#3Km5p

Wracałam do domu ze szkoły. Byłam do tego stopnia zmęczona, że ledwo widziałam na oczy. Wyszło niestety tak, że spóźniłam się na autobus, a na kolejny musiałam czekać jakieś dwadzieścia minut. Tak więc przysiadłam sobie na przystanku, a że telefon mi się rozładował i nie miałam nawet jak posłuchać muzyki, to po prostu rozglądałam się dookoła.
Obok mnie siedziała jakaś starsza pani, czytając gazetę.

W pewnym momencie przy śmietniku zobaczyłam siedzącego kruka (gawrona?) i niewiele myśląc zapytałam "Co tak siedzisz? Nie masz co robić?" .
Ptak mi nie odpowiedział, ale siedział dalej, więc z nudów zaczęłam po prostu do niego gadać. Pochwaliłam jego piórka, że tak spokojnie siedzi, pytałam, czemu nie odleci. Opowiedziałam coś o sobie. W pewnym momencie przeszłam z nim już nawet na "przyjacielu".

Kiedy kruk zdążył już poznać niemalże pełną historię mojej egzystencji, przyjechał w końcu autobus. Pani siedząca wcześniej obok mnie czmychnęła do środka i usiadła w najdalszym kącie. Przed odjechaniem chciałam się jeszcze z moim "przyjacielem" pożegnać, ale gdy jeszcze raz spojrzałam na miejsce, w którym siedział, zobaczyłam tylko sponiewierany worek na śmieci.

Rozumiecie to? Przez dwadzieścia minut gadałam do jakiejś siatki! Najśmieszniejsze jest to, że zdążyłam się już przywiązać i teraz tęsknię...

#xJHDS

Wyznanie o tym, jak bardzo nienawidzę mojej babci.

Mam 16 lat, mieszkam w domu z rodzicami, bratem i dziadkami. Na dole gdzie mieszkają rodzice, nie ma miejsce na mój pokój, więc muszę mieszkać na górze, w tzw. starym pokoju, ponieważ są tam meble jeszcze od moich pradziadków (w sumie to nie umiem zrozumieć dlaczego są trzymane stare, skrzypiące meble, które wyglądają, jakby lada chwila miały się rozpaść na kawałki).

Jakie są powody mojej nienawiści do babci?
1. Dziewiąta rano, ferie zimowe, ta mi wpada do pokoju, szarpie mnie, budzi, bo już jest późno. Ciekawe, co ja mam robić od 9 rano w ferie. Chyba oglądać "jutuby" cały dzień.

2. 8 rano, wakacje. W wakacje mogę spać do 12, rodzice mi na to pozwalają. Ale babci to przeszkadza. Ósma rano, babcia wchodzi bez pukania, zaczyna się na mnie drzeć że jak można tak długo spać! Wypraszam ją z tego pokoju, a ta mi zaczyna roletę podnosić, okno otwierać, wyszarpuje mnie za rękę z łóżka... Mam 16 lat, według mnie i rodziców powinnam sama się zajmować moim pokojem... ale babcia zawsze święta...

3. Posiadam kundelka, którego przygarnęłam ze schroniska jakieś 6 miesięcy temu, oraz posiadam rocznego kota, dostany od kolegi. Rano, wychodzę z pokoju, jestem ubrana, uczesana, mam zjedzone śniadanie, zaczynam szukać Laksa (psa), by iść z nim na spacer. Mama mi mówi, że babcia z nim poszła, ja w furię, wychodzę z domu, znajduję samą babcię, która idzie spokojnie od strony lasu. Pytam się, co z nim zrobiła - "A bo on mi się zerwał ze smyczy". Od razu zwątpiłam, bo Laks się ani nie wyrywa, ani nie gryzie. Po prostu poczciwy kundelek, który darzy mnie ogromną miłością. Biegnę do lasu, znajduje Laksia przywiązanego do drzewa koło rzeki...
Jaki był powód pozbycia się psa przez babcię? "Bo ona chce mieć psa rasowego, takiego jak ma mój sąsiad, za 2 tysiące". Ja Laksa nigdy nie oddam, pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Co do kota, to akurat babcia go kocha, uwielbia wręcz, ale ma zakaz dotykania go. Bo babcia jest jak mały dzidziuś - szarpie mojego Fado za ogon, "bo go przecież to nie boli". Taaa, jasne...

4. Dzisiaj miałam zaplanowany ranek z mamą, zakupy w pewnym sklepie. To po co ma matka z własną córką spędzić czas, skoro musi się wpierdzielić babcia, i wszystko zepsuć?

Jest jeszcze milion innych sytuacji, ale ich nie będę opisywać. Jak coś innego będzie, to napiszę. Pozdrawiam całe Anonimki.

#RF6re

Moja dziewczyna zawsze miała dystans do siebie, a jak coś ją rozbawiło potrafiła dostać takiego ataku śmiechu, że trzeba było przeczekać te kilka minut, aż się uspokoi. Inaczej się nie dało.
A teraz wyobraźcie sobie, że podczas robienia jej dobrze ustami pierdnęła mi w twarz. Niby nic takiego, każdemu się zdarzy, jednak to nie był zwykły pierd. To był pierd morderca, taki, że prawie straciłem przytomność. Zrobiłem wtedy bardzo śmieszną minę (tak mi później powiedziała) i wpadła w ten swój niepohamowany śmiech. Gdybym wiedział, co się szykuje, od razu bym uciekł, ale nie... Patrzyłem jak robi się cała czerwona na twarzy, łzy jej ciekną po policzkach, dusiła się ze śmiechu. I wtedy jej siki wystrzeliły w moja twarz. Ja naprawdę nie sądziłem, że kobieta może sikać pod takim ciśnieniem. Uciekłem od razu i jedyne z czego mogę się cieszyć, to fakt, ze łóżko oberwało bardziej niż ja.
Ps. Nadal jesteśmy razem i teraz ja jej pierdzę.

#AToOR

Czy ze mną jest coś nie tak?

Uważam, że seks bez zobowiązań jest niemoralny. Dotyczy to obu płci, ale uważam, że kobiety tym bardziej powinny dbać o to, aby nie sypiać z kimś, z kim nie mają zamiaru się wiązać. Mam 30 lat, wiem, że czasy się zmieniły – ale czy na lepsze? 
Czy ktoś jeszcze podziela moje zdanie?

#Pn6nh

Osoba, którą znam, pracuje w szpitalu. Historia jest autentyczna i dramatyczna, opisuje fachowość naszych lekarzy. Ale do rzeczy.

Raz do szpitala przyszedł starszy pan, miał problem z nogami. Nie pamiętam dokładnie o co chodziło, ale diagnoza była następująca – jedna noga do amputacji. Przyszedł w końcu dzień operacji, wszystko było w porządku, przebiegło bezproblemowo. No, prawie. Po zakończonej operacji dopiero ogarnęli, że amputowali złą nogę... To jeszcze nie koniec. Cały szpital stanął na nogi, nie wiadomo było co zrobić, czy przyznać się do błędu czy nie? Oczywiście wygrała druga opcja. Wszyscy spięli dupska, pacjenta zapewniono, że wszystko w porządku, a na drugą nogę przepisano mu leki. I wiecie co? Po miesiącach leczenia i różnych terapii, noga była już zdrowa. Tak, nagle z nożem na gardle dało się wyleczyć coś, co miało być przecież nie do odratowania! Istny dramat...

Gdyby nie to, facet chodziłby teraz normalnie, o dwóch nogach. A tak niczego nieświadomy myśli, że nic nie dało się zrobić.

Chodźcie na diagnozę do kilku specjalistów, by porównać opinie, sprawdzajcie oceny lekarzy na portalach, a jeśli macie dość pieniędzy - leczcie się prywatnie, bo leczenie na NFZ to chłam jakich mało. Nie mam żadnych dowodów, kto nie wierzy to jego problem. Historia stuprocentowo autentyczna, zapewniam.

#DrpsT

Jestem psychopatą, tzn. tak mi się wydaje, takie są "objawy".
Zawsze imałem się zawodów, gdzie trzeba było kogoś przekonać do czegoś, czego np. nie potrzebuje. Pierwsze kroki stawiałem w handlu, szło naprawdę dobrze, potem ubezpieczenia, potrafiłem wmówić przyszłemu klientowi, że ubezpieczenie od wypadku z leśnym zwierzem to super opcja, znając statystyki to łatwiej chyba rozbić się w samolocie.

Potem pracowałem w banku, mogłem wcisnąć kredyt kolesiowi z przepukliną mózgu, a jeszcze się nie urodził. I weszły jakieś obostrzenia, klauzule, w tym zasady moralne, bla bla bla, i rzuciłem robotę po 5 latach, a już byłem całkiem wysoko.

Stwierdziłem, że to nie jest normalne, bo komuś zrobię krzywdę w końcu, założyłem firmę budowlaną, gdzie miałem ekipy i mało co spotykałem się z ludźmi.
Mimochodem sam postawiłem dom z tzw. resztek niesprzedawalnych, poznałem ludzi, każdą ich historię i zaczęło się od nowa.

Jak mi ktoś z sąsiadów zalazł za skórę, to robiłem syndykaty sąsiadów, którzy mieli na agresora wpływ lub oddziaływali w jakiś sposób. I tak gość, który nie chciał mi dać się dopiąć do gazu, w końcu wylądował na Babińskiego w Krakowie. Powiedziałbym, że żal mi go, ale tak nie jest, nie mam specjalnie wielu uczuć. No może do rodziny, ale to i tak mocno okrojona wersja uczuć.

Dla mnie istnieje prosty schemat - cel, byle jaki. A ludzie po drodze to przeszkoda do rozkminienia, aby osiągnąć cel. Przyznam, że jestem zmęczony, ale taka dziwna natura, ewidentnie jakiś defekt w głowie, jakieś braki, może hormonalne, kij wie, ale nadal uważam, że jestem psychopatą i mam wrażenie, że kiedyś to mnie pośle za kratki.

#3I4zv

Moja historia...?

Miałam z 13 lat, jeździłam często do babci w weekendy autobusem do pobliskiego miasta. Kiedyś od znajomej mamy dostałam gaz pieprzowy - żebym czuła się bezpiecznie.

Pewnego razu, jak wracałam wieczornym autobusem, dosiadł się obok mnie starszy facet (ok. 40 l.). Ja zawsze siadałam z dala od okna, żeby w razie czego zwiać.
Po ruszeniu autobusu zaczął mnie smyrać po nodze. Nie wiedziałam co robić, sparaliżowało mnie. I wtedy przypomniałam sobie o gazie, wypaliłam mu nim w oczy i zaczęłam krzyczeć.
Kierowca od razu zatrzymał autobus, otworzył drzwi i wywalił gościa w szczerym polu, po czym zadzwonił na policję i poinformował o zaistniałej sytuacji.
Facet trafił do więzienia, był poszukiwany.

Teraz mam 35 lat i nadal noszę gaz przy sobie :)

#p6IsC

Z mężem staraliśmy się o dziecko 10 lat. 10 lat łez, potu, bólu. Miałam 8 razy zabieg in vitro, za każdym razem się nie udawało. W końcu gdy przestaliśmy rozmawiać ciągle o dziecku, przestaliśmy się kłócić, przestaliśmy się nawzajem obwiniać, to pojawiły się upragnione 2 kreski na teście ciążowym. Mąż akurat był w pracy, ja poleciałam szybciutko do sklepu po malutkie skarpeteczki, aby obwieścić mu tę cudowną nowinę.

Poszliśmy razem na USG w 6 tygodniu. Okazało się, że to nie dziecko, a dzieci. Nasze szczęście było podwójne! Tyle radości z naszej strony... Na drugim USG w 12 tygodniu też było wspaniale. Nasze dzieci rosły cudownie, cudownie się rozwijały, były takie pięknie. Prawdziwy horror rozpoczął się dopiero na trzecim USG w 20 tygodniu. Okazało się, że jedno dziecko prawdopodobnie nie przeżyje doby po urodzeniu się. A nawet jeżeli przeżyje dobę, to będzie bardzo upośledzone, będzie wymagało stałej opieki, stałej kontroli. Byłam przerażona. Przepłakałam cztery noce, nie mogłam spać, jeść, mój kochany mąż musiał wziąć wolne, aby mnie pilnować, w tak złym stanie psychicznym byłam. Jednak postawiłam sprawę jasno. Donoszę ciążę. Nieważne jakie będą moje dzieci, byleby były szczęśliwe. Od połowy ciąży leżałam w domu na L4. Doktor namawiał mnie na aborcję, przynajmniej chorego dziecka. Twierdził, że sobie nie poradzę z warzywem (tak, tak właśnie określił moje dziecko - warzywko), jednak ja tylko kiwałam głową, a w myślach już miałam imiona dla moich skarbów.

W końcu przyszedł upragniony termin. Termin porodu. Cała się trzęsłam ze strachu. Urodziłam moje dzieci przez CC 14 maja 2010 roku w 35 tygodniu ciąży. I okazało się, że dla Marcela (syna, który miał być tak upośledzony, że nie przeżyłby doby) nic nie było! Brakowało mu tylko jednej rączki, która prawdopodobnie zaginęła w akcji (do tej pory śmiejemy się tak z mężem), córcia za to urodziła się całkowicie zdrowiutka, nic jej nie brakowało, ani nie miała żadnej dodatkowej części ciała. Lekarze nawet pomylili się z płcią, gdyż miały być dwie dziewuchy, a wyszli chłopak z dziewczyną.

Nie mam pojęcia dlaczego lekarze orzekli, że moje dziecko ma umrzeć dobę po narodzinach. Nie wiem, czy to przez wadliwy sprzęt USG (krótko przed poczęciem dzieci przeprowadziliśmy się do innego miasta na drugim końcu Polski i chcąc nie chcąc musiałam zmienić ginekologa) czy przez coś innego. Lekarze do tej pory są w szoku, jednak ja postanowiłam, że nie będę nikogo pozywać, nie mam ochoty niszczyć nikomu życia.

Wiem, że teraz jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, bo mam dwójkę zdrowiutkich kochanych dzieci i tego życzę dla każdej mamy, przyszłej czy obecnej.

#1BP5F

Jakiś rok temu pewna osoba, co chciała chyba zostać pranksterem, dostała ode mnie mocną szkołę życia.

Gdy zwiedzałem jedno z polskich miast, nagle zobaczyłem jak jakiś koleś ubrany jak stereotypowy Arab pobiegł pod grupę ludzi, rzucił w ich stronę plecak i zaczął krzyczeć "Allah akbar". Warto zaznaczyć, że wtedy w mediach wciąż było głośno o następnym zamachu terrorystycznym na terenie Europy.

Po "żarcie" typ oczywiście zaczął uciekać. Postanowiłem go dogonić i złapać. Gdy mi się udało, zacząłem go szarpać. Ten oczywiście krzyczał, że to tylko prank. A ja na dokładkę zadałem mu jeszcze jeden cios w brzuch, tak żeby stracił oddech. Wtedy też mu powiedziałem, że to tylko prank.

Ktoś może powiedzieć, że głupi jestem, bo dałem się nabrać. Albo cierpię na brak dystansu. A ja mówię, że z wielu rzeczy można się śmiać, ale nie z aktu, w którym giną niewinni ludzie.
Dodaj anonimowe wyznanie