Kilka lat temu ukradłem mamie jej ulubioną czekoladę. Po prostu, leżała na szafce koło jej i taty łóżka, a mi bardzo chciało się słodkiego, to ją wziąłem. Stwierdziłem wtedy, że nic złego nie zrobiłem i niedługo jej odkupię.
Mama gdy się dowiedziała udawała spokojną, powiedziała tylko, abym tak więcej nie robił, lecz widziałem, że ma do mnie żal.
Dwa dni później mama zmarła w wypadku samochodowym. I ja do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć, że wtedy zabrałem jej tą jeb*ną czekoladę. Przynajmniej przed śmiercią by ją zjadła. Mimo, że minęło już kilka lat, to gdy zawsze widzę w sklepie smak czekolady tej firmy, to nie mogę powstrzymać łez.
Zazdroszczę młodszej siostrze. Czego? Chyba wszystkiego, ale przede wszystkim podejścia do życia i zaradności. To taki typ, który ze wszystkiego się ucieszy i wszystko obróci na swoją korzyść.
Znacie to powiedzenie o życiu dającym cytrynę, z której taki optymista zrobi lemoniadę? Moja siostra machnęłaby nie tylko tę głupią lemoniadę, ale i ciastka na dodatek i jeszcze miałaby jakieś pomysły.
Kiedy nie zdała matury tak dobrze, jak chciała, myślałem, że się podłamie i podda. Albo raczej, miałem taką nadzieję. Chciała zostać weterynarzem, ale zabrakło jej naprawdę dużo punktów, by ją przyjęli gdziekolwiek. Ona jednak się nie poddała, nie postanowiła też poprawiać egzaminów.
Poszła do jednej z wielu szkół policealnych w naszym mieście na technika weterynaryjnego, zaocznie, a że społeczna z niej bestia, znalazła pracę w jakimś sklepie zoologicznym. Niezbyt ambitna, średnio płatna, ale wystarczyło, by wynieść się od rodziców i wynająć sobie jakiś pokoik.
Kiedy ja męczyłem się w robocie, której nie cierpiałem, będąc po trzech z rzędu nieudanych próbach przejścia przez studia (na trzech różnych kierunkach...), ona z bananem na mordce zasuwała każdego dnia do tego swojego sklepu, weekendy spędzała w szkole, w międzyczasie ogarniała jakieś dodatkowe kursy i odwiedzała i mnie, i rodziców. Nieważne, jacy klienci jej się trafiali, jakich ludzi spotykała w szkole - ona zawsze ze wszystkim sobie radziła.
Zawsze radosna, pełna zapału. Po tych dwóch latach skończyła szkołę i udało jej się zaczepić w lecznicy znajdującej się w naszym mieście, a międzyczasie zaczęła studia zaoczne, na filologii. Wiem, że to żałosne, ale cały czas zazdrościłem jej umiejętności do ciężkiej pracy, nastawienia i tego, że dzięki nim jakoś spełnia swoje cele i jest zwyczajnie z życia zadowolona. Ojciec obecnie powtarza, nie do końca żartem, że chyba jednak to ona powinna być dla mnie wzorem, nie na odwrót.
Na studiach idzie jej na tyle dobrze, że dostała stypendium za wyniki, poza tym poznała tam swojego obecnego chłopaka, nowych znajomych. Zazdroszczę jej, że potrafi czerpać z życia garściami, podczas gdy ja nie potrafię wyjść z jej cienia.
W nawiedzonym domu walnąłem jakiegoś dzieciaka w twarz. To był odruch.
Szanowałem przekonania mojej dziewczyny (seks po ślubie itd). Po 2 latach związku pokłóciliśmy się i spędziliśmy oddzielnie sylwestra. Ona z przyjaciółkami, ja z rodziną i wódeczką. Wróciliśmy do siebie, ale po paru miesiącach znajomy wysłał mi na maila filmik. Z sylwestra. Z moją dziewczyną. I 5 kolesiami ze szkolnej drużyny siatkarskiej. Film nadaje się na YouPorn, ale nie jestem chamem... wysłałem go tylko jej rodzicom. Kiedy dowiedziała się, że wiem, wpadła w szał i wyrzuciła mi, że jestem jakiś nienormalny i że to w ogóle nie moja sprawa, co ona robiła w sylwestra, a w ogóle to się już z tego wyspowiadała, więc się skasowało.
Zastanawiam się nad tym czy możliwy jest szcześliwy związek, gdzie kobieta ma możliwość swobodnego uprawiania seksu z innymi mężczyznami. Czy to może się udać czy skazane jest na niepowodzenie.
Moja była narzeczona mnie zdradzała i mocno odbiło się to na mnie. Do tego stopnia, że jak złe emocje opadły, to wspominanie tego wszystkiego zaczęło w pewien sposób być podniecające. W tym wszystkim najbardziej bolało mnie, że mnie zdradziła i oszukiwała, ale sam fakt uprawiania seksu już mnie nie bolał.
Po pewnym czasie złapałem się na tym, że po prostu zacząłem fantazjować o tym co ona robiła z tymi meżczyznami i podobało mi się to.
Minęło już trochę czasu i oswoiłem się z tymi myślami i fantazjami. W zasadzie przeszedłem już dalej w tym procesie myślowym.
Zastanawiam się czy kobieta byłaby szczęśliwa w takim związku, gdzie nadal szczerze kocha swojego partnera, ale jednak cieszy się z faktu że może swobodnie uprawiać seks z innymi, często w towarzystwie partnera. Czy może jednak swojego partnera uważałaby za frajera i korzystała z tego do czasu póki nie znajdzie kogoś lepszego, możliwe że kogoś spośród swoich kochanków.
Czy ja już oszalałem?
Czy wiedzieliście, że wzwód może doprowadzić do poważnych obrażeń głowy i małej reformy w lokalnym szkolnictwie?
To było parę ładnych lat temu, gdy byłem jeszcze w pierwszej klasie gimnazjum. Siedziałem sobie w ławce na jakiejś kosmicznie nudnej lekcji. Od dobrych dwudziestu minut toczyłem nierówną walkę ze snem. Moja głowa co i rusz poddawała się sile grawitacji i musiałem zapierać się, aby nie plasnąć policzkiem o ławkę i nie oddać się w ramiona Morfeusza.
I będąc tak na krawędzi snu, zacząłem sobie myśleć o cycuszkach. Normalna rzecz. My faceci wizualizujemy sobie seksowne wymionka w każdej, wolnej od poważniejszych myśli, chwili. Naturalną rzeczą jest też to, że gość schowany pod męskim rozporkiem staje wówczas na baczność, ażeby nieco się rozprostować... Tak też było i tym razem.
Z błogich marzeń wyrwał mnie jednak głos nauczycielki, która akurat w tym momencie zażyczyła sobie, abym starł tablicę. I co teraz? Jest lato, więc mam na sobie luźne, dresowe spodenki, drąga ni jak ukryć się nie da, a tu babsko patrzy na mnie surowym wzrokiem czekając aż podniosę się i doturlam do tablicy.
Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale postanowiłem improwizować w najgłupszy sposób. Pomyślałem, że lekko się podniosę, udam, że się potknąłem, walnę kolanem w róg ławki i z grymasem bólu oraz łzami w oczach usiądę na miejscu trąc "stłuczone" miejsce i jęcząc "Ojj, ojejj, ojj...". Babeczka się zlituje i będę miał spokój.
Podniosłem się więc delikatnie, niby wychodząc z ławki uderzyłem kolanem o krawędź. Zrobiłem to perfekcyjnie! Czemu? Bo tak wyrżnąłem w róg, że mało nie popuściłem z bólu. Nie mam pojęcia jak to możliwe. Musiałem trafić w jakiś malutki nerw. Zawyłem w szczerej agonii i chciałem cofnąć się pół kroku, aby usiąść na krześle. Noga jednak odmówiła mi posłuszeństwa (była niczym z waty!) i poleciałem jak długi przed siebie wywracając ławkę, po drodze kosząc czołem dwa krzesła i finalnie wgryzając się ząbkami posadzkę.
Efekt - rozcięty łeb (12 szwów!) i dwa ukruszone zęby. W toku tych skomplikowanych ewolucji wzwód mi oklapł, więc przynajmniej uratowałem honor.
A najlepsze jest to, że po miesiącu, decyzją rady pedagogicznej zmieniono w szkole wszystkie ławki na takie z zaokrąglonymi krawędziami! I to wszystko przez mój wzwód!
Zacznę od tego, że mój tata jest Ślązakiem, a mama pochodzi z kociewsko-kaszubskiej rodziny.
Kiedy moi rodzice oznajmili swoim rodzinom, że biorą ślub, rozpoczęła się wojna rodzinna. Matka mojego ojca stwierdziła, że jej synek nie ma prawa ożenić się z kobietą spoza Śląska. Natomiast rodzina mojej mamy nie chciała śląskiego brudasa w swojej rodzinie. Całe moje dzieciństwo spędziłam w kłótniach i przemocy psychicznej. Moja babcia od strony ojca była potworem. Próbowała mnie buntować przeciwko mojej mamie, a jak nie robiłam tego, co ona chciała, to upokarzała mnie seksualnie. Nigdy nikomu tego nie powiedziałam. Pamiętam, że kiedyś poprosiła mnie, bym zwyzywała mamę od szmat i dziwek. Nie zrobiłam tego. W zamian babcia zaprowadziła mnie do swojego pokoju i rozebrała mnie. Śmiała się z moich piersi i biła mnie w okolicach intymnych. Robiła to wielokrotnie - mieszkała z nami, a rodziców często nie było w domu, bo praca. Kiedy miałam 14 lat, babcia umarła. Rodzice przestali się kłócić i było widać, że naprawdę się kochają.
Problem jest w tym, że ja do dzisiaj mam problemy psychiczne przez to, co robiła mi babcia. Dzisiaj mam 29 lat, wielokrotnie myślałam o samobójstwie, nigdy nie miałam partnera i od lat chodzę na terapię. Rodzice zastanawiają się, co zrobili nie tak. Nigdy im tego nie powiem, wstydzę się, chociaż wiem, że nie powinnam.
Lubię być sama w domu, ponieważ jestem tak leniwa, że wtedy mogę nie myć rąk po wyjściu z toalety.
Moi dziadkowie mają bardzo zaściankową mentalność, która objawia się w wielu kwestiach - głównie związanych z kościołem i stosunkami damsko - męskimi - ale jedna rzecz sprawia, że naprawdę mnie denerwują.
Kiedy byłam młodsza - miałam jakieś dziesięć lat - mieszkaliśmy razem na wsi. Zawsze mieliśmy psy, głównie po to by pilnowały domu i obejścia. Nie pamiętam żeby babcia albo dziadek kiedykolwiek je wykąpali. Wtedy jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało, może myślałam, że taki "psi zapach" widocznie jest cechą każdego pieska na świecie. Jednak później, gdy spotykałam się z ludźmi z naszej i sąsiedniej wsi widziałam, że w porównaniu z nimi, dziadkowie wręcz męczą zwierzęta. Pomijam już to mycie - nasze Burki i Azorki spędzały większość czasu na łańcuchach. Ok, mieszkaliśmy przy głównej drodze i była to forma zabezpieczenia, ale puszczanie psa na GODZINĘ, żeby się wysikał i zaraz wrócił do budy, było według mnie bardzo przykre.
Próbowałam jakoś to wytłumaczyć babci, ale uznała, że chcę się zachowywać jak dziewczyny z miasta, które pozwalają psom spać w swoich łóżkach, a "miejsce sierściuchów jest na zewnątrz". Żywienie - resztki z obiadu i garść kaszy. Pamiętam, jak musiałam dokładnie odmierzyć szklankę na każdego psa, bo babcia byłaby zła, gdybym im wrzuciła do miski trochę więcej. W zimę nie dostawały miski z wodą - "przecież jest śnieg" - i musiały się kisić w ciasnych, zimnych budach, do których tylko dokładano trochę siana. Kiedyś było mi ich tak żal, że ze swoich odłożonych drobniaków kupiłam im małą paczkę suchej karmy. Do dziś pamiętam jak ją szczęśliwe wcinały.
Szczytem była sytuacja, gdy do naszej stodoły weszła ciężarna suczka i się oszczeniła. Znalazłam ją i powiadomiłam dziadka. Pytałam, co z nimi zrobimy - były to chyba cztery pieski - a dziadek coś tam mruczał, że pomyśli, może komuś odda. Byłam bardzo szczęśliwa i zdążyłam poinformować koleżankę z drugiego końca wsi, że możemy dać jej pieska, bo ostatnio dużo o nim mówiła. Jednak po kilku dniach nie znalazłam w stodole ani suczki, ani szczeniaków. Za to znalazłam dziadka, który niedaleko wychodka miażdży je po kolei cegłą...
Teraz, po kilkunastu latach, wolę myśleć, że dziadkowie byli zbyt prości by zrozumieć "inne metody" obchodzenia się z psami. Nie były bite, kopane - myślę, że traktowali je dość sztywno, bez okazywania uczuć, ale w jakiś sposób szanowali. Mimo to mam do nich żal.
Będąc dzieckiem przez dłuższy czas zazdrościłam mojej kuzynce zabawki z limitowanej edycji, którą też bardzo chciałam mieć. Ostatnio temat ten wypłynął przy rodzinnym spotkaniu i zdziwiona mama zapytała się dlaczego jej nie zapytałam, kupiłaby mi przecież. Skłamałam, że w sumie to nie wiem czemu.
Tak naprawdę nie zapytałam, bo się jej wtedy strasznie bałam. Nie chciałam znowu zostać zwyzywana, pobita, czy wyrzucona z domu.
Dodaj anonimowe wyznanie