#dGq61

Ludzie mają różne dziwne fobie. Ja też mam jedną, o której nikomu jeszcze nie mówiłam. Nie jest to coś, przy czym panikuję i mam problemy z regularnym oddechem, ale jednak w dalszym ciągu ogarnia mnie drobny niepokój. Otóż boję się tykania zegara.

Zaczęło się to, gdy jako dziecko dość często miewałam jeden i ten sam koszmar. Czasem zmieniało się miejsce - najczęściej był to szkolny korytarz, albo dość długi salon w moim poprzednim domu. Na końcu pomieszczenia, które w śnie wydawało się jeszcze dłuższe, było dziwne coś, co się do mnie uśmiechało z jego końca i powoli się zbliżało. I kiedy to stawiało kroki, robiło to dokładnie w rytmie tykania zegara. Z jego odgłosami. Czasem czas płynął nawet o wiele wolniej niż zegarowe sekundy, więc postać szła naprawdę bardzo powoli, ale ciągle w moim kierunku i z tą samą twarzą, która była jak namalowana, nie zmieniała się ani trochę. Nie miałam wtedy gdzie uciec i obserwowałam go, gdy dalej szedł w tym samym tempie.
Jeden, jedyny raz w trakcie jego zbliżania się i tykania tego nieszczęsnego zegara przebiegłam parę kroków i schowałam się w toalecie, która była jedynym pomieszczeniem na korytarzu. Wtedy po czasie pojawił się w drzwiach łazienki, stojąc do mnie bokiem, dokładnie w tym samym kierunku, w którym szedł wcześniej, ale nie zrobił ani kroku dalej. Jakby czekał.
Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek skończył swoją powolną wędrówkę i do mnie podszedł, zawsze sen kończył się albo budziłam się, zanim był jakkolwiek blisko. Nie miałam tego snu od naprawdę wielu lat, ale pojawiał się on przynajmniej kilka, może kilkanaście razy, nawet kiedy byłam naprawdę małym dzieckiem - jednym z miejsc była sala przedszkolna.

Mimo że już dawno nie jestem dzieckiem, to dalej odczuwam niepokój, słysząc tykanie zegara - czuję wtedy, jakby coś się powoli zbliżało i nie mogę zapomnieć o tym śnie, nawet jeśli minęło tyle czasu.

#0E671

Kolega miał bardzo zazdrosną żonę, czasem niektóre sytuacje wyglądały jak z anegdot i kawałów. Kiedyś, jak staliśmy w sklepie i rozmawialiśmy, podeszła do nas koleżanka, z którą znamy się jeszcze od czasów szkolnych, a kolegi żona dosłownie się przed nami zmaterializowała. Zaczęła się interesować, skąd on zna tę kobietę, pytać, czy coś ich łączyło i tym podobne. Trochę to było żenujące, więc razem z koleżanką poszliśmy dalej, a ona po chwili stwierdziła, że szkoda chłopa, bo to taki fajny gość, a ma tak pieprzniętą żonę. Najlepsze, że po jakimś czasie okazało się, że żona kolegi praktycznie cały czas go zdradzała... Oświeciła go sąsiadka, której było po prostu żal tego mojego kolegi.
Kolega już jest po rozwodzie, teraz ma bardzo fajną dziewczynę, też rozwódkę, z którą widać, że tworzą świetną parę.

Wniosek? Jeśli ktoś jest aż za bardzo zazdrosny, to chyba czasem warto się zainteresować, czy taka osoba nie ma czegoś na sumieniu.

#Ke02d

Wyjaśni mi ktoś czemu kiedy wszedłem w związek nagle stałem się atrakcyjnym?

Przez pierwsze 18 lat życia nie miałem dziewczyny, nawet takiej na cimcirimci.
Próbowałem, ale żadna nie była zainteresowana.
Kiedy w wieku 20 lat znalazłem dziewczynę, z którą jestem już 2 lata i nic nie zwiastuje końca, nagle działy się jakieś dziwne rzeczy. A to koleżanka z klasy wyznaje mi, że się jej podobam, jakaś inna dziewczyna pisze do mnie na FB, że jakaś koleżanka, która mnie zna, opowiadała o mnie i chce się ze mną poznać, a to koleżanka mojej dziewczyny zaczyna mi sugerować że "dziewczyna nie ścianą...

#OFbiV

Na obozie harcerskim była wpajana zasada, że jak złamiesz nogę, to przywiązujesz ją do zdrowej nogi, żeby ją usztywnić.

Pewnego razu zdarzył się wypadek taki, że dziewczyna spadła z drzewa i złamała obie nogi. Co więc zrobili nasi dzielni koledzy pod czujnym okiem dorosłych? Obok laski położyło się dwóch chłopaków, po jednym z każdej strony i przywiązali jej połamane nogi do swoich nóg, bo w końcu jest zasada, żeby usztywnić do zdrowej nogi.

Ratownicy z karetki zdrowo wszystkich opieprzyli, a chłopcy byli jeszcze obrażeni, że nikt nie docenił ich "geniuszu"...

#egfZw

Nie lubię dzieci, nie bardzo potrafię się z nimi dogadać, peszy mnie fakt, że zadają tyle pytań i wymagają ciągłej uwagi. Mimo to dorabiam sobie jako opiekunka do dzieci, bo mogę dzięki temu bezkarnie chodzić na poranne "bajkowe" seanse do kina i to za darmo - rodzice mojego podopiecznego wysyłają nas tam co sobotę, kiedy chcą pobyć sami w domu.

#EnUcS

Nasi sąsiedzi nie cierpią kotów. Jest to problematyczne, gdyż te futrzaki zawsze były częścią naszej rodziny, co - jak można się domyślać - prowadziło do spięć.

Pewnego słonecznego, letniego dnia, mama była na kawie u naszej drogiej sąsiadki. Oczywiście rozmowa musiała zmienić się w narzekania na naszych wąsatych pupili. Gadka była dokładnie taka sama co zazwyczaj - nasze koty sikają na kwiaty, drzewka, krzewy, czy co tam jeszcze mają w ogródku. W czasie tej rozmowy popijały sobie kawkę na tarasie, mając doskonały widok na wyżej wymieniony ogródek. Nie mogły więc przegapić wychodzącego na dwór kilkuletniego syna sąsiadki.

Więc w niezakłóconej niczym ciszy patrzyły, jak chłopiec zdejmuje spodnie, rozstawia nogi i żółtym strumieniem podlewa ukochane kwiatki swojej mamy.

Nasze koty już nigdy więcej nie miały postawionych zarzutów o dewastowanie okolicznej flory. :D

#KktrB

Zabiłam kiedyś jeża. Ale od początku.


Mieszkałam kiedyś z chłopakiem na osiedlu domków jednorodzinnych, gdzie z jednej stratny były łąki i różne krzaki. I właśnie w zimie z tej łąki, na drogę osiedlową przypałętał się mały jeżyk. Nie był to już mój pierwszy tak uratowany. Wzięłam więc malucha do domu, naszykowałam mu specjalny domek, nakarmiłam i tak sobie żył, czekając na pojawienie się roztopów i wyższej temperatury.


Miałam też ją w sypialni łóżko, które "wędrowało". Był to tapczan, który po nocy odsuwał się od ściany na odległość jakąś 5-7cm. Później rano jak ścieliłam łóżko, dosuwałam tapczan do ściany.

Ale przejdźmy dalej do historii.


Pewnego dnia zauważyłam, że ręcznik, który wisiał na grzejniku (w celu wysuszenia) leży na podłodze, zwinięty w kłębek. Pomyślałam że ów jeżyk się w nim zakopał i smacznie sobie śpi. Nie myślałam, żeby faktycznie to sprawdzać, bo już nie raz tak było. Tak więc zajęłam się łóżkiem i oczywiście przysunęłam je do ściany. Nie poczułam nic dziwnego, żadnego oporu ani nic.


Dopiero chyba na drugi dzień, jak nie słyszeliśmy charakterystycznego tuptania, zaczęliśmy zwierzaka szukać.
I tak po dłuższych poszukiwaniach znalazł go chłopak. Jeżyk niestety był ściśnięty między łóżkiem a ścianą. Nie było szansy na odratowanie. Chłopak tak się tym przejął, nie zważając na moje tłumaczenia i wszystko wyrzucał sobie. Wziął więc zwierzaka i zakopał go gdzieś za domem. A mi do tej pory pojawiają się wyrzuty sumienia, że nie spojrzałam za łóżko.
Wybacz jeżyku.
Dodaj anonimowe wyznanie