Rozmawiamy sobie z wujkiem o tym, co będę robić po liceum. Ja, szczerze mówiąc, jeszcze nie wiem, co dokładnie chcę robić. Wujek wkurzony, że jak to tak:
– Jak nie zarobisz na miesiąc 10 tysięcy zł, to się nie liczysz. Pieniądze są bardzo ważne!
– A wujek to chyba jako nauczyciel nie zarabia 10 tysięcy na miesiąc?
– Pieniądze nie są ważne! Pracę trzeba kochać!
To jak to w końcu jest?
Chyba największy obciach sam dla siebie, jaki można mieć, to nastoletni bunt i kryzys wieku średniego przed trzydziestką. Wszystko się wzięło z tego, że gdy dorastałem, mierzyłem się z wieloma ograniczeniami w życiu. W domu miałem wiele zakazów, mimo że nie był toksyczny, po prostu miałem więcej zakazów niż inni. Nie walczyłem o to, po prostu olałem to, więc dorastałem raczej przy komputerze w wąskim gronie znajomych, którzy tak samo spędzali wolny czas. Lata dwudzieste też przeszły bez rewelacji, ale je akceptowałem, bo życie było w miarę znośne, żyłem z dnia na dzień. Pod koniec dwudziestki nadeszła fala problemów, choroba członka rodziny (na szczęście wyszedł bez szwanku, jednak popadł w religijny fanatyzm, który naobiecywał sobie, że wszyscy będą tacy jak on, co skutkowało moimi częstymi kłótniami, bo wolałem żyć własnym życiem), kłopoty w pracy. Potem zobaczyłem idealne życie nastolatków, studentów w sieci. Skonfrontowałem to z moim życiem, gdzie byłem niewymagającym minimalistą przez wiele lat. Widziałem wyjazdy, imprezy do białego rana, masę wspomnień i wszystko skumulowane wybuchło. Nikt mnie nie poznał, bo byłem cichym nastolatkiem, z którym nie było problemów, a tu dorosły się kłóci o wszystko jak 15-latek, któremu nie pozwolono pójść na miasto wieczorem.
Z jednej strony wstyd, z drugiej to całe powietrze i emocje zeszły i… wydoroślałem, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi. Nie tyle stałem się jakimś nudnym zgredem, tylko że zacząłem myśleć racjonalniej, bardziej trzeźwo. Teraz wiem, po co jest młodość – by się wyszumieć. By będąc dorosłym, nie dostać szajby i nie zachowywać się jak gówniarz w dorosłym ciele.
Jestem na dnie emocjonalnym i psychicznym. Ostatnio wydarzyło się tak dużo przykrych i dołujących sytuacji, że jestem w czarnej rozpaczy. A po wczorajszej informacji w ogóle nie potrafię się pozbierać... Otóż zostałam poinformowana, że z powodu „redukcji etatów” ja i moja koleżanka tracimy pracę. Nie podano nam żadnego konkretnego powodu. Obie po prostu nie bałyśmy się mówić głośno, gdy działy się rzeczy niewłaściwe – i prawdopodobnie stałyśmy się niewygodne.
Przepracowałam tam ponad 19 lat. Bardzo lubiłam tę pracę, chociaż atmosfera w ostatnim czasie była niezwykle ciężka.
Jestem w takim dołku, że ponad moje siły jest szukanie nowej pracy. Nie chcę żadnej innej! Jestem po prostu przerażona i załamana. Poczucie niesprawiedliwości i strach przed tym, co dalej, całkowicie mnie paraliżują. Nie wiem nawet, jak powiedzieć rodzicom, że zostałam na lodzie. Czuję się beznadziejnie.
Czy ktoś z Was przechodził przez coś podobnego – nagłą stratę pracy po wielu latach i poczucie, że świat się zawalił? Jak udało Wam się poukładać to wszystko w głowie i zrobić pierwszy krok?
Będę wdzięczna za każdą myśl i każde dobre słowo.
Idę sobie w piątkowy wieczór na randkę z nowo poznaną dziewczyną. Wystroiłem się, włożyłem nowiutkie buty. Elegant. Zaprosiłem ją do restauracji niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Poszedłem na skróty przez park. No i kurde mać nie zauważyłem na swojej drodze psiej kupy, a przez podniecenie nawet tego nie poczułem.
Poczuła ona podczas kolacji, wtedy to i ja się skapnąłem, że coś śmierdzi. Widziałem grymas na jej twarzy. Stwierdziłem, że obrócę tę wpadkę w żart, a przynajmniej miał być żart. Powiedziałem, że tak pachnie środek na śmierdzące stopy, którego użyłem...
To był duży błąd. Szybko zakończyła nasze spotkanie i więcej się już nie spotkaliśmy.
Mało rzeczy wkurza mnie tak jak ludzie, którzy narobią sobie problemów na własne życzenie, a potem oczekują pomocy. I winni są wszyscy, ale nie oni.
1. Radziu – klasyczny Piotruś Pan. Ma mieszkanie po ojcu, za które nie płaci. Czynsz, składka na fundusz remontowy – nic go to nie obchodzi. Dopiero gdy spółdzielnia zagroziła, że sprawa pójdzie do komornika, zapłacił jakieś grosze. I on jest biedny i poszkodowany, i co za ludzie tam pracują.
Radziu długi miał nie tylko mieszkaniowe, bo komornik mimo wszystko zajął mu konto, o czym wiem od samego zainteresowanego. Co robi bohater tej opowieści? Rzuca pracę, bo dzięki temu nic mu nie zabiorą.
Radziu, na nieszczęście dla reszty mieszkańców, jest naszym sąsiadem.
2. Pawełek – imprezowicz nad imprezowicze, a do tego straszny babiarz. Żyje od zlecenia do zlecenia, chciałby zarobić i się nie narobić. Imprez w jego życiu było wiele, kobiet też i z jednej z takich przygód ma syna. O wszystkim dowiedział się ponoć wówczas, gdy miał płacić alimenty. Te zostały przyznane matce dziecka, płacić trzeba, w tym również musiał zapłacić alimenty wsteczne. Matka dziecka jest oczywiście złem wcielonym, on jest poszkodowany, a dziecko interesuje go o tyle, że musi na nie płacić. Testy ojcostwo potwierdziły, ale to wszystko zmowa, bo sądy są po stronie kobiet. Chodzi po prawnikach, szuka porady, co tu zrobić, by nie płacić. Żaden prawnik mu nie pomógł. I bardzo dobrze. I tylko tego dziecka mi żal.
A skąd o tym wiem? Bo Pawełek żali się pod postami o tematyce damsko-męskiej tym, jaka to krzywda straszna go spotkała. Stylu życia nie zmienił, dalej imprezuje. Oby kolejnych dzieci z tego nie było...
3. Patryk – tego człowieka się boję. Mieszka w pobliżu. Ma zdiagnozowane dość poważne zaburzenia, a leki bierze, jak chce. Dowolnie je miesza. Na osiedlowej grupce wypisuje, jakie to stwory widzi, jakie głosy słyszy i że nigdy nie wie, w którym świecie się dziś obudzi. Wysyła wiadomości w środku nocy, rano jest tylko ślad po tym, że je usunął. Powinien być pod kontrolą psychiatry i psychologa, ale od pół roku do nich nie chodzi. Robi na grupce awantury, że na pewno się bez niego spotykamy i spiskujemy, gdzie żadnych spotkań nie ma. I że jeśli komuś coś się stanie, to sami będziemy sobie winni. Nie wiem czemu, ale nie został usunięty z grupki. Może inni podobnie jak ja uważają, że lepiej wiedzieć, co mu w głowie siedzi.
Najsmutniejsze jest to, że jeszcze tak rok temu, gdy leki brał regularnie, wydawał się fajnym, konkretnym i miłym człowiekiem. Jego druga twarz mnie przeraża. I wiem, że to choroba, ale i tak się go boję. A do brania leków zmusić go nie można, a rodziny bliskiej nie ma.
Mam ADHD i od dawna mam problemy z myciem się.
Dzisiaj po dwóch tygodniach umyłam wreszcie całe ciało. Wkurzają mnie tłuste włosy, więc myję je co cztery dni. I przez to, że myję włosy, to nie widzę potrzeby mycia się, ale wiem, że powinnam. Wstyd mi za każdym razem, kiedy rozmawiam z koleżanką i ona mówi mi, że musi kończyć, bo idzie się umyć.
Czy naprawdę to takie złe, że nie myję się codziennie? Nie śmierdzę i dbam o higienę zębów, włosów i pach, ale zwyczajnie nie czuję potrzeby, żeby się umyć! Pewnie nie umyłabym się dziś, gdyby nie to, że na udzie miałam stary rysunek sprzed dwóch i pół tygodnia...
Dodam jeszcze, że lubię to uczucie, jak jestem czysta i nie mam jakiegoś wstrętu do mycia się. Po prostu mi się nie chce i ciągle zapominam. Przypomina mi się o 23:00, a wtedy jest już za późno, bo następnego dnia mam szkołę.
Czy tylko ja tak mam?
Mój były chłopak pisał sprośne i sugestywne żarty do koleżanki, w związku przeglądał aplikacje randkowe i składał mojej przyjaciółce nieprzyzwoite propozycje. Po zerwaniu według niego to ja byłam winna, bo po tej pierwszej sytuacji, gdy przeczytałam, co pisał, dałam mu w twarz. Co najgorsze, ta osoba nie poczuwa się do tego, co zrobiła. Niestety, tacy ludzie istnieją. Mimo że jestem ofiarą, to wstyd mi, choć to nie ja odwaliłam coś takiego. Jak tak w ogóle można?
Ludzie zaczęli mi mówić, że widać, że schudłem. Ja oczywiście odpowiadam: tak, tak, postanowiłem trochę inaczej jeść, trochę wziąć się za siebie. Prawda jest taka, że od kiedy 3 miesiące temu urodziło nam się dziecko, robię wszystko, żeby starczyło nam na życie. To nie jest tak, że nie mam pracy ja czy żona. Po prostu rozbijają nas finansowo kredyty, które musieliśmy wziąć na remont mieszkania, a teraz na samochód, bo poprzedni się rozsypał. Najważniejsze jest dziecko i żona, więc skrupulatnie przeliczam każdą złotówkę, jaką mam na siebie wydać. Przyznam, że wolę pogłodzić się parę godzin, niż wydać na kanapkę, bo wiem, że za te parę złotych mogę kupić waciki dla dziecka. Odmawiam kumplom np. wyjścia do kina, bo wiem, że jeśli to nawet będzie seans w tani wtorek, to za te pieniądze mam paczkę podkładów do przewijania. Praktycznie przestałem pić alkohol, bo głupie piwo to kolejny zbędny wydatek. Kiedy żona mi mówi, że trzeba zaraz dziecku coś kupić, ja już w głowie przeliczam, czy w tym miesiącu wypada rachunek za prąd, czy w następnym (rachunek przychodzi co drugi miesiąc). Jedzenie, jakie muszę zabrać do pracy, jest zaplanowane na każdy tydzień. Są to głównie kanapki, które sam zrobię, kefiry, serki, o ile to możliwe kupione w promocji. Jem też owoce, ale nie dla zdrowia, po prostu jabłka są tanie. Żona o tym nie wie i się nie dowie, bo ochrzaniłaby mnie od góry do dołu, że przesadzam.
Przeliczyłem, że za 2 lata spłacę kredyt i być może wtedy odetchnę. Do tego czasu zamierzam być złotówą, ale przynajmniej schudnę i wejdę z powrotem w ubrania, które były za małe, gdy przytyłem, więc nie będę musiał wydawać dużo na nowe ubrania.
Ale się w moim życiu porobiło...
Mam od kilku lat żonę. Ona kiedyś „poleciała w tango” z innymi facetami, jeszcze przed ślubem. Wybaczyłem, tworzyliśmy związek, małżeństwo. Moja żona jest dobrą kobietą, ale dojeżdża mnie psychicznie. Zarzuca zadaniami, ciągle ciśnie o wyjazdy, remonty i inne rzeczy związane z finansami, przez co mam wrażenie, że cały czas muszę więcej pracować i zarabiać, choć i tak zarabiam dwa razy tyle, ile ona. Słowem – żyje nam się dobrze, choć nie jesteśmy bogaci.
I cyk, w moim życiu pojawiła się kobieta, która jest miła, uśmiechnięta, zaradna, radzi sobie w życiu. Nie mam z nią żadnej relacji romantycznej, tylko zawodową. Ale po prostu uwielbiam spędzać z nią czas, a dodatkowo jest z wyglądu 10/10. Mamy te same pasje (z żoną w zasadzie oprócz podróży nie dzielimy pasji), kochamy z koleżanką sport – oglądać i uprawiać. I chyba się w niej lekko zakochałem. Problem w tym, że z żoną spodziewam się dziecka, które za chwilę przyjdzie na świat...
Do żony moje informacje nie docierały, że jest coś nie tak.
CO ROBIĆ?! :( Nie chcę się męczyć do końca życia w tym małżeństwie...
Zaręczyny. Tak długo zwlekałem ze swoimi... Rozmyślałem nad odpowiednim miejscem, odpowiednim momentem, najpiękniejszym błyszczącym pierścionkiem. To tak bardzo mnie przerosło, że moja miłość życia przepadła na dobre.
A dzisiaj mój kumpel, w najzwyklejszy jesienny dzień, prosto po pracy poszedł po róże, kupił pierścionek za pół wypłaty, wrócił do mieszkania, zastał swoją ukochaną pod prysznicem i bez skrępowania się oświadczył.
Była najszczęśliwsza na świecie. A on cały mokry i szczęśliwy.
Może nigdy nie ma tej odpowiedniej chwili?
To my tworzymy chwile.
Ech.
Dodaj anonimowe wyznanie