#rz1w5

Rzecz się dzieje w Głogowie, ostatni dzień lipca... Pewna pani, prosząca o pieniądze na małego loda lub o papierosa, wydawała się nieszkodliwa, i my, ludzie czekający na busa do Sławy. 

Pani dostała papierosa, rozmawia z nami, wydaje się być nieszkodliwą, drobną naciągaczką. Podjeżdża nasz bus, wszyscy siedzą, czekają na odjazd, a owa pani... Ściąga leginsy, na samym środku przystanku, zaczyna oddawać mocz, wszyscy pasażerowie w szoku, chwilę później robi kupę, chyba nie wszystko jej wyszło, bo zaczyna palcami wygrzebywać resztę z tyłka, no przecież kurka wodna masakra, osiągnięty szczyt obrzydzenia, żołądek chciał wydalić cała zawartość. Jak tak można? Noo jak?

Plus jest taki, że pani wygrzebała ze śmietnika papier, pozbierała swoje fekalia i wyrzuciła do śmieci. Jednak niesmak pozostaje, mega obleśna sprawa.

#Kz8Mf

Pracowałem kiedyś w specyficznej recepcji. Przyjmowałem kilkaset wniosków dziennie. Ludzie aplikujący to była mieszanka od analfabetów po ministrów. Lubiłem tę pracę, lubię pracę z ludźmi.

Jedna z rzeczy, które mnie irytowały, to żucie gumy. Nie znoszę, jak przychodzi klient i dziamga paszczą, gapiąc się na mnie. Jak taki do mnie zagadał, to czekałem, gapiąc się na niego. Jak zapytał po raz trzeci, dlaczego nic nie robię, to odpowiadałem, że czekam, aż skończy jeść. Miny ludzi w kolejce – bezcenne.

No wiem, że buractwo, ale czasem to dla takich chwil chce się przychodzić do pracy.

#VxImJ

Mam 18 lat i odkąd pamiętam, zawsze lubiłam wymyślać różne światy, różne sytuacje itp. Jako że w moim sąsiedztwie nie było dzieci w moim wieku, to mi zupełnie wystarczało. Jednak od pewnego czasu zaczęłam zauważać, że coraz częściej odpływam w otchłań mojej wyobraźni i co najgorsze, wolę zdecydowanie zostać w domu i żyć w swoim małym wyimaginowanym świecie niż wyjść do ludzi.

Kolejny problem leży w tym, że często umieszczam w swoich wyobraźniach ludzi z mojego otoczenia, prowadzę z nimi rozmowy, wymyślam cechy ich charakteru, kreuję w swojej głowie ich obraz po swojemu i w wyniku tego czasami jak ich widzę, mam ochotę z nimi porozmawiać o tym, o czym ostatnio rozmawialiśmy i często dosłownie w ostatniej chwili udaje mi się ugryźć w język, bo przypominam sobie, że tę konwersację tak naprawdę odbyłam sama z sobą w swojej wyobraźni w ich imieniu. Czasami, gdy jestem sama, zdarza mi się mówić do ludzi z mojej głowy na głos.

Przez to wszystko coraz częściej zastanawiam się, czy coś jest ze mną nie tak. Boję się, że wkrótce albo w ogóle nie będę wychodziła z domu, albo co gorsze zachoruję na schizofrenię lub coś podobnego.

Nie ma puenty, ale musiałam to z siebie wyrzucić, bo czasami przez to wariuję.

#eufvm

Panicznie boję się, że zachoruję na coś śmiertelnie albo zostanę warzywem. Mam duże plany co do swojego życia i chcę je wykorzystać w pełni i żyć jak najdłużej, ale stres przed jakąś chorobą jest ogromny i czasami nawet lekki ból głowy sprawia, że od razu myślę, że mam jakiegoś nieuleczalnego guza mózgu i przez stres nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Wiem, że to już chorobliwe, ale nie mam żadnego dostępu do psychologa, bo w promieniu 70 km go po prostu nie ma. Chciałabym móc się cieszyć każdym dniem bez takich głupich obaw.

#o2Jus

Do osób nieśmiałych nie należę, potrafię zacząć rozmowę z obcą osobą, nawiązać nową znajomość, jednak jest jedna rzecz, która mnie mega krępuje. Otóż gdy siedzę obok osoby, której nie znam (pociąg, autobus, kino), strasznie stresuje mnie ta sytuacja, czuję się nieswojo z faktem, że nie mogę się tej osobie przyjrzeć (jakoś głupio by mi było patrzeć się bez słowa na osobę, która siedzi obok mnie w pociągu). W efekcie czego siedzę obok osoby czasem ponad dwie godziny, do końca nie wiem, jak ta osoba wygląda i kim jest, a jestem tak blisko niej. Wydaje mi się, że jest to kwestia tego, że lubię czuć się pewnie w danym miejscu i dlatego lubię najpierw przyjrzeć się ludziom, z którymi jestem „fizycznie” blisko. Może ktoś ma podobnie albo wie, z czego może wynikać tak dziwny problem?

#CX7NC

Jestem 30-letnią kobietą i jestem w związku z facetem, w którym nigdy się nie zakochałam. Jesteśmy razem kilka lat. Gdy go poznałam, miałam już za sobą trzy nieudane związki i kilka koszy. Kilka zawodów miłosnych, gdy to zakochiwałam się w kimś, komu byłam zupełnie obojętna.
On zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia i to mnie ujęło i sprawiło, że postanowiłam kontynuować tę znajomość. Problem jest taki, że ja nigdy się w nim nie zakochałam. On mnie sobie „wychodził” swoją postawą i wielkim zaangażowaniem. A teraz, po prawie czterech latach, mimo że nadal nie czuję tego, co on do mnie, trzymam się tego związku. Po pierwsze dlatego, że ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to sprawienie mu cierpienia. Po drugie mam wrażenie, że mnie już w życiu nic nie czeka – żaden poryw serca, żadne gorące uczucie i boję się po prostu, że zostanę sama. Z drugiej strony obawiam się, że może kiedyś zdarzyć się taka sytuacja, że spotkam na swojej drodze kogoś, w kim się zakocham, i to ze wzajemnością. I co wtedy?! Nie chcę go krzywdzić, bo na to nie zasługuje i wiem, że bardzo mnie kocha.
Czy taki związek ma jakieś szanse? Czy miłość może przyjść z czasem? Nawet jeśli nie ma namiętności i stanu zakochania?
Dodaj anonimowe wyznanie