Mariusz ma radę lub złote powiedzonko na wszystko. Mariusz to mój kochany tato, który niestety denerwuje mnie do granic możliwości.
„Mateuszu, przytyło ci się troszkę. Wiesz, ja ostatnio schudłem, bo biegłem w maratonie. Ty też możesz, wystarczy chcieć” – mówi do wujka. Ciocia poważnie choruje? „Krzywdę tylko sobie robi, biorąc leki, a choruje, bo za mało czosnku i cebuli jadła”. Ale i tak najwięcej obrywa się mnie, bo jestem maturzystką i gówniarą, którą przecież trzeba nauczyć jak żyć.
Jem dużo zdrowych rzeczy, ale nie odmawiam sobie małego co nieco, gdy mam ochotę. Ale ciągle słyszę, że jem tylko chemię, CEBULA MA BYĆ, CEBULA.
Uczę się sporo, ale gdy po dniu nauki zasłużenie włączam sobie film, znikąd zjawia się mój wspaniały trener personalny. Skończyłaś się uczyć? Rusz dupę na stadion, ja jestem stary, a więcej mam wigoru od ciebie.
Żadne rozmowy nie pomagają, wstawiennictwo mamy również. Mój tato jest uparty jak ja. Bo ja przez mój charakter i chęć robienia na przekór rezygnuję ze swoich zdrowych planów, jeśli tylko tata wpadnie na to, co ja i wymówi to na głos.
Skręciłam stopę na własnej studniówce. Pech.
„Gdyby kózka nie skakała...”.
NO K**WA!
Mam 20 lat i pewien problem, jeśli chodzi o relacje romantyczne. Jestem atrakcyjną, zaradną i ambitną kobietą i nie narzekam na powodzenie. Ciężko jest mi zaimponować, ponieważ u płci przeciwnej podoba mi się cecha, która niestety odsiewa znaczącą większość. Mianowicie w mężczyznach lubię siłę i męskość. Większość młodych facetów, jakich poznałam, to ofiary losu, wieczne marudy, które nie potrafią rozwiązywać swoich problemów. Lubię czuć się zaopiekowana, a niestety w kryzysowych sytuacjach to zawsze ja byłam tą osobą, która zachowywała zimną krew i przejmowała stery, bo facet jedyne co potrafił zrobić, to stać jak kołek albo się rozpłakać. Już myślałam, że po prostu nie ma nikogo dla mnie, aż w końcu zaczęłam zwracać uwagę na starszych mężczyzn. Dużo starszych. Zdałam sobie sprawę, że oni mają te cechy, które tak bardzo mi się podobają. Gdy rozmawiam z nimi, widzę, że to nie są zagubieni chłopcy, którzy potrzebują ratunku.
I oto cały dylemat – chciałabym kogoś, kto jest zaradny tak samo jak ja, żebym nie czuła, że to ja noszę wszystko na swoich barkach, ale też żeby to nie był mężczyzna, który jest starszy od moich rodziców.
Nigdy nie byłam dobra z języków obcych, a uczenie się słownika na pamięć to męczarnia. Jestem na studiach, mam obowiązkowe zajęcia z angielskiego. Uczę się kilka godzin dziennie samych słówek, bo tylko to się liczy na zaliczeniach. Dosłownie jakbym miała cytować słownik. Cierpią na tym wszystkie inne przedmioty równie potrzebne, jak nie ważniejsze, cierpi na tym moje życie, a już najbardziej moja psychika. Umiem się dogadać w tym języku, czy to w pracy, czy na wakacjach, więc to nie tak, że kompletnie nic nie potrafię, a jednocześnie myślę o sobie najgorzej, jak się da, bo jako jedyna osoba z roku nie zdaję tego przedmiotu, a prowadzący traktuje mnie, jakbym miała wywalone i się nie uczyła...
Wczoraj wpadłam na piwko do kolegi. Zostałam objechana po wyjściu z toalety, bo spuściłam wodę. U niego ponoć spuszcza się tylko po „dwójce”...
Fujka.
Ostatnio przed drzwiami frontowymi do szkoły spotkałam chłopaka z równoległej klasy, który bardzo mi się podoba.
On przepuścił mnie w drzwiach, a ja byłam tak zaskoczona jego widokiem, że niewiele myśląc, wypaliłam: „Panie przodem” i wycofałam się, aby to on mógł przejść pierwszy.
Dostałam od mojego chłopaka wyśmienity prezent na walentynki. Bon do salonu na depilację nóg i okolic bikini... Naprawdę nie wiem, czy się chwalić, czy żalić.
Parę dobrych lat temu wybrałam się z moim nowym chłopakiem na wypróbowanie lodów z nowo otwartej lodziarni. Podczas trudnego wyboru smaku i rodzaju nie mogłam się zdecydować. Mój luby postanowił zrobić to za mnie. Wybrał gałkowane śmietankowe.
Zmęczeni długim spacerem przysiedliśmy w parku, w którym jest niezliczona ilość drzew, a co za tym idzie, ptaków również. Z błogą nieświadomością kontynuowaliśmy pyszne lody. W pewnym momencie usłyszałam kapnięcie, które zignorowałam.
Nagle mój lód zmienił smak na strasznie gorzki. Połączyłam wszystkie wątki... Ptak nasrał mi na loda. Nie powiedziałam tego chłopakowi, za krótko się znaliśmy i nie chciałam wyrzucić loda, bo zrobiłoby mu się przykro, że nie smakuje mi jego wybór. Zjadłam do końca.
Wszystko w moim biurze kopie mnie prądem.
Komputery, kable, klamki, grzejniki, biurko, drukarka, ludzie... Codziennie. Kilkanaście razy dziennie.
Wytworzył się we mnie lęk przed przechodzeniem przez drzwi, bo jedna konkretna klamka strzela we mnie za każdym razem, kiedy jej dotykam. Otwieram drzwi łokciem, nawet kiedy mam wolne ręce.
Każde podanie komuś pendrive'a z ręki do ręki jest bolesne dla nas obojga.
Po kilku miesiącach straciłam poczucie swobody poruszania się po moim miejscu pracy, chociaż samą pracę bardzo lubię, ale boję się dotykać przedmiotów na własnym biurku.
Chłopak, z którym się przez chwilę spotykałam i na którym mocno mi zależało, któregoś dnia pokazał mi jakąś grę na telefonie. Pierwsze co zrobiłam, kiedy gra się uruchomiła, to wyciszyłam dźwięk, bo nie przepadam za tymi melodyjkami z aplikacji.
Okazało się, że to on zaprojektował muzykę i dźwięki do tej gry i dlatego mi ją pokazał. Potem stwierdził, że skoro jest tak słaba, że ludzie wyłączają dźwięk po pierwszych pięciu sekundach, to nie ma sensu się w to bawić.
Przeze mnie odrzucił kilka propozycji od innych firm i w zasadzie skończył z muzyką, a przynajmniej pokazywaniem jej publicznie.
Niby nic złego nie zrobiłam, ale jakoś tak mi z tym dziwnie.
Sytuacja miała miejsce, gdy byłam na 4 roku studiów. Istotne jest to, że zajęcia mam w dwóch budynkach oddalonych od siebie o jakieś 3 km.
Był to jeden z tych kobiecych dni, w których bez podpaski ani rusz. Wykładowca zrobił 5-minutową przerwę, przed nami jeszcze 2h wykładu. Musiałam więc szybko zadbać o higienę intymną. Poleciałam więc do łazienki, ściągam gacie i... nie ma śmietnika.
A już słyszę, jak stado studentek formuje się w kolejkę, nie ma więc odwrotu. Szukam więc woreczka w torebce z nadzieją, że nie będę musiała wrzucać jej pod siebie, bo kto wie, czy się spuści. Woreczka brak. Chcąc nie chcąc, zużyta podpaska trafia do muszli klozetowej. No już nic nie zrobię, spuszczam wodę i znikam z toalety.
Kilka dni później po zajęciach w innym budynku udaję się z koleżankami do toalety za potrzebą. Kolejka jak stąd do wieczności, a na dotarcie na zajęcia w budynku, w którym miało miejsce wyżej opisane zdarzenie, zostało nam zaledwie 20 min. Postanowiłyśmy więc, że wstrzymamy się z zaspokojeniem swych potrzeb aż do momentu, gdy dotrzemy do drugiego budynku, jako że tam liczba toalet jest znacznie większa i nie powinno być problemu z kolejką.
Niemalże w biegu dotarłyśmy na kolejne zajęcia. Rozkładamy rzeczy w ławce, po czym udajemy się do łazienki, a tam... Tabliczka, że toaleta nieczynna na czas nieokreślony, bo rury zatkane...
Wyobraźcie sobie, z jakim bólem musiałam się zmagać, żeby przez kilka godzin powstrzymać potrzebę oddania moczu. Co więcej, byłam i jestem do dziś święcie przekonana, że moja podpaska znacznie przyczyniła się do zaistniałej sytuacji.
To była jedna z najgorszych lekcji życia.
Dodaj anonimowe wyznanie