#pMBWJ

W pracy dostałam nową dziewczynę do przeszkolenia. Sprzątanie, żadna czarna magia. Dziewczyna ogólnie nic nie ogarniała. Łazienek nie sprzątała, bo się brzydziła, pościeli zmienić nie umiała i się nie nauczyła, przyklejona do telefonu i opryskliwa dla klientów. Po jej miesiącu próbnym byłyśmy na spotkaniu z zarządem i miałam zamiar poprosić o to, żeby ją wywalili, bo się nie nadaje. Dyrektor jednak się uśmiechnął, spojrzał na mnie i powiedział: „To spotkanie to tylko formalność, chcieliśmy po prostu oficjalnie poinformować, że ta dziewczyna jest od dziś twoją przełożoną”. Zdębiałam, a nowa pisnęła z radości i krzyknęła: „Dziękuję, wujku!”.

#loG44

W dzieciństwie całe wakacje spędzałam u babci. Wieś, dużo świeżego powietrza, zwierzęta domowe, chodzenie na boso, kąpanie się w rzece. Bardzo dobrze to wspominam. Jedyna rzecz jednak wywołuje u mnie dysonans.

Kiedy czyściłam uszy patyczkami, zawsze zastanawiałam się, czemu niektóre z nich są białe, a inne delikatnie żółte. Jednak nie zaprzątało to długo mojego dziecięcego umysłu. Było tyle zajęć, zabaw, kto by o tym długo myślał, mając 7 lat?

Raz poszłam do łazienki z babcią. Ja myłam zęby, ona ogarniała swojego wielkiego koka. Lubiłam się temu przyglądać. Gdy babcia skończyła się czesać, wzięła patyczek i zaczęła czyścić uszy. Kiedy go wyciągnęła, stwierdziła: „O, czyste”... i użyty włożyła z powrotem do pudełka.

#tBM2h

W tym roku przygotowuję się do przyjęcia sakramentu bierzmowania. W związku z tym uczestniczę w różnych spotkaniach, zaliczam odpowiedzi ustne na określone pytania itd...

Pewnego razu, gdy ksiądz zadał mi pytanie: „Od jakiego momentu stajemy się człowiekiem?”, odpowiedziałam mu, że według mnie, kiedy zaczyna nam bić serce (czyli ok. 22 dni od zapłodnienia). Proboszcz w jednej sekundzie zrobił się czerwony ze złości i zaczął na mnie krzyczeć, że rozsiewam jakąś propagandę i że pewnie dodatkowo jestem za aborcją i że ludźmi jesteśmy od poczęcia. Za tą odpowiedź wpisał mi 2, lecz tylko wzruszyłam ramionami i uznałam, że nie ma sensu się z nim kłócić.
Innym razem, na spotkaniu z moimi rówieśnikami, ksiądz zaczął mówić o tym, że homoseksualizm to choroba, jest to wynaturzenie, nie można tego akceptować. Podniosłam rękę i zapytałam, dlaczego mamy traktować w ten sposób homoseksualistów, skoro nasza religia mówi o tym, że powinniśmy miłować wszystkich ludzi?
Zostałam wyproszona z sali.

Po tym, jak spotkałam proboszcza w bibliotece, nastąpił punkt kulminacyjny naszych „starć”. Zobaczył mnie, jak wypożyczam książkę o teorii ewolucji Darwina. Nie odezwał się ani słowem i wyszedł. Następnego dnia moi rodzice odbyli ze mną poważną rozmowę. Okazało się, że ksiądz dzwonił do nich, powiedział, że ze mną nie jest do końca dobrze, możliwe, że przynależę do jakiejś sekty i przez moje zachowanie nie jest pewien, czy zostanę dopuszczona do bierzmowania. Z racji tego, że moi rodzice są bardzo wierzący, przejęli się całą sprawą i kazali mi pójść przeprosić.

Ale tego nie zrobię. Dlaczego mam przepraszać za to, że moje zdania na niektóre tematy za rozbieżne ze zdaniem Kościoła? Przecież to, że myślę inaczej, nikogo nie rani, a uważam, że wiara jest kwestią indywidualną dla każdego człowieka. Być może nie dopuszczą mnie do bierzmowania. Lecz jest to sakrament dojrzałości religijnej, a jak mam ją osiągnąć, skoro nikt nie tłumaczy mi, dlaczego dane stwierdzenie jest negowane przez Kościół, tylko reagują na to krzykiem i brakiem zrozumienia?

#2ospf

Postanowiłam wziąć się za siebie i zacząć ćwiczyć w domowych warunkach, konkretnie w swoim pokoju. Codziennie robiłam kilkadziesiąt brzuszków na łóżku, przez co skrzypiało na cały pokój, a ja ze zmęczenia głośno dyszałam.
Pewnego dnia po skończonej serii schodziłam po schodach do kuchni i usłyszałam, jak mama mówi do taty ściszonym głosem: „Ty wiesz, że ona zaspokaja się seksuaInie?”.

#gLyPT

Jestem WWO i nie mogę sobie z tym poradzić. Nie potrafię się bronić przed atakiem ze strony innych osób. Jeszcze nigdy się z nikim nie pokłóciłem. Zawsze przyznaję danej osobie rację (chociaż często mam odmienne zdanie). Drugie wyjście to ucieczka. Zachowuję się jak małe dziecko i chowam przed potencjalnie niebezpiecznymi ludźmi. Uważnie dobieram słowa, aby kogoś nie zranić. Tysiąc razy potrafię przepraszać, jeżeli uznam, że mogło daną osobę zaboleć to, co powiedziałem. Nie mogę zrozumieć tego, że Wy, normalne osoby, inaczej odbieracie słowa, gesty. Często dochodzi z tego powodu do nieporozumień. Ludzie uznają mnie za osobę głupią, cofniętą w rozwoju albo w najlepszym wypadku za kłamcę.

Skąd to wiem? Uważnie (nie to, że chcę uważnie to robić, po prostu tak już mam) obserwuję gesty, mimikę twarzy, oczy. Pozornie niewidoczne niuanse w zachowaniu sprawiają, że zapala mi się czerwona lampka. Całym sobą przechwytuję stany emocjonalne innych. Jeżeli ktoś ma jakieś zmartwienie, widzę go jako osobę zwijającą się z bólu na podłodze. Mnie też to boli, muszę mu jak najszybciej pomóc. Te tysiące myśli przelatujących przez głowę. Nie mogę ich zatrzymać, kłębią się i mielą przez dni, miesiące, lata.

Przez to, jaki jestem, nie potrafię się porozumieć z innymi. Preferuję rozmowy na głębokim poziomie – o rzeczach ważnych. Na 90% przypadków zostaję źle zrozumiany. To boli, bardzo boli. Nie chcę już poznawać nowych osób. Wycofuję się. Zakładam słuchawki na uszy. Nie chcę widzieć, nie chcę czuć.

#rM6vj

To nie jest tak, że miałam zły dom, z agresją i przemocą. Wręcz przeciwnie, rodzice bardzo się o nas troszczyli. Sęk w tym, że aż za bardzo.

Odkąd pamiętam, kontrola była na porządku dziennym. Skąd wracam, gdzie idę, z kim idę. Zawsze, ale to zawsze musiałam dokładnie zdawać raport, nieważne ile miałam lat. Musiałam wracać do domu najwcześniej ze wszystkich moich znajomych. Jakakolwiek zmiana nastroju, zachowania, zawsze była przez mamę zauważona i wypytywała dopóty, dopóki nie powiedziałam. Wystarczyło się spóźnić 5 minut przed zapowiedzianą godziną powrotu, by był ochrzan. W końcu się zbuntowałam i zaczęłam później przychodzić, ale to się nie kończyło. Wyrzuty, telefony, SMS-y... Próba wyręczania w większości spraw. Czułam się jak w klatce i przyznaję, że jak tylko przyszła okazja wyjazdu na studia, to myślałam, że się tym zachłysnę. Z dala od domu czułam się wolna. Czułam się dobrze. Najbardziej na świecie bałam się, że po studiach nie znajdę pracy i będę musiała wrócić. Więc robiłam wszystko – fakultety, praktyki, wolontariat, dodatkowy staż – byleby praca się znalazła. I fakt, udało się, zostałam na stałe w moim mieście studenckim. Problem w tym, że do domu rodzinnego przyjeżdżam coraz rzadziej niż kiedyś. Często to odkładam. To jest zawsze weekend, w którym muszę być do pełnej dyspozycji, nie mogę wyjść i spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi, bo mama patrzy na mnie z takim wyrzutem, jakbym co najmniej Boże Narodzenie odwołała. Spacer z psem? OK, ale wróć do godziny. Kawa u babci? OK, ale wróć jak najwcześniej! Jak tylko zagadam się dłużej z babcią, powiedzmy ze dwie godziny, to po powrocie jest wyrzut i jakaś dziwna jakby zazdrość.
Przy każdym telefonie do niej jest wyrzut, że dzwonię za rzadko. I fakt, jak kiedyś dzwoniłam co tydzień, tak teraz potrafię odkładać to co miesiąc. Po prostu nie mogę się przemóc, jak wiem, że znowu najpierw będą pretensje, a potem rozmowa. Mam już to tak negatywnie skorelowane, że zdarza mi się po kilka razy brać telefon do ręki i go odkładać. Po każdej rozmowie mam wyrzuty sumienia, że może rzeczywiście jestem zła i zimna, i tak samo po każdej wizycie w domu rodzinnym.

PS Raz przyjechałam, jak tylko tata był w domu (przypadek, źle się umówiliśmy) i... było fajnie. Mogłam bez problemu umówić się ze znajomymi na kulig. Poczytać książkę, porobić coś, skoczyć do sąsiada i do babci. Ja wiem, że to strasznie trywialne w porównaniu do innych anonimowych, ale męczy mnie to już koszmarnie...

#86rfB

W II klasie podstawówki miałam jakieś straszne zaliczenie z WF-u na ocenę. Jako dusza bardziej artystyczna niż sportowa, bałam się jedynki. By odwlec zaliczenie, złapałam za flamastry, kredki i resztę piórnikowego arsenału i... pomalowałam sobie w łazience palec na czarno-sino. Zanim przerwa się skończyła, przetarłam jeszcze pięściami oczy (że niby płaczę) i pognałam do pielęgniarki i powiedziałam, że przewaliłam się na palec i coś mi tam chrupnęło.
Wierzcie lub nie, charakteryzacja była tak udana (albo pielęgniarka tak nieogarnięta), że poleciała zwolnić mnie z ćwiczeń i kazała po lekcjach biec do szpitala. Do szkoły został wezwany mój ojciec, a gdy zabierał mnie na SOR, przyznałam mu się, co zrobiłam.
Tyłek miałam siny bez malowania flamastrami, ale i tak nie żałowałam.

#mnB75

Na wstępie chciałabym poprosić o wyrozumiałość – boję się negatywnych komentarzy, a z używkami nie mam nic wspólnego już kilka ładnych lat. I to się nigdy nie zmieni.

To jedna z najbardziej żenujących historii z mojego życia.

Kilka lat temu (były) chłopak urządził „romantyczny” wieczór, a właściwie noc. Wspomaganą środkami wciąganymi nosem, zapewniającymi brak apetytu, brak snu, rozgadanie i popęd seksualny. Do tego trawka.
Kiedy stwierdził, że jestem już w odpowiednim stanie, przyznał się do zdrady z dziewczyną, o którą byłam zazdrosna już wcześniej. Zarzekał się, że był tylko Iodzik (nieprawda, ale wtedy jeszcze się tego nie domyślałam). Mówił też, że niczego tak w życiu nie żałuje i że było okropnie, a ja robię to milion razy lepiej od niej.

Moja reakcja? W tym amoku stwierdziłam, że chłopak jest strasznie biedny, że musi z tym żyć i ja go pocieszę... pokazując mu, jak powinien wyglądać prawdziwy Iodzik. Po czym zajęłam się nim najlepiej, jak potrafiłam.

Właściwa reakcja (rozpacz i niedowierzanie) nadeszły razem z trzeźwością.

#291Pv

Chcę tylko napisać, że niesamowicie wkurzają mnie wszelkie wpisy na FB spod znaku „mam chore dziecko, ale nigdy nie usunęłabym ciąży”. Kwestia jest taka, że kobiety piszące te teksty miały zwyczajnie WYBÓR. Urodziły chore dzieci, wiedząc o tym, że dziecko będzie chore, same się na to zgodziły, podjęły tę decyzję, bo MOGŁY ją podjąć. We wpisach tego typu często znajdziemy sformułowania „nie bawmy się w Boga”, „Bóg dał mi dziecko” itp. Tyle że państwo polskie nie jest państwem wyznaniowym (przynajmniej w teorii). Nie mieszajmy w to wszystko Boga, bo nie wszystkie kobiety w tym kraju są katoliczkami. A to, że ty jesteś katolikiem, nie uznajesz aborcji nawet w tak skrajnych przypadkach, jak wady rozwojowe, ciężkie choroby płodu, zagrożenie życia matki itd., to wyłącznie kwestia twojej moralności i zasad TWOJEJ religii. „Polka” nie równa się „katoliczka”. Tyle w temacie.

#FIp26

Nazywam się Bułka. Nie miałem dotychczas w związku z tym żadnych problemów, czasem ktoś się uśmiechnął i już. Wszystko byłoby nadal OK, gdyby w ostatnim czasie nie pojawił się w mojej pracy nowy kolega.
Zarysowując sytuację: jestem kierowcą zawodowym. Jeździ się u nas w firmie w duetach, czyli dwie osoby na jednej ciężarówce – jedna jedzie swoje, potem druga, a pierwsza odpoczywa. Jak są rozpisywane plany (zwłaszcza zjazdy do domu/przyjazdy), czasem dostajemy je zbiorczo na wewnętrzny kanał komunikacji, typu A z B jadą tam, a C i D tam. W ostatnim czasie zwolnił się mój współtowarzysz niedoli, a dokładnie tego samego dnia zatrudnił się nowy gość, więc z automatu trafił na moje auto. No i od teraz te komunikaty wyglądają następująco: „W ten weekend do domu jedzie Bułka z Szynką”. Nie, planiści nie fatygują się o chociaż „Bułka i Szynka”.
Dodaj anonimowe wyznanie