Pochodzę z biednego domu, więc kiedy byłam w podstawówce, grupka bogatych i popularnych dziewczyn z klasy znęcała się nade mną, doprowadzając mnie do depresji i niezbyt przyjemnych myśli. Zawsze chciałam się zemścić i na wakacjach przed szóstą klasą nadarzyła się ku temu okazja.
Kuzynka pokazała mi popularny w tamtym czasie portal, na którym czatowało się z obcymi. Pisałam tam regularnie i kiedy trafiali się bardziej zboczeni użytkownicy i prosili o namiary, podsyłałam im Facebooki koleżanek. Wyobraźcie sobie, jak miło było słuchać we wrześniu, że koleżanki musiały pousuwać swoje konta z setkami lajków i tysiącami znajomych, bo wypisują do nich jakieś zboki.
Mam 32 lata i duży problem z randkowaniem. Nie mam na myśli, że nie mogę kogoś poznać, bo okazji jest aż za dużo. Zawsze dbałem o siebie – siłownia, różne zabiegi na twarz itp. – i z tego, co widzę, podobam się kobietom, duża pewność siebie też pomaga.
Problem pojawia się wtedy, gdy pytają, czym się zajmuję, a mam zwykłą pracę na produkcji, na trzy zmiany. Nie widzę w takiej pracy nic złego, tym bardziej uwłaczającego. Jednak reakcja kobiet jest, jaka jest – oczekują, że facet mający 32 lata będzie miał „lepszą” pracę.
Mnie bardzo pasuje ta praca, bo mam duży spokój, nie zmęczę się, nie wybrudzę, mam dużo swobody.
Teraz nawet nie inicjuję kontaktu na ulicy czy w sklepie. Kiedyś to lubiłem, gdy zauważyłem, że kobieta się patrzy, uśmiecha, a teraz udaję, że nie widzę, bo wiem, jak to się skończy, a umawianie się na sam seks mi zbrzydło. A do związku takiego typa większość nie będzie chciała, bo co powiedzą koleżanki czy rodzina.
Jestem od prawie 2 lat w związku, wszystko super, tylko że od półtora roku podkochuję się w byłym chłopaku mojej dziewczyny. Nie rozmawiam z nim, chociaż kiedyś czasami gadaliśmy, ale gdy widzę go na mieście, albo jego profil wyświetla mi się w proponowanych na FB, moje serce zaczyna wariować.
Mam 17 lat i naprawdę dobrą sytuację życiową i mimo tego, że we wcześniejszych latach potraciłam mnóstwo znajomych, doznałam odrzucenia, niezrozumienia przez rodziców, to wszystko się unormowało, a obecnie mam zaufanych przyjaciół i ogromne wsparcie rodziny. Moja rodzina na przestrzeni lat podniosła swój status życia. Zaczęliśmy więcej podróżować, jeśli chcę sobie coś kupić, zawsze dostaję na to pieniądze. Nie brakuje mi niczego, jeśli chodzi o potrzeby materialne. Ale odczuwam ogromną pustkę psychiczną. Jestem bardzo nerwowa. Potrafię zwyzywać całą rodzinę w myślach lub do innej osoby, potem odczuwam ogromne wyrzuty sumienia, bo przecież nic złego mi nie robią. Nie dają mi kar, nie są mściwi. Kocham ich bardzo i nie wyobrażam sobie życia bez nich, ale potrafię przyczepić się do nich o każdy szczegół. Jeśli np. ktoś tupie nogą, ale jest to mój wujek, nie denerwuje mnie to, ale denerwuje mnie, jeśli robi to mój tata. Denerwuje mnie to, że mój brat ma swoje własne zasady, własne życie. Mam wrażenie, że po cichu każdy jest przeciwko mnie, że zachowują się najgorzej jak tylko można, ale jednocześnie wiem, że tak nie jest, że są ludzie o gorszej mentalności.
Wiem, że to normalne w tym wieku, ale wykańcza mnie ciągłe poczucie złości, żalu. Boję się poprosić o pomoc psychologa, bo przecież nic złego się ogólnie nie dzieje. Czuję, że mimo wsparcia rodziców, oceniliby moje problemy. Nie chcę dawać im znać, że coś się dzieje, rozczarować ich. Potraciłam wszystkie pasje, mam problemy z koncentracją, czuję, że zaczynam popadać w uzależnienia. Nie wierzę w siebie, mimo że odnoszę sukcesy.
Mój mąż ma przyjaciółkę, z którą kiedyś łączyło go uczucie, jednak nie stworzyli pary. Mieli elementy romantyczne swojej relacji, przyznali sobie, że się sobie podobali, byli bardzo blisko ze sobą, przytulali się, wygłupiali, jednak nie stworzyli nigdy związku, nie chcieli. Nie całowali się nigdy i nie doszło do zbliżenia. Potem mąż poznał mnie. Pokochał mnie i widzę to na co dzień. Jest ze mną, jest zaangażowany, czuły. Ze swoją dawną przyjaciółką ma kontakt sporadyczny. Piszą ze sobą raz na jakiś czas (kilka razy w miesiącu), czasem się spotkają (może 1-2 razy w roku) czy zadzwonią do siebie. Nie flirtują. On respektuje granice.
Zanim się dowiedziałam, że kiedyś mieli do siebie uczucia, to nie przeszkadzał mi ich sporadyczny kontakt, dla mnie było to okej. Jednak kiedy dowiedziałam się o tym, wszystko w mojej głowie się zmieniło. Porozmawialiśmy o ich relacji i on powiedział, że nigdy między nimi nic nie było i nie ma teraz i nie będzie, że mnie kocha i nigdy mnie nie zostawi ani nie zdradzi.
Jak duża jest szansa, że na tę chwilę on czuje do niej jakieś uczucie i namiętność? Czy może coś takiego przede mną ukrywać? Mam taki lęk, że on ją jednak kocha, a mnie oszukuje. Moja przyjaciółka poradziła mi, abym zabroniła mu kontaktu z nią, jeśli mnie to denerwuje, ale wg mnie to bez sensu. Czy myślicie, że mam powód do niepokoju? Czy to, że kiedyś byli ze sobą blisko, mieli do siebie romantyczne uczucia, oznacza niebezpieczeństwo dla naszej relacji? Ja patrzę na te sytuacje emocjonalnie i wiem, że mam tendencje do przesadzania z zazdrością. Proszę o obiektywną opinię.
Jak byłam w podstawówce, spodobał mi się pewien chłopak. Przez pół roku tylko go obserwowałam. Aż do czasu, gdy powiedziałam przyjaciółce. I zaczęłyśmy robić sobie z chłopaczka „niewinne” żarty. Zaczęło się od chodzenia za nim. Po szkole, po okolicy. Gdy już dowiedziałyśmy się, gdzie dokładnie mieszka i znałam na pamięć jego plan lekcji, zaczęły się grubsze akcje. Postanowiłyśmy zejść do jego piwnicy, sprawdzać skrzynki, dawać dziwne karteczki, zagadki itp. W szkole typ ani się na nas dziwnie nie patrzył, ani nic, więc myślałyśmy, że nawet nie wie, że to my.
Pewnego dnia przypadkiem zobaczyłyśmy, z jakiej strony domu ma okno jego pokój. Teraz naszym codziennym zajęciem było przesiadywanie nonszalancko pod jego domem i zagadywanie do jego młodszego rodzeństwa. Aż w końcu nas tam spotkał. Następnego dnia jego wychowawczyni poprosiła nas na rozmowę – miałyśmy zostawić nasz cel w spokoju. Oczywiście tak się do końca się stało. Dalej przez jakiś czas, gdy chłopak nas spotykał, nie dawałyśmy mu żyć przez chwilę, ale na szczęście nasz bohater już nie chodzi do mojej szkoły, bo bym się zapadła pod ziemię.
Do tej pory mi wstyd.
Przez całą moją edukację miałam w klasie dziewczynę, która niszczyła mi życie. Była ze mną w zerówce, podstawówce i szkole średniej (jestem rocznikiem bez gimnazjum). Zawsze wydawała się miła, ale za plecami robiła mi największe gówno.
W zerówce nastawiła całą grupę przeciwko mnie i ciągle się ze mnie wyśmiewała. W podstawówce było podobnie, potrafiła nawet skłócić mnie z przyjaciółką i jej się to udało. W szkole średniej zaczęło się piekło. Doszłam do jej klasy po jakimś tygodniu i trafiłyśmy też na te same praktyki. Nie chciałam zmieniać szkoły, bo byłam na zawodzie, który naprawdę chciałam wykonywać. Do tego pochodzę z małego miasta, gdzie każdy się zna i plotki szybko się rozchodzą.
Na praktykach wykorzystywała mnie i robiłam praktycznie wszystko za nią, bo nie potrafiłam się sprzeciwić. W szkole średniej okazało się, że każdy już o mnie wiedział, ponieważ wszystkim o mnie powiedziała. Znali moje najgorsze sytuacje, nawet takie, o których nikt nie powinien wiedzieć. Wyzywała mnie i oskarżała o to, że chcę odbić jej chłopaka, a kiedy sama znalazłam chłopaka, rozpuściła po całej szkole plotkę, że jestem w ciąży. Wyśmiewała mój wygląd i sytuację rodzinną. Pisała na krzesłach, że jestem panią lekkich obyczajów i że zdradzam chłopaka. Kazała mi pilnować swoich rzeczy. Robiła mi zdjęcia z ukrycia, przerabiała je i wysyłała znajomym. I to tylko część tego, co robiła. Kiedy próbowałam z nią porozmawiać, zaczynała płakać, że zawsze jestem przeciwko niej i skarżyła się mamie. Potrafiła nawet przy mnie zdradzać swojego chłopaka, a ja nic nie mówiłam, ponieważ po prostu się bałam. Do tej pory nie mam praktycznie żadnych znajomych, bo przez lata nastawiała ludzi przeciwko mnie. Po skończeniu szkoły średniej musiałam jeszcze na chwilę wrócić do nauki, ale wolałam dostać karę pieniężną za niechodzenie do szkoły przed osiemnastym rokiem życia, niż znowu być z nią w klasie. Tylko jedna szkoła w okolicy oferowała taką naukę, a ona akurat tam poszła. Na szczęście przeszłam na edukację domową i kary nie dostałam. Dopiero po około 2 latach powiedziałam o wszystkim starszej siostrze. Powiedziała mi, że powinnam była zrobić to dużo wcześniej, ponieważ mogłyśmy pójść na policję albo porozmawiać z jej mamą, bo to wszystko podchodziło pod znęcanie się.
Bardzo żałuję, że cały czas liczyłam, że ona się zmieni. Byłam naiwna i wystraszona. Straciłam przez nią najpiękniejsze lata swojej młodości. Teraz próbuję odbudować swoją psychikę i nauczyć się żyć bez ciągłego strachu przed tym, co ktoś o mnie powie.
Pamiętam, że nigdy jakoś szczególnie nie tęskniłam za rodzicami. Mój pierwszy dłuższy wyjazd bez rodziców, konkretnie tygodniowy, miałam zorganizowany jeszcze w przedszkolu. Inne dzieci codziennie nawet po kilka razy dzwoniły do swoich rodziców, płakały z tęsknoty, spały z masą pluszaków, których ja w ogóle nawet nie myślałam, żeby spakować. Nie rozumiałam, jak można tak bardzo przeżywać jedynie tydzień rozłąki, panie przedszkolanki dziwiły się, że ja przeżywałam ten czas tak spokojnie. Później, mając 10 lat, pojechałam z harcerstwem na miesięczny obóz. Tym razem nie tylko nie tęskniłam za domem, ale cieszyłam się, że tyle czasu będę mogła spędzić bez rodziców.
Teraz rozumiem, że przez cały ten czas bałam się ojca, ponieważ bił mnie, od kiedy miałam 4 lata, nie jakoś szczególnie mocno ani często, ale bałam się jakichkolwiek interakcji z nim. Do tej pory czuję ogromny stres, kiedy choćby usłyszę jego głos. Nie lubię też szczególnie kontaktów fizycznych z nikim, nawet z przyjaciółką na powitanie.
Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Problem w tym, że był najlepszym przyjacielem mojego ówczesnego chłopaka.
Przez cały mój związek próbowałam ignorować to, co czułam. Wmawiałam sobie, że to tylko zauroczenie, chwilowa fascynacja i że z czasem mi przejdzie. Nie przeszło.
Kiedy mój związek się skończył, wydarzyło się coś, czego chyba sama się po sobie nie spodziewałam. Między mną a nim zaczęła się relacja, której nie potrafię nawet dobrze nazwać. Był romans, były emocje, bliskość, chwile, które do dziś pamiętam. I wtedy chyba już naprawdę się w nim zakochałam. Tylko że nigdy nie byliśmy razem.
W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły. Kontakt się urwał i zostało mi tylko to, co wydarzyło się między nami.
Dzisiaj spotykam się z kimś innym. Życie niby poszło dalej, a ja czasami łapię się na tym, że nadal o nim myślę. Nadal mi się śni. Czasem wystarczy jakiś drobiazg, piosenka, miejsce albo wspomnienie i wracam myślami do niego. I chyba najbardziej boli mnie to, że nie wiem, czy tęsknię za nim, czy za tym, czym mogliśmy być, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
Nie wiem, czy on kiedykolwiek czuł do mnie coś podobnego. Nie wiem, czy czasami o mnie myśli. Nie wiem nawet, czy gdybyśmy dzisiaj przypadkiem się spotkali, poczułabym to samo. Ale wiem jedno – minęło już sporo czasu, nie mamy kontaktu, mam teraz przy sobie inną osobę, a mimo to jakaś część mnie nadal została przy nim.
Może niektórych ludzi nie spotykamy po to, żeby z nimi zostać. Może czasami spotykamy ich tylko po to, żeby przez resztę życia zastanawiać się: „co by było, gdyby…?”.
Coś, czego całkowicie nie rozumiem, to małżeństwo mojego brata. Osobno mój brat i jego żona są wspaniałymi ludźmi. Zarówno mój brat, jak i szwagierka to ludzie do rany przyłóż – uczynni, mili dla innych, ciekawi w rozmowie. Wobec siebie są natomiast jakimiś potworami, przynajmniej w części. Są jakieś 30 lat po ślubie, ale od początku w ich związku działy się niesamowite rzeczy. To jak moja szwagierka niszczyła psychicznie mojego brata, jaką toksyczną była osobą dla niego – jakby mój mąż robił mi jedną setną tego, to bym go zostawiła. Mój brat nie był jej dłużny, tylko w bardziej fizyczny sposób – oficjalnie nikt tego nie potwierdza, ale widać, że ją bił.
Rozmawialiśmy z nimi (zarówno my, jak i rodzina mojej szwagierki) i dostawaliśmy odpowiedź, żeby się nie wtrącać w ich sprawy. I kiedy braliśmy ich osobno, to nagle bronili się i pokazywali, że to drugie jest najlepszą osobą na świecie. Sugestie, że lepiej, żeby się rozwiedli albo chociaż pobyli trochę bez siebie, kończą się groźbami, że przy dalszych takich sugestiach zerwą kontakt z rodziną.
Ich związek jest pełny ekstremów. Oprócz tego, co już opisałam, to jest też bardzo dużo jakichś takich spontanicznych czułości i gestów. Zrywanie kwiatów ze stawu dla mojej szwagierki (jak z filmu!) – żaden problem. Publiczne pokazywanie, jakim wspaniałym i przystojnym mężczyzną jest mój szwagier – bardzo częste. Kiedyś nocowali u nas w domu i słyszeliśmy w nocy ich igraszki (z piętra wyżej!) – byli 20 lat po ślubie, a tej pasji, jaką usłyszeliśmy, zazdrościmy z mężem do dzisiaj, a jesteśmy od nich 15 lat młodsi.
Najgorsze, że nigdy nie wiadomo, na co się u nich trafi.
Dodaj anonimowe wyznanie