#LRv60

Kilka lat temu z mężem zaczęliśmy się starać o dziecko. Straciliśmy cztery ciąże, aż w końcu się udało. Drugi trymestr, trzeci... Zaczęliśmy remontować dom, kupować ubrania, zabawki... Radość! W końcu powiedzieliśmy znajomym i rodzinie (dopiero w siódmym miesiącu przyznaliśmy się wszystkim, że będziemy rodzicami).

Ostatnie dwa miesiące ciąży to był horror. Wszystko, co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Spędziłam ponad dwa miesiące w szpitalu i wielokrotnie mówiono nam, że albo ja, albo młody nie wyjdziemy z tego cało. Koniec końców młody urodził się cały. Pierwsze trzy miesiące miał sporo problemów i ja się ciągle martwiłam, że nie przeżyje. Nie rósł, nie przybierał na wadze. Ciągle wymiotował, miał szarą skórę. Ja fizycznie doszłam do siebie dość szybko. Niestety psychicznie nie do końca. Zdiagnozowano u mnie bardzo silny zespół stresu pourazowego. Trafiłam na terapię, która i tak nie pomogła... bałam się dosłownie wszystkiego, a na myśl o wizycie kontrolnej w szpitalu dostawałam ataku paniki.

Dzisiaj młody ma 2 lata i jest okazem zdrowia. A ja niestety nie pamiętam pierwszych trzech miesięcy jego życia. W ogóle. Pamiętam nasz dom, remont, kołyskę w salonie, uczenie kota, jak obchodzić się z dzieckiem, pamiętam siedzenie w nocy i śpiewanie małemu, ale w moich wspomnieniach kołyska jest pusta, ja na rękach nie trzymam dziecka, kota odganiam od pustki... dopiero kiedy było pewne, że młody przeżyje, zaczęłam go rejestrować. Często patrzę na zdjęcia z tego okresu, żeby sobie przypomnieć, że miałam wtedy dziecko, ale nic to nie daje. W mojej głowie pojawił się on dopiero po kilku miesiącach. Jest mi z tym koszmarnie źle. Wiem, że nie kochałam mojego wyczekanego maleństwa przez te pierwsze miesiące życia, wtedy kiedy potrzebował tego najbardziej, bo bałam się do niego przywiązać.

#8zKpo

„Serdecznie donoszę” to mogłoby być moje motto.
Nie wiem, skąd we mnie taka potrzeba donoszenia na ludzi.

Ktoś pali w piecu kradzionym drewnem z lasu? Aż mnie korci, by to zgłosić.
Ktoś zatrudnia kogoś na czarno? Już widzę, jakie mogłabym mu zrobić problemy.
Ktoś w swoim garażu na lewo naprawia samochody? Gdzie ten e-mail do skarbówki... Ktoś sprzedaje coś pod stołem? Już lecę do komputera.
Ktoś według mnie źle zajmuje się dzieckiem? MOPS by się zainteresował...

Najchętniej bym zgłosiła każdego, kto robi coś nielegalnego. Nie w imię prawa, a dla własnego zadowolenia, że ktoś będzie miał problemy. Ciągle z tym walczę, nigdy na nikogo nie doniosłam, bo nie chcę, by ten wredny człowiek ze mnie wyszedł. Ale boję się, że kiedyś nie wytrzymam.

#mnkIt

Niebawem kończę studia, pracuję naukowo na uczelni, ale nie zasnę bez swoich ukochanych pluszaków. Nie widziałam w tym żadnego problemu i nadal mi to nie przeszkadza, jednak dzisiejsza sytuacja dała mi do myślenia.

W swoim starym pokoju mam grono pluszaków. Zawsze, gdy zostaję u rodziców na noc, sprawdzam, czy wszystkie są na swoich miejscach, zawsze, gdy wychodzę z domu, żegnam się z każdym z nich przytuleniem i pogłaskaniem. Dzisiaj zauważyłam, że jednego brakuje, od razu pomyślałam, że chrześniak podczas zabawy musiał go zabrać. Cała zestresowana zeszłam do mamy i zapytałam, czy nie widziała mojego pluszaka. Naprawdę kamień spadł mi z serca – jak się okazało, tata schował go w szafie, by mały nie zabrał go do domu (bardzo nie lubię, gdy ktoś bez pytania zabiera moje rzeczy i rodzice o tym wiedzą).
Cała szczęśliwa przytuliłam swojego misia i zaczęłam go głaskać, za to mama spojrzała na mnie ze strasznym zażenowaniem.

Głupio, ale nie potrafię traktować pluszaków bez szacunku, bez myślenia, że też mają uczucia, chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że to rzecz materialna.

#YpBI6

Czasami pragnę poczuć się jak piesek. Tak, pies. Wydaje się to może niecodzienne, ale w głębi serca chciałbym choć na chwilę przeżyć tę prostotę i radość życia, jaką mają psy. Marzy mi się stanąć na czterech kończynach, biec swobodnie po polu, cieszyć się każdą chwilą, aportować czy po prostu bawić się zwykłą gumową kością. Te myśli nie wynikają z pragnienia bycia zwierzęciem, ale z tęsknoty za prostotą, autentycznością i nieograniczoną radością, które często kojarzą się z psim życiem.
Chociaż te myśli przynoszą mi pewien rodzaj ulgi i ukojenia, jednocześnie odczuwam wstyd, że tak mam. Obawiam się, jak ludzie zareagują, gdyby dowiedzieli się o moich pragnieniach. Czasami śmieję się z siebie, wyzywając się w myślach.

Podzieliłem się tym, mimo że zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może to brzmieć zabawnie. Potrzebowałem miejsca, gdzie mógłbym o tym opowiedzieć i poczuć, że choć jedna osoba zrozumie co czuję.

#Bjw2i

W podstawówce miałam naprawdę świetnego księdza. Wiecie, takiego z poczuciem humoru, z którym zawsze można się pośmiać, dogadać. W piątej klasie postanowił zrobić nam sprawdzian w mikołajki. Nie podobało nam się to, jednak nic nie mogliśmy zdziałać – nasze prośby o przesunięcie terminu nie skutkowały. Co więc zrobiliśmy? Zgodnie z radą wychowawczyni: jeden z nas przyniósł do szkoły ogromny kamień (wielkości mniej więcej bochenka chleba). Doczepiliśmy do niego karteczkę z napisem „Taaaaaki kamień spadłby nam z serca, gdyby nie było dzisiaj sprawdzianu” i niepostrzeżenie położyliśmy na biurku księdza, gdy wpuszczał nas do klasy. Jego reakcja? Zaśmiał się, zamyślił na chwilę i zapytał, którzy z nas uczyli się wczoraj i czują się naprawdę dobrze przygotowani. Mówił, że wszystkie takie osoby przepyta w ramach sprawdzianu, ale jest haczyk – albo umiemy wszystko i dostajemy szóstkę, albo nie wiemy chociaż jednej rzeczy i dostajemy jedynkę. Dał nam chwilę do namysłu, po czym wszystkich „przygotowanych” poprosił na środek. Wyszłam ja i kilku moich kolegów.
Co zrobił ksiądz? Powiedział, że nam wierzy, i wstawił szóstki bez zadania nawet jednego pytania. Reszta klasy musiała oczywiście napisać normalny sprawdzian kilka dni później.

Pozdrawiam księdza Adama! ;)

#fvmnA

Mieszkam na osiedlu strzeżonym w stolicy. Muszę wam powiedzieć, że przez to, że blok jest ogrodzony i mamy ochronę, to niektórzy sąsiedzi myślą, że to ich prywatny budynek, chociaż kupili tylko 40 m kwadratowych. Nie chodzi o imprezy czy hałas, po prostu czepialstwo niektórych osób jest nie do wytrzymania. Kto mieszka na takim osiedlu, ten wie. Zwłaszcza jedna sąsiadka upodobała sobie mnie i ciągle się na mnie skarży.
Późno się kładę, więc lubię sobie obejrzeć jakiś film wieczorem. Wzywanie na mnie ochrony za to, że telewizor za głośno gra, jest na początku dziennym (dla zobrazowania: raczej nie przekraczam poziomu głośności ponad 5, ochrona oczywiście przyznaje mi rację, no ale musi przychodzić zawsze, gdy ktoś zadzwoni). Albo wzywanie ochrony, bo za głośno rozmawiam z gośćmi. Albo za głośno chodzę. U siebie w mieszkaniu, w miękkich kapciach! Za głośno też spuszczam wodę w toalecie, za głośno się kąpię, a nawet za głośno kaszlę. I to naprawdę nie jest tak, że akustyka bloku jest skopana, pytałem innych sąsiadów i nie mają żadnego problemu, bo słychać normalne sąsiedzkie odgłosy, nic przesadnie głośnego, ale tej jednej kobiecie wszystko przeszkadza.
Poważnie zastanawiam się nad znalezieniem pracy w innym mieście i kupnem domku tam, bo w Warszawie mnie nie stać.

#Mk13h

Reinkarnacja. Temat w Polsce omijany, traktowany z politowaniem przez zwykłych ludzi, piętnowany przez nadgorliwych.

Jestem starym człowiekiem, mam ponad 65 lat. Całe życie prowadziłem własną firmę, nie było to imperium, ale pozwoliło mi spędzić sporo czasu na podróżowaniu... Podróżowaniu po Kanadzie, zdarzały się wyjazdy do USA czy w niektóre rejony Azji.
Problem w tym wszystkim jest taki, że... wcale nie jestem starym człowiekiem. Mam 25 lat.

Pojechałem do Kanady w wieku 22 lat. Pojechałem do miejsca, które pamiętałem... Oglądałem miejsca, które już widziałem. Wyobraź sobie, że masz deja vu, a teraz, że trwa nieprzerwanie przez tydzień. Tak się czułem.

Mieszkam w Polsce, mam tu całe swoje życie. Ale mam cały czas wrażenie (głównie, gdy żałuję jakiejś decyzji), że „hej, następnym razem będzie lepiej”. I nie wiem, czy najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że mogę mieć rację, czy może właśnie to, że mogę jej nie mieć. Następny raz? A może tym razem już ostatni? Chyba pora na wizytę u kogoś, kto mi powie, czy mój mózg jest normalny.

#Krt99

W czasach licealnych byłam piekielnie zazdrosna o koleżankę swojego chłopaka. Zazdrość ta opierała się tylko i wyłącznie na jej urodzie i stylu ubierania – bardzo długich blond włosach, szczupłej sylwetce, cerze mlecznej i czystej; nawet bez jednego pryszcza. Ciuchy zawsze zagraniczne i zawsze chwilę po staniu się szałem w tamtych czasach. Nawet akcesoria czy drobne pierdółki sprawiały, że byłam zazdrosna, bo sama nie mogę ich mieć. Spędzali ze sobą dużo czasu, mieli wiele wspólnych tematów, wspólnie uczęszczali na imprezy. Bardzo ją lubiłam i nigdy nie mogłam powiedzieć złego słowa o tej znajomości. Potem kontakty się urwały. Ostatni był wiele lat temu na weselu wspólnego znajomego ze szkoły. Teraz, z moim już mężem, mieszkamy w innej części kraju, a ona wyjechała za granicę.

Nikt nie wie i nigdy nie dowie się, że ta chorobliwa zazdrość sprawiła, że mimo iż się już nie widujemy, a ja ze swojego wyglądu jestem zadowolona, kolekcjonuję jej zdjęcia w ukrytym folderze. Mam ich ponad 200. Nie wiem, kiedy dokładnie się to zaczęło. Chyba wrzuciła na Instagram zdjęcie, gdzie wyglądała niezwykle zjawiskowo. Od tamtej pory każde jej zdjęcie, które mi się w jakiś sposób spodoba, ląduje w mojej skrytce. Ot, moje dziwactwo. Myślę, że był to impuls i naszło mnie akurat w czasie wzmożonego stresu. Pomimo iż mam do tego zbieractwa jakiś bezsensowny sentyment, to dojrzałam już do decyzji o jego zaprzestaniu i usunięciu mojego folderu.
Dodaj anonimowe wyznanie