Kiedyś w trakcie sprawdzianu z historii miałam megaorgazm, bo tak mocno ścisnęłam uda, żeby się nie zesrać. Przycisnęło, a wyjść z sali się nie dało, bo test.
Przynajmniej się nie zesrałam.
Wszystkim znajomym powiedziałem, że wyjeżdżam na pół roku do pracy za granicę, a tak naprawdę jutro idę do więzienia.
Wczoraj podczas rozmowy telefonicznej z przyszłą teściową usłyszałam: „Kocham cię, kocham was, będzie dobrze, dacie radę”, po czym zapadła cisza.
Było to podnoszące na duchu, ale i też było to jak cios w policzek. Moja własna mama nigdy mi tego nie powiedziała.
Spowiedź dla mnie zawsze była stresująca. Jako dziecko idące do Komunii, musiałam wyznać, co się nabroiło. Pierwsza spowiedź – wyrozumiały ksiądz mówił formułkę swoją i moją, ponieważ najzwyczajniej w świecie jej zapomniałam. Niestety, przy drugim podejściu ksiądz był inny. Po moim wyznaniu „kłócę się z mamą i biję z bratem” rozpoczął się monolog:
- Nie szanujesz ich? A chciałabyś, żeby umarli?
- Na pewno bawisz się lalkami, nigdy nie dorośniesz.
Co powinna odpowiedzieć na to 10-latka?...
W liceum byłem bity przez innych.
Muszę zacząć od tego, że byłem dość nieśmiałym dzieciakiem i każdą znajomość wolałem zaczynać powoli i zawsze wolałem, żeby ktoś najpierw mnie polubił, zanim pozna mnie w pełni. Niestety przez sadystów z mojego liceum zostało to chyba „źle” odebrane. Pamiętam, jak pierwszy raz dopadli mnie po szkole, zaciągnęli w ustronne miejsce. Powiedzieli mi, że pierwszakom trzeba zrobić chrzest bojowy. Tego dnia było stosunkowo niewinnie – ot, zwykłe robienie pokrzywki na rękach. Tydzień później znowu mnie dopadli, bo stwierdzili, że chyba nie zostałem dostatecznie ochrzczony i znowu zaczęli robić pokrzywki na rękach, ale niestety nie skończyło się na tym. W pewnym momencie zdjęli mi bluzę i zaczęli wykręcać sutki. Wytrzymałem to, wmawiając sobie, że to tylko taki chrzest, głupia tradycja. Po tym wydarzeniu miałem na jakiś czas spokój. Do momentu aż na szkolnym korytarzu nie natknąłem się na jednego ze swoich oprawców, który rzucił jakiś komentarz w moją stronę, żeby się przed laskami popisać. Nic nie odpowiedziałem, po prostu poszedłem w swoją stronę. On poszedł za mną i krzyknął: „Odpowiadaj, jak do ciebie mówię”, a ja nic, po prostu sobie poszedłem. Na następnej przerwie on i jego kumple dopadli mnie, gdy byłem w łazience. Znowu pokrzywki na rękach, lecz tym razem do krwi, wykręcanie sutków. Tego nie wytrzymałem i wyrwałem się im, uderzając jednego z nich. Nie darowali mi tego. Znowu dopadli mnie po lekcjach, śmiali się ze mnie, pluli na mnie, a na koniec boleśnie pobili. Tego dnia wróciłem do domu z płaczem. Powiedziałem o wszystkim rodzicom, a oni momentalnie zawiadomili dyrekcję szkoły. Oczywiście podałem nazwiska swoich sadystów. Następnego dnia dyrektor wezwał mnie do siebie i zapytał, czy mam dowód na to, że te osoby mnie skrzywdziły. Powiedziałem, że nie mam, ale zasugerowałem, że może na monitoringu widać, jak mnie chociaż zaczepiają. Dyrektor zezłościł się na moją sugestię i powiedział, że następnym razem mam się nie wdawać w bójki i nie kłamać, po czym kazał mi wyjść i dodatkowo ochrzanił za bezpodstawne oskarżanie kolegów o pobicie.
Co się okazało? Że rodzice jednego z tych chłopaków byli głównymi fundatorami szkoły, tak więc on i jego przydupasy byli praktycznie bezkarni.
Tłukli mnie dalej. Nie zmieniłem szkoły – bałem się, że gdzie indziej będzie tylko gorzej.
Od tamtej pory minęło 7 lat, a ja wciąż mam traumę i boję się nawiązywać nowe znajomości. Ciągle boję się, że ktoś uderzy mnie tylko za to, że odezwę się niepytany lub za to, że po prostu żyję.
Jestem fetyszystą stóp. Szokujące? Pewnie nie.
Dawno temu, na nieistniejącym już forum dla stopomaniaków, wyhaczyłem pewną panią, która nie miała nic przeciwko typowym dla tego fetyszu zabawom. Do tego – o szczęście niepojęte – mieszkała w moim mieście, a nawet niedaleko mojej dzielnicy. Po wymianie paru uprzejmości postanowiliśmy się spotkać na tzw. kawę. Niestety, okazało się, że pani jest niska (wolę wysokie) i średniej urody, co jeszcze mógłbym przeboleć. Ale braku inteligencji już nie (niby człowiek wiedział ze sposobu pisania, a jednak się łudził). Przez to rozmowa kompletnie się nie kleiła. A w kulminacyjnym momencie usłyszałem wyznanie, że jest mężatką (nie pamiętam dokładnie wieku, ale miałem wtedy ok. 25 lat, ona była chyba po 30), a ze mną spotkała się dlatego, że jej się w tym małżeństwie po prostu nudzi.
W tym momencie grzecznie podziękowałem za dalszą znajomość, nie korzystając nawet z propozycji zobaczenia jej stóp (miała szpilki na nogach). Może jestem frajerem, ale zawsze uważałem, że realizowanie fetyszu z osobą trzecią to zdrada, a nie chciałem temu biedakowi przyprawiać rogów (no i oczywiście istniało ryzyko, że gość ma posturę Pudziana).
W ten sposób wyleczyłem się raz na zawsze z młodzieńczych fantazji o gorących laskach chętnych na sprośne zabawy. A moja obecna partnerka ma do stóp stosunek totalnie obojętny.
Po wielu nieudanych próbach i kliku miesiącach starań dziewczyna, która strasznie mi się podoba, zgodziła się na wspólne wyjście do kina.
Zaproponowała nawet, że przyprowadzi swojego chłopaka, żebym mógł go poznać.
Mam 26 lat i jakoś do tej pory nigdy nie zdarzyło mi się być w związku. Przeważnie znajomość kończyła się po jednym lub dwóch spotkaniach, bo po prostu czułam, że się do tego nie nadaję i nie chciałam robić nadziei tej drugiej stronie.
Kilka miesięcy temu zaczęło iskrzyć między mną a moim dobrym kolegą, który, jak się później okazało, miał w głowie tylko jedno – przespać się ze mną, a następnie poszukać sobie innej. Jako że nie jestem z tych, co idą z chłopakiem do łóżka na pierwszym spotkaniu, szybko się zraziłam do niego i powiedziałam sobie, że to definitywny koniec z facetami, stwierdziłam, że widocznie niedane mi jest spotkać tego jedynego.
Kilka tygodni później na jakiejś dennej imprezie, na którą nie miałam nawet ochoty iść, poznałam W – chłopak przystojny, dobrze zbudowany, który po prostu przyszedł, pogadał, zaprosił do tańca, na koniec wymieniliśmy się numerami telefonu. Odezwał się zaraz następnego dnia. Dużo pisaliśmy, aż w końcu doszło do spotkania. Na nic się nie nastawiałam, bo wiedziałam, jak to ze mną jest. Przyjechał po mnie i bardzo miło spędziliśmy czas, potem było kolejne spotkanie i następne. I wiecie co? Chyba pierwszy raz w życiu się zakochałam tak naprawdę, tylko teraz obawiam się, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Jestem szczęśliwa, ale boję się mówić o tym głośno, żeby nie wyszło tak jak zwykle.
Ostatnio zasłabłam na chodniku w dość dużej miejscowości. Podszedł do mnie chłopak, popatrzył na mnie i się wydarł, że ma już dziewczynę.
Po czym sobie poszedł...
Odkąd zacząłem mieszkać z moją dziewczyną, to właściwie przestałem spotykać się z kumplami, bo ciągle chciała mnie mieć koło siebie, więc po pracy większość czasu spędzałem w domu, oglądając z nią filmy, razem gotując, śmieszkując w internecie itd. Nie podobało jej się moje hobbystyczne sklejanie modeli, więc pozbyłem się kolekcji, a mój warsztatowy pokój przerobiliśmy na garderobę. Przestałem chodzić na imprezy, nie piłem, rzuciłem palenie. Kochałem ją tak bardzo, że gdyby poprosiła, to sprzedałbym nawet swój ulubiony sportowy samochód, choć na całe szczęście jej się też podobał. No więc prowadziliśmy sobie takie sielankowe życie ze 3 lata, a potem mnie rzuciła, mówiąc, że nie jestem tym, kim kiedyś byłem i w ogóle zrobiłem się strasznie pizdowaty.
Dodaj anonimowe wyznanie