Wakacje, tak ze trzy lata temu. Mieliśmy ze znajomymi rozbite namioty na kempingu tuż koło uroczego, mazurskiego jeziorka z ładnym, drewnianym pomostem. Tego dnia, a właściwie wieczora, potwornie się upiłem i wpadłem w jakiś dziwny, nostalgiczny nastrój. Podczas gdy reszta mojej ekipy siedziała przy ogniskach i wywrzaskiwała koślawe wersy z dyskografii Dżemu, ja wziąłem upieczoną kiełbaskę, złapałem ją w przeciętą bułkę i poszedłem na pomost, aby oddać się zadumie, patrząc tępo na taflę wody. Po drodze znalazłem kamień, więc od niechcenia wrzuciłem go do wody. Zrobił miłe dla ucha PLUM!, więc po chwili poczłapałem chwiejnym krokiem po kilka innych głazów.
I tak sobie rzucałem kamieniem, nadgryzałem bułkę, znowu rzucałem kamieniem, dziab bułki, kamień, bułka, znowu kamień... Nawet nie wiem, kiedy to się stało. W pewnej chwili wrzuciłem do wody bułkę i wgryzłem się w kamień, łamiąc sobie jeden z przednich zębów.
Łkając, wróciłem na kemping. Kumplom powiedziałem, że dostałem w twarz od jakichś lokalsów. Czym prędzej poszli szukać agresorów, a ja zadowolony, że nikt nie dowiedział się o mojej kompromitacji, poszedłem spać.
Ubytek naprawiłem po powrocie z urlopu. Do dziś utrzymuję, że zostałem napadnięty przez gromadę mazurskich oprychów.
Byłem w markecie na zakupach i zauważyłem na promocji gumowe maski – czarownica, zombie, goryl itp. Były tanie, więc pomyślałem, że kupię jedną i wykorzystam ją do przestraszenia mojej dziewczyny.
Następnego dnia około 2 w nocy jak szedłem do łóżka, a ona już spała, ubrałem nowo nabytą maskę goryla. Wszedłem do łóżka i zacząłem głośno warczeć, potrząsając ją za ramię. Otworzyła oczy, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Przecież już śpię, dziś nic z tego nie będzie”. Jakby nigdy nic odwróciła się na drugi bok i spała dalej.
Mój chłopak jest Japończykiem, kiedy po raz pierwszy postanowiłam odwiedzić jego kraj, zatrzymaliśmy się w hotelu.
W Japonii używa się toalet, które same cię podmywają po zakończonej robocie, tutaj nadmienię tylko, że mam 160 wzrostu i jestem bardzo szczupła.
Tak więc podczas pierwszej wizyty w japońskiej łazience postanowiłam wypróbować ten gadżet, nacisnęłam guzik i czekałam, ale nic się nie działo, więc nacisnęłam ponownie, tym razem go przytrzymując. Nie wiedziałam, że w ten sposób ustawiłam moc podmywaczki na maximum.
Chwilę później gejzer o szybkości światła i o mocy czegoś bardzo mocnego wyleciał w stronę mojego biednego odbytu. A ja przerażona z krzykiem na ustach, dosłownie wyleciałam z muszli i wylądowałam twarzą na płytkach, przed samymi drzwiami łazienki, z gołym tyłkiem i czarną dziurą olśniewającą niebiosa. Po chwili szoku dostałam ataku śmiechu.
Na moje nieszczęście mój luby wyszedł z pokoju, by zadzwonić do rodziców, a w pokoju był akurat chłopiec hotelowy, przynoszący nasze bagaże z recepcji. Po usłyszeniu mojego krzyku, a później dzikiej fali śmiechu (mój śmiech przypomina raczej śpiew godowy łosia), wpadł przerażony do łazienki z chęcią ratowania mojego życia. Nie spodziewał się jednak zastać tam leżącej na podłodze, nagiej od pasa w dół kobiety, z twarzą w posadzce i odbytem skierowanym w stronę Pana niebieskiego.
Zabrałem psa na łąki niedaleko mojego domu. Nikogo nie było w pobliżu, więc spuściłem go ze smyczy, żeby mógł pobiegać, podczas gdy ja położyłem się w trawie i zacząłem czytać książkę. Słonko grzało, zrobił się miło, no i zasnąłem.
Po około godzinie pojawiła się policja i pogotowie. Ktoś ich wezwał, bo myślał, że jestem martwy.
W moim domu rodzinnym się nie przelewało – z pieniędzmi, bo miłości I zrozumienia nigdy nie brakowało. Rodzice odejmowali sobie od ust po to, by kupować mi ładne rzeczy, żebym nie odstawała od innych dzieci, dopiero po latach to zrozumiałam. Później, jak już byłam w liceum, sytuacja poprawiła się, jak tato znalazł dobrą pracę. Nie byliśmy bogaczami, ale biedakami też nie.
Rodzice zawsze uczyli mnie, że pieniądze są w życiu ważne, i to bardzo, bo bez nich w dzisiejszym świecie nie da się żyć, ale nigdy nie powinny być najważniejsze. Tato ostrzegał mnie też przed popularnymi i głośnymi chłopakami, sam takich znał za młodu, zazwyczaj źle kończyli. W ogóle dużo rozmawialiśmy jak przyjaciele. Słuchałam rad taty – do czasu, aż zakochałam się bez pamięci od pierwszego wejrzenia w chłopaku, o którym nie wiedziałam nic poza tym, że jest „takim” właśnie typem, popularnym i głośnym. Taki był na pierwszy rzut oka, ale w jego oczach widziałam coś, co odróżniało go od grupki jego zgrai przybocznej. Znajomi oczywiście mi odradzali spotykanie się z nim ze względu na jego reputację, przedmiotowe podejście do dziewczyn itp. Ale ja wiedziałam swoje. Nawet gdy odwoływał spotkania, tłumacząc się niejasnymi powodami, ja czułam, że kryje się za tym coś więcej. I nie myliłam się.
Sporo czasu i pracy zajęło mi zburzenie muru, który wokół siebie zbudował. A wtedy okazało się, że zaraz po szkole poszedł do pracy nie dlatego, że nie ma ambicji bycia studentem, tylko żeby pomagać mamie w opiece nad sparaliżowanym bratem. Brał dodatkowe zmiany, a czasem musiał zajmować się bratem, dlatego „znikał” z radaru. A że dziewczyny często nabijały się z jego niepełnosprawnego brata, więc dawał im (w domyśle wszystkim, bo wszystkie baby to ...) to, na co zasługują.
Połączyła nas miłość tak silna, że nie da się tego opisać słowami.
Finansowo zaczynaliśmy od zera, dosłownie. Uzbieraliśmy na obrączki i skromną uroczystość dla najbliższych. Nie marzyłam o wystawnym weselu, a wręcz uznałam je za niepotrzebne. Chciałam być jego żoną, na dobre i na złe. I tak minęło już prawie 20 lat. Przeżyliśmy wiele i radosnych, i smutnych chwil, ale z każdej pokonanej przeszkody wychodziliśmy silniejsi. W zdrowiu i w chorobie, w szczęściu i w nieszczęściu, w bogactwie i biedzie – przetrwaliśmy każdą z tych prób.
Obecnie finansowo żyjemy na dobrym poziomie, oboje pracujemy.
Co ważne w tej historii, byłam i nadal jestem atrakcyjną kobietą. Podrywali mnie często zamożni, przystojni mężczyźni, nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym męża zdradzić albo zostawić. Pieniądze można zdobyć na różny sposób, ale codziennie mieć u boku swoją duchową i cielesną połówkę, na którą ZAWSZE można liczyć, jest bezcenne.
Nie słuchałam rozsądku ani ludzi. Całe szczęście.
„Przyjaciółka” ciągle narzekała na rodziców, że są okropni, że się nad nią znęcają psychicznie, że krytykują, podcinają skrzydła itd., ale nie wyprowadziła się na swoje, bo szkoda jej kasy na wynajem i nie będzie miała wtedy kasy, by raz w miesiącu wyskoczyć na weekend za miasto. Kumpel otyły, ciągle narzekający na kobiety, jakie to one są okropne i jak patrzą na wygląd. Swój wywód często toczył przy piwku lub pizzy. Jednego dnia mówił, że się nienawidzi, że źle wygląda i się nie lubi, drugiego przychodzi do mnie z blachą szarlotki, którą upiekł, bo nie chce zjeść całej. Na pytanie, czy chce iść ze mną na basen, stwierdził, że on się wstydzi rozebrać, a argumenty, że dobrze to wpłynie na jego zdrowie i pomoże z wagą, nie trafiały. A na końcu moja mama, która ciągle krytykowała, że po studiach (pedagogika) nie znajdę pracy i nie będę miała za co żyć, że nie będzie mnie utrzymywać itd. Jakby to robiła przez ostatnie lata. Pracowałam, studiowałam, a i tak ciągle słyszałam pretensje.
W końcu usunęłam z mojego życia ludzi, którzy ciągle narzekali, że życie jest okropne i są wielce przez wszystko pokrzywdzeni. I odkryłam, że ja tak naprawdę jestem pozytywną osobą i lubię swoje życie. I może chwilami jest ciężko, ale warto wziąć swoje życie w swoje ręce i przestać się nad sobą użalać.
Jeśli naprawdę sądzisz, że Twoje życie jest beznadziejne, a Ty jesteś urodzonym pesymistą, zobacz, jak dobrałeś sobie ludzi wokół siebie i pamiętaj, że z nikim z nich nie musisz utrzymywać kontaktu. Z kim przystajesz, takim się stajesz
Miałam mniej więcej jakieś 6-7 lat, może trochę więcej. Były święta, więc naszykowaliśmy święconkę. Mieszkałam na wsi, więc wszyscy mieszkańcy zbierali się w jednym miejscu obok małego budynku (nie mieliśmy tam kościoła) i przyjeżdżał ksiądz, aby poświęcić koszyczki. Koszyczki kładło się na stole w tym budynku, a na zewnątrz odbywała się msza.
Nudziło mi się, gdy nagle zobaczyłam bezdomnego psa w typie labradora. Jako miłośniczce psów od razu mi się spodobał. Był wychudzony, więc chciałam go nakarmić. Gdy rodzice nie patrzyli, wzięłam go ze sobą do tego budynku. Najpierw dałam mu kiełbasę, a gdy się skończyła, to w ruch poszły chlebki, a następnie jajka na twardo. Gdy koszyki były opróżnione, wróciłam do rodziny. Wróciliśmy do domu.
Po świętach moja mama umówiła się na ploteczki ze znajomymi na wsi. Okazało się, że podczas mszy ktoś okradł koszyczki. Oskarżenia padły na pijaka, którego każdy znał.
Nigdy się nie przyznałam.
Jutro są urodziny mojej siostry. Mam zamiar w końcu się przyznać, że to ja namówiłam rodziców, aby nazwać ją Paulina. Tylko dlatego, że wtedy była reklama: „Paula to jest krowa na maksa odjazdowa”...
Wczoraj, jadąc wieczorem samochodem, zwolniłam, żeby żadna sarna nie wyskoczyła mi przed maską samochodu.
Gdyby nie to, sarna nie wbiegłaby mi w bok samochodu i nie odbiła się od niego, wlatując w drzewo.
Mama zawsze „tłukła” mi do głowy, że mam na siebie uważać i nie kusić losu. Pilnowała mnie z ogromnym wyczuciem. Tata zawsze uważnie słuchał, czy mam jakieś plany na wieczór, bo gdybym miała, to choćby przyszedł do niego kolega z wojska, był sylwester i do tego czyjeś imieniny i rocznica w jednym, to by nawet korka nie powąchał z myślą, że mogę go potrzebować. Ja sama również nie przejawiałam żadnych ryzykownych zachowań, wolałam kręcić się koło domu, a jak wychodziłam za płot, to najlepiej z psem przy nodze i nie po zmroku.
W lipcu, około południa, poszłam do lasu na jagody. Dobrze znane mi jagodzisko przy leśniczówce, wszystko piękne, pies na smyczy grzecznie pilnuje się pańci. Nagle z daleka słyszę wrzaski i warkot silnika – nie przejęłam się, bo w „mojej” okolicy jest zbyt gęste zadrzewienie dla quadów, do tego tuż pod nosem leśniczy, więc westchnęłam i zignorowałam. Przestałam być taka spokojna, gdy w drodze powrotnej zajechali mi drogę. Zaczepiali mnie, próbowali ściągać sukienkę, kopnęli psa... próbowałam krzyczeć, wołać o pomoc, bronić się, ale to nic nie dawało, bo ich było pięciu, a ja jedna, z niewielkim kundelkiem. Przepędził ich miejscowy dzik, ogromny odyniec, pan „na dzielni”, którego nawet pies leśniczego nie odważył się obszczekiwać. Zanim ktokolwiek zorientował się w sytuacji, wypadł z las, wywalił do góry kołami jeden z quadów, szablami podziurawił opony drugiego i staranował trzeci, miotając się między tym wszystkim jak szatan, po czym zniknął, powiewając peleryną...
Wróciłam do domu ze szczerym postanowieniem, że już nigdy więcej nie wyjdę sama za płot, a dzik to moje ulubione zwierzę.
PS Mojemu psu na szczęście nic się nie stało. Sprawa została zgłoszona, dzięki rejestracjom z rozwalonych quadów udało się znaleźć sprawców. Brak świadków był na moją niekorzyść, ale przynajmniej odpowiedzieli za niszczenie lasu.
Dodaj anonimowe wyznanie