#oaqPk

Właśnie dowiedziałam się, że dzięki wspólnemu grupowemu adresowi e-mail wszyscy koledzy z roku mogli poznać moją historię wyszukiwania. A jestem jedyną dziewczyną na roku, więc nie ma wątpliwości, że wyszukiwanie w Google jak usunąć typowe kobiece (i wstydliwe) przypadłości są moje.

#xJ0WJ

Moja rodzina i moja dziewczyna namawiali mnie, żebym zgolił brodę. „Bez tego będziesz wyglądał jak mężczyzna” – mówił ojciec, „To wcale nie jest ładne” – mówiła matka, „Brodaci faceci zawsze mniej mi się podobali” – mówiła dziewczyna. Po kilku miesiącach stwierdziłem więc, że nie chce mi się już tego dalej słuchać. Ogoliłem się, w końcu to tylko włosy.

Reakcja rodziny? „Dobra... teraz to wyglądasz jak pi**a... lepiej ci było z brodą”. Nawet moja dziewczyna się ze mnie śmiała.

Dzięki, kochani...

#wQNh0

Jestem na urlopie macierzyńskim, chodzę na długie spacery z wózkiem. Częstym problemem jest brak toalety w parkach, do restauracji daleko, łażenie po krzakach też nie dla mnie (bo wózek), zresztą pełno ludzi dookoła.

No i zdarzyła mi się potrzeba, a tu toalety jak nie było, tak nie ma. Akurat miałam na sobie luźną powiewną spódnicę za kolano, więc wymyśliłam chytry plan. Wjechałam wózkiem na trawnik, rozłożyłam kocyk, położyłam na nim dziecko (że niby pikniczek) i kucnęłam obok. Jednocześnie szeroko rozpostarłam spódnicę, pod nią zsunęłam majtki i tak na kucaka, prawie siedząc tyłkiem na trawie, w bliskim towarzystwie mnóstwa ludzi, dyskretnie się wysikałam. Kałuża sobie szybciutko wsiąkła w trawę, odczekałam jeszcze dwie minuty, wstałam i poszłam dalej. 

Z tego sposobu korzystałam jeszcze wielokrotnie. Zawsze widząc kobiety w podobnych luźnych spódnicach, zastanawiam się, czy często mój system jest stosowany przez innych ludzi :)

#Ky420

Dziś kończę 18 lat. Dostałam od mojej babci ciekawy „prezent”. Otóż otrzymałam WYPRAWKĘ DO SZPITALA – szlafrok, podróżne pojemniki na kosmetyki, ręcznik, klapki, zestaw leków przeciwbólowych. „W razie gdybyś zachorowała”.
Podziękować czy zapytać, ile czasu mi jeszcze zostało?

#GGER4

Dwa lata temu znalazłam ogłoszenie, w którym szukano wolontariuszy do projektu Szlachetna Paczka. Początkowo je ominęłam, lecz później wróciłam i wyszperałam w internecie, czym dokładnie jest ta idea i czym zajmuje się wolontariusz. Krótko mówiąc, wolontariusz Paczki pomaga ludziom w ciężkich sytuacjach życiowych, starając się, aby na święta Bożego Narodzenia rodzina dostała to, co jest im niezbędne do życia.
Chwilę się zastanowiłam i stwierdziłam, że mam więcej wolnego czasu i dlaczego nie miałabym w tym czasie komuś pomóc. Dlatego zgłosiłam się i tak zaczęłam swoją przygodę z Paczką.
Uważam, że jestem osobą, której nie brakowało nic do tamtej pory. Nie chodzi mi o to, że mam wszystko, o czym zamarzę, lecz o to, że mam cudowną rodzinę i przyjaciół, zawsze czeka na mnie ciepły dom i dzięki rodzicom mogę studiować, za co bardzo dziękuję. Chciałam, żeby inni też mogli choć przez chwilę poczuć takie szczęście w środku <3. Jedyne czego mi brakowało, to chłopak, bo zawsze trafiałam na głupców, a bardzo chciałam mieć osobę, która będzie już ze mną na dobre i złe. Nawet nie sądziłam, że kiedyś spotkam takiego, który będzie mi pasował i zaakceptuje moje humory :)
I jak już pewnie się domyślacie, a ja się wtedy nie domyślałam, w tamtym roku, czyli już w mojej drugiej edycji Szlachetnej jako wolontariusz, spotkałam właśnie takiego chłopaka, który również zechciał również sprawiać innym radość i razem zmienialiśmy świat na lepsze.
Teraz już mam MEGA wszystko, co mi potrzebne do szczęścia i będę Bogu dziękować do końca życia :) Szlachetna Paczka daje mnóstwo radości nie tylko ludziom dostającym paczkę, ale i darczyńcom, wolontariuszom, a szczególnie takim jak my.
Są łzy i wzruszenia, a to wszystko oznaka radości i szczęścia.
Polecam wszystkim, którzy zastanawiają się, czy włączyć się do Szlachetnej Paczki (lub jakiejś innej organizacji pomocowej) :)

#e0UWk

Jakieś 15 lat temu, w pierwszej gimnazjum, spodobał mi się bardzo chłopak z klasy. Wzdychałam do niego na każdej lekcji, przerwie, w domu, ba, nawet o nim śniłam. W walentynki postanowiłam wyznać mu, jak bardzo go „kocham”. Wymyśliłam najwspanialszą walentynkę ever. Małe ciastko w pojemniku z dużą ilością lukru i likieru, starannie zamknięte. Na jednej z przerw, gdy nikt nie patrzył, podrzuciłam mu to do plecaka. Zadowolona ze swego dzieła czekałam, aż znajdzie moją niespodziankę. Niestety trochę wcześniej koledzy z klasy postanowili zabawić się jego plecakiem i przerzucali od jednego do drugiego. Plecak niefortunnie spadł na podłogę. Gdy mój „walentynek” otworzył plecak, ukazał mu się dantejski obraz... Wszystko było w krwistej, słodko-mdlącej mazi. Zeszyty, książki, piórnik... Przeraziłam się, że zgadną, kto to zrobił. Potem bardziej, gdy posiadacz krwistego plecaka rzucił się na kolegę, którego posądzał o ten sabotaż. Sprawa skończyła się u dyrektora. Obaj koledzy zawieszeni na tydzień. Walentynek musiał kupować nowy plecak, książki, zeszyty, piórnik, a z kolegą nie odzywał się do końca gimnazjum...
Wtedy się nie przyznałam... robię to teraz. Paweł, jeśli to czytasz, tym „kretynem”, który zalał Ci plecak czerwoną mazią, nie był Marcin, tylko ja, Aśka.

#3rv58

Mąż mojej kuzynki razem z kuzynką prowadzą niewielką firmę budowlaną we Francji i zwykle robią jako podwykonawca innych firm. Na jakiejś większej budowie był sobie Afrofrancuz (chyba wystarczająco poprawnie), który zajmował się sprawami BHP i był dość rygorystyczny.
Jak to jest z BHP na budowie, chyba każdy wie, a kuzyn ma w jednej ekipie zbieraninę, która jest wysyłana tam, gdzie sobie krzywdy nie zrobią. Niestety podczas jakiegoś zadania złapał ich BHP-owiec i zaprowadził ich do biura. Wytłumaczył szefowi, co zrobili, od razu dostali opieprz po polsku. Na samym końcu mąż kuzynki powiedział: „Więcej tak nie odwalajcie, bo ten asfalt się do wszystkiego przypieprza i wywalą nas z budowy”. BHP-owiec odpowiedział po polsku, że asfalt to leży na drodze, on jest Murzynem, a nie przypieprza się do nich, tylko robi to dla ich własnego dobra.
W tym momencie wszystkich obecnych w biurze zatkało.
O dziwo, od tego momentu zaczęli się dogadywać, a kuzynka z mężem utrzymują kontakt z BHP-owcem do dzisiaj (nawet sami go brali na zlecenie, jak potrzebowali). 

PS Okazało się, że Afrofrancuz studiował BHP w Polsce, a potem wyjechał do Francji :)

#OycEB

Od dawna się zbierałam, żeby to napisać, i chyba w końcu jestem gotowa. Zacznijmy od tego, że jestem dorosłą córką alkoholików. Wysokofunkcjonujących. Z zewnątrz idealna rodzinka, duży dom, sporo pieniędzy. Jedno z rodziców jest cenionym naukowcem, drugie ma własny, dobrze prosperujący biznes. Ja i mój brat zawsze mieliśmy wszystko, co najlepsze. Mogłam wychodzić ze znajomymi i robić imprezy w domu. Byliśmy rozpieszczani. A wewnątrz? „Zachowujesz się jak upośledzona” to najczęstsze zdanie, jakie słyszałam od ojca. 
Dzieci boją się ciemności – norma. Ale normalni rodzice nie wysyłają swoich kilkuletnich dzieci po ciemku do ogrodu z tekstem: „Idź, niech cię zje wampir”. Zbijesz szklankę? Jesteś debilem. Co wieczór nawaleni. Dopóki byłam sama (brat jest sporo młodszy), przejmowałam się nimi. Wiele razy płakałam, bo mama leżała bez ruchu i myślałam, że nie żyje. Po urodzeniu się brata przejęłam większość opieki nad nim i rodziców miałam już w dupie. W tym czasie jedno z rodziców straciło pracę i piło bez opamiętania. Pojawiły się awantury, przemoc. Wobec nas „tylko” psychiczna. W wieku 12 lat zaczęłam się ciąć z tego powodu. Sytuacja w domu złagodniała, samookaleczenia zostały. Pojawił się inny problem. W gimnazjum poważnie zachorowałam. Przestałam jeść. Ważyłam nieco ponad 40 kg, a matka jeszcze to pochwalała. Potem wpadłam w inną chorobę (nieuleczalną, ale aktualnie stabilną), przez którą przytyłam kilkanaście kilogramów, nie miałam energii do życia i ciągle czułam ból. Wyjaśnienia mamusi? Żrę jak świnia (bo 1000 kcal to tak dużo dla 18-latki), nie wysypiam się, a na ból Apap. Żyję tylko dlatego, że sama wzięłam się za leczenie. Na studiach wpadłam w depresję, którą wg rodziców sobie zmyślałam i po prostu jestem leniem.
Tuż przed wyjazdem na studia ojciec zrobił mi karczemną awanturę, bo, uwaga, do masła wzięłam nóż A, a nie B. Wtedy wykrzyczałam im w twarz, jak bardzo cieszę się, że zaraz się wyprowadzę z tego cyrku. Wyprowadziłam. Nie pomogło. Pijany ojciec dzwonił do mnie późnym wieczorem i darł ryja.

Na studiach poznałam mężczyznę mojego życia. Szybko mi się oświadczył (po tym, jak zobaczył popis rodziców), zaczęliśmy planować ślub. No, nie my. Moi rodzice. Przejęli całość organizacji, „bo przecież oni płacą”. I wtedy po raz pierwszy w życiu się postawiłam – sami robimy nasz ślub. NIE będzie kościelnego, NIE będzie białej sukni, NIE będzie 300 osób. Będzie po naszemu. Rodzice obrażeni. Dawno nie miałam od nich takiego spokoju :)

Gdyby nie mój mąż, nie poradziłabym sobie. Dzięki niemu wyszłam z depresji, przestałam się ciąć, uwolniłam się ze szponów despotycznej matki.

PS. Nigdy nie byłam wierząca, ale zmuszali mnie do chodzenia na msze. Ojciec uważa mnie za komunistyczną świnię (ślub cywilny) i że na pewno się rozwiedziemy.

#iQmBz

Nie potrafię się zebrać, żeby zacząć cokolwiek robić. Nie to, że nie mam czasu czy możliwości, po prostu... nie umiem się zebrać. Czeka na mnie duża ilość tekstów do napisania lub do dokończenia – co z tego, że mam pomysły, skoro nie mogę się wziąć w garść i zacząć coś z nimi robić? Poważnie zaniedbałam naukę języka, która kiedyś sprawiała mi dużo radości. Jeżeli mogę uniknąć wyjścia z domu, to go unikam, przez co ucierpiała spora część moich kontaktów ze znajomymi. Czasami nawet mam ochotę coś zrobić – porysować, popisać, obejrzeć jakiś film – jednak jakkolwiek dziwnie to brzmi, nie potrafię się zmusić, nawet żeby zacząć robić coś, co pewnie sprawiłoby mi przyjemność.

Na krześle mam dwumiesięczną stertę prania, nie pamiętam, kiedy ostatnio odkurzałam czy zmieniałam firanki, o myciu okien nawet nie wspomnę. Rośliny podlewam tylko dlatego, że nie chcę mieć niczego żywego na sumieniu. W moim mieszkaniu jest brudno, brzydzę się tym i przeszkadza mi to, a jednocześnie nie potrafię się zmusić, by cokolwiek z tym zrobić. Jedyne zadania, z których wykonywaniem nie mam problemu, to te, które muszę zrobić, bo wiążą się z innymi ludźmi. Do pracy chodzę regularnie i robię, co do mnie należy. Wywiązuję się też z rzeczy, które obiecałam moim znajomym i rodzinie, więc na razie nikt się nie zorientował, że coś jest nie tak. Ale ja wiem.

Czuję się żałosna i bezwartościowa, że nie umiem się zmusić do zaczęcia jakiegokolwiek zadania. Tym bardziej że jestem młoda, zdrowa i nie ma racjonalnych przesłanek, żebym czegokolwiek NIE robiła. Mimo to każda próba zrobienia porządku w życiu  albo choćby w pokoju kończy się porażką i mam wrażenie, że na przestrzeni kolejnych tygodni jest coraz gorzej.
Brzydzę się sobą.
Dodaj anonimowe wyznanie