#LjDj7

Jako dziecko przeszłam zapalenie wątroby typu A, tzw. żółtaczkę pokarmową. Objawy były różne i niepokojące, np. białe kupy.
Kiedy wyszłam ze szpitala, na spacerach uświadamiałam inne dzieci, że te białe psie kupy są po psach chorych na żółtaczkę.
Nie dziwiło mnie wtedy, dlaczego tych kup, a więc i chorych psów, jest tak dużo.

#rOtw8

Kiedy muszę iść na zakupy razem z dzieckiem, karmię ją tuż przed wyjściem, żeby była spokojna, a najlepiej spała w wózku.
Tak i dziś byłyśmy ubrane do wyjścia, ja w staniku do karmienia (to taki stanik z odpinaną miseczką) i sukience do karmienia (z zamkami pozwalającymi odsłonić pierś). Kiedy mała zjadła, poprawiłam stanik, ale zamek sukienki się zaciął i nie dałam rady go zapiąć jedną ręką, drugą podtrzymując dziecko. Uznałam, że najpierw odłożę małą do wózka i wtedy bez problemu oburącz zapnę sukienkę. 
I oczywiście o tym zapomniałam...
Byłam w dwóch sklepach i aptece i dopiero po powrocie do domu zorientowałam się, że cały czas stanik wyzierał przez niezapięty zamek.

#VRx9k

Martwię się o mojego chłopaka. 
Przyjeżdża do mnie – przywozi sobie piwa. Widzi się z kolegami – piją piwa. Idzie na mecz – pije piwa. Ognisko czy grill – piwa. Ostatnio co chwila widzę lub słyszę PIWO. Nie pamiętam, kiedy przyjechał do mnie bez niego. Ach, na urodziny mojego taty – wtedy przywiózł flaszkę. W jego otoczeniu są osoby nadużywające alkohol i bardzo się boję, że on do nich dołączy albo już dołączył.

#ZByHw

Moja mama nie dała rady pojechać na pogrzeb swojej kuzynki Marianny. Kilka tygodni później kupiła wiązankę i miała pojechać na grób. Obudziła się chora. Szybka decyzja – to ja pojadę z kwiatami.
Jako że też nie byłam na pogrzebie, zapamiętałam numer kwatery, przeczytałam wszystkie nazwiska na nagrobkach, ale Marianny Iksińskiej nie znalazłam. Zadzwoniłam do mamy, czy na pewno podała mi właściwy numer kwatery, bo żadnej Iksińskiej nie ma. Mama zdziwiła się, że nie wiedziałam, jakiego nazwiska szukać. Iksińska było nazwiskiem panieńskim (tak jak mamy), a Marianna kiedyś miała męża, rozwiodła się lata temu, a nazwisko zostawiła sobie po mężu, Igrekowska. Tak więc zaczęłam szukać Igrekowskiej, ale mama za moment zadzwoniła z pytaniem, czy wiem, że naprawdę była Marią Anną, a nie Marianną.
Bez problemu znalazłam Marię Igrekowską. Tak tylko się zastanawiam, czy to normalne w dalszej rodzinie, żeby nie znać nazwisk.

#z0p3i

Historia z okresu dzieciństwa. Przełom XX i XXI wieku. Wraz z bratem i kuzynką byliśmy u jakiejś ciotki na wsi i ona miała tam żółwia, który chodził sobie po ogrodzie w takiej specjalnej klatce. My jako dzieci oczywiście zaczęliśmy się bawić z tym żółwiem i on nam uciekł jakoś, zaginął nam w trawie i nie mogliśmy go znaleźć. Zamiast się przyznać, to nie powiedzieliśmy nic i udaliśmy, że nic się nie wydarzyło. Sprawa wyszła na jaw, gdy jakoś trochę później mieliśmy już jechać do domu, a okazało się, że żółwia nie ma. Koniec końców ten żółw przeszedł naprawdę spory kawałek, bo jeśli mnie pamięć nie myli ze 150-200 metrów i znaleźli go przy siatce na końcu ogrodu.

#Ugoeb

Kiedyś usłyszałam termin „bezpłodność społeczna”, a teraz opisuje on moją sytuację.

Jestem po rozwodzie. Ja chciałam mieć dzieci, były mąż zwodził mnie, że on też, ale zawsze znajdował wymówkę, żeby jeszcze zaczekać ze staraniami. Podczas jednej kłótni wykrzyczał prawdę.
Rozstaliśmy się, a ja czuję pustkę. Chciałam mieć dzieci właśnie z nim. Jestem po trzydziestce, zegar biologiczny tyka, nie zdecyduję się na samotne macierzyństwo z wyboru, bo dziecko potrzebuje ojca, z tego samego powodu nie zdecyduję się na adopcję. Myślałam nawet o co-parentingu, czyli wychowywaniu dziecka przez oboje rodziców, którzy nie są w związku, ale nie znam nikogo na tyle dobrze, żeby się zdecydować. Próbuję kogoś poznać, chciałabym znów być w związku, ale na razie trafiłam na dwóch panów nienadających się na rodziców. Jeden powiedział, że nie jest gotowy na założenie rodziny, a jest prawie dziesięć lat starszy ode mnie. Drugi przyznał, że nie chce mieć dzieci.

Statystyki są po mojej stronie, podobno więcej mężczyzn niż kobiet chciałoby mieć dzieci, więc może uda mi się znaleźć kogoś sensownego.

#OjA2t

Jestem nudziarą. Mam 24 lata, a czuję, że wszystko, co mogło mnie dobrego spotkać, już minęło. W tygodniu pracuję, w weekendy mam studia. Po pracy/zajęciach pójdę na zakupy, zjem coś, poczytam albo obejrzę serial i tyle. I następnego dnia to samo. Chociaż mieszkam ze współlokatorami, to u nich wiecznie przesiadują ich partnerki i nie mam nawet do kogo gęby otworzyć. Chciałabym mieć paczkę znajomych albo chociaż jedną bliską koleżankę, móc zwierzyć się z problemów albo ot tak pogadać. O wypadzie do klubu albo w góry już nawet nie marzę. Na studiach wszyscy natychmiast po zakończeniu zajęć się wylogowują i ograniczają kontakt do minimum. Na propozycję spotkania na żywo nikt nie odpowiedział. W pracy wszyscy traktują mnie z góry, bo jestem tam najmłodsza i pracuję najkrócej. Wcześniej miałam znajomych ze studiów, nie przyjaźniliśmy się jakoś specjalnie, ale zawsze można było pogadać na przerwach, a i chętni na piwo/kluby zawsze się znaleźli. Teraz nie mam już kontaktu z żadną z tych osób, próbowałam coś pisać, nawet nie żeby się spotkać, tak tylko zapytać co u nich. Takie rozmowy bardzo szybko się urywały, tak jakbyśmy nie mieli już o czym rozmawiać. Jako ekstrawertyk czuję, że niedługo oszaleję z samotności.

#IE9BG

Pewnie zostanę potępiony, ale chcę się podzielić moją historią. Zostawiłem kobietę w ciąży, z naszym dzieckiem i wyjechałem za granicę. Mój związek z J. trwał w zasadzie ze dwa miesiące. Z początku dogadywaliśmy się idealnie, to była istna bajka, jednak dość szybko okazało się, jaki J. ma prawdziwy charakter. Obrażała mnie za bzdety, potrafiła zrobić awanturę, że nie dostała prezentu z racji rocznicy pierwszego pocałunku (poważnie mówię, nawet nie wiedziałem, że mamy to świętować), raz uderzyła mnie w twarz, bo zepsuł się mi samochód i nie mogłem jej odebrać z galerii, a ją bolały nogi. Ciągłe awantury o nic były na porządku dziennym. W napadzie szału rzucała moimi rzeczami o ziemię. Również szarpała mnie, gdy coś się jej nie podobało. Tysiące rozmów nic nie dawały, ona cały czas twierdziła, że to ja jestem ten zły, bo o nią nie dbam. Tylko że dbałem jak jeszcze nigdy. Dla nikogo się tak nie poświęcałem jak dla niej, nawet za ostatnie pieniądze, zamiast kupić sobie coś, czego potrzebuję, wolałem sprezentować jej nową sukienkę. Przyjeżdżałem do niej codziennie, zabierałem na randki, okazywałem dużo czułości. 
Ten związek trwał krótko, a wykończył mnie tak bardzo, że po tych dwóch miesiącach czułem się jak wrak człowieka. Odetchnąłem z ulgą, gdy się rozstaliśmy (też dostałem wtedy w twarz). A zaledwie kilka dni później już stała pod moimi drzwiami z testem ciążowym. Nie wiem, jak wpadliśmy, akurat obydwoje zawsze pilnowaliśmy zabezpieczenia, ale jak widać, coś nam umknęło. Z początku byłem załamany, to na mnie spadło jak grom z jasnego nieba. Pytałem jej, czy ona chce to dziecko, bo ja absolutnie i nie ma najmniejszych szans, żebyśmy spróbowali do siebie wrócić i założyć rodzinę. J. powiedziała, że ona dziecko chce.

Dla mnie to był ogromny problem. Ledwie dawałem radę się utrzymać, a do tego jeszcze doszłyby alimenty. I przede wszystkim nie chciałem tego dziecka. W końcu doszliśmy do porozumienia – ona nie będzie chciała dużych alimentów, ale ja zrzekam się praw do dziecka. Zgodziłem się na to. Jednak jak przyszło co do czego, alimenty i tak były wysokie. W czasie ciąży nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Raz na miesiąc jedynie informowała, że nie ma problemów z ciążą. Gdy była jakoś w 8 miesiącu, ja wyjechałem za granicę. Postanowiłem zacząć nowe życie, mimo tego balastu. Alimenty płacę.

Ostatnio miałem okazję pojawić się w Polsce. Spotkałem J. z naszym dzieckiem na spacerze. Zabrzmi to brutalnie, ale minęliśmy się w ciszy. Zobaczyłem dziecko, ale niczego do niego nie czuję. Jest dla mnie jak każde inne dziecko mijane na ulicy, albo trochę gorzej, bo jego istnienie przypomina mi o znęcaniu się J. nade mną. Brzmi to źle, ale naprawdę takie mam odczucia, mimo że dziecko niczego złego nie zrobiło. Nie chcę mieć z nim ani z jego matką nic wspólnego.

#REauX

Za młodu miałem żółwia wielkości 5-złotowej monety, w malutkim akwarium. Byłem zdziwiony, kiedy szczęśliwy i biegający żółwik z dnia na dzień zdechł i stał się dziwnie biały.

Po kilkunastu latach dowiedziałem się, że przeszkadzał moim rodzicom, więc wlali mu do wody Domestosa...
Dodaj anonimowe wyznanie