#B2wiB

Tak mi się przypomniało.

To było w czasach, kiedy jeszcze każdy miał w domu telefon, robiło się różne żarty z tym związane. Zwykłe wkręcenie kogoś mi nie wystarczyło, więc wpadłem na to, by kogoś wkręcić podwójnie.

Zadzwoniłem pod dowolny numer no i mówię, że na poczcie jest baaaardzo duża przesyłka do odbioru. „To coś w rodzaju małego słonika...” no i cała rozmowa, że trzeba szybko odebrać paczkę, że przejść nie można itp. Wtedy okazało się, że nie rozmawiam z panią XYZ, a jej córką ABC. To mówię, by dała do telefonu mamę. Jak już się upewniłem, że to mama, to mówię, wręcz czasem krzyczę, że jej córka się zachowuje w szkole poniżej krytyki i trzeba coś z tym zrobić. Mama, jak to mama, przejęła się i obiecała poważnie porozmawiać z córką. Wtedy mówię, że jeszcze dwa słowa chciałbym jej powiedzieć tytułem zakończenia, więc podaje mi córkę do telefonu.
„To jeszcze raz ja, ustaliliśmy z twoją mamą, że tego słonika...”

Ot, takie żarty za małolata.

#Ar221

Zawsze śmieszyło mnie to, jak bardzo wszyscy członkowie mojej rodziny (łącznie ze mną) nie radzą sobie w życiu ze związkami.

Zacznę może od tego, że moja prababcia została „sprzedana” na targu za 6 worków pszenicy w wieku 14 lat (czasy I WŚ) i oczywiście zmuszona do poślubienia mojego pradziadka (niestety nie wiem, ile miał wówczas lat). Z opowieści wiem, że płakała potem kilka dni.

Mój dziadek z kolei był kowalem w majątku ziemskim, zaś swoją żonę (a moją babcię), lokalną krawcową, pojął jedynie dlatego, że przepędził wszystkich innych pretendentów siłą.

Mój tata ożenił się dosyć późno, bo w wieku 47 lat, a i tak ponieważ nie miał już zbytnio w tamtych latach szans na znalezienie sobie kogoś w swoim wieku, związał się z jedyną osobą, którą znalazł – moją mamą, schizofreniczką.

Teraz ja: 27 lat, jeszcze nigdy nie miałem dziewczyny...
...i mam 6 kuzynów w podobnej sytuacji.

Fuck my life, right?

#R1g4H

Kiedy byłam dzieckiem, molestovvał mnie dziadek. Opowiadał mi o dwóch malutkich guziczkach na mojej klatce piersiowej, które niedługo zaczną się powiększać. Czasami sadzał mnie na siebie w taki sposób, że czułam pośladkami jego przyrodzenie, a czasami obmacywał mnie w basenie. Czasami kazał mi się rozbierać i dotykać, czemu intensywnie się przyglądał, a czasami rozbierał się sam i kazał mi patrzeć.

Dzisiaj jestem dorosłą kobietą. Zadbaną, wysportowaną, dosyć atrakcyjną. Potrafię się malować, ubieram się kobieco. Poza tym studiuję kierunek, w którym się spełniam, mam jakieś tam poczucie humoru, czasami nawet potrafię być błyskotliwa. Łatwo nawiązuję przyjaźnie i zawsze staram się stawać w obronie słabszych, szanując jednocześnie granice i uczucia innych ludzi. O tym, co robił mi dziadek, nie powiedziałam nigdy nikomu. Sama przed sobą udawałam przez lata, że to się nigdy nie wydarzyło, chociaż gdzieś w środku dobrze wiedziałam, że było inaczej.

Z problemami życia codziennego radzę sobie dość dobrze, ale często boję się spać. Czasami łapie mnie paraliżujący lęk, który nie pozwala mi oddychać. Oprócz tego z żadnym mężczyzną nigdy nawet się nie całowałam, bo każde męskie spojrzenie z pożądaniem w moją stronę sprawia, że chcę się skulić w sobie, rozpłakać się i zniknąć. W tym momencie już nawet nie próbuję, bo mam poczucie, że moimi reakcjami robię krzywdę mężczyznom, którzy prawdopodobnie wcale nie chcą niczego złego.

Mój okres dorastania minął mi głównie pod znakiem anoreksji, która miała mi pomóc nigdy nie wyglądać jak kobieta, bo bycie kobietą to bycie potencjalną ofiarą.


Mam silne poczucie, że mój dziadek zabrał mi dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, szansę na miłość i macierzyństwo (anoreksja pozbawiła mnie płodności), a spuścizna tych wydarzeń codziennie próbuje zabrać mi przyszłość. Mój oprawca jest obecnie już bardzo stary i schorowany, jego kontakt z rzeczywistością jest ograniczony. Kiedy na niego patrzę, to widzę człowieka, który świadomie pozbawił mnie szansy na szczęście i normalność, który jest cyniczny i zły, i do którego czuję obrzydzenie. Mimo wszystko nie potrafię go za to nienawidzić ani nawet mieć żalu. Gardzę nim tak mocno, że mam poczucie, że nie jest wart jakichkolwiek oczekiwań wobec niego, a nie umiem mieć żalu do kogoś, od kogo nie oczekuję nawet bycia człowiekiem.

PS Proszę nie wysyłać mnie na terapię ani do seksuologa. Być może zdecydowałam się na taką formę radzenia sobie z przeszłością, a być może na inną. Nie mam potrzeby się z tego tłumaczyć, a komentarze wysyłające mnie dokądkolwiek godzą w moje poczucie prawa do decydowania o sobie.

#ZuJCP

Kiedy miałam 8 lat, zostałam zapisana na basen.
Moja wychowawczyni nie wiedziała, że pływam aż tak źle, więc kazała mi wskoczyć z grubej rury na główkę, ale spadłam na klasycznego szczupaka... (oj, bolało). Zachłysnęłam się wodą, ale jakoś wyszłam z basenu.

Przez tę wodę skupioną w pęcherzu zachciało mi się siku... Moja pani musiała wyjść na chwile, więc zostałam sama z 6 innymi dzieciakami. Nie mogłam sama wyjść z hali, a mapy do łazienki nie otrzymałam, więc... załatwiłam się przed basenem koło mojej koleżanki...

Ona nie wiedziała, o co chodzi, ale zaczęła się dziwnie gapić, więc powiedziałam: To tylko woda z basenu!

#seDoI

Jak byłam nastolatką, miałam włosy do pasa. Zawsze, kiedy je rozpuszczałam, ojciec przychodził z metrem i mierzył długość. Mówił: „Sprzedaj je, zawsze tam jakaś stówka wpadnie”. Zawsze z tej stówki kpiłam, poza tym sto złotych nie jest tego warte.
Nic z tych gadek nie podziałało. Ojciec sam wziął sprawy w swoje ręce i odciął mi je w nocy. Dostałam szału, nienawiść do niego ciągnęła się za mną bardzo długo. Kiedy przyniósł mi pieniądze, podarłam je na małe kawałeczki.

Ludzie często mówią, że to tylko włosy. Tak myślisz? To są kuźwa lata pracy. Cały czas musisz o nie dbać, żeby się nie łamały (co bardzo przedłuża czas porostu), musisz próbować setki preparatów, kupujesz odżywki, szampony, myjesz je, mierzysz linijką co tydzień, ile urosły, dbasz o nie bardziej niż o inne części. Tylko po to, żeby były piękne. A kiedy są już piękne, to jakiś debil ci w pięć sekund niszczy kilkuletnią pracę! Chyba nawet nie muszę wspominać, jak samoocena podupada, czujesz się wtedy mało kobieca, brzydka.

Mnie już włosy dawno odrosły do pasa, ale ojcu nadal nie ufam jak kiedyś.

#Fp4CR

Od zawsze mnie i mojemu bratu wmawiano, że jesteśmy gorsi, bo jesteśmy dziećmi rolników. Przodowali w tym nasi rodzice. Pochodzimy z małej wiochy strasznie zajeżdżającej komuną, chałupy wyglądały, jakby miały się zaraz rozpaść, niektórzy nawet posiadali kible na zewnątrz. W pobliżu mieliśmy małe miasto, zaczynały powstawać też „wsie” bogatych ludzi, którzy mieli dość miasta.

Gdy miałam iść do szkoły, usłyszałam od rodziców, że jestem córką rolnika i będzie mi ciężko, bo te wszystkie nowobogackie dzieci będą mnie wyśmiewać. Owszem, wyśmiewały, ale raczej nie za samo pochodzenie, a za to, że miałam byle jakie rzeczy i wolno było mi się kąpać tylko trzy razy w tygodniu.

Nie byliśmy bogaci, ale też raczej nie biedni, niestety nasze życie było podporządkowane rolnictwu. Co mogliśmy wytworzyć sami, nie kupowaliśmy (ewentualnie handel wymienny), ale jedliśmy byle co, bo przecież hodujemy na sprzedaż, a nie do obżerania się. Na co mi modne ubrania, makijaż? Krowie przecież wszystko jedno, co noszę, ludziom też, bo jestem baba ze wsi. Nie mogłam sama sobie czegoś kupić, nie dostawaliśmy kieszonkowego, a ja nie mogłam zarabiać, bo każdą wolną chwilę wypełniała mi praca na roli, zajmowanie się zwierzętami i domem, ot tak, żebym od początku znała swoje miejsce i na nic nie liczyła. Miałam zakaz zadawania się z „miastowymi i nowobogackimi”, ale to nie był problem, i tak nikt nie chciał się ze mną zadawać. O jakimkolwiek wyjściu z domu też nie było mowy, bo mam pracować. Z odrabianiem lekcji było ciężko, czego nie zrobiłam na przerwach, to albo nie miałam, albo robiłam po nocach. Nie, nikt się nie zainteresował moją sytuacją, a według rodziców wieśniak nie potrzebuje wykształcenia i w ogóle mam się cieszyć, że nie mogą mnie zwolnić z powodu pracy na roli, jak to było kiedyś. Nie miałam co liczyć też na transport do szkoły, chociaż rowerem to była godzina, powinnam się cieszyć, że mam rower, oni chodzili na piechotę. Komputer kupili, dopiero gdy byłam w ósmej klasie (bo już ciężko było żyć bez internetu), komórkę dostałam rok później.

Gdy skończyłam szkołę, dostałam nakaz, by iść do zawodówki. Na miejscu miałam tylko taką opcję, a oni nie chcieli płacić za internat ani dojazdy do innego miasta. A tak w ogóle to jestem na to za głupia (średnią ocen miałam 4,2 i całkiem dobrze napisane testy), no i nie mam szans, bo miastowi dostają dodatkowe punkty za pochodzenie. Przecież babie ze wsi nie jest potrzebne wykształcenie.

Postawić się nie miałam jak, skończyłam tę zawodówkę i od razu wyprowadziłam się z domu. Wynajmuję pokój, mam pracę w zawodzie, której szczerze nienawidzę, a od tego roku zaczynam liceum wieczorowe. Studiów nie planuję, bo mam wrażenie, że będę na to za stara, ale poważnie zastanawiam się nad technikiem weterynaryjnym. Za dwa lata dołączy tu do mnie mój brat.

#YjaqZ

W trakcie tegorocznej imprezy sylwestrowej wynajęliśmy domek. Było nas +25 osób. Dwa piętra, dużo miejsca, czego chcieć więcej?

Na górze zrobiliśmy strefę do chillu. Bez muzyki i hałasów. Jakby ktoś się źle poczuł lub chciał odpocząć.
Kiedy ja zająłem się piciem i zabawą, moja dziewczyna poszła na górę. Potem wróciła pić dalej. Kiedy zabawa chyliła się ku końcowi, bo zostali tylko najbardziej wytrwali, poszliśmy spać.

Niestety moja dziewczyna źle się poczuła, więc szybko pobiegłem po miskę, żeby nie musiała wstawać. W trakcie czynności będącej skutkiem wypitej zbyt dużej ilości alkoholu zauważyłem w misce coś dziwnego. Otóż moja kruszynka zwymiotowała zużytą prezerwatywę z zawartością, która jest wtedy w środku.

Chyba nie muszę mówić, że jest już moją byłą dziewczyną?

#XXTdA

Trzy miesiące temu zerwał ze mną chłopak, ogólnie był to łańcuszek nieszczęśliwych wydarzeń, który doprowadził do niestety solidnego końca naszej relacji. Byliśmy ze sobą 2 lata. Po zerwaniu dużo rzeczy sobie wyjaśniliśmy, zrozumieliśmy i próbowaliśmy to odbudować, ale się nie udało. Aktualnie jesteśmy na stopie koleżeńskiej/przyjacielskiej i się cieszę z tego, że mamy kontakt, nie ma między nami nienawiści czy coś ten teges, lecz często jak jestem z nim sam na sam, to chciałabym go przytulić na przykład, tak solidnie. Dużo osób mi mówiło, abym go zablokowała, odcięła się kompletnie, lecz nie potrafię przez uczucia dalsze. Aktualnie pomimo stopy koleżeńskiej chciałabym spróbować to naprawić, lecz eks powiedział, że aktualnie stawia na przyjaźń i na swoje zdrowie psychiczne, bo nie chciałby być toxic, ale również boi się, że naprawa to będzie strata czasu i nie wie, czy to się uda. Wiadomo, że się boi i że jest to strach, ale mam w głowie, że jak jest okazja, to czemu by nie spróbować. Z drugiej strony sama wiem, że nie jest ze mną najlepiej jak z eks i potrzebujemy czasu, aby się „naprawić”, zrozumieć, co tak na serio chcemy, bez emocji i bez spin. Aktualnie nie wiem, czy dalej mieć cel, aby to naprawiać, ale taka prawda, że w relacji ludzkiej muszą obie strony chcieć coś naprawić, a nie tylko jedna, czy nie odpuścić i zostać przyjaciółmi bądź żyć na stopie koleżeńskiej. Sama już nie wiem, co mam robić, mam multum myśli, których mam dość i rozmyślania, nawet na nadziei można solidnie się przejechać.

#Lutpj

Ten tekst jest niewystarczająco szczegółowy, gdyż nie wiem kto go przeczyta, kto może zidentyfikować mnie i osoby w nim występujące, toteż celowo stosuję pewne niedopowiedzenia.

Od kilku miesięcy coraz silniej odczuwam niechęć z powodu zachowania teściowej – będę w taki sposób odnosić się do matki mojego partnera, mimo iż nie jesteśmy małżeństwem.

Teściowa ma silny charakter i jest ekstrawertyczna. Lubi kontakt z innymi ludźmi, tego oczekuje też ode mnie. Kiedy się poznałyśmy (cztery lata temu, nie mieszkałam wtedy jeszcze z moim partnerem), odniosłam wrażenie, że jest bardzo sympatyczna, wspiera mnie i – co ważne – nie będzie wtrącać się w nasze sprawy, bo ma wystarczająco własnych zajęć.

Z partnerem mieszkam od około dwóch lat, wtedy też – z powodu przeprowadzki do nowego kraju, trudności w aklimatyzacji – nasiliły się moje problemy psychiczne (depresja, zaburzenia lękowe). Chcę od razu powiedzieć też, iż on, od kiedy mnie poznał, wiedział o tym i prawdopodobnie wiedziała też jego matka, od kiedy związek między nami stał się poważniejszy. Mówię o tym dlatego, że schorzenia częściowo wpływają na moje zachowanie, biorę wprawdzie leki, jednak niektórych zachowań jest się bardzo ciężko pozbyć. Obecnie mam wrażenie, że w pewnym sensie obrywam za to kim jestem. Że z powodu introwertyzmu i fobii społecznej wolę nie wybierać się w określone miejsca – teściowa tego nie rozumie, oczekuje mojej obecności podczas spotkań rodzinnych i kiedy ja wykręcam się od tego, jest bardzo niezadowolona. Ja dowiaduję się tego od mojego partnera, potem muszę przepraszać, za to że nie chciałam iść gdzieś, gdzie czułabym się źle. (Ale jakbym poszła i w ogóle się nie odzywała – też by było źle. Dotychczas w takich sytuacjach – wymuszonego kontaktu społecznego – „obrywało” mi się tylko od partnera. Teraz swoje dokłada również teściowa.) Jeżeli widzi ona, że coś się między nami wydarzyło, że się pokłóciliśmy – wciska nam swoje rady.

Nawet jeżeli jest to jedynie sugestia dotycząca sposobu ubierania (a teściowa ma fatalny gust), mnie to przeszkadza, jednak niestety z powodu uległego charakteru nie jestem w stanie powiedzieć „Sama podejmę decyzję, nie, dziękuję”, bo boję się wywołać konflikt, w którym byłabym od razu na przegranej pozycji.

Kiedy partner wspomni matce o tym, że się pokłóciliśmy – ja dostaję od niej wiadomości w rodzaju „Jemu jest teraz bardzo ciężko, proszę postaraj się o niego zadbać i nie denerwować go”. (Albo że powinnam być milsza/bardziej uprzejma dla osoby X, bo jej jest ciężko, ma własne problemy itd. Niesłychanie drażnią mnie takie próby wychowywania mnie.) Pozornie nie jest to obraźliwa, nieprzyjemna wiadomość, jednak w moim odczuciu wina za jego złe samopoczucie spada na mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie