Od okołu 8–9. roku życia się jąkam. Rodzice szybko to zauważyli i zapisali mnie do logopedy. Problem dość szybko zniknął, ale nie na długo. W wieku 11 lat jąkanie wróciło z podwójną siłą. Powróciłam na zajęcia z logopedii, ale efekty były bardzo powolne mimo ciężkiej pracy. Z każdym miesiącem moja wada coraz bardziej utrudniała mi codziennie rozmowy z ludźmi. Bałam się powiedzieć cokolwiek, bo mogłam się zaciąć w każdej chwili. Dopiero w wieku 12 lat dowiedziałam się, że moje jąkanie wynika z zaciśniętej szczęki oraz silnego stresu. Akuratnie sytuacja rodzinna jeszcze bardziej rozwijała wadę do takiego stopnia, że unikałam, jak ognia, mówienia czegokolwiek. A jeśli już coś mówiłam, to byłam cała napięta i zestresowana. Potem zaczęłam chodzić na fizjoterapię i szczęka nie była tak zaciśnięta i mogłam swobodniej mówić, jednak dalej się jąkałam. Był pewien okres, że mówiłam bardzo płynnie, ale ostatnio to wszystko wróciło.
Nie wiem, dlaczego akurat ja się tak jąkam. W całej mojej rodzinie ten problem posiada tylko mój dziadek (ale i tak w łagodnej formie), no i ja. Przez to wszystko czasem wolę przemilczeć całe spotkanie rodzinne niż męczyć się i stresować powiedzeniem paru zdań. Czuję, że przez moją wadę wymowy zamykam się w sobie. I szczerze, nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłabym tego, przez co ja przechodzę.
Na studiach miałem kumpla, który z racji na swoje wielkie powodzenie u kobiet miał ksywkę Alvaro. Pewnego dnia powiedział mi, że poznał dwie śliczne dziewczyny i uważa, że moglibyśmy spędzić fajne wieczór w czwórkę. Najpierw jakieś kino, potem pub, parę piwek, a potem, jak wszystko dobrze pójdzie, to może nawet i noc w jednym z hoteli? Pomysł bardzo mi się spodobał, bo od czasu zerwania z dziewczyną (rok wcześniej) moje kontakty z płcią przeciwną wołały o pomstę do nieba.
Alvaro nie kłamał – panie były faktycznie bardzo atrakcyjne. Poszliśmy więc do kina. Po paru minutach seansu zorientowałem się, że mój przyjaciel całuje się z obiema dziewczynami naraz, a ja siedzę jak ostatni przegryw i nerwowo się pocę. Nie mogąc znieść tej wybitnie wręcz niezręcznej sytuacji, wykorzystałem pretekst wyjścia do kibla na szybką ewakuację do domu.
Alvaro powiedział mi potem, że głupio zrobiłem, bo „laski były chętne” i obie zabrał do hotelu…
Przez 7 lat byłam w związku. Jak u każdego początki były piękne, do czasu, aż wybudował dom. Zaczęły się kłótnie, rozkazy, wyzwiska, czas wolny każdy spędzał osobno. Przez pierwsze dwa lata nie miałam kontaktu z żadną z koleżanek, dopiero po pierwszej mocniejszej kłótni zdałam sobie sprawę, że nie mam się komu wygadać i postarałam się odnowić znajomości.
Gdy uderzył mnie pierwszy raz, dałam sobie wmówić, że to moja wina. Wiecie, czego nie zrobiłam? Nie poszłam i nie rozwiesiłam prania od razu, jak się skończyło. Byłam na każdego jego zawołanie. Gotowałam, sprzątałam, prałam, prasowałam, robiłam zakupy, robiłam wszystko, co chciał. Co miałam w zamian? Nie musiałam dokładać się na rachunki za dom, ze swojej wypłaty robiłam zakupy do domu czy ogrodu. Opłacałam samochód czy tankowałam.
Przez 3 lata mieszkaliśmy w nowym domu, ale osobno. On na górze, ja na dole. Gdy wchodziłam do kuchni, mówił, abym teraz wyszła, bo on będzie jadł i nie ma ochoty na mnie patrzeć. Gdy pojechałam na tydzień do rodziców (on nigdy nie chciał ich poznać), zadzwonił do mnie i powiedział, że mam wracać, bo trzeba pościel zmienić u niego w sypialni. To nie była prośba, to był rozkaz. Nie mogłam się przeciwstawić, bo nie miałabym się gdzie podziać. Rodzicom mówiłam, że jest wszystko dobrze, tylko koleżanki wiedziały, jak jest naprawdę. Gdy była kolejna kłótnia, uderzył mnie i wyrzucił z domu w środku zimy w piżamie. Wiecie, co zrobiłam? Poprosiłam go, aby mnie wpuścił. Przepraszałam go za to, za co nie powinnam. On dalej mnie wzywał i poniżał. Znosiłam to. Do czasu.
Wznowiłam kontakt z kolegą, którego znałam jeszcze z podwórka. Jemu zaczęłam się żalić. To on przez rok uświadamiał mnie, że jestem o wiele więcej warta, niż mówił mój chłopak, że nie jestem nikim, że jestem silną osobą, ale muszę znaleźć odwagę, aby odejść i nie bać się. Spotkałam się z nim i jego dziewczyną kilka razy, czułam ich wsparcie. Dali mi siłę. To dzięki nim przy kolejnej kłótni postawiłam się i powiedziałam: koniec wyzwisk, bicia, koniec poniżania. W ciągu tygodnia znalazłam mieszkanie, spakowałam się, odeszłam.
Po półtora roku poznałam obecnego chłopaka. Spodziewamy się dziecka. Teraz mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Koleżanki mówią, że w moim głosie jest teraz więcej szczęścia niż smutku. Stałam się silniejszą osobą.
Często myślę, jak ja mogłam dać tak sobą pomiatać. Pozwalałam na takie traktowanie. Wstyd mi, że byłam tak słaba, że dałam sobie wmówić, że jestem nic niewarta. Nikomu nie życzę, aby przechodził przez to, co ja.
Od dwóch lat pracuję w małym lokalnym sklepie z zabawkami. Szef mieszka w innym mieście, sklep prowadzę ja i koleżanka. Pensja + premia (miesięcznie wychodzi od 300 do 500 zł). Nie ma źle, nie ma dobrze. Mamy tylko jedną zmianę 10:00-18:00 + co druga sobota 10:00-15:00, chyba że jest czas urlopowy, wtedy bywa różnie.
Od końca ubiegłego roku mieszkam z chłopakiem. Z pensji nas obojga spokojnie starcza na opłacenie rachunków, zakupy, wyjście tu i ówdzie oraz jakieś drobne przyjemności. Nawet udało nam się odłożyć, aby opłacić OC/AC plus wyjechać na 10 dni w Bieszczady bez zadłużenia.
Tym, czego nie powiem nikomu, jest to, że najbardziej w świecie irytuje mnie fakt, że partner pracuje na pół etatu. Jak przychodzi do domu, to zawsze coś ogarnie, ugotuje obiad. A ja czuję się zazdrosna, że to nie ja jestem wcześniej w domu, że to nie ja gotuję obiady. Chciałabym mieć więcej czasu dla siebie. On ma ten czas, że przychodzi i mnie nie ma. Ja tego nie mam. Jestem sfrustrowana. Mówię mu, że chcę być sama. Z tym nie ma problemu. Zamykam się w innym pokoju albo wychodzę. Mimo wszytko to nie to samo, jednak czegoś mi brak.
PS Myślałam nad zmianą pracy, ale nie jest to takie proste. Nie mogę sobie pozwolić, aby nie pracować, bo zwyczajnie nie będziemy mieli za co żyć. Obciążać go dodatkowym etatem też nie zamierzam. Nie tak to ma funkcjonować, że jeden się urabia, a drugi leży i pachnie. Szukam odpowiednich ofert, jednak takich na 3/4 etatu jest jak na lekarstwo, 6 godzin to mój wymarzony etat. Nie za dużo, nie za mało. Dodatkowo nie chcę pracy w obsłudze klienta. Tyle buców, chamów i po prostu dupków nie spotkałam w całym swoim życiu jak przez 2 lata pracy w sklepie.
Chciałam coś napisać o „kochanej” babci.
W moim życiu praktycznie nigdy tej kobiety nie było. W najważniejszych momentach mojego życia (chrzest, komunia, 18. urodziny, ślub) jej nie było. Bo zawsze coś. Jedyne momenty z dzieciństwa, jakie z nią pamiętam, to jak przyjechała i kiedy mama pokazywała moje i rodzeństwa świadectwa, „babcia” stwierdziła, że jej to nie obchodzi i nie ma czasu. Innym przykładem jest wyjazd mój i męża (wtedy jeszcze nie męża) do kraju, w którym babcia mieszka. Na wiadomość o fakcie, że dzień wcześniej mój się mi oświadczył, stwierdziła, że i tak nikt jej nic nie mówi, to nie obchodzi jej to.
Dla mnie ta kobieta to obca baba, ale przez wzgląd na moją mamę rok temu pojechałam z nią do babci, a żeby było śmiesznie, na to słynne Podlasie. Pojechałam z mamą i z 2-letnią córka oraz byłam w 6 miesiącu ciąży. Na ogół jestem dość pracowita, ale będąc nie u siebie, do tego z dzieckiem i w ciąży, praktycznie nic nie robiłam. Czułam się tam źle i nieswojo. Pojechałyśmy na 5 dni, jednak tego, co się stało drugiego dnia, nie zapomnę do końca życia.
Babka wzięła mnie na stronę i zaczęła wypytywać o spory z mamą... Odpowiedziałam pokrótce i stwierdziłam, że to moja sprawa i mamy, więc nie będę jej nic mówić. I wtedy się zaczęło... Zaczęła krzyczeć, że to jej córka, więc to także jej sprawa, że jestem niewdzięczna, że powinnam być wdzięczna jej najbardziej... Było mi przykro, ale że to rzekomo moja babcia powiedziałam, że nie chcę rozmawiać i pójdę sobie, bo nie chcę się kłócić. A ta kobieta wpadła w jakiś szał. Wyzywała mnie od najgorszych, moją córkę od bachorów, a nienarodzone wtedy dziecko od diabłów. Stwierdziła, że dobrze, że jestem w ciąży, bo by mi tak przyłożyła, że bym chodziła jak w zegarku... Tak się poryczałam, że szok. Mama nie wiedziała, co się stało, a ja płacząc, zapytałam, czy jedzie ze mną, czy mam dzwonić po męża, by po mnie przyjechał... 10 minut później już wracaliśmy z tego wariatkowa. I po ok. 50 km mama mi powiedziała, że gdy zobaczyła, jak się babka na mnie wydziera, przypomniało jej się, jak kiedyś matka ją traktowała i dlaczego w wieku 15 lat poszła do szkoły do Warszawy...
Dla mnie ona nie istnieje, jedynie przykro mi z powodu mojej mamy i dzieci. Nie mam z nią żadnego kontaktu, moje córki, a jej prawnuczki już jej nie zobaczą. Jednak przez wzgląd, jakim jest człowiekiem, mam nadzieję, że umrze sama, bez dzieci i wnuków.
Mam dwadzieścia kilka lat, a w te wakacje czuję się, jakbym przeżywała bunt nastoletni.
Wróciłam do domu po kolejnym roku studiów, na lato, jak zwykle. Od pierwszego dnia rodzice traktują mnie jak małolatę, na siłę wypełniają czas wolny, stawiają mi ograniczenia, nakazy i zakazy, które nie są niczym poparte – wszelkie próby dyskusji, które podejmuję, kończą się fiaskiem albo kłótnią. Najgorsza jest mama, która wpada ciągle w stany paranoiczne albo o coś mnie oskarża („już ty wiesz o co!” – liczy na to, że się domyślę). Domyślam się, że wszystko wzięło się z tego, iż moi rodzice nie radzą sobie ze świadomością, że pierwszy raz w życiu jestem w poważnym związku. Bardzo lubią i szanują mojego partnera i cieszą się z mojego wyboru, ale nagle zaczęli postrzegać mnie jak nieodpowiedzialną piętnastolatkę. Mimo że zawsze mi ufali, dawali mi wolną rękę w wielu sprawach i wiedzieli, że nie jestem skłonna do robienia głupot.
Między innymi mają pretensje, że utrzymuję z nim kontakt, będąc w domu, że w jego towarzystwie „zupełnie się zmieniam” (co oznacza, że od czasu do czasu przytulam partnera, a przecież unikałam kontaktu cielesnego z osobami z rodziny! Lub rozmawiam z nim przez telefon, a nie lubiłam tego robić!), że (podobno) zrobiłam się gapowata i niezdarna.
Mama ciągle chodzi za mną i ni z gruchy, ni z pietruchy wali mi teksty typu „nie angażuj się”, „nie przyzwyczajaj się do niego”, „chyba oszalałaś”. Hitem jest dzisiejszy festiwal zdrabniania naszych imion do przesady z komentarzem „bo w moich oczach jesteście dzieciakami”... Jeśli usiłuję poznać przyczynę, słyszę tylko „wiesz czemu” albo bezsensowne wrzaski i skargi na to, jak złym dzieckiem jestem.
Zupełnie nie wiem, jak z rozmawiać z rodzicami i jak przeżyć w zdrowiu do końca września w domu. Mam ochotę stąd uciekać, ale to tylko potwierdziłoby ich teorie o moim ogłupieniu i zmianie zachowania. Kocham moich rodziców, ale czuję się, jakby nagle sprzysięgli się, żeby zrobić mi pranie mózgu.
Kiedyś wybrałam się do kina z chłopakiem z internetu.
Wszystko fajnie, niby dobrze się bawił, po filmie postanowiliśmy iść na spacer.
Zaczęliśmy omawiać obejrzany film (pojechaliśmy na najnowszego Spider-Mana).
Powiedziałam, że bardzo podobają mi się filmy Marvela, poczucie humoru, aktorzy, efekty.
Mój towarzysz wielce się oburzył, stwierdził, że poczucie humoru i żarty są prymitywne, żałosne i on to nie wie, jak ludzie mogą to oglądać.
Nawet nie dacie rady wyobrazić sobie, jak oburzony był i jaką awanturę urządził mi wśród wielu ludzi, gdy wspomniałam, że przecież to on wybrał film i gdy zapytałam, po co oglądał pozostałe filmy wyprodukowane przez tę wytwórnię.
Mam nerwicę lękową. Chodzę na terapię. Dziś po 20. latach zorientowałam się, że wciąż boję się mojego byłego męża, który mnie katował. I że mam wyrzuty sumienia, że wyjechałam z córką, która mając dość jego agresji, zerwała z nim kontakt. Że go tym zraniłam i zraniłam też ją, bo dorastała bez ojca...
Bo wciąż słyszę, jak on krzyczy, że jestem nikim, że wszystko, co złe, to moja wina...
Tuż po maturze poszłam na staż, który później został przedłużony o umowę o pracę na ½ etatu. W międzyczasie studiowałam zaocznie. ½ etatu to nie było nic wielkiego, zwłaszcza że to było pół etatu od najniższej krajowej. Nie narzekałam. Rodzice obiecali, że to oni sfinansują studia. Ja za to z tej małej pensyjki finansowałam sobie jedzenie, dojazdy, książki i resztę, na którą wystarczyło pieniędzy. Czułam się samodzielna, bo nie musiałam prosić rodziców o kilka groszy na nowy ciuch czy cokolwiek.
W tym samym czasie mój ekschłopak nie poszedł do pracy, bo matka kazała mu zostać w domu z ojcem. Ale poszedł na te same studia co ja, więc trzeba było je jakoś sfinansować. Rodzice mu nie dawali ani grosza i nie pozwolili pracować. Jak już znalazł pracę na cały etat (zarabiając ze 3 razy tyle co ja), to ciągle brakowało mu pieniędzy i czasu. A bo studia, a bo dojazdy, a bo coś tam… Ja miałam dość sporo oszczędności, to mu pożyczałam. Na szczęście wszystko oddawał.
Miarka zaczęła się przeginać w sytuacjach, gdy ja sobie coś kupowałam (szczególnie jedzenie w restauracji). On „nie miał kasy”, żeby za mnie zapłacić, więc przeważnie ja sobie zamawiałam, a on siedział i się patrzył, jak jem. Ciągle mi wypominał, że tyle odkładam, zarabiając 3 razy mniej niż on, a on sobie na to nie może pozwolić. To ja przeważnie płaciłam za paliwo, jak razem dojeżdżaliśmy na uczelnię. Ja robiłam jedzenie i zabierałam dla naszej dwójki, żeby jakoś przeżyć 12 godzin wykładów. Kiedy się zbuntowałam i powiedziałam, że ma mi dawać połowę za paliwo i kupować chociaż bułki na kanapki, to była wielka obraza majestatu, bo czego ja od niego chcę! Efekt? Kupował paliwo za kilkadziesiąt złotych, żeby wystarczyło na przejazd, a kanapki robiłam dla siebie. On siedział głodny, bo szkoda mu było wydać kasę. Nie było mi wcale głupio.
Ciągłe kłótnie o pieniądze wyniszczyły mnie psychicznie. Wypominał mi, że to rodzice finansują mi studia i że jestem w lepszej sytuacji. Jego matka ciągle mówiła, że po co poszliśmy na zaoczne, skoro dzienne są „za darmo”. Jak ja ją zapytałam, czy dałaby synkowi kasę na dojazdy albo na wynajęcie mieszkania, to nastała głucha cisza.
Doszło do tego, że brałam mnóstwo nadgodzin, żeby móc jeszcze więcej odłożyć. W końcu organizm powiedział – dość. Przestałam latać za pieniędzmi, żeby mu na każdym kroku pomagać. Miałam dość. W końcu ze sobą zerwaliśmy i wiecie co? Odpoczęłam, bo nie musiałam się przejmować darmozjadem, który żerował na moich kilku stówkach.
Zmieniłam pracę na lepiej płatną. Mój obecny chłopak nie ma problemu z wydawaniem „na mnie” pieniędzy. Chcemy coś kupić, to to robimy. W końcu mam komfort, że nie muszę liczyć każdego grosza.
Kojarzycie takie cienkie kabanoski? Jakby się im przyjrzeć dokładniej, to widać na nich takie małe „bańki” z tłuszczykiem. Zanim je zjem, zawsze wyobrażam sobie, że to są pryszcze. Najpierw je wyciskam, a dopiero potem zjadam kabanosa. To tak bardzo satysfakcjonujące...
Dodaj anonimowe wyznanie