#fxCAa

W 2009 roku, po długich miesiącach odkładania pieniędzy, udało mi się kupić bilet na lipcowy koncert mojego ulubionego piosenkarza. Sprawa nie była taka łatwa, bo wejściówki na tę imprezę rozeszły się w ekspresowym tempie i oczywiście nie zdążyłam ich nabyć oficjalną drogą. Spędziłam całe tygodnie, zagadując jakiegoś faceta na jednym z angielskich forów internetowych. Targowałam się, błagałam i kombinowałam, jak tylko się dało, aby sprzedał mi ten bilet za jakąś bardziej przystępną cenę. Ostatecznie kupiłam go dwukrotnie drożej niż oryginalnie kosztował.
Później miałam długą przeprawę z rezerwacją lotów (pieruńsko drogie były tego dnia – jak na złość) i hotelu w pobliżu miejsca koncertu (wszystko zarezerwowane).
Kiedy już wszystko miałam dopięte na ostatni guzik, los postanowił brutalnie ze mnie zakpić i w najgorszy możliwy sposób pozbawić mnie marzeń.
Moim ulubionym piosenkarzem był Michael Jackson…

#4ffi6

Pochodzę ze średniej szlachty, która przywiązywała wagę do rodzinnych kronik. Stąd też wiem, że w czasach tuż po zaborach we wsi należącej do mojej rodziny żyła Weronika, córka powstańca w insurekcji. Matka nie żyła, ojciec zginął w powstaniu, całe rodzeństwa pouciekało, a ona biedna została sama, klepiąc biedę. Pracowała bardzo ciężko u gospodyń, do tego była schludna i na swoje chłopskie pochodzenie dobrze wychowana.

W tym samym czasie moi pra (dużo „pra”) dziadkowie mieszkający we dworze na granicy wsi szukali dla syna, spadkobiercy żony. Żal im było dziewczyny, a że była piękna, to moja pra (ileś tam razy) babcia Rozalia po prostu kazała się z nią ożenić swojemu synowi Józefowi. Mariaż był zdumiewający, bo dobrego domu szlachcic, do tego herbowy, poślubił chłopkę, sierotę, bez niczego właściwie. W sumie patrząc na logikę polskiego prawa, powinniśmy wtedy stracić szlachectwo, bo Józef wykształcony szlachcic poślubił Weronikę, niepiśmienną chłopkę, ale Polski nie było, więc nie obowiązywały nas te prawa.

Nigdy nie było w naszej rodzinie snobów, a ten epizod to pokazuje. Weronika stała się spokojną i szanującą pracę „panią” dworu, która nie wahała się pomagać chłopom przy wykopkach, obierać ziemniaki, gotować i sprzątać i tego też uczyła swoje córki i synów. Piękny morał, że prosta dziewczyna może dzięki swojej sumienności i dobroci zostać nagrodzona przez los.

#OBjln

W domu rodzinnym w łazience, bo tam wszystko się rozgrywało, mieliśmy wannę. Jak większość cywilizowanych ludzi myłam się w niej codziennie lub co dwa dni. Ale od najmłodszych lat nie miałam prywatności. Przy każdej kąpieli mój tata wchodził do łazienki i mył ręce, kiedy przychodził, musiałam się garbić, kurczyć i wydziwiać, żeby ukryć intymności. Za dziecka nie było to wielkim problemem, ale przy dojrzewaniu po prostu się wstydziłam. I gdyby to chociaż pukał przed wejściem... trzeba było nasłuchiwać kroków. Dużo razy się zamykałam, ale nasze zamki są typu minus (czy jakkolwiek to się nazywa) i nożem wszystko się otworzyło. No a później ten szyderczy uśmieszek: „oho, wstydnisia”.

Teraz już mieszkam sama z mężem i mam psychiczne blokady. Przy każdym prysznicu nie mogę spokojnie się wymyć, tylko ciągle patrzę, czy nikt nie stoi przy kabinie, czy nikt nie podgląda. Jak się przebieram, to ciągle zasłaniam się ręcznikiem, bo boję się, że ktoś szybko wejdzie. I przed mężem się nie wstydzę ciała, ale złe wspomnienia powodują, że zawsze go wypraszam, kiedy puka o toaletę. Przy pieszczotach co chwila sprawdzam okna i drzwi, bo czuję się ciągle obserwowana, po prostu nie mogę się rozluźnić i być sobą.

Nie wiem, czemu ojciec tak robił, ale skutki tego do dzisiaj są nieprzyjemne.

#G6MGO

Mam stopę tzw. końsko-szpotawą. Po trzech operacjach jest OK. O ile nie jestem zmęczona i ktoś nie ma wprawnego oka, to nawet nie idzie zauważyć.

Dopiero rok temu odważyłam się kupić pierwsze od 19 lat sandały i iść tak między ludzi. Zadbane, czyste i z neutralnym lakierem, moje stopy raczej nie straszyły, mimo że przez lata, wyobrażając sobie wyjście w odkrytych butach, widziałam tabuny ludzi patrzących tylko w moim kierunku. Nic takiego nie miało miejsca. Być może ze dwa razy w ciągu całego lata jakieś dwie babki się na mnie popatrzyły na przystanku.

Mimo wszystko wiem, że moi byli się mnie wstydzili. Uczucia zrezygnowania w poszukiwaniu kogoś, kto mnie zaakceptuje taką, jaką jestem, dodaje fakt, że wielu facetów jako swój główny wymienia fetysz stóp…

#VmT8e

Na pierwszy rzut oka jestem normalnym chłopakiem. I tylko na pierwszy rzut oka. W dzieciństwie przeżyłem taką traumę, że mój mózg by sobie z nią poradzić stworzył alter ego, Wojciecha – tak go nazwałem (nie będę pisał, co przeszedłem, bo nie ma to większego znaczenia, liczy się postać Wojciecha). Każdy, kto wie, jak działa alter ego (nie mylić z osobowością mnogą), ten wie, że jest ono dość specyficzne. Ja jestem z natury romantykiem, uległym i unikającym konfliktów. Wojciech jest zupełnie inny, ma gdzieś ludzi, atakuje, gdy tylko poczuje się sprowokowany. Jest zły i wredny. Do tego stopnia, że gdy przejmuje kontrolę, potrafi podać na przekąskę sałatkę z porem, wiedząc, że ktoś jest uczulony na pory (impreza sylwestrowa).

Chodziłem na terapię, wiem, że mam alter ego, ale je uwielbiam. Kocham Wojciecha, bo jest częścią mnie. Mój umysł stworzył go, aby przeżyć trudne chwile. Żyjemy tak razem od prawie 20 lat. Zawsze gdy chcę się poddać, odejść, gdy nie widzę nadziei, on przejmuje kontrolę i „naprawia moje życie”. Sęk w tym, że bywa niebezpieczny.
Kilka razy pobił kogoś, kilka razy próbował otruć, kilka razy nawet wypchnąć przez okno. Zarówno terapeuta, jak i psychiatra nauczyli mnie, jak zakończyć wspólną egzystencję, ale anonimowe jest to, że ja tego nie chcę! Kocham Wojciecha, bo jest lepszą wersją mnie – bez traumy, jest silny i gdy tracę kontrolę nad swoim życiem i psychiką, to on ją odzyskuje. Potrafi znaleźć pracę ot tak, gdy ja szukam miesiącami, jest przebojowy i niebezpieczny. Potrafi poderwać każdego, gdy ja jestem wycofany i nieśmiały. Dobrze mi z nim, ale boję się, że któregoś dnia przejmie kontrolę nad naszym życiem całkowicie... i zniknę.

#KH830

Pewnego razu, a było to w ósmym miesiącu mojej ciąży, weszłam do marketu, gdzie w sumie pracuję, zaczepiła mnie „koleżanka” z pracy. I rzecze: „Co tam? Pewnie będzie dziewucha, co?”. Odparłam, że i owszem. Na co ona: „Tak myślałam, bo wyglądasz paskudnie”. Nawet nie pomyślałam nad tym, co odpowiedzieć, bo mój język był szybszy. I powiedział: „No zobacz! Ty też wyglądasz paskudnie, a nie jesteś w ciąży”.

Gdy dotarło do mnie, co jej odpowiedziałam, szybko się pożegnałam i poszłam w swoją stronę. Możecie mi tylko zazdrościć widoku jej miny. Był bezcenny ;)

#MQxf6

Jestem ze swoją partnerką od ponad 11 lat. Po kilku latach relacji zaczęliśmy się od siebie oddalać. Ona zajmowała się sobą i swoimi zainteresowaniami, ja swoimi. Rzadko się kłóciliśmy, ale zaczęliśmy żyć jakby obok siebie. Mało rozmawialiśmy o naszych uczuciach, choć cały czas zapewnialiśmy siebie, że się kochamy. Później zaczęliśmy pracować nad naszą relacją, bo przecież nie wyrzuca się do śmieci czegoś, co trwało tak długo, tylko dlatego, że się z lenistwa przestało o to dbać. Od roku jest bosko... tak przynajmniej mi się wydawało. Kilka tygodni temu przez przypadek dowiedziałem się, że moja partnerka mnie zdradziła dwa lata temu. Nie była to zwykła zdrada, tylko romans, który się ciągnął, polegający na rozmowach telefonicznych, gdy chodziła na spacery lub zapalić do ogrodu. Ostatecznie rozmowy telefoniczne zamieniły się w wyjazd do kochanka i przespanie się z nim w hotelu w Warszawie. Postanowiłem skonfrontować to z moją dziewczyną, wyparła się i powiedziała, że wszystkie te teksty ich rozmów, które znalazłem, to fikcja do książki, którą pisała. Nie wie, że znalazłem też jej rozmowy z koleżanką...

Kupiliśmy razem mieszkanie, wzięliśmy kredyt na remont, nawet gdy się nie dogadywaliśmy, to i tak usługiwałem jej, przygotowywałem żarcie, woziłem dupę, dbałem o nią jak o najcenniejszy skarb. W tym samym czasie ona planowała przyszłość z innym gościem, jeśli już zdecyduje się ze mną rozstać. Jak tylko skonfrontowałem ją z tym, co wiem, a przynajmniej z częścią, to usunęła ze swoich urządzeń wszystko i wszystkie fake konta, które używała do komunikacji z nim.

Nie wiem, czy jestem w stanie z nią dalej żyć. Kocham ją najbardziej na świecie. Jest dla mnie najważniejsza, a jednocześnie zrobiła mi takie świństwo. Minęły dwa miesiące, odkąd wiem o tym i w każdej chwili, gdy nie jestem czymś zajęty, to o tym myślę. Sam odwoziłem ją do tego hotelu, miała się tam niby widzieć z koleżankami, a ona z premedytacją jechała mnie zdradzić. Jak mam jej ponownie zaufać? Za każdym razem, jak rozmawia z kimś przez telefon, myślę, że z nim. Za każdym razem, jak wychodzi z jakimś kumplem na przerwę czy nawet pisze na mess, mam wrażenie, że mnie zdradza. I że wszyscy wokół o tym wiedzą i śmieją się ze mnie, jakim jestem frajerem, że dałem się tak zrobić w chuja.

Kompletnie nie wiem, co zrobić. Gdybym ją zostawił teraz, to wywróciłoby to całe życie do góry nogami i prawdopodobnie przy okazji zabiło jej starą matkę, która mnie uwielbia.

#uuA1b

Parę dni temu zostawiłam moje dwuletnie dziecko pod opieką dziadków, którzy mieszkają na obrzeżach miasta. Jako że młody od kilku tygodni nie nosi już pieluch, dziadek wziął go na spacer po lesie i… nauczył sikania na drzewa.

Wczoraj poszłam z moją pociechą do centrum handlowego. W strefie dla dzieci było sporo ludzi i wiele ciekawych atrakcji. Między innymi sporej wielkości dmuchaniec do skakania, pośrodku którego znajdowało się dmuchane drzewko. Zgadnijcie, co zrobiło moje mądre dziecko na oczach zebranych rodzicieli i dzieciaków?

Trzeba było wyprosić z dmuchańca wszystkie małolaty, wezwać służby sprzątające oraz na koniec wyraźnie zasugerować mi, że nie jestem mile widzianą osobą w tym miejscu.

#yK9PQ

Standardowo z okazji urodzin teściowie zostali zaproszeni na niedzielną kawę i ciasto. Złożyli mi średnio szczere życzenia (nie przepadają za mną, robią to bardziej ze względu na mojego męża – taka iluzja kochającej rodzinki dla niego) i wręczyli torebkę z prezentem. Zajrzałam do środka – pończochy i czekolada, nie tak źle, lubię chodzić w pończochach, więc nawet się ucieszyłam. Z uśmiechem podziękowałam za prezent, ale uśmiech zaczął schodzić z moich ust w momencie, jak teściowa podzieliła się pogodnie, radośnie i z niejaką dumą genezą prezentu: „Bo my nie wiedzieliśmy, co ci kupić, więc przed przyjazdem tutaj zeszliśmy do kiosku i wzięłam ci pończochy. Pani w kiosku zapytała, jaki rozmiar, więc powiedziałam, żeby dała takie na mnie”.

Niby spoko, tylko teściowa to korpulentna kobieta, która nosi rozmiar 54, a ja ogólnie drobna, nosząca rozmiar 38...

#iuERu

Pracuję w szpitalu. Rano przyszła do mojego gabinetu pacjentka, która twierdziła, że jej sąsiadka z sali zatruła jej wodę. Urojenia prześladowcze, podtruwanie... No klasyka gatunku schizofrenii. Pokiwałem więc tylko głową i powiedziałem, żeby się nie przejmowała, że to jej nie zaszkodzi. Bardzo się upierała, a ja namawiałem do swobodnego picia tejże wody.
Wieczorem pacjentka wpadła we wstrząs, ledwo ją odratowaliśmy. Sąsiadka rzeczywiście wrzuciła jej do wody tabletki, które cholera wie skąd wzięła.
Dodaj anonimowe wyznanie