Miałam wtedy bodajże 6-7 lat. Był wieczór. Nie było nikogo w domu, więc postanowiłam zażyć sobie kąpieli i wcześniej położyć się do łóżka. Po wyjściu z łazienki udałam się naga do swojego pokoju, ponieważ jak to sklerotyk zapomniałam piżamy, aż nagle usłyszałam dźwięk otwieranego zamka. Do mieszkania wszedł mój brat i to na dodatek z kolegami. Jako że dzieliłam z nim pokój, wiedziałam, że zaraz wejdą i zastaną mnie gołą. Czym prędzej wskoczyłam do szafy, w której nietrudno się było zmieścić. Jak podejrzewałam, weszli do pokoju, a ja siedziałam w szafie chyba dobre pół godziny.
Chyba nie muszę opisywać ich spojrzeń, kiedy po upływie tego czasu wyszłam z szafy w samej zimowej kurtce :D
Dla mnie jest to forma rozliczenia z przeszłością bez pokazywania twarzy, z uczuciami dziecka, które doświadczyło zła, ale i zahartowało się w ogniu na całe życie.
Mam dwie córki, które są dla mnie całym światem. Mam piękną żonę, która o tym nie wie i się nie dowie.
Opiszę tu relację z mojego pobytu w rodzinie adopcyjnej.
Rodzina pochodziła z Dolnego Śląska, ale z racji tego, że ojciec był marynarzem, zamieszkałem z nim i z matką w Trójmieście. Był dobrym człowiekiem. Twardy facet z zasadami. Otoczył mnie miłością i troską, lecz rzadko był w domu. Dziesięć miesięcy na morzu, na wakacje wracał. Kochałem go, był dla mnie autorytetem.
Matka tylko przy ojcu starała się być matką. Gdy był, pokazywała swoją dobrą stronę i nawet była miła.
Ojciec nie wiedział, że matka zapobiegliwie na miesiąc przed jego przyjazdem przestawała mnie bić. Ojciec dowiedział się, że jest coś nie tak, gdy po raz ostatni się z nim widziałem. Błagałem, żeby mnie zabrał ze sobą. Nigdy tego nie zrobił. Wpadł do oceanu podczas sztormu, ciało odnaleziono parę dni później.
Śmierć ojca wiązała się ze stratą głównego żywiciela rodziny. Miałem 11 lat, gdy matka zaczęła mnie głodzić mówią,c że to moja wina, że mój ojciec nie żyje. A jej nie stać na to, by trzymać w domu darmozjada.
Potrafiła tłuc mnie do nieprzytomności drewnianym kijem lub rzucać mną na meble i ściany. Złamała mi dwa razy prawą rękę i parokrotnie żebra. Na pogotowiu mówiła, że to od gry w piłkę i szlajania po pustostanach. Udawała troskę i żałowała mnie przy ludziach. W domu praktycznie dobijając.
Gdy miałem 13 lat stwierdziła, że mam się wynosić, bo ma mnie dość. Powiedziała, że zanim opuszczę dom po raz ostatni da mi nauczkę. Zamknęła drzwi od domu i wyciągnęła gaz pieprzowy. Prysnęła mi nim w oczy, po czym zaczęła okładać mnie kijem.
Coś we mnie pękło. To nie przypominało bicia, jakiego doświadczyłem wcześniej.
Przestraszyłem się, że zginę, że nic nie zobaczę. Że umrę na tym dywanie, który już tyle przyjął mojej krwi. Ostatkiem sił dotarłem do balkonu.
Mieszkaliśmy na drugim piętrze bloku mieszkalnego. Przeszedłem przez poręcz.
Wtedy powiedziała, żebym jeszcze chwilę poczekał. Że przecież musi skończyć...
Nie czekałem, zaszumiało mi w głowie i skoczyłem na krzaki rosnące pod balkonem.
Nie do końca chyba trafiłem, bo przy styku z podłożem straciłem przytomność.
Ocknąłem się w szpitalu tydzień później. Byłem w śpiączce farmakologicznej.
Mówi się, że w tym stanie coś się tam słyszy. Ja nie słyszałem nic. Pierwszy raz od dłuższego czasu wyspałem się jak niemowlę.
Psycholog, policja i kuratorka z opieki społecznej zaczęli mnie maglować dlaczego chciałem popełnić samobójstwo. Wykryli na mojej skórze gaz pieprzowy i wysłali do domu dziecka. Adopcję rozwiązano.
Po latach dowiedziałem się, że była chora, bardzo chora.
Nie potrafię jej zrozumieć, ale jej wybaczyłem.
Jakiś czas temu, a było to w Halloween, sąsiad mojej koleżanki zszedł do piwnicy. Idąc korytarzem, zobaczył jakiś kształt. Było to coś przypominające wisielca. Sąsiad pomyślał sobie, że znowu jakieś dzieciaki żarty sobie robią, w końcu Halloween i tak dalej. Zawołał, żeby wyłazili, że to nie jest śmieszne.
Cisza.
Zawołał znowu.
Nadal cisza. Postanowił zapalić światło.
Jak się domyślacie lub nie, to nie była atrapa.
Tam naprawdę powiesił się człowiek.
Odkąd pamiętam, zawsze miałam problemy z zasypianiem. Zawsze mi czegoś brakowało. Jak już zasnęłam, to spałam jak kamień. Jednak sam proces zasypiania był dla mnie udręką.
Kilka lat temu pojawiły się Szumisie. Co prawda są one przeznaczone dla dzieci, ale zdecydowałam się zakupić takiego misia, bo byłam już naprawdę zmęczona niemożnością normalnego zasypiania. To był strzał w dziesiątkę. Biały szum to jest właśnie to, co pozwala mi szybko zasnąć. Więc mam 23 lata i nie zasnę bez Szumisia.
W wieku 19 lat zaręczyłam się z chłopakiem, z którym byłam niecały rok. Dwa miesiące później dowiedziałam się, że jestem w ciąży...
Cieszy się z dziecka, stara się, jest aktualnie mężem, pociesza, komplementuje, pracuje po 12 godzin, aby zapewnić nam dobry start.
A ja nie mam odwagi powiedzieć mu, że często myślę o tym, żeby od niego odejść, bo przytłacza mnie to, jak się stara i ile dla nas poświęca. Martwię się, że zmarnuję mu życie. Kocham go i boję się, że to zniszczy w nim radość, zmieni, że potem będzie żałować.
Nigdy mu o tym nie powiedziałam i nie powiem.
Kiedy miałam 16-17 lat, wracałam sama, wieczorem, z osiemnastki mojej przyjaciółki. Jakoś nigdy nie przejmowałam się tym, że ktoś może mnie skrzywdzić czy okraść, w końcu takie spokojne, malutkie miasteczko... Trochę się przeliczyłam. W pewnym momencie poczułam nagłe szarpnięcie, ktoś zaczyna ciągnąć mnie w kierunku samochodu. Odpowiedź prosta – gvv@łciciel!
Już miałam zacząć krzyczeć i się wyrywać, gdy usłyszałam głośne: „Puść ją!”. Jakiś chłopak powalił mojego oprawcę na ziemię i zaczął okładać pięściami. Ja stałam wryta w ziemię i nie wiedziałam, co się dzieje. Mój bohater wstał, poprawił marynarkę i zapytał, czy wszystko okej. Odprowadził mnie również do domu.
Potem zaczęliśmy się spotykać, teraz jesteśmy po ślubie. I wiecie co? Po trzech latach małżeństwa dowiedziałam się, że tym „oprawcą” był przyjaciel mojego męża, który miał być tym złym, a mój ukochany miał mnie uratować z opresji, bo spodobałam mu się na osiemnastce przyjaciółki... I pomyśleć, że nie chciałam tam iść :P
Powoli zbliżam się do półmetka ciąży. Zaszłam w ciążę z moim chłopakiem, byliśmy wtedy razem ponad pół roku, ale znaliśmy się już kilka lat. Co prawda nie planowaliśmy dziecka w najbliższym czasie, ale reakcja chłopaka była bardzo pozytywna. Podszedł do tego zadaniowo i był dużo spokojniejszy ode mnie. Ja ucieszyłam się, że będziemy rodzicami i w sumie nadal się cieszę. Już dawno rozmawialiśmy o tym, że oboje w przyszłości chcemy mieć dzieci, ale ślub to już nieco inna bajka. Ja chyba jak większość kobiet marzę o pięknym ślubie, zwłaszcza że akurat sporo naszych znajomych teraz się żeni/wychodzi za mąż. Moja koleżanka zaręczyła się po 5 miesiącach związku, ślub był po pół roku. Mój chłopak już dawno powiedział mi, że ślub jak najbardziej, ale to na pewno po dłuższym czasie, dzieci można mieć szybciej. Ja nawet nie podejmowałam tematu, przecież nasz związek nie ma nawet roku.
Sytuacja nieco zmieniła się, gdy pojawiła się ciąża. Mnie ten brak ślubu nie przeszkadzał, wręcz dużo osób odradzało planowanie go właśnie wtedy. Moja najbliższa rodzina jednak nie była zachwycona, mama przez dłuższy czas namawiała mnie na szybki ślub „dla dobra dziecka”. Lekko zdezorientowana i z szalejącymi hormonami delikatnie poruszyłam ten temat z chłopakiem. Skończyło się to wielką awanturą i moim płaczem. Chłopak był bardzo na nie, stwierdził, że to dla niego za duże zobowiązanie, że teraz musimy skupić się na dziecku. Co prawda dyskusje trwały kilka dni, ale w końcu uznałam, że ma rację. Chłopak stwierdził, że nie rozumie mojego podejścia, przecież planujemy ślub, ale po prostu nie w najbliższej przyszłości.
Wszystko byłoby OK, gdybym nie podejrzała przypadkiem jego rozmowy z kumplem. Może to nie było w porządku, ale leżeliśmy w łóżku i chłopak tak trzymał telefon, że bez problemu można było zobaczyć ich konwersację. Kumpel, gdy dowiedział się o mojej ciąży, spytał, czy nie myśleliśmy o usunięciu. Chłopak napisał, że nie, że on nie widzi raczej problemu, przecież oboje pracujemy, mamy warunki. Kumpel spytał o ślub, więc chłopak napisał, że nie planuje i nie jest gotowy.
To nieco kłóci się z tym, co mi mówił. Układa nam się super, ale ja stale boję się, że utknę w długoletnim związku, w którym o ślubie będę mogła sobie tylko pomarzyć.
Dobra, wiem, że hormony i te sprawy, ale pytanie o usunięcie ciąży sprawiło, że darzę kumpla mojego chłopaka niechęcią. I nie wiem, czy mi przejdzie.
Miałem pacjentkę na oddziale – stwierdzona schizofrenia, przebywała na sali z inną kobietą z zespołem otępiennym. Był to czas Bożego Narodzenia. Wchodzę w nocy do sali i coś śmierdzi i śmierdzi, po sprawdzeniu wszystkich możliwości zapach wciąż pozostaje. Okazało się, że pani ze schizofrenią poczęstowała swoją kupą koleżankę, która to zjadła, uznając prezent za czekoladę. Na choince też znalazły się dodatkowe... brązowe bombki.
Mam zamiar złożyć donos na własną matkę. Jest już staruszką, ale jej charakter nie zmienił się przez to na lepsze. Nigdy nie spędzamy z nią świąt Bożego Narodzenia – ona nie chce, bo wiąże się to z dawaniem prezentów, a ona jest chorobliwie chytra. Gdy do niej jadę, kupuję żywność, daję jej pieniądze na paliwo, jeśli mnie gdzieś podwozi i czasem parę złotych. Nie jest biedna, jest osobą majętną, w swoim środowisku jest postrzegana jako cudowna, dobrze sytuowana kobieta. Mimo to jeździ teraz na letnich oponach, mimo że ma zimowe, bo nie będzie płacić teraz i za parę miesięcy znów za wymianę opon. Argument o narażaniu życia swojego i innych do niej nie trafia.
Ostatnio gościłam w jednym z jej domów i dowiedziałam się, że szambo wypompowują za płotem. Byłam w szoku, próbowałam tłumaczyć, że tak nie można, że niszczą środowisko, ale kazano mi być cicho, bo oni nie będą płacić za wywóz i już. Ten dom położony jest na uboczu, wśród domków letniskowych. Samopoczucie pogorszył mi fakt, że woda w tym domu jest ze studni gruntowej, a ja kąpałam się w tej wodzie, myłam zęby itd.
Dowiem się, gdzie to zgłosić i to zrobię.
Gdy byłam mała, dziadek zawsze odbierał mnie z przedszkola i zawoził do swojego domu, gdzie czekała na mnie już babcia. Rodzice pracowali do późna, więc pół dnia spędzałam praktycznie z dziadkami. Pewnego pięknego dnia, gdy wróciłam z przedszkola, strasznie się nudziłam, aż w końcu znalazłam mały niebieski tamburyn do grania. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale założyłam ów instrument przez głowę na szyję i tak sobie biegałam, podskakiwałam i grałam. Po kilku godzinach rzecz jasna znudziło mi się, więc próbuję ściągnąć to z szyi. Ciągnę i ciągnę, ale blaszki w tamburynie tak się poprzekręcały, że za cholerę tego nie ruszyłam. Co gorsza, dziadek, który tak usilnie chciał zdjąć ten tamburyn i ciągnął mnie za głowę, że nogi mi się odrywały od ziemi, też nic nie wskórał. Tak też dzień mijał, a ja zdążyłam już zjeść obiadek babci w tym cacku, potem myłam się w wanience, dalej radośnie brzdękając, oglądałam bajki, bawiłam się lalkami itp.
Koniec widzę jak przez mgłę. Tata wraca z pracy i rozcina mi ten tamburyn małą piłą. Ja siedzę na stole roboczym w garażu i ryczę wniebogłosy, że chcę iść w nim jutro do przedszkola... Niestety dziś można już tylko z sentymentem spojrzeć na mój niebieski tamburyn, który leży rozcięty u dziadków w piwnicy :)
Dodaj anonimowe wyznanie