Kiedyś, gdy przechodziłam parkiem zaczepiły mnie dwie Cyganki. Chciały mi powróżyć i wyżebrać kasę. Ja długo nie myśląc zaczęłam pokazywać coś w języku migowym (nie znam migowego). Cyganki jedynie co powiedziały to "oooo, pani głucha" i mnie zostawiły, a ja poszłam dalej xD
Teraz tak robię za każdym razem, gdy zaczepi mnie ktokolwiek. Czy to cyganki czy to jakiś pan żul.
Teściowie przestali się ze sobą dogadywać jakieś pół roku temu. Moja żona bardzo to przeżywała, obawiała się, że wystąpią o rozwód.
Kiedy martwiła się na tyle, że budziła się w nocy z płaczem i coraz rzadziej jadała, mimo mojego wsparcia i tłumaczenia, że to dorośli ludzie i że dalej będą jej rodzicami, zdecydowałem się zaproponować im miesiąc w naszym domku letniskowym za granicą, żeby posiedzieli tylko ze sobą i spróbowali się tam pogodzić. Po wielu tygodniach przekonywania, proszenia i już nawet gróźb (w końcu i ja przestałem dawać sobie radę z przygnębieniem żony, na które nic nie mogłem poradzić - wszystko działało najwyżej godzinę, potem znów przestawała się uśmiechać i uciekała myślami).
Wszystko było gotowe - dałem im klucze, opłaciłem gosposię, która miała przychodzić do nich dwa razy w tygodniu zrobić zakupy i trochę posprzątać. Pojechali.
Po miesiącu wrócili do Polski. Nie kłócili się, znów zaczęli się traktować jak ludzie. Widać było, że zakochali się w sobie na nowo. Moja żona cała w skowronkach, tym bardziej że obydwoje dostaliśmy urlop w tym samym czasie i mogliśmy pojechać z naszym 5-letnim synem do domku, tego samego, w którym jeszcze niedawno godzili się teściowie.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, syn pobiegł od razu do środka, żeby popluskać się w basenie. Ja z żoną w tym czasie rozpakowywaliśmy bagaże.
Nie wyobrazicie sobie mojej konsternacji, kiedy nasze dziecko wybiegło z domu z wiszącymi prezerwatywami na uszach, palcach i głowie, krzycząc "jestem ufoludkiem!".
Znaleźliśmy jeszcze wiele poutykanych po kątach zużytych gumek i kilka zabawek dla dorosłych. Żona sprzątała cały czas z burakiem na twarzy i przepraszała mnie za nich.
A ja mam tylko nadzieję, że w tak sędziwym wieku również będziemy mieć tyle wigoru co oni.
3 tygodnie temu skończyłam 18 lat. To miał być najważniejszy dzień w moim życiu. W końcu miały się skończyć moje problemy (może nie wszystkie, ale część tak).
Od dobrych 3 lat mieszkam z babcią (w sumie to wcześniej ciągle tam bywałam, tylko w domu spałam). Babcia utrzymywała mnie i moją młodszą siostrę z swojej emerytury i dorabia sobie jako sprzątaczka, żeby nas utrzymać. Wszystkie 500+, alimenty i.t.d pobiera moja mama. Nigdy nawet grosza z tego nie widziałam, a wydatków mam sporo. Zaczynając od biletu miesięcznego czy jedzenia, a kończąc na ortodoncie.
Przechodząc do sedna sprawy, dzisiaj byłam w MOPS-ie, żeby w końcu MOJE pieniądze przychodziły na MOJE konto. Pani w okienku powiedziała mi, że niestety muszę przyjść z mamą. Ja jej spokojnie wytłumaczyłam, że z nią nie mieszkam i że ona nie przyjdzie tutaj z własnej woli. Co usłyszałam od babki? Że to jest MÓJ problem i że oni tu nie są od rozwiązywania problemów rodzinnych. Nie dość, że nie zmieniła mi numeru konta, to jeszcze podsunęła mi do podpisania upoważnienie do wypłacania świadczeń mojej mamie. Podarłam ten świstek i wyszłam stamtąd z płaczem.
Nie dość, że całe dzieciństwo człowiek ma zepsute, nie może odzyskać swoich pieniędzy, żeby mieć co włożyć do garnka, to jeszcze mówią ci, że to jest twój problem. No fajny start w dorosłość.
O tym, jak ciężko trafić na normalnego wynajmującego mieszkanie.
1. Dzwonię i pytam, aktualne. Wszystko okej, wydaje się, że koleś z tych, z którymi zawsze można się dogadać. Mieszkanie ma niższą cenę, bo do remontu i nieumeblowane, ale akurat szukam pokoju bez mebli, a remont ma mi kto zrobić. Więc pytam, kiedy mogę obejrzeć mieszkanie, facet mówi, że dopiero w weekend i żeby zadzwonić w piątek. Tuż po moim telefonie, wszedł na portal i podniósł cenę mieszkania. Dzwonię potem, czemu cena wyższa, a właściciel struga głupa, że nie, coś mi się pomyliło, taka była. No cóż, szukamy dalej, skoro facet już na starcie kombinuje, to znaczy, żeby się w to nie pchać.
2. Mówię, że cena zainteresowana i zadaję trochę pytań o mieszkanie, a facet, że jeśli jestem zainteresowana, to mam wpłacić już zaliczkę, i dopiero odpowie na pytania. Mówię, że bez umowy nic nie płacę, a on, że w takim razie żegna i na to mieszkanie jest dużo chętnych.
3. Cena i czynsz podane, trochę więcej niż inne oferty, ale okej, potrzebuję mieszkania na teraz. Dla pewności pytam jeszcze o ceny, wszystko się zgadza. Przyjeżdżam, facet podaje umowę, a tam o 300 więcej płatne. I dziwi się, że nie chcę podpisać umowy tylko wychodzę.
4. Mam zwierzę i we wiadomości pytam czy to nie problem. "Nie, to nie problem, zapraszam ze zwierzakiem". Dzwonię, wszystko dogadane, wspominam jeszcze o zwierzaku. "Osobom ze zwierzętami nie wynajmuję".
5. Chcę wynająć mieszkanie w innym mieście, więc oglądając, muszę dojechać. Mówię o tym wynajmującemu i proszę, żeby na ten dzień możliwie tylko ja mogła oglądać mieszkanie, bo nie chcę jechać i dowiedzieć się, że nie aktualne. Wszystko pasuje, on rozumie, tak tak. Jadę, jestem już w tym mieście, kwadrans do umówionej godziny i dostaję sms - "już nieaktualne".
6. Mieszkanie ponownie w słabym standardzie i cena niższa. No ale, nie problem, doprowadzi się do porządku. W ogłoszeniu napisane, że kawalerka. Przyjeżdżam, wchodzę i okazuje się, że dwa pokoje. Jeden zajęty przez matkę wynajmującego. Informuje mnie, że cena niższa, nie dlatego, że standard niższy, ale że do moich obowiązków należałoby dbanie o starszą panią, gotowanie, pranie, zakupy itd.
7. Jestem umówiona i czekam, przychodzi facet. Mówi, że zapomniał kluczy, ale umowę ma do podpisania. Mówię, że w takim razie poczekam i żeby pojechał po klucze, ewentualnie następnego dnia mogę przyjechać. Nie. Tu i teraz umowa do podpisania, a klucze kiedy indziej da. Tylko skąd ja w ogóle mam wiedzieć, że to jego mieszkanie?
8. Była końcówka miesiąca, więc mówię, że mogę wynająć mieszkanie od przyszłego. Był 27 maja, chciałam od 1 czerwca, ale umowę mogłam już podpisać. Nie, on już chce teraz, od 27 maja i za cały maj też mam zapłacić. A kaucja to jednak o jeszcze wyższa.
I to na tyle, bo limit znaków. A mi brak siły.
Od małego w nikim się nie zakochałam. Chcę być kochaną i kochać, ale po prostu tego nie czuję i nigdy jeszcze nie poczułam. Próbowałam dużo razy i nic. Boję się, że nigdy nikogo naprawdę nie pokocham.
Zawsze lubiłem starsze kobiety. A starsze kobiety lubiły mnie. Zaczynając od nauczycielek, a kończąc na koleżankach matki. Ale zawsze byłem traktowany jako młody chłopak, bez żadnych podtekstów, no bo jednak różnica wieku to ok. 20 lat.
Ale gdy miałem jakieś szesnaście lat, zacząłem inaczej myśleć o pewnej przyszywanej "cioci", czyli koleżance mamy. Inaczej, czyli nie jako o cioci, a jako o kobiecie, z którą chciałbym, aby połączyło mnie coś więcej... Pociągała mnie fizycznie. Do tego zawsze miałem z nią dobry kontakt, śmialiśmy się z tych samych żartów, wygłupialiśmy się i w ogóle była super babką! Ładną do tego. Miała wtedy 40 lat. Podejrzewam, że traktowała mnie trochę jak syna...
Nie zważając na to, postanowiłem zacząć najpierw od takich śmieszkowych flirtów itp... Nie umiałem jej powiedzieć, że jej pragnę, bo by mnie wyśmiała. Po kilku głupich tekstach odpuściłem. Znalazłem sobie dziewczynę w swoim wieku. Ale to nie znaczyło niestety, że przestałem myśleć o "cioci". Zdarzało się, że w myślach zdradzałem z nią swoją dziewczynę... Z czasem uznałem, że jednak to nie jest w porządku w stosunku do mojej kobiety... I tak minęło półtora roku. Już dałem sobie spokój z tamtym tematem, skupiłem się na dziewczynie.
W mojej rodzinie trafiło się wesele. Jako że osiemnastka niedługo, to z piciem alkoholu się już nie kryłem. Im więcej alkoholu, tym więcej tańca, wygłupów i... spotkań na papierosku z "ciocią". I na jednym takim spotkaniu zapytałem, czy paliła kiedyś po studencku, zaśmiała się i powiedziała, że nie, ale że możemy spróbować. I spróbowaliśmy. Pocałowałem ją. Nie protestowała. Wsunąłem jej rękę pod sukienkę... i dalej oszczędzę wam szczegółów, jednym słowem było gorąco i nie tylko ze względu na temperaturę na dworze. Stało się to, o czym marzyłem od dawna. I było OK, choć bez żadnych większych fajerwerków. Wróciliśmy na wesele i unikaliśmy się już do końca.
Następnego dnia obiecaliśmy sobie, że zapominamy o wszystkim i nikt się nigdy o tym nie dowie, bo po co mamy sobie niszczyć życie, przez głupi wybryk po alkoholu?
Wiem, że zdradziłem swoją dziewczynę. Wiem, że źle zrobiłem. Ale wiem też, że gdybym jej powiedział, to by nie chciała ze mną być... A ja nie chcę jej stracić. Kocham ją.
Od wesela minęły 4 lata. Dziewczyna jest moją narzeczoną. Z ciocią mamy dobry kontakt. Kibicuje nam. Do tamtej nocy nigdy nie wróciliśmy. Wiemy o tym tylko my...i teraz wy.
Żałuję, że uległem pokusie, bo mogłem przez to stracić najbliższą mi osobę. I możecie mnie krytykować, że się nie przyznałem dziewczynie do tego, ale wtedy brakowało mi odwagi, a teraz... minęło zbyt dużo czasu. Nigdy więcej jej już nie zdradziłem i nie zdradzę.
Jestem strasznie samotna. Mimo że studiowałam stacjonarnie, to nie zawiązałam jakichś bliższych więzi żeby mieć z kim się spotykać czy wynająć mieszkanie i przez półtorej roku siedziałam u siebie w domu w małej miejscowości.
Mam wrażenie, że wszyscy moi znajomi obecni lub byli ułożyli sobie życie lepiej ode mnie. Cały czas myślę o tym co by było gdybym zamiast odtrącać każdego mężczyznę to ułożyła sobie z jakimś życie i miała już dziecko i rodzinę. Tak, mam dwadzieścia lat i nie chcę studiów, chcę męża i rodziny. Nie zależy mi na karierze, chcę po prostu żeby ktoś mnie pokochał, tak po prostu za to jaka jestem.
Mam dwadzieścia lat i nigdy nie byłam w związku, nigdy się nawet nie całowałam, potrzebuję bliskości i tego, żeby ktoś po prostu mnie przytulił kiedy będzie mi źle. Przez ten rok wyobrażałam sobie jakieś chimery, historie o obcych ludziach, napisałam nawet książkę na prawie trzysta stron, która jest całą biografią nieistniejącej osoby, a do tego jest po prostu miernym paszkwilem.
Studia, na których jestem nie sprawiają mi satysfakcji, nie widzę już dla siebie przyszłości. Jedyne czego chcę to zginąć, ale powstrzymuje mnie myśl o cierpieniu mojej rodziny i jakaś iskra nadziei, że jeszcze ktoś mnie pokocha, że będę jeszcze szczęśliwa, ale coraz bardziej przestaję w to wierzyć. Mam coraz większe lęki przed życiem i nie potrafię sobie z nimi poradzić. Przez to półtorej roku żyłam w jakiejś bańce zdalnego nauczania, mieszkania z rodziną, rzadkiego wychodzenia z domu, a wszelkie potencjalne problemy zagłuszałam wyobrażając sobie historie o obcych mi ludziach - teraz widzę, że po prostu nie chcąc myśleć o sobie wymyśliłam sobie jakieś alter ego, które pomimo wielu cierpień zyskuje chociaż miłość i potomstwo. Teraz dopada mnie wszystko ze zdwojoną siłą.
Jestem swoim największym wrogiem i problemem, którego nie mogę zwalczyć. Nie wiem jak mam dalej żyć.
Jestem rocznik '90. I jak to bywało w tamtych latach, czasem nauczyciel oceniał pod swoją miarkę, czyli albo lubił ucznia/klasę, albo nie lubił.
Podstawówka, większa wioska z okolic dużego miasta. Większość nauczycieli szufladkowała nas na podstawie miejsca zamieszkania. Mieszkałeś w bloku popegeerowskim, jesteś gorszy. Dzieci z domków jednorodzinnych zawsze były wywyższane, mimo że parę z nich to były totalne tłumoki. Zawsze na koniec roku szkolnego nagrody za nic... Dużo koleżanek czy kolegów z osiedla mieszkających w bloku wygrywało konkursy gminne, powiatowe czy regionalne z takich dziedzin jak plastyczne czy pisanie opowiadań, lub takie konkursy jak "kangur" (matematyka).
Gdy napisałam test końcowy w podstawówce, miałam wynik podobny do kujonów z domków jednorodzinnych, którym nauczyciele poświęcali więcej czasu. Polonistka była pewna, że ściągałam, skomentowałam, iż to nie w moim stylu i że przecież sama doglądała nas na sali w czasie egzaminu, pewnie by zauważyła, jakby coś było nie tak, bo nie było nas wiele, a było 4 nauczycieli pilnujących egzaminu.
W gimnazjum było lepiej - inni nauczyciele, wszystkich traktowali na równi.
W technikum paru nauczycieli myślało, że są za dobrzy, by nas uczyć... Chemiczka kazała do siebie mówić "pani profesor", mimo że miała tylko magistra. Stwierdziła, że nikt nie jest na tyle dobry, by dostać 5 z jej przedmiotu, więc max można było dostać 3. Cała klasa przeszła na 2, a ja z 3, mimo że nasz materiał był nawet level wyżej niż moich znajomych z innych techników czy liceum.
Fizyk podobnie, lecz był łaskawszy, wstawił mi 4 i parę 3, bo zauważył, że są osoby, które chcą się uczyć i iść na studia.
A matematyczka stała się wredna w ostatniej 4 klasie, bo okazało się, że będzie obowiązkowa matura z matematyki. Stworzono zajęcia dodatkowe (czytaj obowiązkowe dla maturzystów). Matematyczka często zapraszała mnie do tablicy, gdy trzeba było rozwiązać zadanie na poziomie uniwersyteckim lub poprzednie po kimś poprawić, gdyż dobra jestem ogólnie z nauk ścisłych. Niestety pech chciał, że ostatni rok upłynął mi na chirurgii, potem na rehabilitacji, które były w czasie dodatkowej matematyki. Pani za brak 100% obecności bardzo obniżyła mi ocenę - wstawiła mi 2... A maturę zdałam najlepiej w całej szkole, a nawet byłam w wyższej średniej na cały kraj...
I teraz, gdy chcę rozpocząć inne studia w USA, muszę brać dodatkową matmę! Bo dla nich nie liczy się, jak poszła ci matura, tylko to co masz na dyplomie/świadectwie końcowym. Za takie przedmioty jak chemia czy fizyka także policzono mi mały kredyt.
Niesamowity wku*** mnie ogarnia. Oczywiście udało się mi załatwić egzamin z matematyki na uczelni, by pokazać, że nie potrzebuję tego przedmiotu oraz by wpisali ocenę z egzaminu jako zaliczony przedmiot w postaci kredytu (co nie było łatwe w pandemii).
Więc drodzy nauczyciele, jeśli macie tak małe ego i robicie podobnie, to za brak sprawiedliwego oceniania i tym samym respektu dla drugiego człowieka kij wam w plecy, a sól w oczy!
Gdy byłem mały, nie ogarniałem zasady działania windy. Pierwszy raz, gdy miałem z nią styczność był dla mnie traumatycznym przeżyciem. Wracaliśmy do domu z odwiedzin u cioci u wujka. Gdy wsiedliśmy do windy, drzwi się zamknęły, a ja obserwowałem przez okienko (pamiętacie ten stary typ wind z szybą i kratami) jak ciocia i wujek, którzy nas odprowadzili są powoli miażdżeni... Zabiłem ciocię i wujka! A przynajmniej tak to widział mały ja. Wszyscy krewni mieli niezły ubaw z mojej fobii odnośnie korzystania z windy i na siłę mnie do niej wciskali. A największym szokiem było spotkanie się z nimi na jakiejś imprezie. Nikomu nigdy się nie przyznałem.
Odkąd zaczęłam miesiączkować (miałam 10 lat) słyszałam, że chłopcy są źli, że nie mogą mnie dotykać.
Kiedy skończyłam 13 i matka zorientowała się, że już nie wierzę, że to bocian dzieci przynosi, wkoło słyszałam, że seks po ślubie, że jak "wpadnę" to mnie z ojcem z domu wyrzucą itp.
Mojego M poznałam jak miałam 18 lat. Po pół roku oddałam mu się, ale miałam takiego pierd**ca na punkcie antykoncepcji, że tabletka+globulka+prezerwatywa mnie nie przekonywały.
I tak się to ciągnęło do ślubu (jakieś 3 lata), potem odpuściłam globulki w sumie to po opieprzu od ginekologa po kolejnej infekcji.
Po kolejnych 3 latach i moich skończonych studiach odpuściliśmy antykoncepcję całkowicie. Chcieliśmy mieć dziecko. Miesiączki co 3 miesiące mój gin kwitował tym, że się muszą hormony po tabletkach unormować. I tak się normowały przez 2 lata.
Młoda byłam i głupia.
Potem były okresy kiedy chcieliśmy dziecka i kiedy niekoniecznie. Dziś mija 8 lat. Dziecka nie ma. Lekarz odszedł na emeryturę. Ja mam już 30+ i coraz bardziej wątpię że się uda.
Chciałabym adoptować, niestety nie ma szans, chyba, że wygramy w totka.
Dzięki Ci Panie za chrześniaków. Chociaż tak w małym stopniu można zaspokoić instynkt macierzyński.
Dodaj anonimowe wyznanie