Kiedy kupiliśmy z mężem mieszkanie, okolica była spokojna, zmieniło się to rok później, gdy administracja postawiła kilka ławek na osiedlu – jedna została postawiona pod naszą klatką. Niestety ławkę tę upodobali sobie młodzi panowie w dresach. Przychodzili co wieczór przed 22, pili alkohol, krzyczeli i przeklinali do 2-3 w nocy. Wzywanie policji czy kulturalne prośby, by zachowywali się ciszej, nie przynosiły efektu, i tak wracali.
Któregoś wieczoru oglądaliśmy z mężem prank, w którym żartownisie smarowali przypadkowych ludzi masą kupopodobną... Nie pamiętam, które z nas wpadło na ten pomysł, jednak byliśmy tak wkurzeni nieprzespanymi nocami, że widzieliśmy w tym pomyśle jedyny ratunek na pozbycie się niechcianych gości...
Mąż wypróżnił się w czarny worek na śmieci i po 21 wyszedł i wywalił zawartość na ławkę. Przed 22 pojawili się nasi goście. Było słychać śmiechy, otwieranie puszek, a po kilku minutach w akompaniamencie przekleństw i krzyków, jak to się gównem uwalili, pospiesznie udali się w nieznanym kierunku.
Kolejnego dnia powtórka z rozrywki. Więcej już nie przychodzili.
A ławkę umyła wiosenna ulewa dzień później.
Poznałem dziewczynę, niby wszystko fajnie, powoli zaczynało się coś rodzić i we mnie, i jak twierdziła w niej. Była u mnie raz na noc, upiła się i usiłowała się do mnie dobrać. Jako że szanuję kobiety i sam wymagam szacunku, ładnie położyłem ją spać. Następnego dnia zostałem zablokowany wszędzie, a ostatni SMS, jaki dostałem, brzmiał: „Nie wykorzystałeś okazji, to nie ma sensu, nie pisz”.
Co się dzieje z tym światem?
Idę kopać sobie dół. Na moje poczucie własnej wartości.
Historia sprzed nastu, może więcej.
Mam tatę wesołka. Jak wie, że dzwonią bliscy znajomi lub rodzina, to odbiera telefon domowy (stacjonarny) z głupim tekstem, np.: „Policja w Pcimiu Dolnym, komisarz Szybkonogi, już po panią jedziemy!”. Lub gdy mama jest na zakupach: „Dom rozkoszy „Różowa Landrynka”. Wszystkie dziewczynki obecnie w trasie, zostali panowie, nieletni”. I tak to działa. Ważne w historii jest to, że wtedy telefon nie miał wyświetlacza, więc nie było widać, kto dzwoni.
Miała dzwonić taty teściowa, więc on już przy telefonie, gotowy i jest. Odbiera po drugim sygnale: „Komisariat policji w Wielkiej Małej, komisarz Psi przy telefonie. Zamówiona usługa tańca erotycznego już w drodze. Zaraz u pani będziemy. Dorzucić jakieś ekstra pokazy?”. No i zamiast odpowiedzi ktoś się rozłączył. Trzy minuty później dzwoni drugi raz. Tata to samo i znowu ktoś się rozłączył. Kolejny telefon był jakoś po 15 minutach. Tata jedzie to samo i tym razem ktoś odpowiada. Zamiast babci prawdziwy komisariat policji z miejscowości obok... Pan spytał grzecznie, dlaczego tata podaje się za policję i zaprosił „na kawę” na wspomniany komisariat.
Okazało się, że pierwsze dwa połączenia to nie babcia. To był urzędnik z naszej gminy. Zaniepokojony taty przywitaniem zawiadomił policję jednostka za płotem urzędu), bo był pewien, że odkrył nielegalnie działający dom publiczny. A jako że służbę miał taty kolega i znał jego „śmieszki heheszki”, postanowił go postraszyć i stąd to wezwanie.
Nawet oficjalne pouczenie było.
Od tego czasu tata już tyle nie śmieszkuje. Czasem szkoda. Miałem takiego Piotrka Żyłę, w domu, każdego dnia, i to na wyłączność :D
Czasami są takie chwile, kiedy mam ochotę zapier***ć każdego, kto nie używa kierunkowskazów wtedy, kiedy przydałoby się ich użyć.
Dzisiaj po prawie rocznym związku dowiedziałam się, że mój ukochany mnie zdradza. Oboje jesteśmy dość młodzi, a on już zdążył się zaręczyć z tą drugą i w dodatku zrobić jej dziecko. Do niedawna obiecywał mi, że to ja będę matką jego dzieci. Że to ja z nim zamieszkam i że to ja będę jego żoną. Tak się nie stało. Oddałam mu serce na tacy. Byłam najlepszą wersją siebie. Dbałam o niego. Rozmawialiśmy. I co? I dowiedziałam się dzisiaj, że jego narzeczona jest od 6 tygodni w ciąży i jestem w totalnej rozsypce. Nic mnie tak nigdy nie bolało jak teraz. Mam nadzieję, że wy będziecie mieli więcej szczęścia w miłości niż ja. Bo jak na razie to każdy mój związek skończył się w podobny sposób. Przez zdradzenie mnie/kłamanie.
Moja obecna partnerka zawsze była kiepska „w te klocki”. Więcej, ona do dzisiaj jest antytalentem. Przez pierwsze dwa lata związku robiliśmy to tylko ubrani, bo panna bała się, że zajdzie w ciążę. To znaczy mieliśmy normalny pierwszy raz (i nawet drugi), no ale na tym się skończyło. Szczerze mówiąc, dlatego że zawsze miałem dość jej świrowania, że zaciąży. Po dwóch latach sytuacja się trochę polepszyła, zaczęliśmy to robić normalnie. Tyle że w tym okresie okazało się, że księżniczka preferuje tylko pozycję misjonarską, bo przy innych czuje się poniżona. Francuz? W jej wykonaniu to dramat – zwykle kończył się po kilkunastu sekundach pytaniem „Czy tyle wystarczy?”. Przez dwa kolejne lata przekonywałem ją do tego, że może warto jednak spróbować czegoś innego i udawało mi się z różnym skutkiem. Obecnie dziewczynie wydaje się, że jest sex bombą, mimo że nie potrafi nawet wpaść na to, że przed pójściem do łóżka z facetem wypadałoby jednak przynajmniej gumę wypluć. O ubraniu jakiejś przyzwoitej bielizny to nie wspomnę. Mimo 5 lat i 8 miesięcy ona nie widzi w tym nic złego. Nie ma w jej zachowaniu nic pociągającego, a jedyną metodą na zainicjowanie czegoś, jaką udało jej się wypracować, jest zadanie mi sakramentalnego pytania: „Nie podobam ci się?”, „Nie kochasz mnie?” albo „Znudziłam ci się?”.
Najgorsze jest w sumie to, że w przeszłości miałem kilka możliwości do skoczenia w bok, z których zresztą nigdy nie skorzystałem, a czego teraz żałuję, bo może bym chociaż raz miałbym udane pożycie. Obecnie jesteśmy małżeństwem od roku i widzę, że nasz związek się sypie, zwłaszcza że księżniczka uaktywniła inne skrywane, bardziej istotne wady, o których nie miałem nawet pojęcia, a zostawić jej nie mogę z uwagi na dwoje dzieci i hipotekę na dom.
Zastanawiam się, czy inni ludzie mają równie żenujące życie łóżkowe jak ja?
Kiedy miałam 12 lat, były duże opady i stan wód w jeziorach się podniósł. Byłam wtedy na wakacjach u babci i chodziłam sama z bratem na plażę. Tam chłopaki skakali z pomostu na dwie strony – wewnętrzną, której w określonych godzinach pilnował ratownik, i tę otwartą na jezioro, gdzie nikt nic nie pilnował.
Tamtego lata chciałam nauczyć się skakać. Początkowo wszystko szło dobrze, ale ja nie lubiłam, jak chłopcy mnie pchali i popychali w kolejce do skoku. Ktoś pokazał mi, jak się skacze na główkę. Pomyślałam sobie, że co będę skakać tam, gdzie wszyscy, skoczę sobie w innym miejscu. Wzięłam rozbieg i już chciałam skoczyć na główkę, gdy tuż przed wpadnięciem do wody usłyszałam takie męskie: „Stój!!!”. Przestraszyłam się, bo nie wiedziałam, do kogo to było skierowane. Wygięłam się, spadając, i zamiast na główkę, spadłam na brzuch, na „dechę”. Poczułam bardzo silne uderzenie w mostek. Wypuściłam całe powietrze z płuc, potem już tylko opadałam. Ból był tak wielki, że nie byłam w stanie oddychać, a nawet się ruszyć. Powoli opadałam na dno, czując przerażający lęk i pewność, że umrę. Woda była ciemna, wszędzie były wodorosty. Albo straciłam przytomność, albo byłam tak odrętwiała, że nic dalej nie pamiętam. Kolejne, co pamiętam, to jak leżałam na pomoście i ludzie pytali mnie, czy wszystko dobrze, a ja kaszlałam wodą i z każdym oddechem bardzo bolały mnie płuca i mostek. Miałam na klatce (byłam wtedy jeszcze płaska jak decha) takie białe miejsce wielkości 5x5 cm, w którym była zdarta skóra.
Z wody wyciągnął mnie jakiś mężczyzna, który pływał po drugiej stronie pomostu i zauważył, że skoczyłam, ale nie wypłynęłam. To było jeszcze w latach 90. XX wieku. Komórki nie były powszechne. Obcy ludzie zawinęli mnie w koc i mówili, że zawiozą do szpitala, ale ani ja, ani mój brat nie chcieliśmy jechać, bojąc się reakcji rodziców. Siedzieliśmy na plaży tak długo, aż doszłam do siebie. W kolejnych dniach na klatce piersiowej zrobił mi się olbrzymi krwiak, który bolał kilka tygodni. Nie mogłam mocniej oddychać, unosić rąk, kilka miesięcy miałam problem, by np. zrobić pompkę. A jakiś czas potem okazało się, że podniesiony poziom wody uniósł do góry molo i stare belki odłączyły się od konstrukcji. Kilka tygodni potem molo zamknięto. A ja nigdy więcej nie odważyłam się skakać do wody.
Nie wiem, kto wtedy krzyczał. Lubię myśleć, że tamtego dnia krzyknął mój „anioł stróż” – może był nim ktoś przypadkowy, kto krzyczał coś do swojego dziecka? Ważne, że na mnie podziałało. Myślę sobie czasem, że gdyby nie ten czyjś krzyk, nadziałabym się głową o belkę i złamała kręgosłup szyjny.
Wyznanie piszę, bo kilka dni temu miałam stłuczkę w aucie i zrobili mi RTG klatki, by sprawdzić, czy nie mam pękniętych żeber. Okazało się, że na mostku mam starą bliznę. Ortopeda pytał, kiedy było pęknięcie.
Wyobraźcie sobie, że produkuję żywność. Możecie ją kupić praktycznie wszędzie. Na stacji paliw, w sklepie spożywczym lub znanej sieci drogerii. Produkuję ją w zwykłej fabryce. Kupuję składniki od producenta, a następnie mieszam je i wytwarzam gotowy produkt. Do mieszanki w pewnym momencie dodam trochę proszku, który ponoć ma jakieś witaminy. Trochę wymieszam i w sumie to tyle. Uruchamiam prasę i klepię miliony małych pastylek. W kartonik wchodzą trzy blistry. Koszt produkcji takiego opakowania to 10, może 15 gr. Na kartoniku napiszę, że tam jest witamina C, D, A i może coś tam jeszcze. Przecież nikt tego nie kontroluje... Bada się tylko, czy spożycie jest bezpieczne i czy nie ma drobnoustrojów, które zagrażałyby zdrowiu. Nie bada się, czy to działa czy nie. To jest żywność. Ma odżywiać.
Tak wygląda produkcja suplementów diety.
Nie dajcie się mamić... TO NIE DZIAŁA. Jeśli masz niedobry witaminy D, idź do lekarza, niech to sprawdzi i przepisze Ci lek. Masz słabą odporność? Na 99,9% to nie z braku witaminy C. Zbadaj się, znajdź problem i go wylecz. Nie daj się mamić, suplementy to nie leki. Nikt ich nie bada, bo nie musi. Badania są drogie, a im zależy na zysku. Nie na tym, żebyś przestała/przestał kupować ich produkty.
Czasy przedszkola, pamiętam, że była to zima. Okres ferii, mało dzieci wtedy przychodziło. W pewien dzień przyniosłam swoje lalki, ale zabrakło do zabawy moich najlepszych koleżanek, z pozostałymi osobami niezbyt się lubiłam. Nikt nie chciał się ze mną bawić, byłam załamana, płakałam, wręcz histeryzowałam z braku zainteresowania. Nie wiem dlaczego, ale pobiegłam do łazienki i zamknęłam się w jednej z kabin. Stanęłam na kibelku, długo myślałam, nie wiedziałam, co robić, no i w końcu postanowiłam – skoczę i się zabiję, wtedy wszystkie dzieci będą żałować tego, że się ze mną nie bawiły.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Pech chciał, że nic mi się nie stało, jedynie deska się złamała i coś tam jeszcze pękło. Szybko po tej akcji przestraszona wróciłam do zabawy. Nauczycielka nie wiedziała, kto to zrobił, była wezwana nawet dyrektor przedszkola. Do dziś nikt nie wie, że to niedoszła 5-letnia samobójczyni zniszczyła jedną z ubikacji.
Wczoraj, idąc do pracy, minęłam żebraka, który smacznie sobie spał spowity ciepłym promykiem słońca. Wrzuciłam do jego kapelusza pięć złotych. „Niech chłopina ma” –pomyślałam sobie. – „Obudzi się i będzie miał za co leczyć kaca...”. Zadowolona z siebie poszłam dalej.
Osiem godzin później, gdy wracałam z roboty, przechodziłam tą samą ulicą i w miejscu, gdzie drzemał sobie menel, teraz stało pogotowie. Dwóch sanitariuszy właśnie pakowało go do czarnego worka. Okazało się, że żebrak, którego rano poratowałam monetą, prawdopodobnie był już martwy od kilkunastu godzin…
Dodaj anonimowe wyznanie