#cvGAU

Rozstanie sprzed kilku miesięcy skłoniło mnie do głębszych przemyśleń i doprowadziło do niewesołych wniosków. Zauważyłem pewną zależność – wybieram partnerki „z defektem”, takie, którym da się pomóc. Podświadomie oczywiście, ale tak to niestety wygląda. Co więcej, nie ogranicza się tylko do romantycznego aspektu mojego życia, objawia się to także w życiu codziennym – chorobliwą wręcz gotowością do pomocy innym. Teoretycznie nic strasznego, ale w praktyce wygląda to tak, że często przedkładam pomoc innym nad zajęcie się samym sobą (np. nie mam czasu czegoś ugotować lub zrobić zakupów, bo pomagam komuś w tym czasie i kończę, zamawiając pizzę). I nigdy nie oczekuję niczego w zamian. Po prostu mam silną potrzebę pomagania, naprawiania i rozwiązywania cudzych problemów, nawet własnym kosztem. Dodam jeszcze, że o ile pomoc znajomym jest z reguły skuteczna, tak naprawa żadnej z potencjalnych partnerek na resztę życia nie zakończyła się powodzeniem. I w sumie żadna to niespodzianka.
Chyba czas na wizytę u psychologa.

#6Esxg

Od kiedy pamiętam, mój ojciec pije, a pamiętam od jakichś dwunastu lat, zakładając, że pierwszych trzech się nie pamięta. Próbowałem z nim pogadać, gdy bywał trzeźwiejszy, powiedzieć, że my z siostrą potrzebujemy ojca. Po ostatniej takiej rozmowie wcisnął mi w rękę kieliszek i powiedział: „Pij”, ale ja zamiast wypić, rzuciłem tym gównem o ścianę. Ojciec wpadł w szał. Bił mnie? Nie. Złapał tak mocno, unieruchamiając mi ręce za plecami, że nie miałem szans się wyrwać. Jestem dość szczupły, a on całe życie pracuje fizycznie, do tego wściekłość dodała mu sił. Wlał mi do gardła całą butelkę (chyba 0,7) wódki. Na samym początku próbowałem jeszcze się szarpać, odsuwać usta, pluć – ale tylko się przez to krztusiłem. Wreszcie poddałem się i zacząłem przełykać. Gdy nie zostało nic, ojciec rzucił butelką o ścianę, roztrzaskała się koło kieliszka, po czym kazał mi wypierdalać. Nawet trzymałem się na nogach. Dowlokłem się do swojego pokoju, gdzie padłem na łóżko. Prawie natychmiast zasnąłem. „Niedługo będziesz chlał więcej niż ja!” – usłyszałem jeszcze jego wrzask. 
Nie, tato. Nie sądzę.

#cJb9K

To było wczoraj. Impreza firmowa. Miałam iść tam na godzinę, bo „wypada się pokazać”, a w pracy jestem stosunkowo nowa, to i dobrze trochę się zintegrować z załogą... Taaaaak...
Podsumowując: nachlałam się okrutnie w barze, w którym sama pracuję, wyszłam z niego, nie płacąc rachunku i zrzygałam się w Uberze podczas drogi powrotnej.
Właściwie to nie do końca, bo zanim mogłam otworzyć drzwi, aby wypuścić z siebie tego barwnego pawia mojej porażki, nie chcąc zafajdać tapicerki samochodu, po prostu... połknęłam swoje wymiociny. Dwukrotnie...

Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić i przeprosić kierowcę Ubera, pana Roberta, który z ogromnym profesjonalizmem dowiózł mnie do celu i z uśmiechem na ustach pożegnał mnie słowami: „Dziękuję, że pani połknęła”.

#bw9Hy

Dziś po wejściu do domu powiedziałem głośno: „Mamo, tato, wróciłem!”, ale nikt mi nie odpowiedział.
Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że przecież mama wyjechała na miesiąc do sanatorium, a tata nie żyje od szesnastu lat.

Dawno nie czułem się tak... głupio. Nie czułem się samotny, było mi głupio, że zapomniałem o czymś tak ważnym, jak wyjazd mamy i śmierć taty.

#pbBF1

Jest mi trudno o tym pisać, jednak widząc tyle ciężkich wyznań, zdecydowałam się napisać swoje.

Była noc. Czekałam na narzeczonego, który miał mnie odebrać po powrocie od rodziców z przystanku kolejowego. Zawsze czułam się bezpiecznie i nie sądziłam, że może kiedykolwiek spotkać mnie coś złego. A jednak bardzo się myliłam...

Razem ze mną na przystanku stał mężczyzna, który nie wydawał się być groźny. Zapytał o godzinę, zagadywał, nie miałam ochoty z nim jednak rozmawiać, więc przeprosiłam i wyjęłam telefon, by zadzwonić do chłopaka. Wtedy poczułam mocny cios w głowę. Zamroczyło mnie i upadłam na ziemię. Mężczyzna siadł na mnie i zaczął zrywać ubrania, szarpałam się, krzyczałam, ale to go nie powstrzymało... Wtedy ktoś podbiegł i odciągnął go ode mnie. Podniosłam się z ziemi i zobaczyłam, że był to mój narzeczony. Widziałam jak rzucił się na niego. On, który nigdy muchy nie skrzywdził, bił teraz w szale bez opamiętania.

W pewnym momencie tamten mężczyzna przestał się bronić, a nawet ruszać. Podbiegłam do chłopaka, który klęczał nad nim, dysząc z wściekłości i nienawiści, sam nie rozumiejąc co właśnie się stało. Po chwili odwrócił na mnie wzrok, z jego oczu zniknął gniew, a zobaczyłam łzy. Przytulił mnie mocno i siedzieliśmy tak chwilę płacząc oboje. Gdy trochę się uspokoiliśmy, narzeczony wezwał policję i karetkę, którą trafiłam do szpitala. On pojechał na przesłuchanie. To był najgorszy dzień w moim życiu, a nie miałam go obok siebie. To jak się wtedy czułam, mogą zrozumieć tylko inne ofiary...

Pomimo tego, że nie byłam winna, czułam obrzydzenie do samej siebie, wstręt i poniżenie. Dzień później dowiedzieliśmy się, że w wyniku pobicia napastnik zmarł. Pierwsze co poczułam to olbrzymią satysfakcję, że ten odpad społeczny nikomu już nie wyrządzi krzywdy i nie będę musiała go więcej oglądać, a tej konfrontacji bardzo się bałam. Jednak po chwili dotarło do mnie co to oznacza.

Obecnie zamiast kończyć pracę magisterską, narzeczony odsiaduje wyrok. Zawsze był dobrym człowiekiem, ambitnym, pomocnym i bezkonfliktowym. Boli mnie to, że mimo wszystko został skazany. Są w życiu sytuacje, w których każdy z nas widząc wyrządzaną krzywdę najbliższym zdolny byłby do rzeczy, o które się nie podejrzewał. Tamten mężczyzna zniszczył nam życie i szczęśliwą przyszłość. Krzywdy psychiczne jakie mi wyrządził skutkują regularnymi wizytami u psychologa. Cieszę się, że nigdzie nie chodzi już po ziemi.

Mam nadzieję, że nigdy Was nie spotka nic takiego...

#X0bPv

Znaczenie przysłów i złotych myśli poznaje się dopiero na własnej skórze.
„Z rodziną najlepiej na zdjęciu”.

Marzec ubiegłego roku – dowiaduję się, że będę matką. Wpadka. No nic, kochamy się z narzeczonym, więc damy radę. Lepiej, żeby stało się to później, bo studia w toku, my nie mamy nic, ale trudno, dziecko już jest.
Kolejne miesiące to praca po 15 godzin dziennie, by odłożyć cokolwiek. Poszukiwania mieszkania, bo w wynajmowanym pokoju będzie średnio.
Lipiec – przyszywana teściowa (żona ojca mego lubego) rzuca propozycję – wynajmijmy coś razem, wszystkim będzie łatwiej. Kobieta do rany przyłóż, więc czemu nie?
Przeprowadzka w sierpniu. Radość i ciepełko domowego ogniska. Niestety pół miesiąca później ląduję w szpitalu. Przełom nadciśnieniowy. Ciąża okazuje się poważnie powikłana. Mój stan zdrowia podobnie radosny, a chore serce nie pomaga. Półtora miesiąca w szpitalu i walki, by podtrzymać ciążę. Mnie dopada nawrót depresji. Narzeczony podłamuje się. Dalej pracuje po 15 godzin. Tryb życia – praca, szpital, 4 godziny snu. Jakoś za ewentualną rehabilitację córeczki trzeba będzie zapłacić. Jeśli ona w ogóle będzie żyć.
Wrzesień – ląduję na OIOM-ie. Odlatuję. Czuję, że to już koniec. Serce dziecka ledwo pracuje. Decyzja o cesarce zapada w 5 minut. 20 minut później mała jest na świecie. Żywa. I tak zaczyna się nowy rozdział. W domu śpię kilka godzin, resztę dnia spędzam przy inkubatorze. Cudem znajduję czas na moich lekarzy, jedzenie i załatwianie spraw formalnych.

I tu zaczyna się zabawa. Teściowa ma pretensje, które wyraża bardzo ekspresyjnie, typu czemu sprzątamy całe mieszkanie tylko dwa razy w tygodniu, i tonę innych. Tłumaczymy sytuację i że my w tym mieszkaniu obecnie tylko śpimy. Prosimy o zrozumienie. Jak o ścianę. Półprzytomna, po trzech godzinach snu, sprzątam salon, w którym nie było mnie od miesiąca. Atmosferę da się kroić nożem. Próbujemy porozmawiać. Jedyne rozwiązanie jak dla niej, to nasza wyprowadzka (z mieszkania wspólnie wynajmowanego). Szukamy, tylko średnio mamy kiedy. Rodzin z dziećmi za bardzo nikt nie chce. Czas nagli, bo mała ma wyjść za 2 tygodnie. Delikatnie sugerujemy, że może to oni powinni poszukać czegoś, bo my naprawdę nie mamy kiedy i jak. Z finansami też stoimy gorzej. I dokładnie tutaj dowiaduję się, jaką jestem suczą. Przecież ona pomogła nam, zgodziła się z nami zamieszkać (płaciliśmy tyle samo). Poza tym nie ma sił na przeprowadzkę, chce mieć trzy pokoje i ona tu zostaje, bo wyrzucić się nie pozwoli takim gówniarzom. Ojciec narzeczonego staje w naszej obronie, mówiąc, że nikt jej nie wyrzuca, a próbuje się dogadać. Też dowiaduje się, że jest skończonym ciulem.

Pozdrawiam z małej kawalerki (bo nic innego nie dało się znaleźć na czas), z potajemnego spotkania z dziadkiem małej, który dostał od żony zakaz widywania się z nami. Dalej mam nadzieję, że kobietę, którą naprawdę lubiłam, po prostu porwali kosmici.

#Z5WsZ

Dziś w nocy mój narzeczony przysunął się do mnie i szepnął do ucha: „Kochanie, śpisz?”. Myślałam, że nabrał na coś chęci, a że ja akurat nie miałam na to większej ochoty, udawałam, że pogrążona jestem w bardzo głębokim śnie. Będąc przekonaną, że nie słyszę, wybranek mego serca puścił wówczas tak głośnego bąka, że aż pies w drugim pokoju zawył rozpaczliwie…
Dodaj anonimowe wyznanie