Gdy byłam w podstawówce, sprzątała u nas X. Była cudzoziemką (nieważne, skąd), ale w tamtych czasach moja rodzina miała wielu znajomych z zagranicy, więc nie było to dla mnie niczym dziwnym. Po pewnym czasie zauważyłam, że giną mi rzeczy - pojedynczo i raczej drobiazgi w stylu oryginalna figurka albo kolekcjonerskie karty, więc jednak o pewnej wartości. Skojarzyłam, że zawsze znika mi coś po sprzątaniu X. Zgłosiłam to rodzicom, ale wyśmiali mnie, że pewnie sama gubię te rzeczy i wstydzę się przyznać, a do X jestem uprzedzona, bo pewnie dzieci w szkole coś na jej rodaków gadają (nie było tak). Ale któregoś dnia wróciłam wcześniej ze szkoły i zastałam X pakującą mojego walkmana do swojej torby. Wyrwałam jej go, a ona śmiała mi się w twarz, mówiąc, że rodzice mi nie uwierzą. I nie uwierzyli, kazali wręcz przeprosić X za oszczerstwa. Od tego czasu zawsze przed sprzątaniem X wynosiłam ukradkiem do najlepszej przyjaciółki gameboya i walkmana, a drobniejsze wartościowe rzeczy po prostu zabierałam ze sobą do szkoły.
Pewnego dnia, ku mojej uldze, X zadzwoniła, że musi pilnie wracać do kraju w sprawach rodzinnych i dosłownie zniknęła. Mama próbowała się jeszcze z nią skontaktować, bo dosłownie ją uwielbiała, ale bez skutki.
Minęło trochę czasu. Na studiach na imprezie poznałam P. Jakoś tak się zgadaliśmy, że u jego rodziców też sprzątała X i też przyłapał ją na wynoszeniu z ich domu cennych drobiazgów. Ale jego rodzice w to uwierzyli, kazali X oddać wszystkie skradzione rzeczy (co podobno nawet zrobiła) i zagrozili, że wezwą policję. Wtedy X po prostu uciekła z kraju i zatarła po sobie ślady.
Tymczasem moi rodzice nadal zastanawiają się, "gdzie tak dobrze schowali rodzinną biżuterię, że nie mogą jej znaleźć" (widziałam, jak X pakowała ją do torebki, ale już nie zgłaszałam tego rodzicom, bo i tak nie wierzyli) i rozpowiadają, jaki to mieli ze mną problem wychowawczy, bo byłam rasistką i nie znosiłam biednej X.
Jestem 21-letnim mężczyzną, mam przyjaciółkę która jest lesbijką, dobrą przyjaciółkę. I mam duży problem, a dokładniej podkochuję się w niej. Zanam ją ponad dwa lata, ale nigdy nie próbowałem i próbować nie będę by było to coś więcej niż przyjaźń. Ba nawet myślę nad jej zerwaniem bo coraz bardziej przeszkadza mi fakt, że się w niej podkochuję. W dodatku jej dziewczyna mnie nie znosi, więc to kolejny powód by odejść. Co mnie powstrzymuje: ostatnio powiedziała, że jestem jedyną osobą poza jej dziewczyną, która w nią wierzy i pomaga jej w życiu wyjść na prostą (bo jest w akurat w trudnej sytuacji życiowej) oraz fakt że poza mną i jej dziewczyną nie ma nikogo bliskiego.
Ps. Żeby nie było nie jestem zazdrosny o jej dziewczynę.
Oto jak mój głupi umysł zrujnował mi korzystanie z Instagrama do tego stopnia by myślę by udać się do szpitala psychiatrzycznego bo psychoterapeuta mi nie pomógł. Mam problem z "wmawianiem" sobie gniecenia i bólu. Uwielbiam konie i zajmuję się fotografowaniem modeli koni. Postanowiłam więc założyć instagrama. Niestety, "wmówiłam" sobie że jeśli będę miała to konto na instagramie, to będę czuć gniecenie w lewym boku obok pośladka. Jest to bardzo uciążliwe, szczególnie kiedy siedzę. Wiem że to wszystko brzmi głupio, ale to naprawdę drażniące, a ja naprawdę dobrze radzę sobie na instagramie i nie chce go usuwać by gniecenie minęło. Gniecenie zawsze mija kiedy coś usunę, ale ja bardzo nie chcę tego robić. Myślę by zapisać się do szpitala psychiatrycznego.
Jakiś czas temu pojechałam do chłopaka na rodzinny obiad. Na obiedzie byli wujki, dziadki, ciotki, itd. Był też 2-letni brat mojego chłopaka.
A więc w połowie tego pysznego obiadku, mały przylatuje do salonu i wielce ucieszony podbiega do miejsca gdzie siedziała jego mama, a następnie kładzie brązową kulkę na stole krzycząc:
- Mamo, mamo! Patrz co zrobiłem! Kupkaaaa!
Sądząc po minach rodzinki chyba nie tylko mi odechciało się jeść. ;)
Miałem sąsiadkę chorą na głowę. Jak na złość babsko mieszkało dokładnie pod moim mieszkaniem i za punkt honoru obrała sobie zatruwanie mi życia. Za dnia zbierała siły, aby móc działać wieczorem.
Kiedy wybijała godzina 22, ta była już gotowa do akcji i tylko czekała, aż upadnie mi z ręki widelec, a hałas towarzyszący uderzeniu sztućca o ziemię sprawi, że cały blok zatrzęsie się w posadach. Zanim zdążyłem widelec podnieść, babus już napierdzielał domofonem i groził policją.
Czasem zdarza mi się pisać maile w nocy i wyobraźcie sobie, że ta chora kobieta potrafiła przyturlać się w szlafroku pod drzwi mojego mieszkania i drzeć twarz na cały korytarz, budząc przy tym wszystkich wokół. Podobno łomot towarzyszący stukaniu opuszek palców o plastikowe klawisze przypominał jej bombardowanie Warszawy z 1944 roku.
Jakiś czas temu ubzdurała sobie, że mój kran wydaje z siebie pisk i nasłała na mnie technika ze spółdzielni. Przyszedł jakiś wąsaty pan, ale żadnych awarii nie wykrył. Żal mi się gościa zrobiło, więc poczęstowałem go ciepłą kawą.
Kulminacja szalonych pomysłów pani z dołu miała miejsce w te wakacje. Leżałem sobie akurat na ciepłym piasku jednej z karaibskich wysepek. Plaża, drinki, muzyka fajne towarzystwo… Taki urlop! W tym momencie dzwonek telefonu był niczym desperackie wołanie pozostawionej w ojczyźnie szarej codzienności. Odebrałem. To była policja. Konkretnie – pan dzielnicowy. Stali pod moim mieszkaniem i stanowczo kazali mi otwierać drzwi. Podobno od tygodnia imprezowałem po nocach i uczyłem tuzin stukilogramowych metalowców tańca pogo. Wyjaśniłem stróżom prawa mój problem z sąsiadką. Zrozumieli, przeprosili i więcej nie truli mi głowy.
Gdy wróciłem z urlopu i dreptałem z plecakiem w stronę domu, czułem silny ścisk w żołądku. Na samą myśl o kolejnych utarczkach z tym wściekłym babusem robiło mi się słabo. Kiedy szukałem w kieszeni kluczy do drzwi od klatki schodowej, moją uwagę przykuła karteczka przylepiona na wysokości mojego nosa. Był to… nekrolog. Tak, upiorna sąsiadka wyciągnęła kapcie parę dni przed moim powrotem do domu. Panie, świeć nad jej duszą.
Wiem, że to wstrętne, ale tego dnia upiłem się z radości, tupałem bez opamiętania, a na koniec zaprosiłem kumpli i wspólnie bawiliśmy się przy dźwiękach Cannibal Corpse. Czułem się jakbym tańczył na grobie znienawidzonego wroga.
Chyba jestem złym człowiekiem...
Bardzo brakuje mi pewności siebie.
Nie umiem przyjmować komplementów ani pochwal w pracy. Jak słyszę: „Dobra robota”, uśmiecham się i dziękuję, ale moje mięśnie napinają się, jakby czekały na uderzenie, jakby zaraz za tą pochwałą miało iść „ale... następnym razem przyłóż się bardziej”.
Najgorsze, że utrudnia mi to pracę. Na moim stanowisku muszę czasem tupać nogą albo wykazać trochę stanowczości i postawić na swoim. Tymczasem ja... no jestem miękką fają, inaczej tego nie nazwę.
Ktoś wie, jak sobie z tym poradzić?
Historia o przemocy poseparacyjnej.
Było sobie małżeństwo: Piotr i Kasia. Piotr złapał Kasię, bo od razu wyczuł, że K. to „dobra i uczynna dziewczyna”. A że K. nie była już najmłodsza, to szybko udało mu się ją przekonać, że dziecko to teraz albo nigdy. Ślub szybko, ciąża szybko, bo przecież ona już po trzydziestce. I wtedy P. przestał udawać rycerza. Może i Kasia go za rękę na zdradzie nie złapała, ale było kilka sytuacji dziwnych, gdzie Piotr pytany o to zaczynał reagować agresją. K. w ciąży, bez własnego mieszkania, ciąża z komplikacjami – uwierzyła, że przecież on ją tak kocha. Prawie odeszła, jak znalazła wiadomości, że jej luby się na seks gdzieś tam umawia: ale wybłagał i zasłonił się rodziną, dzieckiem – przepraszał wtedy bardzo i się zapierał, że to były wygłupy. A ona głupia została.
Piotr zaczął się zachowywać dobrze, ale ta zdrada zabiła coś w Kasi ~ zaufanie, a bez zaufania już się patrzy bardziej na zimno. A jak się patrzy na zimno, to się lepiej widzi: przykładowo, że Piotr nie lubi się myć, i ten problem narasta. Najgorzej było, że P. zdawał się problemu nie widzieć – reagował agresją słowną, a potem i fizyczną. Pierwszy cios z liścia K. dostała, ponieważ Piotr był zdenerwowany, że koszty życia są wysokie i musi wybierać między swoimi „zabawkami” a życiem (wynajem, dziecko itd. – K. była wtedy na macierzyńskim i pensja pozostawiała wiele do życzenia), a do tego K. narzekała, że on się nie kąpie. Przepraszał oczywiście, dał kwiaty – K. została.
Lata mijały – jak wyjeżdżał do pracy, ona odpoczywała, jak wracał, przypominał sobie o niej, jak chciał seksu. K. odmawiała często, bo po prostu śmierdział, obrażał się, bo jemu to nie przeszkadzało – to ona miała obowiązek, a on prawo. Zaczęły się gwałty. K. skupiła się na dziecku, prowadziła praktycznie osobne życie, bo Piotr, pracując potem z domu, potrafił nie wychodzić nigdzie tygodniami. Dziecko też go najczęściej irytowało, bo było wymagające. Po jednej nocy, gdzie K. skończyła cała sina, coś w niej pękło. Odeszła. Złożyła o rozwód i tu się zaczęło. Koszmar ciągnie się do dziś: od czasu kiedy za namową rodziny opowiedziała, co się działo, a prokuratura jej uwierzyła. Rozwód trwa, a K. stała się złem całego świata. Nagle się okazało, że: jest alkoholiczką, narkomanką, ma romanse w pracy, wszystko zmyśliła, kradnie (rzeczy P.), oszukuje urzędy skarbowe, znęca się nad Piotrem, znęca się nad dzieckiem. Sytuacja dochodzi już do takiego absurdu, że aż ciężko w to uwierzyć.
Piotr wyje na forach o swojej krzywdzie –- opisując romanse K., poszczególne sprawy sądowe, oraz to, jak K. go maltretuje na FB (K. nie ma FB) oraz zniesławia – założył jej nawet sprawę o naruszenie dóbr osobistych (to jeden z kilkunastu już zarzutów).
Piotr do dziecka nie przyjeżdża, z alimentami mu nie po drodze – ale dla niego jest najważniejsze, że Kaśka ma ciężko.
Moja siostra jest klasycznym przykładem nowoczesnego wychowania bez kar. Nie pamiętam, aby rodzice kiedykolwiek wyciągnęli wobec niej większe konsekwencje. Do jej złych zachowań zaliczyć można wiele rzeczy, np. wyzywanie rodziców, życzenie śmierci innym (nawet mojemu dziecku, prawdopodobnie z zazdrości, ale wciąż), brak podstawowej kultury (słów na przywitanie, pożegnanie, proszę, dziękuję) i chamskie odzywki do wszystkich, niedocenianie tego, co ludzie dla niej robią, odmawianie udziału w rodzinnych uroczystościach typu urodziny, pogrzeb, wesele (a jeśli już jedzie, to siedzi i ciągle pyta „kiedy wracamy?”). Może nie jechać, ale jednak chcemy, by miała kontakt z rodziną i przyjaciółmi rodziny, żeby nie była odludkiem.
Różnica między nami wynosi 15 lat, więc nie tak mało. Siostra jest już nastolatką, która zupełnie nie radzi sobie z krytyką. W szkole nie ma znajomych, bo gdy tylko zwracali jej uwagę, że źle się do nich odzywa, to odbierała to jako wrogość. Jest przekonana, że cały świat jej nienawidzi i nie da się jej wytłumaczyć, że dla nas jest ważna, tylko musi być milsza i empatyczna. Potrafi taka być, ale tylko gdy czegoś od nas chce.
Kiedy miałem 8 lat, pojechałem na obóz letni.
Zakres wiekowy to było 8–16 lat, więc różnica między uczestnikami była duża.
Pewnego pięknego dnia szedłem do pokoju, gdy jakaś 15-latka zawołała do mnie, czy chcę loda. Byłem pewny, że chodzi o jedzenie, więc ochoczo pokiwałem głową. Zabrała mnie do pokoju i...
Najlepsze chwile mojego życia. Nigdy tego nie zapomnę.
Jestem facetem w średnim wieku, mam zakola, zbyt szczupły nie jestem – no, ogólnie to żadna dziewczyna mnie nie chce.
Dzisiaj szedłem chodnikiem, gdy widzę laskę, serio, babka jak modelka – loki, makijaż, po prostu 10/10 – która do kogoś macha. Macha, wysyła całuski, serduszka.
Zachwycony odmachałem i uśmiechnąłem się do laski. Okazało się, że za mną stał jakiś hociak.
Dodaj anonimowe wyznanie