Od parunastu lat zmagam się z depresją. Zaczęło się chyba, jak mój tata wyjechał za granicę. Mama i tak miała mnie gdzieś, więc opiekował się mną dziadek, a raczej pełnił funkcję opieki. Był ciągle zajęty pracą, miał ciężki charakter, ale pomimo sprzeczek był dla mnie najważniejszy. Pracował, by zapewnić mi wszystko, abym, broń Boże, nie odstawał od reszty. Nieraz nie było wody, odcinali nam prąd czy przez tydzień nie było co jeść. I tak dał mi więcej, niż mógłbym chcieć. Pomimo tego od lat byłem gnębiony w szkole i poza nią – ja, mały, pulchny dzieciak z kręconymi włosami i nadwrażliwością... Nieraz słyszałem, że jestem śmieciem czy bezwartościowym człowiekiem. Nauczyciele nazywali mnie sierotą, gdy sobie z czymś nie radziłem, a przecież byłem tylko dzieckiem. Jednak najbardziej zabolały mnie słowa mojego (jak myślałem) przyjaciela – powiedział mi, że jestem ku#wą, nie człowiekiem, i te słowa powtarzam sobie aż do teraz.
Kiedy miałem 17 lat, dziadek zmarł na moich oczach. Miał raka... odszedł, trzymając mnie za rękę. To był chyba najgorszy dzień w moim życiu. Po osiemnastce stwierdziłem, że pojadę do taty za granicę, za lepszym życiem. Myślałem, że będzie tam lepiej. Niestety, jego partnerka była alkoholiczką, robiła awantury, groziła tacie i mi, wyskakiwała z łapami i wyzwiskami (ale to raczej temat na inną historię). Tata i tak zawsze jej bronił. Ona szalała – przyjeżdżała policja – szpital i wracała do nas... i tak ciągle... Teraz od dłuższego czasu jest spokój, ale ja i tak cały czas się boję. Boję się, że to wróci.
Z tatą mamy dziwne relacje, bardziej przyjacielskie. Nie wiedziałem, czy mogę mu się zwierzać ze swoich problemów. W końcu nadszedł czas, że postanowiłem z nim porozmawiać. Płacząc, opowiedziałem mu wszystko: o szkole, o prześladowaniu, o tym, że byłem molestowany, o tym, że każdego dnia myślę o samobójstwie... o tym, że chciałbym już umrzeć. Jedyne, co usłyszałem od niego, to że... bywa, takie jest życie, przecież inni mają gorzej. Szczerze liczyłem na coś więcej, na jakąś rozmowę, wsparcie.
Pewnie myślcie, dlaczego nie poszedłem do psychologa, cóż, każdy to lekceważył, więc i jak tak robiłem, uznałem, że nie ma sensu nikomu zawracać tym głowy, po tylu latach nadal boję się tam iść, ale to uczucie, kiedy płacząc, sięgasz po telefon, by z kimś porozmawiać, zdajesz sobie sprawę, że jesteś sam... Po nieudanej próbie zdajesz siebie sprawę, że ci wszyscy ludzie mieli rację, jesteś do niczego, nigdy niczego nie osiągniesz, i zawsze będziesz nikim.
Miałam przyjaciółkę. No właśnie, miałam.
Zaprzyjaźniłyśmy się w podstawówce i trzymałyśmy razem aż do końcówki pierwszej klasy liceum. Byłyśmy skrajnie różne i miałyśmy skrajnie różne zainteresowania i znajomych, ale jakoś tak wychodziło, że zawsze byłyśmy blisko. A poróżniło nas zauroczenie, czy nawet można powiedzieć miłość.
Moja przyjaciółka zakochała się w starszym trzy lata chłopaku z drużyny siatkarskiej – czyli sportu, który zaczęłam uprawiać jeszcze w podstawówce. W liceum dołączyłam do żeńskiej drużyny siatkarskiej. On na trzecim roku był kapitanem męskiej. Mieliśmy łączone treningi. Od razu zaproponowałam mojej przyjaciółce, aby zaczęła się na nich zjawiać jako „wsparcie” dla mnie. Była to oczywiście przykrywka, aby mogła spędzać z nim więcej czasu. Ja sama czasami z nim gadałam i starałam się przy każdej okazji podpowiedzieć mu o niej dobre słowo. Z czasem zaczął podchodzić do nas na korytarzu, zagadywać, zapraszać na jakieś imprezy. No po prostu bajka, byłam przekonana, że w końcu jej się uda. A tu nagle złapał mnie po treningu w szatni (mieliśmy wspólną, dziewczyny przebierały się zawsze drugie, czyli czekał) i zaprosił mnie na randkę. Mnie. Koleżanka stała pod drzwiami i wszystko słyszała... Oczywiście odmówiłam, to nie tak, że mi się nie podobał, po prostu nie umiałabym tak postąpić. Mimo wszystko nie zaprzestał adorowania mnie i ciągłego zapraszania gdzieś, nawet z przyjaciółką, bylebym przyszła. Ona była załamana. I to nie tak, że mnie znienawidziła, po prostu za każdym razem, gdy na mnie patrzyła, łzy same pojawiały się w jej oczach. Była zazdrosna i smutna. A ja nic nie mogłam na to poradzić. Nie mogłam kolesiowi powiedzieć, że ona go lubi, to byłoby nie fair z mojej strony, gdy obiecałam, że tego nie zrobię. Poza tym byłyśmy obie nastolatkami i traktowałyśmy takie rzeczy naprawdę poważnie. Skończyło się na tym, że nasz kontakt się urwał. Nie zrobiłam nic złego, ale przyjaźń się skończyła.
Najlepsze, że sama w tym czasie byłam mocno zauroczona w koledze tamtego kolesia, ale nie chciał nawet słyszeć o umówieniu się ze mną (zapraszałam go), bo to byłoby „nie fair w stosunku do kumpla”. Potem znalazł sobie dziewczynę.
PS Tego chłopaka odrzucałam, aż nie skończył szkoły i dłużej, bo potem wpadaliśmy na siebie czasami na mieście.
Mam taką dziwną fobię: nie znoszę być mokra. To nie tak, że boję się wody, nie. Myję się regularnie, z tej strony wszystko jest w porządku. Panicznie boję się mokrego ubrania. Nie wiem, dlaczego tak mam, ale jest tak, odkąd pamiętam. Po wyjściu z wanny muszę bardzo dokładnie się osuszyć, żeby się ubrać. Do szału doprowadza mnie mąż, który przeleci tylko lekko ręcznikiem po ciele i zakłada bieliznę.
Powiecie, że to pikuś i są gorsze schizy? Z pewnością, ale też wyobraźcie sobie dziecko czy nastolatkę np. w lany poniedziałek. To był dla mnie koszmar, a wokół słyszałam tylko, że wymyślam. Nigdy nie pójdę na basen, bo nie będę się przecież kąpać nago, a mokry kostium nie wchodzi w grę.
Ot, takie niegroźne wyznanie, prawie anonimowe (mało kto o tym wie). Chciałam po prostu się wygadać, no i jestem ciekawa, czy jest na świecie ktoś jeszcze taki? Pozdrawiam anonimową rodzinkę!
Jestem kobietą po trzydziestce i nie zarabiając kokosów, staram się związać koniec z końcem i samotnie utrzymać (po rozpadzie związku) i nawet wyremontować mieszkanie. Od dziecka choruję na niedoczynność tarczycy i nawet przy niby ustabilizowanych poziomach utrzymanie wagi wymagało ode mnie sporo pracy i wysiłku. A tu proszę – nagle sukces! I to bez morderczych treningów i biegania po dietetykach!
Usiłując się samotnie utrzymać, zamiast zjeść np. schaboszczaka, to kawałek mięsa wrzucam do cienkiej jarzynówki gotowanej na dwa dni, w inne w ogóle unikam mięsa na rzecz kalafiora (broń Boże całego naraz) z dodatkiem jednego jaja etc., a kolacje to lepiej sobie w ogóle odpuścić, tak samo jak słodycze, które są po prostu zbędnym wydatkiem. Ponadto ceny usług tzw. fachowców tak poszły w górę, że z mojej pensji nie jestem sobie w stanie na nich pozwolić, a dzięki temu sama skaczę po drabinie i mieszam gładzie – nie trzeba już latać na siłkę.
W ciągu pół roku schudłam ponad 7 kg!
Tylko że jak tak dalej pójdzie, to za kolejne pół nie będę już wyglądać tak dobrze... Ale kto by wybiegał w przyszłość?
Na wstępie powiem, że mam 18 lat i nigdy nie miałem dziewczyny (sytuacja raczej dość powszechna). Ostatnio wpadłem na pomysł, żeby kupić sobie jakiś „gadżet”, będący chociaż w małym stopniu jej substytutem. Przeglądałem internet w poszukiwaniu „tej jedynej” dla mojego przyjaciela. W końcu znalazłem coś dla siebie i przez kolejne dwa dni niecierpliwie wyczekiwałem przesyłki. Kiedy przyszła, od razu postanowiłem przetestować zakupiony produkt (w końcu dają te 14 dni na zwrot). Niestety po zakończonym teście doczytałem na opakowaniu, iż mój nowy zakup jest przeznaczony do użytku jednorazowego... Tyle pieniędzy i perspektyw upojnych nocy poszło do piachu xD
Opowiem Wam, jaką Grażyną byłam...
Pracowałam w punkcie usługowym, gdzie zarabiałam najniższą krajową + jakieś śmieszne premie raz na ruski rok. Podjęłam się tej pracy na czas studiów. Utrzymywałam się z drobną pomocą rodziców (mimo że mają pieniądze i nie musiałam iść do pracy, to chciałam jak najszybciej się usamodzielnić). Co miesiąc mieliśmy 60 zł do wydania w biurowo-przemysłowym sklepie internetowym, gdzie zamawialiśmy rzeczy potrzebne do pracy: koperty, bloczki, długopisy, środki czystości, itp. I te 60 zł to było naprawdę dużo, sporo rzeczy można było za to zamówić i zawsze był spory zapas. Więc zabierałam do domu a to płyn do naczyń, a to płyn do szyb, ręczniki papierowe, artykuły biurowe. Dzięki temu mogłam co miesiąc naprawdę sporo zaoszczędzić na tych rzeczach, a brałam tego tylko tyle, żeby w pracy niczego nie brakowało. Mogliśmy też zamawiać sobie np. czajnik albo mopa, więc w to też się zaopatrzyłam.
Miałam klientów, którzy zakładali sobie u nas karty, ale często je porzucali. Później na takie porzucone karty przychodziły różne bonusy do wykorzystania. Co robiłam? Nabijałam klienta (oczywiście za jego zgodą) na kartę innego klienta (który tę kartę porzucił), brałam od niego kasę, wykorzystywałam darmowy bonus i zabierałam z kasy 10, 20, 50, a nawet 100 zł. Dla mnie to było naprawdę dużo. Kombinowałam, jak mogłam.
Teraz jestem już po studiach, mam normalną, dobrze płatną pracę i nie muszę kombinować. Jednak niczego nie żałuję. Jeżeli znalazłabym się znowu w takiej sytuacji – bez wahania zrobiłabym to samo. Zarobki były żenująco niskie w porównaniu do obowiązków i wymagań wobec nas, długie godziny pracy także w weekendy i niepoważne traktowanie przez przełożonych. W ten sposób przynajmniej trochę się na nich odkułam. Zasłużyli sobie.
Mając ledwo 16 lat, poszedłem do szkoły zawodowej, wiadomo, że w takiej szkole połowę czasu nauki zawodu spędza się na praktykach zawodowych. Ja akurat miałem pecha, bo szkoła nie miała pracowni w wybranym przeze mnie zawodzie, w związku z czym musiałem szukać praktyk w prywatnych firmach, a z racji tego, że pochodzę z bardzo małej miejscowości, szukałem dosyć długo. Ale w końcu udało się i z początkiem roku szkolnego miałem już wszystko załatwione. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że popełniłem duży błąd z wyborem miejsca praktyk, chociaż tak jak wspomniałem, nie miałem za dużego wyboru.
W tej firmie razem ze mną praktyki odbywały jeszcze cztery osoby – trzy z mojej klasy i jedna na ostatnim roku. Traktowano nas okropnie. Upokarzano, dawano do najgorszych prac niewiele mających wspólnego z wybranym kierunkiem. W wakacje zero urlopu, całe dwa miesiące na praktykach, na każdym kroku straszenie nas przez pracodawcę zwolnieniem, pieniądze za praktyki (symboliczna suma) pracodawca wypłacał albo nie, w zależności od jego humoru, a jeśli wypłacał, to z łaską i opóźnieniem. Nieraz musieliśmy odbywać praktyki w weekendy, często w godzinach nadliczbowych (po 10 godzin i więcej).
Tuż po ukończeniu zawodówki poszedłem do liceum ogólnokształcącego, zrobiłem maturę, skończyłem studia związane z BHP, dostałem się najpierw na staż do Inspekcji Pracy, a następnie zaproponowano mi pracę tam. Zacząłem jako podinspektor.
Domyślacie się już, co było dalej?
Pewnego dnia otrzymaliśmy zgłoszenie, że w firmie, w której odbywałem staż, są łamane prawa pracownicze. Zgłosiła to szkoła po informacji od uczniów, którzy odbywali tam praktyki. Pojechałem tam. Na miejscu krótkie rozeznanie, było tam wielu ludzi, którzy pracowali, gdy jeszcze odbywałem tam praktyki. Byli także nowi pracownicy i oczywiście przestraszeni praktykanci. Kilkugodzinne „przesłuchanie”, wyjaśnienie sprawy i grzywna dla pracodawcy, najwyższa, jaką mogłem nałożyć.
Mój dawny pracodawca prosił, proponował „dogadanie się”, mówiąc, że to go zrujnuje finansowo. Ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Wreszcie, po latach, doznałem uczucia sprawiedliwości.
Kiedy byłam dużo młodsza, nie pamiętam dokładnie, ile miałam wtedy lat, około 8, 9, może 10, pierwszy raz znalazłam kasetę z filmem dla dorosłych (to były początki internetu, więc naprawdę garstka osób go miała, a jedyny sposób na oglądanie tego typu filmów to kasety lub gazetki). Kasetę znalazłam przez przypadek, kiedy podczas zabawy pod nieobecność rodziców wygrzebałam ją z ich szafki. Jako ciekawa dziewczynka oczywiście ją włączyłam.
Po obejrzeniu CAŁEJ kasety wpadłam na pomysł, że też chcę być jak ta pani. Wyciągnęłam mały aparat cyfrowy (taki, na którym można już było nagrywać, ale nie było dźwięku) i postanowiłam nagrać siebie nago. Kiedy już znudziła mi się zabawa, postanowiłam ukryć ślady. I tu się pojawił problem. Aparat, którym nagrywałam, albo nie miał możliwości usunięcia filmu, albo jako dziecko nie umiałam tego zrobić. Spanikowałam. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby rodzice zobaczyli film z małą gołą mną, która się dotyka jak pani z kasety na własnym aparacie. Wyrzuciłam aparat przez okno. Tak... Wyrzuciłam go z 5 piętra z nadzieją, że się rozwali.
Rozwalił się.
Rodzicom powiedziałam, że wypadł mi przez przypadek, kiedy robiłam zdjęcia przez okno. Nie wiem, czy uwierzyli. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam.
Byłam w związku na odległość. Dzieliło nas 400 km, dlatego nie widywałam się z chłopakiem aż tak często, jak bym tego chciała. Kiedy dochodziło do spotkania, wtedy zazwyczaj spędzaliśmy razem tydzień lub dwa. Raz on u mnie, raz ja u niego. Wiadomo, że najlepiej poznaje się drugą osobę, jeśli spędza się z nią więcej czasu. Studiowałam dziennie, więc moja pierwsza wizyta u niego była dopiero podczas wakacji, kilka miesięcy po tym, jak zostaliśmy parą. I podczas tej wizyty zrozumiałam, że ten facet to brudas i leń, a u mnie bardzo się pilnował, żebym tego nie zauważyła.
Niestety o wszystkim dowiedziałam się w sposób, o którym wolałabym zapomnieć, a jednak nie mogę.
Kiedy byliśmy jeszcze na etapie jedynie zabaw oraInych, mój facet po skończeniu, zamiast się wytrzeć chusteczkami, które mu dałam, wytarł się w... pościel, pod którą spaliśmy. Jeszcze wtedy jakoś to olałam. Pomyślałam, że może po prostu się zapomniał.
Jednak kilka dni później już nie miałam złudzeń. Podczas kolejnej zabawy oraInej poczułam w ustach dziwny posmak. Powiedziałam mu o tym, na co on z uśmiechem odparł, że to pewnie dlatego, że przed chwilą sikał... Myślałam, że sobie żartuje, ale jednak nie żartował. Poczułam się, jakbym dostała w twarz. Facet był takim brudasem, że nie potrafił umyć się po sikaniu, wiedząc, do czego może między nami dojść. Spakowałam swoje rzeczy, powiedziałam mu, żeby sobie znalazł syfiarę taką jak on i w środku nocy poszłam na dworzec. Mieliśmy wtedy 23 lata. Minęły kolejne 3, a ja dalej nie mogę przemóc się do tego rodzaju intymności.
Panowie, umycie się przed nocą ze swoją partnerką nie boli, a zapewni to komfort psychiczny i jej, i wam.
Żyłam przez prawie dwa lata z facetem, który był nałogowym kłamcą. Kłamał w dosłownie każdym aspekcie... do tego stopnia, że żył już w tym swoim świecie kłamstw. Nawet jeśli go przyłapałam na czymś, to on perfidnie się wypierał prawdy i wmawiał mi, że coś wymyślam, że coś mi się wydawało itp., dla niego słowo konfrontacja i prawda było słowem obcym. Ale to, co zrobił dzisiaj, było już przegięciem...
Byliśmy razem na imprezie i w pewnym momencie zniknął mi z oczu na dłuższy czas. Zaczęłam go szukać i zobaczyłam, że obściskuje w najlepsze jakąś pannę...
A wiecie, co jest najlepsze?
Że jak wróciliśmy do domu i pakując swoje rzeczy, powiedziałam mu o tej całej sytuacji, to on mi odpowiedział, że coś mi się wydawało! No tak, czego mogłam się spodziewać po nałogowym kłamcy...
Nawet nie wiecie, jak mi jest przykro i jaki wielki wstręt i obrzydzenie do niego czuję. Zastanawiacie się, dlaczego tyle z nim w ogóle byłam?!?! Bo go kocham! I wiem, że byłam głupia, tkwiąc w tym toksycznym związku, ale ta sytuacja wystarczająco mnie otrzeźwiła i dzięki temu wiem, że to w końcu ten moment. Ten człowiek się nigdy nie zmieni. Trzymajcie za mnie kciuki, abym się pozbierała po tym toksycznym związku, bo z pewnością nie będzie mi łatwo.
Dodaj anonimowe wyznanie