Przez dwa ostatnie lata liceum przyjaźniłam się z Bartkiem, na zasadzie podsyłania sobie zboczonych memów i dziwnych filmików, których humor tylko my rozumieliśmy, i spędzania wolnego czasu po szkole w towarzystwie wspólnych znajomych. Całkiem dobrze się przy nim czułam, ale nigdy nie dawałam żadnych sygnałów, że mogłoby być z tego coś więcej. Starałam się go nie dotykać, żeby nie poczuł zbytniej bliskości, a nawet w żartach, rzadziej niż do innych kolegów, rzucałam do niego wyświechtanymi tekstami na podryw. Wszyscy w ekipie tak robiliśmy. Kiedy Bartek pierwszy raz próbował się do mnie zbliżyć, stanowczo odmówiłam. Wiedziałam, że w romantycznych relacjach z dziewczynami nigdy nie miał do nich szacunku. Był strasznie seksistowski, nawet gdy, zauważając to, przestałam z nim żartować na takie tematy. Mówiłam, że życie to nie porno i żeby się ogarnął. Nie brał tego na poważnie, a inni nie widzieli problemu. Oprócz tego był w porządku. Często pomagał bezinteresownie, nie chciał za swoją pomoc brać pieniędzy, miał wiele zainteresowań. Ale po tym pierwszym razie stał się nachalny. Łapał mnie za udo, gdy gdzieś jechaliśmy, obejmował w pasie. Zawsze wtedy mówiłam, że tego nie chcę i odsuwałam się. Ale Bartka chyba to jeszcze bardziej nakręcało.
Nasi znajomi zaczęli mnie napominać – dlaczego jestem taka niedostępna, dlaczego nie dam mu szansy. Ale ja czułam, że on jest toksyczny. Że nie chcę. To było frustrujące.
Pewnego wieczoru ostro sobie popiliśmy ze znajomymi. Bartka wtedy miało nie być, więc, spokojna, ulokowałam się w pokoju gościnnym gospodarza i próbowałam zasnąć.
Ale przyszedł. Usłyszałam go, chciałam szybko uciec z pokoju, ale był szybszy. Wszedł, zamknął drzwi i rzucił mnie na łóżko. Wepchnął mi język do gardła, dotykał mnie wszędzie. Mówił, że tego przecież chciałam, charczał do ucha, że będzie mi z nim dobrze. Nie mogłam krzyczeć, wyrwać się. Płakałam. Wtedy zadzwonił mój telefon, Bartek speszył się, gdy zobaczył, że to mój ojciec. Zapiął spodnie i wyszedł z pokoju.
Następnego dnia znajomi mówili, że czas najwyższy, że oni wiedzieli, że w końcu do tego dojdzie. Bartek powiedział im, że jesteśmy parą. Nikt mi nie uwierzył. Według nich taki dobry chłopak nie był zdolny do takich strasznych rzeczy. Wmawiali mi, że to był sen. Uznali mnie za świruskę.
Wyjechałam na drugi koniec Polski na studia. Tylko rodzina wie gdzie. Bartek próbował się ze mną kontaktować. Pisał, że mnie kocha. Że się zabije beze mnie. Potem, że przecież był dla mnie miły, dlaczego nie chcę z nim być. Mówił, że mam szczęście, że mnie zechciał, choć jestem gruba. Zablokowałam go.
Kończę studia, a dalej czuję się brudna. Rzadko kiedy się śmieję. Nie wiem, czy kiedyś sobie z tym poradzę.
Wybrałam życie bez znajomych. To nie tak, że jestem zbyt nieśmiała, po prostu nie lubię ludzi i z nikim nigdy nie wychodzę, nawet z rodziną. Wystarczy mi towarzystwo roślin i książek. Żeby jednak całkiem nie zdziczeć, przeprowadzam krótkie rozmowy z klientami przez internet – sprzedaję sporo rzeczy wykonanych przeze mnie lub pozbywam się staroci. I tu moja ulubiona część w tych krótkich kontaktach – dokładnie przeglądam profil chętnego nabywcy, cieszę się ze szczęśliwych momentów, które udostępnia, patrzę, czym się interesuje i wtedy ozdabiam koperty według preferencji i dołączam ciekawy drobiazg, nie informując o tym uprzednio. A po zdobyciu danych do wysyłki sprawdzam miejscowość, w której ktoś mieszka. Niektóre miejsca okazały się tak piękne, że postanowiłam je zwiedzić.
Najtrudniej jest, gdy ktoś ma prywatny profil i nie mogę na jego podstawie nic wywnioskować. Wtedy nie wiem, co dołączyć, więc udaję, że muszę opóźnić wysyłkę i w ramach rekompensaty proponuję dodać coś, co wybierze dana osoba. Zazwyczaj jest to czekolada.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie muszę zgłębiać się w tych relacjach. Ja zaspokajam swe wrażenia estetyczne i dostaję pieniądze, a klient cieszy się z kupna przedmiotu i dodatku, który „jakimś cudem” trafia w jego gusta.
To jedyne momenty, w których ludzi toleruję, bo mnie doceniają. Poza nimi unikam ludzkości jak ognia.
Kiedyś to było...
W zerówce było fajnie. Jedyne, co miało zły wpływ na świetnie spędzony tam czas, było to, że przez jakiś czas wstydziłem się pytać pani, czy mogę iść do toalety, co skończyło się kilka razy mokrymi majtami. Lecz pewnego razu, kiedy przezwyciężyłem wszystkie opory, w końcu poszedłem do tej toalety z ogromną potrzebą wysikania się. Kiedy doszedłem do toalety, okazało się, że ktoś tam już siedzi. Pukałem i próbowałem otworzyć drzwi z coraz większym ciśnieniem, ale się nie udało. Kiedy już wiedziałem, że się nie uda, zrobiłem to, co pierwsze wpadło mi do głowy. Wszedłem do pomieszczenia obok, gdzie były prysznice, i tam z ulgą załatwiłem swoją potrzebę. Jakież to było zwycięstwo! Po dokonaniu tej czynności wróciłem do sali i wznowiłem to, co musiałem przerwać.
Myślałem, że nikt się nie dowie, lecz niestety stało się inaczej.
Przyszła pani sprzątaczka i z oburzeniem spytała, kto nasikał do pryszniców. Nikt się nie zgłaszał i nikt nie zadawał szczegółowych pytań, więc po wyjściu sprzątaczki uznałem to za kolejne zwycięstwo.
Tak że tak to kiedyś było. Mam nadzieję, że nikt wtedy nie połączył tych faktów ze mną.
Przypominała mi się taka jedna śmieszna sytuacja z wakacji.
W ubiegłym roku moja rodzina wyjechała na 2-tygodniowe wakacje, więc razem z dziewczyną mieliśmy cały dom tylko dla siebie. Wieczorem dziewczynie było trochę zimno, więc poszedłem do pokoju siostry, aby pożyczyć kołdrę. Pod kołdrą znalazłem kartkę: „Nie rób tego w moim łóżku”.
Dzisiaj wpadł do mnie mój brat cioteczny, z którym łączy nas ponad dwudziestopięcioletnia, nigdy nienaruszona przyjaźń. Rzucił się na mnie z rykiem wściekłości, złapał za krtań i zaczął wyciskać ze mnie oczy, przerywając spektakl dopiero wtedy, gdy moja narzeczona rąbnęła go dębowym krzesłem w grzbiet.
Dlaczego chciał mnie zabić? Ma sześcioletnią córeczkę – uwielbiam dzieciaka, dzieciak mnie i gdy trzeba jej popilnować, zawsze jest odstawiana do mnie, tak jak dzisiaj rano. Po południu mama zabrała ją do domu i gdy kuzyn po powrocie z pracy zapytał latorośli: „Co tam dzisiaj namodziliście ze stryjkiem?”, mała zaczęła słowami: „Fajnie, jak zwykle dał mi ptaszka do possania!”.
Nie dodała tylko, że non stop zapomina, iż te twarde cukierki zawsze stojące na moim biurku nazywają się „kukułki”...
Długo zastanawiałam się nad dodaniem tej historii, bo nikt o tym nie wie, ale może mi choć trochę ulży na duszy, jak w końcu to z siebie wyrzucę.
10 lat temu urodziłam syna, jak się trochę później okazało, ma autyzm. Cały problem w tym, że sądzę, iż to moja wina. Dlaczego? Jak byłam w drugim miesiącu ciąży, strasznie pokłóciłam się z mężem. On wyszedł z domu (do kolegi), a ja zostałam sama, wkurzona na maksa. Wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu postanowiłam zalać smutki (ogólnie nie lubię alkoholu, nie wiem skąd ten pomysł w mojej głowie). Prawie opróżniłam półlitrową butelkę czystej i poszłam spać. Nie wiem, o której wrócił mąż, ale położył się na kanapie, więc nic nie poczuł. Jakiś czas później z mężem się pogodziłam i o sprawie zapomniałam. Przypomniał mi o wszystkim, kilka lat później, program w telewizji. Usłyszałam, że w drugim miesiącu ciąży u dzieci powstają połączenia nerwowe w mózgu, a mimo iż przyczyny powstawania autyzmu nie są do końca znane, wiadome jest, że autyzm to właśnie problemy w połączeniach nerwowych.
Od tamtego czasu nie mogę sobie darować tego jednego wybryku, niszczy mnie myśl, że przez głupotę skrzywdziłam własne dziecko. Ale muszę żyć z tą świadomością, muszę być silna dla syna i pomagać mu w możliwie jak najlepszym przystosowaniu do życia. Nigdy o tym nie powiem ani synowi, ani nikomu innemu. Tylko wy, anonimki, będziecie wiedzieć.
Miałam w szkole koleżankę, która jest dość... nie oszukujmy się: gruba. Wszyscy się z niej śmiali, ale ja zawsze brałam jej stronę i zawsze starałam się jakoś obrócić to w żart, żeby nie brała tego wszystkiego do siebie.
Szło mi całkiem nieźle i to do tego stopnia, że ostatnio powiedziała mi: „Ja to tylko jestem gruba, ty jesteś wysoka i szczupła, ale co z tego, skoro jesteś płaska jak deska”. No nie powiem, zabolało.
Wolę pograć z dzieciakami z okolicy w piłkę, niż iść na piwo z ziomkami :D
Dziwna ta dzisiejsza telewizja. Skakałem po kanałach (nie jak Mario :)) i zobaczyłem tytuł: „Życie seksualne studentek”. Brzmiało zachęcająco, ale nie wytrzymałem 5 minut. Na szczęście na innym kanale leciała „Xena wojownicza księżniczka”.
Rozmawialiśmy z mamą i bratem o zaręczynach. Mama wyciągnęła z pudełka swój pierścionek zaręczynowy (nie nosi go, ponieważ o wszystko się zaczepia), pokazała go mi, a później mojemu bratu, który zapytał, od kogo dostała ten pierścionek...
Pytanie brata, zwaliło mnie z nóg, bo rodzice nie rozwodzili się i cały czas są razem.
Dodaj anonimowe wyznanie