Dwa lata temu ukończyłam technikum ekonomiczne, znalazłam pracę w biurze rachunkowości. Harowałam pięć lat, odbywałam praktyki, zdobyłam dwie kwalifikacje zawodowe, napisałam maturę z wybitnym wynikiem i matematykę rozszerzoną na około 70% oraz historię na 40%, studiuję zaocznie.
Mam młodszą kuzynkę o dwa lata, która właśnie ukończyła liceum o profilu humanistyczno-językowym, nie wybrała się na studia. Moja kuzynka, po szkole nastawionej stricte na napisanie matury, którą napisała, ledwo zdając, rozszerzając angielski, dostała pracę w ubezpieczalni. Dziewucha pracuje w moim zawodzie, bez kwalifikacji, po liceum pcha się do rozliczeń.
Jestem zdenerwowana. Rozpiera mnie ze złości! To niesprawiedliwe!
Niedawno paniusia w SUV-ie wymusiła na mnie pierwszeństwo, gdy jechałem rowerem. Chwilę później podjechałem do niej (zatrzymała się 20 metrów dalej) i zapytałem, dlaczego wymusiła pierwszeństwo. Odpowiedziała, że przecież samochody mają zawsze pierwszeństwo przed rowerami. Nie jestem roszczeniowym rowerzystą, uważam, że rowerzystów tak samo obowiązują przepisy, jak każdego innego – także kierowców. Paniusia wyraźnie nie znała przepisów, a pewnie ma prawo jazdy – jak widać, posiadanie prawa jazdy nie oznacza, że ktoś zna przepisy (a nieposiadanie nie oznacza, że nie zna).
Innym razem na osiedlu domków jednorodzinnych w strefie zamieszkania dojeżdżam do skrzyżowania i z mojej prawej podjeżdża samochód. Więc czekam, aż przejedzie, ponieważ skrzyżowania w strefie zamieszkania są domyślnie równorzędne. Kierowca mi macha, że mam przejeżdżać. Pokazuję mu na moją prawą rękę, on niczego nie rozumie. Ale ja się nie ruszam, więc on skręca, zwalnia przy mnie i pyta, dlaczego nie przejechałem. Mówię, że przecież on ma pierwszeństwo. On twierdzi, że ja mam. Ja mu mówię, że przecież skrzyżowanie jest równorzędne, a ja mam go po prawej stronie. Koleś odpowiada: „I co z tego?”.
200 metrów dalej, na następnym skrzyżowaniu, kierowca ma mnie z prawej strony i wymusza pierwszeństwo. Na szczęście rygorystycznie stosuję zasadę (bardzo) ograniczonego zaufania.
Jak jadę samochodem, to są podobne cyrki na skrzyżowaniach równorzędnych. Ludzie nie wiedzą, jak na takich skrzyżowaniach się zachować.
Ogólnie rzecz biorąc, znajomość przepisów wśród kierowców jest bardzo słaba, gdyby oceniać to na podstawie tego, jak jeżdżą.
W moim pierwszym razie z facetem nie było nic z filmowego romantyzmu. Spotykałam się z tym chłopakiem krótko, ale tak zamieszał mi w głowie, że zupełnie straciłam nad sobą kontrolę. No i stało się. Po wszystkim, kiedy poszedł już do domu, dostałam od niego SMS-a: „Ziom, mówiłem, że to zrobię. Przeleciałem ją. Wisisz mi flaszkę!”.
Tak – ta wiadomość nie była adresowana do mnie. I tak – zostałam wyceniona na jakieś 30 zł…
Jestem dorosłą kobietą. Dbam o higienę, dwa razy dziennie biorę prysznic (gdy trzeba, to częściej), często myję ręce, ale jest jedna rzecz, do której się nikomu nie przyznam. Otóż... używam jednego ręcznika do całego ciała. Śmieszy mnie, gdy kobiety mają kilka ręczników do różnych części ciała, a mężczyźni uważają, by nie pomylić części do twarzy z częścią do tyłka. Przecież ręcznikiem wycieramy czysty tyłek (chyba że ktoś „zapomniał” go umyć) zaraz po kąpieli. Bez sensu.
Znalazłem się w specyficznej sytuacji. Moja rodzina blisko przyjaźni się z bardzo zamożną rodziną. Gdy miałem 16-17 lat, byłem „opiekunką” dla córki tej drugiej rodziny. Nic interesującego. Po ukończeniu 18 r.ż. wyprowadziłem się do dziadków do Polski. Oczywiście wracałem do rodziców w odwiedziny, jednak nigdy nie zdarzyło mi się spotkać z ich przyjaciółmi.
Jakiś czas przed Wielkanocą przeprowadziłem się z powrotem do kraju, w którym mieszkają rodzice. Będąc u nich w odwiedzinach, jednego dnia wyszliśmy na kolację wraz z ich przyjaciółmi i ich córką. Co tu dużo mówić – dziewczyna niesamowicie wyrosła. Jest już pełnoletnia i przyznam, że podoba mi się do tego stopnia, że od tamtego momentu nie jestem w stanie przestać o niej myśleć. Mimo braku wykazywania jakichkolwiek sygnałów z mojej strony, otrzymałem od niej znaki sugerujące, że myśli podobnie, jednak moja moralność jasno przestrzega mnie przed kontynuowaniem tej znajomości w jakikolwiek sposób. Jest między nami 6 lat różnicy, dodatkowo podczas naszych poprzednich kontaktów po prostu była dla mnie jak siostra. Nie wiem, co o tym myśleć. Nie powziąłem żadnych kroków.
Jestem dziewczyną i wstydzę się dwóch rzeczy.
Po pierwsze, bardzo pocą mi się stopy i to do tego stopnia, że buty i skarpetki po dwóch godzinach okropnie śmierdzą.
Po drugie, rosną mi na sutkach ciemne i grube włoski, mimo że jestem blondynką. Czuję się niekomfortowo do tego stopnia, że je wyrywam.
Bardzo mało jest informacji na ten temat w internecie, chyba wciąż to temat tabu. Dziewczyny, podzielcie się, czy też tak macie.
Kiedyś ktoś bliski (a takie raczej było moje wrażenie) powiedział do mnie przy naszych wspólnych znajomych, że „kijem przez szmatę by mnie nie dotknął”. Zabolało. Tak mocno, że po grubo ponad 10 latach nadal o tym pamiętam i przejmuję się jako osoba dorosła, a było to w wieku nastoletnim, gdzie niespecjalnie dbało się o swój wygląd, i nie chodzi tu o bycie totalnym brudasem. Pewnie ta osoba już dawno o tym zapomniała, a ja mam przez to ogromne kompleksy do dziś, które rekompensuję sobie kosmetykami, na które po prostu nie można było sobie wówczas pozwolić. Codziennie o siebie dbam, ale mimo to nadal mam w głowie te słowa. Mam problemy z samooceną. Ostatnio zdarzyło mi się wpaść w panikę i w płacz przez ubrania w szafie i wszystko wylądowało na podłodze. Tak.
Boję się iść z tym do psychologa.
Mam 45 lat, jestem żoną i matką, moje dzieci są już dorosłe, wyjechały na studia. A ja zaczęłam niszczyć własne małżeństwo – z premedytacją. Mam jednocześnie poczucie winy, ale i pewność, że dłużej nie dam rady funkcjonować tak, jak funkcjonowałam. Przez lata dałam się wpasować w rolę mojej matki, czego zawsze chciałam uniknąć. Przez lata mąż zrzucał na mnie coraz więcej obowiązków i odpowiedzialności. A ja najpierw walczyłam, potem odpuściłam, bo nie miałam już siły. Kiedy urodziły się dzieci, ja o nie sama dbałam, bo on nie wie jak. Próbowałam go uczyć, aż w końcu dałam spokój, bo mijały miesiące, a uczenie kosztuje więcej energii niż zrobienie. Tak samo jak ja o wszystkim miałam pamiętać i organizować, bo on zapomni. Ja płacę rachunki, dbam o finanse, o pełną lodówkę, o sprzątanie itd. I pojawił się mój bunt. Kazałam mu ustawiać sobie przypomnienia i budzik w telefonie, żebym nie musiała ja przypominać i budzić go rano.
Rozmawiałam z nim. Zaczęłam najpierw delegować więcej obowiązków. Potem uparcie ignorować pewne rzeczy, aż on zacznie narzekać, że niezrobione. A ja wtedy odpowiadałam, że np. nie widzę powodu, by zbierać jego brudną bieliznę po kątach. Były i są awantury, ale mam dość wysysania ze mnie życia, żeby on miał wszystko pod nos! Denerwuje mnie, że jak on wynosi śmieci, to ja mam mu przypomnieć i przygotować worki, a jak ja wynoszę, to mam zrobić to sobie sama. Jak go poproszę, to z marudzeniem przygotuje jeden worek i jest zdziwiony, jak pytam, czemu tylko jeden, bo on myślał, że ogarnę resztę sama. I mam dość, że nawet jak zauważył, że coś jest do zrobienia, to po prostu mi to oznajmia, że np. pranie jest do zrobienia. Albo jak już coś robi, to zostawia mi do dokończenia, bo on nie umie albo czegoś nie lubi. Na przykład wziął się za wycieranie kurzu w salonie. OK, ale wytrze z dwóch szafek i pyta, czy ja ogarnę resztę. Telewizora on nie, bo zapomniał, stołu nie, bo on nie lubi myć szkła, parapetu nie, bo tam stoją kwiatki (jego!), reszty szafek też nie, bo ja tam postawiłam ozdobę, a on nie będzie pod moimi szpargałami sprzątać.
To nie jest tak, że chcę, żeby się domyślał. To lata ignorowania moich próśb. Jeszcze mu trochę przypominam, że ma lekarza itd., ale robię to raz, może dwa, a potem jak zapomni, to jego odpowiedzialność.
Mąż jest obecnie bardzo nieszczęśliwy, mówi, że nie rozumie, po co zmieniam układ, który sprawdzał się przez lata. Chciałabym, żeby był szczęśliwy, ale ja też chcę. Mam dość, że ja swoje obowiązki kończyłam o 22, a on od 17 relaksuje się z pełnym żołądkiem. Córki cieszą się z tej zmiany. Mąż i teściowa są na razie mocno oburzeni. A ja mam wrażenie, że po raz pierwszy od 20 lat mam czas dla siebie. Zaczęłam ćwiczyć, chodzić na spacery, znalazłam hobby.
Jestem fotografem, wesela i inne imprezy to mój główny środek dochodu. Po którymś zleceniu, gdy zrzuciłam już zdjęcia na komputer, ale nie zdążyłam jeszcze zrobić kopii zapasowej na dodatkowym dysku przenośnym (zawsze tak robię, trzymam tam surowe zdjęcia, dopóki nie oddam już gotowych klientom), nagle z moim komputerem zaczęło dziać się coś dziwnego. Moja myszka przestała działać, ale wskaźnik sam poruszał się po ekranie, wszystkie nazwy zmieniły się na rosyjskie, aplikacje same się włączały i wyłączały, wyskoczyło też jakieś odliczanie. Pomyślałam, że jak nic, padłam ofiarą hakera. Spanikowałam, że stracę wszystkie zdjęcia z ostatniego wesela i dużo innych ważnych informacji oraz pracę, którą dotychczas wykonałam. Pomyślałam, że muszę się jakoś z tym hakerem skontaktować. Miałam nadzieję, że klawiatura działa (działała), skrótami klawiszowymi włączyłam notatnik i zaczęłam pisać po angielsku wiadomość. Napisałam, że nie mam na komputerze nic przydatnego, nie loguję się z niego do kont bankowych ani nic z tych rzeczy, które mogłyby mu się przydać, mam tu jedynie moją pracę, która jemu nic nie da, a mi i kilku osobom może zniszczyć życie. Napisałam, że błagam, by zostawił mnie w spokoju, bo jestem tylko zwykłym, nic nieznaczącym człowiekiem.
Podziałało, po kilku minutach wszystko wróciło do normy, komputer się odblokował i żadne dane nie zostały usunięte.
Dzięki ci, dobry hakerze, za okazaną mi litość!
Moja przyjaciółka, a później też współlokatorka, odebrała sobie życie. Byłam osobą, którą ją znalazła w wynajmowanym domu. Do dzisiaj pamiętam pozycję, w jakiej leżała w łóżku, wyraz twarzy i chłód, kiedy próbowałam ją obudzić.
Nikt nie wie jednak, że znalazłam ją dwa razy.
Za pierwszym razem około 13 weszłam na chwilę do jej pokoju, ale myślałam, że śpi, dlatego wyszłam.
Drugi raz chwilę po 18 weszłam do jej pokoju i widząc ją w tej samej pozycji, od razu wiedziałam, co się stało.
Mimo że minęło 11 lat, wciąż mam w głowie tę głupią myśl, że gdybym była chociaż odrobinę bardziej uważna za pierwszym razem, to być może dziewczyna byłaby z nami do dzisiaj.
Do dzisiaj, kiedy widzę kogokolwiek śpiącego na plecach z uchylonymi ustami, od razu lekko go szturcham, aby sprawdzić, czy na pewno żyje i w jakikolwiek sposób zareaguje.
Dodaj anonimowe wyznanie