Z pozoru jestem normalnym Kowalskim - pracuję, płacę podatki, mam żonę, itp.
W głębi duszy z całego serca nienawidzę ludzi, uważam, że ludzie to najgorsze co mogło przytrafić się tej planecie i z rozkoszą przyjąłbym jakąś ogólnoświatową apokalipsę.
Im dłużej patrzę na to, co się wokół mnie dzieje, tym mocniejsze to uczucie się staje.
Opowiem wam krótką historie o moich rodziców. Mój ojciec jest Węgrem, ale w wieku paru lat całą rodziną przeprowadzili się do Austrii. Na studiach zrobił sobie przerwę i przyjechał na pół roku do Polski, gdzie poznał moją mamę. Niemiecki mojej rodzicielki był raczej słaby, więc głównie dogadywali się po angielsku. Pomimo, że po pół roku ojciec wrócił do Wiednia, utrzymywali związek na odległość, widywali się mniej więcej raz w miesiącu. Gdy mama skończyła studia, ojciec ściągnął ją do siebie.
I teraz docelowa historia. Na co dzień rozmawiamy po niemiecku. Ale gdy się kłócą sytuacja wygląda troch inaczej. A teraz wyobraźcie sobie parę, która wrzeszczy na siebie na zmianę w 4 różnych językach. Uważam, że to bardzo urocze.
PS. Dla rodziców było bardzo ważne, żebyśmy mówili w ich ojczystych językach. Mamie udało się to bardziej, bo co roku spędzaliśmy wakacje w Polsce. I to również ona pokazała mi anonimowych.
Anon, lat 19. Ostatnio na koncercie poznałem piękną dziewczynę. Już od pierwszego spojrzenia coś tam zaiskrzyło, a przynajmniej miałem takie wrażenie. Jest starsza o rok, ale mimo tego powtarza mi, że jest między nami ogromna różnica w mentalności. Ja jestem niepoważny, a ona dojrzała i już swoje przeżyła. Nasza relacja to jest taka sinusoida, raz mi daje nadzieję i szansę, a raz ją zabiera. Jestem strasznie rozbity tym wszystkim. Czy jest sens o nią zabiegać?
Historia niżej wspomniana przydarzyła się mojej siostrze. Mieszka ona w Holandii, gdzie prezenty daje się częściej w Mikołajki niż w Boże Narodzenie.
Otóż moja siostra wybrała się na zakupy do galerii handlowej. Jak to przed Mikołajkami, kupiła masę wypasionych prezentów dla swoich dzieci... Po skończonym szaleństwie, jak każdy normalny człowiek, chciała zapakować zakupy do samochodu. I właśnie tu jest pies pogrzebany... zapakowała prezenty do czerwonego auta (bo takie właśnie posiadała) i nawet rozmiar i kształt wehikułu się zgadzały. Niestety tylko tyle... Siostra zatrzasnęła bagażnik, do którego zapakowała prezenty i nagle olśnienie! To nie jest jej samochód.
Była godzina 18, na parkingu pełno aut. Stwierdziła, że poczeka na właściciela, wytłumaczy mu całe zajście i odzyska swoje mienie. Niestety, minęła godzina, potem dwie, potem cztery, następnie galeria się zamknęła, a właściciela auta nadal nie ma! Łzy w oczach, strach, panika i śmiech koleżanek, którym opowiadała to przez telefon. I to czekanie.
O 23 pojawił się właściciel auta... pracownik McDonalda, otwartego godzinę dłużej niż galeria. 5 godzin oczekiwania, żeby dostać się do swoich zakupów, mina właściciela auta i zażenowanie siostry... Cóż, jest to historia od trzech lat wspominana przy rodzinnym stole... A moja siostra chyba nawet zapamiętała numery tablicy rejestracyjnej i markę swojego auta.
W wieku 10 lat śmiertelnie obraziłem się na moją koleżankę, a wszystko dlatego, że usłyszałem podczas rozmowy z jej bratem, że dziewczyna mnie lubi, bo jestem bezinteresowny.
Miałem kiedyś marzenie - zamieszkać na Islandii. Tamtejsze tereny uważałem za swoje miejsce na Ziemi. Urzekały mnie swoją pięknością, były takie naturalne, czyste.
Na studiach spotkałem wspaniałą kobietę z cudownym charakterem i czarującą figurą. Dogadywaliśmy się świetnie, a gdy powiedziałem jej o moim marzeniu, podzieliła moje zdanie. Powiedziała, że to tam chce ze mną żyć, aż do śmierci. Po tym wydarzeniu zostaliśmy parą - sama mi powiedziała, że chce być ze mną. Niestety nie byliśmy jakoś szczególnie bogaci, nasze rodziny też, więc nie mogliśmy ot tak wyemigrować na Islandię. Nie poddaliśmy się jednak, małymi krokami oszczędzaliśmy, przez co zbierała nam się coraz większa sumka, a w międzyczasie się pobraliśmy.
Pewnego dnia moja żona źle się poczuła, badania - zdiagnozowano u niej raka. Wykryto go bardzo późno, przez co nie było dużej szansy, a jednak ona walczyła. Poddano ją chemioterapii, a ja trwałem przy niej, patrząc, jak marnieje. Odeszła po roku walki.
Nie udało się nam spełnić naszego marzenia. Tak wtedy myślałem.
Byłem w głębokiej żałobie przez około rok. Wtedy coś do mnie dotarło. Postanowiłem zrobić wszystko co w mojej mocy, aby zrobić to, na co tak ciężko pracowaliśmy. Przenosząc się na Islandię, chciałem uczcić jej pamięć. Zasługiwała na to. Była najwspanialszą osobą jaką spotkałem. Kochałem ją ponad wszystko i dlatego nie porzuciłem naszego celu.
Dzisiaj mija rocznica naszego ślubu. Udało mi się. Kupiłem dom i zamieszkałem na Islandii. Zrobiłem to dla niej. Dalej mi jej brak, ale czuję, że spełniłem swego rodzaju obietnicę.
Co roku kilka dni przed dniem moich urodzin robię sobie podstawowe badania krwi, mammografię, cytologię itp.. Dzięki temu czuję wewnętrzny spokój, że wszytko z moim zdrowiem w porządku.
Niestety moja mama miała inne zdanie na ten temat - nie robiła badan kontrolnych w ogóle. Wyznawała zasadę, że "złego diabli nie ruszą". Pojawiła się u lekarza zbyt późno i zmarła 7 miesięcy po diagnozie raka szyjki macicy.
Od jej śmierci niedługo minie 9 lat, a ja nadal mam do niej żal. O to, że nie było jej na moim ślubie, o to, że moje dzieci nie mają żadnej babci (teściowa zginęła w wypadku 15 lat temu), o to, że po jej śmierci tato bardzo podupadł na zdrowiu, zmarniał, i chyba do tej pory nie pogodził się z jej odejściem. Cały czas dziękuję Bogu, że odeszła, kiedy ja i brat byliśmy już dorośli.
Najgorsze, że bardzo dużo kobiet myśli podobnie jak moja rodzicielka. Kiedyś w pracy powiedziałam, że wybieram się właśnie na takie kontrolne badania i spotkałam się ze zdziwieniem, z komentarzem, że "lekarzy lepiej unikać", jedna z dziewczyn otwarcie przyznała, że nie pamięta, kiedy była ostatnio u ginekologa...
Parę lat temu, kiedy to kończyłam podstawówkę, poszłam z moją kumpelą na wagary. Gdy chodzenie po parku i jedzeniu smakołyków nam się znudziło, postanowiłyśmy podzwonić do ludzi i gadać różne teksty. Po paru takich próbach dodzwoniłam się do pewnej pani i od razu wyskoczyłam z tekstem "Witam, tu radio takie a takie, wygrała pani 10 tys złotych, jak się pani z tym czuje?".
Gdy usłyszałam po drugiej stronie głos staruszki szczęśliwej z tego, że coś wygrała, zamarłam.. od razu się rozłączyłam. Czułam się źle z tym, że ta pani została oszukana Do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, chciałabym, aby ten telefon nie został wykonany. Oszukałam tę panią i jeszcze przez wiele lat nie wybaczę sobie tego.
Koleżanka z mieszkania przedstawiła mi naszego nowego współlokatora. Kiedy mówiła, że świetnie się dogadamy i tak dalej, puściła mi kilka wymownych i mało dyskretnych oczek. Tego chłopaka nastawiła już chyba na to, że będę jego dziewczyną czy coś. Po krótkim przedstawieniu poszła sobie do pracy i zostawiła nas samych.
Koleś przez pierwsze pół godziny "świetnego dogadywania się ze sobą" gadał jak najęty i użył z 60 razy słowa "mega" i z 50 razy "masakra", dwóch słów, których nadużywanie niezwykle mnie irytuje. Do tego w trakcie całej tej gadki szturchał mnie co chwilę pięścią - wiecie, takie przybijanie żółwika, tylko np. w ramię, albo w brzuch, w bok, w nogę... Na koniec chciał mnie pocałować, więc wytłumaczyłam mu szybko, że ma trochę nie po kolei i że nie mam zamiaru ani z nim chodzić, ani z nim sypiać czy coś. I wiecie co? I według moich znajomych to ja wyszłam na poje*aną!
Pewnego wieczoru siedząc przed kompem naszła mnie ochota na jakąś niezdrową przekąskę. Jako że takowej w domu nie posiadałem, udałem się do najbliższego monopolowego. Kiedy wziąłem co chciałem i byłem gotowy iść do kasy, moją uwagę przykuły pewne orzeszki. Ale nie byle jakie. Orzeszki z wasabi. Jako że jeszcze nigdy ich nie próbowałem, postanowiłem załadować do koszyka jedną paczkę. Po zakupach udałem się w stronę domu. Uznałem, że mógłbym umilić sobie drogę zakupionymi przed chwilą orzeszkami. Nieświadomy niczego otworzyłem paczkę i zdecydowanie wsypałem kilka z nich do ust.
Jeszcze nigdy nie poczułem czegoś takiego. Chciałbym powiedzieć, że miałem ochotę je po prostu wyrzygać albo zejść na zawał, ale to był wyższy poziom męczarni.Jak nigdy wcześniej zapragnąłem po prostu przytulić się do mojej mamy i się jej wypłakać, że boli i że smutno, że ta Azjatka na opakowaniu tylko udaje szczęśliwą, a te orzeszki są złem. Myślałem, że zaraz padnę na kolana i zwinę się w kulkę. Mój mózg został sparaliżowany smakiem detergentów zakrapianych lakierem do włosów.
Łzy napłynęły mi do oczu, ale jako dzielny chłopak doszedłem bezpiecznie do domu, nie zapominając o pozbyciu się powodu traumy w przydrożnym koszu.
Chciałem tylko wyrazić swoją nienawiść do wasabi. Dziękuję.
Dodaj anonimowe wyznanie