#6ExeF

Pochodzę z biednej, wielodzietnej rodziny. Rodzice mieli również liczne rodzeństwo, które finansowo radziło sobie dużo lepiej. Wujkowie i ciocie bardzo pomagali i nigdy nie dali nam tego odczuć. Kuzynostwo za to już tak. Poza dwójką, wszyscy, zwłaszcza płci żeńskiej się wywyższali – że mają lepsze ciuchy, że stać ich na słodycze w sklepiku, że jeżdżą na wakacje z rodzicami, mają telefony itp., nie robili tego jednak super złośliwie i nie było nigdy wyzwisk, ale dawali odczuć swoją wyższość i zawsze trzeba było podziwiać nowa rzecz po kilka razy. Chwalili się, jak to dzieci, ale niektórzy dużo bardziej niż inni. Z wiekiem większości przeszło i mieliśmy dobry kontakt. 
Mijały lata, większość mojego rodzeństwa super się ogarnęła pod kątem finansowym, w tym ja. Nadrabiam podróże po Polsce i świecie, mam dobrą pracę i zgromadzony niemały majątek w nieruchomościach. Ostatnio wprowadziliśmy się do nowo wybudowanego domu z dużym metrażem, który wygłaskaliśmy i zrobiliśmy szereg parapetówek (dom duży, ale nie aż tak, żeby pomieścić liczną rodzinkę naraz). I co? I kuzynostwo zrobiło się zazdrosne i urwało kontakt. Poza tą dwójką, która nigdy nie miała problemu z różnicą w zarobkach. I to nie jest tak, że ja sobie radzę lepiej od wszystkich, niektórzy są na tym samym lub wyższym poziomie finansowym. Kuzyni, którzy nie mają problemu, ostatnio powiedzieli, że reszta po prostu nie może się już dowartościować wizytami u nas, bo widać, że lepiej sobie radzimy. Wcześniej, mimo że nasze finanse były dobre, to nie było tego widać, bo fotek z wakacji nie wrzucamy, a o zakupach nieruchomości nie wspominaliśmy, kwotami zarobków też nie rzucaliśmy przy stole. Natomiast nowy dom widać i tego już kuzyni nie mogą zignorować... Anonimowa część z mojej strony to ta, że o ile w większości mi trochę przykro, to co do kilku kuzynek mam wielkie poczucie satysfakcji, że je tak trafiło.

#Wm0ra

Dziś na przerwie w pracy dziewczyna, która od dawna mi się podoba, powiedziała, że chce ze mną pogadać na osobności. Byłem zachwycony, wyobrażałem sobie, że w końcu wyznam jej swoje uczucia. Cały w nerwach wyszedłem przed biuro. Ona poprosiła mnie, żebym zrobił jej kilka zdjęć. Potem zapytała, czy mógłbym jej pomóc w stworzeniu atrakcyjnego profilu na Tinderze, bo jako facet będę wiedział, co przyciąga facetów. 
Który to poziom friendzonu?

#ayNzy

Mam 27 lat i pomimo swojego młodego wieku brakuje mi (nie licząc „ósemek”) pięciu zębów, w tym przedniej górnej dwójki, której nie mam od ok. 5 lat. O ile w czasie studiów o tym nie myślałem, bo byłem skupiony na projektach i nauce, to od momentu zakończenia studiów temat zębów towarzyszy mi cały czas.
Jest to dla mnie wielki kompleks, ponieważ mam świadomość tego, że ludzie w moim wieku mają ładne i zadbane zęby. Sytuacji nie poprawia fakt, że dosyć często trafiam w mediach społecznościowych na artykuły, w których osoby piszą, że jedną z najważniejszych rzeczy, na jakie zwracają uwagę u drugiej osoby, są właśnie zęby. To nasila moje niskie poczucie własnej wartości. Obawiam się, że w randkowaniu jestem na straconej pozycji. Co prawda byłem w związku z dziewczyną i to już po utracie przedniej „dwójki”, ale cały czas z tyłu głowy mam blokadę. Nikt nigdy nie powiedział mi złych słów na temat moich zębów, ale i tak mam wrażenie, że mogę być źle oceniany z tego powodu.
Z pozytywnych aspektów mogę powiedzieć, że jestem też na końcowym etapie leczenia stomatologicznego swoich zębów. Później będę miał zakładany aparat ortodontyczny i po leczeniu, które potrwa 3 lata, będę miał implanty w miejscu braków. Nie mogę się doczekać momentu, kiedy będę mógł się w końcu szeroko uśmiechnąć bez żadnych kompleksów. Może wtedy uda mi się zyskać pewność siebie, aby zagadywać do dziewczyn.

#hoQZk

Przez ponad rok podejrzewałam ojca o zdradę. W końcu mama wzięła sprawy w swoje ręce i okazało się, że rzeczywiście ją zdradzał. Przyznał się, że trwało to kilka miesięcy, ale ja mu nie wierzę. Nagminnie powtarzał imię swojej współpracownicy w zdrobniały sposób i określał jako świetną koleżankę, ale mi to nie grało. Mama po miesiącu kłótni, przeprowadzek i ultimatów mu wybaczyła. Ja od pół roku nie rozmawiam z ojcem i cała rodzina bez przerwy mi powtarza, że trzeba wybaczać i pyta, kiedy przestanę się „obrażać”. Nie mieszkam z rodzicami od dwóch lat, ale jakoś nikt nie zauważył tego, że przez romans ojciec zaczął olewać kompletnie mnie i mojego młodszego brata. Gdy jeszcze chodziłam do szkoły i potrzebowałam, by mnie odebrał, zawsze powtarzał, że nie ma czasu, ale do kochanki miał czas jeździć. Gdy przyszły mrozy i brat zapomniał kurtki zimowej, musiał stać na mrozie dwie godziny, zanim mama skończy pracę, ponieważ on „miał nadgodziny”. Takie sytuacje mogłabym wymieniać w nieskończoność. 
Czy rzeczywiście ja wyolbrzymiam, czy to moja rodzina nie ma żadnych wartości i zdrada po 30 latach małżeństwa to nic wielkiego? Według mnie nie zdradził wyłącznie mojej mamy, ale i całą swoją rodzinę.

#f7BbM

Mój brat zastał mnie w trakcie sprzątania przed świętami. Urządziłam sobie niezły maraton: mycie okien, szorowanie podłóg, czyszczenie szkła z górnych półek w kuchni, czyszczenie piekarnika – wiecie, takie „generalne” sprzątanie przed latem.

Mój brat popatrzył na mnie uważnie, skrzywił brwi i po chwili namysłu podsumował: „Wygląda na to, że tracisz kontrolę nad swoim życiem i przelewasz frustrację na sprzątanie, myśląc, że przez porządne wysprzątanie domu ułożysz sobie również życie. To nie tak działa, siostra, przestań sprzątać, idź zrób coś dla siebie”.

Przyznam, do zbyt mądrych to on nigdy nie należał… ale tym tekstem mnie ujął – może coś w tym jest?!

#tHczG

Mam prawie trzydzieści lat i dziesięcioletni związek za sobą. Ciężko przeżyłam rozstanie, miałam nawrót depresji, musiałam iść na zwolnienie.

Kilka miesięcy temu stanęłam na nogi, odzyskałam radość i sens życia, wróciłam do pracy. Nikt nie wie, że stało się tak, gdy zasmakowałam w imprezach, na których sypie się mnóstwo mefedronu, kryształu i amfetaminy. Nikt nie wie o tym, że zaliczyłam mnóstwo facetów, niektórzy są 10 lat starsi, inni 10 lat młodsi i niemalże mogliby być moimi uczniami. Nikt nie wie, że uwielbiam trójkąty i zamianę partnerów. Na co dzień jestem towarzyską, wesołą nauczycielką, bardzo lubianą przez uczniów i im oddaną. W weekendy zmieniam się w kogoś, przed kim staram się przestrzegać młodzież.
Wiem, że to hipokryzja, ale nie potrafię zrezygnować z "nowego" życia. Wiem również, że mogę przez nie stracić pracę, szacunek, poważanie. Ale pokusa jest zdecydowanie za silna.

Nigdy dotąd nikomu o tym nie mówiłam i wiem, że nie będę mogła przyznać się do tych dwóch wcieleń, bo stracę jedno z nich. Dlatego w tygodniu sprawdzam prace uczniów, a w weekendy oddaję się szaleństwu. Czuję się, jakbym była dwiema, zupełnie innymi osobami.

#XeDl2

Miałam ojczyma. Związał się z moją mamą, gdy miałam dwa lata i zawsze traktował mnie jak własną córkę, mimo że moja mama urodziła mu później dzieci. Tak się zdarzyło, że ojczym zmarł za granicą. Nie jesteśmy bogaci, więc żeby sprowadzić jego ciało do kraju i pochować z godnością, okradłam kilku ludzi.
Nikt nie wie, jak zdobyłam 19 tysięcy na pochowanie taty.

Kiedyś oddam tym ludziom pieniądze. Piszę to, by mi ulżyło, bo nawet moja mama nie wie, jak wtedy zdobyłam pieniądze.

#QbHxj

Odkąd pamiętam, moi rodzice byli bardzo wierzący, szczególnie tata. Jako dziecko byłam krzykiem zmuszana do odmawiania półgodzinnego pacierza pod jego okiem co wieczór, każda modlitwa musiała być wypowiedziana w odpowiedniej kolejności, do dziś pamiętam sekwencję, odmawiałam nawet przykazania i grzechy. Jeśli powiedziałam najpierw „Ojcze Nasz”, a później „Aniele Boży”, był krzyk, bo powinno być na odwrót. Oczywiście co niedziela kościół, wyjątek był, kiedy chorowałam. Piątki przed Wielkanocą? Po lekcjach do kościoła. Jako dziecko myślałam, że kiedy będę starsza, to tata mniej będzie się czepiać, będę miała więcej do powiedzenia. Skończyłam szkołę, poszłam do liceum i dalej byłam zmuszana do coniedzielnych mszy. Nie mogłam wyjść w sobotę wieczorem, bo następnego dnia rano trzeba było jechać do kościoła. Nie mogłam zostać na noc u koleżanki jak inne rówieśniczki, chyba że o 8 wrócę do domu, bo co to znaczy do kościoła nie iść. Sprzeciwiałam się, kłóciłam setki razy. Płakałam, błagałam, żeby odpuścił, bo chcę jak inne koleżanki pospać w niedzielę dłużej lub zostać u którejś na noc w sobotę. Nie i już. Kiedy się zaparłam i nie pojechałam z nimi, obrażał się na tygodnie i słowem nie odzywał. Mama nic nie mówiła, bo nie chciała kłótni i zazwyczaj stawała po jego stronie, żeby jej się nie czepiał.
 
Równocześnie tatuś pije codziennie, nieraz dostałam od niego w twarz za jakąś błahostkę, awanturuje się o wszystko, ale uparcie twierdzi, że skoro chodzi do kościoła, to nie jest to żaden grzech, bo przecież uczęszcza we mszy świętej i wszystko zostaje mu odpuszczone. Otwarcie powiedział, że to wystarczy i mógłby robić o wiele gorsze rzeczy, ale skoro tam chodzi co tydzień, to jest lepszy od tych niechodzących, choćby najświętszych. Gdybym ja żyła jak święta i praktycznie nie grzeszyła, ale nie chodziła do kościoła, to płonęłabym w piekle, bo przecież NIE CHODZĘ DO KOŚCIOŁA.

Dziś mam 23 lata i dalej jestem zmuszana do chodzenia do kościoła. Jestem pewna, że gdy się wyprowadzę, to nie zawitam tam długo, bo po prostu obrzydło mi to miejsce przez przymus. Jego usilne starania, aby zaszczepić we mnie miłość do kościoła, przyniosły zupełnie odwroty skutek.
Dodaj anonimowe wyznanie