Wracałam pociągiem od przyjaciółki, u której spędziłam kilka poprzednich dni. W drodze na peron kupiłam sobie frytki, w końcu czekała mnie dość długa podróż. Wsiadłam do pociągu.
W moim wagonie nie było nikogo poza mną. Do odjazdu zostało jeszcze około 10 minut, więc postanowiłam umilić sobie oczekiwanie, pisząc z koleżanką i zajadając się fryteczkami.
Po chwili do mojego wagonu wsiadł mężczyzna (na oko 40-50 lat) i zajął miejsce naprzeciwko mnie. Byłam zajęta jedzeniem i pisaniem w najlepsze z przyjaciółką, więc nie zwróciłam na niego większej uwagi. Do czasu kiedy spytał: „Nie przeszkadza ci to?” Spojrzałam na niego zdziwiona, zastanawiając się, o co mu chodzi.
I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że przez cały ten czas świdrował mnie wzrokiem i się masturbował.
Kiedy miałam 12 lat, napisałam po angielsku niezbyt składną (i w 100% wymyśloną), pełną różnych błędów językowych historię o moich doświadczeniach z duchami. Wrzuciłam to na jakieś forum i przez jakiś czas obserwowałam, jak ludzie próbowali mi doradzać, czasami coś odpisywałam. Po jakimś czasie znudziło mi się, przestałam wchodzić na forum, a po roku już nie pamiętałam o całym zajściu.
Ostatnio, przez pewną książkę, zaczęłam interesować się wiarą ludzi w duchy, zjawiska nadprzyrodzone itd. W końcu znalazłam się na polskich forach i w oczy rzuciła mi się pewna popularna i często omawiana tam historia. Była dziwnie znajoma. Zainteresowałam się tematem.
Okazało się, że historyjka została przetłumaczona na polski. Znalazłam link do oryginału i... tak. To moja historia. Chociaż minęło sześć lat, ludzie dalej do niej wracają, komentują ją, tworzą do niej teorie, a nawet stworzyli dwa filmiki na YouTubie.
Mam 24 lata i odkąd pamiętam, jestem raczej nieśmiała. W podstawówce przeżywałam katusze na prawie każdej lekcji przyrody: nasza nauczycielka uwielbiała pracę w grupach połączoną z prezentacją wyników i zawsze wyrywała mnie do odpowiedzi. W końcu tak mnie wytrenowała, że wychodzenie na środek i opowiadanie o wynikach pracy nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Ba, z czasem wszelkie „prezentacje” zaczęły sprawiać mi przyjemność i starałam się moją publiczność zaskoczyć ich tematem. Dlatego przed obroną pracy inżynierskiej zaczęłam myśleć, że sobie świetnie poradzę, bo przecież to żadna stresowa sytuacja, nie ma w tym nic strasznego, nikt nie patrzy na mój wygląd, a oceniana jestem tylko za wypowiedź. Że przecież robiłam to tyle razy, że bez problemu opowiem o wynikach moich badań pewnym głosem, bez plątania się we własnych słowach.
Wyszłam na środek sali, przedstawiłam siebie i tytuł pracy i mój głos zaczął się łamać, przemknęło mi przez myśl, że muszę żałośnie wyglądać i... rozpłakałam się.
Pracę magisterską realizuję jednak w innym zakładzie, niż planowałam... ;)
W tamtym roku mój tata stracił pracę, a mama miała poważną operację. Musieliśmy zacisnąć pasa i zacząć solidnie oszczędzać. Starałam się pomagać rodzicom w domu, przejęłam większość obowiązków, takich jak sprzątanie czy gotowanie. Zdawałam sobie sprawę, że wszystkim nam jest ciężko, dlatego bez piśnięcia zrezygnowałam z wycieczek i wyjazdów ze znajomymi. Nie chciałam zwierzać im się ze swoich problemów, a oni pomyśleli, że celowo się od nich odsuwam.
Codziennie przed wyjściem do szkoły dostawałam kilka złotych na jedzenie i picie. Jako że była to już końcówka jesieni, postanowiłam, że zrobię prezent dla mamy i zaczęłam zbierać pieniądze. Przez kilka miesięcy musiałam wytrzymać bez jedzenia do późnych godzin. Same zajęcia trwały zazwyczaj do 16, a powrót do domu zajmował kolejną godzinę.
W końcu tuż przed Bożym Narodzeniem udało mi się uzyskać wystarczającą sumę, by kupić upragniony przez mamę prezent – srebrny łańcuszek, który zawsze oglądała na wystawie. Była bardzo zaskoczona, kiedy pod choinką jedyny prezent należał do niej.
Nawet nie wiecie, jak ciepło na serduchu mi się zrobiło :)
Nie lubię użalać się nad sobą, nienawidzę być w centrum uwagi, a gdy byłam młodsza, lubiłam sobie popłakać. Ot tak, bez żadnego powodu, bo miałam taką ochotę. Relaksowało to moje ciało i umysł. Nie wiem czemu.
Brzmi niegroźnie, prawda?
Jednak czasem pozwalałam sobie popuścić wodze fantazji, lecz niestety, jak się okazuje, za bardzo. Otóż odkąd pozwoliłam sobie na dopuszczanie do siebie niebezpiecznych, abstrakcyjnych i niedorzecznych myśli, zaczęłam stawać się coraz bardziej podejrzliwa, do tego stopnia, że w mgnieniu oka wszędzie dostrzegałam spiski i intrygi. Mimo że doskonale wiem, że to nieprawda, zawsze zachowuję ostrożność, robiąc DOSŁOWNIE wszystko. Ktoś obcy podejmuje ze mną rozmowę? Na pewno rodzina/ludzie, którzy znają mnie z widzenia, zapłacili mu, bo chcą się pośmiać/coś ode mnie wyciągnąć. Idę do sklepu? Na pewno wszyscy mnie obserwują i patrzą, co kupuję. Zdarzały się nawet sytuacje, w których odmawiałam sobie czegoś właśnie ze względu na ludzi. O znajomościach w internecie nie ma nawet mowy. Nie potrafię zaufać ludziom, nawet najbliższym. Nikomu nie mówię o swoich problemach od wielu, wielu lat.
Wiem, że to wszystko niedorzeczne. Być może to mój podświadomy instynkt samoobronny. Sama jestem sobie winna.
Kilka dni temu moi rodzice obchodzili dosyć zaawansowaną rocznicę ślubu. Miała być impreza niespodzianka, chciałam zaskoczyć rodziców. Jako że moje rodzeństwo nie miało za bardzo pomysłów co przygotować, przejęłam inicjatywę i moja wizja została odebrana pozytywnie. Na ten dzień upiekłam tort, przygotowałam kolację i miło spędziliśmy czas w skromnym gronie domowników.
Minęło parę dni, nikt nie wracał do tematu rocznicy rodziców. Myślałam, że wszystko jest w porządku, aż do wczorajszej rozmowy z mamą. Od słowa do słowa, niechętnie przyznała się, że jest strasznie zawiedziona i rozczarowana tym, co od nas dostali. Wprost mnie zamurowało, aż nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie miałam pojęcia, że mój pomysł był tak tragiczny, świetnie też zamaskowali swoje niemiłe zaskoczenie, gdy go dostali. Teraz tylko wszystko składa mi się w całość i zaczynam rozumieć, że on nawet stoi w miejscu, którym nazwałabym miejscem hańby. Wiem, że to normalne, że czasem zdarza się nietrafiony prezent i nie ma co z tego robić afery, jednak nie miałam pojęcia, że aż tak źle to odebrali. Rozczarowanie mamy było tak ogromne, że podczas rozmowy aż poleciały jej łzy. Uważa, że takim badziewiem okazaliśmy brak szacunku do tak wielkiego jubileuszu, jakim była dla nich ta rocznica ślubu. Moje przyznanie się do bycia autorką pomysłu na prezent mama podsumowała tylko tym, że jak na swój wiek jestem dziecinna i mam straszne pomysły.
A ja... nigdy nie czułam się gorzej, niż mając tę świadomość. Bo naprawdę nie chciałam, by było im przykro, nie chciałam, by prezent wywołał tyle złych emocji. Gdybym miała więcej pieniędzy, wszystko wyglądałoby inaczej. Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze. Jest mi potwornie głupio i wstyd, chodzę przybita i nie potrafię spojrzeć rodzicom w oczy. Nie mam pojęcia jak zatrzeć to złe wrażenie, jak to naprawić. Chciałabym cofnąć czas i dać im coś, co ich ucieszy, a nie smuci przy każdym spojrzeniu na to. Mam lekką zdiagnozowaną nerwicę i ta sytuacja stresuje mnie do tego stopnia, że mam mdłości, trzęsą mi się ręce, nie mogę spać i mam ochotę płakać na samą myśl. Czuję się koszmarnie.
Tylko ja znam prawdę, rodzeństwu nic nie mówiłam. Wystarczy, że ja mam ochotę schować głowę w piasek z powodu prezentu, który, jak widać, ma ogromne zdolności do wywoływania złych emocji.
Zdarza się, że ustawiam budzik w telefonie taki sam jaki mam sygnał na dzwonek, po czym odbieram i udaję, że rozmawiam z dziewczyną, której nie mam. Ale co tam, niech inni myślą, że też mam jakieś życie towarzyskie.
Od jakiegoś czasu urządzamy z narzeczonym planszówkowe wieczory. Dzisiaj zaprosiliśmy kilku znajomych i zasiedliśmy do Taboo (taka gra w odgadywanie haseł), było przy tym sporo krzyku, ale i dobrej zabawy.
Po pewnym czasie do naszych drzwi zapukała policja, ponieważ zaniepokojeni sąsiedzi zgłosili... podejrzenie przemocy domowej.
Dziś się dowiedziałem, że istnieją na świecie ludzie gotowi na to, by cię pobić, tylko dlatego, że nie pomyślałeś o tym, żeby przepuścić ich przed siebie w oczekiwaniu na zielone światło na przejściu dla pieszych. I jeszcze z twarzą do mnie, że nic a nic nie myślę i teraz się jej Dżesika spóźni przeze mnie do szkoły. W sumie jakby Dżesiki mamusia tyle nie pyskowała, to pewnie by zdążyła...
Zima w pełni, a ja z zepsutą kurtką. Trzeba było wymienić suwak, więc wyprułam stary, następnie wszyłam nowy, zorientowałam się, że wszyłam nie ten, co trzeba, więc go wyprułam. Następnie dokładnie sprawdziłam, czy kolejny suwak jest OK i... tak, był OK, więc go przyszyłam. Założyłam na siebie kurtkę i... okazało się, że wszyłam ten suwak do góry nogami. Teraz to już pierdzielę, wcale nie potrzebuję tej kurtki.
Dodaj anonimowe wyznanie