#U6QBq

Jadę sobie autobusem komunikacji miejskiej, a przede mną siedzi kobieta z dzieckiem. Nagle dziecko zaczyna strasznie krzyczeć, drzeć się, jak to dziecko, a matka próbuje na wszystkie sposoby uspokoić bobasa, a to go bawiąc czymś, a tu dając mu jakieś słodycze, zabawki z wózka itp., lecz to wszystko na nic. Nagle gościu siedzący za nią zaczął strasznie na tę kobietę naskakiwać, żeby uspokoiła dzieciaka. Kobieta zmieszana, zestresowana, dalej próbuje ogarnąć małego.
Jakaś kobieta siedząca po drugiej stronie siedzeń, widząc arogancję, złość i wkurw typa z tyłu, odwróciła się w stronę dziecka i chcąc pomóc, zaczęła z nim rozmawiać. Mały zauważył, że kobieta się nim zainteresowała, zaciekawiło go, co ona do niego pokazuje i że próbuje go zabawiać. Pani pomogła uspokoić dzieciaka, matka podziękowała za pomoc, a mały ucieszony bawił się z nieznajomą.

Niektórzy nie potrafią pojąć, że naskakiwanie na kogoś nie jest sposobem, żeby pozbyć się problemu.

#mHJC1

Podczas wakacji we Włoszech, jak to bywało wieczorem, wybraliśmy się rodzinnie do jednej z pobliskich restauracji. Zamówiliśmy trzy pizze i jakiś napój. Czas spędzony w gronie najbliższej rodziny mijał nam bardzo dobrze. W końcu jednak nastała odpowiednia godzina na powrót do hotelu.
Wujek trochę tam rozumie po włosku, więc gdy tylko podszedł kelner, poprosił grzecznie o rachunek, mówiąc jedynie: „Konto”. Kelner uśmiechnął się do nas, mrugnął swoim błyszczącym oczkiem i pognał gdzieś na zaplecze. Po chwili pdaje nam paragon, patrzymy na cenę i... coś nam się nie zgadza. Zaczynamy się zastawiać, czego kelner zapomniał policzyć.

Po pewnym czasie zagadka została rozwiązana, albowiem „konto” to wcale nie rachunek ani żadne włoskie słowo. Kelner widocznie stwierdził, że wujek powiedział „skonto” (wł. sconto), co oznacza rabat. No i go nam udzielił :D

#8t73l

Gdy byłam dzieckiem, niczego mi nie brakowało. Mieszkałam z mamą, ojcem, z trzema braćmi i dwoma siostrami w małym domku z trzema pomieszczeniami. Co prawda kibel był na dworze, nie było bieżącej wody itd., ale wtedy w mojej wsi większość ludzi tak żyła. Było mi dobrze. Nie brakowało pieniędzy, w rodzinie wszyscy bardzo żeśmy się kochali. Gdy miałam jakoś 9 lat, dopieprzył się do nas sąd, że nie ma warunków by mnie wychować i że trzeba będzie mnie zabrać do domu dziecka. Nie chciałam tam jechać, ale rodzice nie mogli nic zrobić. Pojechałam tam sama, bo każdy z mojego rodzeństwa miał ponad 15 lat. Płakałam z dnia na dzień, przez kilka dni. Czasem mnie odwiedzali, również płacząc. Genialny sąd stwierdził, że moje złe samopoczucie jest spowodowane przez kontakty z rodziną (brawa proszę) i że trzeba te wizyty ograniczyć. Raz na miesiąc. Było tylko gorzej. Po dwóch miesiącach całkiem przestali mnie odwiedzać. Gdy miałam 13 lat, przygarnęła mnie jakaś rodzina. Nie kochałam ich, ale nie było tak źle. Problem w tym, że moja prawdziwa rodzina gdzieś się przeprowadziła, bo podczas wizyt nikogo nie było.
Gdy skończyłam 18 lat, poszłam do pracy i na studia. Cały czas szukałam kogokolwiek z rodziny. I w końcu znalazłam swoją najstarszą siostrę. Opowiedziała mi wszystko. Rodzice po mojej stracie kompletnie się załamali. Zaczęli pić. Rodzeństwo, które nie skończyło 18 lat, również zostało zabrane, najprawdopodobniej gdzieś indziej niż ja. Rodzice przestali pracować i płacić rachunki. Ojciec poszedł siedzieć za jakąś kradzież. Matka zapiła się na śmierć. A co z ich dziećmi? Porzucili swych rodziców.

Nie mam kontaktu z nikim z rodziny. Po prostu nie mogę patrzeć w oczy komuś, kto nie chciał pomóc swoim rodzicom. Ojca nie mogę odwiedzić, bo przecież nie jestem z nim rodziną.

To dlatego nienawidzę prawa, rządu, sądu i tego całego gówna.

#WKJO5

Zawsze miałam poczucie humoru. Jednym z moich ulubionych kawałów był ten:
- Słyszałem, że twoja teściowa miała wypadek. 
- Tak, szła do piwnicy po ziemniaki na obiad, na schodach potknęła się i skręciła kark. 
- I co zrobiliście?
- Spaghetti. 
Przestał mnie śmieszyć, gdy poznałam swoją teściową. Jesteśmy z mężem rok po ślubie, a ja czekam na pierwszą rozprawę rozwodową. 

Kiedy teściowa dowiedziała się, że mojemu (jeszcze) mężowi, smakują obiady, które gotuję, że często spędzamy weekendy za miastem, mamy w planach dzieci i szczęśliwe życie, wpadła we wściekłość. Na wieść o ślubie zacisnęła jednak zęby, a ja myślałam, że już będzie powoli z górki. I było, tyle że zjeżdżałam na tyłku z Mount Everestu. Dlaczego dał mi nazwisko, przecież mam swoje? Miałam być gorsza od niej, żeby dalej dbała o synka, to dlaczego ja tu wyskakuję z dbaniem o dom i męża? I jakim prawem mam inne zdanie niż teściowa? 

Mój mąż ugiął się pod jej namowami i stwierdził (uwaga), że nie ma przy mnie własnego zdania i zrobiłam z niego pantoflarza, że ogólnie to mnie kocha, ale krwawi mu serce, bo jego mama jest nieszczęśliwa. 

A ja? Po jakimś czasie uznałam, że lepiej nie mieć męża, a mieć święty spokój. Tak że panowie, nie zgłaszajcie się do mnie, bo kolejnej teściowej nie zniosę!

#D92XX

W domu nigdy się nie przelewało, tata, który po zmianie ustroju podjął się ciężkiej pracy, jedynej, która była w zasięgu jego kompetencji, skończył na rencie z plecami i kolanami w stanie agonalnym. Mama pracowała, gdzie się dało. Na to wszystko ja, młodsza siostra i starszy brat, który po kłótni z tatą opuścił nas, gdy miał 18 lat. Słuch o nim zaginął na kolejne lata i zjawił się zapłakany, gdy dowiedział się, że tata już nie żyje, a on nigdy nie zdążył go przeprosić.
W tak zwanym międzyczasie poszedłem do technikum gastronomicznego. Na drugim roku mieliśmy odbyć praktykę w placówkach w naszym regionie. Mnie przypadła jedna z większych restauracji. Była to restauracja i dom weselny w jednym. W okresie komunijnym przyjmowaliśmy około 400 gości jednego dnia. Uwielbiałem tam pracować, po każdym dniu w szkole szedłem do restauracji dorobić parę groszy, żeby wspomóc trochę budżet domowy.
I tu jest ta jedna wstydliwa sprawa z początku wyznania. 
Dania serwowane w tej restauracji miały ogromne porcje, bardzo często goście nie byli w stanie zjeść wszystkich zamówionych pozycji i gdy sprzątałem z ich stołów, na zmywak wynosiłem często zjedzone do połowy pizze, koszyczek z połową chleba ze smalcem i ogórkiem, talerz z nieruszonym daniem dziecięcym. Często, gdy nikt nie patrzył, podjadałem to, co wyglądało na nieruszane. To kawałek owej pizzy, ziemniaczek z twarogiem, kawałek mięsa, chleb. Było mi bardzo wstyd, ale wiedziałem, że im więcej zjem tam, tym mniej zjem w domu. Owszem, pracownicy mieli posiłek pracowniczy, ale mi on nie przysługiwał. Mogłem wziąć dowolne danie z 50% zniżką, ale... To nadal było dla mnie dużo. Nie mam pojęcia, czy ktoś kiedyś widział, że tak robię, zmywakowa była jedna na salę i kuchnię, więc często nim przyszła, zmywak był pusty.
Najbardziej w pamięci zapadła mi pewna sytuacja. Głodny jak cholera zacząłem swoją pracę, miałem trójkę przy stole – rodzice z dzieckiem. Zamówili mu pełny posiłek, kluski śląskie, rolada wołowa i warzywka. Młody nie tknął dania za równowartość mojej dniówki. W duchu się cieszyłem, bo liczyłem, że sobie coś z tego zjem. Gdy już zaproponowałem pojemnik na wynos, którego nie chcieli, wróciłem z rachunkiem. Na stole na kupce leżały wszystkie talerze, a w jednej misce po zupie pływało danie młodego, resztki zupy, ości z ryby, którą jadła pani i kości z żeberek pana. Uśmiechnięci i szczęśliwi, że pomogli, zostawili 5 zł napiwku i poszli... Nie zrozumcie mnie źle, ale było mi autentycznie przykro. Zmarnowało się dużo dobrego jedzenia, takiego, którego jeszcze długo nie mogłem kupić, takiego, które bym zjadł, chowając w kieszeń swoją dumę i ego. 
Od tamtej pory minęło lata świetlne, a ja nadal wspominam czasy, gdy 50 zł w kieszeni wydawało się przepustką do lepszego życia.

#NGyIT

Mamy w domu toaletę starego typu (kompaktowa). Niestety dość łatwo ją zapchać, przez co przy spłukaniu woda podchodzi do góry i nie da się normalnie korzystać z toalety, dopóki się jej nie przepcha szczotką. Mamy w domu zasadę – kto zatka, ten szoruje. Niestety starszy brat miał spore problemy z dostosowaniem się do tej zasady. Co jakiś czas sytuacja się powtarzała. Przychodzisz, a tu wysoka woda. Rozmów było już wiele, ale bez większego skutku. Ale miarka się przebrała.
Ostatnio zaczęłam jeść dużo więcej błonnika w ramach diety. Kto je siemię lniane w znacznych ilościach, ten wie, że czasem jak przyciśnie, to nie ma zmiłuj. Perystaltyka jelit działa dużo sprawniej i nie da się „wstrzymywać”, a przynajmniej nie długo. Także było tak właśnie tym razem. Siedzę spokojnie, wszystko fajnie, a tu bum. Lecę do toalety. Nikogo nie ma. Chwała Panu. Widzę, ktoś nie spuścił wody. Szybko spłukuję, przecież dwie dwójki to takie combo, że pół dnia będę odtykać. Przyciskam srebrny przycisk i niczym grzyb atomówki woda podchodzi do góry, niemalże po same brzegi... Nie było zbytnio czasu, pod wpływem desperacji wzięłam woreczki spacerowe mojego psa i zamykając drzwi łazienki, wypróżniłam się w kuckach do jednego z nich. Na szczęście nie mam yorka, więc jakoś to poszło. 
Jak już chwile grozy miałam za sobą, zalała mnie fala wku*wienia. W akcie zemsty i nauczki zostawiłam bratu ten zawiązany na supełek pełny po brzegi worek z nie-psią-kupą na klawiaturze komputera. Nie żałuję.

PS Nic się z tego worka nie wydostało, klawiatura cała i wypucowana sto milionów razy przez właściciela. Tylko pokój trzeba było wietrzyć ze dwa dni.

#THIq4

Mieszkam sama, ale czasami odwiedzam rodzinę. Zazwyczaj jadę do nich autobusem, trasa zajmuje 3,5 godziny, więc często zasypiam. Ostatnio spotkałam znajomą, która również jechała w swoje rodzinne strony. Usiadłyśmy razem w autobusie. Trochę pogadałyśmy, potem ona założyła słuchawki, a ja odpłynęłam. Ze snu obudziła mnie znajoma, która zaniepokojona powiedziała mi, że wydawałam dziwne dźwięki. Spojrzałam po autobusie, jedni ludzie patrzyli, inni odwracali właśnie głowy. Warto wspomnieć, że zazwyczaj jeździłam z ludźmi, których znałam z widzenia właśnie z tego autobusu. Okazało się, że zawsze jęczałam podczas jazdy, ale nikt nie miał odwagi zwrócić mi uwagi. Dowiedziałam się też, że nazywają mnie jęczącą Martą...
Już w domu zapytałam o to rodziców i siostrę, ale nikt nigdy nic nie zauważył. Miałam dosyć wyciszony pokój i zwykle szłam spać ostatnia, może to dlatego. Poprosiłam jednak siostrę, by tym razem spała ze mną i w razie czego mnie nagrała. Już pierwszej nocy ją obudziłam. Byłam przerażona jej nagraniem. Jęczałam tak głośno, że nie sposób było przy mnie zasnąć. Poczułam też wstyd.
Te odgłosy nie klasyfikują się jako chrapanie, robię je w różnych pozycjach podczas snu, pomaga tylko obudzenie mnie. Nie wiem właściwie, co zrobić i jak temu zapobiec. Nauczyłam się na razie nie spać w miejscu publicznym.

#Lfr8B

Dzień Kobiet. W mediach jak zwykle mieszanka sztucznych i powtarzalnych co roku życzeń „dla naszych kochanych pań!”. Całe miasto paraduje z kwiatkami. Są wszędzie głosy, że Dzień Kobiet to relikt epoki, którego szanująca się kobieta XXI wieku nie powinna tolerować. Kobiety z kwiatkiem wyzywa się od naiwnych. Fakt, bycie kobietą zawsze było pewnym absurdem, zwłaszcza 8 marca.

W tym roku Dzień Kobiet obchodzę w cieniu rekonwalescencji – kiedy to po tylu latach chodzenia po lekarzach z problemami, gdzie byłam odsyłana z nieśmiertelnym „taka pani uroda” ewentualnie „po dziecku przejdzie” lub w skrajnych przypadkach „a próbowała pani schudnąć?” (gdzie słysząc tę radę, nawet nie miałam nadwagi), trafiłam w końcu na lekarza, który wysłuchał, porządnie przebadał... tylko po to, żeby okazało się, że choróbsko faktycznie się tam czaiło. Potem operacja, wycięcie większości kobiecych narządów, które już były i tak bezużyteczne. Jak się z tym czuję? Gorzko, zmęczona, ale też czuję pewną ulgę. Lekarz zalecił mi spacery, więc przeszłam się dzisiaj, a przechodząc koło kwiaciarni, kupiłam sobie pojedynczego żonkila. Ktoś by pomyślał, że po tym, co mnie spotkało, nie powinnam „wspierać” tego idiotycznego święta. Podczas gdy ja go kupiłam z zupełnie innego powodu. Otóż te 30 lat temu mój cudowny dziadek miał taki mały psotny zwyczaj 8 marca. Wstawał rano, biegł do ogrodu babci, ucinał kilka żonkili, po czym wskakiwał do samochodu, żeby przywieźć je do nas do domu i dać je w prezencie mi i mojej mamie. Miał przy tym minę jak urwis, który wiedział, że mu się ten mały figiel upiecze, mimo że babcia pewnie go ochrzaniała co roku za zrujnowanie jej grządki z kwiatkami. I tak żonkil jest dla mnie tym wspomnieniem o dziadku i o takiej innej, bezpieczniejszej epoce. I chyba o to chodzi. Nie o puste gesty. Jednak dałabym dziś wiele za to, żeby jeszcze raz zobaczyć dziadka z tą jego psotną iskierką w oku, gdy pojawiał się u nas w drzwiach z tym bukietem świeżo urwanych żonkili.

#UuS0k

Z góry uprzedzam, że będzie to żalenie się na nasze państwo z dykty.
Mam 24 lata, studiuję i pracuję, obecnie pracę tę właśnie zmieniam. Najgorsze jest to, że jak ktokolwiek słyszy, że student, to nie ma mowy o czymś innym niż najniższa krajowa. Osobiście mi to nie przeszkadza, ale jednak boli, gdy słyszę od rodziny: „Jezu, ale co ty, za najniższą krajową robisz?!”. Pomijam fakt, że rynek pracy dla młodych wygląda tragicznie (janusze biznesu płacący 20 zł/godz., status studenta konieczny wraz z jednoczesną dyspozycyjnością od poniedziałku do niedzieli, wymagane doświadczenie min 3 lata, ale nie masz jak go zdobyć itd.). 
Rozmowy rekrutacyjne to również żart, sceny jak z filmu „sprzedaj mi ten długopis” (praca w sklepie spożywczym za najniższą) to nie żart, spotkałam się z tym. Co ciekawe, usłyszałam też, że mnie nie zatrudnią, bo mam za wysokie kompetencje... No żeż, dla jednych za wysokie kompetencje, dla innych niewystarczające doświadczenie i kończysz pośrodku niczego.
Znajomi mają „lepszą pracę”, czytaj: mają 3 zł więcej na godzinę albo lepsze warunki, gdy pytam, jak taką znaleźć, to słyszę, że rodzice się znają z kimś itd. I znów ja o to też nie mam problemu, gdybym sama miała możliwość, też bym korzystała.
To, co mnie boli, to że to państwo nie dba o pracowników. Tyle się mówi o tym, że młodzi nie chcą pracować... Ja pracuję od 14 roku życia, a pracowałam w gastronomii, handlu, biurze, sprzątałam, zbierałam owoce (w skrócie – wiem, co to znaczy zapierdol) i szczerze nie mam z tego nic. Jak skończę studia, liczę, że to coś zmieni, że coś ruszy, ale to też środowisko, gdzie liczą się kontakty.
No cóż, jak to wszystko będzie tak dalej szło, to robię stand-up, ostatnie 10 lat to wystarczający materiał.
Pozdrawiam wszystkich młodych w podobne sytuacji.
Dodaj anonimowe wyznanie