Pewnej nocy postanowiłem posiedzieć do trochę późniejszej godziny, coby ukończyć dodatek do Wiedźmina 3. W pewnym momencie dopadła mnie potrzeba fizjologiczna, a ponieważ toaletę mam na drugim końcu domu, musiałem pokonać dosyć długi odcinek.
W przedpokoju mam spore okno, przez które dobrze widać moją ulicę. Wracając z ubikacji, ujrzałem przez nie namiętnie całującą się parę pod ogrodzeniem sąsiada. Było już bardzo późno, więc pewnie sądzili, że mieszkańcy co najwyżej przewalają się na drugi bok w swoich łóżkach i widocznie przeoczyli zapalone światło w moim domu. Zaskoczony tym widokiem podbiegłem wyłączyć światło, po czym ukradkiem zbliżyłem się do okna, aby stanąć w odległości około 1,5 m od niego i poobserwować parę. Zerkałem na twarz uniesionej rozkoszą dziewczyny i jej partnera całującego ją po szyi z ręką w jej majtkach. Chwilę potem odważyli się przejść do czegoś poważniejszego i rozpoczęli kopulację. Niesamowicie mnie to podnieciło, jak żaden film porno. Niestety po paru minutach mój pies wszystko zepsuł i przegonił osobników.
Tak więc po raz pierwszy widziałem seks na żywo poza ekranem monitora.
Pozdrawiam, 22-letni stulejarz.
Instytucja, w której pracuję, organizowała jakiś czas temu konkurs wiedzy dla dzieci z podstawówki. Byłam członkiem komisji sprawdzającej prace, a dodatkowo miałam w czasie całego wydarzenia robić zdjęcia. Dowiedziałam się dzień wcześniej, że jedyne dokumenty, jakie mamy od dzieci, to karty zgłoszenia do konkursu. Nie było w nich zgody na udostępnienie wizerunku, osoba przygotowująca karty i regulamin nie dopisała tej formułki. To tylko formułka, ale bardzo istotna z punktu prawnego – brak zgody na piśmie oznacza, że nie wolno nam publikować zdjęć dzieci.
W czasie całego wydarzenia gimnastykowałam się, jak tylko mogłam, żeby robić zdjęcia, na których będzie wiadomo, co się dzieje, ale nie będzie widać twarzy dzieci. Ręka pisząca test, tłum głów z tyłu i tym podobne. Twarze tylko naszych pracowników.
Zrobiłam też jedno zdjęcie z przodu, obejmujące wszystkich uczestników, żebyśmy mieli do notatki służbowej, do wpięcia w dokumenty.
Następnego dnia zaglądam na media społecznościowe, a tam widzę właśnie TO zdjęcie z opisem, jaki mieliśmy wspaniały konkurs. Moja genialna koleżanka, organizatorka konkursu, doskonale wiedząc, że nie mamy prawa do publikacji wizerunku, wybrała akurat to zdjęcie z twarzami, bo pozostałe „tak z tyłu, to tak ładnie nie wygląda”.
Ręce opadają. Na szczęście jak na razie żaden rodzic ani żadna kontrola tego nie wyłapała.
Jestem 27-letnią kobietą, którą niestety natura obdarzyła wysokim wzrostem, tj. 190 cm, no i też z własnej winy jestem przy kości. Całe życie w szkole byłam prześladowana, przez co nigdy nie potrafiłam uwierzyć, że mam jakąkolwiek wartość jako człowiek. Unikałam kontaktów i relacji, bo mój mózg zaprogramował się tak, że na nic dobrego nie zasługuję. Jak w miejscach publicznych dostawałam jakąkolwiek reakcję od mężczyzny, zakładałam, że myśli, jakim potworem jestem. Aż pewnego dnia w październiku zeszłego roku, idąc do kas samoobsługowych w markecie z czerwonym owadem, asystent kas samoobsługowych prawie złamał szyję, jak się pojawiłam w jego polu widzenia, a mnie nie wiem co wtedy trafiło, że również się na niego patrzyłam, zamiast się kasować. Nigdy obcym ludziom nie patrzę w oczy. Może to te jego długie blond loki albo to spojrzenie... Trwało to 10 sekund.
Dwa dni później, również chłop sobie prawie szyję złamał, gapimy się, ja się kasuję, a on po czasie wypalił najsłodsze „dzień dobry”, jakie usłyszałam, a mnie zmroziło do tego stopnia, że myślałam, że odpowiedziałam, ale głos utknął mi w gardle i nie byłam w stanie spojrzeć na niego, bo wiedziałam, że się spalę. Potem zauważył, że mi sok cieknie i mi pomógł, za co podziękowałam i wyszłam spalona ze wstydu.
Następne dwa razy po prostu się gapiłam, bo nie wiedziałam, co zrobić i jak się zachować. I już nigdy go więcej nie zobaczyłam. Bardzo tego żałuję do dziś.
Z tego miejsca, jeżeli kiedykolwiek byś to przeczytał, to z całego serca Cię przepraszam. Nie chciałam wyjść na zimną i niezainteresowaną, tylko po prostu byłam w wielkim szoku, że ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę.
A dla mnie samej i może innych: życie naprawdę zaskakuje, tylko trzeba zacisnąć zęby i złapać okazję, bo inaczej będzie się żałować miesiącami.
Moja ciotka lubi wypić. Nie jest alkoholiczką, ale raz na kilka miesięcy lubi się „zresetować”. Wujek z kolei nie toleruje alkoholu. Kilka lat temu byłam akurat u kuzynki na weekend, kiedy cioci wypadł „reset”. Wróciła w stanie, w jakim jeszcze chyba nigdy nikogo nie widziałam. Jako że z wujkiem mieli osobne sypialnie, ten jej nawet nie widział... A może nie chciał widzieć ani słyszeć, bo narobiła takiego rabanu, że chyba zmarłego by obudziła.
Rano, jak to na wsi, każdy ma swoje obowiązki i to zakorzenione tak, że choćby paliło się i waliło, a po schodach trzeba schodzić na czterech, to się wstaje i idzie.
No to ciocia wstała. Tyle że żołądek tez się obudził i zaprotestował. Wychodząc z łazienki, zobaczyłam tylko, jak ciocia odchyla dywan i... uciekłam. Współczułam sprzątania. Chyba niepotrzebnie. Ciocia, żeby nie musieć sprzątać i żeby się nie wydało, jak gdyby nigdy nic zawołała podwórkowego psa, który po niej posprzątał. Ja na ten widok na szczęście zdążyłam do łazienki, a jeszcze przytuliłam od cioci 20 zł, żeby się nie wydało.
Mam dwa razy starszego ode mnie kuzyna. Moja rodzina zawsze była blisko z jego, więc spędzali u nas dużo czasu, przyjeżdżali, jak tylko nadarzyła się okazja. Mieszkaliśmy z dziadkami, więc oni również byli powodem ich częstych odwiedzin.
Wspomniany starszy kuzyn jest niepełnosprawny umysłowo od zawsze. Mimo swojego wieku ma mentalność siedmiolatka i jest niezdolny do samodzielnego mieszkania ani tym bardziej pracy, toteż jest skazany na bycie na utrzymaniu swoich rodziców. Sęk w tym, że w ogóle ich nie szanuje. Buntuje się na każde sposoby, podczas komisji lekarskiej specjalnie mówił, że chce iść do pracy, przez co nie dostał renty, a jego leki do najtańszych nie należą i każda pomoc jego rodzicom się przyda, ale on nie będzie im pomagał. Wiecznie narzeka, nic nie robi, dzwoni na policję, kiedy mama każe mu wynieść śmieci, bo jego zdaniem to forma znęcania się.
Jego mama to kobieta wykształcona, bardzo uzdolniona w wielu dziedzinach, zabawna i przemiła. Miała świetną pracę, kochającego męża, czego chcieć więcej? Dzieci. Miała problem z tym, żeby je mieć. Ostatecznie udało się, ma trzech synów, w tym tego niepełnosprawnego, który jest zarazem najstarszy. Dla niego zrezygnowała z pracy. Musiała się nim zajmować. Wujek pracuje za granicą i więcej go nie ma, niż jest.
Ciocia stara się jak może, ale z roku na rok jej najstarszy syn jest coraz gorszy.
Mnie było ciężko go znieść w dzieciństwie i zawsze było mi przykro, jak widziałam, jak on traktuje tak wspaniałą ciocię, a jego mamę. Zawsze byłam zła na niego za to. A on nic nie rozumie, jest dumny z tego, że przysparza coraz więcej kłopotów, bo uważa, że to świetna zabawa.
Dorosłam, on nadal jest dzieciakiem, a ja przez te lata doszłam do wniosku, że za nic w świecie nie chcę mieć dziecka, które będzie psychicznie upośledzone. Nie miałabym w sobie tyle siły, aby normalnie z takim dzieckiem funkcjonować. Mój ukochany również jest tego zdania, że fizyczna niepełnosprawność nie byłaby żadną przeszkodą, ale psychiczna wymaga za dużo. Chcemy mieć dzieci, trójkę, a jak będą starsze, to założyć rodzinny dom dziecka i wychować ostatecznie jeszcze więcej! Uwielbiamy dzieci, ale z niektórymi moglibyśmy nie dać rady. Dlatego dokonałam już aborcji. Nic przyjemnego. Nie chciałabym robić tego drugi raz, ale jeżeli miałabym urodzić ciężko chore dziecko, to znów bym się nie zawahała.
Moje pierwsze praktyki w szpitalu, oddział, na którym wielu pacjentów było niesamodzielnych z utrudnionym kontaktem. Mieliśmy odpowiadać na dzwonki pacjentów, iść na salę i pomagać w prostych sprawach, a jeśli coś nas przerastało, wołać pielęgniarkę.
Pewnego ranka w czasie śniadania zadzwonił pan Stanisław. To był pacjent leżący, rozumiejący, co się do niego mówiło, ale sam potrafił wypowiedzieć pojedyncze słowa i miał wadę wymowy, przez co trudno się z nim rozmawiało. Bardzo się irytował, kiedy go nie rozumieliśmy.
– Kawkę – powiedział, kiedy podeszłam.
Podsunęłam kubek z kawą zbożową, żeby w był w jego zasięgu.
– Kawkę – powtórzył pacjent.
– Dziś kawka, nie herbata – potwierdziłam.
– Kawkę – powtórzył pacjent już zirytowany.
Uznałam, że chce prawdziwą kawę i zaproponowałam, że jeżeli ma, to mu ją zrobię. Ani drgnął.
– Kawkę – powtórzył za złością.
Pomyślałam, że nie ma przy sobie, więc kupię mu w automacie. Nie pamiętałam cen, więc zaproponowałam, że odda mi później.
– Kawkę, kawkę, kawkę! – wykrzyczał pan Stanisław, był już naprawdę wkurzony.
Zaczęłam dopytywać, czy chce z mlekiem i cukrem, a w międzyczasie weszła pielęgniarka. Spojrzała na mnie z politowaniem.
– Pan chce kaczkę... – mruknęła.
Kiedy miałam 8 lat, dostałam jednego z pierwszych ataków paniki. Czasami mi się to zdarzało, jednak to był pierwszy tak mocny, przez co zamknęłam się w łazience na klucz i leżąc na podłodze, dusiłam się łzami, pisząc do mojej mamy (która siedziała w pokoju obok), błagając ją, żeby mi pomogła, ponieważ nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Ignorowała mnie przez godzinę, po czym skwitowała mnie wiadomością o treści: „Uspokój się, bo dzieci takie jak ty kończą w psychiatryku” (nie skończyłam nawet u psychologa, a co dopiero w psychiatryku).
Po czterech latach, kiedy zauważyła, że się samookaleczam (zaczęłam w wieku 10 lat), powiedziała, cytuję: „No i po co to robisz, blizny będą potem źle wyglądać, ogarnij się w końcu”. Po kolejnych dwóch latach nagle zaczęła się dziwić, że uciekam z domu, nie chodzę do szkoły, piję prawie codziennie albo śpię cały czas i ogólnie sprawiam dużo problemów. Pomimo że mówiłam wprost, że inaczej nie umiem wyrazić wołania o pomoc, zamiast pomocy albo chociaż próby zrozumienia dostawałam wykłady, że jestem głupia, niewdzięczna, leniwa, a jak awantury nie pomagały, nasyłała na mnie 5 lat starszego brata, żeby mi to „wytłumaczył”, czyli po prostu mnie bił do tego stopnia, że raz uszkodził mi żuchwę, raz skopał tak, że złamał żebro itp., ale oczywiście najczęściej miałam masę ogromnych siniaków przez nawet kilka tygodni
A teraz po kolejnych dwóch latach dziwi się, że nie chcę z nią rozmawiać, spędzać czasu ani tym bardziej mówić o niczym czy przyjąć od niej pomocy :)
Moi rodzice pilnowali mnie jak Norek Krawczyka przy obiedzie. Chłopaków zero. Ucz się. Przyjaciele nie mają sensu. Ucz się. Jakie imprezy? Ucz się.
No i się wyedukowałam.
Poznałam na tych uczelniach męża. Jesteśmy ogarnięci, samodzielni i szczęśliwi. Wzięliśmy ślub, wesele było cudne. Rodzice dumni. Czekają na wnuka. Sugerują. Kuksańce, przytyki i głośno wypowiadane „życzenia rozwoju”.
No ale przecież jestem wyedukowana, co nie? Wiem, skąd się biorą dzieci, jak ciąża wyniszcza organizm i jak wygląda ta „rodzinna sielanka” – przecież rodzice pokazali mi, jak cudnie wychowuje się strachem, wymaganiami, porównywaniem i oczekiwaniami.
Mąż zrobił najwspanialszy zabieg. Nigdy się nie przyznamy, prędzej powiemy, że bezpłodność dotknęła i nas. Jesteśmy wolni i szczęśliwi, a z oczekiwań kochanej rodzinki mamy zdrowy ubaw.
Mam kumpla, z którym znam się od paru lat, ale wielokrotnie przekonałem się o tym, że jest fałszywym, kłamliwym egoistą, którego przeszywa zazdrość. Miarka się przebrała, kiedy za jego sprawą straciłem szansę otrzymania bardzo dobrej pracy.
Kiedyś na imprezie przystawiała się do mnie jego żona i wylądowaliśmy w łóżku. Od tamtej pory spotykamy się co jakiś czas, jak zadzwoni. Okazała się mega nimfomanką bez hamulców, z którą można zrobić dosłownie wszystko. Narzeka, że mąż jej nie zadowala i jest strasznie nudny w sypialni.
Najlepsze jest to, że czasem przy piwie opowiadam mu te akcje, które z nią robimy, oczywiście nie mówiąc, że chodzi o jego żonę. Wzdycha i odpowiada, że gdyby miał taką wariatkę, toby z niej nie schodził. Taki z niego macho :).
Będąc w przedszkolu, marzyłam o cekinowym plecaczku. Jedna dziewczynka miała taki i jak mi się podobał! Rodzice zgodzili się kupić mi taki, ale identycznego nie znaleźli, tylko błyszczący, ale bez cekinów. Kiedy poszłam do szkoły, temat plecaczka umarł śmiercią naturalną, bo nie zmieściłabym w nim potrzebnych rzeczy.
Minęło około ćwierć wieku. Zobaczyłam taki plecaczek jak tamten wymarzony i go kupiłam. Później siedziałam przy oknie i obserwowałam refleksy światła w cekinach. Cieszyłam się jak dziecko. Dawno nie sprawiłam sobie takiej radości.
Dodaj anonimowe wyznanie