Jak byłam dzieckiem, mieszkałam w kamienicy, z tyłu było wielkie podwórko i tam bawiliśmy się ja i moi znajomi. Było parę chłopaków i parę dziewczyn. Najbardziej kumplowałam się z Oliwią. Razem wpadałyśmy na bardzo, ale to bardzo głupie pomysły.
Rodzice Oliwii nigdy nie zgadzali się na żadne zwierzę, mimo że ona bardzo marzyła, by mieć kotka. Ja miałam jednego kota i chomika. Postanowiłyśmy, że skoro rodzice się nie zgadzają, to same przyniesiemy im kotka, mówiąc, że znalazłyśmy go w śmietniku. Wpadłyśmy na pomysł, że zarezerwujemy kotka na jakieś stronie hodowlanej blisko naszego miasta. Oliwia długo pisała z panią, która była właścicielką hodowli. Udało się. Pani podjechała i podała jej kota. Był on w kartonie i by było bardziej wiarygodnie, chciałyśmy wrzucić do tego kartonu trochę ziemi i zanieść go rodzicom Oliwii, mówiąc, że znalazłyśmy go na śmietniku.
W tym samym czasie jak stałyśmy pod śmietnikiem, chodnikiem szła moja ciocia i spytała, co tam mamy, na co ja odpowiedziałam, że znalazłyśmy w śmietniku kotka. Ciocia od razu zabrała nam karton i zaniosła go mojej mamie. A mama powiedziała, że kot zostaje u nas...
Oliwia się popłakała. Udawała, że jej mama do niej zadzwoniła i zgodziła się wziąć tego kotka. Moja mama nie chciała już go oddać.
Oczywiście po paru dniach moja mama dowiedziała się o wszystkim. Była zła, wiadomo, ale szybko jej przeszło.
Dziś kotek ma już 9 lat i bardzo dobrze się trzyma. A ja do tej pory zastanawiam się, jak trzeba być tak nieodpowiedzialnym, by dać kota dziecku bez rozmowy z rodzicem i zweryfikowaniem, gdzie kot będzie się znajdował.
Mam 17 lat, od maleńkiego mam więcej kilogramów więcej niż powinnam. Ciągle walczę z tym sama, ale nie potrafię, nie wiem, co jest z moją psychiką. Miewam momenty, w których mam mega, mega motywację do ćwiczeń, ale zaraz okres mi się zbliża (mam bardzo bolesne miesiączki), a to za gorąco i duszno do ćwiczeń. Po prostu nie radzę sobie sama ze sobą. Staram się jeść mniej, ale dopadają mnie ataki głodu i wtedy jem, co popadnie. Wstydzę się swojej otyłości. Nie wiem, jak mam się już motywować. Chcę zmienić się dla siebie i żeby bardziej podobać się swojemu chłopakowi, ale ja już nie mam siły. Może polecacie jakieś sposoby, żeby człowiek miał mniejszy apetyt.
Od najmłodszych lat marzyła mi się duża impreza z okazji moich osiemnastych urodzin. Zaczęłam nawet specjalnie szukać pracy, żeby odciążyć moich rodziców i móc sama za wszystko zapłacić.
Pracę znalazłam, ale osiemnastki jednak nie robię. Nie mam kogo zaprosić. Może zaprosiłabym czterech znajomych, ale czułabym, że robię to trochę na siłę. Do tego cała moja rodzina jest pokłócona, więc prawdopodobnie ten dzień spędzę sama.
Pewnie część z Was powie, że to dzień jak każdy inny i że tak naprawdę niewiele się zmieni. Wiem o tym, jednak od zawsze czekałam na ten dzień i bardzo chciałam zrobić sobie super imprezę.
I chyba najbardziej boli mnie właśnie to, że przez tyle lat wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądała moja osiemnastka, a teraz nie mam nawet z kim jej spędzić.
Odkąd pamiętam, w domu były kłótnie, ciche dni i rozdzielające je okresy normalności. Konflikt między rodzicami nasilił się, kiedy byłam w liceum, a te okresy normalności się skróciły.
Bardzo zależało mi na dobrze zdanej maturze, więc albo uczyłam się u przyjaciółki, albo nocowałam u jednych lub drugich dziadków. Na korepetycje też wolałam chodzić do korepetytorów niż mieć je w domu. Brałam udział w wielu kółkach po lekcjach, żeby tylko jak najmniej czasu spędzać w domu. Uczyć się tam nie dało, atmosfera była ciężka, a rodzice rzucali złośliwe uwagi do mnie, chociaż starałam się nie wchodzić im w drogę.
Wyjazd na studia był prawdziwą ulgą. Ciężko mi było pogodzić naukę i pracę, więc w weekendy przyjeżdżałam najwyżej na jeden dzień i spędzałam go z dziadkami. Rodzice nalegali, żebym nocowała u nich, ale udało mi się tego uniknąć nawet w Boże Narodzenie. Prawie się nie widywaliśmy, co najwyżej na chwilę u dziadków.
Pod koniec pierwszego semestru to rodzice przyjechali do mnie do akademika. Oznajmili, że się rozwodzą. Niestety skomentowałam, że szkoda, że dopiero teraz, na co naskoczyli na mnie, że tak się poświęcali, żebym bez stresu zdała maturę, a ja jestem niewdzięczna.
Cóż, rzeczywiście nie domyśliłam się, że planują rozwód ani że ojciec jest już w nowym związku. W zdaniu matury ich „spokój” mi nie pomógł. Doceniam tylko sposób, w jaki mnie poinformowali.
Nie chcę dziś wracać do domu. Mieszkam w nim z partnerem, z którym jestem od 15 lat. Jest to mieszkanie, które dostał on po rodzicach.
Jestem jedynaczką i większość życia spędziłam wyłącznie z mamą – osobą w ciężkiej depresji, lękami społecznymi, urojeniami i totalnym brakiem sił na walkę z życiem. Często słyszałam, że żyje tylko dla mnie. Gdy miałam 12 lat, usłyszałam od niej, że muszę się dobrze uczyć, iść na studia i mieć świetną pracę, bo będę musiała ją utrzymywać, ona sobie nie poradzi... Całe życie miałam ustawione wokół jej chorób i walczyłam ze światem sama. Wymagało to mnóstwa pomyłek i potknięć, o które matka (osoba bez pracy, wykształcenia, żadnego stałego zajęcia) robiła mi pretensje, bo jak mogłam nie wiedzieć...
Z przerażeniem patrzę, jak mój parter zmienia się w moją matkę. Już któryś raz z rzędu jesteśmy w sytuacji, gdy przez ponad rok nie ma pracy – zaczął szukać tylko dlatego, że mu kazałam. Z domu praktycznie nie wychodzi, spotykamy się wyłącznie z moimi znajomymi, jakiekolwiek wyjścia z domu dzieją się wyłącznie z mojej inicjatywy. On ma multum pomysłów na wszystko, ale nie zabierze się za nic, dopóki ja nie zacznę... Wiem, że ma depresję. Ale ja też mam! Mimo to udało mi się zrobić studia, pracuję, staram się rozwijać i próbuję różnych sposobów na dodatkowy zarobek. Po prostu czuję, że znowu jestem w tym sama.
Przeraża mnie to, chce mi się wymiotować i uciekać jak najdalej. Zaczynam myśleć, czy samej nie byłoby mi lepiej – martwiłabym się wyłącznie o siebie. Z drugiej strony rzucać wszystkim po 15 latach... Terapia dla par jest za droga na naszą obecną sytuację. Rozmowy niewiele dają. Nie wiem już co robić...
Moja mama ma koleżankę wróżkę. Jak dotąd sprawdziło się wszystko, co jej i mi wywróżyła.
Kiedyś powiedziała mi, jak byłam młodsza, że wyjdę bogato za mąż i nie będę mieszkać w Polsce.
Jak każdy człowiek czasem martwię się o przyszłość i o to, że coś mi się może stać. Boję się, że mogę w każdej chwili umrzeć, mimo że nic mi nie jest (nie znamy dnia ani godziny, wiadomo). Gdy o tym myślę, zawsze sobie przypominam to, co powiedziała wróżka i wiem, że martwić się mogę dopiero po ślubie.
Od kilku lat podkochuję się w jednym facecie. Najpierw był wolny, ale nie miałam szans, bo był zakochany w dobrze znanej mi dziewczynie, a nasze wspólne znajome próbowały ich swatać. Nic z tego nie wyszło, a teraz on spotyka się z inną dziewczyną.
Jestem tak daleko we friendzonie, że poznałam rodziców jego dziewczyny, a w weekend mam podrzucić paczkę jej bratu na obóz.
Wyznam anonimowo, że nienawidzę, jak ktoś wyświetla wiadomości i nie odpisuje od razu (albo chociaż najszybciej jak to możliwe). Żyję wedle swojej zasady, że jeśli nie mogę teraz odpisać albo może mi nie starczyć czasu, to nie wyświetlam wiadomości. Dopiero kiedy mam na to czas, to wchodzę w wiadomości, czytam i odpisuję.
A dlaczego o tym piszę? Bo mam taką koleżankę, która nawet jak nie może pisać, to wyświetla wiadomości ode mnie i nie odpisuje albo pisze, że teraz nie jest w stanie odpisać i zrobi to, kiedy będzie mogła, a i tak się upominam.
Na jednym z naszych spotkań powiedziała, że jak chcę jej wysłać jakiegoś tiktoka, to mam się nie krępować i ona bardzo chętnie go obejrzy. No i na czym się skończyło? Na tym, że jakiś czas temu wysłałam jej kilka i nie odpisała mi na żadnego. Podejrzewam, że nawet ich nie obejrzała.
Pewnie brzmi to dosyć dziecinnie, że się spinam o takie rzeczy, ale jest mi po prostu przykro, że ciekawa jestem jej reakcji lub zdania na różne rzeczy, sytuacje, a ostatecznie czekam, czekam i się doczekać nie mogę. Zwłaszcza że sama jak odpisuję, to na wszystko, bez względu, czy to jakaś dziwna sytuacja, czy drama, czy zwykłe tiktoki.
Teraz się tak zastanawiam, czy ktoś jeszcze ma podobne zdanie, czy może to ja jestem taka j*bnięta XD Możecie się podzielić swoją opinią, chętnie poczytam (mówię poważnie).
Nie umiem pokochać mojej dziewczyny. Od półtora roku nie jestem w stanie jej pokochać. Miała być na pocieszenie po byłej i w sumie dalej po to mi jest. Głupio mi, że jej nie kocham, ale mam wrażenie, że ona też mnie nie kocha, więc nie uważam tego za nic strasznego.
Miłością mojego życia jest moja była dziewczyna, z którą nie jestem od dwóch lat. Nie umiem iść dalej, nie chcę iść dalej, wolę się łudzić, że ona kiedyś wróci, niż się z tym pogodzić. Codziennie od dwóch lat za nią płaczę, oglądam nasze wspólne zdjęcia, myślę o niej przed snem. Nie wiem, jak to zmienić, nie wiem, co zrobić, żeby przestała mieszkać w mojej głowie, nie wiem, dlaczego myśląc o niej, wciąż mam motylki w brzuchu.
Zacznę od tego, że jestem młodą kobietą. Jako siedemnastolatka mieszkałam ze swoim byłym chłopakiem (problemy rodzinne i nie miałam gdzie indziej uciec), robiłam wszystko, żeby mu się jakoś zrewanżować. Gotowałam, sprzątałam, tak żeby wracał z pracy i było wszystko zrobione. Wiele razy nadużywał mojego ciała, mimo wielu sprzeciwów. Nie miałam co zrobić, gdzie pójść. Sam zaproponował, żebym się do niego wprowadziła, mimo że dysponowałam małymi środkami (chodziłam jeszcze do szkoły).
Po dwóch latach mnie zdradził ze swoją byłą. Za pierwszym razem wybaczyłam. Za kolejnym wyrzucił mnie z domu, nazywając mnie utrzymanką i dz*wką.
Poradziłam sobie sama, ale nie mam komu o tym powiedzieć, a bardzo ciąży mi to na duszy. Do dzisiaj zastanawiam się, czy naprawdę byłam niewystarczająca.
Dodaj anonimowe wyznanie