Religia powinna być wycofana z zajęć szkolnych, albo chociaż nieprowadzona przez księży. Dlaczego?
Mój ksiądz dziś na lekcji przeczytał historię dziewczyny, która po rozwodzie rodziców została prostytutką i jasno dał do zrozumienia, że tak kończy każde dziecko z rozbitych rodzin. Człowiek, który gówno wie o rodzinie, będzie mi mówił że zostanę prostytutką, bo moi rodzice postanowili się rozwieść. Żenada.
Mój tata zawsze zapomina o dacie moich urodzin.
Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że od 20 lat ma ją wytatuowaną na przedramieniu.
Kojarzycie te wyznania dziewczyn z awersją do usuwania zbędnego owłosienia? Jeszcze kilka tygodni temu byłam pierwsza do atakowania takich dziewczyn. A potem do mnie dotarło, jak bardzo robi to ze mnie hipokrytkę... Spokojnie, maszynki używam regularnie. Jednak zupełnie nie rozumiem presji związanej z posiadaniem opalenizny. Tak, dokładnie tak. Presji. Rzygam już komentarzami moich znajomych i rodziny na temat koloru mojej skóry, jednak po kolei...
1. Mam jasną karnację i bonus w postaci przebarwień na twarzy. W związku z tym używam kremu z filtrem 50. Jaki pojawia się komentarz? "Nie za mocny? 20 ci wystarczy... nie opalisz się z tym". Po pierwsze: uwierz mi, że nie wystarczy, po drugie nie zamierzam się opalić.
2. Opalam się na czerwono. Tak, wiem, że po jakimś czasie skóra mi się "uodporni" i zmieni kolor na brąz, ale zanim to się stanie, zerwę z siebie płaty naskórka, a świąd, który temu towarzyszy jest nie do zniesienia. Poza tym opalona skóra mi się nie podoba.
3. Sugestie typu "ładny dziś dzień, chodźmy na słońce" i "poszłabyś do solarium" też przerabiam. Ze słońcem jest tak, że po kilku minutach leżenia plackiem boli mnie głowa, a na solarium nie chodzę, za dużo o szkodliwości lamp. Poza tym to przyspiesza proces starzenia się skóry. Tak, słońce też.
4. Paplanie jak anemicznie wyglądam i że dzięki wizycie w solarium będę wyglądać zdrowiej? Jasne... a wizyty w solarium są niby dobre dla zdrowia, bo witaminę D się wtedy "dostaje". Nie martwcie się... potrafię ją sobie dostarczyć w inny sposób.
5. "Dlaczego nie użyjesz samoopalacza?" Jeszcze czego?
I jak wspomniałam: opalenizna po prostu mi się nie podoba, nie pasuje do mnie i postarza, a ja wolę wyglądać na mniej lat, niż mam w rzeczywistości.
Czasem, kiedy nie mogę spać, wchodzę na jakiś randomowy czat i rozmawiam z ludźmi o filozofii. Po kilkunastu minutach jestem tym tak zmęczona, że zasypiam.
A mówili, że epistemologia nie przydaje się w życiu. :D
Kilka lat temu miałam wspaniałego chłopaka. Prawie ideał. „Prawie”, dlatego że miałam wrażenie, że mimo swojego wieku nie wiedział, na czym polega związek.
Był taki okres w trakcie naszego związku, że wyjechałam na kilka tygodni do pracy w Niemczech. Dosłownie kilka tygodni, ale wróciłam stęskniona jak nigdy. Liczyłam na to, że spotkamy się jeszcze tego samego dnia, max kolejnego, bo mój powrót był dużą niespodzianką i rozumiałam, że ktoś może już mieć coś zaplanowane na dany dzień.
Jednak mój chłopak dopiero po tygodniu stwierdził, że trzeba się spotkać. Byłam na tyle oburzona tym, że przez tydzień miał mnie gdzieś, że skończyło się zerwaniem.
Dzisiaj jest 4,5 roku później. Od pół roku jesteśmy znów razem. Mądrzejsi o doświadczenia z tych kilku lat. Niektórzy się dziwią, że wróciliśmy do siebie, tym bardziej że ja zdążyłam w międzyczasie urodzić synka, którego wychowuję bez jego ojca. Aktualnie zaczynamy planować na nowo ślub, o którym wspominaliśmy kilka lat wstecz, jednak przez naszą wspólną głupotę nie doszło wtedy do bardziej poważnych planów.
Kiedy miałem 10 lat padłem ofiarą molestowania seksualnego przez kobietę kilka lat starszą ode mnie. Od tamtego czasu z jakiegoś powodu odczuwam paniczny strach przed kobietami. Wszystkimi. Wystarczy spojrzenie w moją stronę, chwila rozmowy i od razu serce mi bije trzy razy szybciej.
Kompletnie nie jestem w stanie stworzyć zdrowej relacji z kobietą. Pierwsza dziewczyna, z którą byłem w związku zerwała ze mną bo byłem "zbyt spięty". Za każdym razem czy to na ulicy czy w komunikacji miejskiej odwracam wzrok gdziekolwiek się da byleby nie spojrzeć takiej w oczy.
Na rozmowie o pracę prowadzoną przez młodą rekruterkę w zdecydowany sposób kazała mi wyjść po kilku minutach. Nie wiem już co mam robić, to jest tak silnie zakorzenione, że w żaden sposób choćbym nie wiem jak się starał nie umiem nad tym zapanować.
Pracuję w sklepie z komputerami i codziennie zmuszony jestem obsługiwać setki osób. Przedwczoraj mój szef wziął mnie na stronę i powiedział, że dostał parę anonimowych zgłoszeń od niezadowolonych klientów, którzy twierdzą, że jestem niemiły. Powiedział, że niektórzy ludzie są przewrażliwieni i oczekują od sprzedawcy, aby ten tryskał optymizmem i zagadywał o pierdoły. Wziąłem sobie tę uwagę do serca i dziś, kiedy do sklepu przyszła pewna pani, od razu skomplementowałem jej „niecodzienny akcent”.
Przed momentem dowiedziałem się, że babeczka złożyła na mnie skargę. Powód? Uznała, że mój tekst był próbą wyszydzenia jej niewyraźnej dykcji, którą ma od czasu ostatniego wylewu...
Było piękne letnie popołudnie. Razem z mężczyzną mojego życia jechaliśmy do jego rodziców na "zapoznawczy obiad". Bardzo się stresowałam, oprócz jego rodziców miały być dwie siostry z mężami i dziećmi. Gdy dojechaliśmy na miejsce, ujrzałam ogromny dom z pięknym ogrodem. Im bardziej zbliżaliśmy się do drzwi, tym bardziej serce mi waliło, a w głowie kłębiło się mnóstwo pytań i wątpliwości: czy pasuję do tego bajkowego świata? Ja, szara mysz z biednego domu. Czy mnie zaakceptują? Czy nie popełnię żadnej gafy? O czym mam z nimi rozmawiać?
Drzwi otworzyła nam mama mojego lubego. Przywitała nas ciepłym uśmiechem, wyściskała mnie i zaprosiła do środka. W salonie wszyscy siedzieli już przy stole. Nogi miałam jak z waty, ale przywitałam się z każdym i mimo moich obaw zostałam miło przyjęta, a każdy z członków rodziny wydawał się być nastawiony do mnie pozytywnie.
Dom w środku był równie piękny co na zewnątrz. Wszędzie dużo świeżych kwiatów, eleganckich mebli, nakrycie stołu, sztućce... czułam się, jakbym była w jakimś pałacu, a nie w domu. Co chwilę czułam też na sobie spojrzenia przeplecione z uśmiechem. Tematy rozmów były "luźne": o pogodzie, o tym, że ktoś złapał gumę w aucie. Ja przyglądałam się temu wszystkiemu i w duchu błagałam: "nie pytajcie, gdzie pracuję, nie pytajcie, gdzie mieszkam, o rodziców nie pytajcie..." - i nie pytali.
Jedzenie było pyszne. Po pierwszym i drugim daniu przenieśliśmy się na taras. Ta cisza, spokój, widok na ogród, na staw, rechot żab... coś cudownego. Siedziałam mocno trzymając za rękę mojego lubego i nie wierzyłam, że jestem tu gdzie jestem i że widzę to co widzę. Po chwili mama mojego księcia przyniosła ciasto, za nią szła siostra z tacą, na której był szampan i dużo kieliszków i w pewnym momencie taca wypadła jej z rąk, a wokoło rozległ się huk rozbijającego się o podłogę szkła...
Obudziłam się - a właściwie obudził mnie odgłos tłukącej się butelki w kuchni i krzyki pijanego ojca i matki. Spojrzałam na zegarek, była 3:18. Nadal piją - pomyślałam. Mam 17 lat. Jestem przyzwyczajona do alkoholu i krzyków w domu. Staram się być zaradna, dużo pomagają mi dziadkowie, pracuję roznosząc ulotki, więc mam na swoje "drobne potrzeby". Tamtej nocy już nie zasnęłam, było za głośno. Bajka się skończyła, trzeba wracać do szarej rzeczywistości.
Dużo myślałam i doszłam do wniosku, że jeśli kogoś już poznam, to zawsze będę się wstydzić moich rodziców, mojego brudnego mieszkania i mojej biedy...
Przez 8 lat jeździłam na pewien obóz, gdzie dzięki wspaniałej atmosferze czułam się dosłownie jak w domu. Jaka była też moja radość, gdy po skończeniu 18 roku życia mogłam jechać tam jako opiekun kolonijny.
Niestety grupa dzieciaków w przedziale 7 - 17 lat okazała się niezwykle wymagająca. Starsze dzieciaki (większości moi znajomi) były chętne do różnych aktywności, ale przeważająca większość młodszych dzieci nie chciała dosłownie nic robić.
W jednym domku wymieszane były dzieciaki w wieku 8-13 lat, co już z góry nie wróżyło dobrze, ale nie my o tym mogłyśmy zadecydować, lecz właściciel obozu. W momencie, gdy pewna 12-latka wyzywała nas od najgorszych powinnyśmy zadzwonić do rodziców i poinformować, że mają po córkę przyjechać (była to już n-ta sytuacja, gdzie ubliżała nam i innym dzieciom, a rozmowy nie pomagały). Właściciel obiektu jednak się nie zgodził.
Inna sytuacja, gdy starsza pani - matka właściciela - kazała mi założyć na jednodniowy wyjazd koszulkę promującą biuro podróży. Koszulka ewidentnie nie była wrzucona do prania po poprzednim turnusie, ponieważ śmierdziała i była brudna od podkładu. Odmówiłam, mówiąc, że będzie mi w niej za gorąco (nie chciałam jej sprawić przykrości). W tym momencie pani Alina oburzyła się, twierdząc, że powinnam promować firmę (która należała do jej syna). Grzecznie odparłam, że w umowie mam zapisaną opiekę nad dziećmi, a nie promocję biura podróży. Od tego momentu dokuczała mi cały czas.
Gdy powiedziałam coś do dzieciaków na stołówce i one powtórzyły chórem, to z kuchni słyszałam jej głos: "Zamknij mordę". Spotkanie kończące turnus i jej podziękowania do opiekunek za "lojalność", oczywiście w podziękowaniach pominęła mnie. Także gdy zjeżdżał się następny turnus musiała dodać swoje parę groszy do mojej rozmowy z następnym kierownikiem. Opowiadałam, jaka niesamowita jest opiekunka, która teraz będzie z nim pracować. Tu wtórowała mi pani Alinka mówiąc: "Bo wie pan, są osoby jak Ola (moja koleżanka) na 10, i są osoby na 1" i kończąc to zdanie spojrzała wymownie na mnie.
Okazjonalnie dowiedziałam się, jak bardzo znęcała się nad poprzednimi wychowawczyniami, osobami pracującymi na kuchni, a sztućce jednorazowe kazała dzieciom wrzucać do specjalnego pojemnika, ponieważ następnie zamiast je wyrzucić, kazała je myć. Również gdy chciałam wziąć chętne dzieci do kościoła, to nie pozwoliła mi na to.
Była to patologiczna sytuacja, ponieważ to my - opiekunowie - bierzemy odpowiedzialność za dzieci, ale ze względu na koniugacje rodzinne miałyśmy ograniczone możliwości działania. Miejsce, które niegdyś było moim domem, przestało nim być.
Dużo osób pisze tutaj wyznania o tym, jak to się starało o względy u drugiej osoby, co to miłość robi z człowiekiem, żaliło się, że mimo licznych oznak druga osoba nie odwzajemnia uczuć.
Ja natomiast chcę się z wami podzielić historią opowiedzianą z drugiej strony.
Zaczęło się niewinnie, pocieszał mnie po zerwaniu z chłopakiem, wspierał, kiedy miałam trudną sytuację w domu, wyciągał z domu i rozśmieszał. Jako że nie byłam w dobrej kondycji psychicznej, od razu na wstępie zaznaczyłam, że nic oprócz znajomości nie chcę od niego. Związki i bliższe relacje nie wchodzą w grę, bo nie mam na to siły, a robienie drugiej osobie nadziei jest dla mnie okrutne kiedy wiem, że nic z tego nie będzie.
Na początku zgadzał się ze mną, sam twierdził, że też nie jest jeszcze gotowy na związek. I tak trwała nasza znajomość, wychodziliśmy na piwo, rozmawialiśmy przez telefon, pisaliśmy o różnych sprawach. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że z czasem zauważyłam, że wśród jego znajomych, z którymi wychodziłam krąży opinia, że jesteśmy parą, a on nic z tym nie robi. Czasem nie reagowałam na to, jednak później próbowałam prostować błąd, w którym wszyscy tkwią i uświadamiałam ich, że z moim kolegą nie łączy mnie nic więcej oprócz zwykłej znajomości.
Z tygodnia na tydzień chłopak stawał się coraz bardziej natarczywy, codzienne telefony, milion wiadomości, błaganie wręcz o spotkania. Próbowałam zachowywać do tego dystans, nie odpowiadać na wszystkie jego prośby, wykręcać się brakiem czasu, jednak kiedy zaczął nachodzić mnie pod szkołą czy przejeżdżać niby to "przypadkiem" pod moim domem, zaczęłam się bać. Jednocześnie mówił ciągle, że jeśli nie chcę się z nim spotykać już więcej, to mam mu powiedzieć żeby wyp***ał i już go nie będzie. Wiedział doskonale, że jestem zbyt delikatna i tego nie zrobię.
W międzyczasie poznałam swojego obecnego chłopaka, którego niestety ten koszmar nie ominął. Zaczął dostawać różnego rodzaju wiadomości, w których mój niby to "najlepszy przyjaciel" obrażał mnie i pisał upokarzające teksty na mój temat. Ludzie na wsi gdzie mieszkał i którzy nigdy mnie nie widzieli na oczy opowiadali sobie o mnie historie, o których ja sama nawet nie miałam pojęcia, że brałam w nich udział.
Apogeum nastąpiło, gdy podczas spotkania ze znajomymi przyjechał pijany wraz ze swoimi kolegami i próbował pobić mojego chłopaka. Na szczęście nic nikomu się nie stało, ale uznałam, że sprawy zaszły za daleko i całą sprawę zgłosiłam na policję. Dostał zakaz zbliżania się do mnie i jakiegokolwiek kontaktu.
Teraz minął rok od tego zdarzenia, a ja mimo terapii u psychologa boję się odebrać połączenia od nieznanego numeru, a kiedy jestem sama w domu i ktoś puka do drzwi, zaczynam wpadać w panikę i chowam się udając, że nikogo nie ma
Dodaj anonimowe wyznanie