Mam poczucie, które przerodziło się we frustrację, że mimo kwalifikacji, pracowitości i zaangażowania w życiu zawodowym często prześladował mnie pech.
Już podczas studiów pracowałem w branży, więc pierwszą poważną pracę dostałem od razu. Trafiłem do centrali dużej polskiej firmy. Miałem uczyć się od osoby, którą miałem docelowo zastąpić. Po 2 tygodniach on poszedł na urlop, a ja potem zastępowałem każdego urlopowicza. Po trzech miesiącach po prostu nie przedłużono mi umowy, a on został na stanowisku jeszcze kilka lat.
Kolejna praca była w polskim oddziale międzynarodowej korporacji. Przez pierwsze miesiące nikt mnie realnie nie wdrażał. Sam odkrywałem swoje obowiązki. Szef z Niemiec, którego widywałem raz na kilka tygodni, uznał postępy za zbyt wolne i po dziewięciu miesiącach mi podziękował.
Trzecia firma, polski oddział azjatyckiego producenta. Szef niechcący stworzył wewnętrzną konkurencję – byłem dziewiątą osobą z trzydziestoosobowego biura, która w ciągu trzech miesięcy została zwolniona.
Następna firma – już pierwszego dnia prezes próbował dać mi umowę z niższą pensją niż ustalona. Wyniki miałem dobre, z czasem zostałem szefem działu handlowego. Prezes doprowadził jednak do utraty kluczowych klientów, a potem próbował przejąć dostawców i założyć konkurencję. Gdy chciał mnie w to wciągnąć, nagrywałem rozmowy i przekazałem je właścicielowi. Prezesa zwolnili, lecz założył konkurencyjną firmę, wyniki spadły i po czterech latach pracy zwolniono także mnie.
W piątej firmie szef na etapie rekrutacji obniżył moje wynagrodzenie względem oczekiwań, obiecując powrót do tematu po realizacji celów. Gdy cele spełniłem, usłyszałem, że mam roszczeniową postawę. Odszedłem po niecałym roku.
Dopiero szósta firma była miejscem, w którym nikt nie próbował mnie oszukać. Ustalenia były dotrzymywane, ludzie pracowali tam latami, atmosfera była bardzo dobra. Spędziłem tam osiem lat i pewnie zostałbym dłużej, gdyby nie wyjątkowa okazja.
Dostałem pracę w jednej z największych firm branży, międzynarodowym korpo, z duuużo wyższą pensją. Dzięki wiedzy technicznej i podejściu do pracy regularnie zwiększałem sprzedaż o kilkadziesiąt procent. Wydawało mi się, że to puenta kariery. Po półtora roku firma zaczęła jednak globalne redukcje obejmujące kilka tysięcy osób, w tym mnie. O ironio w chwili zwolnienia miałem jeszcze dwie nagrody do odebrania.
Dziś, mając nieco ponad 40 lat, prowadzę własną działalność w tej samej branży. Idzie dobrze — finansowo nawet lepiej niż w korporacji. Nie stoi za mną logo dużej firmy, tylko moja wiedza i doświadczenie. Cena jest jednak wysoka: brak urlopu, stres i praca godzinowo ponad etat.
Z zazdrością patrzę na ludzi, którzy dobrze trafili — do firm, które były zainteresowane rozwojem pracownika, a nie jego wykorzystaniem.
Ja takiego szczęścia nie miałem.
O wychowaniu i tabu nagości.
Osobiście nie mam problemu z rozbieraniem się w saunie i w szatni, ale rozumiem, że są dziewczyny tak się wstydzące, że nawet strój kąpielowy je przerasta. Ale do rzeczy. Dwa pierwsze tygodnie lipca byłam na praktykach w innym mieście. Nocleg mieliśmy w schronisku młodzieżowym. Fajnie, ale jako że to schronisko, to była wspólna łazienka (niekoedukacyjna). W każdym razie kabiny prysznicowe raz, że tak małe, że ręcznik i ubrania trzeba było zostawiać na wieszaku znajdującym się ze 2 m dalej, to dodatkowo szyby w drzwiach kabin były praktycznie przeźroczyste.
Dla mnie i innych dziewczyn nie był to problem. Rozbierałyśmy się przy wieszaku, tam też się wycierałyśmy, kremowałyśmy itd.
Wszystkie z wyjątkiem Pauliny.
Dziewczyna z uporem maniaka wstydziła się rozebrać. Początkowo chciała kąpać się sama, jak wszyscy pójdą spać, ale o 21 wracały panie z jakiejś pracy i do 22 okupowały łazienkę, a po 22 obowiązywała cisza nocna. Co więc wymyśliła Paulina? Przychodziła w ubraniu, rozbierała się w kabinie WC i w ręczniku szła się kąpać i w ręczniku też się kąpała. Potem w ociekającym ręczniku szła do WC i tam się wycierała i przebierała. Efekty były dwa: wszystko zalane od cieknącego ręcznika. Plus dziewczyna lekko „pachniała”, bo z uwagi na ręcznik tylko spłukiwała ciało. A i to nawet nie do końca, bo ręcznik...
Aluzja w postaci żelu pod prysznic rady nie dała.
Jakiś czas temu zauważyłam, że nie umiem już kochać własnej matki.
Od zawsze nie mogłyśmy się dogadać, czy to w dużych, czy małych kwestiach. Kłótnie były bardzo częste i mocne (nawet jeśli chodziło o drobne rzeczy). Nie raz zostałam uderzona i zwyzywana od najgorszych i zawsze słyszałam: „Ty powinnaś przeprosić”, mimo że nic złego nie zrobiłam, tylko postawiłam się wreszcie i powiedziałam „nie”.
Czy jestem okropna?
Jestem tak żałosna w kontaktach międzyludzkich, że prawie nie zdałam roku na studiach, bo nie dałam rady znaleźć sobie grupy na projekty grupowe... Nawet nie grupy, a po prostu osoby, która by się podpisała.
Radzę sobie wszędzie normalnie, rozmawiam z ludźmi w pracy, na żywo, w Internecie etc., etc. Wszędzie. Tylko nie, kurna, na uczelni.
Stresuję się, nie mam zielonego pojęcia czemu, dlaczego, nieironicznie łapię się na tym, że nie mam zielonego pojęcia, o co mi znowu chodzi, po prostu stresuję się, bo czemu by nie, czasem do takiego stopnia, że mi słabo.
Nie potrafię normalnie z kimkolwiek pogadać ani odezwać się na wykładzie, bo albo zamieram, albo mówię jakiś bezsensowny bełkot, który czasami sklei się w coś sensownego.
Strasznie mnie to drażni, bo CHCĘ, ale sama siebie blokuję. Wiem, że tylko i wyłącznie we mnie jest problem, ale nie mam zielonego pojęcia jak to rozwiązać ani od czego w ogóle zacząć.
W związku z bardzo trudnym okresem w moim życiu, w którym byłem wyeksploatowany na każdy możliwy sposób – fizyczny, psychiczny, emocjonalny – poddałem się moim żądzom i skorzystałem z usług prostytutki. Potem kolejnej, i kolejnej, i kolejnej. Chcę się podzielić tymi doświadczeniami, żeby uchronić innych przed popełnianiem tego samego błędu. A przynajmniej dać perspektywę, jak to wygląda w rzeczywistości.
Wszystko zaczęło się oczywiście od pornografii za nastolatka, które rozbudziło wyobraźnię i napchało różnych obrazów do głowy. Kolejnym punktem zapalnym było poznanie pewnych stron (kto wie, ten wie), na których te panie się ogłaszają. Są one na tyle zaawansowane, że używając filtrów, można przebierać w ogłoszeniach do woli. Wiek, wzrost, waga, rozmiar biustu, kolor włosów, miasto, dzielnica oraz preferencje wykonywanych usług. No i zaczęło się przeglądanie, czytanie, sprawdzanie itd., itp. Tutaj jedno co myślę, że było OK, to że po regularnym przeglądaniu tychże ogłoszeń zauważyłem, które ogłoszenia są trwałe (miejscowe), a które przejezdne (tak, niektóre panie dość często zmieniają miasto, w którym pracują).
Obie te rzeczy + uzależnienie od masturbacji + bardzo zły moment w życiu dały solidny fundament do skorzystania z usług pani do towarzystwa. Korzystając z drugiego numeru telefonu przeznaczonego tylko do tego, zadzwoniłem do pani i umówiłem się na spotkanie. Takie spotkanie zazwyczaj przebiega w podobny sposób. Drzwi się uchylają, wchodzisz, wita cię pani w bieliźnie (albo w tym, co sobie zażyczyłeś), rozliczasz się, prysznic (czasami nie, ale to sygnał alarmowy), seks, do widzenia. W opisach ogłoszeń są zazwyczaj piękne wywody o uniesieniach, rozkoszy itd. Ale spotkania raczej są bardziej rzeczowe, chyba że w klimacie GFE. Niektóre panie popędzają, niektóre przycinają na czasie, niektóre są w porządku, ale większość przycina jak może – trudno się dziwić w sumie.
Korzystałem też z masażu NURU (w tym lingam) – zdecydowanie lepsza opcja dla potrzebujących atmosfery i chcących się zrelaksować, a nie użerać z pannami.
Zrezygnowałem z tego z kilku powodów.
Na ostatnim spotkaniu zostałem bardzo źle potraktowany. Przepaliłem mnóstwo pieniędzy. Po czasie i refleksji to były moje najgorsze razy, jakie miałem w życiu. Traktowanie przedmiotowo ludzkiego ciała, niezależnie od strony, która to robi, jest straszne. Nie podoba mi się, że w momencie słabości nie znalazłem w sobie siły, by jeszcze o siebie zawalczyć, tylko poddałem się wszystkiemu i wszedłem w stan totalnej obojętności na to, co robię i co się ze mną dzieje.
No i chyba najważniejsze. W tym momencie wolałbym być uboższy o te doświadczenia i żeby były one co najwyżej dalej moimi fantazjami.
Zawsze myślałem, że jestem dobrym człowiekiem. Rzeczywistość okazała się trochę inna. Oby przyszłość była lepsza :-)
Mam prawie pięćdziesiąt lat i gdy dowiedziałam się, że mój mąż, z którym jestem już ponad ćwierć wieku, mnie zdradził, a właściwie zdradzał, bo był to romans trwający ponad dwa lata, to mu wybaczyłam. Przyszedł do mnie i wyznał prawdę i poprosił, byśmy zaczęli od nowa, a ja po namyśle wybaczyłam. Nasze dzieci, moi rodzice i teściowa uważają, że dobrze zrobiłam i nie rozbijam rodziny. Oczywiście tyle lat razem, a to był błąd, za który nie mogę skreślić męża.
Teraz niby wszystko jest dobrze, aż wręcz cukierkowo.
I to mnie wkurza.
Prawda jest taka, że wybaczyłam w teorii, bo mam nienawiść w sercu do męża za to, co mi zrobił, a nie rozwodzę się, bo sama bym sobie nie poradziła finansowo.
Mąż zarabia dużo, ja najniższą, dom oraz samochody są na niego i do tego kilkadziesiąt lat temu namówił mnie na intercyzę, bo ma firmę i nie chce, bym odpowiadała za jego hipotetyczne długi.
Odwiedzam ojca tylko dlatego, że chcę zostać dopisana do spadku.
Mój ojciec jest osobą starszą, ostatnio wykryto u niego raka z przerzutami. Jest bogaty, mimo że tego nie widać, ma kilka hektarów ogromnego pola niedaleko Gdańska, które jest bardzo atrakcyjne dla deweloperów. Nie mam z nim żadnej relacji emocjonalnej. Mój ojciec nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha, ale żeby mnie uderzyć kablem od odkurzacza albo pasem, to był pierwszy. Ciągle tylko na mnie narzekał, przy swoich kolegach potrafił mi rzucić tekstem, że oddałby mnie za krowę jakiemuś staremu dziadowi, bo nic ze mnie nie będzie (miałam 6 lat). W końcu zdecydowałam się urwać z nim kontakt. Teraz jestem już osobą dorosłą i szczerze mówiąc, nie widzę w ojcu „ojca”, tylko bankomat. Sam sobie zapracował na życie, które ma. Uważam, że za to wszystko, co przeszłam, za zniszczone dzieciństwo i traumę, należy mi się chociaż część majątku.
Jestem 24-letnim facetem. Ostatnio miałem mały wypadek, w którym zdarłem sobie trochę twarz. Jestem kelnerem, na co dzień pracuję z ludźmi, a że nie chciałem wyglądać jak menel, postanowiłem zakryć obtarcie korektorem.
Niestety, moja znajomość tego typu kosmetyków nie jest zbyt dobra, więc kupiłem za jasny odcień. Postanowiłem więc nałożyć go sobie na całą twarz, żeby nie było widać różnicy w tym jednym punkcie.
I wiecie co? Chodzę tak z tapetą na ryju od trzech dni do pracy i póki co żaden z moich współpracowników się nie poznał. Żaden!
W piątek kumpel z pracy miał urodziny, więc zaprosił kilka osób na drinka, od razu po pracy poszliśmy do pobliskiego baru, posiedzieliśmy, wypiliśmy kilka piw, ale ogólnie wszyscy byliśmy zmęczeni po 12-godzinnej zmianie, więc po kilku godzinach wszyscy zwinęli się do domu. Następnego dnia przyjaciółka zapytała mnie, czy nie poszłabym z nią na imprezę. Ogólnie za imprezami nie przepadam, ale koleżanka właśnie zerwała z chłopakiem i chciała odreagować, więc w sobotę wieczorem wyruszyłyśmy na podbój miasta.
Bawiłyśmy się już chwilę w klubie, wypiłyśmy ledwo po dwa drinki, gdy zaczęłam się dziwnie czuć, kręciło mi się w głowie i było mi słabo. Przyjaciółka wyprowadziła mnie na zewnątrz i zadzwoniła po mojego chłopaka, który przyjechał i zabrał mnie do domu, ja niewiele z tego pamiętam. Byłam pewna, że nie mogłam upić się tymi dwoma drinkami, ktoś musiał mi coś dosypać, na szczęście przyjaciółka szybko zareagowała. Całą niedzielę przespałam i obiecałam sobie i chłopakowi, że już nigdy nie pójdę na imprezę bez niego.
W poniedziałek poszłam do pracy na rano, nie czułam się jeszcze najlepiej, ale nie miałam wyboru. W pewnym momencie podeszło do mnie kilku obcych facetów, zapytali o nazwisko i poprosili, bym z nimi poszła. Zabrali mnie do pokoju, gdzie siedziało już kilku moich kolegów, a wkrótce zaczęło przychodzić ich jeszcze więcej. Nikt nic nie mówił, wszyscy byli zdezorientowani, zabronili nam ze sobą rozmawiać, więc nikt nic nie wiedział. W końcu jeden facet stwierdził, że to już wszyscy z listy i zaczął nam wyjaśniać, o co chodzi. Otóż ktoś doniósł do naszego szefa, że w piątek w barze braliśmy narkotyki, dostarczył mu listę wszystkich, którzy tam były i teraz będziemy mieli przeprowadzane testy narkotykowe. Potem zabierali nas pojedynczo do łazienki, wkładali niebieską tabletkę do toalety, byśmy nie mogli nabrać wody, dali nam kubeczek, do którego trzeba nasikać, a potem już tylko czekać na wyniki.
Tylko dwie osoby miały wynik pozytywny: jeden kolega, który pali dużo marihuany, oraz ja. Na nic nie zdały się moje tłumaczenia i wyjaśnienia, że w sobotę ktoś mi coś dosypał. Zostałam zwolniona dyscyplinarnie (w kontrakcie był zapis o narkotykach i testach, w Anglii to normalne).
Nie wiem, co teraz zrobię ze swoim życiem, uwielbiałam tę pracę, miałam wysokie stanowisko i dużo czasu mi zajęło, by tam dojść. Najlepsze jest to, że nigdy w życiu nie zażyłam żadnych narkotyków z własnej woli, mój kuzyn zmarł po przedawkowaniu i po prostu brzydzę się narkotyków.
O tym, jak rodzina potrafi wyzyskać...
Od 3 lat mieszkam z chłopakiem w Austrii. Mój chłopak pochodzi z małej miejscowości na ścianie wschodniej, więc kiedy wyszło, że jest gejem, była afera stulecia – jego matka wyklęła, zwyzywała, ojciec to samo, napuścił na niego połowę osiedla (nadal nie rozumiem, co jest z nimi nie tak, to w końcu ich syn), więc chłopak się wyprowadził do Warszawy, skąd jestem ja. Wyprowadziliśmy się do Austrii „za chlebem”, aby zarobić trochę na przyszłość, jednak zdecydowaliśmy się zostać, bo dobrze nam się tu żyje. Mój luby ma kontakt tylko ze swoją kuzynką, która z całego tego grona jest najnormalniejsza.
Jakiś czas temu kuzynka chciała zwiedzić Wiedeń, więc ją zaprosiliśmy. Niestety nie spodziewałem się, jakie będą skutki...
Moja „teściowa” zadzwoniła do chłopaka z propozycją „pokoju” za kilka rzeczy z Austrii. (jak wiadomo, na zachodzie Europy produkty mają lepszy skład niż nad Wisłą, więc potrzebowała milion proszków do prania i innych takich). Z racji tego, że pomimo tego, co się zdarzyło, mój chłopak nadal kochał swoją matkę, zgodził się i po pewnym czasie zakupy dla matki były na porządku dziennym. Gdy przyjeżdżaliśmy na święta czy urodziny, przywoziliśmy multum rzeczy – zabawki dla dzieci, słodycze, proszki, detergenty i inne tego typu. Teściowie i rodzina chłopaka byli ewidentnie bardzo chętni nowych rzeczy, gdy otwierały się drzwi, matka już zaglądała do toreb, ani dzień dobry, ani pocałuj mnie w dupę, tylko już szperała w siatach...
W końcu nastał okres, kiedy oboje mieliśmy zapieprz w pracy, więc pomimo zbliżających się urodzin jego bratanka nie mogliśmy przybyć do Polski. Zadzwoniłem do „teściowej”, aby ją o tym powiadomić, a ta rzuciła się na mnie, że jestem skąpcem, że ze mnie Żyd-złodziej i inne tego typu – nie wytrzymałem, w obecności chłopaka oznajmiłem, że jest pazernym pasożytem, że cała szopka z „pokojem” jest po to, aby nas za przeproszeniem wydymać z kasy, że żałuję każdego eurocenta wydanego na nią oraz że gorszej teściowej wymarzyć sobie nie mogłem. Rzuciła słuchawką.
Nie pomyślałbym, że ludzie są aż tak pazerni...
Dodaj anonimowe wyznanie