysznica, automatycznie zaczynał skomleć, piszczeć i się wyrywać.
Raz, kiedy myłem mu brzuch, pies zaczął się... masturbować do mojej ręki. Postanowiłem, że pomogę mu. I tak, strzepałem własnemu psu.
Od tamtego dnia robię tak przy każdej kąpieli, a piesek nagle je polubił.
Kojarzycie syndrom paryski? Turyści zawiedzeni mało romantycznym prawdziwym obliczem Paryża popadają w coś na kształt depresji. Ja mam syndrom amerykański... Odkładałem bardzo długo, żeby pojechać do USA. Miało być sześć tygodni motocyklem przez Stany. Po czterech wróciłem do domu.
Kilka lat marzeń i planów zniszczone przez moje wyobrażenie o amerykańskim śnie. Wiem, że to nie lata 80., kiedy Stany wydawały mi się w tamtym czasie Nirvaną, ale to, co tam zobaczyłem, tak bardzo odbiegało od moich wyobrażeń, że nie umiałem tam dłużej zostać.
Minęło już kilka miesięcy, a ja nadal czuję pustkę po utraconym marzeniu.
Nie potrafię odnaleźć się w towarzystwie. Nie jestem rozmowna, odpowiadam głównie na pytania, siedzę tylko jak mysz. Nawet przy rodzinie nie potrafię być pozytywna, rozmowna, wesoła. Właśnie taką chciałabym być osobą, bo smutnych ludzi nikt nie lubi. Ale nie potrafię inaczej, a taka jestem – sztywna.
Ostatnio zatrudnili w mojej pracy nowego pracownika, sądząc po jego zachowaniu to prosto z dżungli. Mieszkam na zachodzie i tu zatrudnianie imigrantów jest normalne. Ale on przegiął – zaczął czyścić komputery z kurzu na mokro. I to nie jakąś małą ilością, tylko zalał je doszczętnie i wycierał do sucha. Może z zewnątrz było OK, naprawdę były czyste, ale w środku dałoby się założyć akwarium.
Najgorsze w tym, że to nie był kretyn po 2 klasach, tylko osoba, która w swoim kraiku skończyła studia. I jest magistrem. I niestety naprawdę, mimo oczywistych myśli, że dokumenty są sfałszowane, to nie. Po zapytaniu wysłanym do jego kraju pochodzenia okazało się, że skończył studia, i to z wyróżnieniem!
Moja była dziewczyna jest weganką. Ja jestem uczulony na soję. Chyba już wiecie do czego zmierzam. Historia zdarzyła się na początku naszego związku. Moja luba już od pierwszego spotkania próbowała mnie przekonać do niejedzenia mięsa. Oczywiście na marne, bo jak można nie jeść popisowej karkówki taty albo gorącego rosołu w chorobie? No cóż, Aśka nie dawała za wygraną i nadal próbowała ze mnie zrobić miłośnika sałaty.
Pewnego razu moja ukochana zaprosiła mnie romantyczną kolację. Od razu ją uprzedziłem, że nie chcę kiełków ani nic w tym stylu. Jak się okazało, jej koleżanka zostawiła u niej jakieś burgery z kurczaka, a moja luba nie wie co z nimi zrobić, więc postanowiła przygotować dla mnie burgery.
Zasiadamy do stołu, jej burger oczywiście wypchany jakimś "kotletem" z kalafiora. Mój natomiast wygląda bardzo apetycznie. Pierwszy kęs. W sumie nic wiele nie poczułem w gąszczu szpinaku i innych takich, ale smak całkiem niezły. Parę minut później poczułem się bardzo źle. Ból w brzuchu i nagła potrzeba wyjścia do toalety. Tam nie było lepiej. Na zmianę wymiotowałem i za przeproszeniem srałem. Wyszedłem z łazienki blady jak Jackson pod koniec życia i pytam się, co do cholery było w tym burgerze? Asia przestraszona tłumaczy, że chciała mnie przekonać do SOJOWYCH burgerów. No tak. Szybka decyzja - jedziemy do szpitala. I tak nasza randka skończyła się na izbie przyjęć. Najgorsze było to, że po wszystkim moja luba była obrażona na mnie, że przez moją alergię zabijam zwierzęta (?).
Z Asią nie jesteśmy już razem. Od niedawna jednak spotykam się całkiem fajną dziewczyną. Wczoraj dowiedziałem się, że jest wegetarianką. Help.
Jedna dziewczyna bardzo mocno zniechęciła mnie do związków. Jak to wyglądało? Jeździłem do niej, robiłem wszystko, co mógłby robić kochający, troskliwy facet, a ona po jakimś czasie chyba „leczyła” na mnie swoje problemy. Co chwilę słyszałem, że pewnie udaję takiego dobrego, bo ona wie, że jest źle. Mówiła, że jest beznadziejna i nic nie pomagało – ani uspokajanie, ani zapewnienia, że wcale tak nie jest. Spędzaliśmy miło czas i nagle włączało się jej takie narzekanie na wszystko. Najczęściej narzekała zaraz po miłych chwilach.
Potem pojawiły się pretensje, czemu nie odpisuję natychmiast na jej wiadomości. Szedłem się kąpać i za pół godziny miałem kilkadziesiąt wiadomości. Zaczynały się od „co robisz, kochanie?”, poprzez kilka z buziaczkami i tekstem o tym, jak kocha i tęskni, następnie, że mam natychmiast odpowiedzieć, aż do momentu, że skoro nie odpisuję, to jej nie kocham, jestem najgorszy i ze mną zrywa... Potem przepraszała słowami: „bo ja taka głupia byłam, a ty tylko brałeś prysznic”.
Nie wytrzymałem i po jakimś czasie z nią zerwałem, ale to we mnie pozostało. Zostało ze mną tak mocno, że nie chcę wiązać się z kobietami od kilku dobrych lat.
Ostatnio trochę mi się przybrało na wadze, mój narzeczony nie może tego zaakceptować i nie rozumie, że mi też jest trudno. Zamiast mnie wspierać, motywować… krzyczy, żebym nie jadła. Nie jest tak prosto z dnia na dzień schudnąć, byłam u dietetyka, ale to nic nie dało. Mam tak straszną ochotę na coś słodkiego, że nie potrafię sobie odmówić. Tłumaczyłam mu, że w mojej rodzinie ten problem jest genetyczny i że bardzo chcę stracić na wadze i wrócić do poprzedniej figury, ale to nie jest takie proste. Bezustannie się kłócimy przez mój problem z apetytem i jego niezdrowym podejściem do tego, a wszystko potęguje fakt, że nie uprawiamy seksu, co mnie jeszcze bardziej frustruje. Mój narzeczony nie ma na mnie ochoty. Wiem, że go nie podniecam i wiem, że problemem są moje kilogramy. Przez brak seksu jestem jeszcze bardziej nerwowa. Chciałabym, żeby mi jakoś pomógł schudnąć i przez to przejść, ale on tylko pogarsza sprawę. Krzykiem i pretensjami wpędza mnie w jeszcze gorszy stres, a kiedy się stresuję, to jem. Dziś powiedział mi słowa, przez które straciłam do niego zaufanie, nie będę ich przytaczała, bo łzy napływają mi do oczu, ale kazał mi schudnąć... albo odchodzi. Boję się, że już zaczął mnie zdradzać.
Pewnego upalnego dnia wracałem do domu autobusem i udawałem, że zemdlałem, aby ktoś dał mi się napić wody.
Mój tata to typowy kanapowiec. W jednej ręce piwko, w drugiej pilot. Nigdzie nigdy nie był, nic nie zobaczył, ale o świecie i ludziach wie najwięcej.
Jestem dorosła, osiemnastkę świętowałam już kilka lat temu, jednak wciąż muszę spowiadać się tacie z tego, z kim wychodzę. I to nie wygląda tak, że tata normalnie zapyta: „Gdzie idziesz, o której wrócisz?”. Mój tata domaga się, abym mówiła mu o planowanym wyjściu z wyprzedzeniem. Siadamy przy stole w salonie, wyciąga swój zeszyt i zadaje pytania. Wszystko zapisuje – imiona, nazwiska, wiek... Jestem codziennie przesłuchiwana. Wiele razy próbowałam się buntować. To trwa, od kiedy skończyłam szesnaście lat. Zawsze kończy się kłótnią. Próbowałam już wychodzić i trzaskać drzwiami, próbowałam wychodzić cichaczem, tłumaczyć spokojnie moje stanowisko i krzyczeć na całe gardło... ale do niego nie dociera absolutnie nic.
Ostatnio pojechałam na ognisko do znajomych. Kiedy wróciłam po północy, usłyszałam od taty: „Szlajaj się dalej po ciemku, debilko, to mój zeszyt się na coś przyda. Tyle mam nazwisk, że od razu będziemy wiedzieli, kto ci łeb w krzakach urwał”.
Powiem tylko, że pracuję, jednak na wynajem mieszkania nie byłoby mnie stać. Odkładam. W czasie kiedy moje koleżanki szaleją na imprezach i wydają kasę, ja siedzę w domu, bo nie mam ochoty na kolejne starcie z ojcem.
Tata widzi w każdym moim koledze potencjalnego gwałciciela, a w każdej koleżance cichodajkę.
Dodaj anonimowe wyznanie