Moja 8-letnia córeczka w tym roku pierwszy raz sama wymyślała prezenty na dzień mamy i taty, a my jej pomagaliśmy je kupić.
Mamie „kupiła” wino, a tacie (mi) wódkę.
Spędziłem pięć dni w niemieckim areszcie. A wszystko to przez mojego kumpla - kretyna z niewyparzoną gębą. A było to tak: Korzystając z trzytygodniowego urlopu postanowiliśmy zrobić sobie małą wycieczkę po kilku europejskich krajach. Podczas jazdy po pewnym północnym, niemieckim landzie, autokar, którym podróżowaliśmy zatrzymany został przez policję. To była rutynowa kontrola – jak się okazało stróże prawa w tym miejscu regularnie zatrzymują pojazdy na małe „trzepanie”. Niedaleko jest granica z Holandią, więc podczas takich obław często wpadają narkotykowi przemytnicy-amatorzy.
- Czy w waszych plecakach znajduje się jakaś nielegalna substancja? - zapytał policjant o twarzy surowej niczym oblicze wzorowego SS-mana, który absolutnie nie zna się na żartach.
Wiedzieliśmy, że tak czy inaczej odbędzie się rewizja, więc mój kumpel, bez zwłoki wydobył ze swego bagażu, malutkie zawiniątko. Znajdowało się w nim pół grama haszyszu.
Policmajster zimnym jak lód spojrzeniem zbadał pakuneczek i wyciągnąwszy blankiecik do wystawiania mandatów, wycedził:
- Za to będzie 300 euro!
I wtedy się zaczęło. Mój towarzysz podróży otworzył szeroko oczy i teatralnie podniósł się z siedzenia
- Trzy stówy? - ryknął z niedowierzaniem – Ziomuś, kto cię tak oszukuje? Weź lepiej zmień dilera! Za gramik haszu zapłacisz najwyżej paręnaście euro. Poważnie, przepłacasz i to mocno!
Tak, jak myślałem – policjant o aparycji SS-mana absolutnie na żartach się nie znał. Oprócz 300 euro musieliśmy odsiedzieć w areszcie pięć dni i zapłacić karę za obrazę funkcjonariusza na służbie.
Ludzie, cóż za żenująca sytuacja się właśnie wydarzyła...
Pracuję w dość dużej firmie i uczestniczyłam dziś w zebraniu zarządu. Wszystko idzie świetnie, każdy przedstawia swoje racje i wtedy przychodzi kolej na mnie. Głęboki wdech i idziesz, dziewczyno! Rozpoczynam swój wywód, gdy nagle zakręciło mnie w nosie i... kich. Oczywiście nie był to zwykły psik. Z mojego nosa wyleciała potężna koza i wylądowała na dokumentach przede mną. Wyglądało to, jakby z nosa wypadł mi kawałek mózgu... Chwila ciszy, konsternacja, szybka akcja, chusteczka w rękę, przepraszam i sprzątam gościa. Jak gdyby nigdy nic kończę moją prezentację i udaję się na moje miejsce.
PS Nikt tego wydarzenia nie skomentował, cieszę się, że jesteśmy już jednak dorosłymi ludźmi :)
Jestem 23 letnią kobietą i od roku czasu nie mam żadnych mediów społecznościowych oprócz Snapchata do pisania znajomymi. Nie mam facebooka/messengera, Instagrama, Twittera czy innych tego typu platform. Oduczyłam się życia z telefonem w łapie i jakoś daję sobie radę. Na laptopie gram w gry takie jak Simsy, a w telewizji oglądam seriale. Nie jestem zmuszona ciągle przewijać facebooka czy instagrama, ani nie wpadam na pomysł by napisać coś publicznie głupiego. Mam tylko i wyłącznie snapchata, a nawet tam używam tylko funkcji chatu, całkowicie ignorując shortsy czy inne rzeczy które ludzie tam wstawiają. Miałam kiedyś discorda, ale jego również się pozbyłam.
Chcę pokazać że można żyć bez żadnych mediów społecznościowych i jakoś starać sobie ułożyć życie.
Jestem uzależniona od jedzenia. Może się to wydawać śmieszne lub głupie, bo przecież jedzenie jest niezbędne do życia. Jednak to prawda.
Gdy widzę fast foody lub inne jedzenie, które uwielbiam, nie umiem się powstrzymać.
Gdy mam tabliczkę czekolady i chcę wziąć jedną kostkę, chwilę później zostaje samo opakowanie. Nie panuję już nad tym. Moja waga ciągle rośnie, przy wzroście 165 cm ważę 92 kg (nie widać tego po mnie, jednak normalnie też nie wyglądam).
Od dwóch dni jestem na odwyku (i diecie). Wyrzuciłam z mojego jadłospisu wszystko to, co kochałam: fast foody, makarony, soki, słodycze, napoje gazowane i wiele innych.
Mimo że to dopiero drugi dzień, zostałam już wystawiona na próbę. Na kolację była pizza... Jednak ze łzami w oczach przechodziłam od niej jak najdalej się da. I udało się. Nie tknęłam ani kawałka!
To dla mnie ogromny krok w dobrą stronę i mam nadzieję, że będzie ich więcej. Trzymajcie kciuki, drodzy Anonimowi!
Po 20 latach palenia postanowiłem rzucić. Zawsze byłem przekonany, że mój nałóg jest uzależnieniem psychicznym, że to kwestia nawyków etc.
Jak powiedział Mark Twain, rzucanie palenia jest łatwe, robiłem to wiele razy...
Najpierw stopniowo, teraz mija tydzień od całkowitego odstawienia i ze zdumieniem obserwowałem całą gamę objawów fizycznych.
Zaburzenia apetytu. Potrafię nic nie jeść cały dzień, po prostu nie wiem, czy jestem głodny.
Zaburzenia snu. Nie mogę usnąć, telepie mnie, budzę się o 5 rano. Sny. BARDZO intensywne sny.
Zaburzenia nastroju – to klasyka. Tylko tak nieklasycznie, zrobiłem się wycofany i zimny. Zawsze byłem cholerykiem.
Jestem pobudzony, nie mogę usiedzieć w miejscu. Tysiąc myśli na minutę.
Jednocześnie nie mam problemu z koncentracją, wręcz przeciwnie – jak się czymś zajmę, to skupiam się na tym niczym komputer.
Smaki i zapachy. Wszystko piekielnie intensywne.
Libido mi skoczyło, mam wrażenie, jakbym znowu miał 16 lat i ciągle o tym myślę. Dość kłopotliwe.
I wręcz bawi mnie ta moja głupota, że byłem pewien, że to tylko psychika. A tu normalne fizyczne objawy odstawienne...
Najpierw pomagałem sobie cytyzyną, ale olałem, bo stwierdziłem, że nic nie zmienia. Teraz mówię sobie – albo nikotyna mnie, albo ja ją. Wypad.
W podstawówce mieliśmy raz na zadanie napisać krótki dziennik z podróży, na 300 słów. Napisałem to tak: „Ja i moja wierna klacz Małgonia pojechaliśmy do Radomia. Klap, klap, klap, klap, klap... (i tak 280 razy). W drodze powrotnej Małgoni noga złamana, musiałem nieść konia na barana”.
Niestety nauczycielka nie doceniła mojej kreatywności, dostałem pałę.
Dziś są moje urodziny. Kończę 20 lat. To nic nadzwyczajnego, jednak od 15 roku życia ten dzień kojarzy mi się wyłącznie ze smutkiem i samotnością. W przeciwieństwie do mojego brata, ja dostaję wyłącznie życzenia i dalej każdy ma mnie gdzieś. Nie mam nikogo, z kim mogłabym w ten dzień porozmawiać, każdy o mnie zapomina i równie dobrze mogłoby mnie wtedy nie być. Kolejne urodziny spędzę sama, płacząc w swoim pokoju. Wiem, że są ludzie, którzy mają gorzej. Jednak taki stosunek do mnie jest dla mnie po prostu bardzo bolesny.
A teraz anonimowa część.
Co roku wysyłam sobie kartkę urodzinową, podpisując ją, jakbym dostawała ją od przyjaciela. Zawsze, kiedy dotrze, jestem absolutnie wzruszona.
Jak byłam mała zamykałam się w toalecie wymyślałam różne historie albo przypominałam sobie różne filmy i odgrywałam wszystkie możliwe role.
Z filmów np. dokańczałam historie. Potrafiłam siedzieć w tej łazience 2 godziny, jak nie więcej i nie nudziło mi się to nigdy.
Wstyd mi, ale z powodu swoich problemów nie jestem w stanie pracować nawet na kasie w spożywczaku. Nie potrafię liczyć większych cyfr, a do tego z nerwów wszystko zapominam.
Nigdy nie umiałam matematyki, co niezwykle rozjuszało moją mamę - kiedy trzeci raz źle odpowiedziałam na jej pytanie matematyczne to zaczynała przeklinać i dostawałam po dupie za to jakim jestem nieukiem. Wszędzie słyszę, że kasa to najłatwiejsza praca, ale ja tak nie uważam. Samo to, że miałabym komuś wydawać pieniądze, powoduje u mnie ból głowy.
Nie wiem, może jestem na coś chora? Na pewno mam autyzm, choć niestety odkryłam to dopiero jako dorosła kobieta, bo rodzice nigdy nie zabrali mnie na badania mimo, że przejawiałam bardzo dziwne zachowania, takie jak klaskanie w ręce czy ocieranie rękami o twarz kiedy byłam czymś zdenerwowana.
Dodaj anonimowe wyznanie