Od niespełna tygodnia leżę w szpitalu na patologii noworodka. Mały ma lekkie problemy ze zdrowiem, a ja z karmieniem. Biust jak donice, a nic nie leci... Mówią, że za bardzo się stresuję i to przez to.
W przerwie między okładami i masażami czytam anonimowe i komentarze pod wyznaniami. Właśnie przeczytałam jeden komentarz – ubaw po pachy, POKARM ZACZĄŁ LECIEĆ! Anonimowe uczą, bawią i leczą :D.
Mamy w pracy koleżankę. Cztery miesiące po przyjęciu do nas do pracy poszła na zwolnienie, bo miała zostać matką, no i lekarz nakazał, że w domu ma leżeć, bo stres. I tak poszło... Obecnie jest po trzecim macierzyńskim, z przerwami po 1-2 miesiące. Już wiadomo, że jest w czwartej ciąży i za dwa miechy znowu jej nie będzie. Zwolnić jej nie zwolnią, bo jest psiapsiółą swojej przełożonej, która stoi za nią murem. Nawet w okresach, gdy była w pracy nic praktycznie nie robiła – korpo informatyczne, w którym po roku nieobecności jesteś bezużyteczny, bo nie znasz procedur nowych, co się zmieniło itp.
Koleżanka siedzi na tym macierzyńskim, mieszkając z partnerem, który ma na nią zasądzone alimenty, ale nie płaci, bo oficjalnie nie pracuje, więc alimenty lecą z funduszu, a on robi na czarno. Ona w dodatku ma działalność gospodarczą (tak u nas w firmie jest, że trzeba mieć) i w międzyczasie robi na boku zlecenia, przy czym oficjalnie na fakturze ma jakieś śmieszne pieniądze, a pod stołem dostaje resztę, bo po co płacić podatek. Do tego pomoc z MOPS, 3 x 800+, alimenty. Żeby było zabawniej, jeszcze zwrot podatku. I nie wiem, czy nasz kochany rząd nakazał traktować matki jak święte krowy i nie ruszać, czy w skarbówce i ZUS-ie pracują ludzie, którzy wierzą, że oni tak na legalu jadą. W dodatku koleżanka ma firmę, która przynosi tylko straty, bo zaksięgowanych dochodów jest tyle, co kot napłakał, a wydatki są – gamingowy lapek + akcesoria za 6000 PLN, bo przecież facet nie będzie grał na byle czym, różny inny sprzęt elektroniczny wrzucany w koszta firmy.
A ty co? Jesteś singlem, nie masz dzieci, to płać ZUS, podatek dochodowy, z okazji działalności VAT, drugi ZUS...
Możecie nazwać mnie frustratem, bo tak, jestem sfrustrowany tą niesprawiedliwością. Dziecka nikomu nie zrobiłem, a jednak muszę płacić na takie osoby ALIMENTY – bo inaczej nie można nazwać kasy, która idzie na cały socjal takich osób z pieniędzy podatników (w tym z moich), którzy od państwa NIC nie mają.
Jak ktoś nie wie, czemu to na anonimowe wrzucam – domyślcie się, jak by mnie zjechali w pracy, gdzie mamy kilka innych matek, gdybym się tak wypowiedział.
I tylko się zastanawiam: jakim cudem moja babcia za komuny wychowała sześć córek (w tym moją matkę), gdzie pomoc od państwa była śmiechu warta? A z dziadkiem zapierdalali w PGR-ze, a nie w pracy biurowej czy na „słuchawce”.
Przechodziłam ostatnio dosyć ciężką chorobę jelit, ciągnącą się miesiącami. Przyjemnie nie było – ciągła biegunka, bardzo bolesne skurcze, ból brzucha. Wykluczało mnie to praktycznie z normalnego życia – jak tu chodzić na wykłady, gdy nigdy nie wiem, czy za chwilę nie będę się zwijać z bólu na podłodze, mając nadzieję, że zdołam jakoś dotrzeć do łazienki? Gdy potrzebę natychmiastowego pójścia do toalety może wywołać nie tylko zjedzenie czegokolwiek, ale nawet parę łyków wody? Nie zaliczyłam semestru na studiach, musiałam zrezygnować z dorywczej pracy, którą naprawdę lubiłam. Leczyłam się, oczywiście, ale leczenie niewiele dawało – uspokajało się na chwilę, po czym wszystko wracało. Byłam tym wszystkim naprawdę przygnębiona i traciłam już powoli nadzieję, gdy w końcu jedna terapia (dosyć niekonwencjonalna) zadziałała! Z rosnącą nadzieją liczyłam dni, w których nie występowała bolesna biegunka. Dawno nie byłam tak szczęśliwa i powoli odzyskiwałam siłę. Co w tym szczególnego?
Od tej chwili nawiązałam, hmmm, jak by to nazwać, „szczególną więź” z moim kupskiem. Jestem tak dumna z mojego organizmu, że po wielu przegranych walkach w końcu pokonał choróbsko, że teraz za każdym razem, gdy udaję się do toalety z grubszą sprawą, jestem tak dumna z moich zdrowo pracujących jelit jak matka, której dziecko przyniosło piątkę z matmy. Za każdym razem spędzam chwilę, patrząc na moje „dzieło” i oceniając jego kolor, wielkość i zapach (robię to też, żeby upewnić się, że choroba nie wraca – oznaką tego byłby np. zielony kolor), a jeśli wszystko jest w porządku, rozczulam się i myślę sobie, że wreszcie mi się coś udało. Analizuję w myślach, ile czasu minęło od ostatniej wizyty w toalecie, co ostatnio zjadłam, jakie uczucia mi towarzyszyły przy załatwianiu się, czy nic mnie nie bolało – generalnie poświęcam temu więcej myśli niż moim osiągnięciom edukacyjnym ;D
Ostatnio udało mi się zrobić wyjątkowo dorodną dwójkę. Była duża, miała właściwy kolor i konsystencję, no po prostu żywe świadectwo zdrowo pracujących jelit, przeciwieństwo wszystkiego, z czym walczyłam przez ostatnie miesiące. Moja duma była tak wielka, że przez chwilę miałam szczerą ochotę sięgnąć po telefon i wysłać zdjęcie wszystkim znajomym, aby się pochwalić – niech wiedzą, jakie moje jelitka są dzielne!
Coś mi mówi, że dobrze, że zdołałam się powstrzymać, bo mogliby już nie być moimi znajomymi ;D
Mój dziadek miał siostrę bliźniaczkę. Siostra wyszła za mąż, ale przez kilka lat nie mogła mieć dzieci. I stał się cud, bo kiedy moja babcia miała urodzić swoje kolejne dziecko (mojego tatę), dwa dni wcześniej ciotka urodziła córkę. Jedyną, co przy braku antykoncepcji w czasach powojennych mogło świadczyć jedynie o niemożliwości powtórnego zajścia w ciążę. W niedługim czasie ciotka mojego taty z mężem i córką wyjechali, dosyć daleko, ostatecznie trafili za granicę, a moja babcia urodziła jeszcze czwórkę dzieci.
Kuzynka taty odnalazła rodzinę po wielu latach, a co pierwsze rzuciło się w oczy, to jej ogromne podobieństwo do mojego taty. Po przeanalizowaniu kilku faktów tata doszedł do wniosku, że tak naprawdę to kuzynka może być jego siostrą bliźniaczką, „podarowaną” przez jego rodziców bezdzietnej ciotce... Poród był w domu, rejestracja dziecka była wtedy, gdy ktoś się zgłosił, data podana przez rodziców nie musiała być stuprocentowo prawdziwa. Niestety, wszystkie osoby, które mogłyby coś wiedzieć, już nie żyją, a na badania genetyczne zainteresowani nie mają ochoty, Zresztą nic by to nie zmieniło. Oboje mają po 70 lat, utrzymują kontakt dosyć sporadycznie.
A historia rozpala wyobraźnię.
Znajomy opowiadał, że na którejś lekcji nauczyciel się wkurzył za przeszkadzanie mu i krzyknął do winowajców: „Ostatnia ławka za drzwi!”, a ci, niewiele myśląc, wstali i wynieśli ławkę xD
Przeglądając pudła ze strychu, natrafiłam na moje zabawki z dzieciństwa. Ile było wspomnień, ile rozczulania się! Najbardziej mnie rozczuliła moja stara pozytywka-ptaszek. Kiedy tylko ją włączyłam, od razu mi się przypomniało, jak zasypiałam w łóżeczku, było ciepło i przyjemnie, ogółem dzieciństwo pełną parą. Wpadłam na genialny pomysł – może jak obudzę się w nocy i nie będę mogła zasnąć, to może włączę sobie tę pozytywkę? Umyłam ją, co prawda była już sfatygowana, lakier schodził, momentami się zacinała, a jedno oko ptaszka zostawało w połowie zamknięte, ale hej, liczyła się ta cudowna kołysanka.
Zmieniłam zdanie w nocy, kiedy obudził mnie dźwięk grającej kołysanki w zupełnej ciemności i obdrapany z lakieru ptaszek wpatrujący się we mnie jednym okiem.
Przez pół nocy nie mogłam zasnąć. Teraz jak słyszę tę melodię, dostaję małego zawału.
Jestem kobietą i jestem na maksa obrzydliwa. Zaczynając od najmniejszych obrzydliwości, a kończąc na najgorszych:
- Obgryzam skórki przy paznokciach, a następnie zjadam je ze smakiem.
- Paznokcie także pożeram. Uwielbiam tę chrupkość w moich ustach.
- Zjadam swoje gile z nosa. Dla ciekawskich: są słone.
- Nie myję rąk po wyjściu z toalety. Nigdy.
- Sikam pod prysznicem. Mieszkam sama, więc dla mnie to nie problem, przynajmniej oszczędzam wodę.
- Podczas sikania zdarzało mi się wypić trochę swojego moczu. Dla ciekawskich: smakuje podobnie jak gile z nosa, tylko w formie płynnej.
- Z trzy razy w życiu po sporej ilości alkoholu połknęłam swoje wymiociny. Raz nawet wyleciało mi trochę z nosa. Piekło jak cholera.
Oprócz tego jestem wyjątkowo czystą i obiektywnie ładną kobietą. U mnie w mieszkaniu aż lśni. Nikt by mnie nawet nie podejrzewał o takie rzeczy. Pierwsi i zapewne ostatni dowiedzieliście się o tym wy.
Wiem doskonale, że to łaknienie spaczone i powinno to się leczyć, jednak nie potrafię iść do psychiatry i chwalić się wszem i wobec swoimi obrzydliwościami. Za bardzo się tego wstydzę, tym bardziej że w swoim mieście jestem dość szanowaną osobą. Dlatego swoje sekrety zabiorę ze sobą do grobu.
Kocham bałagan. Ale taki prawdziwy, a nie taki, który ma koleżanka, która nam otwiera drzwi, mówiąc: „Wybacz ten bałagan”, a okazuje się, że polega on na jednym kubku w zlewie. Jestem mistrzem w robieniu syfu, a porządek mnie irytuje. Zawsze gdy się zbiorę i posprzątam, to po godzinie jest znów to samo, bo nic znaleźć nie mogę. Odkąd mój mąż wyjechał za granicę (ja pracuję w domu), to nawet nie zawracam sobie głowy sprzątaniem. Przy biurku mam parapet, zawsze stoją na nim minimum trzy kubki i talerze z całego dnia. Wynoszenie ich po każdym posiłku jest dla mnie stratą czasu, gdy mogę całą stertę wynieść pod wieczór i zamiast pięciu kursów robię jeden. Ubrania? Czyste do szafy, raz chodzone leżą koło łóżka na dywanie i czekają na ponowne założenie. Kable? Pięknie rozwalone pod całym biurkiem. Dokumenty do pracy? Na biurku, na parapecie, na szafce, na podłodze, co najśmieszniejsze, wiem, w którym miejscu, gdzie i co leży. Butelki po napojach? Obok śmietnika pod biurkiem czekają na swój dzień, czyli aż zbierze się minimum cztery. Okna? Myte dwa razy do roku, chyba że już naprawdę mi przeszkadza warstwa brudu. Na blacie w kuchni mam rozwalone wszystko z całego dnia i dopiero przed snem to wkładam do zmywarki. Jedyne co robię regularnie, to wyrzucanie śmieci. Jestem zupełnym przeciwieństwem mojej teściowej, która po każdym gotowaniu szoruje kuchenkę, a ja zachodzę w głowę po co. Przecież zaraz znów coś będzie smażyć, znów gotować i będzie syf, nie lepiej raz, a porządnie wieczorem niż pięćdziesiąt razy dziennie?
Mam szczęście, że teściowa do nas nie wpada, gdy męża nie ma, bo chyba bym musiała dzwonić po karetkę.
Mąż wraca za miesiąc, więc już powoli żegnam się ze swoim syfem i z niecierpliwością będę czekać, aż znów pojedzie i nie będę musiała udawać, że kolekcja kubków na parapecie mi przeszkadza.
PS W domu robaków nie mam, nic nie pleśnieje, nie śmierdzi, a podłoga się nie klei (lecz to ostatnie to akurat kwestia mojego geniuszu, pod wpływem którego kupiłam robota sprzątającego) :D
Miałem około 4 lat i jak każde dziecko pragnąłem jak najszybciej dorosnąć. Wielokrotnie widziałem mojego ojca golącego kilkudniowy zarost. Uznałem więc, że jest to oznaka dorosłości i aby zostać mężczyzną, również muszę zacząć się golić. Ale jak? Przecież nie mam brody ani wąsów...
Po chwili namysłu (i poszukiwań maszynki taty) stanąłem przed lustrem i kilkoma ruchami ogoliłem sobie brwi.
Za dzieciaka bardziej odpowiadało mi towarzystwo chłopców. Kiedyś byłam u koleżanki mojej mamy na caaalutki dzień, miała o rok młodszego ode mnie syna (mieliśmy wtedy mniej więcej po 10-11 lat), ależ to była frajda! Wygłupialiśmy się, łaziliśmy po drzewach, były wakacje, więc cały dzionek spędziliśmy na dworze.
Niestety, jak to zazwyczaj bywa, pomysły się wyczerpały. Hmmm... co by tu teraz porobić? Nagle oboje spojrzeliśmy na stary, ogrodniczy, metalowy wózek, koła ledwo się trzymały, ale ważne, że dało radę się w nim wozić! Wywlekliśmy go na uliczkę (bardzo rzadko jeździły tędy samochody, a że był położony dość nowy asfalt, super się śmigało). Najpierw ja woziłam kolegę, drąc przy tym gębę. Teraz moja kolej! Usadowiłam się w wózku i nagle kolega krzyknął: „Trzymaj się mocno! Pokażę ci iskry!”. WOOOOW, SUPER, DAWAAAJ! Wziął rozpęd i puścił ciężką rączkę wózka na asfalt, i faktycznie, były iskry, i było super zabawnie, dopóki wózek nie najechał na kamień i nie zrobił kilka fikołków ze mną w środku. Dodatkowo dostałam ramą od wózka po paluchach, tak że trzy palce były dosłownie zmasakrowane. Z płaczem udaliśmy się do domu, ja z całą zakrwawioną ręką, kolega przerażony.
Ale jak palce się zagoiły, to mieliśmy jeszcze lepsze pomysły!
Dodaj anonimowe wyznanie