Kiedyś gdzieś przeczytałam, że gdy zasypiamy, organizm obniża temperaturę naszego ciała i podobnie się dzieje w przypadku, gdy szykuje się na śmierć.
Teraz za każdym razem, gdy budzę się w nocy z dreszczami, trzęsąc się z zimna, obawiam się, że mój organizm przez pomyłkę (bądź nie) za bardzo obniżył temperaturę mojego ciała i próbował mnie uśmiercić.
Piszę to wyznanie jako przestrogę oraz swoiste katharsis, ponieważ wciąż ciężko mi uwierzyć we własną naiwność.
Byłam z nim półtora roku. Pierwszy rok związku to była sielanka: długie rozmowy o uczuciach, planach na przyszłość, masa wspólnych tematów, chemia aż iskry lecą... Wiecie, miłość przez duże M. A przez ostatnie pół roku miał drugą dziewczynę. Spotykał się z nami normalnie, na zmianę raz ze mną, raz z nią. Oczywiście w tajemnicy. Zaczęłam się domyślać po paru miesiącach, ale że nie miałam dowodów, a on pięknie tłumaczył wszelkie moje wątpliwości, trwałam w zawieszeniu dość długo.
Zaczęło się od zwykłego nieodpisywania na wiadomości. Po prostu czasem stawał się nieosiągalny. Ja byłam z tych, co szanują wolność w związku – skoro nie ma czasu, to nie naciskam, przecież nie będę dorosłego faceta kontrolować. Mamy do siebie zaufanie, prawda? No właśnie. Tylko jednak intuicja jakoś nie dawała spać. Narastała we mnie frustracja. A on chyba stwierdził, że jest j***nym mistrzem lecenia w c**ja, bo ukrywał się coraz bardziej nieudolnie. Umawiał się na ostatnią chwilę albo w ostatniej chwili odwoływał spotkania, cyklicznie chował z półki kartki ode mnie... W końcu zobaczyłam dość jednoznaczne SMS-y, no ale przecież on wciąż był taki kochany... Tyle mówił o wspólnych wyjazdach, o podróżach, nawet coś tam wspominał czasem o zaręczynach. Jak zadawałam coraz bardziej dociekliwe pytania, on odpowiednio coraz czulej mnie przytulał, całował...
No dosłownie nie miałam odwagi się przyznać, że coś wiem, bo bałam się, że może jednak mi się wydaje (!!!) i że coś popsuję. Przecież on był taki milutki... I tak sobie trwaliśmy.
Mały przełom nastąpił, gdy zadzwoniła do niego, jak był ze mną. Tu już nie miał jak się wyprzeć. Zaczął mi TŁUMACZYĆ, że już dawno z nią nie gada, próbował to zakończyć już parę razy, to ja jestem jego JEDYNĄ. Żebym dała mu szansę, że to się nie powtórzy. I co zrobiłam? Po kilku dniach wiadomości, że jest w desperacji, że nie wyobraża sobie beze mnie życia, co zrobiłam? Byłam idiotką, wybaczyłam mu. Tak oto dalej miał dwie dziewczyny, o czym dość boleśnie dowiedziałam się po kolejnym miesiącu. Przeczytałam ich rozmowę na fb, okazało się, że potrafił jednego dnia zabrać ją na wycieczkę „z happy endem”, by następnego jechać do mnie na powtórkę z rozrywki. I co ja na to? Wciąż (!) nie miałam jaj, żeby z nim zerwać. Wciąż miałam głupią nadzieję, że i tak jestem ważniejsza, przecież on mnie tu pyta o rozmiar pierścionka! Zamiast wygarnąć mu wszystko w twarz, napisałam do tej dziewczyny. I to ona ruszyła akcję. Jaki był efekt? Wygarnęła mu od razu, on szybciutko ze mną zerwał, wymógł, żebym już do niej więcej nie pisała. Mocno to przeżył.
A już następnego dnia mnie przepraszał i przytulał.
Wtedy już dałam sobie spokój.
Ostatnio coraz więcej mówi się o zachowaniach niektórych rodziców i dzieci w miejscach publicznych. Pracując w sklepie, widziałam wiele sytuacji, kiedy rodzic zajmował się sobą, a dziecko w tym czasie robiło, co chce. Bardzo często zwracanie uwagi i prośby nic nie dają, niekiedy wywołują wzywanie kierownika, pisanie skarg, oczernianie na forach (gdzie można skomentować i ocenić sklep i jego personel), awantury, wyzwiska, kłótnie i zażenowanie.
Najczęstsze sytuacje:
- obrywanie metek od ubrań (często wpychanie ich w kieszenie innych ubrań, o czym dowiadujemy się, dopiero gdy zażenowany klient „pika” przy wyjściu ze sklepu),
- zrzucanie wszystkiego z półek i wieszaków na podłogę (często zakończone deptaniem po tych rzeczach),
- brudzenie ubrań czekoladą, lodami (mimo zakazu wnoszenia jedzenia i napojów na witrynie, upomnienie zazwyczaj kończy się tekstem „oj tam, to tylko batonik, dziecko jest głodne”, „niech pani nie przesadza” albo wyjściem z fochem),
- podglądanie ludzi w przymierzalniach, rozsuwanie kotar, kiedy w przymierzalni są klienci.
Sytuacja sprzed kilku dni:
Pani z ok. 5-letnią dziewczynką przechadzała się po sklepie. Z czasem kobieta zajęła się sobą, a dziecko zaczęło samo „zwiedzać” sklep. W pewnym momencie rozległ się wrzask. Kiedy podeszłam do dziecka ukrytego za regałem z butami, okazało się, że dziewczynka przewróciła się na szpilkach (nic jej się nie stało). Dziecko założyło na nogi (w swoich butach) damskie, wysokie botki. Buty był całe połamane, łącznie z obcasem.
Kiedy poinformowałam matkę, że za zniszczone buty będzie musiała zapłacić, zrobiła ogromną aferę, że nie zapłaci za coś zniszczonego, a w ogóle to wina personelu, że nie zajął się dzieckiem, w czasie kiedy klientka robiła zakupy.
Oczywiście do całej sprawy wezwana została kierowniczka, klientka darła się jak oszalała, bo ona nie zapłaci i już. W końcu, kiedy pogrożono jej policją, łaskawie zapłaciła za buty i oburzona wyszła ze sklepu.
Drodzy rodzice: pracownicy sklepów, restauracji i innych miejsc publicznych to nie wasi służący i niańki dla dzieci. Nikt z nas nie ma obowiązku zabawiać WASZYCH dzieci, kiedy wy jesteście na zakupach. Jeżeli zabieracie gdzieś, gdziekolwiek, swoje dzieci, to ich pilnujcie, żeby nic im się nie stało i żeby nie denerwowały wszystkich dookoła.
Wasza pociecha to wasz obowiązek i odpowiedzialność. Jeżeli nie umiecie zająć się waszym dzieckiem, to zostawiajcie je z kimś innym i nie ciągajcie ich np. po sklepach.
Wyjdzie to na dobre wam, dzieciom, personelowi i innym klientom.
A dzieci należy nauczyć szacunku dla cudzej i publicznej własności oraz innych osób.
Mam szczerą nadzieję, że chociaż jeden rodzic po przeczytaniu tego, co napisałam, zastanowi się nad swoim podejściem do własnego dziecka.
Prawdopodobnie jestem jedyną striptizerką, która jest dziewicą i nigdy w życiu się nie całowała.
Jak miałam 7-9 lat, to z rok starszym kolegą z podwórka lubiłam „bawić” się w trochę inny sposób niż reszta dzieciaków. Nie wiem, kto na to pierwszy wpadł, w każdym razie na początku rozmawialiśmy o obejrzanych przez nas filmach dla dorosłych. Po jakimś czasie wkładaliśmy sobie nawzajem ręce pod bieliznę. Robiliśmy to, chowając się w ustronne miejsca podczas gry w chowanego. Potem kolega zaproponował, żebyśmy posunęli się dalej – na szczęście nie ogarnął, co gdzie się wkłada. Pokazał mi też film, gdzie kobieta robi facetowi Ioda, on też tak chciał, więc mu zrobiłam, ale stwierdziłam, że to jest „fu” i już więcej tego robić nie będę.
Teraz nie mamy już kontaktu, ale jak widzimy się gdzieś na mieście, to strasznie dziwnie się czuję i modlę się w duchu o to, żeby nie pamiętał.
Dwa dni temu do mojego mieszkania wleciała osa. Jako że panicznie boję się wszelkich latających owadów, oczywiście spanikowałam i w pierwszym momencie uciekłam do drugiego pokoju.
Mimo strachu zdołałam się przełamać, w końcu nie chciałam siedzieć pół dnia zamknięta w pokoju, więc odważyłam się i ostatecznie zabiłam wroga kapciem mojego taty. Dumna z siebie wzięłam zwłoki w chusteczkę, by spuścić je w toalecie i świętować triumf.
Tak złapałam, że wbiłam sobie żądło w palca.
Podpisano, życiowa kaleka.
Wiele lat temu, jako dziecko zaczęłam interesować się horoskopami. Nudziło mi się, więc zaczęłam dokładnie o nich czytać, potem próbowałam wychodzenia duszą z ciała i paru innych rzeczy w temacie ezoteryki. Po kilku tygodniach znudziło mi się to i olałam temat. Temat jednak nie olał mnie. Gdy zaprzestałam, zaczęły się dziać dziwne rzeczy w moim domu. Pierwszą sytuacją było, gdy siedząc sama w pokoju i czytając książkę, poczułam nagle chłód i spojrzałam w bok pomieszczenia. Zobaczyłam, jak z góry (okolice sufitu) zlatuje postać, przypominająca człowieka. Ta twarz... nigdy jej nie zapomnę. Zarazem piękna, jak i przerażająca. Po chwili zniknęła, a ja wybiegłam z krzykiem z pokoju. Potem się już zaczęło na dobre. Potworne koszmary w nocy, uczucie ciągłego obserwowania, kroki w środku nocy, głosy mówiące jakby łaciną, uczucie, jakby ktoś bił mnie po głowie, gdy już zasypiałam. Gdy którejś nocy nie wytrzymałam i wybiegłam na korytarz (słyszałam, jak ktoś po nim jakby biegał) to poczułam, że coś obok mnie przeleciało i moje ciało jakby stanęło w płomieniach, aż krzyknęłam z bólu. Spanie ze świętymi obrazkami pod poduszką kończyło się tym, że rano znajdowałam te obrazki na podłodze, a wizerunki osób, które pierwotnie się na nich znajdowały, miały oderwane głowy. Medalik został zerwany przez sen.
Rok, nawet więcej to trwało, zanim powiedziałam rodzicom, co się dzieje i egzorcysta musiał wypędzać to coś. Chciałabym tylko ostrzec innych przed tym, że naprawdę nie ma się co interesować tematami, które są tymi zakazanymi. Z jakiegoś powodu są dla nas właśnie zakazane i tego należy się trzymać. Dla jasności – za dziecka nie oglądałam horrorów, nie wmawiałam nic sobie, jedyną rzeczą, jaką sobie powtarzałam przez rok, było: „wydaje ci się, to tylko twoja wyobraźnia”.
Czemu o tym teraz wspominam? Bo zeszłej nocy znowu widziałam tamtą twarz, gdy spojrzałam w lustro, to coś przez ułamek sekundy stało za mną.
Od roku mieszkam i pracuję w jednym z większych miast w Polsce. Niestety nie stać mnie na wynajem mieszkania, a cenię sobie prywatność, więc żeby nie wylądować na bruku, kupiłem sobie przyczepę kempingową na kredyt, do tego wynająłem garaż z kanalizą i podłączeniem do prądu, w którym jest zaparkowana przyczepa. Za rok spłacę kredyt, a przyczepa zostanie i koszt życia praktycznie w centrum miasta będzie mnie wynosić poniżej kilkuset złotych miesięcznie.
A mówią, że życie w mieście jest drogie :D
Żona wypiła za dużo wina do komedii romantycznej, której morałem było, iż kluczowa w związku jest szczerość. No to ją wzięło na szczerość... Fascynujących rzeczy o niej się dowiedziałem. Np. to, że nie ma pewności, czy kilku byłych z czasów studiów nadal nie ma jej nagich zdjęć, ale to nie problem, większości jasno mówiła, że jest z nimi tylko na chwilę i nie mają żalu. Oraz to, że jak widzi, że się stresuję, to wrzuca mi do kawy tabletki uspokajające, bo „stres jest zły na krążenie”. A przy przyjaciółkach mówi o mnie tylko „mój piesek”. Bo pracuję w policji...
Chyba wolałbym tego nie wiedzieć.
Właśnie chłopak, który pracuje w przychodni w rejestracji, opowiedział mi fajną historię.
Pewnego razu zadzwoniła do nich jakaś kobietka z pytaniem, czy na USG jamy brzusznej musi przyjść osobiście.
Ręce opadają xd
Dodaj anonimowe wyznanie