#l3enO

Mamy niepełnosprawne dziecko, do tej pory radziliśmy sobie dobrze finansowo, ale doszło dużo wydatków związanych z chorobą i moim brakiem możliwości pracy. Znajomi namawiają nas na 1,5%, zbiórki i inne fundacje.

Przez tendencje do generalizowania typu „madki” i „dej, mam horom curke” boję się poprosić o pomoc dla siebie (w praktycznym wymiarze) i dla dziecka, chociaż jej realnie potrzebuję. Tak samo przez takie generalizowanie boję się przyznawać, że dziecku coś jest, żeby nikt nie myślał, że chcę coś wymusić.

Takie oto czasy nastały.

#7avvX

Od zawsze byłam społecznikiem, mnogość młodszego rodzeństwa, kolonijne i obozowe wyjazdy (najpierw jako podopieczna, a potem wychowawca), sporo czasu spędzonego w szpitalach i sanatoriach we wczesnej podstawówce, mój temperament, charakter, to wszystko sprawiło, że mam w sobie sporo empatii, wrażliwości na krzywdę innych. Często potrafię zrezygnować z siebie, odłożyć swoje potrzeby, by innym było lepiej. Najczęściej to do mnie wraca, czasem trafiam na niewdzięczne pijawki, ale ogólnie lubię to w sobie i nie poddaję się.

Po szkole średniej naturalną koleją rzeczy były studia pedagogiczne, poszłam na nie z powołania, ze świadomego wyboru i cieszyłam się zdobywaną tam wiedzą. Po studiach trochę wolontariatu, trochę pracy za granicą, aż w końcu miałam marzenie osiąść w Polsce i dostałam pracę w domu dziecka. Pracuję tu od dwóch lat i niejedno już widziałam. Wychowawca nie jest nauczycielem, nie dotyczą go wszystkie przywileje pt. Karta Nauczyciela, całe wakacje wolne itp. Moje dyżury to także weekendy, święta, sylwester czy 3 maja. Wiedziałam o tym i nie przeszkadzało mi to. Muszę być też nauczycielem wszystkiego: czasem przyjdzie dzieciak z podstawówki z prośbą o pomoc w odrobieniu zadania z angielskiego, czasem ktoś z matematyką, licealista, który nie radzi sobie z napisaniem wypracowania – trzeba pomóc i muszę mieć jako taką wiedzę. Jestem pielęgniarką: dzieci przyjeżdżają do nas często z interwencji, z niewyobrażalnych warunków. Zdarzyło mi się odwszawiać podopiecznych, robactwa było tak wiele, że skakało mi na ubranie. Musiałam smarować dzieci maścią na świerzb, pilnować brania tabletek antykoncepcyjnych, podawać lek na robaki. Jestem rodzicem, psychologiem, który musi pocieszyć, dodać odwagi, pomóc w poradzeniu sobie z niejedną traumą. Jestem policjantem, który musi też czasem ukarać, dopilnować wykonania testu na narkotyki.
Mój dyżur nie kończy się z wybiciem określonej godziny, często muszę zostać dłużej, bo przedłużyła się wizyta u lekarza, jestem na szkolnych przedstawieniach moich podopiecznych (i nikt mi za to nie płaci, dyrekcja stwierdziła, że może to być najwyżej wolontariat), zostaję dłużej, gdy dzieciak coś przeżywa i chce ze mną rozmawiać.

Wynagradzają mi to uśmiechy dzieciaków, ich „jest ciocia najlepszą ciocią na świecie” i serce mi pęka, bo mogę pracować tam tylko do końca miesiąca. Kocham te dzieciaki, ale przy swojej pensji nie utrzymam się w Warszawie. Wiem, że ludzie pracują za mniej, ale po pierwsze jestem sama i nie wystarcza mi to na życie, a po drugie czy chcę tak wiele za lata włożone w moją edukację, za pełnienie dość ważnej przecież roli społecznej? Czy godna pensja to coś wielkiego? W ciągu tych 2 lat mojej pracy przez naszą placówkę przewinęło się kilkanaście osób i pensja sprawia, że fajni wychowawcy odchodzą, a tracą na tym dzieci, ale co mogę zrobić?

#c2iyC

Gdy miałam około 14 lat, moja siostra zaczęła się spotykać ze swoim obecnym mężem. A. to śmieszek, o jego wybitnym poczuciu humoru przekonałam się podczas zakupów świątecznych.

Sklep, dwa dni do Wigilii, ludzi kupa, nie można dokopać się po buraki na barszcz. Widzę, że A. bardzo się nudzi i już po kilku godzinach zakupów z moją matką i siostrą ma dość. 
Nagle A. podchodzi do mnie w alejce pełnej ludzi i krzyczy na pół marketu: „Wbijaj się w tłum, będziemy jeb@ć portfele!”. Ja szok, nagle w alejce pusto, ludzie się patrzą jak na wariatkę, a ja dalej stoję i nie wierzę, że to zrobił. Śmiał się cały czas i szybko zwiał. A ja stałam oniemiała.
Do końca zakupów chodziła za mną ochrona...

Zemstę szykowałam rok, ale to historia na inne wyznanie.;)

#E1GSG

W dzisiejszych czasach, żeby być mężczyzną i korzystać ze wszystkich tego przywilejów, wystarczy się tylko urodzić i wyglądać jak Frankenstein. I to wszystko. Możesz przebierać w płci przeciwnej jak stare baby w pomidorach na targu.

Kobiety mają w dzisiejszych czasach naprawdę przechlapane po całości. Kobieta się nie rodzi, ona się tworzy wraz z każdym kolejnym dniem, od cech charakteru, po wygląd, pieniądze, pracę. Masz być silna, zorganizowana, musisz być PÓŁBOGIEM! Inaczej nie możesz nazywać się kobietą. Mężczyźni są w tym przypadku bardzo bacznymi obserwatorami twojej wartości. Spróbuj zacząć umawiać się z jakimś facetem 7/10 w górę. Wtedy wygląda to jak gra w sapera. Masz tak mało miejsca na pomyłkę, w zasadzie wystarczy tylko jeden nawet malutki, błahy błąd, odmowa seksu lub zgoda (bo za łatwa) na seks i od razu jesteś praktycznie skreślona. I co gorsze, nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. NIGDY nie możesz pokazać swojej JAKIEJKOLWIEK słabości jako kobieta! Inaczej jesteś skreślona i w oczach swojego wybranka stajesz się nieudacznicą. Nie masz prawa nazywać się kobietą, jeżeli jesteś słaba. Słabość jest zarezerwowana tylko dla mężczyzn.

Jak to jest, że koleś, który miał np. cztery partnerki przed tobą, mówi ci i wszystkim wokół, że kocha cię nad życie i jesteś jedyną osobą, z którą mógłby teraz być? Był z kimś, kogo nie kochał. Z kimś, kogo myślał, że kocha. Jaką masz szansę, że on kocha ciebie? Nie masz żadnej! Jedyną rzeczą, którą kocha, jest jego przyciąganie do ciebie w danym momencie. Nie ty sama.

#BV1D7

Nie widzę sensu, aby dalej żyć. Mam ok. 25 lat, zarabiam minimalną. Straciłem prawo jazdy, mam niesprawne auto. Chcę się przebranżowić, ale aby to zrobić, trzeba zainwestować sporo pieniędzy, tylko gdzie je zarobić? W Polsce to niemożliwe, praca za granicą – byłem już, zostałem oszukany. Z tatą kontaktu nie mam, mama umarła, siostra ma już swoje życie. Mam tego dość, tego udawania wokoło, że jest dobrze. Pracuję zdalnie, ale mam już dość. Czuję się w ogóle nikomu niepotrzebny. Po co ja w ogóle żyję? Czy ja w ogóle kogoś obchodzę? Zerwałem znajomości, bo nie czułem z nimi wspólnego vibe. Wczoraj wypiłem sam pół litra i wypaliłem całą paczkę papierosów. Mam już dość, chcę zarabiać więcej pieniędzy, ale nie wiem, co robić. Za rok kończę 26 lat i jak wejdą podatki, to będzie jeszcze gorzej. Co ja mam robić, skąd brać pieniądze, aby inwestować w siebie, jak ledwo na życie starcza. Jaki jest w ogóle sens tego, abym ja żył?

#eCBGQ

W 18 urodziny mojego lubego postanowiłam dać mu coś od siebie. Przyjechałam do niego, gdy jego rodziców nie było w domu. Pojechali kupić rzeczy na wieczorną imprezę, więc od razu przeszliśmy do mojego prezentu. Ubrana w seksowny strój pokojówki zabieram się do rzeczy...
Robiliśmy to już od godziny, a tu nagle drzwi do pokoju chłopaka się otwierają i wchodzi cała rodzina, śpiewając „Sto lat”.
Ja zamarłam bez ruchu, mój chłopak za mną nadal klęczy. Ani ja, ani on nie mieliśmy odwagi się ruszyć.
Rodzice chłopaka w szoku, a tu nagle babcia chłopaka się odzywa: „Na co się tak gapicie? Młodzi chcieli się trochę zabawić!”. Wyrzuciła wszystkich z pokoju, a nam kazała kontynuować. Oczywiście ani ja, ani mój chłopak nie mieliśmy na to najmniejszej ochoty. 
Do dzisiaj krępuję się zostać sam na sam z rodzicami chłopaka.

#GP2rU

Zakochałam się w dziewczynie...
Mieszka daleko ode mnie i rzadko się widujemy. Wiem, że prawdopodobnie odwzajemnia moje uczucie i bardzo za nią tęsknię, szczególnie za przytulaniem jej.
Jedną z charakterystycznych cech jej wyglądu jest bardzo niski wzrost. Moja mama również jest niziutka i ogólnie mają bardzo podobną posturę. Więc kiedy myślę o tej dziewczynie, podchodzę do mojej mamy i przytulam ją od tyłu, masuję jej plecy lub chwytam ją za rękę, zamykając przy tym oczy i wyobrażając sobie, że to moja ukochana... Mama chyba niczego się nie domyśla, przynajmniej mam taką nadzieję, bo sama jest osobą, która bardzo lubi się przytulać... Bardzo się wstydzę swoich myśli, ale podkreślam, że moja matka w żaden sposób mnie nie pociąga i nigdy nie posunęłabym się z tym dalej.

#1HI97

Sytuacja z czasów szkoły.
Pani polonistka uczyła nas tego dnia ortografii – kiedy się pisze „ą”, a kiedy „on” lub „om”. Pracowicie zapisywaliśmy regułki w zeszycie, aż tu nagle jakaś dziewczynka z końca sali:
– A oni tutaj „KONDON” mówią!
Gruchnął taki śmiech, że aż się szyby w oknach zatrzęsły, pani, która była bardzo jasną blondynką, poczerwieniała aż po cebulki włosów tak, że widok był niesamowity.

I jeszcze odwiedziła nas pani dyrektor, która miała gabinet pod nami, i spytała, czy dobrze się bawimy.
Nie da się ukryć, że jeszcze nigdy się tak nie ubawiliśmy...
Dodaj anonimowe wyznanie