Mam 40 lat, swoje już przeżyłem, byłem w małżeństwie długo i już jakiś czas nie. Trochę mnie to bawi już na tym etapie, ale muszę się do czegoś przyznać. Nigdy nie byłem obiektem damskich westchnień – żadnych. Raz w życiu usłyszałem (dawno, dawno), że się komuś podobam, bez jakichś westchnień, tylko tak o, niestety nawet nie od własnej żony, ale od dziewczyny, która miała wówczas od paru lat chłopaka, więc podziękowałem. A tak to żadnych sygnałów, pokątnych spojrzeń, przypadkowych rozmów, żadnych plotek od koleżanek, żadnych anonimowych liścików za młodu, żadnych prób romansów, żadnych pijackich amorów na służbowych wyjazdach. Nic, nigdy, nul. W temat eks wchodzić nie będę, musicie uwierzyć na słowo, że też średnio ;-).
Nie, żebym był jakiś szpetny, myślę, że solidne 3/10. Trochę za gruby, trochę za łysy, ale nie żebym wzbudzał jakąś estetyczną pogardę, raczej taki przeciętny kartofel-misio. Zresztą kiedyś byłem ładniejszy, niewiele to zmienia. Podobno mam głowę na karku i można na mnie liczyć. Nie mam problemu z komunikacją, szybko nawiązuję kontakt, mam o czym rozmawiać z ludźmi. Nie jestem ani chamski, ani pobłażliwy, nie wyglądam na desperata, taki o kulturny, spokojny facet, ambitny, kiedy trzeba, umiejętny też, nie narzucający się, tylko robiący swoje. Nie jestem popędliwy, potrafię rozmawiać z kobietą na poziomie koleżeńskim i traktować ją jak człowieka. Kobiet znam wiele i nigdy nie odczułem z ich strony jakiegoś odrzucenia, więc to też nie to. Zdecydowanie nie jestem traktowany jak powietrze, raczej jako instytucja, o której nawet się nie myśli w kontekście miłosnym. Czemu? Nie mam pojęcia i nikt nie jest mi w stanie udzielić odpowiedzi innej niż „nie myślałam o tym, ale faktycznie tak jest”. Po rozwodzie miałem dużo sprzątania w głowie, wszystkie klepki poukładałem i jestem usatysfakcjonowany, ale na to pytanie nie potrafię sobie odpowiedzieć.
I choć pewnie brzmię, jakbym wylewał żale, to tak nie jest. Mam naturę badacza i po prostu korci mnie rozwikłanie zagadki, nawet jeśli przeprowadzam własną sekcję. A piszę, bo uruchomiło mnie zupełnie co innego. Otóż jak się okazuje, mój dobry przyjaciel ma większe powodzenie... mimo tego, że on wcale powodzenia nie szuka u kobiet. No cóż, najwyraźniej tak po prostu jest ;)
Jestem trenerem osobistym (panią trener konkretnie) i jakiś czas temu zachorowałam na tarczycę. Od tego czasu czego nie zrobię, staję się nieustannie grubsza... Wyglądam już gorzej niż niektórzy moi podopieczni.
Choć nadal mam świetne wyniki u ludzi, to obawiam się, że w końcu nikt nie będzie chciał przyjść do "grubej trenerki".
Muszę się kąpać w tej samej wodzie co mój brat i ojciec, brzydzę się tego. I nie da się przegadać rodzicom, że to chore. Zawsze słyszę odpowiedź "a co, z gównem się biłaś?".
Wyobraźcie sobie nastolatkę, która może myć włosy tylko w środy i w niedziele.
Kiedyś miałam tak tłuste włosy, że wywoływałam wymioty, byle nie iść do szkoły.
Czytam Anonimowe od dawna, lecz ostatnio natknęłam się również na facebookowy fanpage i... jestem w ciężkim szoku.
Jak to możliwe, że na stronie ludzie anonimowo potrafią zachować kulturę i jakiś poziom intelektualny, a na Facebooku, gdzie podpisują się własnym imieniem i nazwiskiem, robią taką wiochę?
Nie wiem, co powinienem zrobić. Rozważam pójście do seminarium (Seminarium Towarzystwa Salezjańskiego; SDB), ale z drugiej strony nie wiem, czy to moja droga życia. Niby mam jeszcze przed sobą dużo czasu, ale będąc szczerym, chciałbym wiedzieć, jak odnaleźć to coś w sobie, dzięki czemu zadecyduję. Uwielbiam pracę z dziećmi i młodzieżą oraz ludźmi, a wiara jest u mnie mocna.
Problemem jest również to, że od zawsze chciałem mieć żonę i dzieci. Nie wiem, co zrobić. Próbuję pytać w modlitwie, ale nie widzę jednoznacznych znaków. Nie chcę podjąć decyzji, której będę żałował w przyszłości.
Czy wy też całą swoją młodość odwdzięczacie się, że żyjecie, albo jesteście do tego zmuszeni?
Mam prawie 20 lat i od 13 roku życia utrzymuję budżet rodziny do stanu przeżywalności. Gdy dorabiałam sobie jako nastolatka, wszystkie moje pieniądze od razu po wypłacie znikały w rękach mojej mamy. Albo szło to na zakupy, albo akurat pokłóciła się z tatą i ten nie dawał nam żadnych pieniędzy, albo byliśmy w finansowej dupie, albo wykorzystywała je na swój ciuchowy zakupoholizm w tajemnicy, by tata nie wiedział. Nigdy nie zaoszczędziłam tych pieniędzy i nigdy nie wydałam ich tylko dla siebie.
Potem urodził się mój brat. Różnica 14 lat, więc oczywiście szybko ogarnęłam opiekę nad maluchem. Na początku lubiłam się nim zajmować, potem to znienawidziłam. Jestem darmową opiekunką 24/7 przez przynajmniej 15 dni w miesiącu, bo moja mama często, jak to sama mówi, musi odpocząć od swojego zatłoczonego życia i jej się to należy. Moi rodzice od zawsze pokazywali, że taka powinna być powinność. Muszę też być sprzątaczka, kucharką, robić zakupy, codziennie pokazywać, że nie jestem leniwa, bo inaczej dostaję opieprz, że nic nie robię w domu, tylko się lenię i robię burdel, a mama jest zmęczona po pracy i ona nie ma tyle siły i czasu, by to ogarnąć, bo jeszcze musi odbierać brata z przedszkola. Dopóki mieszkam z rodzicami, muszę codziennie udowadniać, że zasługuję na to, by mieszkać w moim domu. O słowie „dziękuję” przestałam marzyć już z 4 lata temu.
A potem poszłam do normalnej pracy zarobkowej i po pierwszej wypłacie mój tata przyszedł z pretensjami do mojej mamy, że nie dokładam się do domu w ogóle. Słowem się nie odezwałam, że całą moją wypłatę włożyłam w dom, zakupy, rachunki i kolejne zachcianki mojej matki. Dopiero gdy mama powiedziała mu, że nic nie zostawiłam dla siebie, uspokoił się. Od dziecka tata opowiadał mi, że jak był w moim wieku, to dokładał się do budżetu, a jak nie, to dostawał lanie pasem. Ode mnie wymaga się tego samego. Przyzwyczaiłam się, więc nie boli już tak jak z 5 lat temu, ale nadal ciężko z myślą, że jesteś związany łańcuchami. Pamiętam do dziś, jak jako 14-latka dostałam opieprz za to, że mam pieniądze, a nic nie postawię rodzicom. Pieniądze z osiemnastki rozeszły się w 3 miesiące na utrzymanie domu, podróży taty i kolejne zakupy mamy. Oddali raptem pół roku temu, pierwszy raz od 13 roku życia. Pracuję już pół roku i jak dotąd wszystko oddałam w dom i rodzinę. Wiem, że znajdą się tacy, co mi powiedzą, że mam się wyprowadzić i jestem idiotką, że tego nie robię. Mogłam to zrobić od pół roku. Ale nie mogę, bo nieustanie powstrzymuje mnie mama z pretensjami, że jak to zrobię, to zostanie sama i albo tata wraca z zagranicy, albo ja zostaję. I zostałam.
Moi znajomi mówią, że tak nie mają i jest mi głupio, jak ja mówię o sobie, więc milczę. I jak głupia nadal czekam na swoją miłość
Jestem 25-letnią kobietą i żyję w trójkącie. Część komentujących pewnie się oburzy, bo nie chodzi o „marzenie każdego faceta”, tylko o relację z dwoma mężczyznami.
Zaczęło się dwa lata temu, kiedy poznałam mojego chłopaka (22 lata). Dość szybko znaleźliśmy wspólny język, mieliśmy podobne zainteresowania, podejście do życia itp. Byliśmy naprawdę zgraną parą, chociaż w sferze intymnej oboje czuliśmy niedosyt. Po pół roku dowiedziałam się, że zdradza mnie z facetem. Byłam w ciężkim szoku, nie miałam problemu, że jest bi, jednak nie mogłam mu wybaczyć kłamstwa. Zerwaliśmy, przez ponad miesiąc nie mieliśmy ze sobą kontaktu, a ja podświadomie czułam, że za nim tęsknię. Kiedy postanowiliśmy sobie wszystko wyjaśnić, okazało się, że on wszedł w związek z tamtym gościem (33 lata), ale kocha również mnie. A ja mimo chęci nie potrafiłam go całkiem odrzucić.
Postanowiliśmy spróbować i dziś mija pierwsza rocznica naszego życia we trójkę. Mieszkamy razem, wspieramy się nawzajem, nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Wbrew niektórym opiniom, nie jesteśmy o siebie zazdrośni, kwestia odpowiedniej komunikacji w związku. Nie ukrywamy się, ale też nie afiszujemy za bardzo. Z naszych rodzin na razie wiedzą tylko najbardziej „otwarte” młode osoby. Co do sfery łóżkowej, najczęściej śpimy wszyscy razem, ale mamy też swoje oddzielne pomieszczenia, gdzie możemy się wyciszyć i pobyć sami. Uwierzcie, czasem naprawdę się przydaje. Co najważniejsze, to nie jest relacja oparta tylko na seksie, mamy naprawdę silną więź duchową. No i wbrew stereotypom jesteśmy sobie wierni. Tak, wiem, zaczęło się od zdrady, ale dla mnie to już nie ma znaczenia.
PS dziś okazało się, że jestem w ciąży. Na razie nie wiem, z którym, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Po pracy zrobię im niespodziankę :)
Gdy miałam 12 lat, pojechałam na kilka dni na wakacje do mojej cioci do Krakowa. Ciocia mieszka na 6 piętrze, więc za każdym razem korzystałam z windy.
Pewnego dnia postanowiłam się przejść na plac zabaw, który znajdował się przed blokiem. Wsiadam do windy i akurat zechciało mi się pierdzieć. No cóż... sama w windzie, więc czemu miałabym się powstrzymywać? Oczywiście pierdnęłam, smród niesamowity! Zjechałam na parter, otwieram drzwi od windy, a tu dwóch chłopaków w wieku 14-15 lat. Zrobiłam się czerwona na twarzy jak burak i od razu biegiem na dwór, żeby nie było na mnie! Ale nie uniknęłam tego... Wychodząc, usłyszałam: „Ale się spierdziała! Jak tak można?”.
Od tamtej pory do cioci wchodziłam po schodach i modliłam się, żeby ponownie nie spotkać tych chłopaków.
Teraz mam 18 lat i za każdym razem, jak sobie o tym pomyślę, robię się tak samo czerwona na twarzy jak wtedy.
Wszystkie bajki, którymi mnie raczono w dzieciństwie, kończyły się happy endem, miłością, małżeństwem z dziećmi i słynnym „żyli długo i szczęśliwie”. Zawsze pragnęłam tego dla siebie i udało mi się to osiągnąć. Mam kochającego męża i dwoje dzieci. Jestem w trakcie „życia długo i szczęśliwie”.
Dzień rozpoczynam, gdy wstaje moja mała córka. Przygotowuję jej butelkę mleka i robię sobie kawę. Potem budzę kilkuletniego syna, przygotowuję mu śniadanie i odprowadzam do szkoły. Wracam, wstawiam pranie, szykuję obiad, idę po syna. Razem wstępujemy na plac zabaw pod szkołą. W domu jemy obiad, zmywam, wieszam pranie, idę z dziećmi na spacer. Wracam, sprzątam coś w domu, prasuję wczorajsze pranie. Wraca z pracy mąż, jemy razem kolację, kładziemy dzieci, oglądamy film, idziemy spać. Happy life... Czyżby?
Córka budzi się po kilka razy każdej nocy, więc jestem ciągle niewyspana. Syn rano nie chce wstawać, ubierać się, muszę krzyczeć. Oboje nie chcą wracać z podwórka, muszę krzyczeć. Niezależnie, czy byliśmy tam godzinę, czy pięć. Zawsze komuś coś nie pasuje w obiedzie, a mi jest przykro. Nikt nie szanuje mojej pracy w domu, wszyscy śmiecą i bałaganią. Nikt nie słucha moich próśb, prób rozmów, muszę krzyczeć. Mąż wraca zmęczony, jeśli do czegoś między nami dojdzie, to nie jest to dla mnie satysfakcjonujące.
Nie mam zupełnie nikogo oprócz męża. Inne matki pracują, nikt nie ma czasu się spotkać. Gdy gdzieś idę i zabieram dzieci, cały czas marudzą, muszę krzyczeć, żeby je jakoś ogarnąć. Nie chodzę do fryzjera ani na dłuższe zakupy, bo nie mam z kim zostawiać dzieci. Gdy zachorowałam, dopiero po dwóch tygodniach poszłam do lekarza, bo mąż wcześniej nie miał wolnego.
Mam dość. Dość tej rutyny, dość krzyków dzieci i własnych. Dość samotności. Mam rodzinę. A jestem cholernie samotna. Moje myśli się zmieniły. Kiedyś byłam wesoła i towarzyska. Teraz jest mi wszystko jedno, nic mnie nie interesuje. Nie chce mi się nic robić, zmuszam się do każdej czynności – do gotowania, do wychodzenia z dziećmi, do zajmowania domem.
Psycholog stwierdził głęboką depresję, wysłał do psychiatry, leczę się od roku, ale żadne leki nie pomagają.
PS Dziewczyny! Zanim zdecydujecie się na dzieci, upewnijcie się, że ma Wam kto pomóc.
Happy endy ssą.
Jeśli myślisz, że spróbujesz tylko raz – to posłuchaj kogoś, kto też tak myślał.
Pierwszy raz to był żart. Dopalacze. Śmiech. Euforia. Świat stał się prosty jak kreska na stole. Byliśmy królami życia. Wydawało się, że właśnie przejęliśmy stery od samego Boga i teraz możemy wszystko. Zero lęku. Zero wstydu. Zero odpowiedzialności.
I właśnie to „zero” okazało się początkiem. Nie ma momentu, w którym orientujesz się, że przegrałeś. To nie jest dramat z orkiestrą. To powolne przesuwanie granicy. Trochę więcej. Trochę częściej. Trochę mocniej. Aż któregoś dnia budzisz się i twoje życie nie jest już twoje.
Pracowałem na morzu. Morze jest twarde. Fale nie pytają, czy jesteś zmęczony. Masz stać i robić swoje. I stałem. Byłem funkcjonalny. Byłem „ogarnięty”. Byłem gościem, który zarabia, który daje radę, który ogarnia sprzęt i ludzi. A potem wracałem do domu i stawałem się cieniem. Moje życie podzieliło się na dwa światy: na morzu – odpowiedzialny facet, w domu – człowiek, który potrzebuje chemii, żeby poczuć cokolwiek. Z czasem już nie brałem, żeby było fajnie. Brałem, żeby nie było źle. A to zupełnie inna liga.
Kobiety przychodziły i odchodziły. Nie dlatego, że byłem potworem. Dlatego, że byłem nieobecny. Nie możesz kochać kogoś, kto jest mentalnie kilka gramów dalej.
A potem poznałem ją. Najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu trafiła. Spokój. Ciepło. Normalność. Taka zwykła, zdrowa normalność, której ja już nie potrafiłem utrzymać. Miała przeczucia. Czuła, że coś jest nie tak. A ja patrzyłem jej w oczy i kłamałem bez mrugnięcia. Nie dlatego, że chciałem ją zranić. Dlatego, że byłem uzależniony.
Uzależnienie to nie jest „lubię sobie czasem wziąć”. To jest sytuacja, w której kolejna działka wygrywa z osobą, którą kochasz. I wiesz, że wygrywa. I mimo to wybierasz ją.
Dwa miesiące temu przestaliśmy się widywać. Na początku grudnia przestała się odzywać. I w tej ciszy nie ma dramatu. Nie ma awantury. Jest tylko konsekwencja.
To nie ona mnie zostawiła. To ja przez lata odsuwałem ją od siebie każdym kłamstwem, każdym powrotem do prochu.
Największa porażka? Nie to, że odchodzi. Największa porażka to świadomość, że miałem szansę żyć inaczej. Miałem kobietę, pracę, zdrowie. I wybrałem chwilowe odcięcie od rzeczywistości.
Nie zrobię sobie krzywdy. Będę żył. Wyjadę. Zacznę od nowa. Nie po to, żeby uciec przed miłością. Tylko po to, żeby przestać uciekać przed sobą.
Najgorsze w tym wszystkim jest jedno: dziś mam głowę, której wtedy nie miałem. Dziś wiem, że to nie był luz. To była autodestrukcja ubrana w śmiech.
Jeśli to czytasz i myślisz: „mnie to nie dotyczy” – też tak myślałem. Nikt nie planuje zostać uzależnionym. Każdy planuje tylko „spróbować”. A potem budzisz się kilka lat później i jedyne, co masz, to wspomnienie osoby, którą mogłeś być.
Morze nauczyło mnie jednej rzeczy: jak coś tonie wystarczająco długo, przestaje walczyć. Ja jeszcze walczę.
Pytanie, czy ty będziesz musiał.
Dodaj anonimowe wyznanie