Gdzie to piękno życia, o którym mi mówili?
Zachód słońca, szmer rzeki, rechotanie żab.
Nie zaczęłam robić nic, a powinnam była już dawno.
Wewnętrzna pustka, a z drugiej strony bezpieczeństwo. Chwilowo mam dość. Potem znów widzę ich – ofiary losu, które dają jakoś radę.
Choć mnie dobry Pan stworzył, to go dziś przepraszam za to, że egzystuję.
Śmiech małego dziecka, matki łzy, ból pleców starego ojca. Gdzieś pośrodku ja.
Błyskawice szatkujące szare niebo, mały domek, nieopodal wzgórze bezpieczeństwa.
Szybka karetka, czerwone światła, ulatywanie ludzkiego życia.
Rozbawiony Hitler ze Stalinem i upadłym księdzem, obok Judasz za piekielnym piecem.
Nade mną wisi demon, wyczekując okazji. Szarpie mną i kłóci się z innymi.
Ta stara szklarnia, co się rozpadła w cholerę i brak wszystkiego na czegokolwiek.
Zacznę od tego, że jestem niewierzącym człowiekiem. Od dawien dawna religia, czy katolicka, czy inna, nie była mi bliska. Moja aparycja również to podkreślała – wygolone boki, tatuaże, piercing. Urodziłem się w małym miasteczku i odkąd mój styl się zmienił, nieraz słyszałem od ludzi na ulicy szereg niemiłych epitetów związanych z moją niewiarą. Jakoś to zniosłem, niestety, nie bez przykrości. Z czasem wyprowadziłem się do dużego miasta i jakoś o tym zapomniałem.
W związku z tym, że straciłem pracę, rodzice zaproponowali mi, bym wrócił do domu na miesiąc, dwa i poszukał pracy w Internecie. Pasowało mi to, oszczędziłem pieniądze i spokojnie, bez stresów o rachunki zająłem się zalewaniem pracodawców z połowy Polski moim CV. Ale odkąd wróciłem, czegoś mi brakowało w mieście. Było inne. Dopiero po tygodniu, gdy jedna z sąsiadek z uśmiechem od ucha do ucha wręczyła mi Biblię do poczytania, zdałem sobie sprawę, że ludzie normalnie mówią mi „dzień dobry”. Nie ma wyzwisk, robienia na ulicy znaku krzyża. Zaintrygowało mnie to, więc zacząłem pytać się rodziców, o co chodzi, skąd ta zmiana.
Okazało się, że w parafii pojawił się nowy proboszcz, który na mszach zaczął tłumaczyć, że do niewiernych trzeba z miłością, zachęcić ich do powrotu na właściwą drogę, bo są niczym baranek, który odłączył się od stada. Spodobał mi się jeden jego cytat: „Pokażmy im, że chrześcijaństwo to wiara pełna miłości, nie fanatyzmu”.
Miałem przez miesiąc spokój na ulicy, nim znowu wyjechałem z miasta. Jednak jeszcze istnieją księża, którzy chcą służyć społeczeństwu, a nie własnej wygodzie.
POZDRAWIAM KSIĘDZA MICHAŁA!
Mam prawie 30 lat. Stwierdzenie, że mentalnie zatrzymałam się gdzieś pomiędzy podstawówką a liceum byłoby dużym uproszczeniem, ale w wielu aspektach tak właśnie jest. Śmieszą mnie te same dziecinne rzeczy, co wtedy, słucham tej samej muzyki, oglądam takie same rzeczy, w taki sam sposób spędzam wolny czas (poza tym, że mogę kupić alkohol, wpuszczą mnie do klubu i chodzę, gdzie i kiedy chcę i nie muszę się nikomu tłumaczyć). Mam ten sam gust, jeśli chodzi o ubiór i fryzury. Te same marzenia. To, do czego dążą lub już dawno osiągnęli moi rówieśnicy, czyli poważny związek, rodzicielstwo, swoje mieszkanie czy małe cele typu prawo jazdy, wydaje mi się nudne, zbędne, uciążliwe.
Upośledzenie umysłowe w moim przypadku odpada, bo skończyłam trudne studia z bardzo dobrymi wynikami i osiągnięciami naukowymi, pracuję w zawodzie, który łatwy nie jest, interesuję się wieloma dziedzinami wiedzy, nigdy też nie miałam problemu z wyciąganiem wniosków, myśleniem abstrakcyjnym lub empatią. Nie mam kompleksów w związku z moim niedojrzałym charakterem, bo radzę sobie w życiu i mam do siebie dystans. Ostatnio zauważyłam jednak coś bardzo przykrego – powoli tracę przyjaciół. Nie odwrócili się ode mnie, ale nasze cele, poczucie humoru i preferencje co do spędzania wolnego czasu się rozminęły. Nic dziwnego, nie mam pretensji, jednak czuję się samotna.
Mając 5 lat i chodząc do przedszkola, pewnego dnia zdarzyło się tak, iż musiałam usiąść przy stoliku, przy którym zwykle nie siedziałam. Był to stolik „popularniejszej” części grupy. Podczas jedzenia obiadu nie zwracałam większej uwagi na rozmowy prowadzone przez moich rówieśników, jednak w pewnym momencie kątem oka zauważyłam, że coś się szykuje. Podniosłam głowę, spojrzałam przed siebie i zobaczyłam członka kolegi z klasy. Po jakiejś sekundzie jak gdyby nic wróciłam do jedzenia rosołu.
Całowałam się z kierowcą Ubera, prawie też doszłoby do czegoś więcej... Byłam wtedy w trakcie dość bolesnego rozstania z chłopakiem, z którym spędziłam kilka lat. W zasadzie do teraz nie wiem, czy mnie w ogóle kochał, ale to temat na inne wyznanie. Tego wieczora wybrałam się na imprezę z koleżankami i nie powiem, wypiłyśmy dość dużo. Koleżanki chciały jeszcze pić i pójść do innego klubu. Ja czułam, że mam dość i wezwałam Ubera. Zresztą byłam z siebie dumna, że jestem grzeczna i równie grzecznie wracam do domu. Gdy przyjechał Uber, usiadłam z przodu i oczywiście zaczęłam rozmawiać z młodym kierowcą. On mnie podrywał, chociaż ja tej rozmowy już nie pamiętam. Nie mieszkam w centrum, więc gdy stanęliśmy przed moim domem, to nie wiem, jak to się stało, ale zaczęliśmy się całować, obmacywać, a on nawet kilka razy zaproponował przejście na tylny fotel. Ja już ogarniałam słabo, bo alkohol dał się we znaki, ale nie zgodziłam się na przejście na tylne siedzenie, tylko dałam mu swój numer.
Następnych kilka dni SMS-owaliśmy i dowiedziałam się kilku smaczków, bo przez alkohol pamiętałam piąte przez dziesiąte, a on przecież był trzeźwy.
Pod moim domem staliśmy kilka godzin.
Musieliśmy też całować się dość agresywnie, bo oniemiałam, jak spojrzałam w lustro, miałam wielkiego siniaka na twarzy, szyi i jakieś malinki. No cóż, przeszłam szybki kurs internetowy, jak zakryć makijażem siniaki i polubiłam się ze swetrami z golfem. Na szczęście nikt nic nie zauważył, oprócz przyjaciółki, której sama to pokazałam.
Okazało się też, że chłopak jest kilka lat ode mnie młodszy i jest właściwie w związku z dziewczyną, która, tak jak ja, jest od niego starsza i na dodatek zostawiła dla niego męża. Nie spotkaliśmy się już drugi raz, chociaż miałam ochotę, bo w jakiś sposób romans wydał mi się mocno kuszący, aczkolwiek dobrze, że tak się nie stało, bo z drugiej strony żal mi jego dziewczyny, chociaż on sam traktował ten związek raczej luźno, a ona chyba już chciała zakładać z nim rodzinę. Taka trochę tania moda na sukces i do teraz mi wstyd.
Koleżanka z pracy po południu miała jechać w ważną delegację, ale rano dostała takiej grypy żołądkowej, że nie była w stanie nawet wyjść z toalety. W zastępstwie miałam jechać ja. I fajnie, ekstra pieniążki zawsze się przydadzą, a spakować się na tydzień w dwie godziny to dla mnie nie problem. Mąż obiady je w pracy, dzieci jeszcze nie mamy, więc pojechałam ze spokojną głową.
Trzy dni po wyjeździe dzwoni do mnie luby i mówi, że będzie u niego nocował kolega. Tylko że w domu jest lekki bałagan (oboje dużo pracujemy i czasami gdzieś tam jakiś bałaganik się zawieruszy, ale bez przesady) i on poprosił swoją mamę, żeby mu posprzątała. No pieprzony książę! Zetrzeć kurze, włożyć naczynia do zmywarki, zmyć podłogę i ubrać pościel dla gości w świeżą powłoczkę to raptem pół godziny roboty. Ale nie, jaśnie pan zmęczony. Tłumaczę mu, że sam może posprzątać, ale on się uparł na mamusię, bo dużo pracuje i jest zmęczony.
Czy ja jestem jakaś dziwna, że przeszkadza mi, że teściowa będzie u mnie sprzątać? Dodam tylko, że to kobieta, która jak nas odwiedza, to wkłada mi palce do kwiatków, pod byle pretekstem zagląda do szafy i za każdym razem przetrząsa wszystkie szafki kuchenne, żeby „znaleźć cukier”.
W klasie mamy zwyczaj, aby w święta dawać sobie nawzajem to, co dana osoba chce dostać. Pech chciał, że wylosowała mnie osoba, która mnie po prostu nienawidzi (typowy Seba, podczas gdy ja jestem bardziej kujonem). Zdziwiło mnie, że podszedł i zapytał, co chcę dostać. Odpowiedziałem, że jako miłośnik roślin chciałbym jakąś dostać. Uśmiechnął się i powiedział: „Nie ma sprawy”.
Rzeczywiście nie było sprawy. Dostałem od niego wsadzony w piękną doniczkę z kokardą barszcz Sosnowskiego :D Nie wiem, jak go zdobył w zimę :D Kisnę do dziś z tego, a badyl rośnie.
PS Bałem się, że mi kupi konopie indyjskie czy coś :D
Przechodziłem raz obok Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku (ci, co mieszkają w Trójmieście, na pewno wiedzą, o co chodzi). Zaczepił mnie nagle starszy pan, nie wyglądał nadzwyczajnie, wydawał się nawet miły. Wskazał palcem na ten budynek i spytał, czy wiem, co to jest.
– Muzeum Solidarności – odparłem krótko, nieco zaskoczony nagłym pytaniem.
– Solidarności? – odparł starszy pan. – CHYBA ZŁODZIEI, K***A!
I poszedł.
Mam zdolności charakteryzatorskie, ale ujawniły się one w dość niespodziewanym dla mnie momencie.
Gdy w szkole podstawowej nadchodził dzień sprawdzianu z jakiegoś przedmiotu, którego nie lubiłam albo do którego się nie przygotowałam, charakteryzowałam się na osobę chorą. Używałam pasteli suchych i wyobraźni. Zawsze tak „podmalowałam” delikatnie swoją twarz, aby wyglądać na chorą i zmęczoną, że rodzice zmartwieni zostawiali mnie w domu. Czasem dodatkowym patentem było zrobienie sztucznej biegunki na majtkach „przypadkowo” zostawionych i zalanych wodą w łazience.
I dobrze na tym wyszłam, jeśli chodzi o moją przyszłość zawodową :)
„Wiesz, że to najlepszy przyjaciel, kiedy inni uważają was za parę”. To zdanie jakoś dziwnie pasuje do mojej sytuacji.
Ja i Natan znamy się w sumie od zawsze, czyli jakieś 29 lat. Oboje mamy żony i jesteśmy szczęśliwi. Ani jego, ani moja żona nie wie jednak o pewnej rzeczy.
Kiedy mieliśmy po 19 lat i pojechaliśmy razem na wakacje, przespałem się z nim. Chciałbym powiedzieć, że żałowałem tego i próbowałem zapomnieć, ale tego nie zrobię, bo to był najlepszy seks w moim życiu. Mimo to oboje stwierdziliśmy, że będzie dziwnie, kiedy dalej będziemy to ciągnąć, więc po prostu ograniczyliśmy dotyk do okazjonalnych czułości. Trwało to jakieś 5 lat. Później weszliśmy w poważne związki i musieliśmy się ogarnąć.
Niedawno natomiast miałem urodziny. Nie robiłem imprezy, siedzieliśmy w czwórkę i rozmawialiśmy. Nasze dziewczyny koło trzeciej powiedziały, że są zmęczone i poszły się położyć. Alkohol + Natan (nie wyobrażacie sobie, jaką on ma klatę) bez koszulki, z rozpiętymi spodniami, to nie może się skończyć dobrze. Delikatne przywołanie wspomnień z wakacji i już czuję znajomy ciężar na kolanach. Nie będę tego opisywać, po prostu się całowaliśmy. W odpowiednim momencie to skończyliśmy.
Jak tak dalej pójdzie, to źle się to skończy. Ja po prostu nie potrafię trzymać rąk przy sobie, kiedy on siedzi obok (czasami się o niego opieram, trzymam za rękę). Nikt inny tak na mnie nie działa, a jednocześnie nie rozumie tak dobrze. Wiem, jak to wygląda i nie zamierzam się usprawiedliwiać, musiałem to po prostu komuś powiedzieć.
Dodaj anonimowe wyznanie