Cała rodzina wie, że dobrze rysuję, ale do dzisiaj nikt nie wiedział o tym, że uwielbiam rysować nagich facetów i nagie kobiety, a najbardziej uwielbiam akty homoseksualne. Zeszyt z takim pracami trzymałam pod łóżkiem, zawinięty w koc.
Dziś mój pies wyciągnął koc, a moja matka przejrzała zeszyt myśląc, że to zwykłe rysunki.
Mój mąż zdecydował, że woli być ze swoją kochanką niż ze mną.
Za tydzień termin porodu naszego dziecka. Świetnie.
Pewnego dnia po zjedzeniu śniadania w postaci jajecznicy postanowiłem wejść w wiadomym celu na jedną ze stron dla dorosłych.
Po wybraniu odpowiedniego filmu przeszedłem do czynów.
Wszystko było pięknie do momentu, w którym nie poczułem okropnego bólu. Piekło niemiłosiernie, łzy naszły mi do oczu...
Zajęło mi chwilę uświadomienie sobie, że do jajecznicy dodałem pieprzu cayenne, a potem nie umyłem rąk.
Nie wiem, co było potem gorsze – cholerny ból czy wstyd siedzenia ze wszystkim w mleku.
Znalazłem dziś swoje zdjęcie na portalu, który publikuje „śmieszne” zdjęcia brzydkich czy głupio wyglądających ludzi.
Nikt o tym nie wie, ale podniecają mnie stopy postaci narysowanych w stylu anime.
Ostatnio koleżanka zaprosiła mnie na film „Światło między oceanami”. Nie bardzo mnie to interesowało, bo nie przepadam za romansami, ale zgodziłam się. Po seansie płakałam jak bóbr, bo historia przedstawiona w filmie jest podobna do historii mojej babci.
Moja babcia urodziła się rok przed rozpoczęciem wojny. Jej rodzina była majętna, niczego jej nie brakowało. Któregoś dnia do miasta, w którym mieszkała, weszli Rosjanie, jakiś czas później zaczęły się wywózki w głąb ZSRR. Wywieźli ich nocą, rodzina mojej babci zupełnie nie była przygotowana do trudów podróży. Następnego dnia pociąg stanął w pewnym mieście. Czekała ich przesiadka, podczas chaosu panującego na dworcu matka mojej babci wypuściła ją z rąk, aby ratować starszą córkę, która prawie wpadła na tory. Rosjanie spakowali ich do wagonu bydlęcego, babcia została na dworcu. Pociąg ruszył. Na dworcu wciąż tłoczył się tłum. Babcię zauważył pracownik kolei, Antoni. Zabrał dziecko i przy pomocy współpracowników schował w stróżówce. Potem przyniósł do domu. Jego żona Hanna od razu zajęła się dzieckiem, pragnęła go. Byli młodzi i bezowocnie starali się o potomstwo. Początkowo ukrywali babcię, starali się dowiedzieć czegoś o jej rodzinie, ale było to zupełnie niemożliwe, po jakimś czasie przedstawiali babcię jako córkę zmarłej kuzynki. Dali jej na imię Ewa, wyrobili dokumenty. Lata mijały, oboje traktowali babcię jak swoje własne dziecko, kochali, starali się, aby nie odczuła trudów wojny, była ich oczkiem w głowie.
Rok po wojnie odwiedziła ich milicja. Pytali o Ewę. Wkrótce pojawiła się biologiczna rodzina mojej babci. Babcia miała wtedy 8 lat i w ogóle ich nie pamiętała. Hanna i Antoni dostali tydzień na pożegnanie się z córką. Obyło się bez rozpraw i sądów. Biologiczny ojciec mojej babci chciał to załatwić pod stołem, bał się, że sytuacja zniszczy jego wizerunek. Ewa (a w zasadzie Helena, bo takie było jej prawdziwe imię) przeżyła szok, nie była w stanie zaakceptować nowej sytuacji. Im bardziej tęskniła za swoimi rodzicami, tym bardziej jej biologiczna rodzina wywierała na nią nacisk. Jej matka po wywózce na Syberię bardzo się zmieniła, stała się nerwowa, wyżywała się na Ewie, faworyzowała starszą córkę, która nie sprawiała problemów. Rodzice wysyłali Ewę do szkół z internatem, z których została albo wyrzucona, albo uciekała. Jedyną jej podporą była młodsza siostra jej matki. To ona pierwsza poznała jej tajemnicę, a mianowicie Ewa, po ukończeniu liceum, na studiach odnalazła swoich przyszywanych rodziców, regularnie ich odwiedzała. Poznała swojego młodszego brata, którego Hanna i Antoni zaadoptowali dwa lata po jej odejściu.
Jako dorosła kobieta babcia nie urwała kontaktów ze swoim biologicznym ojcem i resztą rodziny, ale to Hanna i Antoni byli dla niej prawdziwymi rodzicami. To ich mój tata nazywał dziadkami. :)
Moi rodzice mają znajomych, którzy wzbudzali sympatię u moich rodziców. Jeździliśmy co roku razem na wakacje, robili często imprezy i było bardzo fajnie. Mają oni córkę, z którą chodziłam do klasy. W tym roku idziemy do liceum.
Rodzice tej koleżanki załatwili jej miejsce w najlepszym liceum w naszym mieście po znajomości. Kierunek, na który „się dostała”, wymagał 164 punktów, a ona ma tylko 112. Wcześniejsze lata spędziła głównie na ściąganiu od innych.
Jaka w tym sprawiedliwość? Inni muszą ciężko pracować i zbierać punkty, a ona wchodzi tylnymi drzwiami dzięki kontaktom rodziców. To po prostu niesprawiedliwe.
Zdarzenie miało miejsce w Sopocie, jakoś tak na początku lat 90. Byliśmy z rodzicami w restauracji, gdzie zjedliśmy lody. Tata wypił sobie jedno piwo i włączyło mu się typowe dla niego, suche niczym pięty Cejrowskiego, poczucie humoru. „He, he...” – zarechotał, wręczając kelnerce dwa banknoty. – „Coraz lepsze drukujemy te pieniądze”. Ta nawet się nie uśmiechnęła. Spojrzała na niego z mieszanką zażenowania i znudzenia.
Kiedy wychodziliśmy z lokalu, nagle zza zakrętu, z piskiem opon wyjechał radiowóz. Policjanci dość brutalnie wykręcili ojcu ręce i rzucili na maskę pojazdu, aby go przeszukać. Potem to samo spotkało moją mamę. Na koniec wsadzono ich do radiowozu i zawieziono na komisariat. Po mnie przyjechał inny samochód.
Okazało się, że jeden z banknotów, którymi płacił mój tata, faktycznie był fałszywy. Przez głupi żart ojca moi rodzice musieli długo się tłumaczyć. Mieli nawet wątpliwą przyjemność przejść przez dokładną rewizję osobistą. Zostali też kilkukrotnie przesłuchani, zanim uwierzono im, że całe to zamieszanie wynika tylko i wyłącznie z koślawego poczucia humoru mojego staruszka.
Po tym zajściu mój tata nie robi nam już przypału swoimi niestosownymi heheszkami. Dorósł, można by powiedzieć...
Rozstałem się z dziewczyną po bardzo długim związku. Postanowiłem iść z duchem czasu i założyłem sobie konto na tinderze i zacząłem umawiać się na randki. Były gorsze, lepsze, ale jakoś w jednym czasie poznałem dwie bardzo fajne kobiety.
Postanowiłem pospotykać się z nimi po kilka razy i wybrać tą lepszą. Te kilka razy zmieniło się w trzy miesiące i muszę szybko wybrać, bo ukrywanie jednej przed drugą staje się coraz trudniejsze. Pewnego razu pomieszały mi się fakty i wypaliłem z tekstem dotyczącym życia tej drugiej do tej pierwszej. Na szczęście udało mi się z tego logicznie i bez podejrzeń wybrnąć. Jednak nie potrafię się tak naprawdę zdecydować.
Ta pierwsza to oaza stoicyzmu, spokojna, wyważona, można powiedzieć, idealna do założenia rodziny, można z nią rozmawiać ciekawie godzinami. Dodatkowo gotuje, pierze, sprząta i lubi dbać o faceta. Nie zarabia wiele i żyje na wynajętym. Druga jest bardzo inteligentna, ale też chaotyczna, bywa zaczepna, potrafi rzucić kłującym tekstem i ma dużo więcej własnego zdania i czasami ciężko przeforsować z nią swoje racje. Też chce mieć rodzinę, ale jeszcze nie teraz, i tego się trochę boję. Jest bardzo wykształcona i dużo zarabia, ma własne ogromne mieszkanie. Jest ładniejsza od tej pierwszej, ale do życia bardziej niepewna. Pierwsza jest typem ciepłej maskotki, uwielbia bliskość, uwielbia się przytulać, natomiast druga bywa oszczędna w emocjach i to sprawia, że zbliżenie z nią jest bardziej mechaniczne niż z pierwszą. Druga ma lepsze geny, ładniejsza, inteligentniejsza, nasze dzieci miałyby lepszy start i żylibyśmy też na dużo wyższym poziomie społecznym i finansowym. Pierwsza, pomimo że nie jest brzydka, to jednak szara myszka, tutaj cały ciężar utrzymania rodziny spada na mnie, bo ona ma tylko trochę powyżej minimalnej, ale ona mi da to, czego druga nie potrafi – ciepło, dom, spokój, to na czym bardzo mi zależy. Patrząc na to logicznie, powinienem brać tą drugą, bo to lepsza inwestycja w przyszłość, lepsze geny dla dzieci, lepsze życie teraz. Patrząc od strony emocjonalnej, pierwsza da mi więcej szczęścia i spokoju. Nie wiem, czym się kierować.
Jestem sobie katolikiem. Chodzę do kościoła w niedzielę, święta, czasami w tygodniu, chodzę do komunii, na pogrzeby i wesela, komunię i bierzmowanie, jeśli w rodzinie się trafi coś. Nie chodzę do spowiedzi, nie chodzę na rekolekcje, nie rozmawiam z księdzem proboszczem ani biskupem ani żadnym innym... Nie daję na mszę, nie daję na tacę, kolędę, remont dachu plebani, nowe auto księdza itp. Dlaczego? Bo jestem (noż kurwa) logicznie myślący.
Bóg wie wszystko, jest wszystkim i wszędzie, niepojęty i nieskończony i potrzebuje kogoś do pośrednictwa przy wyznaniu grzechów? Nie „płacę” na kościół, bo to hipokryzja, każą wspierać biednych, a kościół opływa w bogactwo (sprawdźcie choćby, ile inkasują za wynajem nieruchomości w samym Krakowie), nie słucham ich rad, no to jest najprostsze, mam wolną wolę i nie potrzebuję pomocy w decydowaniu, czy będę używać gumki, czy dziewczyna będzie stosować tabletki, nie potrzebuję mądrości księdza o wychowaniu dziecka w rodzinie, takiej wiedzy nie da się nauczyć z książek, tylko z życia, o którym oni niestety nie wiedzą za wiele, piętnując grzechy nasze, własnych nie widząc...
Więc dlaczego chodzę do kościoła? Bo lubię muzykę organową, bo w tym miejscu łatwiej skupić się na Bogu (o którym połowa katolików na pokaz zapomina). To moment wytchnienia od wszystkich i wszystkiego, moment zatrzymania się, o czym mnóstwo osób zapomina w ciągłym biegu.
Dodaj anonimowe wyznanie