Ja i mój mąż staraliśmy się o dziecko kilka lat, zanim nie okazało się, że on nigdy nie spłodzi dziecka.
Wtedy do koszmaru, jakim jest bezpłodność, nasza rodzina i przyjaciele dołożyli nam drugie tyle "wsparcia".
Moja teściowa od razu z góry założyła, że odejdę od jej "niepełnowartościowego" syna. Musiałam ją długo przekonywać, że tego nie zrobię.
Moja konserwatywna babcia poleciła mi zdradzić męża, używając argumentu "nieważne jaki byczek, byle cielątko twoje".
Znajomi też się dziwili, dlaczego faszeruję się hormonami i rozkładam nogi przed każdym lekarzem w mieście, skoro wystarczy "tylko" zmienić chłopa.
Nie odeszłam od męża. Razem wychowujemy nasze wspólne, adoptowane dziecko. Nie chciałabym nigdy być żoną innego i z nikim innym bym nie chciała wychowywać dziecka.
Mimo że minęły lata, do tej pory mam ogromny żal do tych wszystkich, którzy sprowadzili mojego męża do roli dawcy plemnika. To tak bardzo upokarzające, że nigdy mu o tym nie powiedziałam.
Nie mogę tego trzymać w sobie, więc to tutaj wyrzucę.
Jadę wczoraj przez osiedle, główna, ale jednak osiedlowa droga. Dziury, studzienki, zaparkowane samochody, ktoś coś wyciąga z bagażnika, wieczór, połowa drogi nieoświetlona. Jadę 35-40 na godzinę, na zderzaku siedzi mi jakiś stary kretyn w Audi A3 i się czai. Zbliżamy się do przejścia dla pieszych, które jest szerokim progiem zwalniającym. Ograniczenie 30 km/h. Zwalniam, żeby niczego na nim nie "zgubić". A ten kretyn w Audi wrzucił kierunkowskaz i po prostu jak rakieta przepried.lił przez to przejście, prawie gubiąc zderzak. A jakby ktoś mimo wszystko wyszedł na to przejście? Ja bym się zatrzymał, a ten koleś?
Zabija nie prędkość, tylko głupota, i właśnie za taką głupotę jak wyprzedzanie na pasach zabierałbym prawko.
Przeczytałam historię dziewczyny o tym, jak po wyprostowaniu i wybieleniu zębów zaczęły przeszkadzać jej nieidealne zęby u innych osób, mimo że wcześniej sama miała taki problem. Zrobiło mi się przykro, bo mam zęby w opłakanym stanie. Nie pamiętam kiedy zaczęłam regularnie je myć i ogólnie dbać o higienę jamy ustnej, ale pewnie było to w gimnazjum. Moi rodzice nie byli mną zbytnio zainteresowani, zresztą żyliśmy sobie tak, jak się żyło od pokoleń, bez wiedzy o duchu czasu. Nikt małej mnie nie mówił o kąpieli, zmianie bielizny i skarpetek, myciu uszu itd. Nawet nie chcę myśleć o tym, jak bardzo musiałam śmierdzieć.
Do tej pory pamiętam rozmowę z koleżankami w 4 klasie podst., kiedy to jedna z nich powiedziała, że musi myć włosy codziennie, bo ma problem z przetłuszczającymi się włosami, a ja, niczego nieświadoma, radośnie odparłam, że u mnie wystarczy mycie raz na dwa tygodnie. Śmiechu koleżanek chyba nigdy nie zapomnę.
Jedynym przejawem matczynej troski było zaprowadzenie mnie do dentysty na początku podstawówki tylko dlatego, że miałam połamane czarne resztki po mleczakach i nauczycielka zasugerowała wizytę. Praktycznie każdy stały ząb kwalifikował się do leczenia. Dziury były wypełniane czarnymi plombami, bo kto to widział, żeby płacić za takie wymysły. Oczywiście zębów nadal nie myłam, bo po prostu nie wiedziałam, że trzeba. Nie umiałabym ich nawet umyć, szczoteczki oczywiście nie miałam.
Kiedy w końcu w szkole zaczęto mówić o higienie osobistej, to nawet starałam się coś ze sobą zrobić, o ile tylko rodzice pozwolili marnować tyle wody. Jednak z zębami nadal miałam problem, bo po prostu nie miałam nawyku ich mycia. Nie wiedziałam na przykład, że szczoteczkę należy wymieniać, a dentystkę omijałam, bo borowanie było ostatnią rzeczą, na jaką dobrowolnie bym się zgodziła. W końcu zaczęłam sumiennie dbać o zęby. Wymieniłam czarne plomby, wyleczyłam resztę, zapoznałam się z płynami do jamy ustnej itd. Jednak aktualnie mam jedynie 5 zębów bez plomb, w górnych jedynkach mam po 2, kilka zębów jest już tak dorobionych, że mojego zęba właściwie nie ma. Co gorsza, jakiś rok temu zauważyłam, że mam nieco ciemniejszą górną dwójkę. SZOK. Mimo moich starań okazało się, że ząb sobie po prostu umarł, chociaż nic tego nie zapowiadało, a niedawno zęby zaczęły mi się delikatnie przesuwać i jest to zauważalne.
Aktualnie jestem załamana. Nienawidzę swojego uśmiechu, robię wszystko, żeby nie było widać tej katastrofy. Najciężej mi jest przy chłopaku, ponieważ czuję ogromny dyskomfort podczas rozmowy, wstydzę się szczerze śmiać, kombinuje tak, aby zawsze widział mnie z "lepszego" profilu z lepszą dwójką. Brzydzę się sama siebie, ale na razie nie stać mnie na taką zmianę. Mimo że to wszystko wynika z zaniedbania rodziców, to przykro mi, że mogę zostać odebrana jako niechlujna osoba.
Prowadziliśmy kiedyś z żoną knajpę w pewnej małej miejscowości. Żona zwykle otwierała o 12, choć zwykle o tej porze to można było się spodziewać tylko wpadających na plotki koleżanek. Pewnego dnia jednak, tuż po otwarciu, wkroczyło dwóch zupełnie nieznanych osobników, co już samo w sobie w miejscu, gdzie wszyscy się znają choćby z widzenia, było zjawiskiem dziwnym. Ale grzecznie poprosili o dwie „setki”, „tylko żeby było w szklaneczkach”. Potem również grzecznie wyrazili chęć zapłacenia przed konsumpcją, co często się nie zdarza. Potem usiedli w kącie przy stoliku przy oknie i… nic więcej się nie działo. Siedzieli dobrych parę minut nad literatkami bez ruchu i patrzyli przez okno. Nagle jeden z nich powiedział „Już!” – złapali za szklaneczki, wychylili zawartość i szybko wybiegli!
Ta sama sytuacja powtórzyła się kilka dni później. Znów zamówili po „setce”, znów zapłacili wcześniej, znów usiedli w tym samym miejscu i znów wybiegli w pośpiechu. Gdy cała historia powtórzyła się trzeci raz, żona nie wytrzymała i jej wrodzona ciekawość zmusiła ją do rozwiązania zagadki.
Na nieśmiało zadane pytanie jeden z panów stwierdził, że sytuacja rzeczywiście może wygląda dziwnie, ale nie ma w niej nic tajemniczego: „Jesteśmy pracownikami firmy X, zwykle pracujemy w Z., ale z racji urlopów oddelegowali nas tutaj. Właśnie skończyliśmy dyżur i wracamy do Z. autobusem. No i wpadliśmy na pomysł, jak sobie uprzyjemnić nudną podróż. Siadamy tu przy oknie, bo stąd widać, jak autobus wyjeżdża zza zakrętu. A jak go już widać, to wtedy szybciutko wypijamy wódeczkę, a zanim zacznie działać, to zdążymy dobiegnąć do przystanku, kupić bilet i usiąść gdzieś wygodnie. I wtedy wódeczka zaczyna fajnie działać i podróż szybciej mija…”.
Mieszkałem wtedy jeszcze z rodzicami. Był gorący czerwcowy dzień. Po powrocie z siłowni poszedłem wziąć prysznic. Gdy skończyłem zauważyłem, że nie ma ręczników, mama je wzięła do prania, a nie wyłożyła nowych. Byłem sam w domu, więc tylko wytarłem stopy o dywanik i poszedłem nago do dużego pokoju, gdzie mamy sporą szafę, a w niej m.in. ręczniki. Ledwo otworzyłem szafę, a usłyszałem dźwięk otwieranego zamka od drzwi. W odruchu bezmyślnej paniki schowałem się w szafie. Okazało się, że to moja młodsza 14-letnia siostra przyszła z koleżanką do domu, korzystając z tego, że lekcje skończyły im się tego dnia wcześniej.
Niestety wpakowały się właśnie do dużego pokoju i przez ponad godzinę stojąc zgięty w pół i goły w szafie musiałem wysłuchiwać pitolenia kto z kim chodzi, a z kim zerwał, kto się z kim całował na imprezie, co pani od geografii powiedziała, co nowego u Justina Biebera itp.
Wiedziałem, że o godzinie 15 ma angielski i będzie musiała wyjść, na szczęście tak właśnie się stało. Ale ten czas spędzony nago w szafie pozostawił trwałe ślady na mojej psychice.
Uważam że w tym świecie nie warto mieć dzieci. Kiedy widzę poziom ludzi, którzy wypowiadają się w internecie o swoich bombelkach, to aż oczy bolą od patrzenia. W dzisiejszym świecie najwięcej ziemniaków mają ci, którzy nie mają ani warunków, ani pieniędzy, ani nic ważnego do przekazania swojemu potomstwu. Wszędzie tylko dej, 500plus i zasiłki dla nierobów... Wydaje mi się, że dlatego coraz częściej inteligentni ludzie rezygnują z tego "dobrodziejstwa" bycia rodzicami, bo skoro teraz musimy się użerać z tymi debilami, to jak bardzo ciężko będą miały nasze dzieci?
Głupota szerzy się szybko, co widać na tych wszystkich tiktokach i Instagramach, szkoda, że te wszystkie mamuśki, które nie znają nawet ortografii niczego prócz takiego nastawienia, że wszystko im się należy, swoim dzieciom nie przekażą. Wniosek: jak chcesz mieć dziecko zastanów się, bo toono będzie musiało użerać się z potomkami madekiłojców500+ .
Pracuję w pralni. Takie, wydawałoby się, mało męskie zajęcie. Trafiłem tam przypadkiem. Ot, zwykłe ogłoszenie o pracę, rozmowa i... już. Co ciekawe, jestem z zupełnie innej branży i pralnię widziałem na oczy pierwszy raz podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Nie sądziłem, że jest tu taki nawał roboty i tak wielki stres. W porównaniu do innych firm tu jest piekło. Informacyjnie i organizacyjnie to koszmar koszmarów. Praca dosłownie na minuty, presja, klienci, pracownicy, zarząd, po prostu od wejścia jestem bombardowany informacjami i rzeczami do załatwienia "na już". A do tego plany pracy, plany produkcji, dziesiątki tabelek itp. Tak, to korpo. I mimo to podoba mi się. W parę miesięcy udało mi się ustabilizować produkcję, wyszkolić załogę i z sukcesem przeprowadzić restrukturyzację.
Nie udało się to kilku kolejnym ludziom przede mną przez ostatnie 3 lata. A ja mimo braku doświadczenia i znajomości branży nadałem ton zmianom i doprowadziłem wszystko do ładu. W korporacji jestem uważany za synonim sukcesu i gwaranta porządku, wszyscy mnie lubią i coś tam przebąkują o awansie. Ale od lat choruję na serce i taka praca jest dla mnie zabójcza. Wiele godzin, gigantyczny stres, to na dłuższą metę nie na moje zdrowie.
Nikt jeszcze tego nie wie, ale ja tak długo nie pociągnę. Muszę zmienić pracę, bo ta mnie zabije. Najgorsze jest to, że jak odnalazłem swoje miejsce na zawodowym szlaku, miejsce, które naprawdę lubię i gdzie odnoszę sukcesy, to muszę się wycofać. Zżyłem się z tą firmą, z ludźmi, wrosłem jak korzeń w skałę i kocham to co robię. Wiele osiągnąłem tym krótkim czasie. I cóż, szukam innej pracy. Odsuwam to w czasie, wybieram pracodawcę... Płaczę po cichu, jak nikt nie widzi. Któregoś dnia odejdę bez pożegnania i to będzie najsmutniejszy dzień mojego życia.
Wiele osób lubi zapach lakieru do paznokci, benzyny, farby i tak dalej .Ja również, ale nie tylko zapach .Lubię jeść lakiery do paznokci. Po prostu odkręcam buteleczkę i przykładam pędzelek do języka. Nie robię tego często, zwłaszcza że nie używam już tradycyjnych lakierów i zdaję sobie sprawę, że moje dziwne upodobanie jest niebezpieczne, ale kiedy taki lakier wpadnie mi w ręce ciężko mi się powstrzymać od tego dziwactwa.
Czytałem ostatnią relację, w której kolega pracujący w szpitalu opowiada historie o pacjentce podtruwanej przez sąsiadkę z pokoju.
Historia ciekawa, ale nie ma w niej nic nadzwyczajnego poza komentarzami pod postem. Ludzie piszą o ukaraniu lekarza lub zabraniu prawa wykonywania zawodu.
To co opowiadała pacjentka jest klasykiem jeżeli chodzi o urojenia pacjentów psychiatrycznych. Zresztą nie tylko u pacjentów leczonych przez psychiatrów. Wielokrotnie zdarzyło mi się słyszeć od pacjentów 80 lub 90 lat, że rodzina próbuje ich otruć. Czy to oznacza, że powinno się wzywać policję do każdego takiego pacjenta ?? Policjanci chyba nie mieliby czasu na nic innego oprócz takich zgłoszeń. Zdarzyło mi się również, że pacjent (wieloletni alkoholik), po odstawieniu alkoholu myślał, że szpital płonie, a my lekarze chcemy go zabić. Również klasyk u takich pacjentów. Jakimś cudem wyciągnął telefon i zadzwonił na 112…. Na szczęście zdążyłem wytłumaczyć dyspozytorce w jakim stanie jest pacjent. Czy dyspozytorka powinna mimo to wysłać straż pożarna, policję i ewakuować szpital? Do osób piszących te komentarze. Komentujecie rzeczy, o których nie macie pojęcia. Tak samo ludzie nie mający nic wspólnego z prawem krytykują wyroki sądów albo uważają, że znają się na budownictwie bardziej niż inżynier… Bo na chłopski rozum powinno być innaczej. Nie ośmieszajcie się i nie piszczcie nawet takich rzeczy
Ten moment gdy pokazujesz mamie świadectwo ukończenia gimnazjum zamiast technikum, a ona skacze z radości, że tak podciągnąłem oceny na koniec, a najlepsze że nie zauważyła niczego dziwnego w muzyce czy plastyce na świadectwie z "technikum".
Dodaj anonimowe wyznanie