Dzisiaj, w wieku 17 lat oświeciło mnie, skąd wzięła się nazwa T-shirt. Przez całe swoje życie nie zdołałem domyślić się, że chodzi o kształt.
Wszyscy mi mówią, że bardzo mi pasują spodnie z wysokim stanem i że to z mojej strony świetny wybór, bo doskonale podkreślają moją sylwetkę. "O jaki ty masz fajny styl, Marta" - mówią, komentując moje spodnie.
Gdyby tylko wiedzieli, że noszę takie, bo moje "pęknięcie" dupy sięga mi prawie do połowy pleców...
Czasami mam ochotę wynieść się z domu i zamieszkać w aucie. Mojego ojca nie ma przez większość tygodnia, starsza siostra jest zazwyczaj w pracy, na studiach albo ze znajomymi, a jeśli już jest w domu, to zazwyczaj śpi. Jako że dalej się uczę i jestem w internacie, też nie jestem codziennie w domu, ale jak już w nim siedzę, zostaję sama z matką i młodszym rodzeństwem. Jak nie siedzę ze starszą siostrą lub tatą, czuje ciągłe napięcie i że zaraz znowu się o coś pokłócę z matką. Ona nie rozumie, że czasami się źle czuje albo jestem zmęczona. Dla niej jeśli jestem w stanie wyjść z łóżka, to nic mi nie jest. Od kiedy zostałam starszą siostrą, czuje jakby ją podmienili. Zaczęły się przytyki o wagę, figurę, oceny, znajomych, a nawet o to, że za mało robię w domu, chociaż czasami w soboty jestem cały dzień na nogach. Najbardziej boli mnie, że chce mnie zmienić w samą siebie. Obsesja na punkcie nie jedzenia za dużo, tego czy jakieś ubrania pogrubiają, tego jak inni się zachowują. Za wszelką cenę próbuje to zwalczyć, chociaż czasami po prostu nie mam siły. I tak na koniec dnia zostaję sama z tym co mi siedzi w głowie i pomimo, że mogę liczyć na starsze rodzeństwo i tatę, nie potrafię się otworzyć. Nazywam się Felcia i od 11 lat marzę, żeby wreszcie się wyprowadzić, nawet jeśli miałabym rzucić szkołę i przez parę miesięcy mieszkać w aucie.
Rok temu zerwałem z dziewczyną. Byliśmy ze sobą dość krótko, bo pół roku. Zerwałem, bo po pewnym czasie zacząłem się źle czuć w tym związku, nie czułem się sobą np. po kilku dniach spędzonych razem czułem potrzebę odizolowania się od niej na kilka dni, takiego dystansu emocjonalnego. Próbowaliśmy z tym jakoś walczyć, ogarnąć ten mój chłód emocjonalny. Oboje myśleliśmy, że po prostu jestem niezdolny do odczuwania wyższych emocji i wokół tego się kręciliśmy. Dopiero niedawno, bo kilka miesięcy temu pod wpływem narastających i męczących myślach o niej spróbowałem na nowo zmierzyć się ze swoim problemem. Po tych kilku miesiącach analizy itd. odkryłem, że to wszystko było prawdopodobnie spowodowane pewnym wydarzeniem z dzieciństwa - zostałem odrzucony przez dziewczynę z powodu "nadmiaru" emocji, pewnie można by było to nazwać nawet love bombingiem. Miałem wtedy 12 lat dopiero, ale mega mnie to dotknęło. Do tej pory analizowałem tę sytuację tylko przez pryzmat nieśmiałości (po tym wydarzeniu stałem się mega niesmiały), ale teraz widzę, że zamknąłem się również emocjonalnie. Wyrobiłem sobie taką tarczę, mechanizm obronny, który miał mnie chronić przed ponownym takim odrzuceniem, a w konsekwencji zranieniem. Czyli w skrócie: nie mam dostępu do własnych emocji > nie mam jak ich okazać > nie zostanę zraniony. No i efekty tego było widać w niedawnej relacji. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, pojawiły się "dziury w tarczy" i mimo że minął rok to zacząłem czuć emocje, których nie czułem chyba przez dobre kilka jeśli nie kilkanaście lat m.in. ogromną tęsknotę, ból i no właśnie - miłość? Czy to możliwe? Strasznie trudno jest mi zaakceptować fakt, że całkiem możliwe, że odszedłem od osoby, która kochała mnie i którą kochałem też ja, ale sam nie byłem tego świadomy, bo nie miałem pełnego dostępu do swoich własnych emocji. Tym bardziej mi trudno, bo poza tym wszystko było świetnie i byliśmy naprawdę pod wieloma względami dobrze dopasowani.
Aktualnie nie jestem wstanie sobie z tym poradzić. Zamiast się z tego wygrzebać to co raz częściej płaczę wieczorami myśląc o niej. Nie mogę zaakceptować faktu, że gdybym wtedy znał źródło moich problemów to mogłoby to teraz wyglądać kompletnie inaczej. Chciałbym do niej wrócić, mimo że wiem, że to nie możliwe. Zbyt bardzo ją zraniłem tym odejściem i zniszczyłem jej zaufanie. Sama mówiła, że jak odejdę to nie ma już powrotu. Teraz układa sobie życie w innym mieście.
Chciałbym ją chociaż przeprosić, ale nie wiem czy nie namiesza to jej niepotrzebnie w głowie. Jest bardzo emocjonalną osobą i pamiętam jak mówiła o byłym i ile się wygrzebywała z tego (miała nawet depresję). Wiem, że to niby tylko przeprosiny, ale z szacunku do niej nie chcę już jej mieszać w życiu. Z drugiej strony wiem, że takie przeprosiny się jej należą
Mam mega odklejoną historię… robiłam z rodziną przetwory a wcześniej zabrałam duży słoik. Nagle jedna z osób zauważyła że potrzebujemy tego słoika ja trochę spanikowałam. Wiedzieli że ja go mam. Zaczęli się mnie pytać czy go przyniosę ja powiedziałam że to jest niemożliwe. Wtedy mój młodszy brat ( ma 7 lat więc takie pytania w tym wieku są normalne) zaczął pytać „co ty plujesz tam albo sikasz” nie trafił. Ja na szybko wymyśliłam że wkładam tam karteczki z „dobrymi myślami” motywujące cytaty itd. Ale prawda jest taka że trzymam w nim zabawkę dla dorosłych na literę „d” no co? Słyszałam że nie można trzymać w plastikowej torbie więc stwierdziłam że lepiej w szkle. Dobra ale skończyło się tak że ostatecznie nikt tego słoika nie sprawdził. Jak się dowiedzą to będzie po mnie…
Odrazu powiem, ponieważ może wydawać się to dziecinne mam 18 lat. Parę lat temu zakończyłam za porozumieniem obu stron, bardzo długą i ważną dla mnie przyjaźń. Mimo że obie wiedziałyśmy że to już koniec, ja długo nie potrafiłam się z tym pogodzić. Gdy tylko była okazja pisałam do tej osoby, wręcz szukałam tematów żeby cokolwiek napisać i podtrzymywać rozmowę, chociaż przez chwilę poczuć się jak dawniej.
Po zakończeniu tej przyjaźni nasz kontakt ograniczył się głównie do życzeń urodzinowych i czasami krótkiego pisania co tam u nas. Ja jednak zawsze czekałam i odliczałam dni do jej urodzin, bo wiedziałam że wtedy znowu będziemy miały okazję popisać. Pytałam ją nawet, czy może chciałaby kiedyś spróbować to wszystko naprawić, ale twierdziła że nie już nie potrafi.
Kilka miesięcy temu sama zakończyłam inną przyjaźń. Ta relacja bardzo mnie męczyła, a nasz kontakt też nie był już taki jak kiedyś. Wiedziałam że dla tej osoby nasza przyjaźń była ważna, ale ja po prostu już nie dawałam rady i nie chciałam jej dalej ciągnąć.
Wczoraj właśnie ta druga przyjaciółka miała urodziny. Napisałam jej życzenia i zapytałam, co u niej. Po dłuższej chwili zauważyłam że zaczęła trochę na siłę ciągnąć rozmowę, szukać kolejnych tematów i pisać właściwie o czymkolwiek.
I wtedy nagle zrozumiałam, jak bardzo byłam kiedyś głupia. Zobaczyłam w niej dokładnie to co sama robiłam kiedyś tej pierwszej osobie. Pisałam byle co, szukałam jakiegokolwiek tematu, żeby tylko rozmowa trwała trochę dłużej, bo tak naprawdę nie chciałam jej kończyć. Wiem że ta druga przyjaciółka prawdopodobnie tęskni za naszą przyjaźnią, bo sama wiem jak się wtedy czułam. Tylko że teraz jestem po drugiej stronie i mimo że wiem co może czuć, nie jestem w stanie tej przyjaźni odnowić. I chyba dopiero teraz naprawdę zrozumiałam że czasami człowiek dopiero po czasie widzi jak wyglądał z drugiej strony.
Może zostanę zjechana, że naiwna i głupia, ale chciałam się z wami podzielić czymś, co mnie nurtuje. Sama wychowuję dziecko i dobrze mi samej, ale ostatnio poznałam chłopaka i na początku wszystko było w porządku, starał się i naprawdę chłopak do rany przyłóż (chłopak, bo jak się później okazało, z mężczyzną nie ma nic wspólnego). Zakochałam się po uszy, a on mnie zghostował, po czasie się odezwał i znów to samo. Ciężko znów wrócić do rzeczywistości, chciałabym wyjść gdzieś do kina czy na spacer chociażby, ale znajomych brak (byli toksyczni), a chciałabym też wyjść gdzieś bez dziecka, żeby odreagować i z kimś po prostu porozmawiać. W rodzinie wszyscy w związku, a mi tego brakuje – wsparcia, bliskości, zrozumienia i pomocy. Czuję się strasznie samotna :( Ciężko teraz o jakąś normalną znajomość koleżeńską, a co dopiero związek.
Nienawidzę połowy mojego roku studiów, przy drugiej połowie natomiast czuję się na maksa niekomfortowo, wykorzystują każdą sytuację, by mnie zmieszać z błotem. Przez niektóre osoby i ich komentarze na forum musiałam wyjść z sali z płaczem, a ich przeprosiny są dla mnie gówno warte. Naprawdę miewam chęć rzucić te studia albo nie wiem co zrobić tym ludziom. Podczas wigilii mojego roku każdy każdemu dla prezent oprócz mnie i generalnie mam dość, żałuję, że próbowałam być częścią jakiejś pieprzonej grupki swoim kosztem.
Mam 33 lata i mieszkam kilkanaście lat za granicą, pracuję jako spawacz, mam zdiagnozowanego aspergera. Nigdy nie miałem dziewczyny i nigdy nie trzymałem za rękę, niby mam wzrost 188 cm, ale mam niewyjściową twarz. Kilka razy próbowałem zagadać, ale nic nie było. Po latach uznałem, że nie podobam się dziewczynom, a jedyne kobiety w moim życiu to matka i babcia. Uciekam w wir pracy 6 dni w tygodniu po 12 godzin, dużo oszczędzam, nie wiem po co i na co. Chciałbym choć raz być z dziewczyną w kinie lub gdziekolwiek, na zbliżeniu mi nie zależy, bo wiem, że nigdy nie będzie mi to dane.
Mój syn miał w przedszkolu niesamowitą nauczycielkę. Teraz niesamowitą, ale przy pierwszym spotkaniu, byłem negatywnie nastawiony. Pani była młoda, wiecznie rozczochrana, jeans i za duża koszulka z przystanku Woodstock. Taka lumpiara z masą papierów na biurku.
Jednak stworzyła naprawdę rodzinną atmosferę. Raz w miesiącu organizowane były wyjścia oraz dużo innych atrakcji. I fakt, faktem, dzieci wyszły z zerówki już czytające, znające cały alfabet, ale też wiedziały jak zrobić naleśniki, jak działa gofrownica, dlaczego trzeba myć ręce, czy jak kroić nożem...Nie zmuszała do jedzenia, ale sprytnie zachęcała do jedzenia surówek. Byłem naprawdę zszokowany, że po całym dniu, nauczycielka zawsze była uśmiechnięta, uwalona od piachu, brokatu, farby czy pasteli, a mój syn tylko opowiadał, czego to nie robili i czego to Pani dla nich nie wymyśliła. Dzięki tej Pani również mamy w domu nową tradycję. Zapożyczona z Wielkiej Brytanii tradycja z psotliwym elfem. Pamiętam jak mój syn, leniuch koniecznie chciał być pierwszy w klasie by znaleźć elfa jako pierwszy, bo Pani przychodziła wcześniej, lub zostawała dłużej by zmienić pozycje elfa, czy też strój.
Pani odeszła, a na jej miejsce przyszła nowa nauczycielka, a ja zwyczajnie zapisałem drugiego syna do oddziału przedszkolnego. I skończyło się czytanie na dywanie po obiedzie, podchody przez całą szkołę. Drugi syn chodzi jak w zegarku, ale w negatywnym sensie. Nie rozwija się, a ja się zastanawiam czemu te stare wywłoki nie mogą poświęcić dzieciakom uwagi i wymyślić coś nowego.
Dodaj anonimowe wyznanie