W klasie maturalnej wybrałem matematykę na rozszerzenie. Zacząłem się bardzo dużo uczyć, popadłem w trans. Pamiętam, że po kilku godzinach nauki zaczynałem się sam do siebie śmiać jak nienormalny. Śniły mi się wtedy wykresy funkcji oraz inne obliczenia matematyczne. Nie spotykałem się ze znajomymi, mogłem w ogóle nie wychodzić z domu, nie spać, tylko wpadałem w sidła fotelu i siedziałem tam do później nocy. Kiedy wychodziłem, obliczałem mniej więcej ile ktoś ma metrów i ile potrzebowałby ogrzewania na zimę.
Po kilku latach wyzdrowiałem, ale uważajcie, równie uzależniające jak alkohol i narkotyki.
Dziś rano obudził mnie telefon. Jakaś gadka o ofercie, korzyściach, zainteresowaniu. Myślami będąc wciąż we śnie, powiedziałam, że wybrałam już ofertę i dziękuję, do widzenia. Poszłam spać dalej, zła na to, że znowu obudziło mnie call center.
Później, pod wieczór, zerknęłam do telefonu, chcąc zablokować numer z call center.
Nie był z call center. Był z firmy, do której składałam CV.
Nie wiem, czy ktokolwiek wierzy we wróżby, ale ostatnio to, co usłyszałem od swoich rodziców i to, jak się zachowywali przez te kilka lat, dało mi do myślenia...
Kiedy byłem zaledwie wyrostkiem, może miałem 3 czy 4 lata, moi rodzice poszli do wróżki - nie takiej typowej wróżki z telewizji, która liczy sobie nie wiadomo ile za jedno zdanie, z którego nic nie wiadomo. Poszli do starszej ok. 70-letniej kobiety, wróżącej z kart klasycznych, która za usługę policzyła sobie "monetę" - na chleb. Miała sporą renomę na wsi, więc postanowili spróbować i skorzystali z jej usług.
Siedzieli u niej dobre 2 godziny, wróżba była indywidualna dla mamy i taty oraz wspólna dla obojga. Trochę byli zaskoczeni, kiedy odgadła moją datę urodzenia i moje imię, mimo że o mnie w ogóle nie wspominali. Wróżka zaczęła mówić o tym, że tata wyjedzie za granicę w ciągu 3 miesięcy na długo (tata nie mógł w to uwierzyć, a jak później wyszło rzeczywiście w ciągu tych 3 miesięcy wyjechał do Norwegii na 2 lata do pracy, sprawdziło się), że będą mieli dość spokojne życie i będą szczęśliwym małżeństwem (sprawdziło się), że będą się starać o kolejne dziecko, ale nie powiedzie się (sprawdziło się), "równoczesny czas radości i smutku" - wesele i pogrzeb w odstępie kilku dni i inne pomniejsze fakty, o których tu już nie wspomnę, które o dziwo również na przestrzeni lat się sprawdziły.
Usłyszeli również sporo na mój temat, zwłaszcza jedna wypowiedź najbardziej zapadła im w pamięć. Usłyszeli wówczas, że "będzie dużo zarabiał, będzie miał dobrą pracę, będzie miał sporo znajomych, nie będzie sprawiał problemów i niczego nie będzie mu w życiu brakowało... oprócz jednego... Nie można w życiu mieć wszystkiego. Państwa syn nie będzie miał w życiu miłości. Będzie człowiekiem dobrym i wrażliwym, lecz będzie samotny... bardzo samotny. Samotność w pewnym momencie może zawładnąć jego życiem. A będzie człowiekiem, który bez miłości żyć nie będzie potrafił...". Spisali większość wróżb, które zapamiętali, w zeszycie.
Z początku wszystko to, co usłyszeli traktowali z dystansem, jednak kiedy zauważyli, że wszystko zaczęło się spełniać, zaczęli też myśleć nad tym, co o mnie usłyszeli. Zaczęli mówić, żebym znalazł sobie jakąś dziewczynę, kupowali ciuchy, które zupełnie mi się nie podobały, ale "dziewczynom się podoba, noś to", wyganiali na imprezy. Na siłę.
Mam teraz 24 lata, kończę studia, pracę już mam, oszczędności na życie również mam już spore, mam sporo znajomych - jeżeli chodzi o te aspekty życia nie mam co narzekać. Co do uczuć... Nie mam i nigdy nie miałem nikogo, pod tym względem rzeczywiście czuję się bardzo samotny, leżę w łóżku płacząc, że nie ma przy mnie nikogo, nie ma komu się zwierzyć. Gdy usłyszałem to, co wróżka mówiła o mnie, to sam zacząłem myśleć, że się spełni.
Na początku chciałbym poinformować was, że jestem 15-latkiem z rozwiedzionymi rodzicami.
Po rozwodzie moja mama nie miała pieniędzy na wyprowadzkę, a tacie też się nie śpieszyło, więc pomimo napiętych relacji nadal byliśmy wszyscy razem.
Gdy miałem 9 lat, moja rodzicielka znalazła sobie partnera. 40-letni facet z własną firmą, z dwojgiem dzieci i pięknym domem. No po prostu tylko się przeprowadzać. I już po roku pięknej znajomości z moim ojczymem moja mama postanowiła, że uciekamy od tego psychopaty, zwanego przeze mnie tatą (z ojcem mam świetny kontakt, tylko moja mama go nienawidzi).
Na pierwszy rzut oka było to miejsce wspaniałe i bardzo pokochałem nasz nowy dom, lecz jego domownicy nie byli już tacy kolorowi. Jestem traktowany gorzej od innych domowników, bo nie jestem synem ojczyma. Wyłączanie internetu, ciepłej wody czy też ograniczanie jedzenia jest codziennością. Mama nic nie zrobi, bo chociaż pracuje, to jest mu podległa.
Niedawno postanowiłem się przeciwstawić.
Zacząłem zarabiać. Na początku były to małe sumy, lecz po kilku miesiącach zarabiałem już 1k miesięcznie. Ale jak to, gdzie wpuszczają gimnazjalistów do pracy? Szukałem każdej sposobności zarobienia troszkę kaski. Levelowanie kont, sprzedawanie streetwearowych ciuchów z dropów, redaktorstwo stron czy inwestowanie w kryptowalutę. Stałem się w miarę jak na gimnazjalistę samodzielny. Umowy z siecią, kupowanie sobie jedzenia i pozwalanie sobie na inne beztroskie zakupy. Nadal jestem zależny od rodziców, lecz staram się jak najbardziej uniezależnić się od pana domu.
Nie minęło pół roku, a już zaczęło się podburzanie tego, co zbudowałem. Zmienianie haseł, zabieranie pieniędzy, bo kto by pomyślał, by taki młody człowiek tyle pieniędzy miał.
Piszę to z ostatniego konta, do którego mam dostęp w internecie. Czuję, że tracę siły. Każda próba mojego "buntu" jest tłumiona. Zdaję sobie sprawę, że poświęcam temu zbyt wiele czasu, niekoniecznie skupiając się na szkole i ocenach. Boję się, że staje się to u mnie obsesją.
Takie anonimowe wyznanie prawiczka życiowego
Nieodpowiednie miejsce i nieodpowiedni czas, mój trzeci raz w klubie.
Nagle kryształ przez cały rok, dwa miesiące ciągu, naćpana w pracy, naćpana w domu, naćpana u znajomych, u rodziców, 10 kilo w dół, toksyczne, rujnujące znajomości, rozprute serce, ból zębów, zniszczone relacje rodzinne, strata zaufania, kłamstwa, i to ciągłe wbijające w ziemie poczucie winy. Napady psychozy, próba terapii, leki, powrót do nałogu.
Wstydzę się siebie.
Wstydzę się, jak słaba jestem.
Nie próbujcie, nigdy nie chcecie tego poczuć.
Będzie krótko.
Mam tę wątpliwą przyjemność jeszcze przez kilka miesięcy mieszkać w Domu Dziecka. Przedział wiekowy? Od 3 lat do 17. Ostatnio na śniadanie podali nam pasztet. Spleśniały. Oburzona zabroniłam dzieciom siedzącym ze mną przy stoliku tego ruszać (chłopcy 5 i 7 lat) i zapytałam wychowawczynię, czy im nie wstyd dawać coś takiego dzieciom. I wiecie co zrobiła?
Podeszła do tego pasztetu i zaczęła nożem „wklepywać” pleśń w pasztet mówiąc, że nic nie widzi.
Ot, na pensje dla takich osób idą Wasze podatki, drodzy Anonimowi.
Na szczęście nie ja "ucierpiałam" ale byłam przy tym. Zdarzyło się to w 4 klasie podstawówki czyli jakieś 8 lat temu.
W podstawówce historii uczył moją klasę nauczyciel który, kiedy było ciepło zabierał nas na podwórko na lekcję, rozkładaliśmy sobie bluzy, lub jakieś materiały i uczyliśmy się na ziemi. Jedna z koleżanek postanowiła się położyć.
Po jakimś czasie rozglądnęła się i zobaczyła, że koło twarzy ma martwego ptaka, który prawdopodobnie wypadł z gniazda na drzewie które stało obok nas, cała klasa miała niezłą beke, ale dziewczyna do tej pory ma uraz i zawsze kiedy siada gdzieś na trawie dokładnie ją ogląda i sprawdza czy czasami nie ma na niej nic nieżywego.
W pewnym momencie życia uprawiałam tak dużo seksu, że w efekcie schudłam 5 kg. Znajomym wcisnęłam, że po prostu dużo ćwiczę. Nikt nie wie :).
Rok temu przeprowadziłam się na wieś wraz ze swoim mężem.
Sąsiedzi spoko, okolica w miarę fajna, ale problemem jest jedna mieszkanka wsi, a raczej jej zwierzęta.
Sama wychowałam się na wsi i doskonale pamiętam, jak większość ludzi brała psy na podwórko, żeby pilnowały domu. Ona ma 3 psy i kota, które biegają samopas.
Zacznijmy od psów - robią co chcą, wchodzą na podwórka i porywają kury. Niedaleko mamy las i jest tam dużo zwierzyny, niestety co roku jest jej coraz mniej, co rusz znajdujemy zagryzione sarny, zające i bażanty. Biegają watahą, ok. 10 psów i polują. Czasami zapominamy zamknąć bramy wjazdowej i z rana widzę, jak buszują mi po podwórku. Co najlepsze, kiedy idę na busa, siedzi na drodze 3-5 psów. Boję się, że mogą mnie w końcu pogryźć, bo kiedy te psy widzą kogokolwiek, zaczynają szczekać, podchodzić na bliską odległość, a jak tupnę lub odwrócę się, to spieprzają.
Druga sprawa - kot. Uwielbiam koty i kiedy zauważyłam tego malucha, od razu serducho zaczęło rosnąć, ale sąsiedzi powiedzieli, że oni mają dosyć tego kota. Jeden z sąsiadów ma staw, do którego wpuścił ryby, niestety "hodowla" skończyła się po 3 dniach, wszystkie ryby leżały niedaleko stawu i były obgryzione. Drugi sąsiad z kolei robił wędzonki i zostawił mięso na stole, oczywiście wyszedł na moment, a z wędzonki nie było już nic. Mają również przedpokój, to ten kot potrafi wejść i nasikać w tym przedpokoju.
Mam już dosyć biegających samopas zwierząt. Sama właścicielka nie poczuwa się do winy. W uparte idzie, że to nie jej zwierzęta.
Odkąd pamiętam mój ojciec pił. Nie był agresywny, nie bił nas, nie robił awantur, ale przez jego picie w domu była straszna bieda. Tracił kolejne prace przez alkohol, a nawet jak coś zarobił, to przepił albo zgubił po pijaku. Kilka razy go okradli kiedy pijany szwendał się nocą w podejrzanych okolicach. Nigdy nie mieliśmy fajnych ubrań, zabawek, często nie było nawet na jedzenie. Nasze mieszkanie wyglądało tragicznie, jak jakaś rudera.
Mimo to zawsze bardzo kochałem ojca i nie pozwalałem powiedzieć na niego złego słowa. W latach 90-tych coraz więcej zaczynało się mówić o tym, że alkoholizm to choroba i można ją leczyć. Kurczowo uczepiłem się tego tematu. Mój ukochany tato nie jest żadnym pijakiem. Jest po prostu chory. Chciałby przestać pić, ale nie potrafi. Tak wszystkim mówiłem. Kilka razy napomknąłem ojcu, że powinien się leczyć, ale tylko się zdenerwował. Mama denerwowała się jeszcze bardziej, że usprawiedliwiam pijaństwo ojca chorobą. Nie wierzyła w takie rzeczy jak alkoholizm. Uważała, że pijak chleje, bo lubi. Kilka razy odchodziła, ale zawsze wracała. Nie wiem dlaczego. Może tak jak ja, kochała go mimo wszystko.
Aż przyszedł kiedyś taki dzień, miałem wtedy 15 lat, gdy ojciec oznajmił, że przestaje pić. Oczywiście nikt nie potraktował go poważnie. Już nie raz słyszeliśmy takie deklaracje, ale zawsze kończyło się na obietnicach. Kilka dni albo tygodni abstynencji i wszystko zaczynało się od nowa. Jednak tym razem było inaczej. Mijały tygodnie, miesiące, w końcu minął rok. W tym czasie ojciec nie pił, znalazł porządną pracę i w końcu wyszliśmy na prostą. Wiem, że nie chodził na żadną terapię, bo czegoś takiego w naszym miasteczku wtedy nie było.
Od tego czasu minęło 20 lat. Przez te 20 lat ojciec ani razu się nie upił. Jest innym człowiekiem. Mój najmłodszy brat, który miał 3 lata, kiedy ojciec ostatni raz się schlał, nie pamięta go pijanego. Nie pamięta biedy ani wstydu. Można powiedzieć, że wychował się w normalnej rodzinie.
A ja? Z jednej strony cieszę się, że ojciec zerwał z piciem, z drugiej mam do niego straszny żal. Skoro tak po prostu z dnia na dzień potrafił z tym skończyć to znaczy, że mógł to zrobić dużo wcześniej. Nie musiałem przeżywać tego całego piekła w dzieciństwie. Mama miała rację. Chlał, bo chciał i to lubił. W ciągu ostatnich dwudziestu lat kilka razy wypił na uroczystościach rodzinnych kieliszek szampana czy wódki, ale zawsze na tym kończył. Nigdy się nie upił. Czyli nigdy nie był uzależniony. W dzieciństwie, kiedy cierpiałem przez niego, broniłem go, bo myślałem, że jest chory. A on po prostu lubił pić alkohol.
Dodaj anonimowe wyznanie