#KkahK

Za czasów technikum mój tata miał bardzo dobrą koleżankę. Ogólnie były też okresy, kiedy byli ze sobą, rozchodzili się itd., aż w końcu mój tata poznał moją mamę. 

Gdy mój tata poznał brata mojej mamy, stwierdził, że to idealny chłopak dla jego dawnej miłości i tak oto najlepsza przyjaciółka stała się jego rodziną :).

#UI51k

Od pewno czasu mieszkam w Amsterdamie. W Holandii w wielu mieszkaniach są ogromne okna, tak jest też w moim. Mieszkam na drugim piętrze w szeregowcu, po drugiej stronie ulicy stoi podobny. Koniec końców, jeśli sąsiad z naprzeciwka ulicy ma odsłonięte okno, mogę zobaczyć wszystko, co się u niego dzieje.

To teraz anonimowe. 
Czasami (nawet bardzo często) ponosi mnie z chłopakiem tak, że robimy to w salonie na kanapie około 18 przy zapalonym świetle i odsłoniętym oknie, tak że kilkunastu sąsiadów z naprzeciwka mogłoby mieć niezłe kino na żywo. Jednak tylko ja wiem, że strasznie mnie to podnieca i nawet czasem w trakcie patrzę w okna naprzeciwko, żeby zobaczyć, czy nikt tego nie ogląda. Niestety jeszcze się nie zdarzyło.
Tak, wiem, że mogą tam mieszkać dzieci i nie chcę, żeby to one to oglądały, ale na razie nie kojarzę, żeby jakiekolwiek naprzeciwko mieszkały (czasem w dzień obserwuję sobie życie sąsiadów).
Może chore, może dziwne, może straszne, ale właśnie dlatego anonimowe.

#0VwgS

Jestem sobie ja oraz moi rodzice – oboje po 44 lata. Dawno temu wzięli kredyt, co teraz jest tragiczne w skutkach. Pracuje tylko tata. Mamy te wszystkie dofinansowania z MOPS-u i innych (+ ja z niedawnym orzeczeniem o niepełnosprawności również załapałam się na jakieś tam kwoty). Jakby na chama ograniczyć nasze miesięczne wydatki, to raczej starczyłoby na wszystkie rachunki, raty, wyżywienie etc. Jednak oczywiście rodzice muszą sobie wypalić trzy paczki fajek dziennie i popić 10 piwkami, bo czemu nie? W ten sposób zamiast jakoś ogarnąć obecne kredyty i pożyczki, biorą ciągle nowe. Nie wiem, czemu banki im na to w ogóle pozwalają... Zadłużenie mamy ogromne i systematycznie dochodzi nowy kredycik lub pożyczka.

To taki zarys tego, co się dzieje. Jednak prawdziwym problemem jest obecnie moja mama – nie pracuje i pracy znaleźć nie może. Jej ewentualna pensja byłaby dla nas rzecz jasna wybawieniem. Mama skończyła studia administracyjno-prawne jeszcze zanim mnie urodziła. Pracowała chwilę jako sekretarka w szkole, a potem zaszła w ciążę i tyle z pracy. Przez pierwsze lata nie chciała do niej wracać, bo ktoś musiał mnie wychować. Poszłam do podstawówki, usamodzielniłam się, ale przecież ktoś musi mi obiad gotować... No i teraz jest taki piękny czas, że do każdej sekretarsko podobnej pracy potrzeba znajomości komputera. Excel, bazy danych czy inne pierdoły. A mama? Mama NIC nie potrafi. Nie otworzy sama poczty, otwieranie tych samych portali co dzień umie tylko dlatego, że tata zmusił ją do wykucia schematu. Ale jakby miała otworzyć zamiast olx, powiedzmy trivago, to nie. O Excelu nie ma co śnić, kiedy ona nie umie wysłać maila. CV tata musiał jej pisać, a ona dyktowała. Mówimy jej, żeby poszła na kursy, obejrzała jakieś poradniki na YT, bo jej nigdzie nie przyjmą. A ona oczekuje, że to my ją nauczymy tego wszystkiego (gdzie ja umiem jakieś najprostsze tabelki, a tata pracujący fizycznie nie zna się na takich programach).

I tak mama, jak tylko pojawi się oferta, idzie złożyć podanie, tam mówi, że ona (he, he) nie umie nie swojego komputera włączyć, a potem w domu ryczy, bo znowu jej nie przyjęli. Poszła raz do Biedronki na kasjerkę, ale to jak wiadomo, to praca fizyczna głównie i nie wytrzymała tygodnia. Tłumaczymy jej codziennie, że musi coś ze sobą zrobić, a nie liczyć, że nagle się pojawi praca w biurze bez potrzeby użycia komputera. Najlepsze, że jedyne co potrafi robić, to krzyczeć, że my ją uważamy za głupią, potem jest płacz i szlochanie. Nie wiemy nawet jakie kursy powinna ogarnąć, bo się o to nie chce pracodawców pytać. Skąd mam wiedzieć, gdzie ją zapisać, jak nie wiem, na jakich programach ma pracować? No ale ona się nie zapyta, bo nie. Ręce opadają.

#IkfZD

Mieszkamy z mężem w domu wielopokoleniowym. Rodzice na piętrze, my na parterze z babcią lvl 87. Mam piekielną babcię.

Wyremontowaliśmy łazienkę – babcia regularnie zanieczyszcza ją odchodami. Całą. Od toalety po ramy okienne, wannę w środku, pralkę... nie wiem i nie chcę wiedzieć, jak to się dzieje. Ale czasem przychodzi do niej koleżanka... ta znowu zostawia odchody na podłodze. Nigdy nie usłyszałam nawet „przepraszam”. Ciągle dokarmia mojego psa, mimo dosadnych sprzeciwów z mojej strony. Rzuca mu na podłogę, dywan, gdzie bądź resztki jedzenia. Szkoda tylko, że wszędzie u niej walają się tabletki i nierzadko mały pochłania je z kiełbasą. Zamiast kupić nowe ubrania, chodzi ciągle w tych z lat 70... mimo rozrostu rozmiaru. Jak? Rozcina paski, gumki razem z materiałem, spódnic nie dopina, tylko chwyta na pętelki z gumy do majtek. I nie. Nie ma groszowej emerytury jak inne babcie, ma więcej niż ja na pełnym etacie.
Nie istnieją dla niej klamki, zamykanie odbywa się poprzez trzaśnięcie. Nie gasi też światła po wyjściu z łazienki. Nocą przecież przez szybę nie widać, czy jest zapalone.
A rozkład pewnego radia na eM znamy na pamięć, mimo zamkniętych podwójnych drzwi. Im głośniej, tym chwała Pana jest większa.

Najlepsze, że ostatnio zostałam przedstawiona jakiemuś bratankowi babci jako „przyszywana wnuczka” (babcia jest drugą żoną mojego dziadka). Mimo wspólnego życia pod jednym dachem przez 30 lat...

Kto nie doświadczył, ten nie zrozumie.

#fSqJS

Chłopak oświadczył mi się kilka miesięcy temu i zaczynamy powoli planować ślub, niestety zaczęła go również planować nasza rodzina. Oto kilka smaczków:

1. Ślub. Jak to „niekościelny”?
Ja w Boga nie wierzę, narzeczony tak, ale szczególnie ważny nie jest dla niego kościelny, może kiedyś. Reakcja rodziny na plany ślubu cywilnego?
Chrzestny stwierdził, że nie przyjdzie i mi prezentu nie da, jak nie będzie kościelnego.
Pomijam fakt, że to nasza decyzja, ale chcę przypomnieć, że ślub kościelny to koszt ok. 1000 zł, a cywilny to 84 zł, bo jesteśmy z jednej miejscowości.
2. Czemu nie będzie cioci?
Oboje stwierdziliśmy, że nie chcemy bardzo dużego wesela, sami nasi dziadkowie i rodzeństwo rodziców, rodzice, rodzeństwo i dzieci to u nas około ponad 100 osób. Nie stać nas na duże wesele, ale i nie mamy ochoty zapraszać cioci, którą widzimy raz na ruski rok we Wszystkich Świętych na cmentarzu. Oczywiście dla rodziny to jest niedopuszczalne, jak to nie będzie ich kuzynki na naszym weselu, skoro rodzice się na jej weselu bawili. Oczywiście my imię tej cioci usłyszeliśmy pierwszy raz.
3. Ja się przy tej wiertarce bawić nie będę!
Zdecydowaliśmy, że na weselu będzie DJ – mniejszy koszt, przy stole miejsce tylko dla jednej/dwóch osób, a nie sześć dla całego zespołu, wszystko zagra. Ale nie, starszym ludziom DJ kojarzy się tylko z dyskotekami, na których leci muzyka podobna do wiercenia wiertarką.
4. Ale jak to bez poprawin?
Chcemy wesele bez poprawin, bo taniej. Rodzina oburzona, bo jak to, przecież poprawiny to tradycja, a jak już pytamy, skąd ta tradycja się wywodzi i co oznacza, to odpowiedzieć nie umieją.
5. Błogosławieństwa Wam nie dam.
Ogólnie w Polsce znany jest zwyczaj, że młody przyjeżdża po młodą, u niej w domu błogosławieństwo rodziców i fru do kościoła. My tak nie chcemy, uważam to za zbędne, Bóg nie jest dla mnie ważny. Poza tym dużą szopką jest dla mnie to, jak pół rodziny zwali ci się na chatę razem z orkiestrą, żeby popatrzeć. Rodzice stwierdzili, że gdzie indziej błogosławieństwa nam nie dadzą, bo trzeba przy krzyżu i wodzie święconej na kolanach.
6. Welon trzeba, bo ksiądz pomyśli, że dziewicą nie jesteś.
No nie jestem, co się będę z tym ukrywała. Z narzeczonym jestem już 8 lat. A poza tym ksiądz nam ślubu udzielać nie będzie, chcę mieć na głowie wianek. I pytanie: „A czym ty na oczepinach rzucać będziesz?”. Ano bukietem.
7. Bez pompowania balona tyłkiem to nie wesele.
Będziemy mieć DJ-a/wodzireja, oczepiny oczywiście chcemy, zabawy też, ale z głową, żeby się mieć z czego pośmiać na starość. Rodzina (zwłaszcza wujkowie) tego zrozumieć nie umieją. Nie wiem, co jest smacznego w oglądaniu pary, która pompuje balona, skacząc po sobie, albo gry w krzesełka na komendę „kto pierwszy przyniesie męskie spodnie”. Do sztywniary mi daleko, ale to niesmaczne, zwłaszcza jak jakiś Janusz się tych spodni pozbędzie.

Jak mam o wszystko tak się wykłócać i stresować, to odechciewa się całego tego wesela.

#QdaBQ

Niedawno poznałem w aplikacji randkowej dziewczynę. Robiło się między nami całkiem miło, flirtowaliśmy sobie już w najlepsze. W pewnym momencie rozmowy dziewczyna powiedziała mi, żebym nie był zdziwiony, że ma zrobione cycki. Wydawało mi się wtedy, że będzie to fair, więc przyznałem się, że 4 lata temu byłem w Turcji na przeszczepie włosów, gdyż miałem potężne zakola.

Relacja stała się bardzo chłodna – półsłówka, nieodpisywanie, brak czasu na kawkę, temat kolacji ze śniadaniem zniknął. W końcu spytałem, o co chodzi, co się nagle zmieniło.

Cóż... usłyszałem, że to nie są prawdziwe włosy i tak naprawdę jestem zakolakiem ze słabymi genami i ona nie chce być z kimś takim.

#XbJiQ

Moja mama nie przywiązywała większej wagi do higieny osobistej. Nie kontrolowała, jak dbam o swoją higienę. Kąpiel była zawsze raz, maks. dwa razy w tygodniu. Za higienę „codzienną” uważano umycie wieczorem rąk i twarzy. Pamiętam jeszcze, jak miałam około 7-8 lat i po przebraniu się w piżamę wyciągałam spomiędzy palców u stóp takie czarne paprochy. Gdy zaczął się okres dojrzewania i dostałam miesiączkę (oczywiście żadnej rozmowy na ten temat z mamą nie miałam, na szczęście w szkole odbyło się spotkanie na ten temat i dopiero tam się dowiedziałam wszystkiego), nie myłam tamtych miejsc, bo myślałam, że jak tam coś leci, to nie można ruszać, a po drugie jak wyżej – codzienna higiena to twarz i ręce. Można się domyślać, jaki zapach było ode mnie czuć... Z tego też powodu przez pewien czas w szkole miałam przezwisko „śmierdziel”. Dopiero po jakimś czasie mama do mnie powiedziała: „A to ty się tam nie myjesz podczas miesiączki?! To tym bardziej trzeba!”.
To samo dotyczyło higieny zębów. Nie sprawdzała nigdy, czy dokładnie je myję. Dla niej było ważne, żeby zęby rano po śniadaniu były umyte przed szkołą. Często krwawiły mi dziąsła, więc podczas mycia jeździłam po zębach tak, żeby tylko nie dotknąć dziąseł. Raz miałam nieprzyjemną sytuację, gdy mój sąsiad dość dosadnie dał mi do zrozumienia, że strasznie śmierdzi mi z buzi i uświadomił mnie, że najważniejsze, żeby zęby umyć na noc, bo wtedy tam wszystko gnije itp. Oczywiście w efekcie braku odpowiedniej higieny zaczęły się problemy z zębami. Dziury, potem kruszenie, a na sam koniec zostawały tylko korzenie (na szczęście miałam tylko dwa takie przypadki). Nie interesowała się tym, że ząb mnie boli i nie zabierała do dentysty. A gdy spytałam, czy wyrywanie zęba boli, odpowiedziała: „No pewnie, że boli, nawet bardzo”, więc zraziła mnie do stomatologów. Na szczęście, gdy już byłam dorosła, odważyłam się iść do dentysty, co było dla mnie bardzo stresujące (i jak się okazało, wyrwanie zęba pod znieczuleniem wcale nie bolało). Naprawiam i usunęłam, co trzeba było i teraz dbam o higienę zębów i chodzę regularnie do dentysty.

Z moją mamą mieszka jeszcze moja 10-letnia siostra. Zgadnijcie, ile lat ma tę samą szczoteczkę do zębów? Cztery lata.

#YU83z

Mój ojciec nigdy się mną nie przejmował. Płacił śmieszne alimenty albo nie. Nigdy nie zadzwonił w urodziny. Nie zapytał, co planuję w życiu. Totalnie nic. Jego jedyną zasługą było to, że mnie zrobił.

Pozwał mnie o alimenty, bo jego zdaniem powinnam mu dziękować, że chodzę po tym świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie