Zastanawialiście się kiedyś, jak czuł się Marlon Brando, kręcąc słynną scenę z proszeniem o przysługę? Przeżyłem wczoraj coś podobnego.
Od początku: 10 lat temu robiłem magisterkę, zaprzyjaźniłem się tam z pewną dziewczyną, nazwijmy ją Natalia. Przez długi czas trzymaliśmy się razem, znaliśmy swoje tajemnice, wydawało się, że jesteśmy bratnimi duszami. W pewnym momencie poczułem do niej coś więcej, przez długi czas bałem się powiedzieć, żeby nie zniszczyć naszej przyjaźni. Ona prawdopodobnie się domyślała, czasem niby przypadkiem rzuciła jakimś dwuznacznym tekstem, często mówiła, że chciałaby być z kimś takim jak ja. Kiedy w końcu zdobyłem się na odwagę, wyśmiała mnie. To bym jeszcze przebolał, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Natalia okrutnie zabawiła się moimi uczuciami, rozpowiedziała wszystkim o tej sytuacji, próbowała zniszczyć mi życie wymyślonymi przez siebie historiami. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale sprawa otarła się o policję, a ja przez długi czas nie mogłem się psychicznie pozbierać. Ostatecznie wyszedłem na prostą, ożeniłem się, założyłem dobrze prosperującą firmę.
Na początku tego roku przejęliśmy podupadającego konkurenta, a ponieważ wiele stanowisk się dublowało, konieczne były zwolnienia. Jedną z osób przeznaczonych „do odstrzału” okazała się Natalia, oczywiście została o tym powiadomiona odpowiednio wcześnie. Wczoraj wieczorem napisała do mnie długą wiadomość, gdzie przeprosiła za tamte oskarżenia i próbowała mnie przekonać, żebym jednak zmienił zdanie. Pisała, że przez te 10 lat wiele się u niej zmieniło na gorsze, straciła rodziców, wpadła w długi, na dodatek jakiś fagas zostawił ją samą z dzieckiem. Najśmieszniejsze, że na studiach popierała Korwina i uważała, że samotne matki to zakała społeczeństwa, a jak ktoś jest biedny, to widocznie „wolny rynek tak chciał”. Prosiła mnie, żebym przez wzgląd na stare czasy przemyślał swoją decyzję.
W odpowiedzi dostała ode mnie tylko screena tamtej sceny z „Ojca chrzestnego”. A ponieważ nie mam córki ani tym bardziej ślubu córki, dziś z przyjemnością podpisałem jej wypowiedzenie. Pracowała na zleceniu, więc został jej tydzień (taki był zapis w umowie). Karma to jednak piękna rzecz. Natalia mogłaby być na miejscu mojej żony albo chociaż odmówić w cywilizowany sposób. Ale wybrała inaczej. Wiem, w komentarzach pewnie mnie zlinczujecie, jednak nie czuję się ani trochę winny.
Uwielbiam wszystko, co związane z ogniem.
W szczególności lubię ogniska, lubię dokładać coraz to więcej drzewa, aby płomienie były wyższe ode mnie, o przyjemności z ciepła nawet nie wspominam.
Doszło do tego, że od kilku tygodni rozpalamy z kumplem po pracy wielkie ognisko, aby tylko posiedzieć, pogadać i wypić piwko. Używamy do tego pobliskich płytek (sklejek), ponieważ są odpadami w jednej firmie parę metrów od nas.
Teraz codziennie myślę o ognisku, to uzależnienie.
Mam 45 lat, żonę i dwoje dzieci. Pracuję, nie piję, nie imprezuję. Dwa lata po ślubie żona poznała w sieci mężczyznę, z którym flirtowała i romansowała. Spotykali się w realu. Po jakimś czasie wpadłem w końcu na to, co się dzieje. Była kłótnia, awantura, moje życie legło w gruzach w kilka chwil. Chciała odejść i mnie zostawić. Po wielu rozmowach zostaliśmy razem i urodziło się pierwsze dziecko.
Gdy dziecko skończyło roczek, to sytuacja finansowa zmusiła mnie do wyjazdu do pracy na zachód. Do domu wracałem raz w miesiącu na kilka dni. Były pieniądze, wszystko wydawało się, że jest dobrze.
Żona po powrocie do pracy poznała tam kolegę. Złapała z nim dobry kontakt, on zwierzał się jej, a ona jemu, jak to jest jej źle, że ja zostawiłem itp. Ja uważałem, że zarabiam na dom, rodzinę, rachunki. Po raz kolejny dowiedziałem się o romansie. Znów awantura, kłótnie. Zapadła decyzja, że wracam do kraju. W rozmowach tłumaczyła mi, że nie ma żadnej koleżanki, potrzebuje z kimś rozmawiać i lepszy kontakt łapie z mężczyznami. Pojawiło się drugie dziecko, ja znalazłem dobrą pracę w kraju. Pomagałem w codziennych obowiązkach. Uważam szczerze, że jestem do dziś zaangażowany. Jak wspominałem, utrzymuję mieszkanie, nigdy żadnych zaległości w rachunkach, ba, nawet spóźnienia w opłatach.
Teraz znów się natknąłem na konwersacje z kolejnym kolegą z pracy. Jest powtórka, a ja mam załamkę, jestem psychicznie zdruzgotany, czuję się beznadziejnie, niekochany, niedoceniany.
Często w przeszłości słyszałem wulgaryzmy i obelgi z jej strony w moim kierunku, ale nie przybierałem sobie tego tak do głowy. Teraz mam niespełna 50 lat i jestem załamany życiem. Nie uśmiecham się, myślę, że te wszystkie sytuacje, doświadczenia życiowe, których doświadczyłem do tej pory, zrobiły ze mnie bezdusznego człowieka. Nie wierzę w miłość, lojalność, szczerość. Żyję dla dzieci... ale każdy dzień mnie przygniata. Nie tak wyobrażałem sobie to wszystko i nie wiem, co będzie dalej.
Piszę to, bo czuję się przejedzony. Przejedzony byciem tym porządnym. Tym, na którym można polegać. Tym, który zawsze odpisze. Piszę to w momencie, gdy po dwóch latach wspólnych rozmów, wspierania się i budowania relacji, która wydawała się solidna jak skała, zostałem potraktowany jak spam w skrzynce mailowej. Wystarczył tylko jeden przycisk „Zablokuj”. Koniec.
Zastanawiam się, w którym momencie jako ludzie daliśmy sobie prawo do bycia tak nieludzkimi? Ghosting to nie jest „brak kontaktu”. To jest najwyższa forma emocjonalnego tchórzostwa. To komunikat, który mówi: „Twoje dwa lata życia, twoje emocje i twoja obecność nie są warte nawet najmniejszego ułamka sekundy mojego czasu na napisanie: słuchaj, nie chcę już tej relacji”.
Czuję się upokorzony. Tak, mówię to głośno. Czuję się żałośnie, stojąc przed lustrem i robiąc rachunek sumienia za winy, których nie popełniłem. Analizuję każde słowo, każdy przecinek, zastanawiając się, co zrobiłem źle. A prawda jest brutalna: jedynym moim „błędem” było to, że byłem fair wobec kogoś, kto nie dorósł do posiadania kręgosłupa moralnego.
To nie jest pierwszy raz. I to boli najbardziej. To poczucie, że świat stał się wielkim supermarketem ludzi, gdzie bierzesz kogoś z półki, używasz, a gdy ci się znudzi, to po prostu wyrzucasz do kosza, nie dbając o to, czy ten „produkt” ma serce. Instagram, Messenger, WhatsApp – to narzędzia, które dały nam moc usuwania ludzi z rzeczywistości jednym ruchem kciuka. Ale czy to usuwa też wspomnienia? Czy usuwa poczucie krzywdy?
Mam dość bycia „wytrwałym”. Mam dość zastanawiania się, czy kolejna osoba, której zaufam, zniknie we mgle bez słowa wyjaśnienia. Ten „osad” w głowie zatruwa mi każdy kolejny kontakt. Sprawia, że zamiast cieszyć się nowym spotkaniem, siedzę i czekam na moment, w którym znów zobaczę ikonkę „Użytkownik niedostępny”.
To wyznanie to mój krzyk bezsilności, ale też moment odcięcia grubą kreską.
Specjalne przesłanie ode mnie do każdej dziewczyny, która kiedykolwiek zafundowała komuś ghosting: wiedz jedno, nie uniknęłaś trudnej rozmowy. Pokazałaś tylko, że jesteś emocjonalnym karłem. Ja zostaję ze swoim bólem, ale zostaję też ze swoją klasą. Ty zostajesz ze swoim tchórzostwem.
Chyba lepiej będzie zniknąć z sieci. Bo wolę być sam niż być częścią świata, w którym przyjaźń kończy się algorytmem blokady...
Moja mama zawsze była tą chorą, słabą, przytłoczoną pracą, domem i problemami, przez co w dzieciństwie nauczyłam się być bezproblemowa. Moje problemy i tak były zbywane, mama zawsze miała gorzej (z tatą było jeszcze gorzej, bo dla niego istniał w domu tylko telewizor). Kłopoty w szkole? To nic w porównaniu z kłopotami mamy w pracy. Nadmiar nauki? Mama musiała uczyć się więcej, bo miała więcej zajęć pozalekcyjnych. Źle się czułam? Na pewno udawałam, żeby nie iść do szkoły. Kłótnia z przyjaciółką? Mama zawsze mi powtarzała, że to nie jest towarzystwo dla mnie. Itp. Po jakimś czasie po prostu przestałam cokolwiek jej mówić. Kiedy zostawałam sama z problemami, powtarzałam sobie taką formułkę: zawsze sama sobie ze wszystkim poradzę.
Ostatnio mama pochwaliła mnie, że dobrze wybrnęłam z pewnej sytuacji, a ja odruchowo odpowiedziałam moją formułką.
Czy doszło do oczyszczającej rozmowy i wyjaśniłyśmy sobie wszystkie żale? Oczywiście, że nie. Mama się rozpłakała i wpędziła mnie w takie poczucie winy, że to ja ją przepraszałam.
Mam 23 lata, jestem z wielodzietnej rodziny ze wsi. Od ponad pół roku jestem w związku z chłopakiem (nazwijmy go Adaś), który zawsze mi się podobał. Znamy się kilka dobrych lat. Szybko zamieszkaliśmy razem w domu jego rodziców, głównie dlatego, że chciałam uciec przed bratem alkoholikiem. Nie mogłam patrzeć na jego postępowanie, bałam się, szukałam miejsca, gdzie w końcu będę wolna od współuzależnienia.
Pierwszy miesiąc był cudowny – Adaś miał dobrze płatną pracę, dużo randek, relacja idealna. Wszystko jednak zaczęło się szybko zmieniać. Od opuszczania pracy dla wypicia alkoholu z kolegami, poprzez wyciąganie ode mnie pieniędzy na wódkę i milion innych rzeczy, do kilku miesięcy bez jakiegokolwiek źródła dochodu i popijania bimbru od wiejskich „kolegów”.
Ja studiuję dziennie w małym miasteczku. Moim jedynym źródłem dochodu są uzyskane stypendia. Niezdrowe kontrolowanie mnie przez Adama doprowadziło do tego, że z pomocą kolegi informatyka uzyskał dostęp do mojego konta Google, które łączy mnie z całą resztą internetu. Wiadomości, rozmowy telefoniczne, galeria, a nawet bankowość internetowa – do wszystkiego ma dostęp i nie da się tego usunąć prostymi środkami. Z mojej karty, którą podłączył do swojego telefonu, Adam chodzi do wiejskiego sklepu po wódkę dla siebie i kolegów. Łącznie okradł mnie już na jakieś 500-600 zł. Dziś zrobił to ponownie, a do tego ostro mnie poszarpał, bo chciałam mu zabrać butelkę. Nawet zadzwonił na policję, że go pobiłam, bo zadrapałam go w szyję paznokciami.
Czuję obrzydzenie do samej siebie, że w ogóle pozwoliłam się tak traktować i wciąż nie potrafię przestać go kochać.
Wczoraj byłem w samochodzie na parkingu. Z reguły nie daję pieniędzy osobom, które mnie zaczepią, zawsze proponuję, że mogę kupić coś do jedzenia. Pani zapukała do okna, uchyliłem je i zapytała mnie, czy nie poratowałbym jej paroma drobniakami, powiedziała, że znalazła się w kryzysowej sytuacji, partner ją wyrzucił i od czterech dni nic nie je. Nie śmierdziała, nie była pijana, nie czuć było alkoholu i nie było widać żadnych oznak menelstwa. Powiedziałem jej, że coś poszukam, dałem jej 10 zł w papierku. Drobny gest, bo zrobiło mi się jej szkoda. Ona wzięła tę dychę, złapała za okno i popłakała się... Powiedziała mi wtedy, że życzy mi jak najlepiej, ja powiedziałem, że życzę zdrówka, i poszła...
Chodzi w tym wszystkim o to, że człowiek największą radość ma tylko wtedy, kiedy nie będzie czuł, że mógł zrobić coś inaczej... Dla mnie to 10 zł, nieużywany papierek, który miałem w portfelu pośród innych banknotów, dla niej nadzieja, kolejny dzień, zwykła radość.
Jestem osobą pracującą na wysokim stanowisku, uważaną za konesera sztuki, lubię ambitne kino, książki, malarstwo i rzeźbę. Regularnie odwiedzam wystawy i wernisaże. Wakacje czy city breaki bez odwiedzenia lokalnych muzeów czy galerii nie mają miejsca. I jestem osobą uzależnioną od oglądania „Na Wspólnej”. Kurtyna.
Mam znajomą, której bardzo lubię dokuczać. Laskę co chwilę wywalają z roboty, szuka faceta, ale bardzo kiepsko jej to wychodzi, bo cały czas trafia na dupków i takich co chcą tylko jednego. Pewnie powiecie, że może ma w miarę znajomych? Też nie! Jej „przyjaciółki” są mega toksyczne i blokują ją albo wyśmiewają, kiedy mają okazję.
Zrobiło się wam przykro z jej powodu? Błąd, też go popełniłam na początku naszej znajomości i od tamtego czasu postanowiłam jej dokuczać. Śmiać się, że znowu ją wywalili z roboty, że nie ogarnia życia. A ona? Pyta się, czemu jestem dla niej taka niemiła (bo ona może być, ale jak ktoś jest dla niej niemiły, to ojej) i szczerze nie jestem w stanie na to odpowiedzieć, dla moich znajomych i przyjaciół jestem mega serdeczna (z wzajemnością – wyłącznie ona wywołuje u mnie takie emocje). Mimo wszystko odzywa się do mnie, bo jest mega samotna.
Uważam ją za swoją motywację – kim nie chcę NIGDY zostać i jak na razie mi się to udaje. Może to okrutne, ale każdy z nas ma kogoś takiego.
Dziwnie się dziś poczułem, jako jedyny samotny z rodzeństwa i kuzynów. Łącznie jest nas 15 osób, a tylko ja nie jestem w związku. Jakoś tak dziwnie i smutno...
Dodaj anonimowe wyznanie