#d7O8u

Z Olą jesteśmy parą od 4 lat. Pewnego dnia po powrocie do domu na kuchennym stole znalazłem parę maleńkich bucików. Byłem przeszczęśliwy, złapałem Olę i nosiłem ją na rękach cały wieczór, wdzięczny za wszystko. Potem wszystko poszło jak z płatka: dopiero 7 tydzień ciąży, więc poinformowaliśmy tylko rodziców, zastrzegając, aby nie rozpowiadali. Zaczęliśmy powoli dostosowywać nasze życie do nadchodzących zmian, wyremontowałem stary pokoik, Ola zrobiła listę potrzebnych rzeczy, powoli zastanawialiśmy się nad imieniem dla dziecka.
W 10 tygodniu Ola poroniła. Byliśmy załamani, przepłakaliśmy całą noc, nie byliśmy w stanie się pozbierać. Wspólnymi siłami stanęliśmy na nogi, Ola skorzystała z pomocy psychologa. Ale to nie był koniec. Dodatkowy ból zaczęli sprawiać nam najbliżsi. Rodzice rozpowiedzieli wszystkim o naszej ciąży. Mieszkamy w małej okolicy, wieści szybko się rozchodzą. Ludzie ciągle składali nam gratulacje bądź wypatrywali brzucha u Oli. Bolało, a jeszcze bardziej zaczęły boleć plotki o tym, że ponoć dokonaliśmy aborcji. Tłumaczyliśmy, co się faktycznie stało, ludzie uwierzyli, gdy pobliskie pielęgniarki i ginekolog dołączyły do wyjaśnień.

Najgorsze było dla mnie później. Ola, oprócz opieki psychologa i psychiatry, dostała także wsparcie rodzeństwa i koleżanek. A ja? Te same osoby, które Olę wspierały, mnie o wszystko obwiniały. Bo tamtego dnia byłem w pracy. Bo na pewno za mało jej pomagałem, bo faceci nie wiedzą, jak cenna jest ciąża, teraz pewnie też jej nie okazuję wsparcia... Lekarka co prawda tłumaczyła, że na początku ciąży poronienia są dość częste, jednak zaczynam wierzyć, że gdybym wtedy był w domu i od razu zawiózł Olę do szpitala, może udałoby się dziecko uratować. Obwiniam się za całą tę sytuację, nienawidzę się też za ten żal, że Ola ma teraz wsparcie, a ja od nikogo poza lekarką nawet nie usłyszałem „przykro mi”. Rozważałem przeprowadzkę, ale nie mogę tego zrobić Oli – ona ma tu rodzinę, bliskich, nie mogę jej tego odebrać i sprawić, aby po naszych przeżyciach musiała siedzieć w obcym otoczeniu.

Przepraszam, że to tu piszę, ale nieanonimowo nie byłbym chyba w stanie nikomu tego wyznać.

#KWFsY

Lubię pisać gejowskie romansidła (nigdzie ich nie publikuję), których akcja toczy się w starożytnej Japonii.
Co w tym takiego niezwykłego? Ano to, że głównymi bohaterami zawsze są osoby, które znam. Ostatnio napisałam historię o moim przyjacielu, który został samurajem i przespał się z moim bratem, synem cesarza.

#18BDD

Wczoraj pokłóciłem się z moją dziewczyną. Mieszkamy razem, standardowo szykowałem się na „ciche dni”, wymowne milczenie i zimne spojrzenia, bo ona nie należy do ugodowych osób.
Nie do opisania było moje zdziwienie, gdy dzisiaj, zaledwie dzień po awanturze, moja dziewczyna weszła z rana do pokoju, mówiąc: „Dzień dobry, moje kochanie, no już, przepraszam, chodź do mnie”. Byłem W SZOKU.
Okazało się, że niepotrzebnie. Przepraszała psa za to, że jeszcze nie dała mu śniadania.

#jaLgK

Moja babcia zmarła, gdy miałam półtora roku, więc nawet nie miałam szansy jej poznać. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam, że mama naprawdę bardzo często płakała, jednak nigdy nie mówiła mi dlaczego. Gdy kilka lat później tata uznał, że jestem na to gotowa, wyjaśnił mi, że żonę dziadka Władka zabił samochód, ale nie chciałam dowiedzieć się żadnych szczegółów, żeby nie musieć znowu widzieć łez mamy. Żyłam w przekonaniu, że babcia po prostu nie zauważyła auta itd., nic wyjątkowego, ale prawda okazała się... straszniejsza.

Wszystkiego dowiedziałam się, będąc u dziadka, kiedy to przyjechała jakaś pracownica z ubezpieczenia. Mimo że sprawa miała miejsce prawie 16 lat temu, nadal nie były uregulowane jakieś odszkodowania. Niestety nie wiem za dużo, na pewno chodziło o pieniądze.

Owa kobieta zaczęła wypytywać mamę i ciocię, jak to się wydarzyło, kiedy i jakie były tego skutki. I... żałuję, że byłam wtedy w pokoju obok i słyszałam każde słowo...

Okazało się bowiem, że powodem tego wypadku... byłam ja. Jak już mówiłam, miałam jakieś 1,5 roku. W tym wieku dzieci zazwyczaj już chodzą, tak samo ja. Dom dziadka mieści się w spokojnej dzielnicy, ale nieopodal zakrętu, więc nietrudno o wypadek. Tamtego dnia uciekłam z podwórka i przeszłam na drugą stronę ulicy. Babcia, gdy to zauważyła, od razu chciała mnie stamtąd zabrać, ale nie usłyszała nadjeżdżającego zza zakrętu auta, które zabiło ją na miejscu.

Gdy to usłyszałam, i to z ust mamy, załamałam się. Wtedy zrozumiałam, że to moja głupota była powodem jej wieloletniego cierpienia i hektolitrów łez, które wylewała przez wiele lat od tego wydarzenia. Do dzisiaj nie może mówić o mojej babci bez łez w oczach... A jakby tego było mało, prawdopodobnie z rozpaczy dostała załamania nerwowego i straciła dziecko, bo w momencie, gdy babcia umarła, była w drugim miesiącu ciąży...

A pomyśleć, że temu wszystkiemu winna jestem ja...

#hF4UZ

Jestem zakochana, ale w lekko tragiczny sposób. Chłopak, który mi się podoba i z jako jedynym widzę przyszłość, jest mi bliski, ale mam wrażenie, że narzucam mu się. Dostaję od niego różne sygnały, które nie wiem jak interpretować.
Z jednej strony jest pomocny i opiekuńczy, a z drugiej czasem nie da się nawet z nim pisać, bo zostawia moje wiadomości odczytane. Chwila z nim spędzona potrafi sprawić, że wszystko staje się lepsze. Nieraz jak się zobaczymy, na końcu języka mam wyznanie mu, co czuję, ale wiem, że jeśli on nie odwzajemnia moich uczuć, to możliwe jest, że będziemy unikać się przez resztę studiów, a nasza grupa jest dość mała, więc mogłoby być niezręcznie. W dodatku mieszkamy w jednym bloku w małym mieście. Chłopak ten też wiele przeszedł, co może wpływać na jego pogląd dotyczący związków, ale nawet jego przyjaciel śmiał się, że on to by widział nas razem i zachęcał mnie. Tylko właśnie jest ten problem, że nie widzę z jego strony żadnej inicjatywy albo jest ona bardzo rzadko i niewielka, co nie daje mi motywacji, by w końcu zaryzykować z wyznaniem. Nie ułatwia tego fakt, że sama jestem osobą nieśmiałą i dość skrytą.

#qlYyI

Kiedyś mój luby (wtedy jeszcze nim nie był) miał do mnie przyjechać po raz pierwszy, tak po prostu na piwko.

Byłam już w swojej kawalerce i robiłam kupę. Moja łazienka od drzwi wejściowych oddalona jest o 1,5 m, a że mieszkam sama, to nawet drzwi nie zamknęłam do toalety. W każdym razie było głośno... Nagle dostaję wiadomość, czy już wróciłam do domu. Z myślą, że na dojazd zejdzie mu z 15 min, ochoczo odpisałam: „Jasne, wpadaj śmiało”.
I WTEDY USŁYSZAŁAM PUKANIE...
I tym oto sposobem okazało się, że chłopak był pod drzwiami od kilkunastu minut i czekał, aż wrócę. Nigdy tak nie panikowałam, jak tu szybko się podetrzeć, jak spuścić wodę, przecież będzie słychać, no nic, musiałam to zrobić tradycyjnym sposobem, smród na kawalerce też się unosił, a psikać odświeżaczem nie będę, bo też przecież słychać. Otworzyłam i zachowywałam się tak jakby nigdy nic, ale mi się wydaje, że on wiedział.

#skB3Q

Mój partner ma depresję. Świadomość społeczeństwa na temat tej choroby jest nadal zdecydowanie za mała, ale ludzie często nie zdają sobie sprawy, że życie osoby kochającej chorego też do łatwych nie należy. Do osób cierpiących na tę paskudę: dbajcie o partnerów, starajcie się dla nich, bo to prawdopodobnie osoby, u których zdobędziecie najwięcej zrozumienia i empatii.

Miłość to piękne uczucie. Jesteśmy w stanie sobie radzić nawet z największymi trudami życia, bo czujemy, jak mocno jesteśmy kochani, jak ufamy drugiej połowie i wiemy, że nic nas nie rozdzieli. Tak to wygląda przed większość dni. Jednak bywają momenty, gdy potrzeba dużo cierpliwości, ale też poniekąd odwagi. Szukanie powodów do obrażania się o najmniejszą rzecz, wbijanie szpilek w najczulsze punkty, byle jak najmocniej zabolało, mówienie o samobójstwie – to najprostsze rozwiązania, by komuś zadać cios. Cios, który boli o wiele bardziej niż cokolwiek innego. Są momenty, gdy czuć jak można bardzo łatwo sobie dać wejść na głowę, jak przeprasza się za rzeczy, za które nie powinno, bo to wyimaginowany problem, jak w bezsilności się płacze, bo znowu nie rozumie, czemu ktoś się do niego nie odzywa i nie pozwala dotknąć. Wszystko jeszcze bardziej potęgują używki. W moim przypadku, młodej kobiety, nie rozumiałam, jak bardzo nawet pojedynczy kieliszek może zmieniać percepcję, jak to zaburza ład i harmonię w duszy człowieka.

Bywa ciężko, bardzo ciężko, a przecież takich ludzi na świecie są miliony, ludzi, którzy chcą wspierać bliskie osoby w tej ciężkiej chorobie. Ktoś mi kiedyś zadał pytanie, „czemu właściwie nadal w tym tkwisz?”. Odpowiedź jest prosta: jeżeli się kocha, to stara się zrobić wszystko, by osoba sobie poradziła z chorobą, bo po deszczu i burzach zawsze przychodzi słońce. Przecież te wszystkie zachowania to niestabilność emocjonalna związana z chorobą, pamiętajmy o tym... Prawdziwe osoby to te czułe i kochające, wyrozumiałe. Mają swoją gorszą stronę, ale z nią można walczyć. Można, bo to już dwa lata, odkąd mój chłopak jest na terapii. Dwa lata, odkąd objawy się przestają nasilać, a obawa o gorszy dzień znika. Mogłam tym wszystkim rzucić i powiedzieć, że to dla mnie za dużo, ale prawda jest taka, że nic nie daje więcej satysfakcji niż położenie wszystkiego na jedną kartę i widok poprawy, znaczącej poprawy. Nigdy nie żałowałam, że zostałam u jego boku, a teraz nie żałuję, że wiążemy ze sobą coraz to poważniejszą przyszłość.

#oZeDU

Jestem studentem i mam kota, dla którego co trzy miesiące robię porządne zapasy. Pewnego razu tuż po opłaceniu mieszkania poszedłem na zakupy, stoję przy kasie, chcę zapłacić, a tu co...? Zgubiłem portfel, którego już więcej nie odzyskałem. 
W skrócie: przez prawie miesiąc wpierdalałem karmę razem z kotem.

#K3OMi

Przyłapałam faceta koleżanki z pracy na zdradzie. Po prostu trafiłam do baru, w którym umówił się ze swoją kochanką, kiedy miał być na wyjeździe służbowym (całowali się, ręce błądziły po partiach ciała, na których kończy się koleżeństwo. I tak, to na pewno był on, podeszłam do niego specjalnie bardzo blisko, aby się upewnić, a na dodatek kobieta zwracała się do niego po imieniu, a to ma całkiem nietypowe). Zrobiłam im kilka zdjęć, aby później pokazać je koleżance.
Co z tego wynikło? 
Że jestem zazdrosną o jej szczęście kurwą, co to tylko wpycha nos w nie swoje sprawy i że pewnie w sumie to te zdjęcia podrobiłam, bo jestem w końcu fototechnikiem i ona w to nie wierzy, bo gadała z facetem o północy przez kamerkę i był w hotelu (w barze widziałam go między 23:30 a 23:45 – potem wraz z kochanką udali się na parking i po prostu odjechali). Dodatkowo koleżanka rozpowiedziała wszystkim, jak to próbuję zniszczyć jej życie i teraz wśród grona znajomych z pracy to ja wyszłam na tę złą i zazdrosną o jej życie miłosne (bo skoro nie mam faceta, a mam koty, to na pewno jestem zazdrosna!).

Cóż, sumienie mam czyste, ale weź tu, kurna, pomagaj ludziom.
Dodaj anonimowe wyznanie