#onD92

Od zawsze miałam pod górkę. "Rodzina" traktowała mnie jak gówno, nauczyciele traktowali mnie jak gówno i rzecz jasna rówieśnicy też traktowali mnie jak gówno. Matce się o mnie zwyczajnie dbać nie chciało, pewien inny członek rodziny dręczył mnie aż do roku temu, byłam zbyt zamknięta żeby ludzie mnie lubili, za głupia, żeby nauczyciele nie wyzywali mnie od debili.

Ale nie w tym rzecz, rzecz w tym, że co by się nie działo, ludzie mówili mi, że to moja wina i mam się ogarnąć. Mam przestać wyskakiwać z pretensjami, mam udawać że jest ok i tak dalej w ten deseń.

Na dzień dzisiejszy nie radzę sobie absolutnie z niczym co czuję. Popadam w skrajności. Nie bywam zła, bywam tylko tak wściekła, że rzucam talerzami, sztućcami i w zasadzie czym się tylko da, żeby się wyżyć. Jedno zdanie jest w stanie doprowadzić mnie do szału. Jednego dnia ktoś zapyta jak mi minął dzień i odpowiem normalnie, a drugiego przejdę obojętnie, zamknę się w pokoju i rzucę drukarką o ścianę, drąc się "Czemu do cholery się wtrącasz!?". Kiedy ktoś nie ma dla mnie czasu bo jest zajęty, od razu jestem pewna, że mnie nienawidzi, chce dla mnie jak najgorzej, ma mnie gdzieś, uważa za śmiecia. Przywiązuję się do niektórych ludzi tak bardzo, że ryczę po nocach i mam myśli samobójcze, bo znowu z idiotycznego powodu jestem przekonana, że ta osoba mnie nie cierpi, nie chce mnie więcej widzieć etc. A są osoby, które poświęcają się dla mnie jak mogą, są dla mnie zawsze, a ja tak po prostu mówię im "Koniec znajomości. Nie kontaktuj się ze mną więcej".

Nie, nie chcę tak żyć. Staram się pilnować tak bardzo jak to możliwe, ale jak już wspominałam, czasami wystarczy jedno zdanie i emocje dosłownie się ze mnie wylewają. Nie radzę sobie już z tym. Wstaję z łóżka wypoczęta, z jakiegoś powodu się wściekam i demoluję pół pokoju, a potem spokojnie idę uśmiechnięta na spacer i może nawet komuś powiem dzień dobry. Pół godziny później mijając tą samą osobę czuję, że mogłabym ją obrzucić wyzwiskami.
Nie panuję na sobą, nie umiem tak żyć i powoli zaczynam się zastanawiać, czy jeszcze w ogóle chcę.

#CB93f

Jako dziecko przyjaźniłam się z chłopcem w moim wieku, Wojtkiem. Byliśmy sąsiadami, a nasi rodzice się dobrze znali.

Kiedyś Wojtek opowiedział mi, że ojciec bije go pasem i to tak żeby uderzać sprzączką. Pokazał na dowód siniaki. Nigdy nie oberwałam, więc byłam w szoku. Powtórzyłam to rodzicom, ale oni przekonali mnie, że Wojtek skłamał, a siniaki na pewno sam sobie nabił. Tłumaczyli, że jest podobny do swojego ojca, a on ciągle kłamie. Wtedy uwierzyłam.

Minęły lata, po przeprowadzce urwał się mój kontakt z Wojtkiem, moi rodzice też nie utrzymywali kontaktu z jego rodzicami.
Jesteśmy dorośli, w ostatnich latach kilka razy spotkałam Wojtka u wspólnych znajomych. Wiem, że ma za sobą ciężki czas, ale wyszedł na prostą.

Zawsze kiedy go spotykam, mam taką myśl, że mógł mówić prawdę i że powinnam była mu pomóc, kiedy byliśmy dziećmi.

#KGaJF

Nareszcie zwalczyłem coś, co od wielu lat mnie rujnowało i nie raz potrafiło zanieść na dno psychiki. Wczoraj wbijając 20 lat nareszcie udało mi się zwalczyć uzależnienie od pornografii, które swoje początki miało gdy jeszcze nawet do podstawówki nie chodziłem.

Choć to odległe wspomnienia, to udało mi się ustalić mniej więcej kiedy pierwszy raz miałem styczność z pornografią. Wszystko zaczęło się gdy miałem 6 lat, kończąc wtedy powoli przedszkole, na jednej z gier dla dzieci była strona "Newgrounds" - Wówczas nie było na niej zabezpieczeń przeciw dzieciom. Gra korzystała z treści muzycznych. Szybko znalazłem sekcję animacji dla dorosłych. Były to fikcyjne filmiki erotyczne. Wtedy nie wiedziałem co to, na co się patrzę - ale jako że było to coś nowego, to mnie to interesowało i skłaniają do zgłębiania.

Z czasem w wieku już 10 lat zacząłem naśladować owe czynności. Masturbacja była tą czynnością, wówczas w tamtym wieku mój organ rozrodczy nie był rozwinięty, więc zdziwiłem się jak nic się nie działo - to więc przez następne kilka lat to robiłem, czekając na efekty.

Mając 13 lat pierwszy raz targnąłem się na swoje życie - po przez przeczytanie komentarzy na chyba zapytaj onet czy jakoś tak, dowiedziałem się, że po przez zażycie starych leków i popicie je trunkiem reakcja może być tak silna, że może doprowadzić do śmierci. Będąc naiwny, zrobiłem to potajemnie przed rodzicami i kładąc się do łóżka czekałem na śmierć zasypiając. Oczywiście przeżyłem, ale z bólem brzucha.

Na te decyzje o śmierci wpłynęły problemy z rówieśnikami - zawsze byłem inny, cichy i nieśmiały, ale miałem wielką pasję muzyczną - co reszta uznawała za słabe w przeciwieństwie do gier strzelankowych, piłki nożnej itp. Byłem zawsze uprzejmy i życzliwy, co inni wykorzystywali aby mnie poniżać.

Drugi raz był w wieku 14 lat, te kilka lat to były trudne okresy. Wtedy zaś miałem silną gorączkę która wyniosła w szczytowym momencie 39 stopni. Będąc głupim, uznałem że to świetna okazja aby się zabić. Otworzyłem więc okno (to było podczas zimy) i liczyłem że gorączka strzeli do 42 stopni i umrę. Nie umarłem, cudem chyba przeżyłem.

W wieku 16 lat przez dokuczanie (znowu) rówieśników (kiedy już byłem w technikum) na jednej z wycieczek szkolnych chciałem się powiesić na jednej z tych starych trzepaczek z czasów PRL. Supeł był zbyt luźny i po kilku sekundach upadłem na glebę.

Mniejwięcej do 17 roku życia miałem nasilone myśli samobójcze, nie raz planowałem jak to miałem zrzucić się z budynku, czy też szukałem w internecie jak bolesne jest przejechanie, uderzenie przez pociąg.

Zaś w wieku 18 i 19 moje uzależnienie nasiliło się do maksimum. Dzień w dzień to samo, czasami do ranka bez spania. W coraz to gorsze strony, bardziej niszowe, bardziej obrzydliwe. Ciąg dalszy w kolejnym poście

#M1DOo

Jak można się pomylić, oceniając innych po wyglądzie.

Pewnego upalnego dnia w pracy zasłabłam, straciłam równowagę i nie mogłam ustać na nogach, momentalnie zrobiłam się blada jak ściana. Szefowa widząc mój stan kazała mi iść do pobliskiego szpitala zmierzyć ciśnienie.. Z ciśnieniem niby wszystko OK - diagnoza w szpitalu - przez pogodę, zalecane dużo płynów i skoro mam pracę fizyczną, możliwe osłabienie. Ledwo doszłam do miejsca pracy, szefowa powiedziała - dzwoń po chłopaka, niech go ktoś przywiezie, bo nie możesz prowadzić w takim stanie samochodu, dzisiaj masz wolne. Po przyjeździe do domu dopiłam drugą butelkę wody i poszłam od razu spać. Spałam kilka godzin, po przebudzeniu powiedziałam tylko do mojego chłopaka "wieź mnie do szpitala".

Pogotowie ratunkowe, ja blada jak ściana, ledwo trzymam się na nogach, zawroty głowy takie jakbym kręciła się na obrotowym fotelu, lekarz zaświecił latarką po oczach, po czym stwierdził, że nawet źrenic nie widzi (mam tak ciemny kolor oczu, że aż można powiedzieć, że czarny), kazał zamknąć oczy i stanąć na jednej nodze, gdyby nie to, że wszedł mój chłopak, walnęłabym o podłogę, bo w ostatniej chwili mnie złapał. Zapytał, czy zażywałam narkotyki, więc mówię, że nigdy w życiu, mam małe dziecko w domu - odpowiedział, że musiał zapytać, jest to standardowe pytanie. Zalecenie lekarza - morfologia krwi. Na wyniki nie trzeba było długo czekać - wyniki idealne. Następnie zlecił konsultacje u neurologa.
Pani neurolog przebadała mnie bardzo dokładnie, po czym powiedziała "Zaraz pójdzie pani zrobić testy na narkotyki" - dla mnie szok, ale nie miałam z tym problemu. Wyszła za kurtynę i słyszałam, jak mówi do lekarza "Ona jest naćpana jak nic". Musiałam załatwić się do plastikowego kubeczka przy otwartych drzwiach, których pilnowała pielęgniarka. Na wyniki czekaliśmy ponad godzinę... zrobili mi nawet testy na narkotyki, o których nigdy nie słyszałam. Lekarz po zobaczeniu wyników powiedział tylko "No wie pani, musiałem się upewnić" - wypisałam się na własne żądanie, a wyniki pokazałam całej rodzinie, a dlaczego? Bo oni też myśleli, że zażywam narkotyki, ponieważ mówi tak cała wieś, no bo mój chłopak ma dredy do pasa, a ja krótkie różowe włosy, więc musimy ćpać, bo normalni to nie jesteśmy. Mama widząc mój wynik powiedziała "Teraz rozwieś to na każdym słupie we wsi".

Zrobiłam prywatnie wyniki krwi - okazało się, że to przez źle dobrane tabletki antykoncepcyjne.

PS Na pogotowiu nie zapytano, czy zażywam jakiekolwiek leki.

#moZJo

Idę właśnie do 4 klasy szkoły średniej i mam naprawdę fajną paczkę znajomych. No... Prawie.

Na początku była nas 4, ale jedna z koleżanek zaprosiła w nasze grono dwie osoby, nazwijmy ich Natasza i Kuba. Na początku Natasza wydawała się skrzywdzoną, przez los i złych byłych przyjaciół, dziewczynę która potrzebuje jedynie dobrego towarzystwa. Jednak z każdym rokiem zaczęła mnie denerwować coraz bardziej. Pierwsze co mi się nie spodobało, to to, że zrobiła ze swojej orientacji osobowość i szukała kolejnych flag do przypięcia sobie na plecak, by ostatecznie zmienić to wszystko o 180°. 


Nie zrozumcie mnie źle, sama nie jestem hetero, ale nie robię z tego połowy moich zainteresowań. Po drugie jest wybuchowa i momentami agresywna. Nie da się jej poprawić żeby nie rzuciła się do ciebie z wyrzutami. Potrafi to robić nawet do nauczycieli czy osób z klasy z które są neutralne dla nas. Potem przeprasza i tłumaczy się swoim ADHD którego, nawiasem mówiąc, nie ma stwierdzonego. 


Po trzecie jest panikarą, wszystkiego się boi, wszystko jest na nie i nie umie się przełamać na cokolwiek. Jak na egzaminie miała mniej punktów ode mnie to się prawie popłakała. Potrafi też się wykłócać o ocenę z nauczycielami, no, bo jak to ona ma 2 jak się uczyła? Właśnie przez to, że się tyle uczy na blachę to nie umie nic zapamiętać.

Ma 18 lat a zawsze gdy patrzę na jej zachowanie to mam wrażenie, że ledwo skończyła mentalnie 14. Nie mogę o tym porozmawiać z resztą, bo mam wrażenie, że się czepiam jej bez powodu, ale na prawdę nie umiem wytrzymać z irytacji.

#e6lCe

W zeszłym roku, W swoje 32 urodziny, dowiedziałem się, że jestem nosicielem wirusa HIV. Jakimś cudem, nie zaraziłem ówczesnej partnerki, która postanowiła ze mną zostać i mnie w tym wszystkim wspierała. 


Miesiąc temu zerwaliśmy(wirus tutaj nie miał nic do tego), a ja popadłem w depresję. Boję się, że już nigdy nie znajdę partnerki, chociaż mam ujemną wiremie (nie zarażam), w Polsce ludzie nie mają świadomości co do HIV, i traktują zarażonych jak trędowatych.

#T23YU

Mam chyba problem ze współlokatorem...

Ogólnie ostatnio zaczęło się u nas dziać trochę dziwnie. Drugi rok studiów. My mieszkamy ze sobą od samego początku w akademiku (studio, dwa pokoje 3+2 ze wspólną łazienką) i w piątkę tworzymy mocno zgraną ekipę. Ja mieszkam w tym pokoju 3-osobowym a on w dwójce.

No i jakoś w połowie kwietnia się zaczęło. Niby wszystko normalnie ale zaczął częściej do nas przychodzić i najczęściej siadać na moim łóżku albo za moim biurkiem. I niby nic ale jak już przychodził to a to niby tak zwyczajnie stanął za mną i oparł się o mnie żeby zobaczyć co robię na laptopie. A to później zaczął się bawić moimi włosami... Jak ja leżałem na łóżku to on usiadł na moim kreślę i położył nogi na moim łóżku ale tak żeby jego stopy leżały na moich nogach... I tak zacząłem zauważać że idzie to dalej i dalej, ale nic nie mówiłem ani nie robiłem, raczej ignorując temat. A później parę razy oglądaliśmy filmy i jak siedzieliśmy razem na moim łóżku to też niby tak zwyczajnie się o mnie oparł... Następnym razem siadł już od samego początku blisko i oparty I tak szło to dalej i dalej... I doszliśmy do tego że kiedy ostatnio tak coś oglądaliśmy to właściwie leżał za mną przytulony do mnie (właściwie jak na łyżeczkę... I to on jako ta duża) i jeszcze mnie głaskał po plecach i głowie... Reszta chłopaków obecna w pokoju ale nic nigdy nie powiedzieli... Chociaż parę razy widziałem spojrzenia, więc pewnie swoje pomyśleli. Więc na razie nie ma problemu, jednak samo miejsce nie należy do super progresywnych.

Znamy się dosyć dobrze i no on nie jest gejem... Jak zaczynaliśmy studia to miał dziewczynę i nawet ją poznałem bo byliśmy całą ekipą w zeszłym roku na Mazurach, zresztą potem zimą się rozstali ale dość szybko ogarnął sobie inną a po drodze dość intensywnie tinderował z laskami (ons-y i inne konfoguracje xd) czego nie ukrywa, wręcz przeciwnie. Zresztą z tamtą pierwszą rozstali się bo ją notorycznie zdradzał (studia w innym mieście). Swoją drogą to też było trochę słabe, bo my ją znaliśmy a jednocześnie musieliśmy wszyscy udawać, że nic nie wiemy. No ale do rzeczy... Gejem nie jest ale jednocześnie czasami się zachowuje... No właśnie... Nawet jakby mnie nie podrywał tylko już ze mną był. A dodatkowym problemem jest to... Że nawet mi się to zaczęło podobać (chociaż sam nigdy nie robiłem nic mm)... Trochę to dziwne ale nigdy nie zdarzyło mi się żeby ktoś mnie tak przytulał... W sensie nic podobnego jak z żadną inną laską... A przy okazji (to będzie dziwna uwagę) ale nie mogę pozbyć się myśli, że on zawsze jakoś tak za...cie pachnie xd No ale nie dałem po sobie do tej pory nic poznać. Nie jest tak, że dałem mu jakieś niejednoznaczne sygnały... Więc temat tak wisi zupełnie nie omówiony i wszyscy udajemy, że nikt nic nie widział.

#Wn6lE

Kocham swoją mamę, ale jednocześnie czuję ogromne zmęczenie, bezsilność i złość związaną z sytuacją, w której jestem. Mam poczucie, że od lat — a może właściwie od zawsze — byłyśmy ze sobą bardzo mocno związane i nigdy tak naprawdę nie udało mi się odciąć tej emocjonalnej pępowiny. Teraz czuję, że to więzienie stało się jeszcze ciaśniejsze.
Mam wrażenie, że straciłam swoje życie. Wcześniej miałam swój mały świat i proste marzenia: wyjechać latem nad morze, pochodzić po mieście, pojeździć na rowerze, mieć choć trochę przestrzeni dla siebie. Teraz tego nie ma. Czuję, jakby całe moje życie zostało podporządkowane chorobie, opiece, lękowi i ciągłemu napięciu.
Wiem, że moja mama nie jest niczemu winna. Wiem też, że chce żyć — choć czasem nie wiem, czy bardziej dla siebie, czy dla mnie. Jednocześnie pojawiają się we mnie myśli, których bardzo się boję i których nie potrafię zaakceptować. Czasem myślę, że gdyby ta sytuacja się skończyła, mogłabym odzyskać swoje życie.
Bardzo boję się, że utknę w tym na zawsze. Że nie będzie lepiej, tylko coraz trudniej. Czasem porównuję tę sytuację z odejściem moich dziadków, które wydawało się szybkie i spokojne, i nie potrafię zrozumieć, dlaczego teraz wszystko trwa tak długo i tak boleśnie. Wiem, że gdyby mama odeszła, zostałabym sama, ale czasem myślę, że samotność byłaby łatwiejsza niż życie w obecnym napięciu.
Podsumowując: chciałabym, żeby moja mama umarła.

#Ta5R0

Byłam na turnieju siatkówki plażowej, nad jeziorem. Wszystko fajnie dobrze sie grało ale nagle słyszę komunikat że ktoś się topi...
Ratownicy go nie zdążyli uratować i jego ciało chyba gdzies tam leżało na dnie bo przyjechali nurkowie i go szukali. Strasznie mi się grało z myślą że ktoś właśnie umarł..
Dodaj anonimowe wyznanie