Wyznanie, które nadaje się tylko dla Anonimowych.
Prowadzę wykłady i ćwiczenia na prywatnym uniwersytecie. To moja dodatkowa praca – dojeżdżam tam na jeden dzień w tygodniu na zajęcia od rana do popołudnia, mam około 50 studentów w małych grupach.
Jest tam taka studentka, absolutnie zwyczajna, niczym niewyróżniająca się, nie wpadła mi w oko ani nic z tych rzeczy. Niedawno ni z gruszki, ni z pietruszki miałem erotyczny sen z nią w roli głównej, w klimatach delikatnego BDSM, gdzie ona była tą dominującą i wyprawiała ze mną różne bolesne rzeczy. Sen był z rzędu tych, które tak zapadają w pamięć, że pamięta się każdy szczegół.
Od tego czasu jak prowadzę zajęcia z nią na sali, nie mogę patrzeć w jej stronę, bo co na nią spojrzę, to wyobraźnia podsuwa mi scenki z tego, co ona tam ze mną wywijała i od razu tracę wątek: już kilka razy zdarzyło mi się podczas wykładów zawiesić w pół słowa i zapomnieć języka w gębie. Raz podczas zajęć zadała mi pytanie, a ja wręcz się zaciąłem, odpowiadając, i zrobiłem czerwony jak burak.
Żeby nie zostać pochopnie ocenionym: jestem statecznym gościem w średnim wieku, moje dzieci mają prawie tyle samo lat co ci studenci, nigdy nie miałem najmniejszej ochoty na żadne flirtowanie albo fantazjowanie ze studentkami – dziewczyny młodsze ode mnie o połowę to stanowczo nie mój temat. BDSM to też nie moja bajka, nie mam zielonego pojęcia, skąd ten sen się wziął – pewnie pora dzwonić po psychologa.
Właśnie przypomniałam sobie historię z dzieciństwa.
Rzecz działa się pierwszego kwietnia, kiedy miałam około 5 lat. Razem z babcią pojechałyśmy do cioci. Spaceruję z babcią po podwórku i nagle poczułam, że coś mnie swędzi w nosie. Nie zwracałam na to uwagi, bo wtedy miałam katar i myślałam, że chce mi się kichać. Za parę minut informuję babcię, że chyba wyczułam muchę w nosie! Nawet bzyczała. Babcia to zignorowała, myślała, że chciałam ją nabrać z okazji prima aprilis.
Przyjeżdżamy do domu, mówię znowu babci, że dalej mnie w tym nosie swędzi i że nie żartuję. Babcia podała mi chusteczkę i wydmuchałam z nosa największą muchę, jaką kiedykolwiek widziałam :D Była wielkości paznokcia. A najśmieszniejsze, że wciąż żyła i nawet odleciała.
Zastanawiam się tylko, jak taka duża mucha zmieściła się w moim małym nosie :D
Wydałem dziś wszystkie moje pieniądze na ten miesiąc. Całe 2,50 zł. Nieźle jak na człowieka po studiach.
Gdy miałem siedem lat, miałem mały plac zabaw ze zjeżdżalnią na podwórku. Wchodziłem na dach tej konstrukcji z gołym fajfusem i sąsiedzi wszystko widzieli.
Kolega mi powiedział, że dziewczyna, która gnębiła mnie w podstawówce, została psycholożką.
Wiem, że ludzie się zmieniają, ale czuję pewien niesmak...
Będąc dzieckiem, miałem kolegów, przyjaciół, wychowywałem się w małej miejscowości. Szybko wyjechałem za granicę, tam próbowałem ułożyć sobie życie – nie wyszło, wziąłem rozwód, wróciłem w rodzinne strony, kupiłem mieszkanie.
Problem w tym, że nie mam kompletnie znajomych, przyjaciół, nie mam z kim wyjść, pogadać. Część dawnych znajomych się wyprowadziła, inni mają rodziny pozakładane.
Nie mam pojęcia, jak poznać nowych znajomych.
Myślałem, że bycie całkowicie samemu mi służy, może i służyło, ale tylko jakiś czas.
Chyba że tak po prostu wygląda dorosłe życie.
Od dłuższego czasu odczuwam nieustanny wstyd. Gdyby się nad tym logicznie zastanowić, nie mam do tego powodów, myślę, że jestem całkiem porządna. Ale wystarczy, że ktoś np. zwróci mi uwagę za chodzenie po drodze rowerowej, i już mam zniszczony następny tydzień. Będę o tym myśleć bez przerwy, nie będę mogła spać, a po nocach będę ryczeć. Nawet jeśli cały dzień minął mi świetnie, ta jedna sytuacja może sprawić, że stracę ochotę na cokolwiek. Jak przestanę przejmować się jednym, zaraz pojawia się coś innego, no bo takie drobne wpadki zdarzają się ludziom regularnie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w sytuacji, jaką podałam powyżej, ten, kto zwrócił mi uwagę, zapomniał o tym 5 minut później, jednak ja nie potrafię. To jest takie żenujące, że kiedy o tym myślę, to łapie mnie jeszcze większy wstyd, no bo jak można przejmować się takimi głupotami? Jest mi tak strasznie głupio, że osiągnęłam aż tak skrajny poziom nadwrażliwości. Nie obwiniam ludzi, przez których czuję się w ten sposób. Wiem, że to tylko moja wina. Mam wyrzuty sumienia o wszystko, nawet jak zapomnę powiedzieć paniom w sklepie „dzień dobry”. To bardzo utrudnia mi życie, chciałbym przestać się tak przejmować.
W rodzinnej wsi pod Krakowem był do kupienia w okazyjnej cenie dom, wiadomo, że do remontu. Kupiłem, zacząłem remontować, masa czasu na to schodzi.
W tej wsi mieszkają moi rodzice oraz dwójka rodzeństwa, wybudowali domy. Pozostała dwójka rodzeństwa mieszka w promieniu 15 km, też w domach jednorodzinnych.
Mam dość, ciągle chcą, żebym u któregoś pomógł przy czymś – a to elewacja, a to ogrodzenie, a to działka... Niekończąca się historia.
Pomóc muszę, przecież to rodzeństwo, u rodziców też ciągle jest coś do pomocy, mają gospodarstwo. Oni oczywiście też mi pomagają przy remoncie, choć wolałbym robić wszystko sam i nie musieć chodzić do nich.
Żałuję, że kupiłem dom tak blisko nich, rodzina rodziną, ale spokój cenna rzecz.
Mam obraz taty, który potrafi naprawić wszystko w domu, który sam wybudował, i w którym nie siedzi po pracy z nosem w telefonie lub telewizorze, ale zamiast tego zajmuje się czymś pożytecznym. Konfrontuję go z obrazem chłopaka, z którym mieszkam od kilku tygodni i który przy przybijaniu młotkiem gwoździa do ściany rozwala sobie palec, a po pracy musi odpoczywać, bo jest zmęczony.
Coraz bardziej dostrzegam, że on nie jest tym, kogo oczekuję. Mam wrażenie, że prawdziwi faceci gdzieś się pochowali, a ja potrzebuje takiego, który nie musi odpoczywać dwie godziny po pracy, a zamiast grać w durne gry, zorganizowałby nam jakoś czas albo chociaż zrobił coś pożytecznego. Ponad tydzień leżała w kartonie szafka do poskładania. W ciągu tygodnia był zbyt zmęczony po pracy, w sobotę i niedzielę do popołudnia był skacowany i też nie miał siły. W końcu doprosiłam się o tę szafkę, to składał ją cały dzień z przerwami i jeszcze źle to zrobił. Najzabawniejsze jest to, że faceci koleżanek wcale nie są lepsi, dwie lewe ręce do wszystkiego, a jedna moja koleżanka ma takiego, który powiedział, że nie będzie pracował w weekendy i odrzucił lepiej płatną pracę.
Zawsze miałam talent do języków i tak się stało, że żyję sobie w Niemczech. Uczyłam się tu trochę języka serbskiego i dobrze mi szło, bo w przeciwieństwie do innych kursantów zawsze mogłam podeprzeć się rodzimym językiem, ponieważ w serbskim gramatyka, a nawet słownictwo, są całkiem podobne do konstrukcji polskiego. Miałam więc taką przewagę nad innymi kursantami i byłam dumna niczym paw, bo po prostu więcej kumałam z tego trudnego języka.
Po roku nauki wybrałam się na wakacyjny kurs serbskiego do Belgradu. W drodze pełnej przygód towarzyszyła mi koleżanka z moich zajęć, która również otrzymała stypendium na ten wyjazd, a sama pochodziła z Azerbejdżanu. Szukając drogi z dworca autobusowego do akademika, w którym miałyśmy zamieszkać, zdane byłyśmy na siebie i prostą zasadę „koniec języka za przewodnika” (smartfony miały się upowszechnić dopiero za parę lat). Bardzo szybko okazało się, że w Serbii praktycznie nikt nie mówi po angielsku, musiałyśmy więc aktywować nasze zasoby słownictwa serbskiego. Po pierwszej przygodnej konwersacji, ja jako nieco arogancka prymuska, zakomunikowałam koleżance, że wszystko zrozumiałam i mamy iść w prawo.
Szukałyśmy i szukałyśmy, błądziłyśmy i błądziłyśmy, i długo nic z tego nie wychodziło, a walizki ciążyły coraz bardziej. Kolejne napotkane osoby nawigowały nas zupełnie inaczej, co tylko potęgowało wrażenie kręcenia się w kółko. Po chyba godzinie trafiłyśmy. Cóż, nie wiem dlaczego, ale przez rok nauki poprzedzającej ten wyjazd nie zdążyliśmy na kursie przerobić tak podstawowej rzeczy jak kierunki. A ja po jakimś czasie, już w trakcie tego pobytu, ogarnęłam, że „prawo” po serbsku oznacza „prosto”. Nigdy nie przyznałam się koleżance, dlaczego tak wtedy błądziłyśmy.
Dodaj anonimowe wyznanie