Działo się to z dziesięć lat temu, kiedy byłem na drugim roku studiów. Z powodu trudnej sytuacji życiowej i materialnej rodziców mogłem liczyć tylko na siebie. Pracowałem na pewnej stacji paliw. Zmiany były 12-godzinne, pracowałem 25 dni w miesiącu. Po wypłacie płaciłem wszystkie koszty stałe: mieszkanie, czesne, i w portfelu najczęściej zostawało mi 50 złotych na życie.
Mieliśmy niepodpięty do systemu LPG. Kiedy klient zostawiał mnie samego podczas nalewania gazu, zawsze zawyżałem rachunek – złotówka, 50 groszy. Zerowanie licznika po tankowaniu, żeby nikt nic nie widział. Na koniec zmiany po 10 złotych dla mnie i drugiego kasjera wychodziło. Dzięki temu mogłem kupić chleb i jakąś najtańszą opcję jego obłożenia.
Po jakimś czasie udało mi się wyrwać z tego zaklętego koła. Nigdy nie byłem z tego dumny, żałuję, że oszukałem tyle osób, a co najgorsze wiem doskonale, że złamałem jakaś wewnętrzną granicę i nauczyłem się do perfekcji kłamać, manipulować, oszukiwać i mam tylko nadzieję, iż nigdy więcej nie będę musiał tego robić.
Historia dla wszystkich, którzy opowiadają, że kiedyś tych autyzmów nie było i że teraz jest taka moda.
Moi rodzice się mną nigdy nie interesowali i choć mieli prawa rodzicielskie, mieszkałam z babcią. Babcia nie miała koleżanek, utrzymywała jedynie kontakt z najbliższą rodziną – mamą i siostrą. Nie umiała się dogadywać z ludźmi, uprawiać smalltalku i odczytywać mimiki, a sama była jej niemal całkowicie pozbawiona. Miała też jasno ułożone rytuały. Obiad był podawany codziennie 10 minut po tym, jak skończyłam lekcje. Jeśli się spóźniłam chociaż 5 minut, w domu zastawałam ją na skraju załamania nerwowego, przekonaną, że na pewno ktoś mnie porwał i zabił. Codziennie wstawała o tej samej porze, jadła to samo śniadanie, oglądała ten sam program w telewizji. Jakakolwiek zmiana w planie stanowiła dla niej gigantyczny problem, niemal nie do przejścia. Babcia też potrafiła krzyknąć z przerażenia, ponieważ sąsiad dwa piętra wyżej zaszurał krzesłem lub upuścił coś na podłogę. Miała też problem z rozumieniem metafor – oczywiście wiedziała, że dany zwrot ma inne znaczenie, ale bardzo przywiązywała się do konkretnych słów, które zostały użyte, np. była zła, gdy usłyszała z moich ust „i ja to szanuję!” (rozumiała, że mój szacunek jest warunkowany tym, czy się z nią zgadzam). Do tego dochodziły inne kwestie typowe dla spektrum, takie jak obsesyjne zainteresowania, szybkie przebodźcowanie, lęki, rozwolnienie werbalne, przerywanie. Z racji tego, że do niedawna spektrum diagnozowano jedynie u dzieci, które rozwinęły nieprawidłowo mowę, a o autyzmie wysoko funkcjonującym czy kobiecym nikt nie słyszał, babcia otrzymała diagnozę dopiero w wieku 73 lat. Wcześniej była przez swoją odmienność wyśmiewana i niezrozumiana. Słyszała, że śmiesznie mówi, nie ma mimiki, dziwnie gestykuluje, źle opowiada historie (zbyt wiele dygresji), nie patrzy w oczy. Samotność, odrzucenie oraz brak zrozumienia sprawiły, że na spektrum zaczęły się nakładać inne zaburzenia (depresja) i destrukcyjne zachowania, m.in. zaczęła wymyślać choroby i w ten sposób zyskiwać życzliwość otoczenia.
Obecnie babcia ma 75 lat i podczas gdy inne kobiety w jej wieku leczą się na serce, cukrzyce i osteoporozy, ona regularnie uczęszcza na terapię. I radzi sobie super. Mówi, że gdyby dostała pomoc i diagnozę jako dziecko, to by nie zwaliła wychowania mojej mamy, nie rozpadłoby się jej małżeństwo, być może miałaby normalne dzieciństwo i relacje międzyludzkie. Babcia za moją namową zapisała się też na planszówki. Ma koleżanki, które – choć same nie mają diagnozy – przejawiają zachowania typowe dla spektrum, np. jedna z nich, pomimo sześciu dych na karku, ma echolalię.
Gdy słyszę te opowieści, że kiedyś nie diagnozowano autyzmu, więc go nie było... No cóż.
Uwielbiam odkurzać, kiedy podłoga w mieszkaniu jest bardzo brudna. Dźwięk obijania się różnego brudu o rurę odkurzacza sprawia mi dziką przyjemność. Żałuję, że nie mam ogromnego mieszkania. Mogłabym dłużej szaleć po podłodze z moim przyjacielem.
Dla jednych odkurzanie to udręka, dla mnie czysta (i to dosłownie) przyjemność.
Kiedy byłam mała, byłam strasznym niejadkiem i mama zawsze sprawdzała, czy na pewno wszystko zjadłam. Kiedy dawała mi coś do jedzenia, a ja zjadłam wszystko do końca, to zawsze wymyśliła jakieś nagrody, a mądra ja znalazłam sposób, by nie jeść, a i tak nagrody dostawać. Resztki jedzenia wkładałam do torebek i wychodząc na podwórko, zabierałam je ze sobą, by móc to wyrzucić, taki przynajmniej był plan...
Ostatnio robiliśmy porządki w starych rzeczach w piwnicy i oprócz zabawek, ubrań i owych torebek znalazłam jeszcze parę kanapek i resztki obiadu sprzed 10 lat. :D
Pierwszy słoneczny pseudowiosenny dzień, niestety ja na kacu po wczorajszej imprezie. Od rana muliło mnie trochę w żołądku, ale wiedziałem, że przejdzie. Bliżej południa byłem już w pełni sił, zjadłem obiadek i myślę sobie: wezmę znajomą na rowerki, szkoda by było zmarnować taką pogodę! (nic większego nas nie łączy, aczkolwiek jest to dziewczyna moich marzeń). Zgodziła się!
Ruszyliśmy ochoczo na łąkę położoną w dolinie rzeczki, siadamy sobie na brzegu... Lekki wiaterek, słoneczko grzeje w plecy, czyste, bezchmurne, niebieskie niebo... Ja i ona. Rozmowa leci jak z nut, oboje w dobrych humorach, jednym słowem sielanka. Myślę sobie – to jest ten moment, w którym musisz w końcu postawić sprawę jasno: dalej przyjaźń czy może bliższe uczucie? Zdecydowany z szarmanckim uśmiechem zaciągnąłem się i mówię do niej: „Wiesz co, Karolina, jak już tak tutaj siedzimy, toooo...”.
Niestety nie dokończyłem, bo właśnie złapał mnie spory atak kaszlu po drapiącym gardło dymie. Tak spory atak kaszlu, że zacząłem się dusić i krztusić. W tym momencie mój wrażliwy żołądek przypomniał sobie, że warto byłoby wyrzucić z siebie to, co na wczorajszej imprezie w siebie wlałem. Tym oto sposobem wyrzygałem i wykaszlałem mojej niedoszłej miłości cały obiad na buty, na moje buty i na większą część mojego ubrania...
PS Pytania nie dokończyłem, ale jesteśmy umówieni na kolejne spotkanie :)
O tym, jak straciłem miłość swojego życia, a wyrzutów sumienia nie udało się pozbyć nawet na terapii.
Tego wieczoru pokłóciliśmy się jak zawsze, o nic. O to, że za mało czasu, że za dużo pracy, że nie słucham, że nie wychodzimy na miasto. Krzyczała, że ma dość. Ja krzyczałem głośniej. W pewnym momencie powiedziała, że chce wyjść, że musi ode mnie odpocząć. Powiedziałem wtedy coś, czego nie da się cofnąć: „To wyjdź. Tylko nie wracaj”. Trzasnęła drzwiami. Słyszałem jej kroki na klatce. Stałem przy oknie, ale nie zszedłem za nią. Byłem zbyt dumny, zbyt wściekły. Wyszedłem do baru, piłem całą noc.
Kolejnego dnia, na największym w moim życiu kacu, odebrałem telefon od jej siostry.
Moją Anię potrącił pijany kierowca. Podobno weszła na pasy, nie patrząc. Podobno płakała.
Nie zdążyłem. Nie zdążyłem jej powiedzieć, że to nieprawda. Żeby zawsze wracała, bo bez niej nie umiem oddychać.
Wszyscy mówią, że to wypadek, że to nie moja wina. Rodzina przytulała mnie na pogrzebie. Jej mama powiedziała, że byłem miłością jej życia. A tylko ja wiem, jakie były ostatnie słowa, które ode mnie usłyszała. I muszę z tym żyć.
To był mój pierwszy dzień w przedszkolu. Pani zaprowadziła nas do łazienki i poprosiła, aby każdy z nas wybrał swój wieszak na ręcznik. Odkąd pamiętam, byłam miłośniczką kotów, więc kiedy ujrzałam zawieszkę z obrazkiem przedstawiającym małego kotka, wiedziałam już, że będzie moja. Niestety nie byłam jedyną wielbicielką tych zwierząt i pomimo zażartej walki z kolegą, który był ode mnie mniej więcej cztery razy większy, musiałam w końcu się poddać. W międzyczasie większość wieszaków została zajęta przez inne dzieci, więc mi przypadł ten z wizerunkiem mrówki, który niekoniecznie cieszył się powodzeniem.
Kilka miesięcy później podczas śniadania zrobiło mi się niedobrze – zupa mleczna nigdy nie należała do moich ulubionych posiłków w przedszkolu. Nie chciałam wyjść na słabą, więc z zimną krwią zapytałam panią, czy mogę pójść do toalety, nic nie wspominając o tym, że za moment zwymiotuję. Po przekroczeniu drzwi sali pobiegłam szybko do toalety. Niestety nie zdążyłam dotrzeć do kabiny i zupa mleczna wraz z pozostałą zawartością mojego żołądka znalazła się na podłodze. Było mi wstyd przyznać się, że nabałaganiłam i wtedy w mojej głowie zrodził się idealny pomysł. Całe wymiociny wytarłam starannie ręcznikiem zawieszonym na wieszaczku z kotkiem. Kolorem były zbliżone do koloru ręcznika, a ja postarałam się, żeby dobrze w niego wsiąkły. Nikt niczego nie zauważył.
Strasznie cieszyła mnie myśl, że ten dzieciak, który ukradł mi wieszak, przynajmniej raz wytarł sobie twarz moimi wymiocinami.
Mam 20 lat. W wieku 18 lat zdiagnozowano u mnie PCOS i najprawdopodobniej jestem bezpłodna. Od rodziny usłyszałam, że „szukam na siłę” i „teraz wszyscy to mają”, bo to przecież modne. Potem oczywiście mieli czelność pytać, kiedy zamierzam założyć rodzinę.
Ostatnio zdiagnozowano u mnie celiakię. Nie opowiadałam o tym nikomu, bo wiedziałam, czego się spodziewać. Domownicy zaczęli pytać, czemu tak „wybrzydzam”. Powiedziałam prawdę i co? „A jakiej choroby ty nie masz?”, „Kto to widział chorować w takim wieku?” albo „czego to ty nie wymyślisz...”.
Eh…
Mam 18 lat i dużo starsze rodzeństwo. Moja siostra jest starsza o 14 lat i posiada już swoją rodzinę, brat jest starszy o 10 lat i mieszka w mieście ze swoją żoną. Wyprowadzili się z domu rodzinnego dawno temu, zostawiając mnie samą z rodzicami. Jakiś czas temu zauważyłam, że brat w ogóle ze mną kontaktu nie utrzymuje, widuję go tylko na jakiś imprezach rodzinnych. Z siostrą się widzę tylko wtedy, gdy potrzebuje opieki do dzieci lub potrzebuje mojej pomocy. Bardzo często robią sobie rodzinne planszówki lub ogniska razem ze swoimi partnerami i naszym tatą, ale gdy dochodzi do tego, że o tym wspominają przy mnie, to mnie przepraszają i mówią, że o mnie zapomnieli. Gdy oni organizują sobie imprezy urodzinowe nawzajem, dają sobie drogie prezenty itp., to u mnie to jest spotkanie na tort tylko z siostrą, a brat przyjeżdża po paru dniach tylko życzyć najlepszego, dać jakieś czekoladki i jedzie do siostry. Mój brat z moim chłopakiem utrzymuje kontakt, jeżdżą sobie na mecze, bardzo dużo rozmawiają, jak się spotkają, a ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz zamieniłam z bratem jakieś słowo. Nawet gdy u niego jestem raz na jakiś czas, to bardziej bratowa ze mną rozmawia. Przykre.
Moja przeszłość stanowi dla mnie bardzo trudna wyzwanie. Wyciągnęłam z niej listę wymówek, wg których nie powinnam nic osiągnąć:
- urodzenie się w złej rodzinie
- rodzice, którzy sami nie byli kochani
- przemoc psychiczna i fizyczna ojca nad matką w czasie jej ciąży
- bycie dzieckiem niechcianym i częste słyszenie o tym
- bieda, chodzenie w ubraniach po kimś, jak obdartus, ciągłe poczucie bycia gorszym.
-- nienawiść do mnie od strony babki (matki mojego ojca)
- alkoholizm ojca i brak poczucia bezpieczeństwa, wykorzystywanie przez rodziców dla zdobycia pieniędzy
- jako dziecko częste przebywanie ze znajomymi rodziców, którzy byli zboczeni, i słyszenie częstych podtekstów seksualnych
- wyzwiska, wyśmiewanie, poniżanie przez rówieśników, co zatem idzie – w dalszej części strach przed ludźmi. I brak pewności siebie.
- zdolność zrobienia wszystkiego dla innych, aby tylko ktoś mnie polubił i przy okazji nie krzywdził
- brak odwagi, strach lęk, obawa.
To są moje demony, które idą za mną przez całe życie i uniemożliwiają mi zdobycie tego, czego pragnę. Dopiero teraz, po trzydziestu, czterdziestu latach życia mam odwagę stawić temu wszystkiemu czoła. Moim celem jest obrócenie tego wszystkiego w siłę, która doprowadzi do sukcesu.
Napisanie tego wszystkiego na forum publicznym nawet anonimowo jest pierwszym krokiem do zmiany. Wierzę, że jest to możliwe, że są ludzie, którzy może przeżyli coś podobnego jak ja, a może nawet dużo, dużo gorsze rzeczy i odnaleźli swoją drogę w życiu, a teraz są szczęśliwi.
Dodaj anonimowe wyznanie