Mam duże doświadczenie z psami. Wychowywałam się z nimi, potem także mi towarzyszyły, ogólnie ciężko mi sobie przypomnieć okres w życiu, w którym byłam bez czworonożnego przyjaciela. Mój ostatni pies zmarł dwa miesiące temu, zabrała mi go poważna choroba. Strasznie to przeżyłam. Jednak u mnie sprawdza się zasada, że na ból po stracie ukochanego zwierzaka działa przygarnięcie nowego. Dlatego wybrałam się do pobliskiego schroniska. Tam moją uwagę przykuł mały kundelek. Po niedługim czasie byłam pewna, że właśnie tego psa chcę adoptować. Niestety bez wyraźnego powodu pracownicy schroniska, niezbyt mili, wybitnie chcieli mi to utrudnić. Z początku zadano mi mnóstwo pytań, przykładem było pytanie, z jakiej firmy planuję kupić zabawki dla psa, bo oni akceptują tylko jedną. Po pytaniu, na którym piętrze mieszkam i mojej odpowiedzi, że na trzecim, a mieszkanie bez balkonu, na twarzy zagościł im grymas i usłyszałam, że pies na pewno wyskoczy (niby jak?!). Ostatecznie po długich „przepychankach” z pracownikami schroniska udało mi się zabrać psa.
I wtedy się zaczęło...
Telefony trzy razy dziennie, z pytaniami, jak pies się czuje i jaką karmę mu dałam stały się porządkiem dziennym. Raz zadzwoniono do mnie z prośbą o wysłanie zdjęcia psa, ale akurat byłam w pracy, więc powiedziałam, że wyślę, jak wrócę, ale pracownica schroniska stwierdziła, że na pewno chcę zataić stan psa, bo już go zaniedbałam. I trwa to do teraz. Pies jest u mnie miesiąc, ale nadal co drugi dzień dzwonią do mnie ze schroniska z dziwnymi pytaniami. Tylko że obecnie przestałam już odbierać, bo to jak dla mnie przesada. Pies ma u mnie bardzo dobrze, jestem doświadczona i umiem sobie doskonale poradzić z opieką nad psem, wiec naprawdę niekomfortowo się czuję, mając taki nadzór. Nie wiem, co siedzi w głowach tych ludzi...
Historia sprzed ponad 30 lat.
To było podróż poślubna moich rodziców. Wybrali się pociągiem do Zakopanego. W drodze powrotnej niestety zasnęli. Po przebudzeniu zauważyli, że przejechali stację, na której mieli wysiąść.
Pociąg jechał dość powoli, więc wpadli na pomysł, że wyskoczą z pociągu.
Kiedy mama już wyskoczyła, tata dostrzegł, że jednak pociąg nie przejeżdżał jeszcze przez ich stację, więc pojechał dalej...
Moja żona od dwóch miesięcy znajduje wymówki i unika zbliżeń. Wcześniej mieliśmy przestoje, ale zawsze to były kwestie zdrowotne, ciąża itp., a teraz zrobiło się dziwnie. Zaczęła późno wracać z pracy, zaczęły się jakieś wyjazdy na zgrupowania w innych miastach... Może mam paranoję, ale ciągle myślę, czy mnie nie zdradza. Jest cholernie inteligentna, więc wiem, że nie da się przyłapać.
Mam 16 lat, a nie przechodzę ani nie przeszedłem mutacji. W dodatku w mocno stresujących sytuacjach łamie mi się głos i zaczynam płakać, gdy chcę coś powiedzieć. Nie umiem nad tym zapanować.
Jestem mamą ponad 2-letniej dziewczynki. Dziewczynki, która jest totalnym wulkanem energii. Mąż całymi dniami w pracy, ja też pracuję, jak tylko mogę, bez żłobka, opiekunki i pomocy rodziców, którzy również pracują. Nie wychowuję córki bezstresowo, wiem, że to też taki wiek, bunt dwulatka, testowanie, na ile może sobie pozwolić, ale jest zwyczajnie nieusłuchana i często niegrzeczna, choć odkąd zaczęła więcej rozumieć, stawialiśmy z mężem granice i uczyliśmy zasad. Wiem, że wielu z Was powie „to tylko dziecko, ono nie rozumie”. Nieprawda. Przynajmniej moje dziecko rozumie bardzo dużo, chłonie jak gąbka, wie, że źle robi, ale jest tak uparta, że brnie dalej. Ja też jestem uparta, nieczuła na jej wymuszane krzyki. Chcę ją wychować na dobrego człowieka, z empatią podchodzącego do innych ludzi, żeby uczyła się szanować czyjąś pracę i pieniądze, żeby wiedziała, że nie spadają z nieba. Wiem, że do tego długa droga.
Jak już wspomniałam, całymi dniami jestem z małą sama, chcąc nie chcąc zakupy muszę zrobić z nią, nie mam opcji, żeby ją z kimś zostawić. Niestety dziadkowie kilka razy pozwolili jej jeździć w sklepie tym małym koszykiem i teraz na zrobienie z nią zakupów mam dwie opcje:
1. Na siłę krzyczące i wyrywające się dziecko muszę wsadzić do tego dużego koszyka z miejscem dla dziecka. Ryzyko: potrafi się drzeć całe zakupy. Domyślacie się, jakie są spojrzenia ludzi i komentarze: krzywdzę dziecko, znęcam się nad nią, powinni mi zabrać prawa rodzicielskie, albo odwrotnie – rozwydrzony bachor.
2. Pozwolić jej jeździć koszykiem po sklepie, wtedy biega po sklepie, prośby, krzyki, żeby wróciła, nie działają, jakbym się nie starała i nie próbowała. Daję dwa ostrzeżenie, za trzecim zabieram wózek, wtedy jest płacz, rzucanie się na podłogę. Nie reaguję, odchodzę z koszykiem. Ludzie reagują jak w opcji numer 1. Córce po chwili przechodzi, przeprasza i na chwilę jest spokój. Za drugim razem powtórka z rozrywki, za trzecim po prostu wychodzę ze sklepu z wrzeszczącym dzieckiem – zmachana, spocona i zła. Za każdym razem jest tak samo. Ludzie patrzą się na mnie, jakbym robiła jej krzywdę.
Wszędzie czytam o tym, jak to rodzice pozwalają dziecku na wszystko w sklepach, dziecko biega i robi, co chce. Z drugiej strony jak nakrzyczę na dziecko (bo w naszym przypadku tłumaczyć będę chyba do śmierci, bo absolutnie wtedy nie zwraca uwagi), to ludzie zwracają mi uwagę, jaką to złą matką jestem, bo przecież to tylko dziecko i ono nie rozumie. Co gorsza, mówią to do mojego dziecka i mówią: chodź, zabiorę cię od tej złej matki.
Więc teraz powiedzcie mi, co mam zrobić, żeby wszyscy byli zadowoleni? Jestem konsekwentna – źle, pozwoliłabym jej biegać po sklepie – też źle. Robienie zakupów, dopiero jak skończy 18 lat, nie wchodzi w grę.
Moja dziewczyna wygłosiła mi przez telefon tyradę, że w ogóle jej nie słucham i że mam w nosie to, co ona mówi. Zapewniałem ją, że tak nie jest, ale w trakcie rozmowy przysnąłem.
Mając 7 lat, usłyszałem rozmowę między moimi rodzicami a dziadkami. Sprawa dotyczyła spadku – chodziło o niewielki kawałek lasu w miejscowości, gdzie mieszkali moi dziadkowie. Słysząc tę dyskusję, podbiegłem do babci i zacząłem prosić: „Ja też, ja też chcę mieć kawałek swojego lasu”. Wyobraźcie sobie, że moja babcia spełniła tę prośbę i niedługo potem formalnie przepisała na mnie skrawek lasu.
Minęły wakacje i poszedłem do szkoły.
Pani z nauczania początkowego prowadziła zajęcia z przedmiotu nazywającego się wówczas środowisko: „Kochane dzieci, musicie bardzo uważać. Lasy są bardzo suche, wystarczy jedna szklana butelka, aby skupić światło i wzniecić pożar. Las to nasze wspólne dobro”.
Tego już nie wytrzymałem – zgłosiłem się i z wściekłością wypaliłem: „A ja to mam swój prywatny las i jak będę chciał, to sobie go spalę”. Pani stwierdziła, że kłamię, a ja zacząłem się z nią kłócić, że wcale nie, więc skończyło się wezwaniem mamy do szkoły. Pani mocno się zdziwiła, gdy mama potwierdziła, że naprawdę jestem właścicielem lasu :)
PS Minęło 20 lat i nadal uważam, że „moje to moje”, ale nie bójcie się – lasów nie podpalam ;)
Za każdym razem, kiedy ktoś porusza tematy erotyczne, a ja mówię, że nie robię takich rzeczy, 80% osób obecnych przy rozmowie patrzy na mnie jak na jakiegoś dziwoląga i z niedowierzaniem dopytują, jak to możliwe, że będąc już od 3 lat pełnoletnia, nadal nigdy do niczego takiego nie doszło między mną a kimkolwiek, mimo że jestem w związku (według mnie szczęśliwym) od prawie dwóch lat. Powoli zaczyna mnie to już przerażać, że żyję w czasach, w których fakt, że pragnę zrobić to dopiero z kimś, kto będzie chciał być ze mną przez resztę życia i z pełną świadomością złoży przysięgę małżeńską, jest czymś nielogicznym (dla niektórych staromodnym) dla wielu osób. Przecież to ważne, żeby wiedzieć, że druga osoba rzeczywiście chce być z tobą na stałe i jest gotowa to poświadczyć jakimiś czynami, a nie tylko wyznaniami. Dużo łatwiej jest po kłótni stwierdzić, że to nie to i zakończyć znajomość, jak nie ma się zobowiązania na papierze. W końcu co za problem powiedzieć „to koniec” i się wynieść. A z papierkiem człowiek się jednak zastanawia, bo to będzie trzeba pójść i pozałatwiać formalności itd. Jasne, że rozwód też da się załatwić, ale jednak skoro ktoś podjął trud i zawarł związek małżeński, to znaczy, że w tamtej chwili naprawdę wierzył i chciał być razem do końca życia i jeszcze dłużej. Dlatego ślub jest dla mnie oznaką dojrzałości w związku i chęcią zwalczania problemów, dążenia do kompromisów i pragnienia wspólnego życia do końca, mimo przeciwności. Miłość jest dla mnie zbyt ważnym uczuciem, żeby stawiać łóżko na pierwszym miejscu. Ono ma być dopełnieniem miłości, a nie dowodem miłości.
Mam koleżankę, dajmy na to Kasię. Z pozoru zwykła dziewczyna, dobra uczennica klasy maturalnej. Kasia jest szczuplutką, drobną brunetką o błękitnych zniewalających oczach, piękna, o zgrabnej filigranowej figurze, ładnym biuście i fajnych nogach. Przy czym nie epatuje tym jak wiele dziewczyn, tylko zachowuje się skromnie i niewyzywająco. Ubiera zazwyczaj krótkie (choć oczywiście zasłaniające wszystko, co trzeba) i stylowe spódniczki oraz jakieś stonowane koszulki nieodsłaniające dekoltu i ramion. Nauczyciele ją lubią, uczniowie też. Nie lata za chłopakami i unika nachalnych zalotów, nie imprezuje, po prostu ideał według wszystkich. Uczy się dobrze, jest świetna z niemieckiego, interesują ją biologia, chemia, fizyka chemia i matematyka. Udziela się społeczne i ćwiczy na WF-ie, reprezentując szkołę w zawodach z siatkówki i tenisa.
Tylko że Kasia jest zapaloną nazistką, o czym nikt poza mną nie wie. Świetna uczennica z niemieckiego wykorzystuje swoją wiedzę po lekcjach do studiowania opasłych ksiąg z czasów III Rzeszy, nie tylko Main Kampf, opisujących zbrodnie, chore eksperymenty, polityczne doktryny i okultystyczne praktyki np. Towarzystwa Thule. Z pozoru najmilsza dziewczyna w szkole jest sadystką zafascynowaną obozami zagłady i mrocznymi praktykami demonologii itp. Nie powiem, byłem w szoku, jak się dowiedziałem, choć przeczuwałem, że coś z nią nie tak. Widziałem u niej elementy biżuterii z dość jednoznacznymi symbolami, choć oczywiście dla większości ludzi to tylko śliczne drobiazgi. O ile ktoś nie ma swastyki, odwróconego pentagramu czy totenkopfu SS, to nikt nic nie zauważy. I tak teoretycznie mogło być, nie wiedziała, co nosi. Ale elementy stroju jak pasek czy spódniczka/koszula w stylu, jakie nosiły SS-manki, choć nie do rozróżnienia dla laika, są proste do odgadnięcia. I jej fascynacja dawnymi Niemcami sprzed I wojny światowej. Ten błysk w oku i uśmiech w kąciku ust... Każdy uważny obserwator to zauważy.
To jest moja Irene Adler. Kobieta, która mnie na swój sposób fascynuje. Nie powiem jednak nikomu o tym, co wiem – wiem o niej coś niesamowitego, ale to tajemnica i taką zostanie. Nie powiem jej i choć dziewczyna mnie fascynuje, to nie mam zamiaru jej poderwać.
Jako dziewczynka uczęszczająca do podstawówki nie podcierałam się po zrobieniu tzw. dwójki. Nie wiem, co miałam w głowie ani dlaczego to robiłam. Co więcej – czasami w szkole tak bardzo nie chciałam iść do toalety, że parę razy po prostu się zes... w majtki.
Trwało to może miesiąc, może dłużej. Kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego zaprzestałam tego procederu. Dlaczego go rozpoczęłam również. Pewnie miałam coś z głową... No cóż. Na szczęście mi tak nie zostało.
Dodaj anonimowe wyznanie