Zawsze byłam konkretną babką. Było zawsze tak albo nie – szybka decyzja. Znajomi śmieli się, że to ja w związku noszę spodnie. Daleko było mi do tych świetlistych księżniczek w białych sukniach myślących nad wyborem lakieru do paznokci, żeby do sali pasował, czy jaką ozdobę we włosy dać. Daleko też mi było do matki. Dzieci? Są słodkie, a najbardziej te, które po chwili oddaję rodzicom. Jestem w związku z jednym facetem, którego kocham. Żadnemu z nas nigdy nie było po drodze do ślubu ani dzieci. A jak słyszę od kolegi, że jego laska truje mu dupę o ślubie, to mi się niedobrze robi.
Pewnego razu weszłam na grupę dla organizujących wesele. I wtedy się zaczęło... Jedna strona, druga i teraz na fejsie mam multum takich artykułów. Często myślę, jaka sukienka by mi pasowała, jaki kolor wesela przewodni, ostatnio złapałam się na tym, jakie imię dałabym naszemu dziecku! Co jest najlepsze w tym wszystkim? Nie jestem nawet zaręczona.
Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem nie mam jakiegoś rozdwojenia jaźni, tutaj myśli „ojeju, ślub, ajajaj”, a z drugiej strony myśli „daj se spokój, to do ciebie nie pasuje”. W życiu nie przyznam się do tych myśli przed znajomymi ani nawet facetem. Poza tym wszystko okej, inne decyzje podejmuję na momencie, mówię, co myślę, tylko z tym ślubem i dziećmi jakiś styk mi się przepalił...
Od ponad 5 lat karmię piersią.
Pierwsze dwa lata syna, a od trzech lat męża...
W naszym biurze często pojawiają się malutkie dzieci właścicieli firmy. Dzieci są cichutkie, nie biegają po biurze, nie krzyczą, nie płaczą. Natomiast moja współpracownica – bardzo głośna mężatka przed czterdziestką, nieposiadająca własnych dzieci – na sam widok tych dzieci zaczyna je wołać przez pół biura, nierzadko zagłuszając przy tym nasze rozmowy z klientami. Śpiewa do tych dzieci, tańczy z nimi po całym biurze, bierze na ręce i obcałowuje (bardzo głośno), tak jak niektórzy robią ze szczeniaczkami. Jak w jej pobliżu pojawiają się dzieci, to nic innego się nie liczy i cała firma jest postawiona do góry nogami, bo ona się bawi z dziećmi. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby ktoś się zachowywał w ten sposób przy dzieciach.
I chyba najgorsze jest to, że te spokojne dzieci zaczynają płakać 5 minut po tym, jak ona zacznie się z nimi bawić. A jej pocieszania są jeszcze głośniejsze.
Nienawidzę siedzieć z nią w jednym biurze... Swoim zachowaniem doprowadza mnie do szału.
Właśnie przeczytałam wyznanie dziewczyny, która dowiedziała się, że jest w ciąży. Niechcianej.
Pamiętam swoją pierwszą ciążę. To też był przypadek. Nie chciałam tego dziecka, to było za wcześnie. Idąc na pierwszą wizytę u swojego ginekologa, modliłam się, żeby to nie była ciąża. To była ciąża, ale nie było widać, czy serce bije. Idąc na drugą wizytę, modliłam się, żeby nie biło. Tak. Tak bardzo chciałam pozbyć się tego problemu. Ale serce mojego dziecka biło zdrowo i rozwijało się bardzo dobrze.
Następna wizyta zaplanowana była za 3 tygodnie. To był kawał czasu. Długie tygodnie, kiedy mąż tulił się do mojego brzucha i kiedy powoli pokochaliśmy to dziecko. Ułożyliśmy nowy plan na życie. Wybraliśmy imiona.
Na następnej wizycie serce już nie biło.
Do dziś patrzę na grób swojego dziecka i myślę, że to moja wina.
Śniła mi się dzisiaj moja pierwsza miłość. Byliśmy parą kilka lat w szkole, potem jakoś tak się potoczyło, że kontakt właściwie się urwał. To była prawdziwa miłość, była jedyną, o którą byłem zazdrosny. Myślę o niej od rana i cholernie żałuję, że da się cofnąć czasu.
Jestem w związku od pięciu lat i szczerze, to trzyma mnie przy obecnej partnerce chyba przyzwyczajenie i fakt, że lepiej opłacać mieszkanie we dwoje niż samemu.
Kiedyś byłam na koncercie dość znanego artysty. Z racji tego, że jestem krasnalem, wybrałam sobie miejsca na trybunach. W czasie trwania koncertu zauważyłam, że dużo osób siedzi (!!!!) na krzesełkach i coś sobie klika, pisze na telefonach. Stwierdziłam: trudno, ich sprawa, ja zamierzam się dobrze bawić i zaczęłam wraz z artystą śpiewać. Po kilku sekundach mojego śpiewu, chociaż nie wiem, czy tak można nazwać dźwięki wydobywające się ze mnie, poklepała mnie dziewczyna z rzędu za mną i najzwyczajniej w świecie kazała zamknąć paszczę, po czym wróciła do zamulania na telefonie.
Tak że tyle w temacie dobrej zabawy na koncercie.
Było zimowe popołudnie. Tego dnia mój kuzyn miał urodziny. Postanowiliśmy ja i mój chłopak wyjść razem z nim na dwór (różnica wieku była niewielka). A że leżało trochę śniegu, to panowie zaczęli się nim rzucać.
Mój chłopak rzucił w kuzyna śnieżką, gdy ten nie oberwał, obrócił się szybko, by ją podnieść, gdyż myślał, że się nie rozwaliła. To, co wziął do ręki, nie było zbitym śniegiem, lecz zużytą chusteczką z nieokreślonymi brązowymi śladami... Panicznym, wręcz paralitycznym ruchem wyrzucił z krzykiem domniemaną śnieżkę. Załamał się, usiadł na krawężniku i rozpaczał nad swoim życiem. W tym samym momencie mój chłopak leżał w śniegu, nie umiejąc złapać oddechu ze śmiechu.
Do dziś wypominamy mu akcję z chusteczką. Dodam, że tamtego pięknego dnia kuzyn wdepnął w psią kupę dwa razy :).
Pewnie każdy z was miał taką sytuację, że gdy jest na jakimś przyjęciu czy imprezie, przedstawia mu się większa grupa osób. Wymieniają swoje imiona po kolei: Arek, Tomek, Krzysiek, Dawid, Ania, Ola, Julia, Paweł, Agata, Sebastian, Paulina, Renata. A ty ściskasz ich dłoń i powtarzasz: Daniel, Daniel, Daniel, Daniel... No, chyba że tak się złożyło, że nie masz na imię Daniel, wtedy przedstawiasz się inaczej.
I teraz moje pytanie do was: jak miała na imię szósta osoba z mojej listy? Pewnie właśnie musiałeś to sprawdzić. No właśnie...
Ostatnio na przyjęciu przedstawiła mi się większa grupka osób, a ja nie zapamiętałem imienia jednej dziewczyny. Pewnie nie tylko jednej, ale z tą jedną będzie związana moja historia. Na całe szczęście podczas rozmowy z jedną osobą nie używamy raczej jej imienia. I pani Niezapamiętana (tak ją na razie nazwijmy) spędziła ze mną cały wieczór. Pod koniec imprezy wymieniliśmy się numerami.
Jak to czasem w życiu bywa, zakolegowałem się z Niezapamiętaną. Chodziliśmy razem na piwo, spacery, okazało się, że tak jak ja lubi w nocy oglądać gwiazdy z dachu. Mijały tygodnie, a ja wciąż nie wiedziałem, jak ona ma na imię. A głupio było po takim czasie zapytać „a tak właściwie, to jak masz na imię?”.
Któregoś dnia zaprosiła mnie na grilla. Kilka razy poszliśmy do niej na działkę, braliśmy piwo, coś na ruszt i grillowaliśmy sobie sami. Myślałem, że ma na myśli takiego grilla. Okazało się, że byli tam jej rodzice i pies – taki mały, wkurzający, głośny, upierdliwy... Właściciele takich małych piesków często je rozpieszczają. Atmosfera o dziwo nie była napięta, jej rodzice okazali się bardzo w porządku. Zaczęliśmy jeść, a jej pies wciąż ode mnie żebrał! Ale właściciele zabronili dokarmiać zwierza, więc tego nie robiłem. W końcu dał mi spokój i wskoczył na kolana mamie.
Po jakimś czasie pani domu zadała mi pytanie, czy polubiłem Maję. Jest! Po takim czasie w końcu dowiedziałem się, jak ma na imię! Maja! Uszczęśliwiony odpowiadam, że tak. Znamy się tylko miesiąc, ale jest moją przyjaciółką, a na dodatek ma bardzo miłych rodziców. Ale patrzę, że jej ojciec spogląda na mnie spod byka. Myślę sobie — jak to ojciec, nie lubi, gdy ktoś się kręci wokół jego córki. Więc przyhamowałem trochę z entuzjazmem i zacząłem opowiadać o tym, co ostatnio robiliśmy. Opowieść przerwał mi wkurzony tatusiek słowami: „Maja to pies”...
Mam pewien rytuał: zawsze, gdy mam w ręce grosz, rzucam go gdziekolwiek. Myślę wtedy o tym, że jeśli ktoś przypadkiem trafi na grosza, to stwierdzi, że to na szczęście.
Mam bardzo ciężką sytuację, jednak uszczęśliwia mnie myśl, że może jakiś człowiek w trudnej sytuacji choćby uśmiechnie się dzięki tej śmiesznej zasadzie „grosika na szczęście”. Ten gest potrafi mnie teraz w małym stopniu uszczęśliwić. Niby taka pierdoła, a tylko dzięki temu w ciągu dnia czuję się lepiej.
Kilka lat temu zatrudniłam się w małym zakładzie produkcyjnym i powiem szczerze, że nigdy w życiu nie spotkałam takiego szefa, jakiego mam obecnie. Jest życiowy, wyrozumiały i odkąd pracuję, zawsze mogłam na niego liczyć. Swoich pracowników traktuje trochę jak własne dzieci. Jest też oczywiście wobec nas wymagający, jednak od siebie również wymaga. Nie boi się złapać za szczotkę czy mopa. Codziennie podchodzi do każdego i się z nim wita. Bardzo miło jest, gdy pracownik się naprawdę stara i to zostaje nagrodzone zarówno premią, jak i dobrym słowem.
Darzę go ogromnym szacunkiem za to, jakim jest człowiekiem. Każdemu życzę, by chociaż raz na swojej życiowej drodze zawodowej mógł pracować pod skrzydłami takiej osoby.
Dodaj anonimowe wyznanie