#4MUxp

W liceum miałem kolegę Maćka, który studiował książki na temat metod szybkiego przyswajania wiedzy. Szło mu nawet dość dobrze, chociaż niektóre ze sposobów, których się chwytał, były dość, nazwijmy to, ekscentryczne. Pod koniec trzeciej klasy zapowiedziano gigantyczną klasówkę z języka niemieckiego – przedmiotu prowadzonego przez surową panią, którą nazywaliśmy Brunhildą.

Pamiętam, że dwa dni przed egzaminem wpadłem do Maćka z kurtuazyjną wizytą. Gdy już stałem przed drzwiami, zauważyłem przyczepiony do nich skrawek papieru z napisem „Tür”. Jeszcze większe dziwy czekały mnie po przekroczeniu wrót domu mojego kolegi. W każdy możliwym miejscu ponaklejał on karteczki z nazwami przedmiotów, na których zostały one zawieszone. I tak też na żyrandolu przymocowany był papierek z nabazgranym na nim słówkiem „Kronleuchter”, do dywanu spinaczem przyczepiono arkusz z inskrypcją „Teppich”, natomiast z kartki na szafie krzyczał napis „Kleiderschrank”. Dosłownie – każda chyba najmniejsza rzecz w domu Maćka została przez niego „zniemczona”.

Obracając w dłoniach długopis z misternie przytwierdzoną do niego wlepką informującą mnie, że mam do czynienia z przedmiotem zwanym „Kugelschreiber”, nie ukrywając podziwu dla szalonego zaangażowania mojego szkolnego kumpla, rzekłem: „Ziomeczku, widzę, że zależy ci na zaliczeniu tej klasówki...”. W tym momencie do pokoju wtoczył się nieco skonfundowany Lucjusz – otyły jamnik Maćka. Na jego pękatym boku widniała przymocowana taśmą klejącą kartka z napisem „Hund”.
„Nawet nie wiesz jak bardzo...” – mruknął Maciek.

#rtofV

Nie byłam w stanie otrząsnąć się ze śmierci mojej najlepszej przyjaciółki ze starszej klasy. Ewelina miała na swoim koncie kilka prób, leczyła się z depresji, zachowania autodestrukcyjne nie były dla niej niczym nowym, a szpital psychiatryczny w naszym mieście znała jak własną kieszeń. Pomimo tego byłam w szoku, gdy dowiedziałam się, że nie żyje. Na kilka dni przed jej śmiercią zwierzała mi się, że ostatnio jest u niej znacznie gorzej. Cierpliwie wysłuchiwałam tego, co mówiła, starałam się jej pomóc, doradzić czy chociaż trochę podnieść na duchu. Stopniowo jednak zaczynało mnie to psychicznie wykańczać, sama przeżywałam dość trudny okres w swoim życiu, spowodowany śmiercią wujka. Nie mówiłam o tym Ewelinie, wiedziałam, że to tylko pogorszyłoby jej stan. Dzień przed śmiercią, jak zwykle wieczorem, zadzwoniła do mnie, by porozmawiać. Mimo że widziałam, że dzwoni, zdecydowałam się nie odbierać telefonu. Zadzwoniła do mnie jeszcze dwa czy trzy razy, ale za każdym razem uparcie ignorowałam połączenie. Możecie mnie nazwać egoistką, ale po prostu ten jeden raz nie czułam się na siłach, by z nią rozmawiać.

Następnego dnia, podczas szkolnego apelu, dowiedziałam się, że moja przyjaciółka odeszła. Wszyscy moi bliscy znajomi oraz większość nauczycieli wyraziła wobec mnie wyrazy współczucia, praktycznie cała szkoła wiedziała bowiem, że Ewelina była dla mnie jak starsza siostra. Nie miałam jednak odwagi powiedzieć im, jak poprzedniego dnia uporczywie ignorowałam telefony przyjaciółki. Policja oczywiście przejrzała jej komórkę i wyszło na jaw, że do mnie dzwoniła, ale wolałam kłamać, że mój telefon rozładował się niż przyznać się do tego, że celowo nie odbierałam jej połączeń.

Nadal nie jestem w stanie poradzić sobie z tą sytuacją. Czasami zastanawiam się, czy gdybym odebrała, to ona nadal by żyła.

#Dp3Yw

Zaczęło się niepozornie, z dwójką małych dzieci pojechałam na zakupy. Norma. Dzieci grzeczne, chodzę między półkami i czuję nadciągające tsunami. Szybko ogarniam co najpotrzebniejsze i gnam z latoroślą w stronę kas. W tym czasie w moim brzuchu odgrywa się istny armagedon. Jak gdybym włączyła jelita na wirowanie 1200 obr./min. Na zmianę okropny ból i ciśnienie na zwieraczach. Momentami było ciężko nawet iść... Na zmianę robi mi się gorąco i zimno, trzęsę się jak kloszard w trakcie delirium i myślę, co począć... Przy kasie pytam kasjera o toaletę, dla klientów niestety nie ma. Pakuję się i płacę, nie kontrolując odruchów mojego ciała. Samochód miałam blisko, chociaż tyle dobrego... Myślę sobie, że zapnę dzieci w foteliki i dzida za sklep, może i zachowam się jak zwierzę, ale nie mam innego wyjścia. Niestety, przy lokowaniu skrzatów w pojeździe nie wytrzymałam i po prostu poleciało... Fala upokarzającego ciepła na mnie spłynęła. Całe szczęście miałam coś, co zakryło mój tyłek. Dzieci już zapięte, jeszcze kwestia wózka na zakupy. Trudno, mimo że gardzę porzucaniem wózków na parkingu, tym razem nie miałam wyjścia. Szybkie rozeznanie, co mogę zrobić w tej sytuacji. Niestety, od domu 60 km, do rodziców 25 km, potem jeszcze jestem umówiona. To jadę się ogarnąć do rodziców. Rzucę jeszcze tylko reklamówkę na siedzenie, by ograniczyć rozprzestrzenianie się zawartości moich spodni.

Młodsze dziecko jak gdyby wyczuło, że coś jest nie tak... Darło się całą drogę. Wreszcie na miejscu, starszak śpi, dom jednorodzinny z podwórkiem, więc może zostać w samochodzie, biorę Młodego pod pachę i lecę do łazienki. Krzyczy. Kładę go na podłodze, sama odklejam od siebie spodnie i bieliznę ubabraną fekaliami i wydalam pozostałą treść żołądkową. Brzdąc wyje nadal, więc biorę go do piersi (jakimś cudem dłonie czyste). Słyszę przez okno, że Starszak się obudził z krzykiem. Odstawiam Młodszego od piersi, znów awantura. Dwoje dzieci krzyczy wniebogłosy, a ja najpierw muszę pozbyć się z siebie własnego gówna. Szybki prysznic, znalazłam jakąś torbę i zawinęłam w nią brudy. W międzyczasie z odsieczą do starszego przybyli dziadkowie, wzięli go do domu, ale ten dobija się do drzwi łazienki. Dzięki Bogu, słodycze mogą zdziałać cuda w takich sytuacjach.

Nikomu nie powiedziałam, co się stało. Znalazłam jakieś zastępcze ciuchy. Rodzice o nic nie pytali, choć myślę, że się domyślają...

Tak zażenowana nie byłam jeszcze nigdy, do tej pory na samą myśl mam chęć zapaść się pod ziemię.

#zN8Xu

Razem ze znajomymi jeżdżę od kilku lat na obozy żeglarskie, na których wypływamy w kilkudniowe rejsy na jeziorze i nocujemy w łódkach przy brzegu razem z instruktorem/opiekunem, ok. 70-letnim panem Sławkiem. Nasze główne pożywienie (oprócz suchego prowiantu i kiełbasek z grilla) stanowią wtedy zupki chińskie, więc zabieramy butlę gazową, aby przygotować ów pokarm bogów.
I tu zaczyna się akcja właściwa.
Przed ostatnim rejsem pan Sławek sprawdzał szczelność butli gazowej. W jaki sposób? Otóż przesuwał zapałkę obok butli... Pewnego ranka z kolei nie dokręcił do końca palnika nad butlą, więc po chwili buchał z niej niemal półmetrowy płomień. Ku naszej ogromnej konsternacji pan Sławek zaczął... dmuchać w ten płomień, jakby to była świeczka na torcie urodzinowym. Gdy ta interwencja się nie powiodła, Sławek chwycił butlę (wspominałam, że ma zamiłowanie do łatwopalnych dresików z lat 80.–90.?), po czym wrzucił ją do wody. Niestety butla zanurzyła się tylko do połowy i płomień buchał dalej, tuż obok zwisającej, syntetycznej liny. Na szczęście ktoś trzeźwo myślący podał gaśnicę i pożar ugaszono, ale niektórzy byli wtedy już pochowani w lesie ze strachu przed wybuchem.

#ksaR4

Dziewczyna, w której od lat się podkochuję, przysłała mi swoje zdjęcia w kuszących pozach, w samej bieliźnie lub nawet topless, z prośbą o podrasowanie ich w Photoshopie – chciała z nich zrobić kalendarz lub album niespodziankę dla swojego chłopaka, wkrótce pewnie narzeczonego. Dość powiedzieć, że robienie jej tej przysługi to była droga przez mękę. Potem podziękowała mi winem i czekoladą oraz zdała relację, że prezent tak się spodobał, że dawno nie mieli tak namiętnej nocy. Do tej pory on czasem ją prosi, żeby ubrała się tak jak do tych zdjęć.

Na jej usprawiedliwienie powiem, że nie wie, że jej wieloletnia przyjaciółka interesuje się kobietami, a tym bardziej że podkochuje się w niej. Chyba czas się przyznać albo zerwać kontakty, bo dłużej tego nie zniosę.

#P7UPl

Dzisiaj, pierwszy raz od dwóch lat, odważyłam się przejść pewną ulicą na spacer z psem. Dlaczego tak długo się jej bałam? Otóż moja miejscowość nie jest duża, a ulica, o której mowa, jest bardzo rzadko uczęszczana. Na tej ulicy mieszkają ludzie, którzy zawsze mają otwartą bramę. I wielkiego, żółtego, pomarszczonego psa.

Tego dnia, dwa lata temu, szłam z moim goldenem retrieverem na spacer, właśnie tą ulicą. Nigdy wcześniej tamtędy nie szłam, nic nie wiedziałam o otwartej na oścież bramie i żółtym psie olbrzymie. Moja Luna jest bardzo dobrze wytresowana. Kiedy inne psy na nią szczekają za ogrodzeniem, ona nawet na nie nie popatrzy. Jest nastawiona przyjaźnie do całego świata, ale kiedy zobaczyła żółtego psa za ogrodzeniem, nie szczeknęła, tylko zatrzymała się i zjeżyła. Tak była nauczona.
Ja tego kundla nie zauważyłam.
Kiedy byłyśmy tuż przed otwartą bramą, zaczęło się piekło. Wielki żółty pies, trzy razy większy od goldena retrievera, rozpędził się z zamiarem uderzenia w moją Lunę, która zasłoniła mnie własnym ciałem. Pies chybił, ugryzł powietrze, a siła, z jaką się rozpędził, przerzuciła go na drugi koniec ulicy. Dosłownie, przejechał cały asfalt na grzbiecie i wpadł do rowu oddalonego o dziesięć metrów od nas. Po chwili z niego wylazł, jeszcze bardziej najeżony i wściekły. Rzucił się w drogę powrotną, prosto na mojego psa.
To były sekundy, ale pamiętam tę sytuację z najmniejszymi szczegółami. Żółty pies, szarpiący bok Luny. Skowyt Luny, cały czas próbującej mnie osłonić.
Wtedy z całej siły kopnęłam tego kundla w szyję. Żółty pies zaczął się dławić, odskoczył od nas i uciekł, warcząc i patrząc spode łba.
Zabrałam mojego dzielnego psa do domu, miała cały wydarty bok z sierści, trochę krwi. Oprócz tego nic.

Gdy wróciłam do domu, cała roztrzęsiona, wręcz wykrzyczałam to wszystko rodzicom. Chciałam zadzwonić po policję, zrobić coś, by żółty pies nie mógł wyjść za bramę.
Policji nie było, ale brama była zamknięta, do wczoraj.
Wczoraj psa wywieźli. A dzisiaj wyszłam z Luną na spacer tą ulicą. Przypomniało mi się wszystko.
A Luna? Ma się bardzo dobrze. Od tamtej chwili nauczyła się szczekać.

#jMRof

Zastanawia mnie jedna kwestia. Temat aborcji i myślistwa.
Jestem za tym, by kobieta miała możliwość wyboru w sprawie ciąży.
Dużo jest takich osób. Tyle że te same osoby są przeciwne polowaniom. 
I mam teraz delikatny mindfuck. Zabijanie (nie oszukujmy się, aborcja to zabicie płodu) płodu powinno być moralnie dozwolone, ale zabicie dzika, jelenia czy lisa nie?
Ja wiem, że w wielu ludziach więcej sympatii budzą małe liski niż niemowlaki.
Uważam jednak, że propagowanie aborcji, a sprzeciwianie się myślistwu jest hipokryzją na wysokim poziomie.

#0coJ4

W domu jest nas troje – mama, tata, ja (no i pies).
Zarówno tata, jak i ja nie mamy obecnie łatwo – ja jestem na rozszerzeniu z biologii i chemii, oprócz zwykłych matur przygotowuję się też do olimpiad, a to zajmuje czas. Z domu wychodzę o 7, najczęściej wracam o 16 i od razu idę do książek. Nie wiem, może są osoby, którym wystarczy trzy razy przeczytać temat w domu i będzie obkuty, ale ja do nich nie należę, żeby wszystko przyswoić, przygotować, być pewnym zrozumienia tematu, nad książkami siedzę dziennie po kilka godzin. Czysta nauka, zero telefonu, komputera, w przerwach staram się rozciągać. Jednocześnie dbam o swoje inne obowiązki – pozmywam naczynia, wyjdę z psem.
Tata za to pracuje fizycznie, wychodzi i wraca tak jak ja, z tym że on jest po prostu wykończony po tylu godzinach ciężkiej pracy, często odsypia chociaż pół godziny (jednak on również zawsze dba o ewentualne obowiązki, nigdy nie odmówi naprawy czegoś zaraz po powrocie z pracy, pomoże itp.).
I teraz mamy mamę. Sorry, nie mamę, a niewolnicę – jak często ona powtarza. Oczywiście, traktujemy ją koszmarnie! Nie pracuje (chociaż obiecała, że do pracy wróci, jak skończę trzecią klasę podstawówki). Jedyne co robi, to zakupy i gotuje obiady. Śniadań i kolacji u nas nie ma. Jej dzień wygląda tak, że wstaje, o której chce, koło 13 wyjdzie do sklepu, który jest 50 m od bloku, kupi „Pomysł na...”, makaron i pierś z kurczaka. Wróci do domu, poogląda telewizję do 15, poświęci 30 min na zrobienie tego obiadu i wraca do telewizji (w międzyczasie komputer). Domem się nie zajmuje wcale. Wszystko się lepi, w kuchni zwykle latają muchy, czasami myślę, że jemy ich larwy. Ja staram się ogarniać łazienkę (+ mój pokój), tata pokój rodziców, ale żeby nadążyć za kuchnią? To niewykonalne. Sos spadnie na podłogę/blat itp.? Będzie tak leżał, bo mama nie ruszy.

Zawsze dziękowaliśmy mamie za to, co robi, chociaż obiady mamy tylko z proszku, to zawsze mówimy, jaki smaczny był, kiedy przychodzą ferie itp., to staram się ugotować coś sama. Ale regularnie zdarzają się jej fochy, gdzie dosłownie ryczy, jak my z niej robimy tu niewolnicę, tylko siedzimy na dupie, a ona lata jak Kopciuszek.
Ja wiem, że ona też mogła się wypalić, ale BEZ PRZESADY. Nikogo się do domu nie da zaprosić, ja momentami staję na głowie, jak chociażby poproszę mamę o wstawienie prania (z obietnicą, że ja je potem rozwieszę itp.), a przychodzi 22 i się okazuje, że prania nie ma, bo jej też się należy odpoczynek. To jest tragedia. Czasem zwyczajnie mam jej dość.
Dodaj anonimowe wyznanie