#OFwcS

Kiedy skończyłem studia na kierunku lekarskim i powiedziałem rodzinie, że chcę zostać psychiatrą (specjalizację wybiera się dopiero po studiach, nie w trakcie, jak sądzi wiele osób), zareagowali na to bardzo negatywnie, włącznie z sugestiami, że nie po to łożyli na moje studia, żebym ich teraz rozczarował i to wszystko zmarnował. Jednym słowem psychiatria to dla nich taka druga psychologia i w ogóle nie wiadomo po co zostawałem lekarzem.
Nie chciałem wojny w rodzinie, obiecałem przemyśleć swoją decyzję.

Minęły cztery lata, od ponad dwóch jestem w trakcie specjalizacji. Rodzice są przekonani, że będę kardiologiem, bardzo się tym chełpią. A ja... Właśnie czekam w gabinecie na spóźniającą się pacjentkę z depresją.

#8kvAm

Ta żenująca sytuacja wydarzyła się latem. Siedziałam na balkonie i bawiłam się telefonem. Po chwili zobaczyłam czarne chmury na horyzoncie i wiedziałam, że będzie niezła burza, bo zaczęło głośno grzmieć.

Z klatki wyszedł sąsiad, nie zauważył mnie, gdyż byłam schowana za kołdrą wiszącą na barierce. Nagle rozległ się przerażająco głośny i długi bąk, który wydostał się spomiędzy jego tłustych pośladów. Zszokowana wyjrzałam zza kołdry i spojrzałam na niego oczami jak 5 złotych. Nasz wzrok się spotkał... Na jego przerażonej twarzy pojawił się dojrzały burak, a ja bez namysłu głośno powiedziałam: „No, teraz to nieźle zagrzmiało”...

Biedak zwiał i teraz omija mnie szerokim łukiem :D

#mkcpE

Pochodzę z mega patologii, z pokolenia na pokolenie. Taki troszkę dąb Bartek, wersja dla patusów. Niby korzenie sięgają daleko wstecz, no ale to patus genealogik.
Zgodnie z rodzinną tradycją, po kilku rozrywkowych latach z rodzicami, trafiłam do bidula. Ojciec padł 1 kwietnia w drodze po flaszkę, a matka miała już dość jego dzieci. Ot, życie. Pech chciał, że kasa dla rodziców zastępczych była zbyt atrakcyjna dla mojej babki. Tak z bidula przenieśli mnie do rodziny. Z deszczu pod rynnę. 
Mając lat 18 i jeden dzień, wróciłam do domu. Matka na rencie: halucynoza alkoholowa. Nachlała się i sama zadzwoniła po pogotowie. Ponoć agenci ją chcieli dorwać.
Tu pojawia się moje anonimowe wyznanie. 
Za każdym razem, jak się nachlała, robiłam raban i hałas, krzycząc: „Agenci idą po ciebie!”. Oczywiście ta pijana chowała się pod stołem z atakiem paniki. Czasem siedziała tak 30 minut, a czasem do rana.

Po 20 latach nadal wspominam to z uśmiechem.

#KRvsw

Uwielbiam jazdę autobusami. Zaczęło się, gdy byłam w liceum. Szkołę miałam w innej dzielnicy miasta, 45 minut jazdy sprawiało, że się odprężałam. Pochodzę z wielodzietnej rodziny, czterech braci, ja i rodzice w trzech małych pokoikach, o własnym kącie mogłam tylko pomarzyć, a w autobusie potrafiłam w spokoju poczytać, odrobić lekcje i po prostu pomyśleć. Z czasem, gdy miałam gorszy nastrój lub pokłóciłam się z kimś w domu, wychodziłam i wsiadałam w autobus, im dalszą miał trasę, tym lepiej. Czasami wystarczyła jazda kilkunastominutowa, innym razem spędzałam godziny, jadąc bez celu, aż kierowca na pętli pytał, czy się nie zgubiłam :)
Na studiach kontynuowałam ten zwyczaj nieco rzadziej, ale mimo wszystko wieczorna jazda uspokajała mnie i odstresowywała przed egzaminami. Sprawiała, że chciałam wychodzić z domu, by poczuć te wibracje pojazdu, móc poobserwować ludzi, wysłuchać życiowej historii jakiejś samotnej babci lub zwyczajnie posiedzieć, obserwując mijane ulice.

Teraz mam 28 lat, własne autko, którym uwielbiam jeździć i prawie własny, bo wynajęty, kącik, a mimo to, gdy czuję się samotna, wsiadam w autobus i jadę. Zdarzało mi się być w tak podłym nastroju, że wymyślałam wymówki, byleby się z nikim nie spotkać, nie rozmawiać, a jedynie szukać daleko jadącego autobusu. Staram się wybierać różne przystanki, chociaż wiem, że niektórzy kierowcy mnie kojarzą... Co sprawia, że czuję się jak świr :(

#i7Maa

Moje dzieciństwo było naznaczone ojcem alkoholikiem i typową matką z traumatyzacją. Babcia była schizofreniczką, która nie chce brać leków i odprawia egzorcyzmy, szepcze i rozmawia ze ścianami. Kiedy zaczęłam poznawać ludzi i ich rodziny, zaczęło do mnie docierać, że policjanci, awantury i przemoc nie są normalne. Długo wypierałam myśl, że w mojej rodzinie jest problem, i nikomu o tym nie mówiłam. Skutek to depresja, terapia, okaleczanie, próby, DDA, DDD. Na szczęście psychiatryk był tak zapchany, że mnie nie zamknęli.

Oczywiście nikt z rodziny o tym nie wiedział, ponieważ ojciec dawno nie żył, babcia była odrealniona, a matka ślepa na innych. Gdy podzieliłam się problemami z domu z przyjaciółmi, jedna dziewczyna zaczęła wymyślać, że to dla uwagi i mnie cisnęła przy wszystkich o wszystko. I wszyscy się odwrócili. Okazało się, że sama miała problemy. I tak jestem sama i niechętna do poznawania ludzi, bo i tak się odwracają.

Teraz wszystko, co zarobię, idzie na leczenie, więc nie stać mnie na wyprowadzkę. Dalej gniję w tym piekle. Nie wiem, co wybrać – gnicie w tym bagnie czy terapię i leki.
Czuję się jak przegrany człowiek, 20 lat bez perspektyw, umiejętności i chęci do życia. Marzę, żeby po prostu być sama, i nikt już nie krzyczał i nie bił. Czuję się jak samotne dziecko we mgle, które sobie nie radzi.

Mam już zapowiedziane, że jak się wyprowadzę, mam sprawę w sądzie o alimenty. Mam jeszcze 70 tys. długów po ojcu, niby spadek odrzucony 6 lat temu, ale od prawie 6 miesięcy moje pisma wyjaśnienia i decyzje magicznie znikają w murach banku.

Tyle ludzi mówi, że jak się przejdzie przez gówno, to potem jest się twardym i że to znak, że jest się na drodze do pełni szczęścia. Jednak przez całe życie nie pamiętam takich momentów. Za co mam być wdzięczna tym ludziom? Nikomu nie życzę matki, która ma swoje dziecko za darmozjada, gnidę czy śmiecia. Czemu nie zrobiła aborcji? Wtedy nigdy bym nie cierpiała. A tak się to ciągnie i chyba szybko się nie skończy.

#6lVJ1

Mój partner jest po rozwodzie, ma syna. Była nigdy nie pracowała, typ księżniczki, dla której nie ma pracy, ona leży i pachnie, a ty daj. Rozstali się, bo była wypłaciła wszystkie oszczędności (ok. 200 tysięcy) i wyrzuciła go z mieszkania. Stwierdziła, że daje jej za mało, wszystko jest jej i on jest jej niepotrzebny.

Mój partner jest dobrym człowiekiem. Bardzo się kochamy, to samo jemy, myślimy i lubimy. No ideał. Znam szczegóły jego życia, mówi prawdę. Nie ma jakiegoś szczególnego wykształcenia, pracuje fizycznie. I nie wiem, co robić. Jestem z nim bardzo szczęśliwa. Mieszkamy w moim mieszkaniu, ale zaczynam widzieć, jak moje życie z nim będzie wyglądać. Płaci alimenty i kredyt za mieszkanie, w którym została była. Z różnych przyczyn to robi, ona nie płaci, a on się boi, że jego syn zostanie bezdomny. Ona żyje tylko z alimentów. Robi to celowo, bo uważa, że skoro ma dzieciaka, to wszystko jej trzeba dać. Ale ja się zaczynam bać. Widzę, że partner liczy i na moje mieszkanie, i na moją wypłatę. On ma długów na ponad 2 tysiące miesięcznie. Dorabia, ale raz się uda, a w drugim miesiącu nie. I trochę to wygląda tak, jakbym ja go miała utrzymywać, żeby on utrzymywał byłą i dzieciaka. Nie daje pieniędzy, ale za moje jemy, u mnie mieszkamy, a jemu po wypłacie niewiele zostaje i mimo że nic nie powie wprost, to naciska, że kino, restauracja raz na miesiąc, wyjazd na weekend nad morze i raz w roku na wakacje to zbędne wydatki. A za jego kasę była chodzi po kosmetyczkach.

Nie wiem, co myśleć. Kocham go, ale czy miłość jest warta tego, że będę całe życie biedować, mimo że dobrze zarabiam i ja nie mam żadnych zobowiązań typu kredyt czy dzieci? Wiem, że byłabym z nim szczęśliwa, ale biedna. Czy może żyć bez niego, znaleźć kogoś bez zobowiązań, kogo nie będę utrzymywać? Poświęcić miłość dla wygody? Nie wiem. Wiem, że po wielu zawodach, których doznał, w końcu komuś zaufał i jeśli ja bym go zostawiła, to by się całkiem załamał. Jestem pomiędzy młotem a kowadłem. Nie wyobrażam sobie żyć bez niego, bo go potrzebuję jako osoby, ale z nim też nie jest łatwo. Najgorsza jest świadomość, że sobie odmawiam nowych butów, a ta małpa smaży się za alimenty na solarce. Nie wiem, czy to wytrzymam.

#j7aOg

Jakiś czas temu zakończyłam długi związek, błąkałam się po różnych forach, szukając czegoś, czym mogłabym zająć sobie głowę. Wpadłam tam na pewną osobę, byłam bardzo zamknięta, przez wcześniejsze doświadczenia wokół mnie powstała dość gruba skorupa. Z czasem udało mu się do mnie dostać. Od niedawna tworzymy (tak mi się zdaje) dobrą parę. Zawsze śmiałam się, że to niemożliwe, żeby z kimś się tak dobrze rozumieć, wiem, że mogę na niego liczyć niezależnie od tego, co się stanie. Czuję się naprawdę bezpieczna i wiem, że nie muszę nikogo udawać. I mogłabym tak godzinami, jakie to szczęście mi się trafiło, ale ja nie o tym.
Mam wrażenie, że mam w sobie jakieś zaburzenie, które niejednokrotnie wystawiło tę znajomość na próbę. Mianowicie od zawsze lubiłam seks, nigdy nie widziałam w tym nic nadzwyczajnego, bo przecież to przyjemność, z której warto korzystać i nie zastanawiałam się, jakie mogą być tego konsekwencje. Kiedy zaczęłam robić się bardziej świadoma, zaczęłam zastanawiać się, czy nie staję się nimfomanką, może nie konkretnym jej wzorem, ale jednak sporo rzeczy na to wskazywało. Jesteśmy związkiem na odległość, więc nieraz pozwalaliśmy sobie na sprośnie rozmówki, nakręcało mnie to, że on czuje ochotę, a ja byłam ciągle głodna wrażeń, no i zauważyłam jego „wow, podoba mi się, że mam taką kobietę, która nigdy mi nie odmówi”. Na początku faktycznie tak było, rozumiałam, że jako mężczyzna nie jest w stanie raz za razem, więc cierpliwie czekałam, mimo że w środku aż rozrywało mnie z pożądania. Zawsze tak zaczynaliśmy i kończyliśmy dzień, w międzyczasie kiedy znalazła się jakaś przerwa też.

Niedawno budząc się, próbowałam go dotknąć i odepchnął moją rękę, poczułam złość, ale starałam się to zdusić w sobie, ale kiedy to się powtórzyło, zaczęłam się zastanawiać. Szukałam różnych rad w internecie, bo wstydziłam się powiedzieć o tym na głos. Chciałam walczyć z tym, że czuję nieodpartą chęć na zbliżenie. Zrobiłam to z myślą o nim, nie chciałam go stracić tylko dlatego, że jestem „niewyżyta”. Niestety nie zdawało to egzaminu. Powiedziałam mu o próbie poskromienia tego, jednak nie był zadowolony i powiedział, że uwielbia to we mnie. Jednak wciąż widziałam, że czasem to dla mnie go za dużo (potrafiłam rzucić niemiły tekst, kiedy nie wyszło albo całkiem się obrazić). Martwiłam się o nas. Bałam się, że to nie jest normalne. Od ponad miesiąca wszystko zmieniło się o 180°, teraz nie czuję już żadnego pożądania ani chęci. On obwinia się za to i uważa, że przestał mnie już interesować w tych sprawach, choć wcale tak nie jest. Stało się to, mimo że nie chciałam. Ciężko mi, bo nie wiem co jest ze mną nie tak.

#8ekfr

Od ponad trzech lat (a może już około czterech, musiałbym się zastanowić dokładnie, ile to już minęło) funkcjonuję w trybie, który nazwałem „systemem dwudobowym”. Polega to na tym, że tak jak cały dzień + całe spanie innych ludzi zamyka się w ciągu 24 godzin (na przykład dzień trwa 16 godzin, a spanie 8), tak u mnie w ciągu 48 godzin (a czasem nawet odrobinę więcej). Mój dzień trwa zwykle od 25 do około 32 godzin, a spanie kilkanaście godzin, czasem trochę więcej (ale nie bez przerwy, budzę się na przykład na pójście do toalety itp.).

Dla kogoś może się wydawać abstrakcyjne działać bez snu 25 albo nawet 30 godzin, ale dla mnie to codzienność i nie jestem przemęczony ani nic takiego, bo śpię też odpowiednio długo.

Czasami się zastanawiam, czy jestem jedyną osobą na świecie, która funkcjonuje w takim trybie, czy może są też inni. Znacie kogoś, kto też tak funkcjonuje? Czy jestem jedyny?

#vy7Oc

Odkąd pamiętam, nie potrafię nic sobie wyobrazić. Zawsze, kiedy próbuję wyobrazić sobie cokolwiek, widzę tylko i wyłącznie ciemność. Podobnie jest z przywoływaniem wspomnień czy widoku ukochanej osoby. Kiedy próbuję przywołać jakiekolwiek wspomnienie z wydarzenia, pamiętam tylko plan i osoby, które brały w nim udział, ale to jest tak, że mam w głowie zwykły opis, a nie widzę tego wydarzenia. Tak samo jest z przywoływaniem obrazu osób. Pamiętam, jak wyglądają, ale to jest po prostu zbiór ich cech wyglądu, coś jak zwykły rysopis, z tym że jego nie widać i orientacyjnie czujesz, że to jest właśnie ta cecha. Nie umiem przywoływać nawet wspomnienia zapachu czy jakiejś melodii. Podczas czytania książek widzę tylko słowa w książce, a nie opisywany obraz. Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że każdy tak ma, ale mimo to nie rozumiałam, czemu ludzie mówią, że czytając książki, widzą obrazy i czują się bohaterami książek. 
Na swoim przykładzie wiem, że jednak ludzie bez wyobraźni też istnieją...

#L2Yip

Ostatnio z moim kolegą zerwała dziewczyna, więc wszyscy spytaliśmy go o powód. Powiedział, że jego dziewczyna, będąc na pielgrzymce do Częstochowy, doznała objawienia. Sam Jezus powiedział jej, że powinna z nim zerwać. Tak więc pierwsze co zrobiła po powrocie do domu, to z nim zerwała.
Dodaj anonimowe wyznanie