Na początku było normalnie. Matka, ojciec, ja. Nie żyliśmy na bogato, w zasadzie to ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Ojciec ciężko pracował za marną kasę, a matka musiała się mną zajmować, bo byłem jeszcze bardzo mały, poza tym rynek pracy w tamtych czasach był przepełniony osobami poszukującymi pracy. Kiedy miałem 2-3 lata, w ojcu odezwały się stare demony. Lubił wypić, i to dużo. Następnie wracał nawalony i „dawał lekcje boksu”. Zazwyczaj obrywała matka, mnie się czasem oberwało rykoszetem. Zazwyczaj jedynie wydzierał się na mnie, żebym nie płakał i nie zakrywał oczu, kiedy on zadaje kolejne ciosy matce. Potem trzeźwiał i nie pamiętał nic. Nie raz, nie dwa był w ciężkim szoku: „Ale jak to? Ale że ja?”. Policja wpadała do nas z drzwiami wielokrotnie. Ojciec darł się wtedy: „Ta psychopatka jest pijana, chciała mnie zabić”. Panowie policjanci kiwali tylko głowami, mówiąc: „Tak, tak” i zabierali go na wytrzeźwiałkę. Niestety dzielnicowy, który chyba nigdy u nas nie był, dementował wszystkie opowieści mojej matki. Na szczęście były jeszcze babcie. Matka matki i babcia matki. Przekonały moją mamę, że damy radę i że proceder trzeba ukrócić. Tak też się stało. Wymienione zamki itd. Niestety sąsiad z dołu miał kraty antywłamaniowe, ale nie przy oknach i drzwiach balkonowych, tylko od balustrady do sufitu balkonu. Mój ojciec wielokrotnie, pod wpływem, usiłował się tamtędy do nas dostać. Na szczęście nigdy mu się to nie udało. W końcu zniknął na lata, a ja straciłem kontakt z dziadkami z jego strony.
Jak miałem 12 lat, zadzwonił zapytać co u mnie i powiedział, że zadzwoni jeszcze na urodziny. Nie wspomniał, na które. Na pewno nie chodziło o 13, na 18 i 20 też nie zadzwonił. Kilka lat temu zadzwonił telefon, odebrałem. Po drugiej stronie słychać było damski głos: „Cześć, jestem x i jestem nową konkubiną twojego taty, jest super, nie pije i spodziewamy się dziecka”. Nie poczułem wtedy nic, odpowiedziałem tylko: „Super, gratuluję”. Nie wierzyłem w to – i jak się potem okazało, słusznie.
Pewnego dnia spotkałem moich dziadków (od strony ojca). Babcia pchała wózek, a dziadek niósł na rękach małe dziecko. Nie udawałem, że ich nie znam. Podszedłem, pogadaliśmy. Mój ojciec związał się z kobietą o podobnych zainteresowaniach. Odebrano im prawa do mojego brata, którego wychowują dziadkowie. Smutny jest los tego dziecka, ja przynajmniej miałem matkę. Niedługo później spotkałem też ojca. Pracowałem z jego sąsiadem i spotkaliśmy się, kiedy odwoziłem go po pracy. Powiedziałem wtedy do ojca trzymającego piwo: „Trzymasz formę, stary” i pojechałem do siebie. Utrzymuję kontakt z jego rodzicami, widuję brata. Mój ojciec przeszedł niedawno z nakazu sądu odwyk, wystarczyło na dwa dni.
I dlatego ja nie piję.
Historia z mojego dzieciństwa. Uważam ją za istną ironię, ale cóż. Były to czasy, kiedy uczęszczałam jeszcze do wczesnej podstawówki, a moja rodzicielka kupowała mi same markowe ubrania, których miałam naprawdę wiele. W czym problem? Problem tkwił w tym, że nie miałam w co się ubrać do szkoły. Co z tego, że miałam kupowane cudowne ubrania, skoro wszystkie leżały brudne w koszu na pranie... Wieczorami nie mogłam zasnąć z obawy, że nie będę miała w co się rano ubrać. Wpadłam raz na genialny pomysł – wypiorę sobie ubrania wieczorem, żeby mieć na rano czyste i pachnące! Pomysł byłby genialny... gdyby nie to, że rano wszystkie moje wyprane ubrania znalazły się ponownie w koszu, mokre.
Byłam pośmiewiskiem wśród szkolnych dziewcząt, ponieważ chodziłam do szkoły bez skarpetek. Zdarzały się sytuacje, że jedynym moim ubiorem w zimę były letnie sukienki, oczywiście bez rajstop – bo brudne. Rodzicielka, zamiast prać ubrania, raz na miesiąc kupowała nowe. Kolejnym pomysłem, tym razem poniekąd dobrym, było pranie dość lekkich ubrań rano i suszenie ich suszarką. Spodnie prałam wieczorem i kładłam się w nich spać – rano były suche.
Z perspektywy czasu jest mi cholernie głupio na samą myśl, jak wtedy musiałam wyglądać dla innych uczniów. Zastanawia mnie też jedna kwestia – uczniom w oczy rzucałam się z daleka, a nauczyciele? Dla nich było wszystko w porządku.
Anonimowe z tego względu, że nikt nie znał sytuacji, jaka panuje w moim domu, raczej wszystko zostało odebrane jako moja „własna moda”.
Oglądając pierwsze podboje reprezentantów Polski na tegorocznej zimowej olimpiadzie, przypomniałam sobie pewną historię sprzed kilku lat.
Od kiedy tylko pamiętam, mój dość bliski krewny zawsze zachwycał się jedną z polskich biathlonistek, opowiadając przy tym historię, jak to przed paroma laty spotkał ją na wakacjach. Kilkunastoletnia ja wkraczająca w świat internetu odkryłam, że od owej pani można dostać zdjęcie z jej własnoręcznym podpisem – wystarczyło tylko wysłać na podany adres list z zaadresowaną kopertą zwrotną. Po kilku tygodniach oczekiwania list dotarł, więc trzeba było przejść do dalszej części planu.
Razem ze wtajemniczoną w całą akcję mamą zaadresowałyśmy kopertę na adres owego krewnego, przykleiłyśmy znaczek, żeby wyglądało na legitną przesyłkę prosto od ulubionej biathlonistki i pod osłoną nocy podrzuciłyśmy mu prezent do skrzynki na listy...
Krewny początkowo się ucieszył, ale niedługo później zmienił platformę telewizji cyfrowej, gdyż, jak stwierdził, był przez nią monitorowany i to te skurczybyki z telewizji na pewno doniosły do tej biathlonistki, że on zawsze ogląda jej biegi, a on sobie tego nie życzy.
Wciąż nie wie, że to moja sprawka. :D
W dzieciństwie mieszkałam w bloku. Blok był duży i miał windę, więc często jechało się windą z jakimiś sąsiadami. Mając tak około 10-13 lat, czasami spotykałam we wspomnianej windzie sąsiadkę, która miała trójkę dzieci, gdzie najstarsze szło do komunii. Z tamtych czasów pamiętam też, że sąsiadka dużo remontowała w domu, często było sporo pyłu na schodach klatki.
Po jakimś czasie zorientowałam się, że już nie widzę dzieci sąsiadki... Rozmawiając z mamą, powiedziałam, że ciekawe, gdzie się podziały, na co moja mama odparła, że sąsiadka adoptowała te dzieci, a potem oddała je do domu dziecka... Nie pamiętam już szczegółów, ale z tego, co mówiła moja mama, sąsiadka dostała dofinansowanie na dzieci, odremontowana chatę i... oddała dzieci z powrotem, tłumacząc, że są zbyt chorowite.
Do dziś nie mogę tego pojąć i cholernie mi żal tych dzieciaków, gdy tylko o nich pomyślę.
Mam prawie 30 lat i czuję się, jakbym miał życie za sobą. Mało przeżyłem, a okres dorastania była dla mnie nieporozumieniem. Wychowano mnie w domu konserwatywnym, w dodatku wymagającym co do ocen – i to rzutowało na mój charakter. Nienawidzę np. w galerii patrzeć na dobrze bawiącą się młodzież, zwłaszcza wieczorem, bo mnie trzymano pod kloszem, żadne imprezy, związki etc. I mimo że wyglądam na osobę młodszą, niż jestem, to i tak czuję się staro.
Czasami mam dziwne wrażenie, że decydujące na całe życie są lata 16-25, a potem tylko robimy kariery i pieniądze, mając nastoletnie wspomnienia. Nigdy nie byłem w związku, mimo że mogłem, a teraz już nie chcę, bo ludzie się wyszaleli i chcą stabilizacji. Problem prawictwa rozwiązałem, chodząc do prostytutek, bo nie mogłem czytać w internecie o spadającym wieku inicjacji i dwucyfrowej liczbie partnerów co drugiej osoby. Zrobiłem to też na złość domowi. Tak, długo miałem słaby charakter i godziłem się na wszystko, nie buntując się. Kiedy inni np. przeżywali pierwsze miłości, imprezy, ja w domu walczyłem o luźny czas przy komputerze. A teraz gdy się usamodzielniłem, to w domu pytają, kiedy sobie kogoś znajdę, jak dawno jest the end.
Czułem się latami jak przegryw, ale gdy wbiłem na fora przegrywów, to mnie wyrzucono, bo niby za dobrze wyglądam, gdy pokazałem zdjęcie. Fakt, w szkole leciało na mnie kilka lasek, ale w domu jak zwykle było, że „to nie wiek na amory”, a ja posłusznie się godziłem z losem. A teraz? Tylko poważne związki. Najlepsze lata za mną, których nie przeżyłem. Została mi samotność i godzenie się z upływającym czasem i starzeniem się. Ile bym dał, by mieć znów 17 lat i mieć życie przed sobą, czas na beztroskę, wspomnienia z robienia głupot, pierwszych relacji etc. Moi rówieśnicy swoje przeżyli i spoważnieli. Dlatego mam pracę zdalną, gdzie nie muszę przebywać z ludźmi, i mam trzech przyjaciół, z którymi się nadal rozumiem. Na co dzień udaję osobę poważną i dojrzałą, a wewnętrznie jestem nadal podlotkiem, który nie wykorzystał swojego czasu.
Mam 15 lat i mam problemy z jedzeniem. Nie wiem, czy są to jakieś zaburzenia odżywiania, być może, ale jeszcze są niezdiagnozowane. Mianowicie mam napady jedzenia niezdrowych rzeczy – wiem, że ktoś może sobie stwierdzić „co to za problem, przecież wystarczy nie jeść”. No właśnie nie. W każdym razie chodzę z mamą do dietetyka, byłam u psychologa, idę jutro na następną wizytę (na którą czekałam miesiąc :/). Niedawno okazało się, że mam insulinooporność.
Najważniejsze tutaj jest to, że lekarz nie próbuje mnie zabić, kiedy czasami się nie powstrzymam. Po prostu przypomina mi, że to szkodzi i lecimy dalej z dietą. Ale nie moja mama. Dzisiaj zjadłam zupkę chińską, o czym mama miała nie wiedzieć, ale nie wyszło, więc zaczęła mi robić wykład, że się nie staram, że ona mnie niepotrzebnie wozi po lekarzach i w ogóle to jestem najgorsza.
Dzięki, mamo ;* ale pamiętaj, że jedna wizyta u psychologa mnie nie wyleczy.
Wyznanie o tym, jak niechcący udało mi się rozśmieszyć ponurych i nigdy nieśmiejących się Finów.
Warszawa, przystanek pod Zamkiem Królewskim. Turyści z Finlandii pomylili kierunki i zamiast do centrum, wsiedli do autobusu, który jechał na Pragę, co w tamtych latach nie było zbyt bezpieczne. Kiedy zobaczyli, że przekroczyliśmy Wisłę, byli już mocno zdezorientowani.
Podszedłem do nich i łamanym angielskim wyjaśniłem, co się stało i pokazałem, gdzie powinni się przesiąść. Potem przedstawiłem się: „Kumi” (taki miałem przydomek na studiach), ale ... zamiast podziękowań gruchnął taki śmiech, że aż się ludzie zaczęli oglądać.
Dopiero później dowiedziałem się, że kumi to po fińsku kondom...
Jestem barmanką w hotelu. Kilka dni temu pewna para zamówiła piwa i desery lodowe. Na swoje zamówienie czekali spokojnie przy stoliku. Najpierw nalałam piwa i poszłam im zanieść. Przy stoliku zastałam tylko faceta, jego dziewczyna widocznie musiała wyjść do toalety. Kładę piwa na stolik, po czym z uśmieszkiem na twarzy, nie zastanawiając się nad tym, co mówię, a raczej w jaki sposób, mówię mu: „Lodzika zaraz zrobię”.
Przez pierwsze parę sekund nie ogarnęłam, co ja właśnie palnęłam, ale jak tylko zobaczyłam jego minę i usłyszałam cichy chichot, to zdałam sobie sprawę, jak to zabrzmiało. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
Zaraz na początku studiów poznałem spoko kumpla. Śmieszyły nas te same żarty, mieliśmy podobne poglądy itd. Po pewnym czasie stworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma innymi kolegami z roku.
Przyszła sesja. Niestety mój kumpel nie został dopuszczony do jednego z egzaminów w pierwszym terminie. Zorganizował posiadówkę dzień przed tym egzaminem i zaprosił mnie oraz pozostałych dwóch kumpli z paczki. Stwierdziliśmy, że uczyliśmy się sporo, przedmiot łatwy, a jeszcze możemy sobie podyskutować na temat związany z przedmiotem na posiadówce, więc czemu nie?
Organizator imprezy miał genialny plan jak zrobić, żeby nie iść na drugi termin solo. Zaczęło się od alkoholu. My jednak się pilnowaliśmy, żeby nie obudzić się rano w tragicznym stanie. Tak się jednak złożyło, że przesiedzieliśmy na posiadówce do czwartej. Nie było opcji, żebyśmy szli spać, skoro za pięć godzin się zaczyna egzamin, a trzeba jeszcze się przyszykować i dojechać autobusami, więc postanowiliśmy zarwać nockę. Wtedy dobroczynny przyjaciel wpadł na kolejny pomysł: „Skoro i tak zarywacie nockę, dam wam po tabletce z kofeiną, da wam kopa i nie będziecie przysypiali”. Wyszedł i po chwili wrócił z garścią tabletek i rozdał nam po dwie. „Jedna na teraz, druga na potem, jakby któryś z was miał wysoką tolerancję”.
Około czwartej wyszliśmy od kumpla i poszliśmy do mnie, żeby przeczekać do rana. Około szóstej stało się to, czego się najmniej spodziewaliśmy. Wszyscy trzej, jeden po drugim, lecieliśmy do kibla z ostrą sraczką... Taaaak, w ramach dowcipu dostaliśmy środki przeczyszczające. Natychmiast wyjąłem cały arsenał leków przeciwbiegunkowych (na niewiele się one zdały). Z zaciśniętymi pośladkami dotarliśmy na egzamin w pierwszym terminie, na szczęście zdaliśmy na 85% i dwa razy po 90%. A kolega przestał być moim kolegą.
Stoję ja sobie dziś przy przejściu dla pieszych i czekam, aż zaświeci się zielone światło.
Jakiś dzieciak, może z 10-letni, bardzo się zniecierpliwił i postanowił dostać się na drugą stronę ulicy natychmiast. Jednocześnie z naprzeciwka ruszył też wielki, łysy dres. Obaj spotkali się na środku. Dresiarz, chwyciwszy dzieciaka za kark, zatargał go z powrotem na chodnik, wrzeszcząc „Ja ci, kur#a dam przechodzić na czerwonym świetle! Matka cię nie nauczyła zasad panujących na drodze?”.
Kiedy małolat został bezceremonialnie zrzucony na miejscu, wszyscy przechodnie czekający na zielone światło spojrzeli na dresa z wyraźnym podziwem. A mógł zabić...
Dodaj anonimowe wyznanie