#CQwF6

Moja mama nigdy nie miała wyczucia stylu. Cierpiałam na tym ja i moje rodzeństwo w czasach, gdy jeszcze byliśmy skazani na ubieranie się w jej „stylizacje”. 
Nie zapomnę jednego deszczowego dnia, kiedy to mama ubrała mnie tak, że wyglądałam jak jakieś bezdomne dziecko. Mało tego, po drodze ze szkoły wywaliłam się i moje i tak obciachowe spodnie dodatkowo zostały ubłocone. Tego dnia wracałam razem z mamą autobusem, zanim jednak do niego wsiadłyśmy, czekałyśmy na przystanku, ja siedziałam na ławeczce, a moja mama rozmawiała z jakąś babcią. 
W pewnym momencie starsza kobieta popatrzyła się na mnie, pokiwała głową, po czym powiedziała do mojej mamy (nie wiedząc, że jestem jej córką): „Że też matka nie dopilnuje dziecka, kto to widział, żeby jak ostatni żebrak chodziło, aż serce się kraje”...
 
Po tych słowach mama spaliła buraka, wsiadła ze mną do autobusu, który właśnie nadjechał i od tamtej pory rozważniej dobierała mi ubrania :)

#Qwypt

Zdradził mnie mąż… Jesteśmy ze sobą od 15 lat, małżeństwem siedem, dwoje małych dzieci, mój jedyny mężczyzna. Przyszedł, płakał, przepraszał, prosił o wybaczenie. Nie układało się między nami od dwóch lat, kłótnie, ciche dni, mało zbliżeń, gdzieś nawet zrozumiałam tę zdradę, potrzebę bliskości i atrakcyjności w oczach innej kobiety, potrzebę dowartościowania się. Tyle że ja też potrzebowałam czułości, zrozumienia, bliskości i jakoś nie zdecydowałam się na „skok w bok”.
Ten jego szczery żal i dobro dzieci, chęć posiadania pełnej rodziny, sprawiły, że zostałam. Myślałam, że dam radę, inne kobiety dają, ale ja nie potrafię. Widzę, jak mąż się stara, jaki jest cierpliwy, wyrozumiały, jak cudownie zajmuje się dziećmi. A mnie szlag jasny trafia! Potrzebował zdrady, żeby znów taki być, potrzebował innej kobiety, żeby docenić mnie. Ja nigdy nie miałam innego mężczyzny, a teraz ten mnie obrzydza. I choć powrócił mój ukochany, charakter i zaangażowanie sprzed 10 lat, mnie tutaj już nie ma. Nie mogę go dotknąć, nie mogę mu zaufać, nie potrafię przestać sobie wyobrażać, jak dotykał tamtą kobietę. I wiem, że nas już nigdy nie będzie. I szkoda mi tego kretyna, bo widzę, jak bardzo się stara, jak mu zależy. Ale ja czuję się pusta w środku, wykańcza mnie to po prostu. I teraz taki dylemat… Wyprowadzę się, będę sama, ale zgodna z własnymi uczuciami, z możliwością szczęścia gdzieś tam kiedyś, ale rozbiję rodzinę, zabiorę dzieci, dam im życie na dwa domy. Albo zostanę, zacisnę zęby, dla dzieci, dla ich szczęścia, dla mojego czystego sumienia. Ale to pieprznie prędzej czy później, bo nikt z królową lodu sypialni nie chce dzielić.

#mrwx2

W sierpniu byłam z chłopakiem i koleżanką na starówce w Warszawie, na małym wypadzie na rowery. Przystanęliśmy na chwilę przy budce z frytkami. Podczas gdy oni zamawiali przekąskę, ja stałam z boku i obserwowałam dwie na oko dziewięcioletnie dziewczynki. Piszczały i biegały obok ogródka, w którym siedzieli ludzie z restauracji obok. Oblewały się wodą z butelek i były naprawdę wyjątkowo niegrzeczne. Stwierdziłam, że nie będę im zwracać uwagi, bo i tak po zamówieniu frytek się stamtąd zmyjemy. Jednak miarka się przebrała, gdy zostały zwołane przez swoją mamę i jej koleżanki. Dziewczynki rzuciły dwie puste butelki po wodzie na ziemię i pobiegły do rodzicielki. Tego było za wiele. Ruszyłam pewnym krokiem w stronę bohaterek wyznania. Ich mama zauważyła, że zbliżam się do nich, a mój nerwowy krok nie zapowiada, że mam miłe intencje. Zerknęłam na matkę, po czym zwróciłam się do jej córek: „Dziewczyny! Zostawiłyście tam puste butelki po wodzie. Na ZIEMI”. I wskazałam palcem za siebie. Matka spojrzała na nie z wyrzutem, po czym małe księżniczki zaczęły się przekrzykiwać: „To ona, to ona! Nie ja!”. I poszły posprzątać.

Nie cierpię takich sytuacji, jestem od dziecka nauczona przez rodziców, by zostawiać po sobie porządek, by mówić „dzień dobry” i „do widzenia”, by zachowywać się kulturalnie i zgodnie z zasadami obowiązującymi w miejscu, w którym się akurat znajduję. Dlatego nie jestem w stanie obojętnie przejść obok takich niby drobnych, ale jednak bardzo nieprzyjemnych sytuacji.

#AbhwB

Dużo się mówi o tym, że teraz 14-latki wyglądają na o wiele starsze, natomiast ja mam zupełnie odwrotnie i okazuje się, że jest to sporym problemem. Mam 20 lat, a wyglądam dosłownie na 14. Mam 159 cm wzrostu i twarz dziecka. Makijaż nic nie daje, bo wtedy wyglądam jak stara maleńka. Pominę już fakt, że kiedy stoję w kolejce z jakimkolwiek alkoholem, ludzie szyderczo na mnie patrzą i posapują pod nosem, a sprzedawczyni nie dowierza, kiedy widzi mój dowód. Gorzej jest, kiedy słyszę chamskie komentarze w moim kierunku: „Ale wymalowana gówniara”, „Boże, a gdzie są rodzice” itp. Czasami naprawdę doprowadza mnie to do wściekłości, bo nie robię nic złego, a czuję się naprawdę winna. Ostatnio pojechałam z moim chłopakiem na imprezę, jakichś dwóch starszych gości, gdy mnie zobaczyło, skomentowało: „Kto tu wpuścił tę gówniarę”. No aż się we mnie zagotowało, bo naprawdę takie teksty potrafią nieźle wyprowadzić z równowagi. 
Dużo osób mi mówi, że mam się cieszyć, że wyglądam, jak wyglądam, bo będę dużej „młoda”, ale co mi po tym, jak co rusz jestem obrażana? Najlepsze są krzywe spojrzenia tych właśnie starzej wyglądających 15-latek, które mierzą mnie wzrokiem od góry do dołu i pewnie zadają sobie pytanie: Jak to dziecko się tu dostało? 
Nie wiem już co mam robić, bo to naprawdę utrudnia mi życie i wpadam w coraz większe kompleksy, wyglądając jak moja 14-letnia siostra...

#Xllr8

Mam 27 lat i póki co ani jednej fobii. Pająki? Super! Ciasne windy? Bez problemu!...
Acz jako dziecko raczej każdy się czegoś bał – ciemności, duchów...
Ja mając około 4 lata, byłem chyba jedynym przypadkiem z... Drozdofobią.
Raczej każdy zna „Śmiechu warte”. Uwielbiałem ten program, lecz gdy tylko na ekranie po serii śmiesznych filmików pojawiał się Tadeusz Drozda, dostawałem ataku paniki i krzyczałem wniebogłosy.
Do dziś nie wiem dlaczego.

#Cb1QS

Żyję od 4 lat w relacji z kobietą cierpiącą na BPD z miłym akcentem WWO. Do tego po dosyć ciężkich i specyficznych doświadczeniach rodzinnych. Kto wie, z czym się to je, ten domyśli się, iż nie brak mi życiowych „atrakcji”.
Los uraczył nas córeczką, niecały rok temu. Uraczył to nie stwierdzenie przez brak świadomości seksualnej z mojej strony, ale nie będę się zagłębiał, gdyż to zbyt obszerna kwestia. W skrócie mogę przekazać, iż kilka lat wcześniej, po ciężkim wypadku, stwierdzono u mnie bezpłodność (praktycznie zerowa ruchliwość plemników). Nie piszę tego, aby się wyżalić, oj nie. Nie ukrywam, że ta relacja jest wyzwaniem, które niejednokrotnie prawie mnie zniszczyło psychicznie, mimo naprawdę wielkiej siły psychicznej. Chciałbym się po prostu podzielić tym, co mam w sobie. 
Trwanie w tym wyniszczającym związku jest moim świadomym wyborem. Od początku wiem, na co się piszę, wiem również o tym, co poświęcam i jak niewiele sam zyskuję, porównując to, co sam ofiaruję. Wybieram taką ścieżkę, ponieważ kocham. Nie twierdzę, że to uczucie jest zdrowe, bardzo dobrze wiem, iż siły tej miłości są ekstremalnie skrajne. Wiem także, czym jest to spowodowane etc. Może moja walka i poświęcenie nigdy nie zostaną nagrodzone, może tak naprawdę walczę o odroczoną w czasie klęskę i na końcu drogi czeka mnie jedynie własna zguba. Ale nie umiem przestać, nie słucham umysłu, rozsądku, nie patrzę na psychiczne i fizyczne konsekwencje takiej ścieżki życia. Osobiście najbardziej cenię spokój, wykluczanie wszystkich niepotrzebnych sytuacji niosących ze sobą stres bądź komplikacje. Mimo tego żyję w ciągłym otoczeniu przeciwieństwa powyższych.
Wyznam szczerze, że to jest moim piekłem, ale również i swoistym niebem.
Korzyści z tego mam przeogromne, a wywodzą się one z tego, co jest mi właśnie piekłem.
Każdy upadek, totalna bezsilność i poczucie bycia pokonanym, wszystko, co mnie niszczyło, to po czasie wstawanie, zawsze będąc silniejszym, bardziej odpornym. Pewność, że już więcej nie wytrzymam, zmienia się w to, że poznaję kolejne poziomy wewnętrznej mocy. Poznałem siebie, zmieniłem siebie, nauczyłem się ogromu nowych rzeczy. Długo by się rozwodzić. Skwituję to tak. Kiedyś byłem pewny, że jestem niezniszczalny, że nic mnie nie złamie. Obecnie wiem, jak słaby wtedy byłem, a od pewnego czasu (narodzin mego Aniołka) wszystko, co złe, nawet nie powoduje we mnie choćby odrobiny stresu. Może ktoś stwierdzić, że przez to stałem się zimny i jałowy. Otóż nie, nawet odrobinę nie straciłem na emocjonalności, na odczuwaniu szczęścia.
Nikomu nie życzę tego, przez co przechodzę, nie chcę, by ktoś wziął z tego wyznania przykład, by trwać w toksycznej i niszczącej relacji, tylko pragnę się podzielić tym, co moje.

#Bu7aX

Dziś dowiedziałam się, że mój partner, z którym jestem od 1,5 roku, nie mówił mi całej prawdy o sobie.
Dziś wyznał mi, że jest biseksualny, a ja nie potrafię sobie z tym poradzić. Kocham go, ale boli mnie, że przez 1,5 roku nie był w stanie mi się do tego przyznać. Boli mnie, że kiedy ja wyznawałam mu całą prawdę o sobie, on prosto w oczy mówił mi, że on nic nie ukrywa. I to nie jego pierwsze kłamstwo. Dowiedziałam się jakiś czas temu, że miał sporo długów, dowiedziałam się o tym, jak mu komornik wszedł na wypłatę, pomogłam mu to spłacić. Później wydał 1/3 swojej wypłaty w grze, gdzie wiedział, że zbieramy na samochód. Teraz ta sprawa. Nie wiem, co mam z tym wszystkim zrobić. Nie mogę się nikomu wygadać, bo wszyscy go znają.

#72wKs

Moja żałosna historia.

Chodziłam do naprawdę dobrego liceum. Byłam raczej spokojną uczennicą z przeciętnymi ocenami. Uczyłam się pilnie, nie imprezowałam (bo notabene nie miałam z kim), nie sprawiałam kłopotów rodzicom i nauczycielom. Wiodłam takie zwykłe, spokojne życie.


W mojej klasie była paczka trójki przyjaciół – szkolnych oprawców (dwóch chłopaków i dziewczyna, ale to nie ma nic do rzeczy). Naśmiewali się z połowy klasy, a ze mnie najwięcej. Śmiali się, że cały czas staram się, robię kolorowe notatki, zgłaszam się, a na sprawdzianach dostaję i tak 2 lub 3, więc muszę być głupia. Śmiali się, że nie mam stylu, że ubieram się paskudnie. Oznaczali się nawzajem pod moimi starymi zdjęciami na Facebooku, wyśmiewali moją obecność w chórze szkolnym i scholi kościelnej. Klasa miała z nimi problem, nikt ich nie lubił, ale oni mieli władzę i jak tylko potrzebowali zadanka domowego do odpisania, to zaraz ktoś im dawał pod nos i dostawali lepszą ocenę niż ja, która sama robiłam zadanie. Przez nich nie poszłam na półmetek, bo wiedziałam, że mnie wyśmieją, bo nie chciałam pić alkoholu i palić papierosów na imprezach albo na wycieczkach szkolnych. Oni oczywiście byli liderami picia i palenia. Cała trójka pochodziła z bogatych rodzin, nie przejmowała się niczym i nie bała się konsekwencji. Kiedyś weszłam do małej ubikacji z jedną kabiną, w której oni akurat palili e-papierosa i zastraszyli mnie. Zakazali mi wychodzenia z toalety do końca przerwy, bo powiedzieli, że jeśli wyjdę, to mnie zamkną z tym papierosem i powiedzą, że to ja paliłam. Byłam osobą, która zawsze odrabiała francuski i pewnego razu ukradli mi całe zadanie, a następnie jeden chłopak przeczytał je jako swoje na lekcji. Potem pani zapytała mnie i dostałam palę. Takich historii było dużo. A wiecie, co mnie wkurza najbardziej? Żadne z nich nie było miłe. Weekendy spędzali zamiast na nauce, to na piciu, paleniu i imprezach. 
I niestety historia nie kończy się tak, że ja jestem szefową i oni przychodzą na rozmowę. Teraz jesteśmy na studiach. Oni napisali rewelacyjnie matury, dostali się na te prestiżowe, przyszłościowe kierunki w Warszawie, wynajmują wspólnie ładny apartament i widzę, że żyje im się świetnie i są na najlepszej drodze do dobrego życia. A ja, mimo ciężkiej pracy, napisałam maturę przeciętnie, dostałam się na kiepski kierunek i ciągnę go, jednocześnie pracując w sieciówce i mieszkając w jednym, małym wynajmowanym pokoju. Jestem pewna, że oni na szczycie będą zastraszać ludzi, a i tak nikt im nie podskoczy i będą bezkarnie gnębili ludzi, bez wyrzutów sumienia. Czasem żałuję, że tyle się uczyłam i pracowałam, zamiast być jednym z nich. Ale wtedy nie umiałabym spojrzeć w lustro...

#LKPWA

Pracuję w korporacji już jakieś 7 lat. Od około 3 lat pracuje tam pewna dziewczyna, nazwijmy ją Zuza. Od początku między nami nie zaiskrzyło, cały czas jej dokuczałem, a ona mi, wiecznie sobie dogryzaliśmy. Ładna z niej dziewczyna, ale lekko grubsza, nigdy nie patrzyłem na nią jak na dziewczynę dla mnie. No i sobie tak pracowaliśmy razem aż do tej pory. Tylko że... teraz jestem w niej totalnie zabujany. To, co mi w niej przeszkadzało, zacząłem lubić, gdy rozmawiamy w grupie, to widzę, że mamy takie same poglądy, lubimy te same rzeczy. Po prostu strasznie ją polubiłem, nie mówiąc o czymś więcej.

Najgorsze jest to, że ona mnie nie lubi i myśli, że ja nie lubię jej. Próbowałem złapać z nią kontakt, czasami do niej napiszę na messengerze z jakąś głupotą, ale odpisuje krótko i zwięźle, a mi głupio jest zapytać nawet, co u niej słychać. Próbowałem z nią pogadać w pracy, ale zawsze albo odchodzi, albo odpowie krótko i nie ciągnie tematu.
Przegryw ze mnie totalny.
Dodaj anonimowe wyznanie