Miałam coś takiego, od maleńkości (jakoś od 2 roku życia), że jak kładli mnie na prawym boku, to po 10-15 sekundach zasypiałam i za nic w świecie nie było można mnie dobudzić przez kolejne 3-4 godziny, w wieku 14 lat mi to przeszło.
Dwa lata temu po raz pierwszy został u mnie na noc mężczyzna, z którym dzieliłam życie dopiero 4 miesiąc.
Wieczorkiem włączyliśmy film, zrobiłam dobrą kolację, wypiliśmy winko, oswojona z myślą, że pewnie dojdzie między nami do czegoś więcej po raz pierwszy, wypiłam trochę więcej wina na odwagę. Zaczęliśmy się całować i przechodzić powoli do rzeczy.
Zaczęliśmy kochać się klasycznie, później na boku... Właśnie... na boku... Prawym boku... Po chwili zasnęłam... Przestraszył się koszmarnie, pamiętam jak przez mgłę pogotowie i jakieś światła, obudziłam się po paru godzinach wypoczęta, a przy łóżku siedział on cały zapłakany, ściskając moją rękę.
Mam 22 lata (w tamtej sytuacji 20), lekarze nie wiedzą dlaczego tak mam, nadal jesteśmy razem i kochamy się tylko na lewym boku :D
Zawsze gdy jestem sama w domu i mam ochotę sobie pierdnąć, to najpierw przykładam rękę do odbytu i dopiero wtedy pierdzę. Później wącham tę rękę i delektuję się zapachem bąka. Im bardziej śmierdzący bąk, tym lepiej.
Będzie dosyć krótko i chyba obrzydliwie.
Kiedyś nie zmieniałam majtek tak długo, że aż przetarły mi się w kroku.
Nie zmieniałam ich chyba z miesiąc (a że był to okres wakacyjny, mogłam sobie na taki "luksus" pozwolić).
Nie, nie byłam wtedy dzieckiem. Miałam z 15-16 lat...
Jestem matką czternastoletnich bliźniąt. Urodzili się przed terminem, syn wyszedł z tego bez szwanku, u córki doszło do niedotlenienia mózgu, stąd niedowład czterokończynowy. Wszyscy mówili, że będzie roślinką bez kontaktu, ale dzięki rehabilitacji jest w normie intelektualnej, chodzi o kulach. Martwiłam się o syna, nie chciałam, by czuł się opiekunem siostry. Na turnusach często widziałam, jak zdrowe rodzeństwo opiekuje się tym niepełnosprawnym. Chciałam mu tego oszczędzić, więc nie pozwalałam mu jej pomagać, a ją nauczyłam, by prosiła o pomoc dopiero w ostateczności.
Zaniepokoił mnie brak znajomych u córki. Kiedy zapytałam ją dwa lata temu dlaczego nie ma przyjaciółek, to stwierdziła, że z szarakami nie trzyma. Uznałam, że to efekt dojrzewania i że to minie. Zastanawiałam się, czy dzieci nie odrzucają jej przez kalectwo, ale nawet te niepełnosprawne unikają jej towarzystwa na turnusach, więc to nie przez jej stan zdrowia. Jedyne pozytywne relacje ma ze swoimi rehabilitantami i rehabilitantkami, miejscowymi i turnusowymi, trudno jednak nazwać to przyjaźnią. Córka jest zafascynowana wszystkim, co się wiąże z rehabilitacją neurologiczną i wrodzonymi uszkodzeniami mózgu, więc mają o czym gadać. Z drugiej strony jest dość dziecinna, zawiązuje włosy w kucyki, warkoczyki, uwielbia jednorożce. Widzę spojrzenia jej koleżanek, gdy ją odwożę do szkoły, nie są pozytywne. Na propozycje zmiany stylu reaguje histerią i mówi, że ją nie kochamy. Martwił mnie dysonans pomiędzy dojrzałymi zainteresowaniami a dziecinnym zachowaniem, postanowiłam po feriach pójść do szkolnego psychologa. Do końca roku szkolnego córka była tam dwa razy w tygodniu. Co się okazało? Córka z wyższością patrzy na rówieśników, nie odpowiada nawet na „cześć”. Nie umie wyregulować emocji, są bardzo intensywne, czy to pozytywne czy negatywne. Ostatnio w domu pogryzła sobie ręce, bo koleżanka nie chciała dać jej pracy domowej. Nie pyta o samopoczucie rozmówców, mówi tylko o sobie, swoich pasjach (rehabilitacja i popkultura Europy Wschodniej) czy przeczytanych książkach. Według psycholog córka nie zauważa, że zachowuje się nieodpowiednio. Stwierdziła, że jest rozpieszczona i że powinniśmy odciąć ją od rehabilitacji (chociaż to tylko trzy wizyty w tygodniu po dwie godziny każda) na jakiś czas, by nie żyła tylko tym i żebyśmy zaczęli integrować ją z rówieśnikami. Zaprosiliśmy dziewczynki z klasy córki na ognisko. Ucieszyliśmy się, gdy poszły na spacer. Kiedy wróciły, córki z nimi nie było. Okazało się, że przeszła jedynie kawałek, dalej nie dała rady, a nie chciała dzwonić po pomoc. Do dzisiaj zastanawiam się, czy te dziewczynki nie zrobiły tego specjalnie.
Na rehabilitacje wróciliśmy po czterech tygodniach, ponieważ córce coraz gorzej się chodziło.
Już nie wiem, jak jej pomóc.
Piszę to tutaj, bo muszę to wykrzyczeć. Moi rodzice są bardzo toksyczni i ich zachowanie bardzo mnie męczy. Zachowują się niedojrzale i nie można na nich polegać. Opowiem jedną z wczorajszych sytuacji.
Pojechałam do babci (matki ojca), gdzie mieszkają moje kuzynki, z którymi mam dobry kontakt. Chciałam się z nimi spotkać, bo dawno się nie widziałyśmy. Umówiłam się z mamą, że zostanę tam na dzień lub dwa maksymalnie. Przenocowałam jedną noc i na południe zobaczyłam wiadomość od mamy, że może mnie odbierze dopiero w czwartek. Zadzwoniłam do niej od razu i zapytałam o co chodzi. Ona powiedziała, że ma nadgodziny w pracy i zostanie dłużej. Zdenerwowałam się od razu, bo mama nigdy nie zostawała w pracy dłużej, więc myślałam, że kłamie zamiast powiedzieć mi prawdę. Powiedziałam, że kłamie i o co jej chodzi. Ona się naburmuszyła i zirytowała, mówiąc, że skoro tam chciałam jechać, to mam siedzieć. Powiedziałam, że umówiliśmy się na dwa dni i że chcę wrócić do domu (mieszkam w innym mieście). Wiedziała doskonale, że chcę wrócić, ale zrobiła to specjalnie. Rozłączyła się, a ja wyszłam na klatkę i zadzwoniłam jeszcze raz. Powiedziała, że w końcu przyjedzie.
Na wieczór nadal nie było jej, a kiedy dzwoniłam, specjalnie nie odbierała telefonu. Byłam wściekła, więc zadzwoniłam do taty i zapytałam, gdzie jest mama. On próbował się wymigać od odpowiedzi, więc wiedziałam, że jest w to zamieszany. Zacząłem krzyczeć przez telefon, że inaczej się umawialiśmy i że chcę wrócić do domu. Przyznam, że bardzo mnie wtedy poniosły emocje i zaczęłam krzyczeć, że pojedę z kuzynką bez łaski. W końcu tata zapytał, czy ma przyjechać.
Koniec końców, wściekła się rozłączyłam. Moja kuzynka nie mogła mnie zawieźć z powrotem ze względu na złą pogodę. Następnie próbowałam zadzwonić do obojga rodziców, ale nikt nie odbierał telefonów, nawet gdy dzwoniłam na telefon babci. Ostatecznie odebrał ojciec, gdy moja kuzynka zadzwoniła i poprosiła go o przyjazd po mnie. Próbuje jeszcze kłamać, że mama była u koleżanki, a ja słyszałam jej głos w tle, gdy dzwoniłam do taty. Jednak gdy to powiedziałam, to nic już nie powiedział, tylko mnie przytulił i powiedział, że mnie kocha. Jednak czuję się zmęczona nimi i ich manipulacjami. Nikt nawet nie przeprosił mnie po całej tej aferze. Nie twierdzę, że zachowałam się dobrze, ale szczerze nie wiem, co o tym myśleć.
Ostatnio wpadłem na stację benzynową z wielką potrzeba ekspresowego opróżnienia pęcherza. Jako że kolejka do męskiego kibelka była dość długa, w akcie desperacji wpadłem do toalety dla niepełnosprawnych. Sprawę załatwiłem najszybciej jak mogłem.
Kiedy otworzyłem drzwi, moim oczom ukazał się widok trzech (!) panów na wózkach inwalidzkich, patrzących na mnie z wyrzutem. Stałem zamurowany przez parę sekund, a następnie wyszedłem. Teatralnie kulejąc na lewą nogę, bo nie chciałem być oceniony w podobny sposób, jak chamy parkujące na miejscach dla niepełnosprawnych. Jako że do kibelka wjechał tylko jeden z mężczyzn, a reszta odwróciła się w moim kierunku, musiałem mozolnie kuśtykać aż do samochodu, czując na sobie wzrok obu panów, którzy najwyraźniej nie uwierzyli w mój talent aktorski...
Jakiś czas temu byłem na Węgrzech. Na basenie udałem się do budki z lodami. Zaczepiła mnie Polka i zapytała, czy umiem mówić po polsku. Zanim zdążyłem odpowiedzieć to zjawił się jakiś mężczyzna i powiedział do niej:
- On nie umie mówić po polsku. Spójrz na niego. Jakiś pajac! Skąd jesteś? Z dupy?
- Z Warszawy - odpowiedziałem, a facet spalił buraka i szybko się oddalił.
Pochodzę z rozbitej rodziny. Rodzice po rozwodzie, ojciec alkoholik. Ciągłe rozdarcie pomiędzy jednym rodzicem a drugim. Weekendy zwykle spędzałem u dziadków, z którymi mieszkał mój ojciec. Jak ojciec nie był w transie, to można było z nim naprawdę fajnie spędzić czas. Moje otoczenie oraz środowisko szkolne wypracowało u mnie bardzo silny mechanizm myślenia o sobie w czarnych barwach i wpadłem w bardzo poważne kompleksy. Trwało to od końca podstawówki do czasu studiów. Wolałem spędzać czas w domu przed telewizorem lub komputerem, niż wyjść gdzieś ze znajomymi. Śmierć babci, a później śmierć ojca, jeszcze bardziej pogłębiła ten stan. Idąc na studia myślałem, że zmieniając otoczenie, zmienię sposób myślenia o sobie. Wiecie, nowe miasto, nowi ludzie, nowe znajomości, to pojawiła się szansa na zamknięcie za sobą drzwi i otwarcie nowych. Nic z tego. Za bardzo siedziała we mnie przeszłość, by zrobić to w tak prosty sposób. Przez pierwsze trzy lata studiów wszystko zmieniało się na gorsze. Czasami zdarzały mi się myśli samobójcze, ale pomimo tego chciałem dalej żyć.
I możecie mi nie wierzyć, ale następujące wydarzenie miało faktycznie miejsce. Kiedy pewnej niedzieli wracałem na studia pociągiem, przysiadła się do mnie pewna dziewczyna. Ja miałem zamiar czytać książkę, a ona zapytała, czy może się przysiąść, bo nie lubi sama jeździć. Przystałem na to. Całą drogę rozmawialiśmy, wyżaliłem jej się troszkę, ale poczułem, że mogę jej zaufać. Gdy wysiadałem na swojej stacji, spytała mnie o imię. Odpowiedziałem jej, a ona rzekła tak: "Będę się modlić o dobrą żonę dla pana". Ja jej na to: "Nie wiem, czy aż tak bardzo nagrzeszyłem w życiu, ale dziękuję". Jakiś czas później poznałem przez Facebooka kolejną dziewczynę, która pokazała mi jaką drogę mam wybrać i jak szukać pomocy. Nasza znajomość trwała krótko, ponieważ wylewałem na nią hektolitry żali i w końcu się zbuntowała i powiedziała, że mam się w końcu wziąć za siebie. Dało mi to do myślenia i poszedłem do psychologa. Pani psycholog stwierdziła, że mam syndrom DDA i że potrzebna jest długa terapia. Trwała 1,5 roku. W międzyczasie na portalu randkowym poznałem pewną dziewczynę...
Dziś, po ponad 4 latach walki o siebie, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem szczęśliwy. Od 3 lat mam u boku wspaniałą kobietę, która od półtora miesiąca jest moją żoną. Być może modlitwy tej dziewczyny z pociągu zostały wysłuchane, za co serdecznie jej dziękuję. Jednak nie miałbym tego wszystkiego, gdybym nie potrafił walczyć o siebie. Wykonałem ogromny krok, prosząc psychologa o pomoc i ten krok uratował moje życie i sprawił, że jestem najszczęśliwszym facetem na Ziemi. Pamiętajcie, że nawet z największego bagna da się wyjść, jeśli się tylko znajdzie motywację.
Kiedyś czytałem wyznanie o dziewczynie, która pracuje z dziećmi z zespołem Downa. Z tego co pisała wywnioskowałem, że dzięki temu jest bardzo szczęśliwa i spełniona, więc kiedy moja szkoła ogłosiła mikołajkowy wyjazd do jakiegoś ośrodka opiekuńczo-wychowawczego, postanowiłem, że może rzeczywiście warto czegoś takiego spróbować. Ogólnie muszę zaznaczyć, że jestem osobą z całkiem bujną wyobraźnią, więc od razu po zgłoszeniu się na tę akcję zacząłem wymyślać różne niestworzone historie o tym, jak to całe wydarzenie mnie zmieni, że stanę się lepszym człowiekiem, a może nawet jakimś wolontariuszem itp. Życie jednak nigdy nie jest jak na anonimowych.
Pojechaliśmy do ośrodka. Kiedy przybyliśmy na miejsce, zacząłem uważnie się wszystkiemu przyglądać, aby zapamiętać "mój pierwszy krok ku przemianie". Później udaliśmy się na salę gimnastyczną, gdzie podchodziliśmy do dzieci i z nimi rozmawialiśmy. Tak w sumie to na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, czy są one chore, czy nie. Po pewnym czasie pojawił się Święty Mikołaj (wysoki uczeń). Przywitał się z dziećmi i poprosił wolontariuszy oraz nas, uczniów, aby każde z nas ustawiło się z jakimś dzieckiem w kolejce po prezent (którym były oczywiście słodycze). Postanowiłem więc udać się do pewnego blondyna, z którym wcześniej przez chwilkę rozmawiałem. Byłem w połowie drogi, kiedy to nagle pojawiła się ONA (nie wiem kto do końca; prawdopodobnie jakaś nowa wolontariuszka).
- Hej. Byłeś już u Świętego Mikołaja? - zapytała. Przez chwilę patrzyłem się w nią tępo, po czym odpowiedziałem coś w stylu "yyyaaayy", co nie świadczyło chyba do końca o moim całkiem sprawnym umyśle.
- Byłeś u Świętego Mikołaja? - ponowiła pytanie z wyraźnym zażenowaniem na twarzy.
- Tooo znaaczyyy.... jaa jeesteeem zeee szkołyyy - odpowiedziałem, przeciągając sylaby.
- Aha... - zmieszała się dziewczyna. - No bo wiesz... hmmm... wyglądasz jak dziecko z ośrodka...
- Spoko - wyjąkałem.
Po tym całym zdarzeniu usiadłem na ławce, czekając na powrót do domu. I chwilowo odeszła mnie chęć pomagania innym.
Nie chcesz mieć małych kotków, bo nie masz co z nimi potem zrobić? Wysterylizuj kotkę.
Dlaczego o tym piszę, skoro to powinno być oczywiste? Wczoraj musiałam zakopać małego zdechłego kotka, bo jakiś "człowiek" wyrzucił na wsi małe kotki...
Zastanawia mnie, skąd w "ludziach" przekonanie, że na wsiach można wyrzucać psy i koty i zawsze znajdą się dobrzy ludzie, którzy je przygarną... Nie, nie znajdą się, tak więc pozdrawiam środkowym palcem wszystkich "ludzi", którzy wyrzucają zwierzęta - oby wam uschły jajka lub zwiędły cycki!
Dodaj anonimowe wyznanie