Chodziłam kiedyś na terapię do psychologa. Podczas jednego ze spotkań, kiedy opowiadałam o swoim dzieciństwie, pani psycholog zaczęła płakać, bo zrobiło jej się mnie strasznie żal.
Moje życie musi być strasznie smutne, skoro nawet „profesjonaliści” nad nim płaczą.
Postanowiłam, że opiszę co „ciekawsze” zachowania teściowej względem swojej rodziny (głównie mojego męża).
Teściowa skończyła podstawówkę. Nigdy nie uważała, że potrzebne jej jakiekolwiek wyższe wykształcenie. Pomimo iż nie była tak wychowywana, to wyznawała zasadę „po co mam pracować, jak wyjdę za bogatego mężczyznę”. Trafił jej się ślepo zakochany górnik. Złoty człowiek, który został moim zdaniem strasznie wyniszczony tą miłością.
„Mamusia” pracowała czasami. Ogółem „zawód: żona górnika”. Częściej jednak siedziała z papieroskiem w ręku przy stole, wymieniając się plotkami z koleżankami. Potem teść zmarł. Wypadek na kopalni. Odszkodowania, renty. Nagle stała się kimś ważnym, miała pieniądze, mówiła o tym. Szkoda tylko, że jej dzieci mało co z tych pieniędzy zobaczyły.
Mąż ma starszego brata i młodszą siostrę. Brat dorabiał, gdzie się dało, byleby zebrać pieniądze na studia, byleby kupić rodzeństwu jakieś nowe ubrania, słodycze. Mało tego: sprzątał i gotował. Nie dostawał od matki nic, bo ta twierdziła, że jest zbyt przesiąknięty wpływami ojca, który nie umiał wychowywać dzieci. Podobnie mówiła o moim mężu. A jego siostra w oczach matki była za mała, żeby zaprzątać sobie głowę zbędnymi na nią wydatkami.
Gdy brat męża wyjechał za granicę, żeby zarobić, zaczęło się piekło. Teściowa zaczęła stosować przemoc. I fizyczną, i psychiczną. Jako że miała nadzieję wychować córkę na drugą siebie, to wszystko skupiało się na biednym synu. Dostawał za to, że nie wyszedł ze swojego pokoju przywitać się, gdy jej koleżanki przychodziły na kawę. Dostawał za zbyt długie jedzenie obiadu. Dostał raz nawet za to, że zapisał się na zajęcia dodatkowe w szkole.
W wieku 18 lat (dokładnie 5 dni po urodzinach) mąż dostał zapakowane w reklamówkę swoje ubrania i informację, że ma się wynieść, bo teściowa nie chce darmozjada w domu.
Jego siostra 3 lata później wyprowadziła się sama. Próbowała utrzymywać kontakt z matką, chciała ją zrozumieć. Odpuściła, gdy usłyszała od niej, że nie jest mile widzianym gościem, ponieważ utrzymuje również kontakt ze swoim rodzeństwem, a to przecież zdrada. „Kochana” mamusia dodała też, że nie mają co liczyć na spadek, bo wszystko dostanie jej koleżanka Ewunia. Bo Ewunia jako jedyna ją rozumie. Szkoda tylko, że ich przyjaźń polega głównie na tym, że piją razem kawę, a potem plotkują z innymi ludźmi o sobie nawzajem.
Chodzą jednak słuchy, że w ostatnich latach spadek miały otrzymać na zmianę i Ewunia, i Basia, i Grażynka. Widać, że teściowa jest bardzo niezdecydowana.
Kiedy miałam jakieś osiem lat, moja kuzynka przerabiała w szkole Narnię. Jako że miałyśmy dosyć bliski kontakt, to miałam okazję do słuchania jej narzekań na tę powieść niemal bez przerwy. Jako ambitna i chętna do nauki dziewczynka stwierdziłam, że skoro ta lektura jest tak beznadziejna, to wypada przeczytać ją dwa razy, a przecież jak mi ją zadadzą, to nie będę mieć tyle czasu! Poza tym marzył mi się podziw w oczach nauczycielki po usłyszeniu, jaką ma wybitną uczennicę. Od razu więc wzięłam się za czytanie i tak oto przepadłam. Już po jakimś czasie miałam wręcz obsesję na punkcie Narnii, ubłagałam nawet rodziców, aby mojej siostrze dać na imię Łucja. Co prawda jakoś specjalnie nie pokazywałam swej obsesji, ale zawsze kiedy przechodziłam obok jakiejś szafy, czułam dreszczyk emocji.
Jakoś dwa lata później przypomniałam sobie o czymś wręcz niezwykłym. Pominęłam jedną szafę w domu! Tę największą, w sypialni rodziców. Wiedziałam, że oni bardzo nie lubią, kiedy ktoś wchodzi do ich pokoju, więc powiedziałam im, że idę do koleżanki, po czym zakradłam się do szafy. Po dosłownie chwili przegrzebywania jej usłyszałam otwierane drzwi i zmarłam, słysząc również głosy rodziców. Zapewne niektórzy już się domyślają – byłam świadkiem ich igraszek. Przesiedziałam w szafie aż do końca.
Na tym mogłoby się skończyć to wyznanie. Mogłoby, ale tak się złożyło, że później jeszcze wielokrotnie wchodziłam do tej szafy z zamiarem podsłuchiwania odgłosów rodziców, a nawet kilka razy zdecydowałam się ich lekko podglądać.
Nie mam żadnej traumy, wręcz bym to powtórzyła.
Piszę ludziom prace licencjackie.
Nigdy nie byłam na studiach.
Ani nie mam matury.
Bo nie umiem matematyki.
Życie to wydra.
Na początku ubiegłego roku szkolnego byłam bardzo pilną uczennicą. Można powiedzieć, że dostałam olśnienia, motywacji i energii do nauki, bo w poprzednich latach byłam poniżej średniej. Zaskoczyłam tym wszystkich nauczycieli. Miałam nawet jedną szóstkę na koniec pierwszego semestru.
Niestety wszystko zaczęło się sypać pod koniec grudnia. Popadłam w depresję z powodu wielu czynników, takich jak brak zaakceptowania wśród rówieśników i rodziny. W styczniu dowiedziałam się, że u mojego taty – jedynej osoby, która mnie wspierała w trudnych chwilach, była ze mną mentalnie, chociaż oddalona o 100 kilometrów – wykryto guza w mózgu. Straciłam jakiekolwiek chęci do wszystkiego. Moje oceny spadły o połowę. Nauczycielka przedmiotu, z którego miałam celujący na semestr, zaczęła mnie gnębić, nawet nie pytając, co jest przyczyną mojej złej nauki. Na każdym kroku udowadniała mi, że jestem nikim. To tylko pogarszało moją sytuację. Wszystko zaczęło mnie przytłaczać, widziałam świat w najciemniejszych barwach, chodziłam przygnębiona i z zaczerwienionymi oczami od płaczu. Zauważyła to nauczycielka od matematyki, najostrzejsza w naszej szkole. Po skończonej lekcji kazała wszystkim opuścić salę, a mnie zatrzymała przy wyjściu. Zapytała, co się dzieje. Wiedziałam, że mogę jej zaufać. Popłakałam się, a matematyczka mnie przytuliła. Mogłam się wypłakać w jej objęciach. Powiedziałam jej wtedy o wszystkich moich problemach. O tym, że nie mam żadnego wsparcia, że wszyscy są przeciwko mnie, o sytuacji w domu. Wysłuchała mnie, każdego mojego słowa. Poczekała, aż się uspokoję. Wtedy powiedziała: „Gdy byłam w twoim wieku, dwa razy podjęłam próbę... Opamiętałam się w ostatniej chwili. Doszło do mnie, że mam dla kogo walczyć – dla mojego przyjaciela. Ty też walcz, a jak nie masz dla kogo, to walcz dla siebie”.
Podziękowałam jej i uciekłam z kilku ostatnich zajęć.
Tego dnia miałam ze sobą skończyć. Miałam wszystko przygotowane. Nie zrobiłam tego. Wszytko dzięki pani od matematyki.
Od tamtego czasu minęło pół roku. Od września chodzę do innej szkoły. Zostawiam za sobą demony przeszłości.
Pomoc nadchodzi w najbardziej nieoczekiwanej chwili. Wystarczy wyciągnąć ku niej dłoń.
PS. Mój tata pomyślnie przeszedł operację i znowu możemy wspólnie nienawidzić mojej popapranej rodziny :)
Mój ojciec kupił sobie węża. Raz tak się go wystraszyłam, kiedy wylazł mi z kanapy, że krzyknęłam i wierzgnęłam, a wąż ugryzł mnie w brodę. Mało? Ojciec mnie jeszcze opierd**lił za to, że wystraszyłam węża.
Niedawno dołączyłem do klubu średniego wieku. Cieszę się dobrym zdrowiem, uprawiam różne sporty, jestem zadbany i wiele też potrafię zrobić. Jednak z każdym kolejnym rokiem jest mi coraz trudniej zaakceptować to, że coraz mniej mogę liczyć na dotyk drugiej osoby. Czuję się przez to samotny, będąc w związku. Niestety rozmowy nic nie przynoszą, a mi już brakuje sił na kolejne próby inicjacji i słuchanie odmowy.
Mam przez to stany depresyjne, które napędzają spiralę, gdzie czuję się jak ktoś gorszy i przez to czasami brakuje mi chęci do życia.
Jestem tak wielkim smakoszem (a raczej „smakoszką”) słodyczy, że gdy widzę osoby o ciemnej skórze... robię się głodna na czekoladę, zwłaszcza gdy ktoś ma apetyczny kolor skóry.
Mam tak dopiero od kilku lat. Miał ktoś podobnie?
Mam problemy psychiczne i walczę już z tym od kilku lat. Albo chociaż próbuję. Byłam już w szpitalach, faszerowali mnie już różnymi lekami. Ostatnio jest trochę lepiej, ale i tak nie jest dobrze.
Wszystko zaczęło się w podstawówce. No jak to małe dzieci nie do końca wiedziały, że mogą aż tak zaszkodzić. Ale ja też byłam mała i bardzo to przeżyłam. Nigdy tego nie pokazałam, udawałam takiego typowego klasowego klauna. Ale tylko w dzień. W nocy zaczęłam się ciąć. Prawie nie spałam.
Obwiniałam się, że to moja wina. Zaczęły się myśli S. Potem próby. Do tego doszła śmierć ojca. Nie chodziłam już do szkoły, nie mogłam się zmusić. Ale wtedy oglądałam zdjęcia ludzi z (dawnej) klasy i oni mieli przyjaciół, a przede wszystkim normalne życie. Moje opierało się na szpitalach. Po lekach były też skutki uboczne, które nie pomagały. Teraz wiem, że nie było warto ukrywać, że te ich żarty bolą. Że zaczęłam się ciąć. No ale mam za swoje. Nie mam do nich pretensji. Ale wiem, że dużo osób też tak ma, że zaczynają się problemy w szkole itp. Proszę, patrzcie na to, co robicie, mówicie. Wy, wasze dzieci czy rodzeństwo. Bo z takich powodów niektórzy mają namieszane w życiu.
Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Czasem nawet to nie jest prawdą.
Moja matka od zawsze była osobą despotyczną. Musiało być tak, jak sobie wymarzyła, nie uznawała żadnego sprzeciwu. Z ojcem dobrała się idealnie, bo ten z kolei chciał przede wszystkim świętego spokoju. Chociaż zarabiał kilkukrotnie więcej, to ona zarządzała finansami domowymi. Możecie więc sobie wyobrazić, jak trudne było dla mnie dorastanie, gdy chce się mieć choć tę odrobinę wolności. Mnie to najczęściej nie było dane, więc wyprowadziłam się tak szybko, jak to było możliwe.
Cofnijmy się w czasie o rok. Chłopak mi się oświadcza, ja cała w skowronkach przyjmuję oświadczyny. Datę ślubu ustalamy na połowę sierpnia, szybko rezerwujemy kościół i salę weselną, powiadamiamy rodziny. Wszystko pięknie, ładnie, każdy się cieszy i życzy szczęścia.
Luty tego roku. Matka dzwoni i mówi, że sorry, nie będziemy z ojcem na twoim ślubie, bo znalazłam taki fajny wyjazd do Włoch właśnie w tym terminie, sama rozumiesz. Nie, nie rozumiałam. Zrobiłam jej największą awanturę w życiu, wypomniałam jej wszystko, czym się nie przejęła – uważa, że dobrze robi i prawdopodobnie z takim przeświadczeniem umrze. Byłam jednocześnie wściekła i przeraźliwie smutna. Jestem ich jedynym dzieckiem, tak potraktowanym w jeden z najważniejszych dni życia. Przepłakałam kilka dni.
Faktycznie na ślubie się nie pojawili. Brak ich błogosławieństwa, pusta ławka w kościele, ojciec nie wzniósł toastu. Ludzie się pytali, dlaczego ich nie ma – mówiłam prawdę, nie jestem ich niańką. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że zaczynam nowy etap życia z ukochaną osobą u boku, z drugiej poziom zażenowania postępowaniem rodziców był bardzo wysoki.
Wrócili tydzień po ślubie. Matka zaprosiła nas na obiad, wciąż sądząc, że nic się nie stało. Mąż zaproponował, że pójdzie sam, powie, co sądzimy o tym zachowaniu i wyjdzie – w moim przypadku istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że się rozpłaczę, czego chciałam uniknąć. Tak zrobił, matka tylko go ochrzaniła, że tyle jedzenia przygotowała, ojciec poprosił go na stronę i przeprosił za zachowanie żony. Mąż powiedział mu, że teraz już za późno, nie wspierał swojej córki, gdy to było najbardziej potrzebne, niemal nie uczestniczył w jej życiu, i nawet nie jest pewien, czy powinien się mianować ojcem.
Kontaktów z nimi zupełnie nie utrzymujemy. Czasem widuję mojego ojca, gdy idę na cmentarz (regularnie kładę kwiaty i znicz na grobie babci, a jego matki), ale nigdy nie podchodzę. Dla mnie nie są już rodziną.
Dodaj anonimowe wyznanie