Jakiś czas temu wybrałam się z rodziną na wycieczkę do Warszawy. Chodziliśmy cały dzień po mieście, zwiedzając różne ciekawe miejsca, i stwierdziliśmy, że jesteśmy zbyt zmęczeni i pora wracać do domu. Chciało mi się bardzo pić, więc poprosiłam, żeby jeszcze chwilę na mnie poczekali.
Poszłam do marketu, wzięłam colę i ruszyłam do kasy. O dziwo, wszystkie były otwarte, ale tylko gdzieniegdzie stała jedna osoba przy kasie. W tle było słychać głos kobiety, która przez głośnik wymawiała jakieś cyfry. Dumnie ruszyłam w stronę jednej z kas, gdzie nikogo nie było. Kiedy już byłam obsługiwana przez kasjerkę, zrozumiałam, dlaczego przy każdej kasie było tak pusto... Na początku wszystkich kas była wielka kolejka, a cyfry, które były wymieniane, to numer kasy, do której można podejść. Myślałam, że spalę się ze wstydu, bo ludzie patrzyli na mnie z wyrzutem, ale do głowy przyszedł mi mega głupi pomysł. Udawałam, że po prostu nie jestem stąd i po angielsku poprosiłam kasjerkę, żeby powiedziała mi, ile mam zapłacić. Kiedy to zrobiłam, podziękowałam i cała czerwona wyszłam ze sklepu :)
Bawi mnie moja koleżanka, która niedawno przeszła na zdrowy tryb życia, jakim jest wegetarianizm/weganizm.
Każda rozmowa na temat jej bycia „wege” wygląda mniej więcej tak:
– Dlaczego nie jesz mięsa?
– Bo nie mogę znieść tego, w jaki sposób zwierzęta są traktowane przez ludzi!
– A czemu nie pijesz mleka?
– A ty byś się cieszył, gdyby ktoś w dzieciństwie zabierał ci jedzenie?!
Wiecie, co jest najbardziej komiczne? Dziewczyna kocha futra i skórzane torebki :)
Pracuję w domu opieki, mam do czynienia z osobami z demencją, Alzheimerem itp.
Praca niełatwa i nielekka, ale jest coś, co daje mi siły na kolejny dzień.
Gdy widzę, że któryś z pensjonariuszy jest smutny, to staram się zagadać i go rozweselić. Często mówię, że przyjechałam z wizytą i jestem ich córką lub wnuczką – tylko po to, żeby choć na chwilę zobaczyć uśmiech na ich twarzach.
Małe kłamstwo, które daje komuś chwilę radości.
Wczoraj poznałam rodziców mojego chłopaka. Jesteśmy razem kilka lat, niedługo kończymy studia, mamy poważne plany, więc wypadało w końcu poznać jego rodziców.
Pierwsze spotkanie, więc nerwy ogromne.
Jego mama przygotowała pyszną kolację, spędziliśmy wieczór, rozmawiając przy stole, trochę mnie wypytywali, wiadomo, ale nie jakoś nachalnie. Było bardzo miło i świetnie się bawiłam, bo atmosfera naprawdę przyjazna. Wydawało mi się, że i oni byli zadowoleni.
Wszystko super i uznałabym, że było OK, gdybym przypadkiem nie usłyszała słów ojca mojego chłopaka. Powiedział mu: „Synu, może i sobie z nią nie pogadasz, ale przynajmniej jest na co popatrzeć”...
W życiu nie czułam się tak podle.
Od sześciu miesięcy spotykam się z chłopakiem. Wszystko normalnie: spotykamy się, wychodzimy razem, nawet spaliśmy razem, chociaż to stało się bardzo szybko i trochę tego żałuję. Poznał moich rodziców, a ja jego, dodatkowo poznałam jego przyjaciół, brata i siostrę, a on moją siostrę. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że tak naprawdę nie jesteśmy razem. Tak... sześć miesięcy się spotykamy, a nie jesteśmy razem. Mam poczucie, że za szybko się mu oddałam, a przez to on nie ma potrzeby się starać i może jakoś sfinalizować naszego spotykania się. Rodzice i przyjaciele myślą, że jesteśmy w szczęśliwym związku. Prawda jest inna. Nawet nie wiem, jak mam go przedstawiać. Boję się zapytać albo z nim pogadać, bo nie chcę się rozczarować. A może boję się straty? Muszę podkreślić, że jest trochę różnicy wieku między nami. On dorosły, a ja? To już możecie się domyślać. Wie o tym jedna osoba, która już wpoiła mi do głowy, że on nie chce ze mną być, bo ma wyjeżdżać do pracy na kilka miesięcy za granicę. Może ta osoba ma rację, może jestem tylko do zatkania jakiejś pustki przez ten czas? Może tak naprawdę nigdy nie byłam i nie będę ważna? Może to jakaś gra albo zabawa, w którą jak na razie nie umiem grać? Nie wiem, co robić, a rozmyślanie o tym mi nie pomaga...
Wyznanie będzie zupełnie anonimowe ze względu na naturę tej strony, ale i także przez wzgląd na konsekwencje, które mogłoby nieść podanie jakichkolwiek danych.
Od pół roku pracuję w czterogwiazdkowym hotelu w Szkocji, otworzonym kilka lat temu w pięknym, niewielkim dwunastowiecznym zamku. Specjalnością hotelu jest organizacja ślubów (hotel posiada własną kaplicę) i wesel, wygrał sporo nagród, ale tego, co ostatnio się w nim dzieje, nie jest świadomy żaden z gości.
Ponieważ właścicielka hotelu zarobione pieniądze wydaje, zamiast oszczędzać lub inwestować w biznes, oszczędności robi się w inny sposób. Na przykład zwalniając pracowników i nie wypłacając im ostatniej pensji lub wypłacając ją z kilkutygodniowym opóźnieniem. W związku z tym hotel nie posiada od kilku tygodni pracownika, który wykonywałby niewielkie czynności remontowe czy hydrauliczne, czego efektem jest zimna woda w umywalkach, przeciekające kaloryfery i rury, cieknący sufit, niedziałające toalety (!). Zerwano kontrakt z pralnią, która odbierała i dostarczała pościel oraz obrusy, w związku z czym dodano pranie do obowiązków pracowników sprzątających (a właściwie jednej pracowniczki na 30 pokojów w hotelu). Kiedy kilka dni temu zepsuła się kolejny raz jedyna pralka, nie było nikogo, kto mógłby ją naprawić i przy braku czystej pościeli oraz wszystkich 30 pokojach zarezerwowanych na tę noc pozostała jedna opcja: układanie używanej pościeli na łóżkach tak, żeby wyglądała na nową, ewentualnie przewracając ją na drugą stronę. Takie było polecenie managera.
Sprzątaczki nie posiadają rękawic, w związku z czym używają silnych środków czyszczących bez nich. Nie posiadają także odpowiednich ilości szmatek i ścierek, więc po myciu kubków i szklanek znajdujących się w pokojach, wycierają je... użytymi przez ostatnich gości poszewkami na poduszki.
Hotel nie posiada kucharza, który byłby w nim codziennie od rana do wieczora, zdarza się, że posiłki gotuje kelnerka. Kiedy poprosisz o danie wegańskie/wegetariańskie/bezglutenowe, kelnerka poda ci danie bez żadnych zmian, choć zadeklaruje inaczej. Właścicielka hotelu została eksmitowana z pobliskiego domu za niepłacenie czynszu, więc jedynym szefostwem jest obecnie manager, który pojawia się jedynie kilka dni w tygodniu i zazwyczaj gotuje lub sprząta, bo brak rąk do pracy. Pracowników traktuje się bez szacunku.
To nadal nie wszystko, ale na resztę brak już znaków. Pracuję tam po to, by oszczędzić pieniądze, ale za tydzień składam wypowiedzenie. Celem tego wyznania jest tylko uświadomienie Wam, żeby nie dać się oszukać przez hotele i restauracje – jeśli dzieje się w nich coś niepokojącego, nie dajcie się omamić, po prostu wyjdźcie i zrezygnujcie z posiłku czy noclegu, bo mogą tam dziać się rzeczy, które nie przyszłyby Wam nawet do głowy.
Mieszkamy w domu podzielonym prowizorycznie na dwie rodziny. Ja, partner i jego syn w jednej części, moja siostra z córką w drugiej. Mieszkamy tak od ponad roku. W związku z tym, że siostrze nie przelewa się finansowo, a my żyjemy na przyzwoitym poziomie, to za moją namową partner przystał, żeby moja siostrzenica nie czuła się gorsza i traktowaliśmy ją jak członka rodziny – dostawała prezenty tej samej wartości, zabieraliśmy ją wszędzie ze sobą i ogólnie dużo u nas przebywała. Piszę w czasie przeszłym, bo tak było do niedawna. Partner spostrzegł (i niestety ma rację), że siostrzenica (8 lat) zaczęła traktować jego syna (5 lat) i nas bardzo interesownie, robić po złości itd. Zwłaszcza kiedy przychodzi do niej jakaś koleżanka lub kolega, wtedy chłopiec jest natychmiast przez nią odrzucany. Była rozmowa, jedna, druga, trzecia i dziesiąta, ale nic nie dała. W tym momencie ja znalazłam się pomiędzy młotem a kowadłem, bo partner zmienił podejście i stwierdził, że nie będzie sponsorem dziecka, które nie szanuje jego syna i tego, co od nas dostaje, i tak oto widzę zapłakaną siostrzenicę, która widzi przez okno, jak jeździmy na wycieczki, widzi inne rzeczy, czuje moje wypieki itd. Serce mi pęka, bo to moja siostrzenica, a z drugiej strony dzielę przecież życie z partnerem i jego synem i niedługo się stąd wyprowadzimy. Nie dość, że pokłóciłam się w końcu z facetem, to popadłam też w konflikt z siostrą, która ma pretensje, że nie biorę stanowczo jej strony, ale widzę, że przemawia przez nią zazdrość. Boli mnie ta sytuacja, jednak najbardziej pokrzywdzone jest biedne dziecko, bo wiem, że to nie jej wina, że tak się zachowuje, może i ma prawo czuć zazdrość, bo to tylko dziecko i tak reaguje. Niestety mój partner tego nie rozumie, ale jemu też nie powinnam się dziwić, dla niego najważniejszy jest syn. Co z tego, że to siostra powinna ją wychowywać, kupować różne rzeczy i organizować czas, skoro tego nie robi? Ja chciałam uniknąć tego, żeby ona nie czuła się gorsza, a wyszło inaczej. 8 lat to wciąż dziecko. Też byłam kiedyś gorszym dzieckiem i bardzo chciałam zaoszczędzić tego siostrzenicy. Żałuję, że zgodziłam się tutaj wprowadzić.
Mój mąż jest impotentem. Jesteśmy rok po ślubie, już przed zdarzały się akcje typu: coś mnie boli, nie ten dzień, kochanie... ale dopiero w momencie, kiedy dochodziło do gry wstępnej. Wiele razy starałam się, jestem otwarta i nie boję się próbować nowych rzeczy. Tłumaczyłam i prosiłam, żeby mówił wcześniej, że nie ma ochoty, a nie dopiero w akcji. Myślałam, że to moja wina. Bielizna, pieszczoty – walczyłam, jak się dało. Niestety z różnym skutkiem.
Stwierdziłam, że skoro ślubowałam, to nadal będę się starać. Na walentynki zaaranżowałam miłą niespodziankę. Cały dom w świecach, romantyczna kolacja, wino. Ja w pięknej bieliźnie, jakiej nie widział nigdy, czerwone szpilki, kokietowałam. Udawał, że mu się podoba. Flirtował, a ja nawet nie fochałam się o brak kwiatów czy czegokolwiek. Chciałam pokazać, że mimo wszystko mi zależy. Droczył się ze mną, nakręcił... po czym jak zwykle stwierdził, że to nie ten dzień.
Poczułam się upokorzona jak nigdy. Mam wyrzuty sumienia, ale myślę, żeby odejść. Chyba nigdy nie będę szczęśliwa. Anonimowe w tym jest to, że nawet nie mam komu o tym powiedzieć, bo wszystkie koleżanki wokół twierdzą, że ich życie łóżkowe kwitnie. Też bym tak chciała.
Zawsze uczyłam się dobrze, ale nigdy nie byłam kujonką. Przedmioty ścisłe szły mi raczej lepiej od humanistycznych, więc wybór był jeden – politechnika. Poszłam na kierunek ciężki, ale praca po nim jest dosłownie wszędzie i nawet dobrze płatna.
Na początku szło świetnie. Później zaczęły się schody, mimo tego, że umiałam na egzamin bardzo dużo, to nie zdałam, na konsultacjach dowiedziałam się, że jest za dużo studentów na roku i padło na mnie. Innym razem dowiedziałam się, że ściągałam, bo to jest niemożliwe, aby ktoś tak dobrze egzamin napisał. Od kolejnego prowadzącego dowiedziałam się, że jestem debilem i nie nadaję się na studia.
Po pewnym czasie chęć do walki i nauki minęła, gdy widziałam, że inne osoby z roku zdają, mimo że nie nauczyły się wcale, a udało im się ściągnąć. Lub zdają ci, którym wszystko tłumaczyłam lub dawałam notatki, a ja mimo usilnych prób po raz piąty poprawiam podstawowe przedmioty.
Straciłam całkowitą chęć do życia i do nauki, nie mam ochoty się już więcej męczyć, ale z drugiej strony jest mi żal tych wszystkich lat i tego, jak niewiele zostało do końca.
Ogólnie rzecz biorąc, jestem człowiekiem, który stara się dbać o rzeczy, ale nie robię też afery, gdy coś się zniszczy. Żona samochód zarysuje – trudno, nie ma tragedii. Telefon spadnie i pęknie wyświetlacz – zdarza się. I na ogół takie samo mam podejście do wszystkich przedmiotów. Z wyjątkiem książek. Książki są dla mnie świętością i nie wyobrażam sobie, że mógłbym jakąś zniszczyć. Od dziecka byłem wychowywany w domu z dużą liczbą książek i uczono mnie, że nie należy ich niszczyć, trzeba o nie dbać itd. I tak mi zostało do dziś, tylko że teraz zahacza to niemal o obsesję.
Dużo czytam i kupuję dużo książek. Każda nowa książka jest przynoszona do domu i odstawiana na półkę w biblioteczce. I tam sobie stoi. A co robię ja? Ja ściągam tę książkę w formie e-booka i czytam na tablecie. Ktoś mógłby powiedzieć, że wystarczy kupować e-booki i po problemie. No właśnie nie do końca – ja muszę mieć papierową wersję książki. Czasem wchodzę do pokoju z biblioteczką i patrzę sobie na moją liczącą kilkaset pozycji kolekcję – 90% książek, które się w niej znajdują, dotykane były, tylko kiedy je przynosiłem do domu. A sama myśl, że mógłbym otworzyć książkę i złamać jej grzbiet albo pobrudzić kartki, przyprawia mnie o dreszcze.
Dodaj anonimowe wyznanie