#88muW

W wieku 19 lat stałam się praktycznie bezdomna. Kiedy miałam 16 lat, moi rodzice się rozwiedli, od wielu lat między nimi się nie układało, każde z nich zaczęło żyć swoim życiem.

Po rozwodzie przeprowadziłam się z mamą do jej nowego faceta. Z ojcem straciłam kontakt i automatycznie z rodziną z jego strony, ponieważ oni obwiniali moją mamę o rozpad małżeństwa, ojciec ma teraz nową żonę i dziecko. Bardzo ciężko mi było odnaleźć się w nowej sytuacji, mama była zajęta nowym związkiem, a tata nową rodziną, dodatkowo nowa szkoła i nowe otoczenie. Bardzo źle układa mi się relacja z chłopakiem mojej mamy. Stale mnie krytykował, kontrolował, próbował być moim ojcem, tylko jakoś mu to nie wychodziło. Wieczne zakazy i nakazy, dlaczego taka słaba ocena, dlaczego zamierzasz iść na takie studia, dlaczego tak późno wracasz... Było to dla mnie nie do zniesienia. Rozmawiałam o tym z mamą, ale ona mówiła, że R. zwyczajnie martwi się o mnie i moją przyszłość, tylko nie potrafi tego okazać we właściwy sposób. Ja tak tego nie widziałam, on wcale nie próbował mnie poznać, polubić, zrozumieć moich zainteresowań. Bardzo mnie to bolało, moja samoocena była bardzo niska, nie miałam motywacji do niczego, czułam się nieakceptowana.

Dlatego gdy zdałam maturę wyprowadziłam się z od nich i straciłam kontakt z moją mamą. Znalazłam pracę i wynajęłam pokój. Od października poszłam na studia zaoczne. Z pracą i studiami jakoś sobie radzę, ale przykre jest to, że nie mam właściwie dokąd jechać na święta, nie mam do kogo zadzwonić, ani mama, ani tata nie interesują się tym, co u mnie słychać, w ogóle ich nie obchodzę, nie mam kogo zapytać o radę, czuje się jak z domu dziecka. Nie mam niczego, oprócz wynajętego pokoju, nie mam oszczędności, nie mam swojego domu rodzinnego, a gdy ktoś mnie pyta skąd jestem, praktycznie nie wiem co odpowiedzieć.

Przed maturą próbowałam odnowić kontakt z moją babcią ze strony ojca, pojechałam do niej i później tego żałowałam. Nawet mnie nie wpuściła do domu. Wykrzyczała mi w drzwiach, że przyjechałam tylko po to, żeby wyłudzić pieniądze, żebym wracała do matki i nigdy więcej nie przyjeżdżała. No i więcej nie przyjechałam... Bardzo boję się o moją przyszłość, martwię się tym, że gdybym zachorowała, nikt by mi nie pomógł, nikt mnie nie wesprze w trudnej chwili...

Całe życie nie będę mieszkać w wynajętym pokoju. Bardzo się boję, że kiedyś po prostu wyląduję na ulicy.

#KJMoO

Mój chłopak wrócił ostatnio z zakrapianej imprezy i tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Wyznał mi, że kiedyś razem z siostrą prowadzili dla zabawy bloga ze zmyślonymi, naturalnymi lifehackami urodowymi. Jak się okazało, czytałam tego bloga i stosowałam wiele ich porad dotyczących włosów.

Teraz już wiem dlaczego nie działały ;)

#qjfh0

6 poronień. 7 lat starań. Brak nadziei. Prawie rozpadło się nasze małżeństwo. Jednak 2018 rok przyniósł dobrą nowinę. Kolejna ciąża. Nikt nie nastawiał się na to, że potrwa ona długo. Tym razem było inaczej. Moja córka okazała się silna. Dała radę. Lada dzień powinna przyjść na świat.

Problemem okazała się przyjaciółka. Moja przyjaciółka. Ona po rozwodzie, z kilkuletnim dzieckiem, ma faceta, który także ma dziecko z poprzedniego związku. Chciałaby mieć z nim dziecko -on nie chce. Ich sprawa.

Nam się udało. Po tylu stratach czekamy na nasz mały cud. Jednak jej zazdrość przerosła wszystko.
Zaczęło się od nieciekawej miny, po poinformowaniu jej, że jestem w ciąży. Potem z biegiem czasu były docinki, jakie to macierzyństwo jest słabe, że nieprzespane noce, że brak czasu dla siebie, kolki, strasznie porodem.

Ja z kolei czułam, że mi zazdrości, źle życzy i zaczęłam unikać spotkań, nie odbierać telefonów, nie odpisywać na sms...
Po prostu chciałam urwać kontakt z osobą, która byłam przekonana źle mi życzy, sama jest matką a nastawia mnie negatywnie do macierzyństwa. Nawet mój mąż zauważył, że odkąd jestem w ciąży Ona jest jakaś inna, zawistna.

Okres wakacyjny był czasem, gdzie jechała na wakacje, chwaląc się tym i jednocześnie wmawiając mi jak to mnie dziecko będzie ograniczać.
Miałam dość już tego. Postanowiłam, zerwać kontakt. Nie odpowiadałam na sms, telefony, nie zgadzałam się na jej odwiedziny i sama także jej nie odwiedzałam. Kiedyś sms brzmiały: może kawa? Teraz: rób kawę, bo idę. Nie chciałam z nią się spotykać. Odpychało mnie od niej. Czułam się źle w jej towarzystwie.

Tego dnia nastąpiła kulminacja, wygarnęłam jej wszystko co mi leżało na sercu, w zamian usłyszałam, że to ja się zmieniłam (w końcu czas, chyba jak ma się dziecko w drodze?), że opętał mnie diabeł od kiedy jestem w ciąży, że ona mi zazdrości…

Cóż nie jestem osobą, która jest pamiętliwa. Dałam jej drugą szansę. Żałuję, bo niczego się nowego nie nauczyła. Jak nie odp. jej na sms to śledziła mnie na fb, potrafiła przyjechać z awanturą, gdy nieodbieralna telefonu.
Kiedyś przy mnie obgadała mnie przez telefon z jakąś tam swoją koleżanką, że siedzę na l4 (ciąża od początku zagrożona, w dodatku pracowałam w markecie) i mam kasę za free a ona musi tak ciężko pracować...
Tak bardzo mnie bolały jej słowa.
Ostatecznie zakończyłam z nią znajomość po kilkunastu dniach pobytu w szpitalu, gdzie zrobiła mi awanturę, że nie zapytałam jej co u niej słychać przez 3tyg prawie, w tym czasie leżałam na patologii ciąży walcząc o każdy dzień bycia w 2paku...

Koniec znajomości. Jednak na fb wrzuca demotywujące obrazki jak to JA ją skrzywdziłam i że karma wraca...

Kobieta kobiecie wilkiem... Czułam zazdrość na każdym kroku, ale wiecie co?
Niedługo rodzę. Trzymajcie kciuki!

#fO9vg

Z wypracowań w szkole jechałem na trójach i nigdy nie czułem drygu do pisania więc ostrzegam, że wyznanie nie będzie poprawne stylistycznie i może logicznie.

Zaczęła się szkoła, więc sporo dzieciaków na pewno odczuwa stres z tym związany. Myślałem, że mój 15-letni syn jest w takiej sytuacji, więc średnio się tym przejmowałem. Pójdzie do szkoły, przyzwyczai się, stres szybko minie. Przecież zawsze tak robił. Luz.

Zostawiłem go dzisiaj w mieszkaniu i pojechałem na zakupy. Jednak coś we mnie drgnęło, nie mam pojęcia, dlaczego ale zawróciłem. Czułem, że coś jest nie tak, mój syn był jakiś nieswój. Zachowywał się inaczej. Byłem, jestem i pewnie nadal będę beznadziejnym ojcem. Zależało mi na karierze, dziecko w wieku 22 lat przeszkodziło. Ale po trupach osiągnąłem cel. Skończyłem studia, zrobiłem specjalizacje, otworzyłem klinikę. I oczy otworzyło mi własne dziecko, które chciało w wieku 15 lat popełnić samobójstwo.

Dlaczego? Nie dlatego, że ma za dużo nauki, ma ojca debila, nie dlatego że jest przy kości i ma pryszcze i nie dlatego, że mój rozwód odbił się nam obojgu czkawką. Tylko dlatego, że jestem skończonym idiotą, który nie zasłużył na to co ma. Nie widziałem jak moje dziecko jest prześladowane przez dziewczyny z jego klasy, które nie bały się wsadzić mu ręki w spodnie i wyzywać przy całej szkole. On tylko oddał mi 7 tabletek pentydyny, które zakosił mi z gabinetu i grzecznie poprosił abym przeniósł go do innej szkoły. Gdy zapytałem czy naprawdę planował to połknąć, powiedział, że nie.

Na pewno załatwię jakiegoś psychoterapeutę. A potem wezmę urlop i zabiorę syna na miesięczne wakacje, gdzie nadrobimy 15 letnie straty. Ale nie mogę przestać o tym myśleć, jakim trzeba być człowiekiem, żeby wyrządzić drugiemu taką krzywdę. Dlaczego są jakieś kasty, ktoś uważa się za lepszego. Co kierowało tymi 15-latkami, gdy raniły mojego syna. Co z tymi ludźmi, tym światem jest nie tak.

#BpD1z

Jak byłam mała, byłam z tatą na basenie. W pewnym momencie mój tato gdzieś odpłynął, więc poszłam go szukać, i kiedy go znalazłam, przytuliłam go i zapytałam, czemu się oddalił. Okazało się, że to był jakiś obcy facet, a tata był za mną... Do dzisiaj jak o tym wspominam, to czuję zażenowanie.

#6MmPQ

Każdy zna takiego nieogarniętego kumpla, który pyta się o datę kolokwium tydzień po tym, jak się odbyło.

Jakie było moje zdziwienie, gdy dostałam wiadomość od znajomego ze studiów, który zapytał się mnie o to, na kiedy było trzeba było podpisać indeksy. Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że studia skończyłam 7 lat temu...

#ZQ5bk

Spotkanie z osobą, którą obecnie uważam za najlepszego i w zasadzie jedynego prawdziwego przyjaciela. Opowiada o tym, jak niefajnie potraktowali go bliscy mu znajomi. Konkluzja - pomylił się, uważając za przyjaciół ludzi, dla których w zasadzie nic nie znaczy. Podaje kilka konkretnych sytuacji. Rozumiem, że mu przykro, zwłaszcza że uświadamiam sobie, że też mam takie doświadczenia... W podobnych sytuacjach dokładnie w taki sam sposób mój przyjaciel potraktował mnie. Analogii nie widzi lub nie chce dostrzec.

Ten weekend miał naładować mnie pozytywną energią na długi czas, zwłaszcza, że codzienność znów mnie zdrowo przeorała. Czuję się tak parszywie, że nie wiem jak to opisać.
Koniec wyznania. Z pozytywów tyle, że krótkie.

#8imbC

Mam 31 lat i pierwszy raz w życiu się zakochałam. Wiecie, te sławetne motylki w brzuchu, chęć spędzania z tą osobą każdą wolną chwilę i inne takie... Uwielbiam jego dojrzałość, znam go chyba lepiej niż kogokolwiek na świecie, on wie o mnie więcej niż ktokolwiek inny... Imponuje mi swoją wiedzą, pracowitością, a przede wszystkim dojrzałością... Wiem, że ten mężczyzna czuje to samo, ale oboje bronimy się przed tym jak tylko się da.. A dlaczego?


Chłopak jest 8 lat młodszy ode mnie. Ale taki problem to nie problem, prawda? Idźmy dalej... W przyszłym roku się żeni. Idźmy dalej. Ja od kilku lat jestem mężatką, matką trójki dzieci. Wyszłam za mąż w wieku 23 lat, nie jest to małżeństwo z miłości, z rozsądku. Wzięłam ślub z czystej przekory, młode, głupie dziewczę, które chciało udowodnić wszystkim, że umie bawić się w dom.


Wiem, że nie byłabym w stanie zdradzić męża, jest naprawdę wartościowym człowiekiem i ostatnie czego chcę to skrzywdzić go... Dlatego bronię się ze wszystkich sił, próbuje nie myśleć, nie odpisuję na wiadomości, staram się jak mogę unikać go w pracy... Ale nie oszukam swoich myśli, jest w nich od rana do późnej nocy, zamykam oczy i widzę jego szczery śmiech, śnię i w tych snach jest tylko on... Ten stan trwa już od miesięcy, pęka mi serce i wiem, że nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji...

#4UHUM

Święta Bożego Narodzenia kilka lat temu, ale teraz mi się przypomniało.

Wraz z mamą, siostrą i jej chłopakiem pojechaliśmy do dziadków w odwiedziny. No i jak to bywa, ciasta pojedliśmy, ryby pojedliśmy, opłatkiem się podzieliliśmy, to dziadek pac - wódeczka na stół. No i wszyscy sobie gadamy, pomału pijemy (tu zaznaczę, że mam skończone 19 lat), ale babcia jak to babcia, co dwie minuty z tekstem "córciu, weź sobie jeszcze tego ciasta… albo rybę zjedz, bo się zmarnuje". A po chwili znowu mówi: "Mateusz, tej rolady ci nałożę, bo kto to będzie jadł… albo rybę zjedz, bo się zmarnuje!". I tak babcia co chwilę do każdego z takim tekstem. Ja już byłem po paru kieliszkach, a babcia zirytowana, że pełno jedzenia na stole, nikt nic nie je, bo my już nażarci…

W końcu wzięła mój talerz, nałożyła mi jakiejś rolady czy ryby, podstawiła pod nos i srogim głosem, jakby do dziecka, powiedziała: "Jak tego mięsa nie zjesz, to więcej wódki nie dostaniesz!" :D

#HGQej

W moim domu rodzinnym nie jadało się warzyw. Rodzice ich nie lubili. Tolerowali tylko ziemniaki, buraki ze słoika i od czasu do czasu marchewkę z rosołu. Przekonana o tym, że warzywa są niedobre (w końcu rodzice ich nie lubią) unikałam warzyw jak ognia. Z owocami było to samo, a jak już, to pojawiały się w plackach. Moja dieta do 19 roku życia opierała się głównie na nabiale, tłuszczu, mięsie i węglowodanach. Nic więc dziwnego, że miałam dosyć duża nadwagę, pomimo tego, że sporo się ruszałam. Znałam mniej więcej zasady prawidłowego odżywiania, bo wielokrotnie omawiano je w szkole ale to i tak nie zmieniło mojego nastawienia.

Gdy wyjechałam na studia, zaczęłam więcej wychodzić do ludzi, czy do restauracji i zorientowałam się, że warzywa są ok. Pamiętam jak pierwszy raz spróbowałam u koleżanki zupy kalafiorowej. Żeby nie było jej przykro, wzięłam małą łyżkę do buzi, modląc się żebym dała radę to zjeść i pojawiło się wielkie zaskoczenie. Bardzo mi to smakowało. Poszłam za ciosem i starałam się wprowadzać więcej warzyw i owoców do diety. Musiałam sporo się naczytać jak je przygotowywać, wybierać w sklepie i jak obrabiać żeby były smaczne. Bardzo powoli uczyłam się ich smaków i nigdy się nie zawiodłam. Są warzywa, które lubię mniej, wiadomo, ale nie rozumiem jak rodzice mogli je wykluczyć z jadłospisu całkowicie.

Po roku takiego odżywiania ważyłam 10 kg mniej, miałam lepsze samopoczucie, ładniejszą cerę i mniej chorowałam.

Gdy jechałam do rodziców w odwiedziny, to robiłam jakieś surówki na miejscu albo brałam jakiś warzywny posiłek żeby ich poczęstować. Liczyłam, że może oni też odkryją to, że warzywa i owoce są smaczne, ale bardzo się myliłam. W ogóle nie chcieli ich próbować, od razu mówili, że na pewno są obrzydliwe i mam dać im spokój. Po jakimś czasie zrezygnowałam, choć mam wyrzuty sumienia, bo obydwoje są chorobliwie otyli i już pojawiają się tego konsekwencje. Wiem, że nie uratuje nikogo na siłę, ale aż przykro patrzeć jak nawzajem siebie niszczą przez swoje głupie przekonania.
Dodaj anonimowe wyznanie