Kiedy miałam około 11 lat, byłam dość mocno zauroczona biologicznym synem swojego ojczyma. Jest ode mnie o kilka lat starszy, wówczas wydawał mi się najprzystojniejszym chłopakiem na świecie i byłam przekonana, że on również mnie pokocha i będziemy mogli być razem. Kolegom z osiedla opowiadałam, że jesteśmy parą – rzucałam tajemnicze teksty w stylu: „O, w weekend mnie nie będzie, bo spędzam czas z chłopakiem”, mając na myśli spędzanie czasu właśnie z nim. Co ciekawe, w tamtym czasie uważałam te pragnienia za jak najbardziej zasadne i zupełnie normalne.
Do tej pory nikomu o tym nie opowiadałam, bo uczucia zginęły śmiercią naturalną, lecz wspomnienie o nich wywołuje u mnie pewien dyskomfort.
Moja mama jest młodą i atrakcyjną kobietą. Czasami przesadzała ze zdjęciami na Facebooku czy z ubiorem na wywiadówki, jednak wszystko to jeszcze mieściło się w jakiejś tam granicy. Ale w zeszłym tygodniu to już całkiem przegięła… Założyła sobie konto na Instagramie. A żeby zdobyć followersów, wstawiła swoje zdjęcie w bieliźnie… i dodatkowo udostępniła je na grupie na fejsie. Wszyscy moi znajomi o tym mówią, jestem załamana.
Jestem kobietą po przejściach. Byłam w związku z psychopatą, który znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie. W momencie, kiedy od niego uciekłam, nasza córka miała rok. Nie szukałam miłości. Pogodziłam się z myślą, że jako samotna matka nie spotkam w swoim życiu kogoś, kto byłby w stanie pokochać mnie i moje dziecko. Skupiłam się na studiach i na próbie odbudowania poczucia własnej wartości. Najważniejsza była dla mnie córka.
Po pewnym czasie od ucieczki poznałam Damiana. Studiowaliśmy na tej samej uczelni. Damian był miły, sympatyczny i całkiem ogarnięty jak na swój wiek (był ode mnie 3 lata młodszy). Jako że jestem człowiekiem i miewam swoje potrzeby, zaproponowałam Damianowi związek bez zobowiązań, na co się zgodził bez zastanowienia, ponieważ sam był stanu wolnego i swoje potrzeby też miał. I tak w weekendy zjazdowe spotykaliśmy się w hotelowym pokoju. Nikomu nie działa się żadna krzywda, nie mieszałam dziecka (Damian o nim wiedział) w nasze relacje. Z czasem się zaprzyjaźniliśmy i jakoś tak naturalnie zaczęliśmy tworzyć parę.
Kiedy poznałam jego rodzinę, poczułam się, jakbym była w jakiejś bajce. Idealny dom z idealnie dobranymi dodatkami, idealna matka dbająca o swoje dzieci, idealny ojciec pracujący na wysokim stanowisku. Wszystko było u nich idealne. Podświadomie czułam, że nie pasuję do tego obrazka z moim bagażem doświadczeń, ale Damian przekonywał mnie, że ja też jestem idealna, tylko muszę poprawić w sobie parę drobiazgów. Przefarbowałam moje naturalne blond włosy na prawie czarne (takie miała jego matka), ciężko pracowałam nad swoim charakterem. Idealny Damian próbował zaakceptować moją córkę, widziałam, że się stara. Kiedy przyjeżdżał do mojego rodzinnego domu, zwracał uwagę na nieidealnie pomalowane ściany, nieidealnie położone kafelki w łazience, nieidealnie starte z kurzu meble – takie pierdoły, które nie sprawiały, że moja rodzina była gorsza, ale tak ją zaczynałam dzięki niemu postrzegać.
Nasz związek trwał przez 2 lata. W międzyczasie znalazłam fajną pracę, dzięki której poznałam Arka. Arek był tak samo nieidealny jak ja. Czułam się przy nim swobodnie. Zakochałam się w nim, jednak nic z tym uczuciem nie robiłam. Byłam przecież w „dobrze prosperującym” związku i nie chciałam go niszczyć. Aż przyszedł taki moment, że wszystko się posypało. Damian przyznał mi się, że od początku naszego związku mnie zdradzał. Byłam zaskoczona (przecież był idealny), ale nie poczułam nic, kiedy mi o tym powiedział. Zdałam sobie sprawę z tego, że nigdy go nie kochałam, skoro nawet nie byłam zazdrosna. Odeszłam od niego.
Jak się zapewne domyślacie, związałam się z Arkiem, który mimo iż nie jest idealny, zaakceptował mnie taką, jaka jestem, pokochał moją córkę i nigdy nie wymagał ode mnie, żebym się dla niego zmieniała. I wiecie co? Nie żałuję.
Zobaczyłem ostatnio znajomego na mieście, ale on mnie nie zauważył, więc zamiast krzyczeć, zadzwoniłem do niego. No i zobaczyłem, jak wyjmuje dzwoniący telefon, patrzy na wyświetlacz, wycisza dzwonek, chowa telefon do kieszeni i odchodzi...
Mam 17 lat i wyglądam dość młodo. Opiekuję się roczną córeczką mojej sąsiadki, ale również przyjaciółki. Często wychodzę z wózkiem i maleńką, aby Ania miała chwilę dla siebie. Obydwie nie widzimy nic w tym złego.
Najbardziej boli mnie to, co słyszę od starszyzny okupującej ławki. „Młoda, na 800+ się rzuciła, ale patologia”. „Biedne to dziecko, nawet pewnie ojca nie zna”.
Tak się składa, że mąż Ani zginął w wypadku, zanim maleńka się urodziła. Pomagam Ani jak tylko mogę, bo widzę, jak jej ciężko. Szkoda, że mamy tak mało tolerancyjne społeczeństwo...
Jest nas czworo. Ja, mama, tata i brat. Mieszkamy wszyscy razem w ciasnym, dwupokojowym mieszkaniu. Rodzice zajmują duży pokój, my – mniejszy. Dopóki byliśmy mali, to jakoś nam nie przeszkadzało wspólne bycie. Było dużo śmiechu i wygłupów, choć czasem także kłótnie, a nawet bicie z bratem. Teraz jednak dorastamy. U mnie pojawiły się kobiece kształty i widzę, jakim wzrokiem brat zaczyna zerkać, gdy przechodzę. On też dojrzewa. Nie wiem, czy robi to specjalnie, czy nie zdaje sobie z tego sprawy, ale gdy rano wstaje z łóżka i się ostentacyjnie przeciąga w samej bieliźnie, to po prostu ma naprężone majtki. Zażenowana odwracam wzrok w takich chwilach, ale on swojego nigdy nie odwraca, gdy to ja jestem w bieliźnie. Mało tego, zaczynają się głupie komentarze w stylu „Ale ci się sutki odznaczają”. Noż kuźwa, przecież nie będę spać w staniku czy kurtce.
Krępuje mnie to wszystko i próbowałam mówić mamie o problemie, ale ta rozkłada bezradnie ręce, że mieszkanie mamy jakie mamy i innego, póki co, mieć nie będziemy. Raz tylko tata porozmawiał z bratem, ale w sumie niewiele to pomogło, bo zaraz potem sytuacja i tak wróciła do „normy”.
Mimo wszystko nie to jest głównym problemem, dla którego zdecydowałam się napisać wyznanie. Otóż we mnie budzi się bardzo silny instynkt seksualny. Czasami mam pokusy, że kiedy brat proponuje mi tzw. „pokazywanie”, to mam ochotę się zgodzić. W takich momentach jego stojący patyczek już by mnie nie zniesmaczał. Ja sama też pewnie opuściłabym przed nim swoje majtki i zadarła koszulę wysoko pod brodę.
Do tej pory nic się złego jeszcze nie stało, ale przerażają mnie moje myśli. On oczywiście nic nie wie o moich pokusach, bo gdyby wiedział, to pewnie bardziej by nalegał. A ja być może bym się zgodziła. Mam wrażenie, jakby moje własne ciało działało przeciwko mnie. Wiem, brzmi głupio, ale tak jest. Rozumowo wiem, co jest właściwe, ale gdy nachodzi mnie przysłowiowa chcica, a nachodzi coraz częściej, to rozum nagle przestaje mieć znaczenie. Chciałabym gdzieś zwrócić się o pomoc, o poradę, ale nie mam do kogo. Wstydzę się mówić własnej mamie o takich rzeczach. Koleżance też bym się krępowała zwierzyć. Jeszcze gdyby sytuacja dotyczyła obcego chłopaka, no to wtedy może... Ale własnego brata? Nie. Nigdy. Nie ma szans, bym twarzą w twarz przyznała się przed kimkolwiek do takich pokus.
No chyba że tu, anonimowo, gdzie nikt mnie nie zna i nikt nie wie, kim jestem.
Aha, gdyby komuś do głowy przyszło, że to prowo jakiegoś zboka i że jest zbyt dobrze napisane jak na zaczynającą dojrzewać nastolatkę, to pragnę oświadczyć, że zawsze byłam dobra z polskiego. Bardzo dobra. Moje wypracowania są chwalone. Zresztą, fascynuje mnie pisanie i chciałabym kiedyś zostać sławną pisarką. Więc nie, to nie jest prowo zboka. Takie rzeczy się dzieją między rodzeństwem, tylko jest to uznane za temat tabu.
O ginekologach słów kilka.
1. Pierwsza wizyta (prywatna), zakończona przepisaniem tabletek antykoncepcyjnych. Pani podała mi swój numer i powiedziała, że w razie pytań i wątpliwości mam do niej dzwonić. Po 2 pierwszych tabletkach wystąpiło plamienie, więc zadzwoniłam i się zapytałam, czy to normalne. Pani się oburzyła, że czemu do niej dzwonię, zamiast przyjść na wizytę. Na pytanie nie odpowiedziała, tylko się rozłączyła.
2. Cytologia – dość nieprzyjemne i bolesne badanie. Pani (2) chyba źle to zrobiła, bo później plamiłam przez kilka dni, a gdy przyszedł wynik, to oczywiście do powtórzenia, z powodu zbyt dużej ilości krwi w próbce.
3. Badanie USG. Pani (3) poinformowała mnie, że moja szyjka macicy wygląda jak kalafior. Trochę mnie to przestraszyło, więc dopytywałam się o szczegóły. Na moje pytania pani odpowiadała: „Nie wiem, nie jestem w stanie teraz powiedzieć, co to jest” i wypisała skierowanie na oddział ginekologii onkologicznej.
4. Kolposkopia. Pani (4) zapomniała powiedzieć, że zamierza mi spryskać szyjkę macicy jakimś kwasem. Nie pobrała mi też materiału do biopsji, ponieważ stwierdziła, że jest to ryzykowne, gdyż jej wcześniejsza pacjentka tak krwawiła, że musiała jechać do szpitala i że powinnam iść do kogoś innego, po czym mi wpisała w kartę, że nie zgodziłam się na pobranie materiału do biopsji (ciekawe, kto by się zgodził po takich słowach).
Po tym wszystkim mam wielki uraz do ginekologów. Ze stresu przed badaniem mimowolnie spinam się na fotelu, przez co nawet zwykłe badanie jest bolesne, bo się po prostu zaciskam. Jest mi wstyd, bo zamiast normalnie się zachowywać, to panikuję (jeszcze bardziej się spinam i kurczowo ściskam fotel).
PS Odnośnie do punktu 3, po kolposkopii okazało się, że to nic groźnego, tylko nadżerka, nie przepisano mi leków, kazano czekać, aż się cofnie. Wiem, że muszę iść to skontrolować (dodatkowo kończą mi się tabletki), ale boję się ponownej cytologii i kolposkopii.
To działo się na początku kwarantanny. Wiadomo – każdy dopiero zapoznawał się z obecną sytuacją i niektórzy (w tym ja) uczyli się dopiero poprawnie korzystać z aplikacji typu Skype czy Zoom. Szczególnie z tej drugiej aplikacji, bo nigdy wcześniej o niej nie słyszałam.
Podczas rozmowy przez aplikację Zoom zaczął szwankować mi internet. I w tym momencie szukałam opcji wyłączenie kamerki. Ale że za pierwszym razem nie zadziałało, to postanowiłam klikać, ile się da, aż się wyłączy. Udało mi się (tak myślałam), więc jako że zaczęła się lekcja polskiego (z którego byłam bardzo dobra, więc stwierdziłam, że nie będę uczestniczyć w lekcji), postanowiłam ogarnąć się – umyć twarz, przebrać się itp. Maluję się, zdejmuję koszulkę i ubieram się w coś na wyjście. Jednak widzę, że dostałam okresu. Całe majtki zaplamione, więc je ściągam i idę w samej koszulce do łazienki. W tym czasie słyszę śmiechy, ale myślę, że pewnie ktoś coś głupiego powiedział.
Wracam z łazienki i widzę swoje odbicie na ekranie... Jak się później okazało, kamerka cały czas była włączona.
Mieszkam na małym, „rodzinnym” osiedlu w środku miasta. Większość sąsiadów to starsi ludzie, druga część to młode małżeństwa. Jak to wspólnota, staruszki dbają o trawnik, krzaczki, kwiatki, ławeczki itd. Wszędzie porozstawiane są tabliczki z czarnym rysunkiem psa przekreślonym czerwoną, grubą krechą. Bo niby trawa żółknie od psich szczoszków.
Wiadomo, jak młode małżeństwa, to pojawiło się mnóstwo dzieci w przekroju 2-5 lat. I wszystkie, ale to wszystkie boją się psów. A są tylko trzy w jednej klatce. Moja suczka jest młoda, bardzo grzeczna, przyjazna i potulna. Taka pieszczocha kanapowa. Jest jeszcze łagodny staruszek terrier i buldog francuski. Oba również ułożone i kochane.
Mój pies jest młody. Ma 10 miesięcy. I jak te dzieci podbiegają w dzikiej kakofonii, machając łapami, to pies się boi. Czasem szczeknie ze strachu. Ona się tych dzieciaków bardziej boi niż same te dzieci jej. Wszystkie drą japę i panikują, a rodzice? „Zabierz psa, zabierz psa”. O ile starsi sąsiedzi bardzo lubią nasze psy, a zwłaszcza moją suczkę, tak rodzice są przeokropni. Ja widzę, że te dzieci chcą się pobawić czy pogłaskać, ale jak są szczute znakami i totalnie nieuczone jak obchodzić się ze zwierzęciem, to nie dziwię się, że uciekają z piskiem i płaczą.
Nie wymyślam, to jest paniczny ryk i ucieczka.
Ja się pytam, od kiedy i od czego ci ludzie tak podurnieli? Od pieniędzy? Do żadnej tragedii nie dojdzie, chyba że ze strony tego szczutego dziecka. A potem słyszy się, że młodzi ludzie skrzywdzili jakiegoś zwierzaka, bo nie wiedzą, jak o niego dbać.
Jestem w długim związku, prawie 6 lat. Jesteśmy z chłopakiem szczęśliwi. Czasem zdarzają się kłótnie, ale to chyba normalne. Wszystko wydawałoby się git. Ale jest też mój hmm... kolega? Znamy się od piaskownicy. Nie utrzymujemy zbytnio kontaktu. Dlaczego? Nie wiem, chyba boimy się zmarnować nasze wygodne życie. Kiedyś próbowaliśmy nawet razem być, ale nie pykło i nasze drogi się rozeszły, ja w swoją, on w swoją. Poznałam obecnego chłopaka, on obecną dziewczynę. Wszystko niby super, ale nie do końca. Za każdym razem, kiedy do mnie napisze, mam mętlik w głowie, mam ochotę zatrzymać czas w moim dotychczasowym życiu i na chwilę przenieść się do innego wymiaru, gdzie możemy być blisko siebie tylko sami. Siedzę jak ta głupia i czekam na wiadomość, a gdy ją dostanę, twarz mi się śmieje. Doskonale wiem, że on ma to samo. Za każdym razem mówi, że nie zna drugiej takiej, z którą by się tak dogadywał. Że wyobraża sobie, co by ze mną robił. Że nadal o nas myśli, dlaczego nie wyszło. Kiedyś, gdy dłuższy czas mieliśmy kontakt (rozmawiamy tylko przez telefon, raczej sam na sam się nie widujemy, bo wiemy oboje, że skończyłoby się w łóżku), wyznał, że dla mnie może rzucić dziewczynę, skończyło się na zakończeniu kontaktu na dłuuugi czas.
Dlaczego nie jesteśmy razem? Bo wiemy oboje, że nasz związek by nie wypalił, ot, takie przeczucie. Oboje mamy wygodne, ułożone życie. Wbrew wszystkiemu kocham swojego chłopaka, on jest szczęśliwy ze swoją dziewczyną, ale gdy znów mamy kontakt, życie i myśli nagle do góry nogami. Nigdy nie zdradziłam swojego chłopaka, on też nie zdradza dziewczyny. Ale wiemy, że sam na sam rzucilibyśmy naszą moralność i zdrowy rozsadek w kąt. Czasem nawet zastanawiam się, czy nie spróbować i nie zrobić z tego słodkiej tajemnicy, ale wtedy wraca rozsądek i odzywa się miłość do obecnego chłopaka. Czasem nie wiem, czy po prostu mamy ochotę się przespać, czy jednak coś innego nas ciągnie do siebie.
Morału nie ma, zakończenia też, historia ciągle zatacza koło.
Dodaj anonimowe wyznanie