W mojej rodzinie od zawsze ceniło się dwie rzeczy – ciężką pracę i naukę. Ojciec pracował na budowie od rana do nocy, niejeden raz widziałam, jak wraca wykończony do domu. Mama pracowała „tylko” jeden etat, czyli 8 godzin dziennie, ale za to cały dom był na jej głowie – gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy itd. Ja razem o rok starszym bratem mieliśmy się uczyć, to była nasza praca, zawsze czerwony pasek, a brat miał jeszcze wygrane olimpiady z matematyki. W wakacje z bratem pracowaliśmy przy zbiorach truskawek, wiśni i ogórków.
I teraz obecny czas: ojciec nie żyje, zmarł na zawał w czasie pracy. Mama jest tak schorowana, że potrzebuje mojej pomocy przy codziennym życiu. Brat jako pan profesor matematyki pracuje na pewnej uczelni. A ja mam wykształcenie, życie mi się ułożyło i zawodowo, i prywatnie, mam męża i dwoje dzieci. Ale mam tajemnicę, o której wie tylko mąż: chodzę na terapię, ponieważ nie umiem odpoczywać. Nie potrafię cieszyć się z czwórki córki, bo mam wrażenie, że jestem leniwa, bo to powinna być szóstka.
Dobrze, że mąż jest tym wyluzowanym rodzicem i mnie strofuje, bo inaczej dzieci czułyby, że nie są dla mnie wszystkim. Mówię im, że je kocham, ale okazać to jest mi trudno.
Nie mogę o tym powiedzieć mamie, bo ona uważa, że to dobrze, że nie jestem leniwa, a dzieci przecież mają się uczyć, brat uważa tak samo. A ja się wstydzę.
Mam nadzieję, że terapia pomoże, nie chcę się kiedyś obudzić z wiedzą, że życie mi przeciekło między palcami.
Zostałam zatrudniona do nowej pracy, od razu wpadłam sobie w oko z jednym mężczyzną. Po czasie okazało się, że ma żonę i dwoje dzieci. Zostawił ją dla mnie, ale nie dzieci, z nimi kontakt miał super. Mnie też jego dzieci polubiły, a ja mając i swoje, polubiłam jego dzieci. Razem nie zamieszkaliśmy nigdy. Po roku mi się oświadczył... i miesiąc po zaręczynach zdradził ze swoją byłą żoną. Wybaczyłam. Za jakiś czas pisał z nią, mówiłam, aby odszedł i wrócił do niej. Nie chciał. Mówił, że kocha tylko mnie, wybaczyłam. Ale straciłam wszystkie uczucia do niego. Cokolwiek nie zrobiłam, nie chciał ode mnie odejść, a ja naprawdę chciałam, aby wrócił do byłej żony i dzieci. Zdradziłam go z byłym, chciał mi wybaczyć, ale ja nie prosiłam o to. I w końcu już nie wypisuje. Mam nadzieję, że ona mu wybaczy i będą razem. W firmie jesteśmy na „cześć”, a ja znów jestem z byłym, z którym zerwałam 4 lata temu. Jestem szczęśliwa.
Dużo ostatnio czytam o pozostawianiu dzieci samych sobie, podrzucaniu ich rodzinie, nieodpowiedzialnych rodzicach... Za każdym razem mam w głowie pewną historię.
To było ponad 20 lat temu, nikt już nie pamięta dokładnie kiedy, ale nie chodziłam nawet do przedszkola. Tata pracował w delegacjach, a mama na trzy zmiany, tak że gdy była w pracy, opiekowała się mną babcia. Babcia najczęściej przyjeżdżała do nas i tak też było tego dnia.
Mama wyszła na szóstą rano do pracy, babci jeszcze nie było, bo jak się później okazało, autobus się popsuł na trasie i było opóźnienie. Ja spałam w domu, więc rodzicielka stwierdziła, że czekać niestety dłużej nie może, a ja nie powinnam się obudzić i poszła. Tylko że ja się obudziłam i ku mojemu przerażeniu nie zastałam nikogo w domu. Przerażona i zapłakana otworzyłam sobie drzwi, widocznie nawet zamknięte na klucz nie były dla mnie problemem i... poszłam szukać mamy. To był koniec listopada, do tej pory pamiętam, jak było zimno. A ja boso, tylko w piżamie, wybiegłam na osiedle i pobiegłam gdzieś przed siebie. Chodziłam między blokami, gdy zaczepił mnie jakiś pan. Nie kojarzyłam go, ale wydawał mi się miły, bo spytał, co tu robię sama i gdzie jest moja mama. Zaproponował, że poszuka jej razem ze mną. Wziął mnie za rękę i zaczął prowadzić w stronę takiej opuszczonej fabryki, która znajdowała się z tyłu osiedla, pamiętam, że pytałam go, co miałaby robić tam moja mama, ale wcisnął mi jakiś kit, w który uwierzyłam i ufnie szłam razem z nim.
Miałam dużo szczęścia. Sąsiad, dobry znajomy moich rodziców, akurat wracał z nocnej zmiany i nas zauważył. Podbiegł, wyrwał mnie temu facetowi i uderzył go. Nie wiem, co z tym gościem stało się dalej. Pan Marek zabrał mnie do swojego domu i tam w oknie czekaliśmy na przyjazd babci. Po tym zdarzeniu rodzice zamykali drzwi tak, żeby nie dało się ich otworzyć od środka, a gdy mama miała na rano do pracy, babcia zostawała u nas na noc.
Mam dość własnego męża.
Poznaliśmy się wiele lat temu. Wszystko super. Pobraliśmy się. Piękne wesele. A potem mój mąż zaczął łysieć. Stało się to jego kompleksem. No i wybrał się na przeszczep do Turcji. Włosy odrosły. Potem stwierdził, że przytył. Zaczął regularnie jeść, ćwiczyć, liczyć kalorie. Schudł. Stwierdził, że chce budować formę. Wyrzeźbił ciało. Wyglądał niesamowicie. Później stwierdził, że ma brzydkie zęby. Wycieczka do Turcji. Nowy uśmiech. Później operacja nosa, uszu. Zyskał niesamowitej pewności siebie. Zmienił pracę, zaczął zarabiać ogromne kwoty. Kupił choppera, bo to było jego marzenie. Byłam kiedyś u niego w firmie. Jego „koleżanki” flirtowały z nim. Powiedział, że to była tylko rozmowa, a kocha tylko mnie. Widzę, jak na niego patrzą kobiety, jak zmienił się jego charakter. A dlaczego mam go dość? Bo zmienił się nie do poznania. Kochałam go takim, jakim był. Łysiejącego, z lekkim brzuchem. Nie byłam o niego zazdrosna ani nic. A teraz mnie trafia, że wyglądam przy nim jak szara myszka. Jestem zazdrosna o każdą kobietę. Ostatnio dostał telefon z pracy i rozmawiał z jakąś koleżanką. Rozmowa była w aucie na zestawie głośnomówiącym. Koleżanka powiedziała na końcu, że zawsze można na niego liczyć. Dostałam ataku furii. Mąż mówi, że przesadzam, żebym się uspokoiła, ale nie potrafię. Pamiętam, jak faceci na mnie patrzyli z zachwytem, jak mnie podrywali... A teraz szlag mnie trafia, że kobiety podrywają mojego męża... Nie wiem, co robić, czy się rozwieść, czy zostać...
Dzisiaj odkryłam, że podczas mojej dwutygodniowej nieobecności w domu mój mąż prawdopodobnie flirtował z kobietami w internecie na stronach do tego przeznaczonych. Przejrzałam jego historię przeglądania. Widziałam adresy stron, ale nie da się otworzyć tego, co tam faktycznie było. Boję się rozmowy na ten temat, nie wiem, jak to zrobić, od czego zacząć, by dowiedzieć się prawdy...
Moja nowa partnerka chce zostać moją tradycyjną żoną rodem z lat 50. XX wieku. Jak do tego doszło? 31 lipca straciła pracę. W tamtym czasie znaliśmy się niespełna trzy miesiące. Krótko, ale nie wypadało nie wyciągnąć reki. Zaproponowałem jej bezkosztowe zamieszkanie u mnie do momentu, kiedy stanie na nogi. W ubiegły weekend przy kolacji zażartowałem, że lepiej, żeby jak najdłużej szukała pracy, bo ciężko będzie mi zrezygnować z tych wygód, jakie mi organizuje. Ona zapytała, co ja na to, jakby taki stan rzeczy trwał wiecznie? Co jakby została moją tradycyjną żoną? Myślałem, że jest to forma żartu w odpowiedzi na mój żart. Ale nic z tych rzeczy. To była prawdziwa propozycja. Ja ją utrzymuję, ona dba o mnie i dom. Za rok, jeżeli uznam, że mi to odpowiada, mam ją wziąć za żonę, a ona urodzi mi dwójkę dzieci.
Zdębiałem, naprawdę zdębiałem. Powiedziałem jej, że na tym etapie są to bardzo odważne i śmiałe deklaracje i plany. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Teoretycznie zostało mi przedstawione spełnienie marzeń faceta, zwłaszcza że moja pozycja zawodowa pozwala temu sprostać. Niestety nie wiedzieć czemu poczułem coś w rodzaju niepokoju. Tak jakby trochę mnie wystraszyła. Dodam, że dzieli nas 10 lat różnicy.
Od trzech lat mamy z mężem psa. Była to przemyślana i świadoma decyzja, miał być rasowy psiak, a wyszło tak, że wzięliśmy szczeniaka w potrzebie. Wtedy nie wiedziałam, że historia psa ma takie znaczenie. Teraz mamy 10 kg czystej agresji na czterech łapach... Chodzimy z nim na treningi od dwóch lat, mieliśmy dwóch behawiorystów, ale za dużo się nie zmieniło. Szczeka na wszystko, co się rusza, goście w domu to stres dla wszystkich, mimo że pies jest w innym pokoju zamknięty. Ja nabawiłam się silnej nerwicy, każda życiowa decyzja jest najpierw rozpatrywana pod kątem psa, nawet posiadanie dziecka na ten moment odpada, bo boimy się, jak to z nim będzie. Kocham go, ale jednocześnie mam go po dziurki w nosie. Wstydzę się tego, że jest tak „niewychowany”.
Byłam uzależniona od męskiej uwagi, odkąd pierwszy raz w wieku 14 lat weszłam w związek. Teraz mam 18 i przez te 4 lata nie było nawet miesiąca, w którym nie byłam w związku lub nie kręciłam z kimś. Zaczęłam zauważać problem już dosyć dawno, ale nie potrafiłam przestać. Postanowiłam ogarnąć się już zupełnie miesiąc temu. O dziwo, jakoś sobie radzę (ale może to też kwestia tego, że już nikt mnie nie chce i nie mam w czym wybierać). Niestety nie wyleczyłam się chyba z tego całkowicie, bo przez ten miesiąc wymyśliłam sobie pewną zabawę... Mam chłopaka, ale takiego, który nie istnieje. Wymyśliłam go sobie, oczywiście tylko dla własnego użytku, dla znajomych jestem singielką i nikt nawet się nie domyśla, co mi siedzi w głowie. Często wyobrażam go sobie obok mnie, jak przytula się do mnie, wspiera mnie w szkole, czy nawet pomaga mi w sprawach łóżkowych. To dla mnie bardzo wstydliwe, ale nie potrafię bez niego żyć. Nie wiem, czy to normalne, ale wiem, że gdybym się komuś z tego zwierzyła, to wysłałby mnie na terapię... Jest to co prawda jakiś sposób, aby nie wchodzić w realne, krótkie i intensywne związki (które bardzo źle wpływają na moją psychikę i funkcjonowanie), ale boję się bardzo, że tak się do niego przywiążę, że już nigdy nie pokocham nikogo prawdziwego....
Jestem z moim chłopakiem od 4 lat, mieszkamy razem, i coraz częściej czuję się w tym związku sama. Kiedy coś mnie martwi albo się czymś dzielę, często kończy się to tak, że to ja wychodzę na problem. Ostatnio powiedziałam mu o czymś, co mnie poruszyło, a on nazwał to „czerwoną flagą” i przez dwie godziny nie chciał ze mną rozmawiać ani mnie dotknąć. Dałam mu przestrzeń, o którą prosił, zrobiłam dokładnie to, co sam mi kiedyś radził, żeby zająć się czymś innym. A on zapragnął rozmawiać, dopiero gdy zobaczył, że naprawdę wychodzę z domu.
Kiedy próbuję nazwać, że coś mnie w tym boli, słyszę: „Możesz odejść, jeśli chcesz”, „Wiesz, co masz robić”, „Nie ma dalszej potrzeby o tym rozmawiać”, „Znów robisz problem”. Nigdy krzyku, nigdy wprost oskarżenia, tylko takie zdania, które sprawiają, że boję się w ogóle odezwać, bo wiem, że odpowiedzią będzie ultimatum, a nie próba zrozumienia.
Ciągle łapię się na tym, że pytam samą siebie, co zrobiłam źle, zanim w ogóle zastanowię się, czy to on coś zrobił źle. Nie wiem, kiedy to się we mnie utrwaliło, może już wcześniej, z przyjaciółmi, gdy czułam, że cokolwiek powiem, zostanę za to ukarana. Kocham go i chcę, żeby to działało. Ale nie wiem, czy nie jestem „za bardzo”...
Od dłuższego czasu szukam pracy. Mam spoko zawód po technikum, ale w branży mnie nie przyjmą, bo nie mam studiów związanych z tym kierunkiem. Do innych prac mnie nie chcą, bo nie mam statusu studenta.
Najwyższa pora na emigrację.
Dodaj anonimowe wyznanie