Mam 22 lata, wszyscy pewnie będą narzekać, że jestem niewdzięczna, ale nienawidzę swojego domu rodzinnego i przemocy psychicznej ze swojej matki. Ojciec udaje, że nie widzi, brat siedzi w internacie, a ja jestem z tym sama. Chłopak się wkurza, ale i tak czuje jakby wszyscy umywali ręce. Szukam pracy z dala od domu, liczę że w końcu uda mi się ją znaleźć i odciąć się od tego miejsca, a przede wszystkim od ciągłego poczucia, że to ze mną jest coś nie tak.
Do wszystkich anonimowych w tej samej lub podobnej sytuacji. Trzymajcie się wierzę, że kiedyś uda wam się uciec i stanąć na prostej mimo ciągłego myślenia, że to was tkwi problem. Toksycznych osób nie zmienicie, prędzej was to wykończy.
Mam wrażenie, że nigdy nie było tak trudno o własny kąt, mam na myśli ostanie 80 lat.
Zaczynając od pokolenia, które było dorosłe, gdy wybuchła II wojna światowa, jasne, że tragedia, zniszczenia, śmierć.
Ludzie, którzy byli dorośli po wojnie, mogli za darmo dostać domy, pole rolne. Wybierali sobie, który dom chcą, później spółdzielnie rozdawały ziemię (mam na myśli tereny poniemieckie, nie wiem, jak było w innych regionach).
Mój pradziadek przybył z Kielc, bo na Dolnym Śląsku stały puste domy. Tutaj się osiedlił, wziął ziemię. Nie mam na myśli osób z Kresów wschodnich, oni musieli zostawić swoje majątki.
Każdy mógł wtedy mieć własny dom, ziemię.
Idąc dalej, czasy wczesnej komuny, wystarczyło pracować w państwowej spółce, szczególnie PKP, dostawali od razu mieszkania, które później wykupywali za bezcen. Wystarczyło po prostu pójść do zakładu pracy, zakłady pracy budowały mieszkania, ale to zazwyczaj w miastach.
Na wsi wystarczyło dobrze się zakręcić, ludzie budowali piętrowe domy, nie biorąc kredytów.
Dziadek miał jedynie 7 ha ziemi, trzymał około 50 sztuk bydła, żył na naprawdę dobrym poziomie - nowy maluch z fabryki, kupno mieszkania we Wrocławiu (jasne, że na kredyt, ale szybko go spłacił).
Przykłady, które podałem, nie są z YT, insta czy innego portalu, to są przypadki, jakie miały miejsce w mojej rodzinie. Sami wiecie, jak to ma się do dzisiejszych realiów, gdzie ze zwykłej pracy ciężko ubierać na wkład własny.
Dziadkowie zawsze powtarzali, że za komuny żyło im się najlepiej. Kapitalizm i UE zniszczyli małych rolników i tych zarabiających najniższą krajową, skazując ich na biedę.
Mama powiedziała mi, żebym umyła naczynia. Oczywiście nie mam nic do tego, bo wiem, że obowiązkami trzeba się dzielić, lecz to ja cały czas sprzątam w domu, zmywam talerze itd., podczas gdy moi dwaj starsi bracia nic nie robią w domu tylko leżą.
Zapytałam się więc mamy, dlaczego choć raz moi bracia nie mogą umyć tych naczyń.
Odpowiedziała: "przecież to ty jesteś dziewczyną".
Aha.
Mój Luby od zawsze był mistrzem słownych gaf, w szczególności jeśli chodziło o prawienie mi komplementów. Któregoś dnia jedliśmy kolację. Ponieważ siedzieliśmy naprzeciw siebie, On zaczął mi się przyglądać z uśmiechem... Chwilę już to trwało, a romantyczny nastrój rósł w siłę... do momentu, kiedy Luby się w końcu odezwał:
- Ładnie dziś wyglądasz. Tak właśnie patrzę na ciebie i patrzę, i się zastanawiam, co jest nie tak...
Zacząłem ćwiczyć bardzo szybko, mając 13 lat, a było to 25 lat temu. Bardzo szybko zrobiłem formę życia, dużo szczęścia, mam dobre predyspozycje.
Ale jak skończyłem 21 lat, coraz mniej ćwiczyłem, forma była, ale coraz gorsza.
Ostanie 3 lata prawie nic nie ćwiczyłem, zapuściłem się, nie mam nadwagi, ale jestem przyzwyczajony do innego wyglądu w lustrze.
Tęskniłem za czasami świetności.
Nie sądziłem, że tak ciężko będzie wrócić, a wcale nie startuję ze złego poziomu. Wiem, co jeść, jak ćwiczyć, mimo to jest trudno.
Może kwestia wieku, mniej się chce, inne priorytety, inne problemy
Zawsze podchodziłem trochę szyderczo do osób mówiących, że one ćwiczą, mają dietę, ale nie ma efektów.
Trochę spokorniałem, skoro mi jest ciężko, mając takie zaplecze i wiedzę, co dopiero komuś, kto nigdy nie miał styczności ze sportem, ćwiczeniami.
Jak alkoholizm ojca zrobił ze mnie potwora.
Byłam bardzo biedna. Mnie i 2 rodzeństwa utrzymywała tylko matka (pracowała na kasie za najniższą krajową). Ojciec przepijał cały hajs oraz wszystkie zasiłki. Często także kradł, aby kupić kolejną wódkę. Oprócz tego bił nas i matkę, która nie chciała nic z tym zrobić. Mam do niej dziś o to wielki żal i nie kontaktujemy się.
Moje rodzeństwo było o 2 i 4 lata młodsze. Aby im pomóc, wybierałam kanapki szkolne ze śmietników, sprzedawałam wypracowania, czasem kogoś okradłam. Raz nawet się sprzedałam. Na święta. Generalnie moje dzieciństwo było straszne. Pomijając problemy, jakie mam w dorosłym życiu (np. chowam jedzenie po kątach zamiast do lodówki), była jedna sytuacja, jaka nie daje mi spać.
Miałam 16 lat, a mój pijany ojciec 44. Był jeszcze całkiem młody. Dostał ataku. Był bardzo nawalony, prawie do nieprzytomności. Nagle zaczął wrzeszczeć, wić się z bólu i błagać nas o pomoc. Stałam przed jego łóżkiem i patrzyłam. Patrzyłam, jak umiera. Byłam sama w domu z mamą. Ona rzuciła się po telefon. Podeszłam i uderzyłam ją. Pierwszy raz uderzyłam własną matkę. Nie miała siły, żeby cokolwiek zrobić. Leżała skulona i płakała. Dalej patrzyłam, jak umiera. Nie zrobiłam nic. Nie kiwnęłam palcem. Gdy przestał się ruszać, zostawiłam go. Matka urządziła pogrzeb. Nie poszłam. Jako jedyna z naszej rodziny szczerze go opłakiwała.
Pamiętam dwie rzeczy związane ze śmiercią ojca. Moment, gdy mówię rodzeństwu, że tata nie żyje, a ich twarze zmieniają się. Pierwszy raz widziałam u nich taką radość. I drugi. Pierwsze zakupy i opłacenie rachunków. Najpierw ja i moje rodzeństwo byliśmy w supermarkecie. Do tej pory pamiętam wszystkie artykuły, które kupiłam i ile kosztowały. A potem poszliśmy do spółdzielni i zapłaciliśmy rachunki za 5 miesięcy.
Teraz mam własną rodzinę, dwójkę dzieci (z czego jedno w drodze) i kochającego męża. Często budzę się w nocy, zalana potem. Śnią mi się zawsze te 3 rzeczy: śmierć ojca, uśmiech siostry i zakupy.
Zawsze miałem marzenie by mieć dużą rodzinę i dużo dzieci. W pewnym sensie moje marzenie się spełniło. Z żoną mam trójkę, siostra ma trójkę, brat ma dwójkę. Fantastycznie. Czasem jednak zdarzają się gorsze momenty. Jak ostatni weekend.
Nasza mama zarządziła, iż zabiera kobiety z naszej rodziny na weekend w spa. Mama, żona, siostra i bratowa wyjechały w piątek popołudniu. Tata nagle przypomniał sobie, że umówił się z kolegami na wyjazd na ryby i wróci w poniedziałek. Brat niespodziewanie musiał pilnie wyjechać w konferencję na cały weekend. Szwagier zupełnie przypadkiem musiał wziąć dyżur w szpitalu na cały weekend (jest anestezjologiem).
W rezultacie musiałem przez ok. 48h zajmować się sam całym potomstwem swoim i rodzeństwa: łącznie sztuk 8 (5 dziewczynek, 3 chłopców), lat od 6 do 12. Ledwo panuję nad własnymi, nie mówiąc o takiej masie. Dodatkowo, nasze skarby uwielbiają zabawę w dom. Ale zmodyfikowaną - u nas bawią się w burdel, w melinę, w parlament i w więzienie. Za cholerę nie mam pojęcia jak to wymyśliły (dla jasności jesteśmy raczej normalną rodziną). Gdy w poniedziałek rodzinka wróciła, miałem zdemolowane mieszkanie i zdemolowaną głowę. Momentami myślę, że było mieć inne marzenie.
Od wczoraj chodzę zestresowana, boję się wychodzić z domu.
Mam 16 lat i jestem alternatywką. Lubię mój styl, ubieram się na czarno, noszę glany, kabaretki, łańcuchy. Oprócz tego czerwone włosy, mocny makijaż, na razie jeszcze bez piercingu (rodzice się nie zgadzają). Dodam jeszcze, że jestem dość niska, no i niestety ostatnio przytyłam.
Jako że są ferie, pojechałam na cały dzień do koleżanki, wracałam pociągiem. Godzina 21, oprócz mnie w zasięgu wzroku jedzie tylko facet koło trzydziestki, łysiejący i mocno przy kości. Siedzi dwa rzędy dalej przodem do mnie, częściowo zasłania go oparcie fotela. Widzę, że gapi się na mnie, no ale już przywykłam, że niektórych mój wygląd drażni. Na kolanach trzyma torbę, pomyślałam, że coś tam szuka, bo jego ręka wciąż się porusza...
W końcu moja stacja. Żeby wyjść, muszę przejść obok tego gościa. Dobrze się domyślacie, ten po*eb cały czas się onanizował. Mówi do mnie: „Przepraszam, ale wyobraziłem sobie, że siadasz mi na mordzie. Może dasz się zaprosić na kawę?”. Byłam w takim szoku, że nawet nie krzyknęłam. W ostatniej chwili wybiegłam z pociągu, on próbował biec za mną, ale zaplątał się w spodnie i wywalił.
Wróciłam do domu, jak akurat nikogo nie było. Z nerwów zasnęłam dopiero rano. Boję się, że on jakimś cudem dowie się, gdzie mieszkam. Nie wiem, co mam robić, wstydzę się komukolwiek powiedzieć. Rodzice i tak naciskają, żebym wróciła do zwykłych ubrań, teraz mieliby kolejny powód. Na policji pewnie by mnie wyśmiali. A ja przecież jeżdżę tym pociągiem do szkoły, boję się, co będzie po feriach.
Osiemnaście lat temu trafiłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Niby nic w tym nadzwyczajnego, tylko nie zdawałem sobie sprawy, że następne 9 lat mojego życia (podstawówka i gimnazjum) to będzie wielkie piekło. Byłem całe życie przy sobie, miałem też odmienne poglądy od moich rówieśników, słuchałem rocka i metalu, nie paliłem papierosów, nie piłem alkoholu. Zamiast mieć cudowne dzieciństwo, moje życie zamieniło się w wielką walkę o przetrwanie, każdego roku modliłem się o weekend, ferie albo wakacje, żeby móc psychicznie odpocząć od szykan rówieśników, wyzwisk, znęcania się, poniżania. Moja szkoła miała to za nic, dyrekcja, żeby pozbyć się problemu, przepychała tylko z roku na rok moich oprawców, bo nie chciało im się nic z tym robić.
To 9 lat zniszczyło mnie psychicznie do granic możliwości, przestałem wychodzić z domu, przestałem utrzymywać jakikolwiek kontakt z rówieśnikami, czułem odrazę do ludzi, cieszę się w tym wszystkim tylko tym, że mam cudownych rodziców, którzy walczyli o moje bezpieczeństwo, bo o ile z jedną osobą można było sobie dać radę, o tyle z klasą czy innymi uczniami w pojedynkę nie wygrasz. Po 9 latach nauki poszedłem do technikum, natomiast stare nawyki zostały, chociaż poznałem masę nowych znajomych, od klasy trzymałem się z daleka, bo to też w większości nie byli ludzie, z którymi się dogadywałem.
Pięć lat po skończeniu technikum zdałem egzaminy, zdobyłem zawód, poszedłem do pracy. Zmieniłem ich do tej pory chyba z 15, tylko w dwóch spotkałem się z normalnymi ludźmi, w reszcie koszmar rozpoczynał się od nowa – wyzwiska, poniżanie, bo człowiek przyszedł bez doświadczenia. Miałem w sobie taką traumę z dzieciństwa, że kiedy ktoś krzyczał, paraliżował mnie strach, ze strachu bałem się nawet zasypiać, bo codziennie śniła mi się szkoła i przeżywałem to wszystko od nowa, przez 18 lat. Niedawno podczas rodzinnego spotkania przeszedłem załamanie nerwowe, moja psychika była zniszczona do tego stopnia, że bałem się nawet powiedzieć o tym rodzicom. Zamknąłem się w pokoju i rozpłakałem, bo już wszystko mnie przerosło. Dopiero moja mama, która już coś podejrzewała, przyszła do mnie rozpłakanego, powiedziałem jej o wszystkim, że nie daję sobie już tym rady. Znaleźliśmy wspaniałego psychiatrę, zapisałem się na wizytę i usłyszałem diagnozę: ciężka depresja reaktywna. Od tego momentu moje życie zaczęło nabierać kolorów i sensu, bo dostałem leki. Po tygodniu zmusiłem się, żeby wyjść do ludzi i doznałem szoku – przestałem czuć panikę, straciłem wrażenie, że każdy mnie obserwuje i zaraz wyśmieje, przestałem się bać krzyków, jestem bardziej pewny siebie, a kiedy ktoś zaczyna na mnie naskakiwać, słyszy moją zdecydowaną reakcję.
Jaki z tego morał? Nie słuchajcie tych bzdur, że psychiatrzy leczą tylko wariatów, ja po 18 latach walki ze samym sobą pierwszy raz zacząłem się cieszyć życiem.
Problemy męża z erekcją zniszczyły nasze małżeństwo. Tyle się nawarstwiło, że bardzo mocno pokłóciliśmy się o brak intymności i o mojego znajomego, i w przypływie emocji wykrzyczałam mu słowa, które nigdy nie powinny paść. Pierwszy raz w życiu widziałam, jak mąż płacze. Nie radzę sobie z wyrzutami sumienia. Przepraszam go już kilka dni, ale on traktuje mnie jak powietrze. Z drugiej strony nawet jakby mi wybaczył, boję się, że sprawność seksualna już nie wróci, bo mąż nie jest pierwszej młodości, a ja nie udźwignę życia bez seksu. Myślę, żeby odejść.
Dodaj anonimowe wyznanie