Pokłóciłam się z moim chłopakiem, który jest o mnie chorobliwie zazdrosny. Obraził się na mnie, bo przygotowałam na śniadanie zbyt słoną jajecznicę. Tak właśnie.
Stwierdził, że na pewno (!) muszę być w kimś zakochana, bo babcia zawsze mu powtarzała, że jak ktoś przesala, to oznacza, że dopadła go miłość. Powiedział, że nie widzi sensu w tym związku, „skoro ja myślę o innym fagasie”.
Serio? I że to niby z kobietami się ciężko dogadać?
W gimnazjum byłam bardzo, ale to bardzo zakochana w jednym chłopaku z klasy. Dajmy mu na imię Adam. To było moje pierwsze poważne zauroczenie. Adam jest bardzo mądry i inteligenty, przystojny i wysportowany. Do tego bardzo miły i czuły. Dużo dziewczyn się w nim podkochiwało, ale miałam to szczęście, że tak jak on uwielbiałam nauki ścisłe, byłam (jestem) naprawdę bystra i dlatego to ze mną miał najlepszy kontakt.
Pisaliśmy ze sobą bardzo dużo, głównie SMS-y. Wiem, że to na swój sposób niedojrzałe, ale wtedy tacy byliśmy - niedojrzali w uczuciach tchórze.
Miałam nad Adamem tę przewagę, że oprócz nauk ścisłych uwielbiałam literaturę, pisałam wiersze, artykuły i opowiadania, nie z przymusu, ale z pasji.
Kiedyś dostaliśmy zadanie domowe z polskiego, musieliśmy napisać jakieś opowiadanie albo reportaż, nie pamiętam dokładnie. Adam pisał do mnie, jak będzie wyglądać moja praca, czy dam mu jakieś rady, czy pomogę. Pamiętam, że napisałam do niego, że w niego wierzę. On odpisał: "Wiedziałem, że we mnie wierzysz. Czułem, że we mnie wierzysz". Dodał jeszcze dwukropek i gwiazdkę, co po prostu podkreśliło sympatię (a może uczucie?) płynącą z tego SMS-a. Wysłałam mu wiadomość: "Mam taką wielką nadzieję. Liczę na Ciebie. Na nas". Odpowiedzi nie otrzymałam. Nasze stosunki się nie zmieniły, miałam wrażenie, że utknęłam w głębokim friendzonie. Chodziliśmy razem na spotkania pewnej grupy, na łyżwy. Dobrze się dogadywaliśmy. Potem on znalazł dziewczynę (głęboki cios w moje serce), a ja chłopaka. Po gimnazjum poszliśmy do różnych szkół, teraz studiujemy w różnych miastach. Kontakt utrzymujemy. Czasami ze sobą piszemy, dowiadujemy się, co słychać itp. itd.
Dlaczego piszę to wyznanie? Ostatnio przy przeprowadzce znalazłam mój stary cegłofon, z którego wysyłałam SMS-y do Adama. Zmieniłam go na nowszy model kilka dni po wysłaniu wiadomości, o której wspomniałam wyżej. Z sentymentem włożyłam kartę SIM, podłączyłam go do ładowarki, włączyłam. Od razu weszłam w wiadomości, żeby przypomnieć sobie tamte stare rozmowy. Otworzyłam wiadomość. "Mam taką wielką nadzieję. Liczę na Ciebie. Na nas" - przeczytałam. Zjechałam w dół.
"Wysyłanie wiadomości nie powiodło się".
Ból, który mnie przeszył, poczuł chyba nawet mój Anioł Stróż.
Każde z nas ma teraz swoje życie, swoich partnerów. A ja dalej skrycie kocham tego mężczyznę. Co by było, gdyby wysyłanie tamtej wiadomości się powiodło?
Pomimo wszystko wierzę, że jeszcze kiedyś będziemy ze sobą. Bo jeżeli dwa serca są sobie pisane, to odnajdą się.
Mam tylko nadzieję, że on o mnie nie zapomni.
Dla antyszczepionkowców wymyśliłem hasło:
Nie płać koncernom za szczepionki, oszczędzaj miejsce na cmentarzu - groby dzieci są mniejsze!
Poniedziałek, godzina 7:20. W półśnie stoję na przystanku i czekam na miejską limuzynę. Podchodzi do mnie chłopak, coś na oko +/- 20 lat i się pyta, gdzie jest przystanek X, bo chce jechać do centrum pojazdem numer 17, odpowiadam, że tutaj, zaraz za rogiem, tylko skręcić i przez pasy przejść. Chwilę później podchodzi kobieta i mówi, że szuka stomatologa. Pokazuję niegrzecznie palcem, że to ten budynek, po drugiej stronie drogi. Podziękowała i odeszła. Nareszcie jedzie mój autobus, ale znienacka wyskakuje na mnie babcia i się pyta:
- Ten autobus co do Oszołoma jedzie to już był czy nie był?
- Tak, był przed chwilą.
- A kiedy będzie następny?
- Za 40 minut.
- Łoo, to stać nie będę. - I poszła w cholerę.
Mój 107 podjechał, usiadłam wygodnie na przednim siedzeniu i tak jadę z pół godziny, aż na horyzoncie widzę gmach swojej uczelni. Wysiadam, już bardziej obudzona i nieprzypominająca zombie i uświadamiam sobie, że: przystanek, o który pytał się chłopak, był w drugą stronę, stomatologa nigdy na moim osiedlu nie było, a autobus do Oszołoma miał być za 2 minuty.
To im pomogłam :D
Często tu widzę wyznania osób, które czują pustkę. Stwierdziłem, że i ja dołączę do anonimowych po raz pierwszy.
Generalnie jestem facetem po trzydziestce, z super pracą, bardzo dobrymi zarobkami, własnym mieszkaniem. Mogę się też poszczycić super przyjaciółmi. Klasyk. Niby wszystko w życiu super... a tu pustka. Szczególnie w chwilach po kolejnym rozstaniu łapie mnie dół. Co jest pewnie normalne, ale moim największym problemem jest wtedy to, że wszystko wydaje się sztuczne. Kwestionuję siebie na każdym kroku. Czy ja na pewno chcę to zrobić, czy też znowu chcę zarzucić czymś emocje? Każde moje hobby, czynność czy nawyk zaczynam kwestionować. Robię to ja czy robię to po to, by mnie lubiono, czy żebym ja siebie takiego lubił?
Przykłady?
Siłownia – robię to dla dobrego samopoczucia czy dla euforii wynikającej ze zmęczenia?
Dbanie o dietę – znowu, dla mojego dobra czy po to, by się komuś podobać?
Różne hobby – oj, pewnie robię to po to, by ludzie mnie lubili.
Brakuje mi poczucia prawdy, rzeczywistości. Ostatnio rozkminiam, że tylko ból daje mi takie poczucie – spokojnie, jeszcze się nie tnę, ale coraz częściej fantazjuję, o tym. Na ogół pomaga mi myślenie, że to wszystko jest krótkotrwałe i minie. Teraz niestety myślę o tym, że jak wszystko jest krótkotrwałe, to nic nie ma sensu. Tylko ból jest prawdziwy.
Sądzę, że to zagubienie, bycie dla siebie samego kimś obcym jest najgorsze w stanach depresyjnych. Potrafię wszystko kwestionować i krytykować. Jedynym rozwiązaniem jakie widzę, jest życie bez emocji, a to z kolei wydaje mi się absolutnie, kurna, smutne.
Chodzę grzecznie na terapię i mam nadzieję, że to przejdzie, a jak nie, to cóż... Pójdę w ślady rodziców i będę zapijać pustkę.
Ostatnio widziałam wyznanie o tym że szkolne nauczanie powinno się skończyć bo nas wykańcza fizycznie i psychicznie. Nie jestem w stanie się z tym kłócić bo to prawda sęk w tym, że ja osobiście jestem w na tyle głębokim dole, że myśl powrotu między ludzi mnie przeraża. Panicznie boje się że nie wyrobie ani z nauką ani z znoszeniem innych z czym miałam problem przed tym całym syfem...
Jestem już w 8 klasie. Zawsze miałam problemy z matmą, ale jakoś tam sobie radziłam, jednak teraz czuję, że to mnie przerasta. Chodzę na korki dwa razy w tygodniu. Dodatkowo robię po pięć różnych ćwiczeń dziennie. Uczy mnie jeszcze wujek i mój tata. I co? I nic... Wciąż nic nie umiem. Może jestem wyjątkowo tępa? Nie wiem. Mój mózg po prostu nie przyswaja tej wiedzy. Nie wiem już co mam robić.
Pewnego dnia w biedronce stojąc w kolejce pewna pani weszła przede mnie i jednego Pana, po czym zwróciłam jej uwagę stojąc z małym dzieckiem, które już się bardzo niecierpliwiło (rozumiecie sytuację nie była tylko z pomidorami lecz kosz wypchany po brzegi). Widząc zdenerwowanie mojego dziecka postanowiłam upomnieć panią (najprawdopodobniej babcia z córką pampersy też w koszu), że ja stoję w tym i tym miejscu kulturalnie ze względu na przejcie mogła mnie nie zauważyć 😅.
I zaczęła się awantura na pół sklepu, ale po pierwszym zdaniu tej pani powiedziałam, że proszę, żeby stała tam sobie gdzie stoi nie ma problemu, a pani 😔 abym przeszła do następnej kasy, po czym odpowiedziałam po raz drugi, że wiem co mam robić, pani na to, że zaraz mi kopa w D.u.pe zaj... Naprawdę czasem lepiej się nie odzywać...
Gdy byłam mała, w jakimś filmie padło słowo na „k”. Zapytałam babci, co to znaczy. Odpowiedziała, że to brzydkie słowo, powinno się mówić „prostytutka”, i że jest to taka pani, która śpi z panami i dostaje za to pieniążki. Pokiwałam głową i wróciłam do zabawy. Mama, która przy tym była, uznała to za na tyle satysfakcjonujące wyjaśnienie, że nie widziała potrzeby, by się wtrącić.
Jakiś czas później, na kolędzie, ksiądz zapytał, kim chcę zostać, gdy dorosnę.
- Prostytutką! - odpowiedziałam rezolutnie.
Chyba dostrzegłam ogólną konsternację, bo dodałam jeszcze:
- Mnie tam bez różnicy, z kim ja śpię...
Mamie było wstyd tym bardziej, że był to raczej zaprzyjaźniony ksiądz. Po jego wyjściu bardzo dosadnie wyjaśniła mi „uroki” tej profesji.
Wyznanie o tym jak skutkuje nadopiekuńczość rodziców.
Jestem jedynaczką, córką bardzo nadopiekuńczej i przerważliwionej kobiety. Nie typowej madki, która wywyższa swoje dzieci, wręcz odwrotnie - takiej która zawsze ma z czymś problem. W dzieciństwie nic nie mogłam robić sama. Cokolwiek zrobiłam, zawsze było źle. Cały czas słyszałam słyszałam teksty typu: "dokładniej żuj jedzenie", "dokładniej myj ręce" i to nawet w wieku kilkunastu lat. Gdy coś zrobiłam niechcący, np zbiłam coś, darła się na mnie jakbym kogoś zabiła. Ale to nic - kontrolowała nawet moje zeszyty i nie raz kazała mi zmieniać cały zeszyt na nowy, bo okładka jej się nie podobała. Gdy ja lub koleżanka napisałyśmy mi coś niezwiązanego z tematem lekcji w moim zeszycie, potrafiła wyrwać mi kartkę. Ogólnie podstawówkę przesiedziałam zamknięta w pokoju, bo cały czas miałam szlaban. Za co? Nie pamiętam. Na pewno nic istotnego. Nie miałam wtedy żadnych przypałów z używkami czy policją, w szkole byłam spokojna.
Aktualnie jestem dorosła i nie znoszę towarzystwa innych kobiet. Mam kilka stałych koleżanek, ale do reszty niezbyt chce się zbliżać. Po prostu mam wrażenie, że baby ciągle mają jakieś durne problemy i pretensje! Nie wiem już czy naprawdę tak jest, czy jestem przewrażliwiona przez moją matkę...
Dodaj anonimowe wyznanie