Matka dziewczyny mojego brata zakleszczyła się w lesie, uprawiając seks z jakimś żulem. Przyjechało pogotowie i ich zabrali. Mimo że było to w lesie kilka wsi obok, na wsi mojego brata kolejnego dnia już wszyscy wiedzieli. Ogólnie tam sytuacja jest nieciekawa, ojciec tej dziewczyny dużo pije, matka pije i się puszcza, brat jest agresywny i też pije. Mój brat i rodzice wiedzą o incydencie w lesie, ona już też raczej wie (prawdopodobnie siostra jej powiedziała, ale nie jestem pewien w 100%).
Rodzice zaczęli ostatnio gorzej ją traktować. Mama czepia się, że nie pomaga i nie zajmuje się dzieckiem. Nikt nie wie, że to ja jestem ojcem jej córki. Zaszła w ciążę, gdy rozstała się z moim bratem. Szybko do siebie wrócili, ale testy potwierdziły moje ojcostwo. Zdecydowałem się niczego nie mówić. Martwię się jednak o atmosferę, w której wychowuje się moja córka. Rodzice mają pretensje do brata, że wziął sobie dziewczynę z patologii. W domu są ciągłe krzyki, rzucanie talerzami i lamentowanie „bo ludzie mają jej rodzinę na językach”. Dziewczyna brata kilka razy w tygodniu bierze swoje auto i jedzie gdzieś rano, a wraca w nocy, gdy córka śpi. Pytałem co wtedy robi, powiedziała, że spotyka się z przyjaciółkami, bo potrzebuje relaksu. Od początku ma chłodny stosunek do dziecka. Zawsze wolała się napić i poimprezować, niż zostać w weekend z dzieckiem. Wtedy córką opiekujemy się moja mama i ja.
Coraz mniej mi się to wszystko podoba i coraz częściej mam ochotę powiedzieć, że mała to moje dziecko, i zabrać ją do siebie. Bardzo ją kocham, poświęcam jej czas gdy tylko mogę. Ona lgnie bardziej do mnie niż do brata czy jego dziewczyny. Serce mi pęka, gdy mówi do mnie „wujek” zamiast „tata”. Chciałbym, żeby wiedziała, że jestem jej ojcem, ale nie wiem, czy powinienem wyjawić rodzinie ten sekret.
Mój chłopak w piątek zdenerwował się na mnie, po czym stwierdził, że w niedzielę do mnie nie przyjedzie. W sobotę zmienił zdanie, aczkolwiek powiedziałam mu, że nie wiem, czy dam radę się spotkać, ponieważ po tym, jak odwołał spotkanie, zaplanowałam sobie całą niedzielę i po prostu nie wiem, czy się wyrobię. Zaproponowałam mu spotkanie za tydzień, bo w tygodniu też odpada.
Dzisiaj wielmożny pan całą noc nie spał, zapewne grając w gry. Namawiałam go, żeby poszedł spać, bo nadal nie jestem pewna, czy spotkanie się uda, a jeśli już, to dopiero o 16.
On stwierdził, że nie, bo się nie dobudzi w razie czego, etc.
Gdy zauważyłam, że na pewno się nie wyrobię, napisałam, żebyśmy przełożyli spotkanie na za tydzień. Wtedy chłopak zdenerwował się na mnie, podziękował za brak snu i za „zawracanie dupy”, po czym obraził się na mnie i rozzłoszczony poszedł spać.
Aha.
Od kilku lat choruję na bielactwo. Choroba objawia się u mnie białymi (jasnymi) plamami na skórze twarzy, rąk i miejsc intymnych. Leczenie nie przyniosło pożądanych skutków, chociaż czego się można spodziewać przy nieuleczalnej chorobie... Przyzwyczaiłem się już, że nic z tym nie zrobię, ale choroba doprowadza mnie na skraj załamania. Przez mało estetyczne wzorki w okolicach krocza moja samoocena spadła do zera. Jeżeli nadarza się okazja na intymną relację, wycofuję się, żeby przez przypadek nie stracić w czyichś oczach. Wbrew pozorom z plamami na widocznych częściach ciała nie mam żadnego problemu.
Psycholog tutaj nic nie da, powie dokładnie to samo, co moi znajomi, że przecież to nic takiego, druga osoba to będzie akceptować... Jak grochem o ścianę, już przerabiałem tę akceptację i nie są to dla mnie wyjątkowo dobre wspomnienia (na szczęście druga osoba nie narzekała).
Nie wiem co robić, blokuję się coraz bardziej i nikt do tej pory nie był mi w stanie pomóc. Nie chcę zatracić się w swoim problemie.
Ostatnio moja przyjaciółka chodziła bardzo strapiona. W końcu zapytała, czy może mi coś wyznać, ale poprosiła jednocześnie, abym zachowała spokój i nie unosiła się emocjami. Powiedziała, że jest w ciąży i że ma wielki problem, bo nie ma pojęcia, kto jest ojcem.
To było do przewidzenia – moja przyjaciółka od lat zmienia partnerów niczym rękawiczki, rzadko się zabezpiecza i już dawno uważałam, że prędzej czy później jej zabawa skończy się w taki sposób. Pomyślałam sobie jednak, że to jej życie, jej wybory i swoim postępowaniem nie skrzywdzi nikogo poza samą sobą.
Przyjaciółka stworzyła listę facetów, którzy mogą być odpowiedzialni za tę „wpadkę”. W zasadzie to wcale by mnie to nie ruszyło, gdyby nie fakt, że jednym z potencjalnych ojców jest mój mąż...
Jakiś dziwny listonosz roznosi na moim osiedlu listy oraz paczki. Żeby zrozumieć dokładniej to, o czym zaraz napiszę, wyobraźcie sobie: blok składa się z czterech klatek, po nim jest przerwa, dzięki której można wstąpić „za bloki” (ludzie wyprowadzają tam psy i parkują). Takich bloków na jednej ulicy jest czwórka. A naprzeciwko każdego jest linia takich czterech bloków. I tak wygląda parę ulic, na Grafice Google przedstawia się to jak schody 2D.
Mieszkam w takiej ostatniej klatce przed tą przerwą. I zawsze, kiedy jest poczta, na skrzynkach pocztowych widzę to samo. Parę jakichkolwiek list, awizo, cokolwiek, zaadresowanych do klatki wyżej, pierwszej po „mojej” przerwie. I nie mam pojęcia, o co chodzi listonoszowi, bo i tak podąża w górę bloków – a u mnie w klatce pozostawia wszystko, co należy się klatce oddalonej od mojej może 20 metrów. Trwa to ponad rok i zawsze korespondencja konkretnych osób widnieje na skrzynkach – to już nie może być zbieg okoliczności czy pomyłki.
Ile to było skarg, że ktoś płacił podwójnie za przesyłkę, bo nie dostał żadnych listów. Ile razy ktoś narzekał, że dopłacał do rachunków, bo mu nic nie przyszło, a termin minął i się naliczały kary. Ile było krzyków na ulicy, że ktoś czekał na coś ważnego, a to nie dociera i nie dociera... Ktoś z sąsiadów znalazł list z klatki następnej? Wyrzucał albo zwyczajnie odkładał do skrzynki na zwrot. Zgłosiłam tę sytuację, to powiadomili, że wszystko wykonywane jest poprawnie.
Mam koleżankę z tamtej klatki i już nieraz mi mówiła, że czekała i czekała na awizo, a nic nie dostała. I teraz umawiamy się z nią tak, że raz w tygodniu, w weekend, przekazujemy zagubione listy. Ja zbieram do domu wszystko, co widzę i co należy do tamtej klatki, a ona będąc przy okazji z psem, zabiera ode mnie pocztę i roznosi sąsiadom do ręki.
I już nieraz dostało mi się po uszach, że zbieram nie swoją korespondencję. Nawet miałam wizytację policji za rzekome otwieranie i przeglądanie czyjejś korespondencji, jednak nic mi nie zrobiono, bo listy były i są nienaruszane. A skargi na listonosza nadal są jak niewidzialne.
Bycie doręczycielem stało się moim zajęciem charytatywnym. I oczywiście, mojej koleżanki. Przynajmniej teraz jest mniej afer, że ktoś ma niepopłacone rachunki albo płaci podwójnie za przesył swojej paczki. Szkoda tylko, że gdyby nie nasze ciche interwencje, nadal ludzie byliby pełni awantur.
Kilka tygodni temu spotkałem na dyskotece pewną dziewczynę. Jak możecie się domyślić, był to jednorazowy numerek. Kilka dni temu dostałem od tej dziewczyny wiadomość pod tytułem: „No witam, pamiętasz mnie? To ja. Dzisiaj zrobiłam sobie test i wyszedł pozytywny, jestem w ciąży”. Przestraszyła mnie ta wiadomość. 21 lat i bycie ojcem? Hell nooooo. Więc zaproponowałem spotkanie, żeby pogadać o danej sytuacji. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem dwie inne, starsze od niej osoby. Okazało się, że to jej rodzice. Jak kultura obowiązuje, przedstawiłem się i zaczęliśmy rozmowę. Oczywiście jej ojciec zaczął zadawać pytania: ile pieniędzy będę dawał na dziecko, czy chcę się z nim spotykać, jakie imię itp.
Moją odpowiedzią była kartka, którą wyciągnąłem z torby. A dokładniej potwierdzenie moich badań od lekarza. Że jestem bezpłodny.
Wyraz twarzy jej i jej rodziców – bezcenny.
Pozdrawiam koleżankę.
Skończyłam w tym roku liceum i w październiku idę na studia. W okresie wakacyjnym postanowiłam sobie trochę dorobić, dlatego od maja pracuję w małej budce z pamiątkami w moim mieście. Jako że jestem tu cały dzień sama, mam ciągły kontakt z klientem i zdarzają mi się różne sytuacje. W tym wyznaniu opowiem o jednej, która naprawdę mnie zdenerwowała.
Siedzę sobie w pracy, ruchu nie ma, robię coś na telefonie i wchodzi mi do budki troje dzieci (wiedziałam, że dwoje z nich to rodzeństwo, myślałam, że ten trzeci to też jakiś ich brat kuzyn czy ktoś tam inny). Dwójka z dzieci coś kupiła, podziękowali, wyszli, trzeci chłopczyk został. Na oko miał jakieś 5 lat. Budka mieści się na rynku i często, kiedy rodzice odpoczywają na ławce, dzieci bawią się i przychodzą pooglądać kolorowe rzeczy do mnie, a rodzice z ławki i tak widzą, gdzie jest i co robi ich dziecko, więc zbytnio mnie to nie zdziwiło.
Chłopczyk chodził, oglądał, odkładał na miejsce, do czasu. Nagle zaczął bawić się wszystkim, co miał pod ręką. Zwróciłam mu grzecznie uwagę, że nie jest to plac zabaw i jak chce sobie oglądać, to niech ogląda, ale nic nie dotyka. Zrobiłam tak raz, drugi, trzeci raz, miarka się przebrała, kiedy wziął jeden z drewnianych mieczy i już chciał zacząć go kolorować kredkami (które też były na sprzedaż). Nie wytrzymałam, złapałam go za rękę i pytam, gdzie są jego rodzice – pokazuje mi palcem na ogródek piwny po drugiej stronie rynku. Jako iż jestem w pracy sama, zawołałam dziewczynę z budki z jedzeniem obok i poprosiłam, by poszła po rodziców tego chłopca, bo sam nie chciał wyjść ze sklepu.
Kiedy przyszła jego matka, zaczęłam jej tłumaczyć, co jej synek robi i prosić, by go stąd zabrała. Co wtedy usłyszałam? Że skoro on jest u mnie w sklepie, to ja mam obowiązek go pilnować, bo ona już kupiła sobie piwo (!) i nie będzie za nim latać. Byłam już tak wkurzona, że wydusiłam z siebie: „Mogę pilnować pani syna pod warunkiem, że mi pani za to zapłaci, bo niestety nie dostaję pieniędzy za niańczenie cudzych bachorów”. Wielce obrażona matka wzięła syna za rękę, odwróciła się i odeszła krzycząc: „Pani nie ma dzieci, to pani się nie zna”.
Cóż, dzieci nie mam, ale potrafię zachować choć pozory kultury.
Nie wiem nawet jak zacząć. Pisanie nigdy nie było moją mocną stroną. Ta opowieść zapewne i tak będzie zbyt długa, by ktokolwiek zechciał ją przeczytać.
To zdarzyło się lata temu... a właściwie to trwa nadal. Dokładnie trzeciego września 2013 moje życie na chwilę się zatrzymało. To wtedy pierwszy raz poczułam przeszywający ból, który nie opuścił mnie już aż do dziś. To wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że nie mogę już wszystkiego. To wtedy zrozumiałam, jak ciężkie życie będą mieli moi bliscy. Bardzo ich kocham.
Minęło wiele dni w szpitalu, mój stan coraz bardziej się pogarszał. Po dwóch tygodniach lekarze znaleźli przyczynę. Było to tego dnia, gdy straciłam władzę w prawej ręce. Bolało to podwójnie – moje życie kręciło się wokół muzyki. Kilka dni później dotarło do mnie, że już nie będę mogła grać. Przed tym wszystkim gitara przynosiła mi ukojenie.
Tamtych chwil nie zapomnę do końca życia. Tej trwającej wiele godzin niepewności. „Wiemy, że z mózgiem jest coś nie tak, nie wiemy jeszcze jednak co”. W tamtym momencie mina lekarza nie była zachęcająca. Przez wiele lat z kościołem było mi nie po drodze, jednak strach przed śmiercią mnie załamał. Podłączona do kroplówki, leżąc sparaliżowana w szpitalnym łóżku, nieco otumaniona przez leki przeciwbólowe, spowiadałam się pierwszy raz do trzech lat. Od tamtej pory więcej już się to nie powtórzyło.
Nieco później lekarz uspokoił mnie, że nie jest to nic śmiertelnego. Doktor Karolina usiadła przy łóżku i ze smutną miną, poinformowała mnie, że to stwardnienie rozsiane. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy.
Nie czułam złości, strachu. Ręki i nogi zresztą też nie. Po dziewięciu dniach dożylnych wlewów ze sterydów część czucia w nodze wróciła, względna sprawność prawej ręki też. Ale nie czucie. Został także ból, ciągły, niedający chwili wytchnienia, którego nigdy nie zrozumie człowiek, który go nie poczuł.
Po paru miesiącach zaczęłam powoli wychodzić do świata. Po roku przyzwyczaiłam się do tego, że moje życie się zmieniło. Innego życia już nie będę miała, dlatego muszę zrobić wszystko, by na miarę swoich możliwości przeżyć je jak najlepiej. Choroba wiele mi zabrała, jednak coś też mi dała. Dała mi wrażliwość na uczucia i krzywdę innych ludzi, której nie miałam wcześniej.
W tym wszystkim istotne dla mnie jest tylko jedno. To, że przez moją chorobę cierpią moi najbliżsi. Bo nie jest prawdą, że choruje się samemu. Gdy choruje jeden z członków rodziny, cała reszta przejmuje część jego bólu. A zrobiłabym wszystko, byle tylko tego bólu im oszczędzić. By dać im szczęście i spokój, którego nie zaznali już od niemal dwóch lat.
Zawsze byłem wysoki i bardzo chudy. Chudy i blady z długimi nogami i rękami jak kosmita. Wkurzało mnie to, ale nie narzekałem, bo nikt mnie nie zaczepiał itp., typowe myślenie beta male. Do tego nosiłem długie włosy, miałem ładną twarz i łagodne rysy twarzy.
W wieku 22 lat nie mogłem znaleźć pracy, aż pewnego dnia zadzwonił kolega i zaproponował, że pomogę mu na budowie. Mam 190 cm i ważyłem wtedy 63 kilogramy. Mocno brałem się do pracy, ludzie z budowy byli szczerzy i mili na swój sposób. Dziwne, bo wcześniej pracowałem w biurze i spotkałem wielu nieszczerych ludzi. Mało tego, byłem całkiem silny i okazało się, że jestem wytrzymały.
Byłem bardzo nieśmiały, a z budowlańcami nabrałem śmiałości. Jadłem dwa obiady – jeden w pracy, drugi w domu. Po pół roku wyglądałem nieźle, po półtora roku bardzo dobrze. Ważyłem już 90 kilo i naprawdę czułem się silny i zdrowy. Praca na dworze dobrze mi zrobiła, lubiłem się czasem popisywać, nosząc specjalnie jakieś krawężniki, betonowe części itp.
Patrząc wstecz, to był świetny okres życia. Denerwuje mnie, gdy ludzie śmieją się z pracowników budowlanych, majstrów. Mają swój folklor, ale gdy budują twój dom, postaraj się czasem być miły. To się opłaca.
Od dłuższego czasu, przy wielu wyznaniach poruszających często dość trudne tematy, można ujrzeć komentarze typu „idź do psychologa” itp.
Miałam wręcz okrutny moment w swoim życiu. Przyszedł czas, żeby zacząć się ogarniać i postanowiłam pójść do urzędu pracy (choć wcale nie byłam na to gotowa). Chciałam wiedzieć, czego mogę się tam spodziewać, więc zaczęłam przeglądać opinie. W skrócie: omijać szerokim łukiem.
Przychodzę, całkowicie wypruta z emocji. Tylko czekam, żeby zobaczyć, która osóbka będzie miała okazję, żeby się na mnie wyżyć (a nie należę do osób, które na to pozwalają. W tamtym czasie było mi po prostu wszystko obojętne). I tutaj szok. Kobieta młoda i bardzo sympatyczna. O dziwo, zainteresowała się samą mną (tak bardziej prywatnie) i zapytała wprost, co mi się przydarzyło.
Kiedy skończyłam opowiadać, zapytała, czy chciałabym porozmawiać z ich psychologiem. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak pomyślałam, że skoro pani pracująca w urzędzie pracy to proponuje, to powinnam się zgodzić. Tak jakoś. No więc zgodziłam się i zostałam umówiona na wizytę. I tutaj kolejne niedowierzanie. Pierwszy raz w życiu tak szczerze z kimś rozmawiałam. Kobieta była naprawdę bardzo przyjazna. Było widać, że naprawdę chce pomóc i rozumie wszystko, o czym mówię. Zaangażowała się w mój przypadek.
Miałam okazję rozmawiać jeszcze z kilkoma pracującymi tam paniami. Każda była dla mnie równie sympatyczna.
Dzięki wszystkim paniom, które tam spotkałam, wciąż żyję, a każda wizyta jest dla mnie okazją do szczerej rozmowy (ponieważ tylko tam znają moją sytuację). Naprawdę nie sądziłam, że spotka mnie w życiu choć raz cokolwiek dobrego.
Tak że... dziękuję anonimowym, którzy szczerze zwracają uwagę na problemy innych i mówią o tym, jak ważne jest zdrowie psychiczne. Dzięki Anonimowym postanowiłam regularnie uczęszczać na wizyty do psychologa. I dziękuję wszystkim paniom z urzędu, dzięki którym wciąż tutaj jestem. Ponieważ okazały mi naprawdę wiele ciepła, szacunku i zainteresowania.
Ze względu na to, że moja opinia na temat tej placówki raczej nie należy do negatywnych, chciałabym powiedzieć, że urząd, o którym mowa, znajduje się w Gdańsku. Może akurat ktoś z osób tam pracujących to przeczyta i zwyczajnie będzie jej miło. A może ktoś zdecyduje się tam pójść po pomoc dla siebie. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć tylko jedno. Dziękuję.
Dodaj anonimowe wyznanie