Jako dziecko byłem potworem w ludzkiej skórze. Terroryzowałem rodzinę odmową jedzenia. Nie i już. Czasy głębokiego PRL, z jedzeniem ciężko, a ja wybrzydzałem. Mama stawała na głowie, by gotować mi to co lubię, bym przełknął chociaż dwa kęsy posiłku. Podawała jak królowi, a mnie wystarczył jeden krzywo pływający w pomidorowej klusek, żebym wylał ją na podłogę.
Chodziła ze mną po lekarzach, psychologach, byłem nawet u psychiatry. Nie pozwalała tacie na mnie krzyczeć ani mnie bić za moje wybryki. Niewiele pamiętam z tamtych czasów, ale pamiętam, że dosłownie karmiłem się terrorem sprowadzonym na rodzinę i poczuciem boskości, gdy niemal bili mi pokłony, gdy już zgodziłem się zjeść kilka kęsów. Byłem niedożywiony. Zamykano mnie w szpitalach, wysyłano na obozy, do dziadków, pozwalano mi się głodzić przez dwa tygodnie - nic nie pomagało.
Tutaj chcę zaznaczyć, że nie pochwalam metod opisanych poniżej i opisuję tutaj mój indywidualny, porąbany przypadek. A do tego jak to się skończyło, nigdy nikomu się nie przyznałem - poza Wami.
Po paru latach gehenny mama odpuściła bronienie mnie przed ojcem. Jedno i drugie tęgie lanie przekonało mnie, że warto trochę odpuścić. Każdy posiłek poprzedzony był urządzaniem przeze mnie cyrku i zmasakrowaniem mi dupska kablem od prodiża. Ale coś tam jadłem, skończyłem z wywalaniem jedzenia na podłogę. To jednak nie było rozwiązanie problemu, rodzice mnie kochali i niemal zwariowali z mojego powodu.
Pewnego dnia mama nie wytrzymała i zagroziła, że mi tę zupę przez tyłek wleje. Taty akurat nie było, więc urządziłem dziką awanturę, z biciem mamy włącznie. Akurat była na u nas ciotka.
- Dawaj go tutaj - powiedziała do mojej mamy, po czym przywiązały mnie wypiętego do dębowej ławy. Zakneblowały i... spełniły groźbę. Mama wpompowała mi wystudzoną, płynną część zupy za pomocą gruchy do lewatywy prosto w tyłek.
Nikt poza mną i nimi nie wie, jak mnie "odczarowano". Gdy teraz sobie przypominam, jakim byłem gnojem, myślę sobie, że dobrze mi tak było. Chwilowy ból dupy był niczym w porównaniu do tego, który zadawałem rodzicom latami i do dziś mi wstyd. I za siebie, i na wspomnienie tamtej lewatywy.
Będzie o ortalionowych rycerzach.
Mam 180 cm wzrostu, 72 kg masy oraz od 15 lat ćwiczę mieszane sztuki walki. Mam też kumpla Arka, z którym trenuję od początku. On w międzyczasie zrobił się dwa razy większy. Tyle słowem wstępu.
Sytuacja z wczesnej wiosny. Z mniej ważnych powodów jechałem do Arka pożyczonym od siostry fiatem 500, kto widział ten wie, że auto iście kobiece. Stojąc na światłach podjechało obok mnie bmw, rocznik model oraz załoga idealnie opisująca kwiat polskiej młodzieży zwanej dresami. Dużo o nich tu czytałem, ale osobiście natrafiłem na ten najciekawszy (dla mnie) sort tych wyzwolonych od prawa ludzi na dodatek, aż 5 w jednym miejscu. Jeden z nich otworzył okno i coś tam krzyczy, wyzywając mnie od metalowych części roweru i szydząc z samochodu. Olałem to i pojechałem dalej, ale oni mieli z tym jakiś duży problem.
Najpierw kierowca jechał mi na zderzaku, więc (co ważne) zdjąłem nogę z gazu. Domyślać się możemy co ortalionowi rycerze pomyśleli. Wyprzedzili mnie, zahamowali gwałtownie i wybiegła zgraja 5 sebków z auta. Jeden zdążył kopnąć mi w grill zanim wycofałem, głupi nie jestem 5 na 1 to zły bilans. Dresy się zapakowały do karocy i jadą za mną, zbyt spokojnie aby odpuścić. Wiedziałem co myślą. Szybki telefon do Arka z informacją, że będziemy się napi****lać. Błyskawiczne opracowanie planu i jak gdyby nigdy nic z ogonem podjechałem pod parking przy wiejskim sklepie blisko Arka, który w międzyczasie zdążył się ukryć bardziej z tyłu.
Tutaj słowa jakie padły można pominąć, ale sytuacja wyglądała tak, że dresy rzuciły się w moja stronę, 3 leżało, gdy ja pierwszy raz dostałem od kolejnych dwóch, bo oczywiście kumpel chciał zobaczyć, czy dam radę...
Wyszedł on. Złapał tych dwóch. Dresom zbladły twarze, a potem odjechały sine na pamiątkę.
Historia bez morału. Fajnie się ponapier******!
Odkryłem ostatnio, że moja była w trakcie naszego związku opisywała na blogu wszystkie moje łóżkowe ruchy, więc cały internet pozwolił sobie krytykować mój seks-repertuar.
Nakryłam mojego męża na seksie z inną kobietą w naszej sypialni. Co zrobił, kiedy mnie zobaczył? Zamknął drzwi.
Kiedyś powiedziałem do nauczycielki „mamo” XD
Na trzecim roku studiów wynająłem wraz z koleżanką mieszkanie w kamienicy. Ja wprowadziłem się kilka dni wcześniej, więc byłem tam całkiem sam, znajomi też byli jeszcze w swoich stronach.
Przechodząc z pokoju do łazienki, poczułem kilka mokrych kropli na karku, dosłownie jakby ktoś na mnie kichnął. Odwracam się, nikogo nie ma. Na pewno mi się wydawało. Wracając z łazienki poczułem to samo! I usłyszałem takie charakterystyczne dla kichnięcia „pfi”. Nogi miękkie. Chłop, dorosły, prawie dwa metry, a myślałem, że zaraz się posikam ze strachu. Powoli odwracam się i to samo, nadal jestem sam. Przypomniałem sobie wtedy, że w tym mieszkaniu zmarła pewna starsza pani i jej córka postanowiła to mieszkanie wynająć. Jak nic duch tej staruszki mnie nawiedził! Nie wiedziałem co mam zrobić, zacząłem czytać w internecie, czy to możliwe, że nawiedził mnie jakiś duch, co mam z nim zrobić, czy da się coś z tym zrobić. Żyłem w strachu, a za każdym razem, kiedy szedłem do łazienki, czułem to kichnięcie. Myślałem, że zwariuję.
Po kilku dniach dojechała koleżanka, postanowiłem jej opowiedzieć o duchu, o kichającym duchu w naszym mieszkaniu. Wtedy koleżanka mnie uświadomiła, że mój duch to odświeżacz powietrza, który uaktywnia się, kiedy się koło niego przechodzi.
Jestem osobą dość negatywnie nastawioną na miłość przez ojca. Często mówi się, że ojciec to przykład dla córki, jakiego mężczyzny powinna szukać – mój sprawił, że zawsze każdego mężczyznę odrzucam, bo po prostu boję się, że potraktuje mnie tak jak on. Po latach dowiedziałam się, że jestem ofiarą przemocy psychicznej, nie wiedziałam o tym, nie potrafiłam mu się postawić, co doprowadziło mnie do depresji przez cały okres gimnazjum i liceum. Jednocześnie nikt by mi nie uwierzył, że mam problemy w domu. Pochodzę z wykształconej i dobrze zarabiającej rodziny, więc jakim cudem dziecko, które ma wszystko, może cierpieć? W międzyczasie, a dokładnie w pierwszej klasie liceum, odrzuciłam pewnego kolegę, który był mną zainteresowany. Mój strach przed płcią męską sprawił, że w strachu go odtrąciłam. Do dzisiaj chodzi mi to po głowie. Dlaczego? Bo po prostu jest mi przykro, że nie wytłumaczyłam mu niczego, że każdego dnia żyłam w strachu za co tym razem na mnie ojciec nakrzyczy w domu i wyzwie (od suk, dziwek i że mogę żreć ze śmietnika, jak mam problem), ale jednocześnie zostałam wychowana, że moje problemy to nie problemy, więc nie ma sensu się dzielić nimi z innymi. Jest to dla mnie niewyjaśniona sprawa, oczywiście wiem, że on pewnie już dawno o tym zapomniał itp., mnie to jednak ciąży, bo pomimo wyprowadzki na studia wciąż boję się mężczyzn.
Myślę, że nigdy nikomu nie zaufam. Ma to jednak też plusy – nauczyłam się żyć sama, jestem samowystarczalna i stawiam siebie na pierwszym miejscu i wierzę, że osiągnę sukces. Chciałabym tylko powiedzieć temu koledze, że przepraszam, że nic nie wyjaśniłam, że dziwnie się zachowywałam, że uciekałam, bo po prostu miałam piekło w domu, a w sobie ani trochę chęci do życia. Teraz dopiero żyję i teraz mój uśmiech jest prawdziwy :)
Nie lubię, gdy mnie ktoś dotyka, choćby to nawet był ktoś z rodziny. W przypadku mamy jestem nawet w stanie strącić jej rękę i warknąć, że ma mnie nie dotykać. W przypadku pozostałej rodziny czy znajomych powstrzymuję się przed strąceniem ich ręki, jednak czuję, jak napina się mi górna część ciała (głównie barki i plecy), a moją pierwszą myślą jest cofnięcie się kilku kroków, przed czym jednak również powstrzymuję się, nie chcąc po prostu wyjść na wariatkę. Nie ma znaczenia, czy ktoś chce ściągnąć włos z mojego ramienia, poklepać mnie czy przytulić. Chęć wydostania się i wycofania zawsze pojawia się w mojej głowie.
Ostatnio ciocia delikatnie chwyciła kosmyk moich włosów, mówiąc, że sporo urósł mi włosy, odkąd ostatnio mnie widziała. Moja pierwsza myśl - ucieczka. Po krótkiej chwili dopiero odparłam, że coś tam urosły.
Problem ten jednak znika, gdy to ja wychodzę z inicjatywą, chociaż i tak nie robię tego za często i za chętnie. Inni ludzie często przy witaniu się często ściskają sobie ręce, natomiast w moim przypadku kończy się na powiedzeniu ''Cześć'' czy ''Dzień dobry''.
Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, czy we wczesnym dzieciństwie mnie wykorzystał bądź skrzywdził w inny sposób i dopiero kilka lat temu głęboko skrywany uraz psychiczny postanowił dać o sobie znać. A może po prostu miałam za mało kontaktów w dzieciństwie i teraz te normalne czynności po prostu mnie przerażają? Może mam fobię społeczną? Albo najzwyczajniej jestem typem samotnika? Sama już nie wiem i szczerze boję się udać do jakiegoś specjalisty, by odkryć, co tak naprawdę kryje się za tym problem…
Napisałam tu swoje najbardziej intymne wyznanie, uznali to za fake.
Mój nowy lekarz spytał mnie, czy jestem aktywny seksualnie. Powiedziałem, że nie, żeby usłyszeć "OK, można się było tego spodziewać".
No dzięki, kumplu.
Dodaj anonimowe wyznanie