Nie mogę mieć dzieci. Moja starsza siostra dobrze o tym wie. Ona ma dwójkę.
Niedawno udało mi się w końcu kupić własne mieszkanie. Podczas remontu siostra mi powiedziała, żebym nie oszczędzała na materiałach i fachowcach. Myślałam, że chce mi doradzić, żeby mi się dobrze tu mieszkało. Potem dodała jednak: „No bo wiesz, po twojej śmierci to moje dzieci odziedziczą to mieszkanie, bo niby kto? Swoich przecież nie będziesz miała”.
No nie powiem. Zabolało. W dodatku powiedziała to śmiertelnie poważnie. To nie był żart.
Jak byłam dzieckiem, bardzo nie chciałam jeść mięsa, niestety byłam do tego zmuszana. Doszło do tego, że jadłam na siłę, po czym szłam to zwymiotować, a jak nikogo w pobliżu nie było, to chowałam mięso po kieszeniach, w szafach, w biurku, za telewizorem, dosłownie wszędzie gdzie się dało. Dzisiaj jestem wegetarianką, ale nie potrafię postawić granicy i jak ktoś wciska mi mięso, to czekam, aż się odwróci, aby schować je do kieszeni…
Mam prawie 20 lat i nigdy nie miałam chłopaka. Nie piszę tego wyznania, żeby się poskarżyć czy pożalić z tego powodu, wręcz przeciwnie.
Wyprowadziłam się z domu rodzinnego na studia, wynajmuję sama kawalerkę i jestem tu najszczęśliwsza na świecie. Wracam do cichego domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu i gdzie mogę robić, co chcę. Nikt nie kręci się w mojej przestrzeni, nie hałasuje, nie robi bałaganu, nie wymaga nie wiadomo czego. Nie muszę się przed nikim z niczego tłumaczyć ani dostosowywać się do jego planów czy wyobrażeń. A jednak wszyscy traktują mnie jak nienormalną. Rodzice i reszta rodziny przy każdej okazji pytają mnie, kiedy w końcu kogoś przyprowadzę, żartują, że zostanę starą panną z kotami. Znajomi to samo, ciągle tylko rozmowy o tym, że związki to fajna rzecz i w końcu też kogoś sobie znajdę, że warto, że miło jest mieć się do kogo przytulić czy porozmawiać. A ja patrzę na te wszystkie związkowe historie, nawet te z Anonimowych, o zdradach, o kontrolowaniu, o przemocy i wszystkich innych dramach ze związkami związanymi. Słucham o kłótniach o pierdoły, takie jak niewyniesienie śmieci czy brudna skarpetka na podłodze. Widziałam osoby, dla których bycie w związku jest ich całą osobowością i sensem życia, co jest w mojej opinii po prostu poniżające. Dodatkowo wszędzie obecny jest temat wygórowanych standardów, które trzeba spełniać, by znaleźć odpowiedniego partnera. Standardów, których również nie spełniam i spełniać nie zamierzam. Już samo słuchanie o problemach związkowych moich znajomych mnie męczy i irytuje. Jestem zadowolona z obecnego stanu rzeczy w swoim życiu i nie chcę na siłę go zmieniać, mimo że okazje to tego też już miałam. Sama radzę sobie ze wszystkim bardzo dobrze i nie potrzebuję partnera „żeby się mną zaopiekował”. Nigdy nie ciągnęło mnie do romantycznych relacji, a sama wizja bycia w związku mnie brzydzi / przeraża. W związku czułabym się, jakby to było ograniczenie mojej niezależności i wolności, próba zmiany tego, kim jestem.
Czy faktycznie jestem nienormalna? Czy tylko mi się wydaje, że nie zawsze i nie dla każdego związek to odpowiednia rzecz?
Zawsze miałem powodzenie u kobiet. I od prawie zawsze, tzn. od momentu, w którym dotarło do mnie, że mój rozmiar jest poniżej normy, nie potrafiłem zdobyć się na kontakt fizyczny. Wstyd to straszna rzecz. Moją żonę znałem od dziecka, byliśmy z jednej ulicy, jednego podwórka. Razem jeździliśmy na koncerty, czytaliśmy książki tych samych autorów. Z czasem przyjaźń zmieniła się w miłość. No i poznała mój kompleks. Podobno byliśmy bardzo udanym małżeństwem. Aż do momentu zmiany pracy przez moją żonę. Jako osoba po trzydziestce trafiła w dużo młodsze towarzystwo. Imprezowe, wyzwolone. Koleżanki chwaliły się podbojami i walorami zdobyczy. No i cóż, moja żona popłynęła, zaszła w ciążę z kolesiem z pracy. On ją olał. Zostałem z nią, bo nie miałem w sobie odwagi szukać kogoś innego. Dodatkowo fakt, że potrzebowała kochanka, chociaż podobno z nami było wszystko super, spowodował jeszcze większy kompleks. No bo przez co, jeżeli nie przez zbyt małego? Więc zostałem i pomagam jej wychować dziecko.
Chłopak jest dobrym dzieciakiem, staram się być dla niego jak najlepszym ojcem. Ale tego, co zrobiła żona, nie potrafię zapomnieć. Mieszkamy od ośmiu lat w oddzielnych pokojach. Niby razem, ale osobno. Ona też nie stara się tego zmienić. Zdaje sobie sprawę, dlaczego nie odszedłem, bo o moich kompleksach rozmawialiśmy, kiedyś.
Do dupy to wszystko. A natura to złośliwa suka.
Zaręczyny pełne radości i łez. Ogromnie się ucieszyłam! Płakałam i śmiałam się jednocześnie. Ale pierścionek mi się nie podoba... Totalnie nie mój styl, nie moje gusta. Nim się ktoś spruje, każdy ma prawo lubić coś innego i nie oznacza, że jestem materialistką lub wybrzydzam. Wiele lat temu kupiłam sobie złoty pierścionek i jest on całkiem odmienny od zaręczynowego. Naprawdę jestem zadowolona z przebiegu sytuacji i już zaczynam planować wiele elementów ślubu oraz wesela, ale nie dam rady nosić tego pierścionka.
Głupio się czuję z tym, że prawdopodobnie nie będę pracować w trakcie studiów. Nie wyprowadzam się od rodziców, bo mam dobry dojazd i będę studiować dziennie. Moja mama sama była w takiej sytuacji jak była w moim wieku i powiedziała, że żałuje, że nie dała sobie na wstrzymanie z pracą na pierwszym roku, bo wtedy najbardziej cisną, a ona nie miała praktycznie czasu, żeby się uczyć na bieżąco, więc mi odradza zrobienie tego, co ona. Rozumiem to i z jednej strony wiem, że jest to lepsze wyjście, a z drugiej czuję się przez to jak pasożyt i gówniarz.
Jestem po ślubie rok (rocznica była w czerwcu). Właśnie się dowiedziałem, że po 6 miesiącach naszego związku małżeńskiego moja żona była w ciąży. W tych miesiącach zamykałem sprawy za granicą, aby na stałe już wrócić i już być na zawsze z żonką. Co „zabawniejsze”, okazało się, że żona do końca nie jest pewna, kto był ojcem. Kandydatów dwóch. Jeden jej kolega, a drugi jakiś były chłopak. Jak „zakończył” się temat ciąży jeszcze nie wiem, chyba kilka tygodni nosiła.
Żona mówi teraz, że zrobiła dużą głupotę i kocha mnie. I chce być razem. Zapytałem, czy na pewno było „tylko” dwóch kandydatów na tatusia, odpowiedziała w stylu: „Oczywiście, że tylko dwóch, za kogo ty mnie masz, bez przesady”. Co w całej słabej sytuacji było aż zabawne.
Miałem wcześniej kilka partnerek, jednak żona wydawała się zdecydowanie najpewniejsza. Mądra i ułożona. Rodzina i znajomi mają ją za wzór cnót, a tu taki numer.
Zastałem kobitę klęczącą przed obcym typem. Siedzę teraz i zastanawiam się, czego jej brakowało. Jestem rozwodnikiem, była żona była przemocowcem, cudem się od niej uwolniłem, porzuciła syna. Poznałem później ją, która była całkowitym przeciwieństwem byłej żony. Sama była ofiarą wieloletniej przemocy domowej ze strony matki, była cicha, zagubiona, przestraszona z mnóstwem traum, ale jednocześnie prezentowała cechy ciepłej, miłej, ułożonej i bardzo troskliwej kobiety. Kiedy ją poznałem, nie miała nic, mieszkała w warunkach urągającej ludzkiej godności. Stworzyliśmy związek, dałem jej dom, bezpieczeństwo, oparcie, starałem się rozumieć i przepracowywać z nią jej traumy, umożliwiłem i opłacałem terapie. Myślałem, że po latach życie się do mnie znów uśmiecha i byłem przekonany, że ona też jest szczęśliwa, mówiła, że mnie kocha i popierała słowa czynami. Jestem teraz strasznie zawiedziony. Zaufałem jej, naprawdę ufałem i wierzyłem. A teraz? A teraz na nowo obudziły się we mnie te wszystkie uprzedzenia do kobiet.
Mój obecny partner od jakiegoś czasu dziwnie się zachowuje, coraz częściej są jakieś dziwne sprzeczki, coraz częściej nie gadamy, a mieszkamy ze sobą. Niedługo kończy się umowa najmu i zadecydowaliśmy już jakiś czas temu, że przed naszym ostatnim rokiem studiów będzie lepiej, jak oboje wrócimy do swoich rodziców, ze względu na koszty mieszkania i tego, że oboje studiujemy zaocznie, więc ciężko będzie nam opłacić mieszkanie i studia i do tego przeżyć.
Zaplanowałam nam ostatnio wieczór, ale on przestał się znowu odzywać, spotkaliśmy się wcześniej przypadkiem z moją przyjaciółką i podczas rozmowy temat zszedł na byłe związki, a z moim partnerem ustalaliśmy, że nie rozmawiamy o przeszłych związkach. Widząc, że siedzi na telefonie, uznałam, że nie ma zamiaru włączać się w konwersację i normalnie rozmawiałam, jakby go nie było – nie mam nic do ukrycia, więc nawet jeśliby usłyszał, to uznałam, że to nic takiego. Po powrocie do domu usłyszałam, że go okłamuję, bo nie mówiłam, w ilu relacjach byłam przed nim – i już więcej nie zamienił ze mną słowa, nawet nie chciał mi wyjaśnić, o co chodzi.
Nie jestem w stanie sama sobie z tym poradzić, moja przyjaciółka też nie była w stanie mi powiedzieć, co mogę zrobić, ale mam dość już tego ciepło-zimno w związku. Jakieś tipy? Jak zacząć tę rozmowę? Odchodzę już od zmysłów…
Wiecie, co jest najgorsze? Płacenie długów za swoją drugą połówkę, przez co nie możecie sobie pozwolić na nic z własnych zarobionych pieniędzy...
Dodaj anonimowe wyznanie