Parę lat temu, kiedy to kończyłam podstawówkę, poszłam z moją kumpelą na wagary. Gdy chodzenie po parku i jedzeniu smakołyków nam się znudziło, postanowiłyśmy podzwonić do ludzi i gadać różne teksty. Po paru takich próbach dodzwoniłam się do pewnej pani i od razu wyskoczyłam z tekstem "Witam, tu radio takie a takie, wygrała pani 10 tys złotych, jak się pani z tym czuje?".
Gdy usłyszałam po drugiej stronie głos staruszki szczęśliwej z tego, że coś wygrała, zamarłam.. od razu się rozłączyłam. Czułam się źle z tym, że ta pani została oszukana Do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, chciałabym, aby ten telefon nie został wykonany. Oszukałam tę panią i jeszcze przez wiele lat nie wybaczę sobie tego.
Koleżanka z mieszkania przedstawiła mi naszego nowego współlokatora. Kiedy mówiła, że świetnie się dogadamy i tak dalej, puściła mi kilka wymownych i mało dyskretnych oczek. Tego chłopaka nastawiła już chyba na to, że będę jego dziewczyną czy coś. Po krótkim przedstawieniu poszła sobie do pracy i zostawiła nas samych.
Koleś przez pierwsze pół godziny "świetnego dogadywania się ze sobą" gadał jak najęty i użył z 60 razy słowa "mega" i z 50 razy "masakra", dwóch słów, których nadużywanie niezwykle mnie irytuje. Do tego w trakcie całej tej gadki szturchał mnie co chwilę pięścią - wiecie, takie przybijanie żółwika, tylko np. w ramię, albo w brzuch, w bok, w nogę... Na koniec chciał mnie pocałować, więc wytłumaczyłam mu szybko, że ma trochę nie po kolei i że nie mam zamiaru ani z nim chodzić, ani z nim sypiać czy coś. I wiecie co? I według moich znajomych to ja wyszłam na poje*aną!
Pewnego wieczoru siedząc przed kompem naszła mnie ochota na jakąś niezdrową przekąskę. Jako że takowej w domu nie posiadałem, udałem się do najbliższego monopolowego. Kiedy wziąłem co chciałem i byłem gotowy iść do kasy, moją uwagę przykuły pewne orzeszki. Ale nie byle jakie. Orzeszki z wasabi. Jako że jeszcze nigdy ich nie próbowałem, postanowiłem załadować do koszyka jedną paczkę. Po zakupach udałem się w stronę domu. Uznałem, że mógłbym umilić sobie drogę zakupionymi przed chwilą orzeszkami. Nieświadomy niczego otworzyłem paczkę i zdecydowanie wsypałem kilka z nich do ust.
Jeszcze nigdy nie poczułem czegoś takiego. Chciałbym powiedzieć, że miałem ochotę je po prostu wyrzygać albo zejść na zawał, ale to był wyższy poziom męczarni.Jak nigdy wcześniej zapragnąłem po prostu przytulić się do mojej mamy i się jej wypłakać, że boli i że smutno, że ta Azjatka na opakowaniu tylko udaje szczęśliwą, a te orzeszki są złem. Myślałem, że zaraz padnę na kolana i zwinę się w kulkę. Mój mózg został sparaliżowany smakiem detergentów zakrapianych lakierem do włosów.
Łzy napłynęły mi do oczu, ale jako dzielny chłopak doszedłem bezpiecznie do domu, nie zapominając o pozbyciu się powodu traumy w przydrożnym koszu.
Chciałem tylko wyrazić swoją nienawiść do wasabi. Dziękuję.
U moich pradziadków nie było kibelka od zawsze, a wychodek stał za stodołą, 200 m dalej. 12 lat robiłam do nocnika w domu, a dziadkowie wywalali wszystko za drzwi podczas ulewy. Potem został zainstalowany kibelek w kurniku 50 m od wejścia do izby. Wyobraźcie sobie tuzin kur patrzących na ciebie, jak siedzisz na tronie i robisz dwójkę. I te oczęta królików skrobiących zagrody obok ciebie... To było życie!
Odrzuciłam propozycję pracy za granicą, która zmieniłaby moją całą karierę. Dla chłopaka. Powiedział, że się oświadczy, jak zostanę. Nie oświadczył się, ba, stwierdził, że nie jest na to gotowy po ponad 4 latach związku.
Znajomym i rodzinie wmówiłam, że ta oferta wcale nie była tak dobra. A była.
Jestem niepełnosprawna. Muszę chodzić o dwóch kulach, bo jedną stopę mam całkowicie niesprawną, nie ma opcji o jej jakimkolwiek użyciu. Leczenie od dwóch lat przynosi średnie skutki, jestem "udupiona" w domu. Tam też pracuję zdalnie, łapię każde zlecenie by opłacić specjalistów prywatnie i jak najszybciej wrócić do normalnego życia. Jestem sama i radzę sobie sama, nie narzekam, mam póki co dwie sprawne ręce (nieźle przypakowane od kul ;) z czego bardzo się cieszę, chociaż moja niezdarność, zawalidrogowatość i ogólne kalectwo bardzo mnie krępuje.
Staram się nie włazić ludziom pod nogi, nie pakować w wąskie przejścia, nigdy nie proszę o przepuszczenie w kolejce. Najczęściej sama przepuszczam ludzi, bo nawet mając 10 przedmiotów na taśmie ślimaczę się z wykładaniem, pakowaniem, płaceniem i odchodzeniem, a gdy mam mijać kogoś z psem, wózkiem, to po prostu schodzę na bok i udając że czytam sms/poprawiam coś czekam aż ta osoba przejdzie. Ja naprawdę nie chcę być "odczuwalna" z moim kalectwem dla reszty i bardzo się staram. Gdybym mogła, to bym robiła zakupy z dostawą, ale nie mogę. Jest mnóstwo dobrych ludzi, kochanych, współczujących, bezinteresownych, ale...
Jest mi przykro, gdy rodzic/opiekun nie wytłumaczy dziecku, żeby nie kopało w moje kule, nie skakało nad nimi, nie biegało wokół mnie slalomem, nawet gdy o to grzecznie proszę. Albo gdy ludzie nie pilnują psów i któryś wystraszony moimi "pałąkami" podbiega, warczy i szczeka, a czasami nawet się rzuca. Niestety to są nagminne sytuacje, te z dziećmi i psami. Gdy słyszę/widzę dzieci albo psy to już się boję, chociaż fafiki uwielbiam. Mój stan 7 razy uległ pogorszeniu, bo się przewróciłam/straciłam równowagę/zostałam kopnięta/poszarpana za nogawki i upadłam. Moje krzyki i prośby w takich sytuacjach spotykają się z jeszcze gorszymi krzykami i groźbami. W sklepie pół biedy, jest monitoring, ale na ulicy nie ma. Nawet gdybym miała siłę, to nic nie wywalczę.
Ludzie, ja nie mogę się bronić! Nikogo tymi kulasami nie pobiję, nie zastrzelę nimi nikogo, nic nie mogę, bo poruszam się w zawrotnym tempie ok. 2km/h a co 200 metrów muszę siadać na ławce. To że mam 25 lat i brak widocznych oznak (poza kulami) mojego stanu, nic nie zmienia. Nie jestem niczyim wrogiem.
Dziękuję wszystkim tym tym, dzięki którym jest mi lżej. Którzy widząc mnie, nie widzą zagrożenia, a kogoś kto potrzebuje pomocy. Zwłaszcza pewnej mocno starszej Pani, która widząc mnie z siatką zakupów wzięła ją ode mnie i zaniosła mi ją pod drzwi, bo ja ledwie człapałam, a jeść musiałam. I ta Pani była dużo sprawniejsza niż ja...
Opowiem Wam historię o samotnych lwach. Cofnijmy się do roku 2007, miałem wtedy naście lat. Byłem nieśmiałym dzieckiem, trochę zagubionym w książkowym fikcyjnym świecie. I marzyłem zbyt dużo jak na typowego nastolatka, dosłownie bujałem głową w chmurach.
Z rówieśnikami nie dogadywałem się najlepiej, więc uciekłem do raczkującego wtedy świata wirtualnego.
Odnalazłem się na blogu zrzeszającym ludzi, którzy odgrywali postacie lwów.
Każdy kto chciał dołączyć, zapisywał się przez mail, umieszczał własną historię, krótki opis swojej postaci.
Rozmawialiśmy w komentarzach pod notkami, zdjęciami, wymyślaliśmy intrygi i każdy kto chciał dopisywał coś od siebie.
Później przyszedł czas na założenie chatu dla stada. Poznałem tam wspaniałych ludzi, nawiązałem przyjaźnie na odległość.
Zatraciłem się w tym.
Gdy wracałem ze szkoły, robiłem wszystko w ekspresowym tempie, by tylko móc jak najszybciej wrócić do wirtualnego świata.
Żyłem życiem moich 'przyjaciół' ze stada, fantazjowałem, że gdy będziemy samodzielni to zamieszkamy w jednym mieście i będziemy nierozłączną paczką przyjaciół.
Tylko nie zdawałem sobie sprawy, że ludzie w internecie mogą kłamać, że dziewczyna, która opowiadała mi o swoim nowotworze jest całkowicie zdrowa. Że chłopaki, którym się zwierzyłem z miłości do umierającej Julii to tak naprawdę dziewczyny. Że koleżanka, z którą chciałem studiować wcale nie ma 15 lat.
Długo zajęło mi odkrycie prawdy i otrząśnięcie się z fikcyjnych relacji.
Dla większości stada, to była tylko zabawa. Ja przeżywałem wszystkie ich wymyślone problemy na sobie, podchodziłem do nich emocjonalnie.
I tylko nostalgiczna łezka kręci mi się w oku na myśl, że to były jedne z najlepszych relacji w moim życiu. Nawet jeśli nie były prawdziwe.
Jestem 23-letnią kobietą. Pewnego dnia wracałam późnym wieczorem z wyjścia ze znajomymi i przydarzyła mi się sytuacja, której nigdy bym się nie spodziewała.
Na spotkaniu wypiłam 2 piwa, ale nie korzystałam z toalety. Kiedy już przyszedł czas powrotu do domu, wybiegłam szybko z pubu, żeby zdążyć na autobus. Już na przystanku moje myśli krążyły wokół jednego - musiałam jak najszybciej się załatwić. Jako że do autobusu miałam dosłownie dwie minuty, kolejny za godzinę, a ja w centrum miasta - musiałam wytrzymać.
Podróż była ciężka i trwała 7 minut. Jak wysiadłam z autobusu, to już nie byłam w stanie iść. Niesamowity ból blokował moje ruchy. Stałam jak wryta na przystanku, z myślą, że jak zrobię krok, to po prostu się posikam. Do domu 100 metrów pieszo, mówię - dam radę!
Nie dałam. Zaraz jak zrobiłam krok, zaczęłam popuszczać mocz pod siebie. Z każdym kolejnym krokiem było gorzej. Nie byłam w stanie już tego powstrzymać. Zdecydowałam na bieg do domu, jednocześnie sikając w majtki.
Teraz mam uraz i jak tylko poczuję lekkie parcie na pęcherz, to od razu idę do toalety.
Czas wymienić kobietę na lżejszy i milszy model, jakkolwiek brutalnie to brzmi. Pękło we mnie coś po weselu u kuzyna. Byłem sam, gdyż moja kobieta nie chciała iść.
Córka ma ponad cztery lata, moja kobieta przez cały ten czas nie miała czasu doprowadzić się do porządku. Jest otyła, zaniedbana i wiecznie narzeka. Narzeka na wszystko. Od dłuższego czasu wolę robić nadgodziny, niż wracać do domu do wiecznie niezadowolonej kobiety, która ma o wszystko pretensje. Od ponad dwóch lat nie może znaleźć stabilnego zatrudnienia, bo za ciężko, bo szef ją wkurzył, bo atmosfera zła, bo ktoś podniósł na nią głos, bo ta praca sprawia, że ma depresję itp. Po ostatnich podwyżkach wszystkiego, w tym kredytu hipotecznego, poprosiłem ją, że musi ograniczyć spożywanie cukrów, fast foodów, już nie tylko, bo wygląda jak wygląda, ale ze względów ekonomicznych, bo nie damy rady. Jej dieta oparta o cukry i tłuszcze naprawdę dużo kosztuje. Myślicie, że zrozumiała? Nie zrozumiała. Obraziła się. Kobieta najzwyczajniej mnie obrzydza.
Kilka lat temu wybrałam się z dwoma przyjaciółkami na obóz anglojęzyczny o tematyce kosmetycznej. Trwał 11 dni i już pierwszego dnia podczas robienia kremu do rąk dostałam reakcji alergicznej (mam mocną alergię na prawie wszystko). Przez resztę obozu, czyli 10 dni, musiałam oglądać jak inni produkują kosmetyki przez szybkę od drzwi.
Na tym samym obozie w ciągu dnia organizowane były też różne rozrywki, m.in. walka o flagę lub taplanie się w błocie. To drugie wyglądało tak, że brało się duży rozbieg i ślizgało brzuchem po zrobionym wcześniej przez organizatorów torze. Ponieważ było to już po mojej reakcji alergicznej, opiekunowie obozu bali się pozwolić mi na tę zabawę, w zamian za to mogłam ślizgać się... po suchej trawie. Nie powiem, ekstra zabawa, nawet udało mi się zedrzeć kolana.
Dodaj anonimowe wyznanie