Wyznanie z przesłaniem.
Moja starsza siostra była fantastycznym człowiekiem, przemiłą osobą, dobrym pediatrą. W czasie studiów nauczyła się francuskiego – jej marzeniem było zamieszkać we Francji. Jak chciała, tak zrobiła. Wyjechała, tam leczyła dzieci, poznała Francuza, planowali ślub. W miarę możliwości ja i rodzice odwiedzaliśmy ją, byliśmy w regularnym kontakcie. Naprawdę wydawała się szczęśliwa.
Na początku tego roku zadzwonił do nas Victor, facet siostry. Nie żyła, zabiła się.
Cała rodzina w szoku, przyjechaliśmy do Francji. Siostra była przecież taka szczęśliwa...
Błąd.
Victor przyznał, że od dłuższego czasu miała problem z piciem. Nie mówiła nam, żeby nas nie martwić. W styczniu powiedziała, że idzie na kawę z koleżanką. Wynajęła pokój w hotelu i przedawkowała leki. Zostawiła list, napisała, że jest porażką i nie chce tak żyć. O co jej chodziło, nikt dokładnie nie wie.
Uważajcie na swoich bliskich. Ludzie naprawdę potrafią doskonale udawać szczęśliwych.
Na studia przeprowadziłem się do innego miasta. To były czasy, kiedy modne były tzw. flashmoby, czyli że ludzie zmawiali się przez internet i potem robili coś wspólnie w miejscu publicznym, np. tańczyli. Dowiedziałem się o takiej właśnie akcji, która miała mieć miejsce akurat w dzień mojego przyjazdu. Uznałem, że to ciekawy pomysł i może okazja, aby kogoś poznać w nowym miejscu. Pojawiłem się o odpowiedniej porze w ustalonym miejscu i gdy zaczęła się akcja, zauważyłem, że stoję obok bardzo ładnej blondynki. Nasze spojrzenia szybko się spotkały, nawet przez chwilę tańczyliśmy razem. Ale na koniec odeszła do grupy dziewczyn, z którymi przyszła, a ja nie miałem śmiałości, by podejść, więc nie zamieniłem z nią ani słowa.
Przez resztę tygodnia myślałem o niej codziennie. Plułem sobie w brodę, że nie zagadałem i teraz prawdopodobnie nigdy w życiu już jej nie spotkam.
Minęło kilka dni, gdy wychodząc z pokoju w akademiku, prawie wpadłem na dwie dziewczyny. Byłem w szoku – jedną z nich była ta blondynka z flashmoba. Tym razem od razu się odezwałem, oczywiście mnie poznała. Okazało się, że mieszka w tym samym akademiku, nawet na tym samym piętrze! Miałem więc okazję ją poznać i... okazała się wredną suką. Nie wszystko złoto, co się świeci :)
Krótko. Mam kink na stopy, odkąd pamiętam, w wieku 13 lub 14 lat dogadzałem sobie skarpetką mojej babci. Podobało mi się.
Miałem problem z wyborem prezentu urodzinowego dla dziewczyny.
Problem rozwiązany, zdradziła mnie z kolegą.
Miałam 3 lata. Musiałam chodzić do przedszkola. Nienawidziłam tego. Zwłaszcza leżakowania. Droga do przedszkola zajmowała 2-3 minuty bez zapierania się. Budynek – typowa „tysiąclatka” w mniejszym wydaniu. Okna z dużymi lufcikami na górze i na dole. Otwierały się wszystkie. Czas – początek września, piękna pogoda. Większość dolnych lufcików otwarta.
Do tej pory zastanawiam się, co mi strzeliło do głowy...
Otóż znalazłam jakiś worek foliowy i napakowałam do niego zabawek. Pamiętam do dziś te plastikowe lalki piszczące i inny badziew! Wtf?! Miałam taką w domu i to niepomazaną długopisem! Worek za okno, po worku moja kolej. Daleko nie uciekłam. Tylko na przedszkolny plac zabaw. Stałam, jak ta sierota i darłam japę: „Mama! Mama!”. No na pewno mnie słyszała! To tak blisko domu przecież! W planach było późniejsze oddalenie się przez dziurę w ogrodzeniu... udaremnione przez wychowawczynię ze starszej grupy. Dostałam klapa w zadek i zaciągnięto mnie do przedszkola. Nikt się nie zorientował, że jedno dziecko im zwiało! Ale dolne okna już zawsze były zamknięte...
PS Mój syn, lat 3, i jego pierwsze dni w przedszkolu. Czym się wsławił? Próbą ucieczki. Łapałam go ja plus trzy babeczki z personelu przedszkolnego. Tylko nie miał worka z zabawkami! ;)
Mam koleżankę. Koleżanka ma chłopaka. To bardzo zazdrosny typ, kontroluje ją na każdym kroku, zabrania rozmawiać z innymi mężczyznami, z większością koleżanek również... Dziewczyna ma zakaz spotykania się ze znajomymi, chodzenia do kina (nawet z koleżanką), ogółem na każdym spotkaniu sprawdza jej telefon i potrafi zrobić awanturę chociażby o to, że kolega ze studiów przesłał jej notatki... Ma zakaz dodawania do znajomych na FB innych facetów, czy to kolega z pracy, czy ze studiów, nieważne – jak zobaczy, to awantura. Chora sytuacja ogólnie, próbowałam wielokrotnie przemówić jej do rozsądku, że on niedługo zniszczy ją psychicznie. Ona oczywiście nie słucha, bo to jej „pierwszy facet” w każdym tego słowa znaczeniu.
Co denerwuje mnie najbardziej? Za każdym razem, kiedy jest z nim (widują się głównie w weekendy lub czasem w tygodniu, bo ona studiuje w większym mieście), blokuje mnie na FB oraz mój numer! Po prostu nie chce, abym pisała do niej cokolwiek lub dzwoniła, kiedy są razem. Rozumiem, że nie chce go wkurzać, ale... gdybym potrzebowała jej pomocy? Gdyby coś mi się stało? Albo gdybym zwyczajnie miała chęć na rozmowę z przyjaciółką? Zazwyczaj cały weekend jestem zablokowana, a w poniedziałek rano wita mnie wiadomością: „Hej co tam?”.
Czy to normalne, że mnie to wkurza i myślę, czy by nie zakończyć tę znajomość?
Mam 22 lata i niedawno poznałam swojego pierwszego chłopaka, D. Jest mi z nim naprawdę dobrze. Poznaliśmy już nawet swoich rodziców i wszystko układa się dobrze. Jego praca pozwala spotykać się nam tylko na weekendy, bo mieszkamy jakąś godzinę drogi od siebie. Czasami jak się trafi wolne, to widzimy się w tygodniu na kilka godzin. To taki wstęp.
Przez moją rodzinę nie potrafię cieszyć się tym związkiem. Potrafią powiedzieć mi wprost, że to tylko taki chłopak na chwilę i krótkie zauroczenie. Często słyszę teksty typu: „ciekawe ile jeszcze z tobą wytrzyma?”, „co on w tobie widzi?”. Nigdy się nie akceptowałam. Byłam zdziwiona, że się mną zainteresował. Przez pewien czas myślałam nawet, że to żarty. Może się z kimś założył... Nie lubię swojego ciała, ale gdy widzę się z nim, potrafi sprawić, że zaczynam być pewniejsza siebie. Jednak gdy wracam do domu, to mija. Zaczynam czuć, że nie jestem odpowiednią osobą dla niego. Że się ze mną męczy i na pewno prędzej czy później skończy to, co jest między nami.
Jest tylko jedna osoba, która naprawdę się z tego cieszy – moja kuzynka. Uważa, że to wspaniale i jest w tym ze mną. Chłopak też wie, co się dzieje u mnie w domu. Często mówi, że mam się tym nie martwić. Że my wiemy, jak jest między nami i to jest ważne. Czasami wspomina, że musi mnie jak najszybciej stamtąd zabrać, ale ja się boję. Nie znamy się aż tak długo. A jak nie wyjdzie, to rodzina nie da mi spokoju... Będą wypominać, że mieli rację. Razem moglibyśmy się utrzymać, ale jak się rozejdziemy, to nie będę miała wyboru i będę musiała wrócić do domu.
Zaczynam myśleć, że oni nie chcą, abym była szczęśliwa. Przez całe życie byłam dla nich. Tylko rzadkie wyjścia z koleżankami. Teraz chcę spędzać jak najwięcej czasu z chłopakiem. A im się to chyba nie podoba.
I zaczynam się zastanawiać, czy może oni nie mają racji? Może faktycznie to ja się mylę?
Chłopak mówi, że jestem za bardzo od nich zależna. Że za duży mają na mnie wpływ. A rodzice mówią, że to on mnie zmienia i chce zabrać dla siebie. Nie wiem, co myśleć.
K poznałam na początku studiów. Wydawał się świetnym facetem, szybko zaczęliśmy się spotykać. Było jak w bajce, dbał o mnie, był czuły, opiekuńczy i każdą wolną chwilę chciał spędzać ze mną. Po roku związku zamieszkaliśmy razem. Tylko że coś zaczynało być nie tak. Czasem chciałam wyjść gdzieś sama, spotkać się z koleżanką na kawę, a K wpadał wtedy w szał i robił sceny zazdrości. Rozmowy nic nie dawały, cały czas upierał się, że skoro jesteśmy razem, cały czas muszę być przy nim. Zaczęło się robić dziwnie. Kilka razy przyłapałam go na przeglądaniu mojego telefonu. Jak dowiedział się, że robię projekt na studia w grupie, w której jest mój znajomy, jakoś codziennie przypadkiem spotykałam go pod moją uczelnią. Coś na zasadzie „bo właśnie szedłem do sklepu, to pomyślałem, że przy okazji poczekam na ciebie i wrócimy razem”. Codziennie. To zaczynało się robić chore. Nigdy nie dawałam mu żadnych powodów do zazdrości, wręcz przeciwnie, bardzo dbałam o nasz związek. Jednak wtedy zaczynałam mieć już dość, czułam się coraz bardziej osaczona. On nie reagował na moje tłumaczenia, że to przesada. Za każdym razem po prostu wpadał w histerię i płacząc, mówił, że mam być tylko jego. Nie dawałam już rady. Zaczęłam się trochę od niego oddalać, stałam się zimniejsza. Domyślił się, że pewnie będę chciała odejść.
Pewnego dnia dowiedziałam się, że jestem w ciąży. To był szok, zawsze robiliśmy to z gumką i bardzo uważnie, bo ciąża byłaby dla mnie jak istny koniec świata. Powiedziałam mu o ciąży. Tak szczęśliwego nigdy go nie widziałam. Zanim zdążyłam się odezwać, że ja tego nie chcę, zaczął snuć plany, jak to będzie wspaniale, zaraz weźmiemy ślub i już zawsze będziemy razem we trójkę. W tamtej chwili byłam przerażona. Myślałam, że to sen, to nie mogło się dziać naprawdę. Tym razem w końcu ja wpadłam w histerię. Wyraziłam się bardzo dosadnie, że ja wcale tego nie chcę i chcę się rozstać już od jakiegoś czasu. K zachowywał się, jakby w ogóle nie rozumiał, co mówię, próbował mnie obejmować i mówił, że teraz ze względu na dziecko musimy być razem. Kolejne kilka dni spędziłam, rycząc w łóżku, za to K chodził wielce uradowany i cały czas „pocieszał mnie” swoimi nowymi pomysłami na nasze wspólne życie w przyszłości. Czułam się, jakby właśnie ktoś próbował na zawsze zamknąć mnie w klatce. Powiedziałam mu bardzo dosadnie, że to naprawdę koniec, żadna ciąża mnie nie obchodzi i nie chcę być z nim ani sekundy dłużej. Chciałam wstać i wyjść z domu, a wtedy jemu odbiło. Zaczął płakać, krzyczeć, szarpać mnie. Padły słowa, że jak odejdę, to on się zabije, bo tak bardzo mnie kocha. Dodał, że celowo przebijał gumki od jakiegoś czasu, z miłości, żeby czymś na stałe nas połączyć. Myślałam, że śnię. Naprawdę się go bałam.
Uciekłam do siostry na drugi koniec Polski. Tam już zostałam. Ciążę usunęłam. A K nękał mnie i moją rodzinę jeszcze przez kolejny rok. Odpuścił, gdy zagroziłam mu policją.
Zostałam nieświadomie trollem, mając 11 lat.
Nauczyciel zgłosił mnie do gminnego konkursu warcabowego, bo dość dobrze szło mi w tej grze. Zawody odbywały się w naszej szkole. Zagrałam już dwie partie, które wygrałam, więc nastał czas na trzecią. Wraz z moim przyszłym konkurentem szukałam wolnego stołu z planszą. Wszystkie były zajęte, nagle patrzę, jeden się zwolnił! No to podeszłam do niego, ale na stole była jeszcze nieskończona gra. Zastanawiałam się, co to znaczy, ale mój mały móżdżek pomyślał, że pewnie ktoś zrezygnował, zanim przegrał. Strąciłam wszystkie pionki i ułożyłam grę na nowo. Zagrałam z przeciwnikiem, potem zaczęłam z następnym, gdy do sali weszła jakaś dziewczynka z nauczycielem i pytaniem, co się stało z tamtą niedokończoną grą. Okazało się, że po prostu źle się poczuła i wyszła na chwilę do łazienki, ale wróciła po chwili, by dokończyć prawie już wygraną partię.
Siedziałam cichutko, do niczego się nie przyznając, tak mi było wstyd swojej głupoty. Tamtej dziewczynce nie przyznano punktów za wygraną partię, a ja dzięki temu zajęłam drugie miejsce w konkursie.
Pięć lat później znalazłyśmy się w jednej klasie w liceum, ale na szczęście nie poznała mnie.
Cofnijmy się do lat 90. Moja rodzina. Mama po dość burzliwym rozwodzie, jej siostra – wtedy panna na wydaniu, dziś stara panna, babcia i dziadek. Typowa klasa średnia, raczej ledwie trzymająca się ponad kreską „biedoty”. Obie z tytułem magistra, nauczycielki.
Tak spędziłam dzieciństwo, razem z setkami innych dzieciaków z pokolenia betonowych lasów.
W moim domu zawsze były bardzo niezdrowe relacje z jedzeniem. Każda odmowa była traktowana jako kaprys, wymysły, naśladowanie nowoczesnych amerykańskich rodzin. Szkodliwe i niebezpieczne.
W domu zawsze były tradycje. Na święta piekło się ciasta, robiło sałatki, mięsa, których potem nikt nie jadł. Na niedzielę dwudaniowy obiad, ciasto i kawka.
Mama i ciotka zawsze miały nadwagę. Pracowały nad tym skutecznie przez całe lata, spędzając wieczory przed telewizorem. Ja od małego byłam niejadkiem. Śniadanie było dla mnie wręcz abstrakcją, wojna o kromeczkę trwała zawsze ze dwie godziny. Mama i babcia załamywały ręce. „Wodę będziesz piła? Dolej sobie soku z malin albo herbatki ci zrobię. A soczku może chcesz?”, „Ciocia tyle się przy pieczeniu wystała, a ty nawet kawałka nie zjesz?” itp., itd.
I tak mieszkając w domu, ważyłam ok. 65 kg przy 170 cm. Niby okej, ale raczej byłam „okrągła” niż szczupła, zwłaszcza brzuch wiecznie mi wystawał.
Myślę, że takich ludzi jak moja rodzina jest dużo. Ich dzieci powielają wyniesione z domu wzorce i nie do pomyślenia jest, by robić coś inaczej. I stąd ta cała epidemia otyłości. Ciekawe zjawisko obserwuje się też w USA. Im biedniejsze społeczeństwo, tym więcej jest w nim ludzi z otyłością. Wynika to po części z niewiedzy, po części z wygody, no i fast food jest bardzo tani. Paradoksalnie ludzie majętni częściej o siebie dbają.
Dziś mieszkam daleko od mamy i ważę 57 kg. Jestem zdrowa i sprawna. Mama i ciotka mają cukrzycę, problemy z nadciśnieniem. No ale ciasto na niedzielę musi być!
Dodaj anonimowe wyznanie