Miałam wtedy 7 lat, kochałam śpiewać, chociaż nie wychodziło mi to najlepiej.
Rodzice zostawiali mnie samą w domu, najczęściej na kilka godzin. Ja pełna pasji i marzenia wystąpienia na scenie z prawdziwą publicznością wychodziłam w tym czasie na balkon i krzyczałam: „Jest publiczność?? Nie słyszę was, głośniej!!”. A później śpiewałam wszystkie „hity”, jakie znałam po angielsku, dodając wymyślone przeze mnie słowa.
Sąsiedzi musieli mieć niezłą bekę :)))
Mam przyrodnie rodzeństwo sporo młodsze ode mnie w dość sporej liczbie. Dodatkowo jestem też studentką i jak na studenta przystało, ciągle mi brakuje pieniędzy. Zwłaszcza teraz, kiedy mam bardzo ciężki semestr i pracę ograniczyłam do minimum, aby poradzić sobie ze wszystkimi zaliczeniami. Dlatego święta są dla mnie bardzo trudnym okresem w roku. Mimo to starałam się kupić mojemu rodzeństwu chociaż coś małego. Przykładowy prezent dla 7-latki to skarpetki i trochę lepszych słodyczy.
Prezenty dałam po wigilii, więc wiadomo było, że są ode mnie. Komentarze, jakie usłyszałam od dzieci, były bardzo przykre. „Słodycze to nie prezent”, „czemu nie kupiłaś nam nic fajnego?”, „kiedy przywieziesz nam prawdziwe prezenty?”, „po co przyjechałaś, jak nic nie przywiozłaś?”. Najgorsze jest to, że nikt, ani nasz wspólny rodzic, ani ten tylko ich, nie zwrócił nikomu uwagi. Ja nie dostałam nic od nikogo, ale nie wydaje mi się, żeby to było najważniejsze. Chciałam im sprawić przyjemność, a skończyło się to dla mnie przykrością. Smutne.
Moja żona po 10 latach związku, w tym 7,5 małżeństwa, zdradziła mnie emocjonalnie (ale nie fizycznie) z kolegą z pracy. Zaczęło się po tym, jak zmieniła pracę, poznała go, polubiła, coraz więcej o nim mówiła. Potem doszło do tego pisanie, często i gęsto do późnej nocy albo skoro świt przed wstaniem z łóżka. Było to wszystko jakiś rok temu. Jakieś wyjście na kawę z nim i z dziećmi itp., aż któregoś razu poszła na imprezę firmową i o dziesiątej kontakt się urwał. Wróciła o drugiej w nocy i powiedziała, że się z nim urwała z tej imprezy i przenieśli się do innej części miasta do klubu, we dwoje. Jak gdyby nigdy nic, „po koleżeńsku”. Potem pisała z nim coraz więcej i więcej, wysyłała mu swoje zdjęcia, zdjęcia posiłków i miejsc, w których bywała. Opowiadała mu wszystko. Były też żarty na mój temat z jego strony, a ona nie reagowała, sama zresztą też czasem robiła podśmiechujki. Za każdym razem, gdy się o to wszystko denerwowałem i mówiłem, że sobie tego nie życzę, to mówiła mi, że przesadzam, że sobie wkręcam, że to tylko kolega i nie mam o co być zazdrosny. Doprowadziło mnie to do depresji z myślami suicydalnymi. Kilka razy jej sprawdziłem telefon. Wszystko trwało ok. 3-4 miesięcy. Obiecywała, że przestanie, przyznawała mi rację, przepraszała, a potem znów z nim pisała i coraz bardziej ukrywała telefon. Potrafiła mu wysyłać swoje zdjęcia, jak byliśmy razem w restauracji, on oczywiście wysyłał jej serduszka i że ładnie wygląda. Pisała mu o wszystkim, opowiadała mu więcej niż mi... Ten facet wiedział o niej więcej ode mnie w tamtym czasie. W dodatku nie była jego pierwszą taką „koleżanką”, bo się sam jej przyznał, że z jedną prawie wylądował w łóżku. W końcu walnąłem pięścią w stół i powiedziałem, że albo on wypie*dala z jej życia, albo ona z mojego. I terapia par albo rozwód. Zakończyła tę relację, poszliśmy na terapię pół roku temu.
Teraz jest między nami bardzo dobrze, zaczęliśmy związek praktycznie od nowa. Ale już nigdy nie powiem, że będziemy razem do końca życia. Rok temu dałbym sobie za to rękę uciąć. Dziś wiem, że pewna jest tylko śmierć. Zniszczyło mnie to psychicznie, żyję w lęku, że kiedyś to wróci. Już jej nigdy tak bardzo nie zaufam. Mimo że „kolega” znalazł sobie nową ofiarę swoich zalotów, to wciąż nie czuję się pewnie. Chciałbym kiedyś mu nagadać i opowiedzieć wszystko jego żonie.
Jestem obecnie w drugiej klasie liceum i mam naprawdę cudowną grupę znajomych. Szczerze, wszyscy są tak mili, zabawni i pomocni, że aż ciężko mi w to uwierzyć. Jest w tej grupie jeden chłopak, który kompletnie zawrócił mi w głowie. Nigdy nie czułam się tak z kimkolwiek innym, jest on cudowną osobą. Ostatnio zaczął wykonywać pewne ruchy wobec mnie, które zinterpretowałam jako romantyczne, więc uznałam, że odwzajemnia moje uczucie. Zebrałam się więc na odwagę i wyznałam mu wszystko. Niestety, okazało się, że kobiety nie są w jego typie :|
Nienawidzę grubych ludzi (nie mówię tu o chorych, którzy przytyli przez leki czy coś). W tv jest program pt. „Historie wielkiej wagi”, sam zwiastun doprowadzał mnie do szału. Ludzie nie jedli, tylko żarli wszystko, co jadalne, a potem płakali „ojoj, jestem gruba, nie dam rady tak dalej żyć, tak mi źle...”. To po co tyle żarli? Jak widzę takich ludzi, to aż mi niedobrze. Te zwały tłuszczu, obwisłe brzuchy, podwójne podbródki, twarze okrągłe jak księżyc w pełni... I jeszcze ten smród... Każda otyła osoba jest cały czas spocona. A co za tym idzie? Smród jak z chlewu.
Co w tym anonimowego? Rodzina mojego męża tak wygląda... O ile teściowa jest OK, tak teść i szwagier to kosmos. Odwiedziny u nich to dla mnie tortury, więc ograniczyłam je do minimum. Nie mogłam patrzeć na wiecznie żującego coś teścia i szwagra. A to kiełbaska, a to kaszanka, a to jakaś kanapka. Na obiad koniecznie góra ziemniaków ociekająca tłuszczem. Na kolację cały bochenek chleba, do tego pasztecik, majonez, keczup czy inne tego typu rzeczy. Jeden większy od drugiego. Z boku można pomyśleć, że mój mąż to nie ich syn, bo szczupły jak szczypiorek, ale on pracuje fizycznie i może dlatego wygląda, jak wygląda. A teść? Cały dzień tylko siedzi i przeżuwa... Ohyda.
Moja mama jest czarownicą. A przynajmniej tak nazywamy jej umiejętności. Myślę, że najlepiej będzie wyjaśnić, o co chodzi, na podstawie przykładów.
Sytuacja 1: Jak jeszcze moja babcia żyła, to wychodziła z domu gdzieś z moją mamą i zapytała swoją córkę, czy wyłączyła żelazko, na co moja mama odpowiada, że tak. Babcia się wtedy spojrzała na nią zaskoczona i powiedziała: „Ale ja nie mówiłam nic o żelazku... Ja tylko o tym pomyślałam...”.
Sytuacja 2: Jak byłam jeszcze w podstawówce, to chodziłam na amatorskie zajęcia z baletu. Akurat niedługo miałam mień występ i dzień wcześniej mama mi powiedziała, bym sobie wszystko przygotowała, „bo jeszcze przed wyjściem się okaże, że nie masz prawej baletki”. Jak możecie się domyślić, następnego dnia, jak miałam wychodzić, okazało się, że nie mam prawej baletki
Sytuacja 3: Trzy lata przed pójściem do liceum moja mama znalazła w innym województwie katolickie liceum z internatem (bardzo chciałam kiedyś chodzić do takiej szkoły) i żeby mnie jeszcze jakoś zachęcić, to powiedziała, że przyjaźnie z internatu są na całe życie i że kiedyś, po kilkunastu, kilkudziesięciu latach po skończeniu szkoły będę wspominała z przyjaciółką „o, a pamiętasz, Basia jak (coś tam)”. Finalnie poszłam do tego liceum i tak się złożyło, że moja najlepsza przyjaciółka stamtąd ma na imię właśnie Basia.
Sytuacja 4: Mama jest na jakieś grupie na Facebooku, gdzie ludzie dzielą się ugotowanymi posiłkami. Jakaś kobieta zapytała o przepis na pasztet, a moja mama, jako że robiła pasztet tego samego dnia, podała swój przepis. Chwilę potem odezwała się inna kobieta, że ona też dzisiaj robiła pasztet (i to chyba według tego samego przepisu).
To tylko kilka z takich sytuacji, a było ich duużo więcej. Właśnie przez ilość takich „zbiegów okoliczności” zaczęliśmy się śmiać, że jest czarownicą i jest to nasz taki rodzinny inside joke.
PS Oprócz mnie mama ma jeszcze dwie młodsze córki, a moje siostry. Wszystkie odziedziczyłyśmy jej „geny czarownicy” :D
Jako dziecko zachorowałem na raka. Byłem w podstawówce. Z tego powodu miałem amputowaną lewą nogę poniżej kolana. Rak pokonany. Rehabilitacja, proteza. Rodzina dała mi duże wsparcie. Wróciłem do szkoły. Wszyscy w klasie ucieszyli się na mój widok. Nie czułem się niepełnosprawny ani nic. Nawet zdarzało się ćwiczyć na WF. Skończyłem podstawówkę. Poszedłem do gimnazjum. W pierwszym tygodniu szkoły prawie wszyscy wiedzieli, że nie mam nogi. Ktoś zobaczył, że mam protezę. I tak zaczęło się 3 lata mojego dramatu, hejtu na mnie, wyzwisk, poniżania, gnębienia. Kuternoga, kulawy, warzywo i masa innych. Jeden z oprawców podbiegł na przerwie, chwycił mnie za protezę, szarpnął i uciekł. Wywaliłem się i czołgałem się po protezę, bo wyrzucił ją 30 metrów dalej. Sprawę zgłosiłem do wychowawczyni, która powiedziała, że to nieprawda, bo „ja nie słyszałam, a ty pewnie kłamiesz, bo chcesz wzbudzić współczucie”. Wyzywali mnie wszyscy z klasy, ze szkoły... Za każdym razem jak była przerwa, po prostu starałem się uciekać gdzieś w szkole tak, żeby nikt mnie nie widział. Przez 3 lata szkoły nie odezwałem się do nikogo z rówieśników. Liceum – nikt mnie nie obrażał. Wszyscy byli bardzo pomocni.
To było wiele lat temu. Niedawno wszedłem na Fb na profil mojego głównego oprawcy. Co zobaczyłem? Link do zrzutki na jego chore dziecko. Nie wytrzymałem i napisałem mu w komentarzu, że skoro „dobro wraca” (jak to podpisał), to właśnie do niego wróciło w postaci chorego dziecka. Opisałem dokładnie, kim jestem, co mi robił, jak mnie bił, pluł, kopał, wyzywał, jak wyrwał mi protezę, jak z nią uciekał. W odpowiedzi do mojego komentarza wiele osób zaczęło mnie wyzywać, jak mogę być taki okrutny, niewinne dziecko itd. Oprawca napisał do mnie, że to było wiele lat temu, że chce mnie przeprosić. Skomentowałem: „Karma wróciła ze zdwojoną siłą”. Zaczął mi grozić pobiciem, a nawet zabiciem mnie. Wrzuciłem screen z tego w kolejną odpowiedź pod postem. Jacyś „sponsorzy” zaczęli się wycofywać z dalszej pomocy finansowej jego dziecka, bo nie chcą nic mieć z patologią, która grozi zabiciem.
Nie napiszę, że dzisiaj mam super firmę i zarabiam miliony, bo tak nie jest. Pracuję w IT. Zarabiam całkiem nieźle. Mam swoje mieszkanie, dwa samochody, motocykl (tak, niepełnosprawny jeździ motocyklem). Żyje mi się całkiem dobrze. I wiecie co? Nie żałuję tego, co zrobiłem.
Dzisiaj, jadąc autobusem, trafiłam na kanara. Facet sprawdza mój bilet, a po chwili pyta, który jestem rocznik.
Z nerwów odpowiedziałam, że 2017...
Moja mama ma 93 lata, opiekuję się nią. Na szczęście ciągle jest dość sprawna intelektualnie i fizycznie, ale coraz częściej wymaga wsparcia w czynnościach codziennych. Staram się więc dostarczać wszystko, czego potrzebuje, robię większe sprzątanie (z mniejszym jeszcze sobie radzi). Sielanka? Niezupełnie. Dlaczego? Bo jej nienawidzę. A ona nienawidziła mnie, odkąd pamiętam.
Pamiętam, jak do mnie (dziecka kilkuletniego) mówiła: „nienawidzę cię jak zgniłej ryby!” albo „a żebyjeś była za mału zdechła!”, albo „lepiej, żebym umarła, zanim cię miała urodzić!”.
Miło, prawda?
Rzeczy, które później mi robiła, to już po prostu drobiazg. Np. to, że wszystkie moje rysunki, które miałam pokazać na egzaminie wstępnym do ASP, zniszczyła, bo jej zdaniem były brzydkie. Bo np. przedstawiały portrety starych ludzi, a powinny były przedstawiać piękne kobiety wśród róż (sic!). Albo zniszczyła moje obrazy olejne, bo malując grubą fakturą, niepotrzebnie marnowałam farby (nieważne, że te farby otrzymałam nie od niej, tylko od kolegi z koła plastycznego w Domu Kultury w prezencie na urodziny).
Kiedyś po takiej awanturze uciekłam z domu. Nie miałam się gdzie podziać i próbowałam przetrwać noc na działkach, gdzie rodzice mieli altankę, ale ktoś/coś przez cały czas kręciło się w pobliżu i uciekłam stamtąd. Schowałam się na strychu naszego domu i próbowałam spać na kartonach. Matka zauważyła i wysłała po mnie mojego brata. Wróciłam. Nigdy nie usłyszałam słowa na ten temat.
To jest tylko ułamek tego, czego od mamy dostałam. Jeszcze mocniejsza historia dotyczy tego, jak zostałam „dostarczona” w wieku lat sześciu do sanatorium, w którym zostałam kilka miesięcy, bez wyjaśnienia i uprzedzenia gdzie i po co jadę.
To aż dziwne, że teraz nie funkcjonuję w jakimś wariatkowie:)
Mam 17 lat i boję się spać sama w domu. Wcześniej nie było z tym żadnego problemu. Często zostawałam sama w domu, a szczególnie w zimę, bo moi rodzice lubią wyjeżdżać na weekendy na narty. Dodatkowo zazwyczaj byłam z moją z siostrą, ale rok temu się wyprowadziła. Teraz nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, kiedy jestem sama w nocy, no a w zimę to jest jeszcze gorzej, bo szybko się robi ciemno. Czuję okropny niepokój i strach. Jestem wyczulona na każdy dźwięk i zapalam wszystkie światła w domu i trzy razy sprawdzam, czy wszystkie zamki od drzwi są zamknięte. Dodatkowo mam psa, i tutaj mogłoby się wydawać, że poprawia to sytuację. Jest jednak na odwrót, bo mój pies również jest wyczulony ns dźwięki na zewnątrz. Więc jak tylko coś usłyszy w pobliżu domu, to od razu się zrywa, a czasami warczy i szczeka, na co ja reaguję paniką. Czuję się we własnym domu jak horrorze, jakby coś miało mnie zaraz dopaść. W nocy nie wyjdę z pokoju i często płaczę, modląc się, aby już było rano i żeby to wszystko się skończyło.
Kiedy dostaję informację, że będę sama na któryś weekend, to błagam moich znajomych, żeby przyszli do mnie spać, nawet jeśli nie mam na to ochoty. Potrzebuję po prostu kogoś przy mnie w nocy. Niestety czasem bywa tak, że nikt nie jest w stanie przyjść i jestem zmuszona sama przeżyć te kilka lub jedną noc. Czuję się wtedy porzucona, jakby każdy mnie zostawił. Jedyne co mi zostaje, to przytulać się do swoich pluszaków, bez których od zawsze nie potrafiłam zasnąć.
Dodam jeszcze, że często mam sny o tym, że ktoś mnie zostawia i zostaję sama gdzieś w ciemnościach. Może po prostu mam pewien lęk przed samotnością. Problem w tym, że nie wiem, skąd on się wziął.
Nie mam z kim o tym porozmawiać, bo czuję, że mnie nikt nie rozumie i nie traktuje poważnie. Nie chcę martwić moich rodziców, bo wtedy bym zniszczyła ich wspólne wyjazdy. Nie chcę, żeby się bali mnie zostawiać samą w domu.
Dodaj anonimowe wyznanie