Mój sąsiad alkoholik ma dwa psy. Widać, że bardzo zaniedbane. Często, gdy w końcu raz na miesiąc spuści je z łańcucha, przychodzą do mnie po jedzenie.
Gdy nadeszła zima i mrozy, psy dalej były uwiązane na dworze za domem. Nikt z sąsiadów się tym nie interesował. W końcu pewnego dnia zadzwoniłam na policję, że jest mróz, psy na dworze, a sąsiada nie ma drugi dzień. Zaskoczyło mnie, że pomimo chęci zgłoszenia anonimowo naciskano, abym podała swoje imię i nazwisko. Nie chcąc się kłócić, zrobiłam to, nadal podkreślając anonimowość.
Kilka dni później do sąsiada zawitała policja i od razu powiedziała, że sprawę zgłosiłam ja (przedstawili mnie z imienia i nazwiska).
W tym momencie sąsiad mi grozi, policja nie reaguje na moje prośby, z domu wychodzę z gazem pieprzowym i włączonym wideo w telefonie, bo sąsiad (starszy ode mnie o grubo 20 lat) chodził za mną i groził, że niedługo złapie mnie samą, jak nikt nie będzie patrzeć.
Czy naprawdę musi w końcu dojść do tragedii?
PS Jestem w ciąży i on o tym wie.
Od dziecka, oprócz standardowych ręczników, każdy z domowników posiadał jeszcze „ręcznik zapasowy”, który wisiał za pralką. Dla mnie przez ponad 20 lat nie odegrał żadnej roli, wszyscy mieli, to ja też.
Prawie rok temu wyprowadziłem się z domu, później poszedłem do wojska, gdzie nauczyłem się, że wszystko, co się posiada, do czegoś służy. Niecały miesiąc temu wróciłem do domu. Ręcznik zapasowy, jako że praktycznie nieużywany, znalazł zastosowanie przy różnych mrocznych misjach – gdy wróciłem pod wpływem alkoholu i parę kropelek poleciało, zacząłem używać go jako szmaty, gdyż wyciągnięcie tej właściwej w nocy groziło utratą zdrowia i życia. Zaczął również odgrywać znaczącą rolę przy porannym koniobiciu.
Dziś przyłapałem babcię z tym ręcznikiem w rękach. Z przerażeniem w oczach powiedziałem, żeby się w niego nie wycierała, bo to mój ręcznik. Babcia uparcie stwierdziła, że ja go nie używam, więc zawsze jest czysty i pachnący. Zacząłem mówić, że teraz czasem wycieram nim podłogę. Babcia przerwała mi w połowie zdania, krzycząc, że kłamię, ona go zawsze wącha i żałuję jej ręcznika, którego nie używam i w tym samym momencie oficjalnie postanowiła mi zademonstrować, że od kiedy się wyprowadziłem, zaadoptowała go jako swój ręcznik do twarzy. Nie zdążyłem odpowiednio zareagować.
Jeszcze dwie godziny wcześniej brał udział w porannej koniówce.
Stwierdziłem, że lepiej dla nas obojga, by nie poznała roli, jaką odgrywał ten ręcznik. Na domiar złego, gdy wymieniłem go na świeży, wzięła z powrotem używany, wydzierając się, że nie będzie prać czystego ręcznika, a ten wymieniała trzy tygodnie temu i jest jeszcze czysty i pachnący...
„«Moja matka ze łzami w oczach przeprosiła mnie za wszystko. Opowiedziała o tym, co robili jej rodzice. O tym, jak ją głodzili, jak bili i upokarzali. Po części usprawiedliwiam jej zachowanie w stosunku do mnie. Teraz wiem, dlaczego zachowywała się podobnie jak jej rodzice. Nie potrafiła utrzymywać z dzieckiem innych relacji. Ja taka nie będę. Obiecuję sobie, że będę utrzymywać z moim przyszłym dzieckiem prawidłowe relacje».
Taką notatkę znalazłam w starym pamiętniku mojej mamy. Żałuję, że nie dotrzymała danej sobie obietnicy. Pamiętam, jak mnie biła i wyzywała od najgorszych. Ja nigdy nie będę taka dla swoich dzieci. Nie dam rządzić swoim emocjom”.
Praprababcia, prababcia, babcia, matka i ja – wszystkie jedynaczki, ojcowie od nas odchodzili albo ginęli.
Moja matka udawała przed innymi silną, samowystarczalną i dobrą dla córki, jednak w domu praktykowała „rodzinne tradycje”. Nie chcę ryzykować. Nie chcę mieć dzieci. Nie chcę, aby cierpiały. Chcę zakończyć to błędne koło. W stosunku do znajomych potrafię być agresywna, a dzieci są bezbronne. Nie będzie „mi na pewno się uda”.
Przez większość życia byłam nieśmiałą i cichą osobą, nie miałam przyjaciół. Bałam się kontaktu z ludźmi. W szkole obiekt drwin. W domu patologia, ojciec alkoholik, matki brak (uciekła z kochankiem, gdy miałam 5 lat). Wpłynęło to mocno na moje postrzeganie świata. Ogólnie nieciekawie.
W drugiej klasie liceum poznałam jego. Do dziś nie mam pojęcia, co taki wspaniały chłopak mógł we mnie zobaczyć. W zwykłej szarej myszce. Jednak on jako jedyny dostrzegł we mnie coś więcej. Miał na imię Marek, był popularny w szkole, miał dość spore grono adoratorek. Mimo tego wybrał mnie, niewyróżniającą się dziewczynę. Ciężko mi było uwierzyć w miłość, myślę, że dlatego, że wcześniej nigdy nie otrzymałam jej od nikogo. Jemu udało się to zmienić. Układało nam się bardzo dobrze, otworzyłam się przed nim, co łatwe nie było. Stałam się bardziej towarzyska.
7 lat razem, wspólne mieszkanie, planowanie ślubu. Bajka. Marzenie. A potem złe samopoczucie, badania i diagnoza, która nie dawała mu szans. Ale walczył jeszcze rok – dla siebie, dla mnie, dla nas. Nadszedł jednak jego czas i odszedł do Boga.
Zostawił mi list. „Pamiętaj, że życie jest piękne, bądź szczęśliwa. Zrób to dla mnie”. Tylko jak mogłam być szczęśliwa bez niego? On był moim całym szczęściem. Całym życiem.
Później była depresja, próby, w końcu terapia...
Dziś trzecia rocznica jego śmierci, a ja postanowiłam wrócić do świata żywych i spełnić jego ostatnią prośbę. Nie wiem, czy kiedyś jeszcze odnajdę szczęście, czy pokocham kogokolwiek. Ale dla niego spróbuję.
Mam 27 lat i jestem fetyszystą męskich stóp, co najciekawsze, jestem hetero. Kręcą mnie tylko kobiety i wszystko, co z nimi związane, ale nie potrafię przestać fantazjować o tym, żeby zająć się męskimi stopami – masować je i cieszyć się nimi. Nawet jestem skłonny zapłacić za to normalnemu facetowi, żeby tylko się na to zgodził. Nie potrafię przez to wejść w związek z dziewczyną, bo nie chcę jej skrzywdzić tym, że się kiedyś o tym dowie, albo w pewien sposób „zdradzę” ją, będąc w związku i spotykając się na zajmowanie się stopami faceta. Najgorzej... :/
Mam problemy. I najgorsze jest to, że wiem, że je mam, i to od dłuższego czasu, tj. przynajmniej od 5 lat. Problemy z rodziną – rodzicami, partnerką oraz dzieckiem.
Dziś pierwszy raz byłem na wizycie u psychologa. Wiem teraz, że czeka mnie przynajmniej kilka spotkań, każde po godzinie zegarowej, gdzie w sumie sam z siebie gadam o sobie, tak jak dziś było.
Dlaczego to piszę?
Czytam anonimowe od dawna, od dawna zmagam się z problemami i samym sobą.
Piszę to, ponieważ może jesteś ciekawy/a, jak sobie pomóc.
Zadzwoń na telefon zaufania/pomocy psychologicznej (jest darmowy) lub zadzwoń do psychologa w Twojej okolicy. To tylko zwykły człowiek, który może wiedzieć, jak Ci pomóc. Spróbuj!
Jeśli jednak umówisz się do psychologa prywatnie, to bądź gotowy na wydatki, ale uwierz mi – WARTO! Jak Cię nie stać, to dzwoń na ten darmowy numer pomocy psychologicznej! Działaj! I uwierz, że warto dać sobie szansę!
Trzymajcie się.
Maciek
Parę lat temu byłam studentką marketingu. Pewnego dnia wracałam po ciężkim dniu z uczelni bez jakiejkolwiek ochoty na żarty. Bolała mnie głowa, dlatego też postanowiłam, że zjem coś szybko na mieście, a później zaszyję się w swoim mieszkaniu.
Wstąpiłam do McDonalda. Obsługiwała mnie młoda dziewczyna, która tego dnia (w przeciwieństwie do mnie) miała wyjątkowo dobry humor. Cały czas śmiała się wraz ze swoją koleżanką z pracy. Z czasem śmiech coraz bardziej się nasilał, a nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że cały czas się tak zachowując, obsługiwała mnie.
W pewnym momencie przypomniałam sobie, że co jakiś czas McDonalda „odwiedza” tzw. tajemniczy klient, którego zadaniem jest kontrola jakości obsługi. Popatrzyłam na dziewczynę lekko zirytowana i z kamienną twarzą, bez żadnego uśmiechu, stanowczo powiedziałam: „Tajemniczy klient patrzy”. Pracownicy najwyraźniej zrobiło się głupio i bardzo się zmieszała. Zdążyła tylko wydukać ciche: „Przepraszam”.
Jej przestraszonej miny chyba nigdy nie zapomnę.
Ostatnio zajarałem se w środku nocy i zobaczyłem, że ktoś dronem lata. Mam ogólnie małego bzika na punkcie dronów, to sobie pomyślałem, że popatrzę co za model i co robi. Patrzę się na te mrugające światełka i myślę, że może to jakieś badania terenowe, może kogoś szukają, a może sprawdzają, kto pali śmieciami. Jedna wielka niewiadoma. Po chwili zaczęło mnie zastanawiać, czemu ten dron ciągle wisi w powietrzu i nie zmienia pozycji. Może kogoś konkretnego obserwują?
I okazało się, moi drodzy, że urobiony jak meserszmit przez 20 minut gapiłem się w mrugającą gwiazdę. Kurtyna.
Mam żonę, jesteśmy już razem od kilku ładnych lat, kocham ją całym sercem, doceniam, ale jest jedna rzecz, której w mojej żonie nie potrafię zrozumieć ani przezwyciężyć. Otóż odkąd tylko zostaliśmy parą, jeszcze na studiach (ja kończyłem studia i pracowałem, natomiast ona dopiero zaczynała), żona była wyjątkowo zazdrosna. Na początku nawet mnie to cieszyło, przecież trochę zazdrości dodaje pikanterii w związku, no i wiadomo, jak jest zazdrosna, to musi jej zależeć, nie? Myślałem, że wraz z upływem czasu zazdrość jej minie, że dotrze do niej, że ze wszystkich kobiet na świecie wybrałem właśnie ją. Niestety zazdrość jej nie przeszła, choć nigdy nie dałem żonie pretekstu do zazdrości. Nigdy nawet nie flirtowałem z innymi. Zawsze byłem i jestem jej wierny, ale do niej nie dociera to, że kocham ją za jej charakter, inteligencję, a wygląd ma drugorzędne znaczenie.
Ma manię przeglądania mojego telefonu, komputera, czasami przychodzi do mojej pracy niby pod pretekstem zjedzenia razem obiadu, a gdy tylko muszę wyjść gdzieś coś załatwić, ogarnąć, ona przegląda mój komputer w pracy oraz śledzi historię wyszukiwarki. Wiem to, bo wszędzie jest monitoring.
Mam dość jej manii, prześladowania, śledzenia mnie (potrafi jeździć za mną autem i patrzeć co, gdzie i z kim robię) i tej ciągłej, toksycznej zazdrości. Ona nie potrafi zrozumieć, że ją kocham i mi na niej zależy. Tłumaczy się, przy każdej kłótni, że to przez niską samoocenę itd. JUŻ TAK DŁUŻEJ NIE WYTRZYMAM. Poważnie myślę nad złożeniem papierów rozwodowych, może wtedy coś do niej dotrze.
Mam męża i dwuletnie dziecko. Parę miesięcy temu mój mąż stracił mamę. Odkąd się to stało, zrobił się nie do zniesienia. Nie chce żadnej pomocy ani pocieszenia. Już wcześniej był wybuchowy, ale nie aż tak jak teraz. Każda mała pierdółka go drażni, co gorsza drze się na mnie, jakbym była winna wszystkiemu, co się przydarzyło. Nie da się z nim rozmawiać, bo wszystko odwraca kota ogonem. Mam już po dziurki w nosie takiego zachowania, bo nawet nie potrafi wyrazić swoich emocji i powiedzieć, co go trapi.
Nasze dziecko bardzo go potrzebuje. A ja nie potrafią go przy nas zatrzymać. Ostatnie dni były trudne, bo znikał na kilka godzin. Dziś też wyszedł bez słowa. Wcześniej, jak jeszcze nie mieliśmy dziecka, też znikał na kilka godzin, a na moje pytania, gdzie był i co robił, to albo nie odpowiadał, albo mówił, że pochodzić.
Mam strasznie mieszane uczucia, rozważam rozwód i wyprowadzkę. Kocham nasze dziecko i chcę dla niego jak najlepiej, a życie z takim cholerykiem chyba do niczego nie prowadzi...
Dodaj anonimowe wyznanie