Gdy poznałam mojego Tomka, to wynajmował on trzypokojowe mieszkanie z dwójką swoich najlepszych kumpli. To bardzo, fajni i bezpośredni goście, którzy razem z moim ukochanym tworzyli coś na kształt rodziny. Miało to swoje plusy i minusy. Tym drugim, był fakt, że o prywatności można tam było zapomnieć. Przekonałam się o tym na własnej skórze.
Był leniwy weekend. Leżeliśmy z Tomkiem na jego łóżku i oglądaliśmy jakieś internetowe koty, gdy przyszła mi chęć na spontaniczny gest sympatii w postaci lodzika-niespodzianki. Wcisnęłam się pod koc i zabrałam się do roboty. Gdzieś tak w połowie mojej ciężkiej pracy, usłyszałam, że drzwi się otworzyły i do pokoju wkroczył Przemek - współlokator mojego bojfrenda. Zastygłam licząc na to, że może nie zorientuje się, że pod grubym kocem, centralnie na wysokości jego moszny znajduję się ja, nieruchoma jak kamień, z penisem wetkniętym aż do tchawicy i jajkami smyrającymi mnie po brodzie.
Przemek rozsiadł się na krześle i w najlepsze zaczął gadać z Tomkiem. Podczas gdy ja pociłam się obficie i usiłowałam złapać oddech bez wyciągania przyrodzenia z ust, oninomówili kwestię prezentu dla kumpla, który miał mieć niedługo urodziny, ustalili kto następnego dnia gotuje obiad i wdali się w krótką dyskusję na temat przewagi miecza świetlnego nad deskolotką.
Na koniec Przemek wesoło krzyknął:
- Dobra, fajnie się gadało, ale muszę już lecieć, bo świat mnie potrzebuje! No, to trzymaj się Tomek. I Ty też, Ewka! Widzimy się potem.
I wyszedł. Myślałam, że albo umrę w wyniku niedotlenienia związanego z zadławieniem się prąciem w stanie wzwodu, albo najzwyczajniej zapadnę się pod ziemię ze wstydu...
We wsi, gdzie mieszkali moi dziadkowie i gdzie spędzałam całe lato, mieszkał niepełnosprawny umysłowo Zdzisiu (tak na niego wołali). Zdzisiu był nieślubnym dzieckiem, kozłem ofiarnym całej wsi. Głupkowaty, otępiały, dobroduszny matoł - tak o nim mówili. Fizycznie dorosły, psychicznie może ośmiolatek. Jego biedna matka poświęciła mu całe życie, by bez pomocy specjalistów (wtedy zupełnie niedostępnych, zwłaszcza w pipidówce na 20 chałup) wyprowadzić go na ludzi. To znaczy, że nie robił nikomu ani niczemu nic złego, umiał poprosić o pomoc, był uprzejmy, miły, wykonał proste prace, nie robił w spodnie i nie obnażał się publicznie.
Raz ja i moje wakacyjnie "przyjaciółki" usłyszałyśmy zza ich płotu, jak matka właśnie mu tłumaczy, że nie wolno mu dotykać innych ludzi, rozbierać się przy nich, robić siku ani kupy na widoku, a już w szczególności tam, gdzie są dziewczynki, bo go zabiorą do więzienia. Zdzisio bardzo się tym przejął, a gdy jego mama poszła pracować w gospodarstwie, poszedł w pola i do pobliskiego lasku połazić tam sobie, jak to zwykle robił.
Moja kuzynka zaproponowała, by się z nim pobawić, bo taki samotny i smutny. Ja miałam wtedy 8 lat, najmłodsza z nas 6, a najstarsza 10. Poszłyśmy do niego. Zdzisio był bardzo miły, dziwny, ale miły. Nie umiem określić, kiedy zaczęłyśmy mu kazać robić dziwne rzeczy pod groźbą naskarżenia, że pokazał nam siusiaka.
Zjadł krowią kupę, wepchnął sobie trawę w pupę, bo mu groziłyśmy więzieniem za dotykanie nas. Gdy się rozpłakał, że to nieprawda, moja kuzynka powiedziała mu, że jest głupi i nikt mu nie będzie wierzyć. Potem zdjęła majtki spod sukienki, rzuciła do rowu i powiedziała, że jak je znajdą, albo on je podniesie żeby jej oddać, to i tak będzie dowód i utną mu głowę.
Z jednej strony było mi go żal, a z drugiej nie wiem dlaczego, ale miałam z tego frajdę, bo moja kuzynka i jej koleżanka ją miały. Kazano mi się jej słuchać, bo jest starsza i ma same szóstki.
Męczyłyśmy tak biednego człowieka przez trzy miesiące wakacji. Było mi z tym źle, ale nic nie mówiłam nikomu. W święta u babci okazało się, że zabrali go do psychiatryka za molestowanie dwóch 9-letnich dziewczynek. Wtedy zaryczana powiedziałam prawdę. Nikt mi nie uwierzył.
Po latach spotkałam kuzynkę, z którą od tamtej pory unikałam kontaktu. U dziadków nie bywałam poza świętami. Podobno rzeczywiście się na nią rzucił z łapami, bo zaczęła pokazywać mu nagi tyłek dla zabawy, a jej koleżanka biła go gałęzią, by go rozdrażnić. I ta kuzynka uważa się za ofiarę. Ja uważam się za potwora, bo w tym uczestniczyłam.
Dziś się okazało, że pasuje na mnie ten sam rozmiar stanika, co na moją siostrę. Szkoda, że się nie powymieniamy, bo jestem jej młodszym bratem.
Będzie niesmacznie.
Dawno temu, prawdopodobnie czasy gimnazjum. Odkąd pamiętam miałam problem z dwójką w miejscu innym niż moja toaleta.
Pewnego razu w szkole bardzo bolał mnie brzuch, a lekcje dopiero co się zaczynały, więc nie było szansy że wytrzymam do 15stej. I tak od początku zajęć na każdej lekcji pytałam nauczyciela o możliwość skorzystania z toalety podczas lekcji. Przerwa oczywiście odpada. Kiedy już pozwolili, wybiegałam szczęśliwa ale zawsze były jakieś przeszkody. Ktoś inny w toalecie. Dziewczyny na wagarach. Sprzątaczka się kręciła itp. Oczywiście przy innych osobach w tym samym pomieszczeniu nawet siku odpada, a co dopiero dwójeczka...
W końcu siedziałam w toalecie od 5 min, nikt nie wchodzi. Czas zaczynać. Z tego stresu oczywiście tak szybko jak się da. Śmierdzi strasznie, więc trzeba się zmywać. Byłam już taka zestresowana i niepocieszona że nie mogłam się doczekać końca szkoły żeby dokończyć w spokoju. Brzuch nadal bolał ale już nie tak bardzo i wiedziałam że wytrzymam :)
Jednak do końca zajęć zostały 2 lekcje i zazwyczaj pomiędzy zmianami klas uczniowie siadali przy ścianie na ziemi przed klasą. Nie było ławek. Usiadła koło nas koleżanka, która zwykle wydzielała nieprzyjemne zapachy. W ten dzień było jakoś gorzej ale wszyscy ją lubiliśmy więc nikt nic nie powiedział ale każdy wiedział że to ona. Tyle że tym razem to byłam ja...
Kiedy dotarłam do domu, usiadłam na tronie w oczekiwaniu na strumień (wiadomo najpierw siku później kupa) usłyszałam plusk. Patrze w dół, a tam bobek sobie pływa a w dodatku niemiłosiernie śmierdzi.
Więc poskładałam wszystko do kupy...
Trzymałam tego bobka pomiędzy pośladkami przez te dwie lekcje i drogę do domu. Nie wiem jak udało mu się tam schować. Jestem bardzo przewrażliwiona na punkcie czystości, ale w tym stresie w tym pośpiechu po prostu stało się...
Nikomu nigdy o tym nie opowiedziałam.
Zażenowanie pozostało do dzisiaj.
Po czterech latach związku w końcu przyznałem się partnerce, że kręci mnie femdom i bardzo chciałbym sprobowac. Wiązanie, kajdanki, pegging i te sprawy.
Pokazałem kilka filmów porno by wyjaśnić jej o co chodzi.
No i nazajutrz nie miałem już dziewczyny.
Spytałam moją siostrzenicę, z czego najbardziej ucieszyłaby się na jej nadchodzące piąte urodziny. Hanka zastanowiła się chwilę, po czym spytała, czy mógłby odwiedzić ją jej tata. „Byłoby fajnie zjeść razem tort i się pobawić”, dodała.
Hania nie zna swojego taty, ponieważ nigdy się nią nie interesował i zrzekł się praw rodzicielskich 3 lata temu.
Szczerze? Nie mam pojęcia co odpowiedzieć małej dziewczynce, która zadaje takie pytania. Jedno wiem na pewno: nie życzę nikomu sytuacji, w której znalazła się moja siostra. To chyba najgorsze co może być, patrzeć na smutek swojego dziecka.
Ludzie. Bierzmy odpowiedzialność za własne czyny i choćby nie wiem co, nie porzucajmy niczemu winnych dzieci…
Jestem autorką wyznania o drobnych kradzieżach w supermarkecie. Ktoś napisał tam jakże odkrywczy komentarz, że taniej gumek użyć niż naklepać dzieciaków - oj kolego, gdybyś wiedział jaki temat poruszyłeś... Okey, zgadzam się z tym, że było nas dużo za dużo, ale co miało zrobić dziecko w takiej rodzinie? Przykładowo w 1995 miałam 4 lata, starszego brata i dwoje młodszego rodzeństwa, miałam iść powiedzieć matce i ojcu "kupcie se gumy, do uja pana"? Czy dziecko jest winne zachowania rodziców? Miałam 17 lat i prawie zawaliłam rok szkolny, bo matka była ZNOWU w ciąży i ktoś musiał jej pomagać. Oczywiście, że zapytałam mając naście lat, czemu aż tyle dzieci. Odpowiedź matki "Bo jestem jedynaczką i zawsze chciałam dużo dzieci". Aha, i nieśmiertelne JAK BÓG DAŁ DZIECI, TO DA I NA DZIECI. Jasne, najpierw obcy ludzie przywozili nam pod dom worki z żarciem i ubraniami, a potem ja z bratem musiałam zrezygnować z marzeń choćby o technikum, bo w zawodówce są płatne praktyki i głupie dziecko zapatrzone w matkę przywiezie te 150 zł miesięcznie. Dla nas majątek. Bilet miesięczny? Zapomnij, sąsiadka za frajer cię zabierze, bo i tak jedzie do pracy, a z powrotem stopa złap. Przecież jednorazowy bilet kosztuje tyle co bochenek chleba, dzieci mają głodować, żebyś ty dupę autobusem wiozła? Rower stoi, to zapierdalaj.
Zanim poznałam męża, który mnie z tego domu zabrał, każdy mój grosz szedł "na życie", matka potrafiła mnie ochrzanić, że raz po drugiej zmianie o godzinie 23 śmiałam iść na postój taksówek i poprosić, żeby kierowca za 30 zł zawiózł mnie do tej większej wioski, z której i tak dalej szłam 2 kilometry pieszo. Teraz kontaktu z matką nie mam, ponoć ma iść do więzienia za alimenty na troje najmłodszego rodzeństwa, które trafiło do domu dziecka. A propos, wiecie co się robi w pierwszej kolejności jak opieka społeczna wam zabiera dzieci? Jedzie się do MOPS-u z mordą, że jakim prawem zabrali JEJ 500+, z czego ONA ma teraz żyć!
Jak już mi się tak ulało, to jeszcze wspomnę o jej akcji wbicia do brata na wynajęte mieszkanie - brat oczywiście dobry synek, przenocował, powiedział, żeby wychodząc zostawiła klucz pod wycieraczką, bo on wcześnie idzie do pracy i nie chce jej budzić. Klucz się znalazł, ale 500 zł z barku jakoś nie.
Naprawdę rzygać mi się chce, jak słyszę teraz teksty "No, było jak było, ale urodziła, należy się matce szacunek". Za co, za złamanie bratu deski na plecach? Za terror, w jakim nas ciągle trzymała? Za wszystkie kradzieże pieniędzy własnych dzieci? Mam 30 lat, a do dziś 50 zł to max, ile noszę w portfelu.
Przepraszam, jeśli kogoś wkurzyłam takim wybuchem, ale to silniejsze ode mnie, nawet nie wiecie jak dobrze móc wreszcie powiedzieć komuś choćby przez internet jak tak naprawdę wtedy było. A mamusi nieironicznie mogę powiedzieć jak w słynnym memie - Ty stara ku*wo, zmarnowałaś mi 20 lat życia.
Kiedyś uczęszczałem na lekcje śpiewu. W wolnych chwilach ćwiczyłem głos i często śpiewałem. Pewnego późnego wieczoru, gdy szedłem lasem, była to właśnie jedna z takich chwil. Nagle słyszę szmery w krzakach. Przestraszony obróciłem się w stronę owych krzaków i stanąłem jak zamurowany. Po chwili wyszedł z nich grzybiarz i pół żartem pół serio powiedział, że zgubił się w lesie, ale kierował się w stronę mojego śpiewu i udało mu się znaleźć drogę.
Po przeczytaniu pewnego wyznania, postanowiłem podzielić się swoją historią, bo no cóż... Jestem masochistą.
Jako dziecko uwielbiałem dostawać kary. Ale takie porządne, a nie delikatne klapsy. Uwielbiałem poczucie zażenowania, wstydu. To mnie podniecało. Jako sześciolatek zesikałem się w miejscu publicznym, bo chciałem poczuć to zażenowanie.
Później, mając osiem lat, oblałem się woskiem i prawie poparzyłem. Tak, podnieciłem się zamiast panikować.
Jako 10-letnie dziecko zacząłem interesować się wiązaniem. Najpierw trenowałem na ogromnych lalkach mojej siostry, potem próbowałem się wiązać. W końcu po 5 latach opanowałem to do perfekcji. Wziąłem się tak, by było mi niewygodnie, ale jednocześnie żebym miał jedną rękę wolną i mógł się nią bić albo wylewać wosk.
Pewnego dnia przywiązałem się w salonie do krzesła. Wcześniej trochę się zabawiałem i miałem całe czerwone nogi i brzuch.
Był tylko jeden problem - źle zasłonięte okno.
Sąsiadka zobaczyła mnie i zadzwoniła na policję. Myślała, że ktoś się włamał.
Właśnie dowiedziałem się, że moja matka dodawała mi do płatków mleko ze swoich piersi... Aż do mojego 7 roku życia.
Dodaj anonimowe wyznanie