#eMWe2

Mój kuzyn to istny geniusz. Gdy miał trzy lata, interesował się Układem Słonecznym. Znał wszystkie planety, planety karłowate i mnóstwoooo gwiazd i ciekawostek.
Teraz ma siedem lat, a zna WSZYSTKIE flagi na świecie i na podstawie flagi potrafi określić, które to państwo i gdzie leży. Zna stolice, kultury i wiele ciekawostek dotyczących geografii. Zna stany w Ameryce i prezydentów, aktorów, naukowców i bóg wie kogo jeszcze.
Ostatnio zaczął interesować się chemią. Zna pierwiastki, ich symbole i liczby atomowe. Wiązania i tego typu rzeczy.
Do tego śpiewa, rysuje, świetnie gra w gry planszowe i w te komputerowe, pięknie pisze i tańczy. Jest szczupły i bardzo ładny.
Nie wiem, czego chcieć więcej. Wszyscy w klasie go lubią i został przewodniczącym. Uczestniczy w konkursach i innych tego typu sprawach, oceny ma oczywiście świetne.
Tymczasem ja mam 15 lat i nie znam pierwiastków z układu okresowego, a w szkole nikt mnie nie lubi...

#FRRmr

Od pewnego czasu umawiam się z chłopakiem. Jest to dla mnie nowa sytuacja (nigdy wcześniej nie miałam chłopaka, a zawsze chciałam mieć), ale jestem szczęśliwa. Wiadomo, nie jest tak, że jest cukierkowo 100% czasu, ale bardzo mnie cieszy, że wszelkie nieporozumienia wyjaśniamy sobie i dopiero potem idziemy dalej, co dużo dla mnie znaczy, bo nigdy jakoś nie miałam szczęścia do chłopaków i nawet moi znajomi płci przeciwnej nie byli aż tak otwarci i wyrozumiali w sprawach moich problemów.

Mam jednak wrażenie, że mojej rodzinie trochę to przeszkadza. Nie jestem już dostępna non stop, nie można mieć mnie na wyłączność. Pewne rytuały, które mieliśmy, zaczęły się rozjeżdżać, bo widuję się z chłopakiem i to jemu poświęcam czas kosztem niektórych rodzinnych zwyczajów. Nie zawsze teraz wyjdę na spacer, bo nie zawsze mogę. Oczywiście staram się godzić i rodzinę, i chłopaka, jeśli mam konkretne plany z rodziną, to informuję go o tym i vice versa. Nie robię nic złego, nic nie ukrywam i nie oszukuję. A mimo to mam przeczucie, że głównie mama stała się trochę zazdrosna o mojego chłopaka. Spóźnię się 5 minut na umówioną godzinę spaceru, bo chcę się pożegnać z chłopakiem przed dłuższym wyjazdem – mama już dostaje piany. Mówię jej, że nie wiem, czy z nią wyjdę, pewnie nie, bo czekam na wiadomość od chłopaka, gdy wyjdzie z kina i mi dokładniej powie godzinę, o której się zobaczymy (tak się umówiliśmy) – mama mówi, że traktuję ją jak wyłączną strefę czasową i nie mogę jej mieć wtedy, kiedy mi wygodnie. 
To przykre, bo mam wrażenie, że moja mama nie widzi tego, że naprawdę zależy mi i na niej, i na nim, i staram się godzić te dwa ważne rozdziały mojego życia ze sobą. A moja mama po prostu robi smutną minę, rzuca ciche: „Aha, no tak” i ja czuję się okropnie, bo myślę, że robię jej krzywdę, choć wcale tak nie jest. Zaznaczę, że na spacery z nią chodzę niemal codziennie, a jeśli nie pójdziemy, bo ona jedzie do znajomych, to nie ma problemu. Tak jakbym ja miała być dostępna zawsze, a mama, kiedy jej pasuje.

#BCZWS

Jesteśmy rok po ślubie, w trakcie remontu większego mieszkania. Z dnia na dzień jest coraz gorzej – wyzwiska, umniejszanie. Pchałam go do przodu, uświadamiałam, że stać go na więcej, wspierałam. A on na każdym kroku pokazuje, że jestem dla niego nikim. Pracuję, zarabiam nienajgorzej, wszystkie obowiązki domowe są na mnie, planowanie na mojej głowie, pamiętanie o urodzinach, prezentach, rodzinnych wydarzeniach. Finanse mamy rozdzielne – żebym przypadkiem go nie okradała (przez większość naszego 8-letniego związku zarabiałam więcej niż on, nieraz dopłacając samodzielnie koszty, żeby budżet się spiął). Jesteśmy razem od 8 lat. Jak chyba każdy, kilka razy miałam wątpliwości, prawie odeszłam. Ale nie potrafiłam. I chociaż sprawia, że czuję się nikim... nadal nie potrafię odejść. Ostatnio mama mnie zapytała: „Czy on ci czasem mówi coś miłego?”. Mówi. Że mam fajne, duże cycki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio usłyszałam cokolwiek miłego. Zwykłego „dziękuję”. Jakiegoś komplementu. Głupiego „miło, że jesteś”.
W głębi serca go nienawidzę. I nie potrafię odejść.

#U3Ukx

Najszczęśliwszy byłem, gdy byłem sam – mimo że zawsze moim największym marzeniem było być w związku i mieć kobietę. Jednak najbardziej szczęśliwy czułem się pomiędzy moimi związkami. A także w pewnym momencie jednego związku, tuż po tym, jak partnerka mnie zdradziła, ja jej wybaczyłem i jakby zaczęliśmy wszystko od nowa. I chyba zaczynam rozumieć, o co chodzi. 
Gdy jestem sam, to nie muszę udawać, mogę być całkowicie sobą. Jest mi wtedy wszystko jedno, co się stanie. Gdy mam partnerkę i jestem w związku, to cały czas boję się, co ona o mnie pomyśli, gdy coś robię. Jestem ogólnie zestresowany i wpływa to na moje decyzje, a ostatecznie na samopoczucie.

Myśl o tym, że miałbym się przy niej przyznać do słabości, tworzy we mnie obawę, że pomyśli, że jestem gorszym mężczyzną i mnie kiedyś zostawi. Nie mogę się przez to cieszyć życiem. Tak samo gorzej to wpływa na nasz związek – bo nie jestem już tym super wyluzowanym gościem, co na początku związku.

Chciałbym być w pełni sobą, ale to nie jest proste.

#0T0EX

Zawsze byłem najmłodszy z rodzeństwa, znajomych, oni już mają wszyscy pozakładane rodziny.
Od 8 lat pracuję za granicą, nie na stałe, ale tak 10 miesięcy w roku. Pozostałe dwa jestem u rodziców. Bywało tak, że w ciągu roku byłem tylko tydzień w domu rodzinnym – nie ma co tam robić, to mała wioska, część znajomych się wyprowadziła, część ma swoje życie.
Ale odkąd rodzice mają pieska, aż tęsknię za domem, a raczej za nim.
Dziwnie to zabrzmi, ale nie tęsknię za rodzeństwem, rodzicami, tylko za tym pieskiem – jak mnie zawsze wita, jak się cieszy na mój widok, jak pcha się spać do łóżka.
Dla mnie jest tak samo ważny jak człowiek, w niektórych przypadkach nawet bardziej.

#2xs4p

Parę miesięcy temu dowiedziałam się, że mój narzeczony od dłuższego czasu mnie zdradzał. Byliśmy razem przez osiem lat, był moim drugim partnerem. Ogólnie przeczuwałam, że coś jest nie tak, ale nie o tym. Musiałam wyprowadzić się z jego kawalerki, w wieku 37 lat nagle znalazłam się na lodzie. Ponieważ zbiegło się to w czasie z utratą pracy, desperacko szukałam czegokolwiek.

Na pewnym portalu zobaczyłam, że ktoś szuka pokojówki. Kiedyś tak pracowałam, więc pomyślałam, że warto spróbować. Na spotkaniu w kawiarni dowiedziałam się, że praca polega na zajmowaniu się prywatnym domem (łącznie z gotowaniem) i wiąże się z darmowym noclegiem. Mężczyzna 10 lat starszy ode mnie dokładnie opisał moje obowiązki, a ponieważ nie miałam innego wyboru, zgodziłam się.

Od początku ustaliliśmy dokładny harmonogram. On wychodzi do pracy na 8 godzin, ja przez ten czas sprzątam (każdego dnia inną część domu), przygotowuję jedzenie, piorę, prasuję itp. Resztę dnia mogę wykorzystać, jak chcę, zaprosić kogoś albo wyjść na miasto, pod warunkiem że nie będę wchodzić do jego części. Niestety z dawnymi znajomymi mam tylko sporadyczne kontakty. Ten dom jest bardzo duży, mam swój pokój z oddzielną łazienką, większy niż kawalerka mojego eks. Co ważne, podpisałam normalną umowę o pracę, nie muszę robić niczego poza wyszczególnionymi obowiązkami, finansowo też wychodzi dużo lepiej niż u poprzedniego szefa.

Początkowo wieczorami siedziałam sama, później stopniowo zaczęliśmy jeść posiłki razem. Trochę rozmawiamy. Mój pracodawca jest wykładowcą akademickim w dziedzinie, którą kiedyś studiowałam. Zawsze ubiera się elegancko, nie widać po nim metryki, trochę taki polski styl old money (rodzice w PZPR). Z tego, co zauważyłam, ma naprawdę rozległą wiedzę w wielu tematach, ale kompletnie nie radzi sobie w codziennych obowiązkach typu wyprasowanie koszuli czy ugotowanie zupy. Z kontekstu wywnioskowałam, że zatrudnił mnie niedługo po śmierci matki. Mamy też podobne charaktery: oboje ostrożnie dobieramy znajomych i potrzebujemy czasu, żeby otworzyć się przed drugim człowiekiem. Po naszym pierwszym spotkaniu miałam wrażenie, że jest bardzo oschły, ale w rzeczywistości dużo zyskuje przy bliższym poznaniu. No właśnie... Mam wrażenie, że zaczynam się w nim zakochiwać. Chociaż może bardziej chodzi o poczucie bezpieczeństwa, które mi daje. Jeszcze nigdy żaden facet nie traktował mnie z takim szacunkiem, czuję, że pasujemy do siebie przynajmniej intelektualnie. On chyba boi się zaangażować. Parę razy chciałam, żeby mnie chociaż objął, ale nic z tego nie wyszło, nawet w rozmowie jesteśmy wciąż na pan/pani. Boję się, że stracę szansę na szczęśliwy związek.

#zNFiZ

Wykonuję zawód, który wymaga ode mnie wizyt na Poczcie Polskiej co najmniej kilka(naście) razy w miesiącu i to nie dlatego, że uwielbiam tam przebywać, tylko dlatego, że najczęściej składam pisma terminowe do sądów (apelacje, zażalenia, skargi etc.). Jestem adwokatem, mówiąc krótko.

I nie wiem, po prostu nie rozumiem, więc piszę tutaj, aby ktoś mi to wytłumaczył: co można robić w okienku powyżej 5 minut? Serio, co zajmuje ludziom tyle czasu? Bo ja mam przygotowane pisma z potwierdzeniami nadania, oddaję, czekam maks. 4 minuty, aż pracownik to nada, płacę, wychodzę. 5 minut trwa wszystko.

Jak to jest możliwe, że starzy ludzie piersi siedzą w kolejce do lekarza o 8 rano i pierwsi idą na pocztę po godzinie 17 (kiedy ludzie kończą pracę), żeby nadać ARCYWAŻNY przekaz pocztowy dla cioci w Ameryce?

Ja wiem, zaraz będzie hejt w komentarzach, że się wywyższam etc., ale nie byłoby nam wszystkim łatwiej, gdybyśmy po prostu wdrożyli jakieś zdrowe zasady społeczne? Tak, kończę pracę po 17, chcę szybko ogarnąć pocztę i jechać do dzieci do domu. Starsi ludzie nie mają takich potrzeb, mogą spokojnie nadać swoje „ważne” przekazy pocztowe (które dopiero zresztą wypisują w okienku, nie przychodzą już z gotowym) po godzinie 12, zaraz jak tylko skończą „arcyistotne” spotkanie u lekarza.

Tak, frustruje mnie to strasznie, bo to ja jestem jednym z tych, który zapieprza na ten system – system, który codziennie mi dowala, zamiast pomagać. Więc może, zamiast dowalać jeszcze sobie nawzajem, to przynajmniej sobie pomożemy?

I żeby była jasność: tak, terminowe złożenie apelacji jest ważniejsze niż przekaz pocztowy starszej pani. Dojdziecie do tego samego przekonania, kiedy zostaniecie niesłusznie kiedyś oskarżeni i będziecie mieć sprawę w sądzie karnym (czego Wam nie życzę).

Pozdrawiam, P.

#ctr8h

Nie mam z kim pogadać, a muszę to z siebie wywalić, bo zgłupieję.

Jesteśmy z mężem 5 lat po ślubie i staramy się o dziecko, niestety bezskutecznie. Po ogromie badań, zabiegów i kilogramach leków okazało się, że problem leży w mężu. Lekarze nas kwalifikują tylko do in vitro, na które nas po prostu nie stać.
I wszystko było jeszcze w miarę dobrze, dopóki moja bratowa nie zaszła w ciążę.

Czuję się od niej gorsza. Za każdym razem, gdy ich odwiedzamy, słyszę uszczypliwości. Ostatnio przez godzinę słuchałam, jaka to moja teściowa nie jest szczęśliwa, że w końcu będzie babcią, bo na nas nie ma co liczyć. I to nie jest zwykłe opowiadanie, tylko teksty typu: „Olusia pojechała na badania, bo ją nerki bolą, ale co ty o tym możesz wiedzieć”, „Olusia ma mdłości, twoja jelitówka to nic w porównaniu z ciążą, w której ty nie jesteś”. Bratowa ogólnie zrobiła ze swojej ciąży ciężką chorobę. Będąc w trzecim tygodniu, zwolniła się z pracy, bo się bardzo przemęczała (pracowała jako sekretarka). Teraz jest w 10 tygodniu, a zachowuje się, jakby jutro miała rodzić. Na każdym kroku mi przypomina, że jestem wybrakowana, bo nie zajdę w ciążę naturalnie, a nie pomyśli o tym, że problem jest w jej bracie. Mąż to wypiera i nie rozumie, dlaczego nie chcę tam jeździć, a mnie to po prostu boli.

Ostatnio teściowa powiedziała po rodzinie, że dobrze, że ma Olusię, bo by się wnuków nie doczekała, bo ja nie mogę zajść. Śmieje się do swoich koleżanek, mówiąc, że jestem wybrakowana. Wiem to, bo pracuje z nią koleżanka mojej mamy, która ją nagrała i słyszałyśmy, co mówiła. 

Zawsze marzyłam o dużej rodzinie, a tu rozczarowanie. Adopcja też nie wchodzi w grę. Zostaliśmy odrzuceni z powodu błędów młodości mojego ślubnego (komornik oraz wyrok w zawieszeniu). A żeby było śmieszniej, to teście są bardzo wierzący i metodę in vitro czy in vivo traktują jako grzech. Powiedzieli nawet, że jeśli uda nam się uskładać pieniędzy na in vitro, to będą się modlić o niepowodzenie, by owoc grzechu nie przyszedł na świat w ich rodzinie.
Dodaj anonimowe wyznanie