Każdy z was kojarzy festyny wakacyjne, każda gmina takie urządza, w zależności od bogactwa jest jeden albo więcej znanych piosenkarzy.
Akcja miała miejsce 18 lat temu. Był taki festyn, przyjechała znana osobistość. Koleżanki z klasy pchały się na zaplecze po koncercie i dostały propozycję, aby pojechały z nim do pobliskiego hotelu. Jedna odmówiła, druga się zgodziła...
Tylko że one miały wtedy 14 lat! Nie wiem, w którym miesiącu mają urodziny, więc możliwe, że nawet 13...
Ta postać do dzisiaj przewija się mediach, udziela wywiadów. Zawsze mnie obrzydza, jak widzę jego twarz.
Nigdy nie byłam dla nikogo priorytetem. Zawsze każdy wolał innego członka rodziny, innego przyjaciela, inną przyjaciółkę. Nawet mając chłopaka, nigdy nie czułam się priorytetem.
To jest cholernie przykre.
Mam 24 lata i 3 lata starszą przyrodnią siostrę. Dawno temu mniej więcej do czasów gimnazjum z nią miałem bardzo dobry kontakt. Jak szła do liceum, to wyprowadziła się do swojego taty do Warszawy (lepsze perspektywy itd.) W tamtym okresie nawet za nią tęskniłem, choć często przyjeżdżała do domu. Po liceum zrobiła studia, ustatkowała się itd.
Gdzieś w końcówce technikum zacząłem zazdrościć jej życia. Non stop się bawiła, miała pełno znajomych w Warszawie i u nas, bezproblemowo skończyła dwa kierunki studiów. Tymczasem ja odpadłem po pierwszym semestrze na studiach, nigdy nie miałem znajomych (dwóch kolegów tylko). W życiu nie byłem w związku itp. Ze dwa lata temu zaczęło mi to tak przeszkadzać, że ograniczyłem z nią z dnia na dzień kontakt, a teraz już w ogóle go nie mam. Nie mogłem przeżyć tego, jak się zaręczyła i zerwałem z nią wszelkie relacje. Teraz bardzo tego żałuję, bo była mi bliską osobą w życiu.
Z nudów pobrałem jakąś grę do grania muzyki. Wyglądała na łatwą.
Wyglądała. Nie potrafię przejść żadnej piosenki, dopóki w tle nie ma filmiku z jakimś chłopcem z kolorowymi włosami śpiewającym w innym języku.
Jak łatwo wpaść w niekończącą się spiralę zadłużenia? Otóż bardzo łatwo.
Zarabianie pieniędzy jest zawsze trudniejsze niż ich niewydawanie...
Zarabiam ponad średnią krajową. Zdecydowałem wziąć kredyt hipoteczny i kupić swoje pierwsze w życiu własne mieszkanie. Małe, ale moje, bez płacenia za wynajem. Nie było domu rodzinnego, w którym bym mógł żyć, więc to jedyne opcja – wynajem lub kupno. Policzyłem wszystko – po opłatach, kupnie jedzenia itp. powinno zostać mi jakieś 2k. Więc super.
Po pół roku byłem już na debecie 10k. Niby niedużo, ale jednak. Po roku dług był już około czterech razy większy. Na taką sytuację złożyło się wiele czynników, niektóre z mojej własnej winy – przegapiłem termin ubezpieczenia auta, które 99% czasu stało nieużywane, bo w mieście mi nie było potrzebne, więc wpadła kara od UFG. Źle obliczona prognoza zużycia mediów. Wzięte w raty sprzęty kuchenne. Dwa wesela w rodzinie i proszę bardzo – płynność finansowa poszła się walić. Zdecydowałem się na konsolidację, wszystkie kredyty przeniosłem do jednego miejsca – rata spora, na życie zostało raptem kilka stówek. Wtedy okazało się, że mam do leczenia aż cztery zęby (mimo regularnych wizyt u dentysty co pół roku). Zdjęcie RTG wykazało ukrytą próchnicę, która rozwijała się bez objawów. Kolejne koszty.
Wszystko wydarzyło się w ciągu 3 lat – od sporego wkładu własnego, wykończenia, rat i opłat przez serię różnych życiowych zdarzeń, które pchały mnie w kolejne kredyty.
Rozwiązanie okazało się naprawdę brutalne. Sprzedałem auto i wszystko, co miało wartość, a nie miało znaczenia sentymentalnego. Zrezygnowałem ze wszystkich subskrypcji, złapałem drugą pracę na weekendy, zrezygnowałem praktycznie ze wszystkiego poza tym, co niezbędne. Po roku byłem już tylko z bieżącymi opłatami i rachunkami. Spłaciłem wszystko i wszystkich. Sprawdziłem każdą umowę, kartę kredytową itd., żeby mieć 100% pewność, że nie okaże się za kilka lat, że gdzieś tam rosły mi odsetki.
Jakie plusy? Odkryłem, że biblioteka publiczna ma ogromny potencjał, jest mnóstwo miejsc, gdzie można usiąść z książką i poczytać za darmo. Rowery miejskie pomagają unikać opłat za transport – 20 min jest codziennie darmowe. Jedzenie im mniej przetworzone i prostsze, tym zdrowsze i o dziwo tańsze. Rezygnacja ze subskrypcji streamingu pomogła odkryć inne (darmowe oczywiście) zainteresowania. Moje miasto oferuje niewyobrażalnie dużo zajęć za darmo, wystarczy trochę poszukać.
Taka historia, mam nadzieję, że nigdy więcej nie wpadnę w taką sytuację, a i nauczony życiem oglądam każdą złotówkę dwa razy. W przyszłym roku pierwszy raz od 4 lat polecę na wakacje all inclusive.
Zdradzam męża, od zawsze. Nie ma w tym mojej winy i nie jest to moja opinia, ale również mojej psychiatry i mojej psychoterapeutki. Czemu chodzę do psychiatry i psychoterapeutki? Mam zdiagnozowany borderline. Potrafię wkurzyć się z byle powodu bardzo na serio, bo mąż kupi wodę innej marki, niż ja lubię. Potrafię wpaść w smutek i wypić 2-3 butelki wina, oglądając romansidło. Potrafię cieszyć się jak głupia z drobiazgu, który u zdrowych ludzi wywołałby co najwyżej uśmiech na twarzy (wygrałam 50 zł w zdrapkach? Hurra! Nieważne, że 300 zł wydałam w tym tygodniu na inne zdrapki).
Czasami wyjście na kawę z koleżanką kończy się z jakimś facetem „w łóżku” – bo nie zawsze potrzeba łóżka, to może być równie dobrze parking, jak mam napad choroby. Czasami pójdę na dyskotekę, wytańczę się, wybawię, wrócę do domu odprężona i zrelaksowana, a czasami dwóch, trzech facetów jak mi się spodoba, to muszą być moi. Często młodsi ode mnie. Nie wiem, czemu tak jest, ale mając 38 lat, zdarzało mi się uprawiać miłość z dwa razy młodszymi.
Mąż? To typowy „miły facet”. Jestem mu wdzięczna za to, że mam dach nad głową, bo sama nigdy nie pracowałam. Cieszę się, że nie broni mi wyjścia z koleżankami raz na jakiś czas. Najbardziej jestem mu wdzięczna, że z trójki dzieci tylko średnie biologicznie jest jego, a mimo to całą trójkę traktuje jednakowo i z taką samą troską. Ale... Właśnie w tym problem, że o dzieci się troszczy, o mnie nie. Wyjazd wakacyjny? Tak, żeby koniecznie były atrakcje dla dzieci. Zakupy? Zawsze kupi dzieciakom coś słodkiego, nawet jeśli nie zasłużyły. Czasami jakąś zabawkę. Ciuchy? Proszę bardzo, szybciej wyrastają, niż zdążą dwa razy założyć. A gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie atrakcje dla nas jak romantyczna kolacja tylko we dwoje? Kiedy mi kupił sukienkę czy buty bez okazji? Albo w ogóle bez okazji cokolwiek innego niż jakieś chwasty? Zresztą chwasty raz na miesiąc nie sprawiają, że jestem szczęśliwa. Facet, który przy ograniczeniu do 50 wychodzi na tyle wcześnie, żeby móc jechać 46 km/h. Zero w tym wszystkim emocji.
Z jednej strony wiem, że to jest dobry człowiek. Naprawdę dobry, ma wielu przyjaciół (od bab kazałam mu się odciąć, bo nie jestem z tych, co się dzielą). Z drugiej – chyba największy nudziarz. jakiego znam. Mam dwóch kochanków na stałe – to weekend w SPA, to spontaniczny wyjazd w góry, to jeszcze druga dziewczyna w łóżku. Obaj nie pozwalają mi się nudzić, nigdy. A mąż? W łóżku wstydzę się przyznać, że lubię nie tylko seks klasyczny, bo by się zgorszył. Mąż jest ciepły, wyrozumiały i absolutnie do bólu nudny. Jestem rozdarta między tym wszystkim, czasami mam ochotę związać się na stałe z jednym z kochanków, ale nie wiem, co wtedy stałoby się z dziećmi.
Mam brata dwa lata młodszego od mnie i pomimo że mamy tych samych rodziców, on jest lepiej zbudowany, wyższy, silniejszy psychicznie i fizycznie, mądrzejszy, w dodatku ma ogromne zdolności do myślenia logicznego i łatwo wszystko zapamiętuje. Ja natomiast jestem zwykły, jak on to opisał, ludzie mówią: „nie porównuj się do niego, powinieneś się cieszyć, że twój brat ma tyle szczęścia” i tak dalej, ale i tak przy nim czuję się, jakbym był śmieciem, a gdy na mnie patrzy, jakby mną gardził. Mama nazywała go złotym dzieckiem, bezproblemowym. Zawsze w gronie towarzystwa był popularny, a ja jakoś nigdy nie miałem takich kolegów prawdziwych, długo zadawałem się z dwójką znajomych, ale okazało się, że jestem tym trzecim kolegą, który tylko się dołączył. Kiedyś zapytałem go o to, czy mam jakieś talenty lub zdolności, bo sam ich nie widzę, na co nie umiał odpowiedzieć. Czy jestem samolubny, bo zazdroszczę mu wszystkiego? Czy to moja wina, że on ma tak, a ja tak?
Chcę zerwać kontakt z moimi rodzicami od razu po osiemnastce. Nigdy się z nimi nie dogadywałam, zawsze byli dla mnie niemili i zachowywali się tak, jakbym to ja była problemem. Nigdy nie usłyszałam od nich słów otuchy ani nic takiego. Według nich zawsze mogę być lepsza i ładniejsza. Wytykają mi kompleksy, których sama wcześniej nie widziałam. Jeszcze mój ojciec to nic takiego, ale matka? Cały czas komentuje to, jak się ubieram, jaką mam sylwetkę, co robię i jak się zachowuję. Nie ma żadnego problemu w tym, żeby nazwać mnie paskudną albo żeby mnie uderzyć, gdy niby jest na mnie zła.
Czy to źle, że myślę o tym, żeby po osiemnastce jak najszybciej się od nich odciąć? Czy jestem złą córką?
Od 3 lat mam partnera. Od kwietnia mieszkamy razem. Jak się poznaliśmy, mój partner nie wyglądał tak dobrze jak teraz. Miał masakryczną ilość trądziku, anorektyk, co chwilę problemy ze zdrowiem. Ubierał się tak, jakby zakupy robił co najmniej w kontenerach czerwonego krzyża. Nie przeszkadzało mi to, bo nadrabiał niesamowicie charakterem i wiedziałam, że nad wszystkim można razem popracować. Chodziłam z nim po lekarzach, żeby zobaczyć, co można zrobić z trądzikiem, gotowałam mu obiady, tak żeby były jak najzdrowsze, ale miały dość dużo kalorii. Chodziłam z nim na zakupy, dawałam opinie. Obecnie, z takiej obiektywnie mocnej 4/10 jest na spokojnie 8/10. W moich oczach oczywiście zawsze był cudowny. Z tym że teraz ze mną jest problem.
Od 17 roku życia byłam na tabletach antykoncepcyjnych przez ciężkie miesiączki. Tysiące różnych badań, wszystko możliwe wykluczone, nie wiadomo czemu 7 dni w miesiącu co chwilę wymiotowałam, kręciło mi się w głowie i nie miałam energii, żeby wstać z łóżka. Tabletki pomogły, ale po ponad roku ginekolog w końcu przyznała, że jeżeli chcę brać tabletki na dłuższą metę, to tabletki z estrogenem nie będą dobrym wyborem przez to, że większość kobiet po latach stosowania dostaje pełno zakrzepów. Zostały mi zaproponowane tabletki bez estrogenu, z destrogelem, który powoduje wzrost wagi przez zachowywanie niesamowitych ilości wody w ciele. Rozmawiałam o tym z moim partnerem i stwierdził, że nieważne co, i tak będzie mnie kochać i wciąż będę go pociągać.
Aktualnie, 2 lata po zmianie tabletek, przytyłam 30 kg. Pierwsze dwa miesiące tabletek przyniosły ze sobą 25 kg, w międzyczasie doszło te 5. Od kilku miesięcy staram się z tym cokolwiek zrobić. Jestem na deficycie kalorycznym, niesamowicie mocno trzymam się go (wyliczam nawet wagą, ile ml ma dane picie, żeby nie przekroczyć kalorii). Ćwiczę, dużo się ruszam i mam fizycznie ciężką pracę. Waga stoi albo idzie w górę. Niesamowicie źle czuję się z moim ciałem, zresztą zawsze się czułam.
I teraz, przechodząc do głównego powodu tego wyznania – mój partner powiedział mi, że nie jestem dla niego atrakcyjna. Że ciężko mu na mnie patrzeć, jak jestem nago, że go totalnie nie pociągam. Ale dalej mnie kocha.
Źle mi z tym, że ja potrafiłam go zaakceptować takim, jakim jest, a on jest w stanie powiedzieć mi takie słowa, wiedząc, jak bardzo z tym walczę. Po tych słowach porąbało mi się tak mocno w głowie, że lecę 1200 kcal dziennie, w większości nawet do tego nie dochodzę, i ćwiczę tyle, że nie mam siły na nic innego. Boję się, że jak nie stracę tych 30 kg w bardzo szybkim tempie, to mnie zostawi.
Mój związek się sypie. Jesteśmy z partnerką razem już niemalże 3 lata. Przez kilka moich decyzji i brak obustronnej rozmowy zaczęliśmy się od siebie oddalać. Od zawsze się trochę różniliśmy, jednak bardzo się kochamy. Ja ją bardzo kocham, ona mnie chyba jeszcze też.
Niedawno niespodziewanie zmarła bliska jej osoba, a ja nie mogę jej pomóc. Próbuję być dla niej wsparciem, czuwać przy niej itd., ale reaguje na to niechęcią i irytacją. Przez jej stratę nie mogę nawet poruszyć tego tematu, chcę dać jej czas na żałobę i przestrzeń, której potrzebuje. Ale jednocześnie nie mogę znieść tego, że odrzuca każdą formę mojego wsparcia. Boli mnie to cholernie, do tego stopnia, że ciężko mi na co dzień funkcjonować.
Dodaj anonimowe wyznanie