Gdy byłam mała, czasami kąpałam się w wannie z młodszym bratem.
Pewnego razu podczas takiej kąpieli namówiłam go, żeby polizał mydło. Zrobił to. I zrzygał się do wanny.
Jako dziecko miałam bardzo rozbudowaną wyobraźnię, poza tym czytałam sporo książek (sama lub z pomocą) oraz często podglądałam programy telewizyjne przeznaczone dla dorosłych (zwykłe filmy, sensacyjne i horrory), co dodatkowo napędzało moje bujne wyobrażenia o świecie. Tak oto przez długie, długie lata byłam pewna dwóch ciekawych rzeczy.
Pierwszą rzeczą, którą uznałam za fakt, jest to, że w mojej szafie mieszka mumia. Mieszkała tam dobre parę lat. Codziennie na noc rodzice musieli związywać uchwyty szafy gumkami, żeby nie doszło do przypadkowego spotkania.
Drugim faktem było coś dziwnego... Otóż do późnej podstawówki (!) byłam przekonana, że rodzice po tym, jak dzieci zasypiają, zdejmują maski z twarzy i są takimi wiedźmo-potworami z dłuuugimi spiczastymi nosami i groźnymi czerwonymi oczami.
Nie mam zielonego pojęcia, skąd to się wzięło i kiedy przeszło, ale było to co najmniej dziwne. Dla pewności dodam, że jestem dziś normalną 25-letnią osobą i nie żyję w zakładzie zamkniętym.
Jadę sobie w niedzielę do R. 1,5 h w pociągu. Niby fajnie – nowy skład, klima, cichutko jedzie. Jest tylko mały problem. Bombelki z mamusiami. Trzy pary, chyba jakieś koleżanki na wypadzie weekendowym z dziećmi (4-6 lat). Młode drą ryja, biegają po pociągu (trochu niebezpieczne, no ale to ich sprawa). No OK, słuchawki na uszy i coś tam na YT sobie oglądam. W pewnym momencie jednemu z minipotworów coś się nie spodobało, chyba matka mu czegoś dać nie chciała. No to zapuścił syrenę, drze ryja na całego, a madka posłuszna nowoczesnym metodom wychowania nie próbuje nawet go uspokoić, przetłumaczyć. Nie, idzie na przeczekanie, morda w komórkę i coś se klika. Bo przecież kilkulatek przemyśli własne postępowanie, dojdzie do właściwych wniosków i się zreflektuje. Prawda? Nieprawda. Dzieciak przez 15 min darł ryja na cały regulator, po 10 min dwa pozostałe młode do niego dołączyły we wrzasku, bo przecież nie będzie się biedak sam męczył. Nawet puszczony na cały regulator Sabaton nie dał rady tego zagłuszyć. Ludzie mieli już dość, niektórzy szli do innego wagonu, mimo że miejsc siedzących tam brakowało. Mamusie miały wszystko w doopie. A zwrócić uwagę nie było jak, bo po pierwsze madki-polki to stworzenia nietykalne i człowiek by oberwał za to, że się matek z dziećmi czepia, a po drugie widząc jak laski miały na wszystko wyje..ne, to usłyszałby co najwyżej „Nic się nie da zrobić, niech się wywrzeszczy”. No i tak jechały na cały regulator młode przez 20 min (pierwszy przez 15, dwa pozostałe jeszcze 5 min dały radę). Że się uspokoiły, bo zrozumiały własne niewłaściwe zachowanie? Nie, po prostu opadły z sił.
Ja jestem za tym, żeby w pociągach zrobić osobny przedział/wagon dla rodzin z dziećmi – ja rozumiem, że dziecko to nie dorosły, czasem ma swoje odpały i coś narozrabia, odwali. Ale czemu ja, skoro to nie ja to dziecko zrobiłem, muszę za to cierpieć? Niech siedzą sobie we własnym, dźwiękoszczelnym przedziale i tam niech sobie robią, co tylko chcą.
Od dwóch lat duszę w sobie nieopanowany pociąg do partnera jednej z moich najbliższych przyjaciółek, który przy okazji jest moim współpracownikiem, więc mamy kontakt praktycznie każdego dnia. Nigdy nie zrobiłam i jestem pewna na 100%, że nie zrobię niczego niemoralnego, tym bardziej że obojgu życzę jak najlepiej i uważam, że stanowią cudowną parę. Nie chciałabym z nim być. To nie miłość ani nawet nie zauroczenie. Jedynie dzika żądza, która sprawia, że nie potrafię przestać śnić i fantazjować o tym mężczyźnie, a kiedy się do mnie zbliża, dostaję dreszczy na całym ciele...
Perfekcyjnie udaje mi się to ukrywać. Wyćwiczyłam w jego obecności idealnie naturalne i swobodne zachowanie. O tym, co dzieje się w moim wnętrzu, wiem tylko ja. I teraz Wy, Drodzy Anonimowi. Czasami miewam wrażenie, że lada chwila eksploduję. Mam nadzieję, że wygadanie się trochę pomoże.
Od paru lat marzę o jeździe na motocyklu i prawku. Zrobienie prawka na motocykl miało być czymś moim, czymś wyjątkowym, czymś, co da mi wolność i swobodę. Czymś, czym wyróżniałabym się z grona moich najbliższych znajomych. Skończyłam kurs i teraz męczę się z egzaminem.
Parę miesięcy temu moja przyjaciółka stwierdziła, że też zrobi sobie prawko. Różni nas to, że ona ma zaplecze finansowe od rodziców, a ja zbieram na prawko długi czas sama. Patrząc na to, jak jej bardzo łatwo i szybko przychodzi plac manewrowy w porównaniu do mnie, czuję się załamana. Czuję, że to już nie jest coś mojego, coś wyjątkowego. Coś wyróżniającego. I czuję tę zazdrość z myślą, jak dobrze jej idzie, i że od razu po zdaniu będzie już miała swoją wolność, a mnie czeka jeszcze długi czas zbierania na motor przez wydatki, na które nie miałam wpływu. Jestem zła na samą siebie, że się tak czuję w stosunku do mojej przyjaciółki i jej sukcesów.
Panicznie boję się występów przed publicznością, a ponieważ chodzę do szkoły muzycznej i kocham grać na skrzypcach, jest to wręcz nieuniknione.
Chciałabym grać w orkiestrach, ale żeby do tego dojść, trzeba zagrać wiele egzaminów i audycji, co jest dla mnie katorgą – trzęsą mi się ręce, nie mogę w nich nic utrzymać, prawie mdleję, kreci mi się w głowie, moje dłonie są jak sople lodu.
Każdy występ kończy się płaczem, gdy schodzę ze sceny leją mi się łzy i ledwo powstrzymuję się, żeby nie popaść w histerię.
Nauczyciele, rodzice, znajomi – boję się zagrać komukolwiek. Najprawdopodobniej za bardzo przejmuję się opinią innych, ale jakoś nie potrafię sobie z tym poradzić :(
Od zawsze się dobrze uczyłam, starałam się być uprzejma i dobra dla ludzi, zarażać optymizmem. Dlatego nigdy nie schodził mi uśmiech z twarzy.
Właśnie...
Ostatnio dowiedziałam się, że jestem niewychowaną bezbożnicą oraz córką Belzebuba, ponieważ, UWAGA, uśmiechałam się na lekcji.
Dostałam uwagę.
PS Rodzice porozmawiali z tą kobietą jeszcze tego samego dnia.
Gdy byłam mała, na oko z 10-12 lat, z siostrą miałyśmy masę kreatywnych pomysłów podczas spędzania wakacji u babci na wsi.
W tym czasie u babci w kurniku grasował lis i porywał kury. Wujek postanowił założyć pułapkę na lisa i codziennie przed pracą sprawdzał, czy się udało. Pewnego razu postanowiłyśmy rozbić obóz na podwórku i nocować w namiocie, a że wujek nam podpadł, postanowiłyśmy zrobić mu kawał.
Babcia miała szal z prawdziwego lisa, taki z głową, nogami i ogonem, tylko był pusty w środku. Wypchałyśmy go i w nocy zakradłyśmy się i podłożyłyśmy go do pułapki. Z ekscytacji nie spałyśmy całą noc i czekałyśmy na wujka.
Wujek rano jak co dzień wybrał się sprawdzić pułapkę, my podglądałyśmy go z ukrycia i czekałyśmy. Nagle wujek wybiegł zza stodoły z okrzykiem radości i biegł do domu, krzycząc: „Chycił! Chycił się!”.
Pobiegłby obudzić babcię, ale nie wytrzymałyśmy ze śmiechu. Miał tak smutną minę, gdy się zorientował, że to żart, że aż mi trochę go było szkoda.
Ale wujek obmyślił plan zemsty, choć to opowieść na inny czas ;)
O mało nie zostałam morderczynią.
W szkole była dziewczyna, która znęcała się między innymi nade mną. Biła, zabierała rzeczy, robiła zdjęcia w przebieralni i wysyłała chłopakom. Nikt nie mógł nic zrobić. Dostawała czasem naganę za złe zachowanie, co tylko pogarszało sprawę. Gnębiła też inne dziewczyny. Nigdy nikogo tak nie nienawidziłam. Miarka się przebrała, gdy napadła mnie w parku i kopnęła mojego psa... Miałam ochotę ją zabić. I właśnie taką podjęłam decyzję. Wracając, nazrywałam owoców cisa i zmieliłam jego nasiona. W szkole na wf wyszłam do łazienki i wtedy zaszłam do przebieralni. Dosypałam proszek do jej kanapki i wróciłam na lekcje. Obserwowałam ją do końca dnia. W końcu wyjęła swoje śniadanie na przerwie i... zajrzała do środka. Powiedziała koleżance obok, że nie lubi pieprzu i wyrzuciła kanapkę. Wtedy byłam zawiedziona, ale teraz czuję olbrzymią ulgę, że nie doszło do tego, co mogło się stać... Minęło prawie 10 lat, a ja dalej myślę o tym, jak mogłam skreślić sobie życie. Wiem, że tamta dziewczyna jest typową patologią +, chociaż tyle jej życie zwróciło.
Jakiś czas temu zacząłem gorzej oddychać. Jedna dziura w nosie po prostu przestała wpuszczać i wypuszczać powietrze. Na początku jakieś okłady, krople do nosa itd. – nic nie pomagało. Poszedłem do lekarza. Skierowanie do laryngologa. Krzywa przegroda. Operacja. Czas oczekiwania ponad rok... OK, czekam.
Ostatnio w pracy coś zaczęło mnie swędzieć w nosie. Nikt nie patrzył. Palec w nos i jazda... W pewnym momencie poczułem coś twardego. Szarpnąłem. Zaczęło iść. Wyciągnąłem z nosa największego gluta z jakimiś skrzepami, jaki istniał chyba na świecie. Kilka kropel krwi z nosa i... zacząłem normalnie oddychać. Od tamtej pory minęły ze trzy miesiące i oddycham normalnie...
Dodaj anonimowe wyznanie