Niezmiernie podziwiam i szanuję moją współlokatorkę za jej wytrwałość i determinację. W ostatni tydzień marca schudła dwa kilo!
Nie miała co jeść, bo kupiła sobie trzy pary butów w jednym miesiącu.
Stało się to 5-6 lat temu, byłam singielką, no i z racji tego byłam zarejestrowana na stronie randkowej. Pewnego razu napisał do mnie chłopak bez żadnego zdjęcia. Normalnie to do takich nawet nie odpisywałam, ale tego dnia nudziło mi się i zaczęliśmy głupoty pisać, i tak przez parę tygodni. W końcu zaproponował, żeby się u mnie spotkać, no wiadomo po co. Nie wiem, co mi odbiło, ale się zgodziłam!
Przyszedł, nie pokazał mi swojej twarzy, a cała ta chora sytuacja mnie z jakiegoś chorego powodu nieźle nakręciła. Mieliśmy ostrą zabawę, ale nie miałam pojęcia, jak wyglądał, kim był. Do tej pory nie wiem!
Nieraz się zastanawiałam, co mi odbiło! Przecież mógł mnie zamordować, okraść lub czymś zarazić! Miałam naprawdę więcej szczęścia niż rozumu.
Po tym zdarzeniu zerwałam całkowicie kontakt i na tym się zakończyło. To była tak chora sytuacja, że nigdy nikomu się nie przyznałam i milczeć będę do grobowej deski!
Idąc na święconkę z młodszą, pięcioletnią siostrą spotkałyśmy wychudzonego kundelka.
Ania zapytała mnie, czy może wziąć sobie kawałek kiełbasy, na co zdziwiona się zgodziłam, bo przecież dopiero co jadła śniadanie. Ta jednak wzięła całą i rzuciła uradowanemu pieskowi. Już wtedy niektóre panie patrzały na nas z pogardą, bo to przecież miało być poświęcone, bo nie dla psa kiełbasa!
Zauważyłam, że pies utyka, więc szybko podreptałam z siostrą do lecznicy parafialnej, a tam jeszcze więcej ludzi się na nas gapi z pogardą.
Weszłyśmy do kościoła piętnaście minut spóźnione, jednak myślę, że większym grzechem byłoby nie pomóc pieskowi, z czym nie zgodziły się starsze panie, wytykając nas palcami podczas symbolicznego święcenia koszyków.
Aż trzy moje bardzo bliskie koleżanki są kosmetyczkami. Z entuzjazmem proponują, że zrobią mi różne fajne zabiegi, ja jednak mówię, że sama pielęgnuję swoją cerę domowymi sposobami.
Tak naprawdę chodzę do konkurencji, bo nie chcę, żeby widziały, jaka jestem brzydka bez makijażu.
Ten dzień, kiedy po kilkunastu latach mierzysz się z demonami przeszłości i stajesz oko w oko ze szkolnymi oprawcami i spuszczasz jednemu w.....ol i sprzedajesz low kicka jego koledze, który chce mu pomóc, że ten nie jest w stanie się bić.
Piszę to, bo jestem dumny, że potrafiłem sprostać strachowi i go przezwyciężyć. Bili mnie całe gimnazjum i myśleli, że dalej mogą, a 9 lat sportów walki, hartowania ciała na ból i ducha przed strachem bardzo mnie zmieniło. Tamci dwaj nagrali się na monitoringu, sprawa została zgłoszona na policję. Niby nie ma co się chwalić, ale dla mnie to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu, który udowodnił mi moją wartość. Piszę tutaj, bo muszę się uzewnętrznić, a moja dziewczyna i obecni znajomi nie wiedzą i wolałbym, żeby nie wiedzieli o mojej niechlubnej przeszłości.
Będzie o gw@łcie. I o niedokonaniu aborcji ciąży, będącej wynikiem tego gwałtu. Z grubej rury. Bez owijania w bawełnę.
Trzęsę się cała, za każdym razem gdy sobie to wszystko przypomnę. Węzeł gordyjski w żołądku. Serce w gardle. Lodowate dłonie. Papieros odpalany od papierosa. Terapia? Pusty śmiech...
W. był dla mnie sąsiadem z bloku naprzeciwko, przyjacielem ojca, wujkiem niemalże. Znałam go od maleńkości, uwielbiałam. Bawiłam się z nim, uczył mnie jeździć na rowerze, ufałam mu.
Gdy miałam 16 lat, został moim oprawcą.
Zadzwonił do nas, prosząc, bym przyszła mu w czymś pomóc. Poszłam bez lęku. Bez przeczuć. ZNAŁAM GO.
Zgw@łcił mnie w piwnicy. Brutalnie. Trzymając za gardło, pętając ręce skórzanym pasem. Przestałam się wyrywać po czwartym razie. Nie wiem, czy zobojętniałam na to, co się działo, czy spłynęła na mnie litościwa zasłona z ciemności.
Przebłyski z kilku kolejnych dni. Szpital, dom, policja, matka wyrywająca sobie włosy z głowy. Wskazałam jego. W. stwierdził, że wyszłam od niego cała i zdrowa. Że to szok, że po prostu jego ostatniego zapamiętałam. Nikt mi nie wierzył. Nie było śladów wskazujących na niego, podobno byłam w pełni ubrana, wymyta do czysta, nikt nie podejrzewał gwałtu, tylko napaść z zamiarem kradzieży, która wymknęła się spod kontroli. Badanie ginekologiczne przeprowadzono po pięciu dniach, nie było już jednoznacznych obrażeń...
Matka wywiozła mnie do prababci, na drugi koniec Polski. Tam poszłam do szkoły. Po miesiącu mdłości, zawroty głowy – i już wiedziałam. Rodzina uradziła między sobą, że urodzę. Katolicka rodzina, aborcja to grzech śmiertelny. Mnie nikt nie spytał o zdanie. Szkoła pomoże, nie ma problemu, zdarzały się już ciężarne uczennice. Po którejś z kolei rozmowie z psychologiem zdecydowałam, że urodzę i oddam do adopcji...
Spojrzenia pełne pogardy, śmiechy pod nosem, wytykanie brzucha palcami, plucie pod nogi, niby mimochodem szeptane „dziwka”, „puszczalska” – och, jak dobrze to wszystko poznałam...
Retrospekcja. Szpital, 26 godzin męki, gratulacje, masz pięknego syna, 9 punktów w skali Apgar. Granatowe oczka, wpatrujące się w skupieniu w moją twarz, nie oddam, jesteś mój, tylko mój. Kocham, nie oddam. Ojciec? Nieznany.
Mam 33 lata. Nie używam skórzanych pasków, omijam szerokim łukiem stoiska z nimi, nawet nie patrzę. Mój mąż po 10 latach małżeństwa już wie, że nie wolno mnie łaskotać, łapać za nadgarstki, ani dotykać mojej szyi. Bo wpadam w szał, a potem zamykam się w skorupie milczenia na kilka dni. Nie rozumie, dlaczego tak reaguję, ale z pewnymi oporami zaakceptował wreszcie fakt, że nie chcę o tym mówić.
Urodziłam. Pokochałam. A teraz patrzę na mojego 15-letniego syna, który jest tak podobny... jakby skórę zdarł z jego ojca. Kocham i nienawidzę. Patrzę codziennie na tę twarz, której nie chcę pamiętać. To więcej niż piekło...
W ostatnie święta pojechaliśmy z mężem w odwiedziny do jego rodziny do Warszawy. Kilkanaście osób przy stole, wiek od 1+ do 60+, zaczął się temat tatuaży, bo siostrzenica męża chce sobie zrobić jakiś mały wzorek za rok po 18 urodzinach. Oczywiście cała jej rodzina: „Na dupie se zrób”, „W dupach się tym młodym poprzewracało”, „Jak ty na starość będziesz wyglądać”, „Bój się Boga, dziecko, jak ty będziesz wyglądać, jak z kryminału” itp., itd.
Ciekawe co powiedzą, jak za rok zobaczą mój tatuaż, który mam w planach. A będzie zajmował całe plecy i wchodził odrobinę na pośladki, biodro i bok uda.
Mam już sporo więcej niż 18 lat i nie jestem rozpuszczoną smarkulą, tylko matką, właścicielką dobrze prosperującej firmy i żoną. I tak, na dupie też se zrobię!
Na I roku studiów pracowałem w Empiku w pewnym dużym mieście. Salon, w którym robiłem, czasem organizował spotkania z różnymi pisarzami, piosenkarzami itp., czasem bardziej sławnymi, czasem mniej. W pewną piękną, słoneczną środę nasz salon miała odwiedzić pewna pisarka z kategorii tych średnio-popularnych, z litości przemilczę jej imię. Książki tej pani stały na naszych półkach, ale podejrzewam, że tak z 98% ludzi nie będzie kojarzyć jej nazwiska. Tak czy siak, spotkanie miało się odbyć bodajże o piątej, pani przybyła troszkę przed drugą. I się zaczęło, bardziej wkurzającego babska chyba nie widziałem. Zamiast „dzień dobry” nasza genialna pisarka zaczęła opierdzielać mnie i koleżankę z pracy, że czemu nie widać żadnych plakatów w galerii handlowej, następnie łaziła po sklepie i co chwilę piszczała, czemu jej książki na dolnych półkach, a nie na wysokości oczu, czemu są tyłem do wejścia i blablabla, blabla, bla. My byliśmy wtedy normalnie w pracy i ciężko było znosić jej humory, szczególnie że ruch był dość duży. Po 15 minutach moją główną rozrywką było wymyślanie przeróżnych tortur, jakie można by na tej kobiecie stosować. O czwartej nasza polska J.K. Rowling przyszła, żebym jej skoczył po obiad, bo ona jest głodna, na moją sugestię, że jestem w pracy, dowiedziałem się, że już tu nie pracuję.
Tak czy siak, nadeszła godzina 17:00, pani się usadowiła przy stoliczku, później przyszła 17:05, a tu nadal nikogo nie było. Dostaliśmy opierdziel, chyba za to, że nie krzyczeliśmy przez megafon, że pani jest pisarką, a nasza genialna pani pisarka poszła na papierosa. Minutę później podeszła do mnie 4-osobowa grupka i zapytała się, czy dzisiaj jest to spotkanie. Już miałem odpowiadać, że tak, że nasza przyszła laureatka Nobla już wraca, kiedy ugryzłem się w język i powiedziałem, że spotkanie jest niestety odwołane. W sumie sam nie wiem czemu, chyba po trzech godzinach użerania się z tą kobitą musiałem jej zrobić na złość. Fani sobie poszli, kobita wróciła, niczego jej nie powiedziałem, do 18 już nikt więcej nie przyszedł, więc nasza „jestem prawie tak popularna jak Grochola” poszła sobie do domu, wcześniej nikogo o tym nie informując.
Niczego nie żałuję.
Od roku trenuję piłkę nożną i idzie mi całkiem nieźle. Moja 4 lata młodsza siostra jest marżonetką. Gdy moja siostra ma zawody, mistrzostwa, jakieś małe występy, automatycznie zjeżdża się pół rodziny, wszyscy są zaangażowani. Gdy ja mam turniej lub trening, prawie nikt o tym nie wie i każdy ma to gdzieś, a rodzice najchętniej by mnie nie wypuścili. Kilka razy proponowałam im przyjście na mecz czy chociażby trening, żeby na mnie popatrzyli, że robię, co kocham. Nigdy nie przyszli. Niedawno mama powiedziała mi, że jej to po prostu nie interesuje, nie chce przychodzić, że dla niej to jest tylko głupie latanie za piłką. Zrobiło mi się przykro. Mój tata z kolei pewnego razu uznał, że mogłabym zacząć interesować się innym sportem, bo jego to denerwuje.
Dzisiaj moja siostra ma mistrzostwa. Od 5 rano dzwonią budziki, wszyscy na siebie krzyczą, latają i mają w nosie, że kilka razy mnie obudzili. Mnóstwo szykowania jedzenia, kosmetyków, ciuchów, butów, oczywiście tak, żeby nic się nie pogniotło. Natomiast ja powinnam wiedzieć w domu i sprzątać, zdaniem mojej rodzicielki.
Jest mi straszliwie przykro...
Jedna z najbardziej zawstydzających sytuacji w moim życiu przydarzyła mi się kilkanaście lat temu na fotelu w gabinecie stomatologicznym.
Od zawsze miałam skłonność do próchnicy, która wymagała cyklicznych wizyt w gabinecie dentystycznym. Tak było i tym razem. Poszłam tam z lekkim ćmieniem, sprawiającego co jakiś czas problemy zęba (został źle leczony przy pierwszym otwarciu i później co jakiś czas wymagał poprawek). Standardowo rozsiadłam się w fotelu, otworzyłam szeroko usta i profilaktycznie zamknęłam oczy, by darować sobie dalsze widoki narzędzi zbliżających się do mojej twarzy. Od zawsze boję się stomatologów, więc dla mojej dentystki była to norma, że w taki sposób czekałam na podanie znieczulenia. Gdy znieczulenie zaczęło działać, pani doktor przystąpiła do borowania. Nie zdążyła wwiercić się głęboko, gdy z zęba buchnęło okropnym smrodem. Po prostu jakby ktoś kazał Wam wdychać opary z dawno nieoczyszczanego szamba. Dentystka była tak zaskoczona, że przerwała wiercenie i dosłownie odskoczyła od fotela, a ja z otwartymi ustami, załzawionymi od fetoru oczami i burakiem na twarzy czekałam, aż smród się chociaż trochę ulotni. Niby nie moja wina, ale było mi okropnie wstyd, że doszło do czegoś takiego.
Na szczęście pani doktor, profesjonalistka pełną parą, opanowała obrzydzenie, nie skomentowała i dokończyła leczenie zęba :)
Później jeszcze nie raz gościłam u niej w gabinecie i nigdy więcej taka sytuacja się nie powtórzyła.
Dodaj anonimowe wyznanie