Moja dziewczyna postanowiła zrobić mi „test na miłość”. Powiedziała, że jeśli ją kocham, to mam oddać jej swoją kartę kredytową na tydzień.
Cóż, nie przeszedłem testu. Nie potrzebuję w życiu materialistki, dla której dowodem miłości są pieniądze.
Jedyny powód, dla którego zapisałam się na studia magisterskie, to fakt, że podoba mi się mój wykładowca psychologii.
Wdepnąłem w pułapkę na skorpiony – to jest taki lep, trochę jak na muchy, skorpion się przyczepia, nie może się ruszyć i w końcu umiera. Wdepnąłem w tę pułapkę boso... Jeden skorpion był już w nią wklejony i był jeszcze żywy... Przez kolejny miesiąc nie miałem nawet możliwości założenia buta, że o bólu nie wspomnę, bo najbardziej to i tak bolała ujma na honorze, że jestem takim debilem.
Przez przypadek kopnęłam faceta w autobusie w... organy. Zrobiło mi się strasznie głupio i zaczęłam przepraszać, a on mnie uciszył i powiedział tylko: „Ale spokojnie, mi się bardzo podobało, mogłabyś jeszcze...”. W tej chwili to dopiero zrobiło mi się głupio... Wysiadłam na najbliższym przystanku.
Pozornie wszystko u mnie jest OK – odeszłam z dzieckiem od męża alkoholika, mam dobrą pracę.
Nikt jednak nie wie, że co noc płaczę z samotności w poduszkę i że pracę straciłam (jeszcze na wypowiedzeniu jestem, więc łatwo udawać).
Nie chcę na nikogo zrzucać swoich problemów i mam nadzieję, że znajdę pracę, zanim zacznę naruszać oszczędności.
Przez 20 lat życia byłem święcie przekonany, że napis „QUARTZ” na zegarkach to nazwa producenta.
Moja babcia kończy jutro 99 lat. W związku z tym organizujemy rodzinną imprezę. Dziś coś do mnie dotarło. Niewiele myśląc, chwyciłem za telefon i obdzwoniłem wszystkich zaproszonych, aby bardzo ich poprosić o powstrzymanie się od śpiewania piosenki „Sto lat niech żyje nam”. Mogłoby to zabrzmieć, jakbyśmy wszyscy życzyli babci rychłej śmierci…
Droga jest pełna chamów i buraków. Tak się złożyło, że pracuję w stałym miejscu, 7 km od domu. Samochodem jeżdżę przez zimę, w kiepską pogodę lub gdy muszę jechać gdzieś dalej lub na zakupy, bo zazwyczaj więcej stoję w korku, niż jadę. Komunikacji miejskiej szczerze nienawidzę, więc doszedłem do wniosku, że najrozsądniejszym środkiem transportu jest rower, ale oczywiście nic nie jest takie piękne w Cebulandii. Nie ma żadnego dnia, w którym jakiś baran za kółkiem nie wpieniałby mnie. Mam świadomość, że rowerzyści też są przeważnie denerwujący i czasem pchają się tam, gdzie nie powinni. Sam lubię też zasuwać autem, ale niektórzy po prostu jadą po bandzie, zasuwają 100 km/h przez miasto, wymuszają pierwszeństwo, wpychają się na chama, gdzie się da, a jak jedziesz obok rowerem, to jesteś największym wrogiem, intruzem na jezdni i trzeba cię obtrąbić, a najlepiej zepchnąć do krawężnika. Zauważyłem również tendencję, że im droższy samochód, tym większy prostak za kierownicą. Jeżdżę przeważnie ulicą z kilku powodów, m.in. dlatego, że stan niektórych ścieżek jest opłakany, przechodnie wtryniają się pod koła i o ironio, stoją na niej zaparkowane samochody, więc nie mam innej możliwości niż zjechać na jezdnię. Ale zaraz taki tępak, zamiast jak cywilizowany człowiek wyminąć mnie, musi mnie obtrąbić, zwyzywać od najgorszych i zajeżdżać drogę. Nie mogę tego po prostu pojąć, skąd takie buractwo bierze się na drogach. Czy tacy kolesie mają problem z wykonaniem prostego manewru na drodze, czy czują się tak cudownie, mogąc sponiewierać jakiegoś pedała (tak raz zostałem nazwany) na rowerze? Bo wnerwia mnie to już niesamowicie.
Jestem nauczycielką w szkole podstawowej. Uczę angielskiego klasy 1-8. Szkoła mała, ok. 100 dzieciaków. Można by pomyśleć raj, ale ja codziennie zastanawiam się, jak wytrzymałam te 4 lata.
Są dni, że idę do pracy i dzień leci; lekcje OK, lecz coraz częściej stresuję się, boli mnie brzuch (nawet jak pomyślę o pracy). Nie wiem, jak długo wytrzymam... Staram się nie zanudzić uczniów, pracujemy w grupach, oglądamy filmy, tik toki, wymyślam zadania interaktywne... A i tak coraz częściej, zamiast realizować materiał, muszę przywoływać do porządku, prosić o nierozmawianie. Mam wrażenie, że właśnie taki archetypowy nauczyciel, który krótko trzyma dzieciaki, jest najlepszym rozwiązaniem. Te wszystkie nowe modele nauczyciela nie sprawdzają się...
Do tego ilość obowiązków poza lekcjami. Tony papierów (gdybym była wychowawcą, to jeszcze więcej) to istny kosmos momentami... Siedzę po nocach i tworzę.
Nikt oprócz rodziny (no i może paru sąsiadek i pań z okolicznych monopolowych) nie wie o alkoholizmie mojego ojca. Wiele osób wylewa tutaj żale wobec ojców, którzy swoim nałogiem zniszczyli im dzieciństwo, ale mało kto skupia się również na roli biernej matki.
Ojciec pił, od kiedy sięgam pamięcią. Pił, kiedy się urodziłam, pił, kiedy moje kilkanaście lat starsze rodzeństwo się rodziło, ba, pił, nawet gdy poznał moją mamę. Nie był co prawda typem alkoholika, który codziennie chleje wódkę i leję swoją rodzinę. Nigdy na nas ręki nie podniósł, całe życie pracował i przynosił wypłatę (uszczuploną o parę stówek na alkohol), która starczyła na normalne życie. Jednak kilka do kilkunastu piw dzień w dzień wystarczyło, żeby zniszczyć mi dzieciństwo. Oprócz ojca w stanie upojenia, pamiętam wieczne awantury powodowane jego cholerycznym charakterem (zawsze inne zdanie od wszystkich i to on miał rację). Ile razy moja mama i rodzeństwo, którzy przyprowadzali znajomych, musieli się wstydzić – nie zliczę (ja w nastoletnim wieku już nikogo nie zapraszałam).
Może ktoś pomoże mi zrozumieć, co kierowało kobietą, która przez niemal 40 lat nie zostawiła takiego człowieka? Z pewnością nie była to miłość, bo o ile mama zawsze okazywała nam dużo matczynej czułości, to nie kryła się z tym, że ojca nigdy nie kochała. Co usłyszało dziecko na pytanie, jak się poznali i wzięli ślub? „Nie kochałam ojca, powiedział, że się zabije, jak za niego nie wyjdę”. Dodam, że była młoda i piękna, więc nie związała się z nim z desperacji. Przez całe życie nie ukrywała również, że jest nieszczęśliwa. Jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa są wczasy z wujostwem, gdzie dorośli popili, a ja leżąc w łóżku, zza zamkniętych drzwi usłyszałam, jak to mama marzy o tym, żeby wziąć do kieszeni 1000 zł i pójść na plażę, żeby ktoś ja napadł i uciął jej łeb. Nie wiem co gorsze: życie z alkoholikiem czy ze świadomością, że twoja mama po cichu marzy o śmierci? Czy tkwiła w tym toksycznym małżeństwie z uwagi na „dobro” dzieci? Ojciec nigdy nami się nie zajmował, a my go nie szanowaliśmy i nie szukaliśmy z nim kontaktu. Może więc bała się, że sama sobie w życiu nie poradzi?
Nie jestem w stanie zrozumieć postępowania nie tylko mojej mamy, ale każdej kobiety, która tkwi w związku z alkoholikiem. Oczywiście to ojca winię za skrzywienie psychiki, ale do mamy mam żal. Nigdy jej tego nie powiem, bo wiem, że sama się w życiu nacierpiała i może myślała, że jeszcze bardziej skrzywdziłby nas brak ojca. Do niedawna wmawiałam sobie, że sytuacja w domu po mnie spłynęła, ale w końcu człowiek nie rodzi się z poczuciem bycia gorszym, chorobliwą nieśmiałością i wiecznym poczuciem wstydu. Łudzę się, że „wyrzucenie” z siebie tego tutaj w jakiś sposób pomoże mi w uporaniu z żalem.
Dodaj anonimowe wyznanie