Mam tego dosyć.
Od lipca 2025 jestem pod kontrolą dietetyka, trenera personalnego, endokrynologa. Powiedziałam, że nie ma szans to już ostatni dzwonek na schudnięcie. Za rok 40stka. Zaczynałam od wagi 130 kg. Od stycznia waga stoi na 112 i nie chce ruszyć wcale.
Przeglądam internety i ciągle wyskakują filmy osób "schudłem 36 kg w pół roku", "schudłam 80kg", "tylko dieta i ruch".
Robię 10 tysięcy kroków dziennie, trzymam kaloryczność posiłków, mam 2 treningi siłowe w tygodniu, od początku kwietnia jeżdżę rowerem po 5/10 km co drugi dzień, ale... nie używam żadnej farmakologii. Lekarz uznał, że nie mam żadnych chorób współistniejących to nie będziemy katować lekami organizm (nie licząc leków na tarczyce)...
Wiedziałam, że nie przytyłam w rok, więc nie schudne w 3 miesiące. Ale niesmak pozostaje. Innym się udaje szybciej, innym się udaje więcej w miesiąc chudnąć, a ja nawet tego nie potrafię.
24 kwietnia 2026 roku - dzień który miał być triumfem, końcem 5 - letniej harówki w technikum i dumnym progiem dorosłości, stał się dniem żałoby której nie potrafię udźwignąć.
Gdy ja odbierałem świadectwo, mój ojciec chrzestny, brat mojego taty wydawał ostatnie tchnienie w wieku zaledwie 52 lat. Zamiast świętować, stoję na krawędzi przepaści poczucia winy której już nigdy nie da się zasypać.
Mój wujek nie umierał po cichu. On rozpadał się na raty, kawałek po kawałku, na własne życzenie. Jego organizm stawał się ruiną. Płuca miał doszczętnie zniszczone dwoma paczkami fajek dziennie, serce ledwo pompowało krew gęstą od nadmiaru cukru a wątroba i trzustka wyły o pomoc pod ciężarem litrów wlewanego w nie regularnie alkoholu. Miał przypisaną insulinę, garść leków na serce i zniszczony żołądek ale on wybrał powolne, świadome samobójstwo. Zamiast leczenia wybierał góry słodyczy i najgorsze fast foody jakby chciał zakpić ze śmierci która od lat już u niego gościła. Żona i syn błagali na kolanach, ostrzegali że to droga tylko w jednym kierunku. On tylko dolewał sobie kolejny kieliszek zagryzając go tłustym jedzeniem i dławiąc się kaszlem palacza.
Najbardziej boli mnie jednak to jak zginęła nasza relacja. Mój tata i on toczyli wieloletnią wojnę o spadek po dziadkach i przeklęty podatek rolny. A ja? Dałem się wciągnąć w tę spiralę nienawiści. Nigdy nie zapomnę dnia gdy tata kazał mi pisać do niego obraźliwe wiadomości bo sam nie chciał brudzić sobie rąk. Stałem się bezmyślnym narzędziem. Napisałem mu, żeby *odp*** się od taty i płacił podatki". Odpisał mi krótko: "zmień pampersa, dziecko". Wtedy podjudzony przez ojca wysłałem słowa które dziś palą mnie w gardle: że to on "niedługo pampersa w trzustce będzie nosił". Odpowiedział tylko żebyśmy obaj wzięli od mamy tabletkę na schizofrenię.
To był nasz ostatni kontakt w życiu. Przez tego SMSa odmówił bycia moim świadkiem na bierzmowaniu. Przez te słowa odszedł myśląc że jestem jego wrogiem.
Dziś w domu mam piekło. Tata który nie zdobył się nawet na kondolencje dla wdowy, 27 - letniego syna i 25 - letniej córki, zwyzwał mnie od skur*** gdy tylko wspomniałem o pogrzebie. Ta agresja przelała czarę goryczy. Mama wpadła w furię, spakowała jego rzeczy i wystawiła za drzwi. Teraz ojciec koczuje w domowej piwnicy a atmosfera w domu jest tak gęsta że można ją kroić nożem.
Córka wujka nie przyleciała z UK na pogrzeb taty, wybierając pracę zamiast pożegnania kata który przez lata terroryzował rodzinę i miał Niebieską Kartę. Wiem że wujek bywał gnojem że znęcał się nad rodziną ale był też tym samym człowiekiem który trzymał mnie do chrztu.
4 maja zaczynam pracę jako ochroniarz. Wejdę tam jako dorosły ale w środku czuję się jak to dziecko któremu kazano pluć jadem w stronę kogoś kogo powinno się kochać.
W moim mieście są dwa miejsca o tej samej nazwie, klub studencki i bar mleczny. W dzieciństwie mieszkałam blisko tego baru mlecznego i byłam tam parę razy. Nie wiem skąd dowiedziałam się o istnieniu klubu studenckiego, ale mój dziecięcy mózg połączył dwa miejsca w jedno i byłam pewna, że w barze jest dodatkowa sala na koncerty.
Tak żyłam w tym przekonaniu aż do czasów liceum, kiedy poznałam wesołe towarzystwo wbijające na studenckie imprezy. Szybko mi wytłumaczyli, że bar i klub to różne miejsca, ale zyskałam opinię dziewczyny imprezującej w barze mlecznym. Mieli bekę aż do wakacji, później mieli już inne tematy do żartów.
Nieraz chciałam tu coś napisać, ale się powstrzymuję z obawy przed niektórymi komentującymi. Boję się też, że ktoś to przeczyta i skojarzy sytuację.
To wyznanie to chyba dobry początek?
Mój syn jest głupi. Nie umiem tego ułożyć w swojej głowie. Ma 2,5 roku - ja sam, psycholog także, podejrzewamy u niego spectrum autyzmu. Dodatkowo, często zachowuje się jakby był PDA - kimś kto patologicznie unika jakiegokolwiek rozkazu.
Syn nie mówi. Jedyne słowo jakie zna, to mama. Wszystko to mama, ja również.Tak zwraca naszą uwagę na siebie, w formie zawołania. Głównie tylko buczy literę "m", trochę jak odkurzacz. Zdarza mu się jednak szczekać lub robić "bee", jak koza. Używanie nocnika nijak nie wchodzę w grę, tak samo jak zawołanie, że nastąpiła tego rodzaju awaria. Jazda na rowerze, bądź hulajnodze odpada, bo nie ogarnia działania kierownicy, przez co dobija do krawężnika, co go bardzo irytuje. Nie rozumie również konceptu pociągnięcia czegoś w swoją stronę, aby to chwycić - np. balonika napełnionego helem. Nadal ma problemu z ułożeniem najprostszych zabawek, jak kolejno mniejsze kółka na stożek - pewnie wiecie o co chodzi. Dodatkowo, nic a nic nie da się mu "rozkazać". Większość prób kończy się całkowitym zignorowaniem, chociaż wiemy, że słyszy i rozumie. Dalsze próby zmuszenia go do czegokolwiek, np. pójścia w inną stronę niż tego chce (a to tylko dlatego, że chcemy go zabrać na plac zabaw) kończą się płaczem tak mocnym, że niemal się dusi oraz chyba najbardziej niepokojącą rzeczą - waleniem głową o podłogę... z całej siły. Parę razy rozbił ją sobie do krwi.
Zawsze chciałem mieć dziecko. Często myślałem jak świetnie będzie poczytać mu pierwszą książkę, śpiewać z nim, zabrać do lasu, pokazać rośliny, ptaki, pojechać kiedyś gdzieś na rowerze. To jednak nic, chyba już zaakceptowałem, że to może nie pójść tak łatwo, ale przeraża mnie wysłanie go do przedszkola, a później szkoły - jak bardzo będzie się z tym męczyć i jak inne dzieci dadzą mu popalić.
I wiecie co jest w tym najgorsze? Że moja wina w tym jest zerowa, chociaż wolałbym udźwignąć ten ciężar. To nie jest mój biologiczny syn. To nie ja sprzedałem mu te geny. Na domiar złego, sąd ustalił, że nawet 2 miesięczne niemowle można zabrać matce siłą, oddając na noc ojcu. Widzenia są co drugi weekend, a biologicznego ojca zwyczajnie się boi. Sąd, kurator, asystent rodziny problemu nie widzą, chociaż pewnie dlatego tak ciężko czegoś od niego wymagać. Wolałbym już wiedzieć, że to ja coś zepsułem, ale chociaż mogę to naprawić...
Nie zamierzam nigdzie odchodzić. Kocham go z całego serca i będę nadal starał się o jego dobrobyt. Chcę próbować go uczyć, żeby wyrósł na fajnego chłopaka. Tylko kiedy wszyscy śpią, ja nie potrafię. Ciągle o tym myślę, dlaczego to musiało wyjść akurat tak? Dlaczego jakiś los czy fatum musiało mnie tak zawieść i dlaczego akurat trafiając w niewinne dziecko? Jestem zmęczony brakiem efektów i strachem o jego przyszłość.
Kiedyś aby studiować ponad 10 lat temu wynajmowałam pokój za 400 zł, oraz jadłam za 400 zł miesięcznie. Mój brat otrzymywał od rodziców dużo więcej, ok. 2-3 tysiące złotych. Dostał samochód, komputer, mógł jeździć do innych miast, na wycieczki oraz dosłownie utrzymywać swoją dziewczynę z pieniędzy naszego ojca.
Ojciec był zły, że w ogóle studiuję, ponieważ uważał że po mojej osiemnastce powinien mnie utrzymywać jakiś mąż i to najlepiej aby wziął mnie z litości. Gdy opowiadam o tym innym zaczynają krytykować konserwatystów. W rzeczywistości lewicowcy, których poznałam np. w pracy wcale nie szanują kobiet bardziej od konserwatystów.
Kiedy miałam 16 lat, w wakacje często spotykałam się z kuzynką, z którą w tamtym czasie miałam dobre relacje. Z racji że mieszkała w innym mieście (nasze miasta dzieliło około 40 km), to często u siebie nocowałyśmy.
Pewnego razu, kiedy byłam u niej, dołączył się do nas jej chłopak. Wieczór spędziliśmy na graniu w planszówki. Około pierwszej w nocy oczy same zaczęły mi się zamykać, więc przeprosiłam ich i poszłam spać.
Przebudziło mnie dziwne sapanie, mlaskanie i skrzypienie łóżka. Tak, uprawiali seks w tym łóżku, w którym spałam. Byłam w takim szoku, że nawet się nie ruszyłam. Bałam się otworzyć oczy, bo twarz miałam zwróconą w ich stronę. Od tej pory stopniowo zaczęłam unikać naszych spotkań. Przez tę sytuację ciężko mi było na nią spojrzeć.
Co mieli w głowach, wiedząc, że jestem obok? Teraz już z nim nie jest, a my widzimy się tylko na większych uroczystościach rodzinnych.
Taka trauma z nastoletnich lat.
Na początku miesiączkowania okres pojawia się nieregularnie. Teoretycznie wiedza powszechnie wśród dziewczynek znana. W moim przypadku tak nie było. Choć mama wyjaśniła mi, co i jak, zapomniała powiedzieć, że te 28 dni między cyklami to tylko średnia i czas może być dłuższy.
Mija 28 dni od początku pierwszego krwawienia, ja z niecierpliwością czekam na kolejne. Jednak dzień mija, kolejny również i jeszcze jeden, a tu nic. Ja przerażona, zastanawiam się, o co chodzi. I mój 13-letni móżdżek znalazł odpowiedź. No ciąża, jak nic. Ale jak? Nawet chłopaka nie miałam, nie całowałam się z żadnym. Kminię dalej i mam odpowiedź. Co powoduje ciążę? Plemniki. Kto produkuje je? Ojciec. Nie, spokojnie, nie zrobił mi krzywdy. Nie orientowałam się dobrze w sprawach poczęcia i tym podobnych, nie wiedziałam również, że plemniki na powietrzu umierają niemal natychmiast. Oto, co uznałam: znalazły się na prześcieradle w łóżku rodziców i tam sobie siedziały. Kilka dni wcześniej spałam w nim, więc musiały do mnie wejść i mnie zapłodnić. I tym sposobem noszę pod sercem dziecko własnego ojca. Niemal panika, jedyny plus taki, że przez 9 miesięcy będę miała spokój z miesiączkami.
Zanim zebrałam się na odwagę, żeby podzielić się z rodzicami tą straszną nowiną, okres się zjawił. Trochę się martwiłam, że razem z krwią "wyszło" dziecko.
Jakiś czas później, w gimnazjum już, mieliśmy na biologii okres omówiony bardziej szczegółowo niż w podstawówce i wtedy pojęłam mój błąd w pełnej krasie. Szkoda, że w 5 czy 6 klasie, jak mieliśmy o tym na przyrodzie, nie było wszystko powiedziane, a WDŻ nie istniało...
Mało jest ludzi, którzy denerwują mnie tak bardzo jak właściciele psów, którzy po nich nie sprzątają. Sama mam psy od dwudziestu lat i nie mam problemu z zebraniem kupy. Niestety często podczas sprzątania wchodzę w pozostawione kupsko albo mój pies wchodzi, co odkrywam dopiero w domu.
Rozwiązanie jest proste: kogo brzydzi sprzątanie po psie, niech nie bierze psa.
Mam prawie 30 lat, jestem ze swoją wybranką serca od kilku lat i przychodzi ten moment, gdzie każdy pyta, kiedy ślub, a mi się nie spieszy do ślubu, bo się boję, że moja luba skończy jak jej siostra, która po ślubie przestała o siebie dbać i dużo przytyła.
Dodaj anonimowe wyznanie