Od kilku lat bezskutecznie leczyłam się na nerwicę. Zaczęło się zwykłą nerwowością, którą zganiałam na stres i różne sprawy... Praca, związek itp. Później zaczęło się robić naprawdę dziwnie. Dostawałam napadów lękowych, zaczęłam bać się rzeczy, których dotychczas się nie bałam, wciąż byłam zdenerwowana i przerażona. Przestałam sobie radzić z codziennością życia, nie wytrzymał chłopak i zostawił mnie, a ja byłam na skraju załamania. Poszłam do psychologa, potem nawet do psychiatry. Leczyłam się na nerwicę bardzo długo. Coraz to silniejsze leki, a ja coraz bardziej znerwicowana. Często miałam bóle, głównie bolały mnie nogi. Stan też nasilał przy okresie, więc lekarz „uspokajał mnie”, że to tylko zespół napięcia przedmiesiączkowego. Wiele kobiet to ma i po prostu nasilają mi się codzienne objawy. Jednak ze mną robiło się coraz gorzej. Zaczęłam mieć obawy o życie, wydawało mi się, że coś mi jest, w każdej chorobie widziałam u siebie objawy, po prostu mi odbijało. Dodatkowo zaczęły się myśli samobójcze, o których bałam się powiedzieć lekarzowi, bo bałam się zamknięcia w psychiatryku. Pewnego dnia ból nóg tak się nasilił, że pojechaliśmy na pogotowie. Zazwyczaj w takich przypadkach dawano mi dodatkowe leki na uspokojenie. Tym razem trafiłam na innego lekarza, który zrobił mi badania. Okazało się, że mam bardzo zaniżone niektóre elektrolity, grubo poniżej normy.
Ludzie, co się stało po tej kroplówce!! Nigdy w życiu tak dobrze się nie czułam!! Byłam spokojna, przeszły bóle, przeszły nerwy... Tak się trzymałam całe dwa dni, raj, mówię wam, raj! Potem powoli wracało to, co wcześniej. Powiedziałam o tym lekarzowi na następnej wizycie i ten na szczęście tego nie zbagatelizował, lecz polecił mi znowu się zbadać. Znowu zaniżone...
Obecnie po przyjmowaniu dodatkowych elektrolitów czuję się świetnie. Żadnych nerwów, poza zwykłą codziennością, żadnych napadów lękowych, zimnych potów, bólu, budzenia się w nocy ze strachem. Nic.
Na razie szukam jeszcze przyczyny spadku tychże substancji, ale jestem dobrej myśli! Nie wiem, jaki morał z tego napisać... Może po prostu, jeśli leczycie się na coś i nic nie pomaga, spróbujcie szukać przyczyny gdzieś indziej.
Często przed spaniem czytam anonimowe. Nie tylko dlatego, że ogólnie lubię tę stronę. Lubię trafiać na wyznania, w których ludzie mówią o swoich udanych, szczęśliwych związkach z ludźmi, którzy ich kochają. Idę wtedy spać mając nadzieję, że może i mi kiedyś się to uda.
Mój narzeczony okazał się strasznym maminsynkiem. Myślałam, że po prostu zawsze potrzebuje się z każdym problemem przespać, żeby podjąć decyzję, a okazało się, że on po prostu musi zadzwonić do mamy i spytać o jej zdanie. Jeśli jej się coś nie spodoba, to on odmawia. Nieważne, czy chodzi o dom, samochód, kolor zasłon, czy decydowanie się na dzieci...
W pewnym momencie miałam już dość, więc powiedziałam jasno: „Albo skończysz tę relację z matką, albo skończysz ze mną”.
Nie wiedział, co ma zrobić, więc zadzwonił poradzić się matki...
To wystarczyło za odpowiedź.
Jechałam dziś autobusem na jazdy przed egzaminem. Lekki stres, niby wszystko OK, na następnym przystanku wysiadam, ale trochę bolał mnie brzuch. Postanowiłam sobie ulżyć. Myślałam, że to będzie zwykły, dyskretny cichacz...
Owszem, nikt nie słyszał, nikt nie poczuł. Szkoda tylko, że przy okazji się zesrałam. Nie można tego inaczej ująć.
Cóż było robić? Poszłam do toalety na stację, majtki wrzuciłam, spodnie założyłam i poszłam na jazdę.
Dziękuję za uwagę.
Zawsze byłam grzeczną dziewczynką i dobrą uczennicą. Nauczyciele nie mieli ze mną problemów, niektórzy mnie uwielbiali. Chodziłam na kółka, konkursy.
Większość klasy znałam dobrze. Kamil był wyjątkiem. Widywałam go codziennie, a wciąż był dla mnie zagadką. Z jednej strony słyszałam, że lubi imprezować, nie stroni od alkoholu, pali, a z drugiej nie miałam pojęcia, z kim się zadaje. Nauczyciele go nie lubili. Mam wrażenie, że powodem było to, iż Kamil jest od nich inteligentniejszy. Grono pedagogiczne czasem próbowało go gasić, czy nawet „jeździć” po nim, ale on umiał im tak odpowiedzieć, że zawsze tego typu potyczki wygrywał. Bardzo mi tym imponował. Oceny miał słabe, nie zależało mu. Jednak jak przychodziło co do czego, był w stanie zrozumieć dość trudne rzeczy ot tak i radził sobie świetnie. Myślę, że gdyby wziął się za naukę, spokojnie moglibyśmy rywalizować na oceny.
Powoli dowiadywałam się o nim coraz więcej. Zaczęliśmy rozmawiać, a pewnego dnia nagle mnie pocałował. Oboje nigdy wcześniej nie mieliśmy nikogo, teraz zostaliśmy parą. Powoli wieści o naszym związku trafiały do szkoły. Nie afiszowaliśmy się, ale wkrótce nauczyciele się połapali. Ich reakcja nie była dla mnie zaskoczeniem. No bo jak to? Taka grzeczna, mądra dziewczyna z takim paskudnym, chamskim nieukiem?!
Szybko zaczęły się interwencje. Nauczycielki często kazały mi zostawać na przerwie. Wypytywały, czy naprawdę jestem z Kamilem, czy uważam, że to ktoś odpowiedni dla mnie itp. Z jednej strony rozumiałam ich obawy. Mówiłam zawsze, że mam oczy szeroko otwarte, jest w porządku, gdyby coś się działo, dam znać. Niestety, niektórym to nie wystarczyło. Nauczycielki rozmawiały też z nim i nie były to miłe rozmowy. Miały jeden charakter: „Zostaw ją”, oczywiście ubrane w ładne słowa. Nauczycielki, które wcześniej bardzo mnie lubiły, zrobiły się chłodne. Nagle przestały widzieć we mnie wielki potencjał. Wcześniej pchały mnie na każdy konkurs, teraz musiałam sama się o nie dopytywać.
Poprawiłam część przedmiotów, ćwiczyłam też z Kamilem po lekcjach. Koniec szkoły był dla nas bardzo ciężki. Jednak oceny miałam idealne, Kamil też się poprawił.
Minęło kilka lat, a my? Poradziliśmy sobie. Jesteśmy razem.
Pozdrawiamy nauczycieli. Wciąż pamiętamy.
Student politechniki i przyszła lekarka.
To, że życie nie jest sprawiedliwe, wiemy od dawna, przecież to oczywiste. Ale żeby aż tak? Cofnę się odrobinę w czasie...
Uciekając od chorej atmosfery w domu spowodowanej alkoholem i prochami, zostawiam wszystko. Mam niecałą stówkę w portfelu, uciekam do chłopaka. Na drugi koniec kraju, bo ten tam mieszka. Mam zaledwie 17 lat. Jednak nikt mnie nie szuka – ot, byłam zbędna. Dla mnie lepiej.
Niewiele później podejmuję pracę, na ćwierć etatu, ciężko tu o pracę. Chłopak pracuje na pół etatu. Niedługo potem mi się oświadcza, planujemy ślub. Rok później umiera jego Mama po ciężkiej chorobie, a w marcu tego roku także Tata. Cudowni ludzie, serce by innym oddali, lecz nie dorobili się właściwie niczego. Większość zarabianych pieniędzy szła na życie, wynajem mieszkania i naukę syna. Nie zostawili mu nic, a umowa najmu mieszkania się kończy. Nie zostanie przedłużona, właściciel sprzedaje mieszkanie. A my niestety nie mamy żadnych oszczędności, by móc pokryć koszty kaucji za inne mieszkanie, a te bez kaucji niestety wychodzą zbyt drogo w skali miesiąca. Mimo wszelkich starań i prac dorywczych wciąż brakuje nam 820 zł...
Dziś mam urodziny. Nie marzę o prezentach, imprezie czy alkoholu. Martwię się, co będzie w środę, gdy będziemy musieli opuścić mieszkanie, czy będziemy mieli dokąd pójść. Mimo że oszczędzamy, na czym się da, jemy od miesiąca makaron/ryż z sosem z paczki, ja chodzę w podartych biustonoszach, a on bez skarpetek, to i tak nam brakuje. Boję się, co będzie, gdy zostaniemy bez mieszkania. Boję się, czy damy radę...
Poznałam swojego męża na domówce mojej znajomej. Zaiskrzyło od razu, mimo że Tomek jest osobą bardzo konserwatywną, uważa, że kobieta powinna spełniać się wyłącznie w domu jako żona i matka. Pracowałam w firmie, gdzie mocno stawiano na rozwój pracownika. Byłam bardzo zadowolona z pracy, ale im bardziej mnie doceniano, tym mąż był bardziej zazdrosny. Naciskał dość mocno na pierwsze dziecko (teściowie chyba bardziej) i stało się, urodziłam zdrowego synka. Po chwilowej euforii Tomek stracił zainteresowanie rodziną. Jestem u kresu wytrzymałości psychicznej. Mąż ucieka w weekendy na spotkania z kolegami, a w tygodniu pracuje zdalnie. Przy dziecku nie pomaga nic, twierdząc, że to moja rola. Teściowie wpadają co drugi dzień. Podczas tych spotkań jestem cały czas krytykowana, pouczana i poniżana. Gdy poprosiłam męża o interwencję, stwierdził, że mają rację i powinnam popracować nad sobą.
Ucieczką był powrót do pracy. Zbawienie. Szef poprosił mnie o pokierowanie dużym projektem. Zgodziłam się. Gdy mąż dowiedział się, że awansowałam, zaczął namawiać mnie na rezygnację z pracy, bo on i rodzina są najważniejsi, powinnam brać przykład z jego mamy i się poświęcić. Odmówiłam, praca to dla mnie odskocznia, zresztą z pomocą mojej mamy daję radę. Przynajmniej tak myślałam do wczoraj, gdy okazało się, że mimo zabezpieczania się, jestem w kolejnej ciąży. Nie wiem, co robić, jestem załamana.
Jeśli mielibyście wybór: urodzić dziecko z pewną dysfunkcją lub nie urodzić go wcale, co byście zrobili? Ja niestety stoję przed tym wyzwaniem, odkąd wzięłam ślub.
Mówiłam przed ślubem narzeczonemu, że nie chcę mieć dzieci. Powiedział, że dla niego to nie problem, lecz im dłużej jesteśmy po ślubie, tym częściej o tym myślę. Dziecko przybliża ludzi do siebie, spaja związek, ale byłoby mi cholernie ciężko skazać dziecko na takie cierpienie (wada dziedziczona), jakie ja przeżywam, bo wiem, jak to jest być innym, nie móc robić wielu przeczy normalnie, załatwiać różne sprawy z wielkim problemem, przepłakać wiele nocy myśląc, dlaczego mnie to spotkało.
Nie mogę cieszyć się życiem jak normalny człowiek, przybija mnie to coraz bardziej. A myśl, że miałabym skazać kogoś na takie życie, mnie zwyczajnie dobija.
Razem ze mną pracuje Aneta. Królowa bistra, mistrzyni tekstów podczas aktywnej sprzedaży i wciskania ludziom czegoś, co akurat chce sprzedać.
Klient płaci za paliwo, Aneta w akcji... Promuje kanapkę, która jest „najlepsza”, oczywiście dlatego, że ma krótką datę przydatności.
– Polecam panu pyszną, grillowana kanapkę z tuńczykiem i papryczkami jalapeno... Dodamy do niej sosy, posypiemy świeżą rukolą albo szczypiorkiem. Naprawdę polecam!
– Dziękuję. Raz spróbowałem, nie smakowała mi – odpowiada zdawkowo klient na jej nadmierną ekscytację.
– Oj... – i tutaj Aneta, swoim zdaniem najlepsza w kulinarnych wyczynach na bistro (oczywiście ograniczających się do zagrzania kanapki i polania sosem, bo takowe kanapki dostajemy już gotowe), z uśmiechem na twarzy zaznacza – ale wie pan, to zależy, kto przygotowywał, niektóre dziewczyny tutaj nie podgrzewają w piecu, przed włożeniem do grillowania. A to naprawdę zasadnicza różnica. Ja przyrządzę naprawdę pyszną!
– Hmm... Tylko tak się składa, że to pani wtedy mi ją przyrządzała.
BANG, BANG! Królowa bistra wymiękła.
Widok jej miny – bezcenny. :D
Pracuję jako sprzątaczka za granicą. Praca jest lekka i się nie nadrobię. Zrobię swoje i idę do domu, nie muszę myśleć o pracy po pracy, jak to w innych zawodach na wyższych stanowiskach. I wiecie co? Za tygodniową wypłatę mogę sobie kupić np. najnowsze buty, które w Polsce są warte 700 zł, i jeszcze mi zostaje na życie. W Polsce nigdy nie byłoby mnie na to stać.
Nigdy nie wrócę do Polski właśnie z tego powodu, tutaj jako sprzątaczka mogę się sama utrzymać, a nie zapieprzać po 12 godzin i nic z tego nie mieć.
Dodaj anonimowe wyznanie