Czy ze mną jest coś nie tak?
Uważam, że seks bez zobowiązań jest niemoralny. Dotyczy to obu płci, ale uważam, że kobiety tym bardziej powinny dbać o to, aby nie sypiać z kimś, z kim nie mają zamiaru się wiązać. Mam 30 lat, wiem, że czasy się zmieniły – ale czy na lepsze?
Czy ktoś jeszcze podziela moje zdanie?
Osoba, którą znam, pracuje w szpitalu. Historia jest autentyczna i dramatyczna, opisuje fachowość naszych lekarzy. Ale do rzeczy.
Raz do szpitala przyszedł starszy pan, miał problem z nogami. Nie pamiętam dokładnie o co chodziło, ale diagnoza była następująca – jedna noga do amputacji. Przyszedł w końcu dzień operacji, wszystko było w porządku, przebiegło bezproblemowo. No, prawie. Po zakończonej operacji dopiero ogarnęli, że amputowali złą nogę... To jeszcze nie koniec. Cały szpital stanął na nogi, nie wiadomo było co zrobić, czy przyznać się do błędu czy nie? Oczywiście wygrała druga opcja. Wszyscy spięli dupska, pacjenta zapewniono, że wszystko w porządku, a na drugą nogę przepisano mu leki. I wiecie co? Po miesiącach leczenia i różnych terapii, noga była już zdrowa. Tak, nagle z nożem na gardle dało się wyleczyć coś, co miało być przecież nie do odratowania! Istny dramat...
Gdyby nie to, facet chodziłby teraz normalnie, o dwóch nogach. A tak niczego nieświadomy myśli, że nic nie dało się zrobić.
Chodźcie na diagnozę do kilku specjalistów, by porównać opinie, sprawdzajcie oceny lekarzy na portalach, a jeśli macie dość pieniędzy - leczcie się prywatnie, bo leczenie na NFZ to chłam jakich mało. Nie mam żadnych dowodów, kto nie wierzy to jego problem. Historia stuprocentowo autentyczna, zapewniam.
Jestem psychopatą, tzn. tak mi się wydaje, takie są "objawy".
Zawsze imałem się zawodów, gdzie trzeba było kogoś przekonać do czegoś, czego np. nie potrzebuje. Pierwsze kroki stawiałem w handlu, szło naprawdę dobrze, potem ubezpieczenia, potrafiłem wmówić przyszłemu klientowi, że ubezpieczenie od wypadku z leśnym zwierzem to super opcja, znając statystyki to łatwiej chyba rozbić się w samolocie.
Potem pracowałem w banku, mogłem wcisnąć kredyt kolesiowi z przepukliną mózgu, a jeszcze się nie urodził. I weszły jakieś obostrzenia, klauzule, w tym zasady moralne, bla bla bla, i rzuciłem robotę po 5 latach, a już byłem całkiem wysoko.
Stwierdziłem, że to nie jest normalne, bo komuś zrobię krzywdę w końcu, założyłem firmę budowlaną, gdzie miałem ekipy i mało co spotykałem się z ludźmi.
Mimochodem sam postawiłem dom z tzw. resztek niesprzedawalnych, poznałem ludzi, każdą ich historię i zaczęło się od nowa.
Jak mi ktoś z sąsiadów zalazł za skórę, to robiłem syndykaty sąsiadów, którzy mieli na agresora wpływ lub oddziaływali w jakiś sposób. I tak gość, który nie chciał mi dać się dopiąć do gazu, w końcu wylądował na Babińskiego w Krakowie. Powiedziałbym, że żal mi go, ale tak nie jest, nie mam specjalnie wielu uczuć. No może do rodziny, ale to i tak mocno okrojona wersja uczuć.
Dla mnie istnieje prosty schemat - cel, byle jaki. A ludzie po drodze to przeszkoda do rozkminienia, aby osiągnąć cel. Przyznam, że jestem zmęczony, ale taka dziwna natura, ewidentnie jakiś defekt w głowie, jakieś braki, może hormonalne, kij wie, ale nadal uważam, że jestem psychopatą i mam wrażenie, że kiedyś to mnie pośle za kratki.
Moja historia...?
Miałam z 13 lat, jeździłam często do babci w weekendy autobusem do pobliskiego miasta. Kiedyś od znajomej mamy dostałam gaz pieprzowy - żebym czuła się bezpiecznie.
Pewnego razu, jak wracałam wieczornym autobusem, dosiadł się obok mnie starszy facet (ok. 40 l.). Ja zawsze siadałam z dala od okna, żeby w razie czego zwiać.
Po ruszeniu autobusu zaczął mnie smyrać po nodze. Nie wiedziałam co robić, sparaliżowało mnie. I wtedy przypomniałam sobie o gazie, wypaliłam mu nim w oczy i zaczęłam krzyczeć.
Kierowca od razu zatrzymał autobus, otworzył drzwi i wywalił gościa w szczerym polu, po czym zadzwonił na policję i poinformował o zaistniałej sytuacji.
Facet trafił do więzienia, był poszukiwany.
Teraz mam 35 lat i nadal noszę gaz przy sobie :)
Z mężem staraliśmy się o dziecko 10 lat. 10 lat łez, potu, bólu. Miałam 8 razy zabieg in vitro, za każdym razem się nie udawało. W końcu gdy przestaliśmy rozmawiać ciągle o dziecku, przestaliśmy się kłócić, przestaliśmy się nawzajem obwiniać, to pojawiły się upragnione 2 kreski na teście ciążowym. Mąż akurat był w pracy, ja poleciałam szybciutko do sklepu po malutkie skarpeteczki, aby obwieścić mu tę cudowną nowinę.
Poszliśmy razem na USG w 6 tygodniu. Okazało się, że to nie dziecko, a dzieci. Nasze szczęście było podwójne! Tyle radości z naszej strony... Na drugim USG w 12 tygodniu też było wspaniale. Nasze dzieci rosły cudownie, cudownie się rozwijały, były takie pięknie. Prawdziwy horror rozpoczął się dopiero na trzecim USG w 20 tygodniu. Okazało się, że jedno dziecko prawdopodobnie nie przeżyje doby po urodzeniu się. A nawet jeżeli przeżyje dobę, to będzie bardzo upośledzone, będzie wymagało stałej opieki, stałej kontroli. Byłam przerażona. Przepłakałam cztery noce, nie mogłam spać, jeść, mój kochany mąż musiał wziąć wolne, aby mnie pilnować, w tak złym stanie psychicznym byłam. Jednak postawiłam sprawę jasno. Donoszę ciążę. Nieważne jakie będą moje dzieci, byleby były szczęśliwe. Od połowy ciąży leżałam w domu na L4. Doktor namawiał mnie na aborcję, przynajmniej chorego dziecka. Twierdził, że sobie nie poradzę z warzywem (tak, tak właśnie określił moje dziecko - warzywko), jednak ja tylko kiwałam głową, a w myślach już miałam imiona dla moich skarbów.
W końcu przyszedł upragniony termin. Termin porodu. Cała się trzęsłam ze strachu. Urodziłam moje dzieci przez CC 14 maja 2010 roku w 35 tygodniu ciąży. I okazało się, że dla Marcela (syna, który miał być tak upośledzony, że nie przeżyłby doby) nic nie było! Brakowało mu tylko jednej rączki, która prawdopodobnie zaginęła w akcji (do tej pory śmiejemy się tak z mężem), córcia za to urodziła się całkowicie zdrowiutka, nic jej nie brakowało, ani nie miała żadnej dodatkowej części ciała. Lekarze nawet pomylili się z płcią, gdyż miały być dwie dziewuchy, a wyszli chłopak z dziewczyną.
Nie mam pojęcia dlaczego lekarze orzekli, że moje dziecko ma umrzeć dobę po narodzinach. Nie wiem, czy to przez wadliwy sprzęt USG (krótko przed poczęciem dzieci przeprowadziliśmy się do innego miasta na drugim końcu Polski i chcąc nie chcąc musiałam zmienić ginekologa) czy przez coś innego. Lekarze do tej pory są w szoku, jednak ja postanowiłam, że nie będę nikogo pozywać, nie mam ochoty niszczyć nikomu życia.
Wiem, że teraz jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, bo mam dwójkę zdrowiutkich kochanych dzieci i tego życzę dla każdej mamy, przyszłej czy obecnej.
Jakiś rok temu pewna osoba, co chciała chyba zostać pranksterem, dostała ode mnie mocną szkołę życia.
Gdy zwiedzałem jedno z polskich miast, nagle zobaczyłem jak jakiś koleś ubrany jak stereotypowy Arab pobiegł pod grupę ludzi, rzucił w ich stronę plecak i zaczął krzyczeć "Allah akbar". Warto zaznaczyć, że wtedy w mediach wciąż było głośno o następnym zamachu terrorystycznym na terenie Europy.
Po "żarcie" typ oczywiście zaczął uciekać. Postanowiłem go dogonić i złapać. Gdy mi się udało, zacząłem go szarpać. Ten oczywiście krzyczał, że to tylko prank. A ja na dokładkę zadałem mu jeszcze jeden cios w brzuch, tak żeby stracił oddech. Wtedy też mu powiedziałem, że to tylko prank.
Ktoś może powiedzieć, że głupi jestem, bo dałem się nabrać. Albo cierpię na brak dystansu. A ja mówię, że z wielu rzeczy można się śmiać, ale nie z aktu, w którym giną niewinni ludzie.
Pozwoliłam mojemu chłopakowi poprowadzić mój samochód. Ten się chciał popisać i zaczął świrować na parkingu pod sklepem, że bączki, że drifty, że Bóg wie co. Krzyczę do niego, żeby przestał, a on z tym typowym tekstem, że baby to się tylko drą i wszystkiego boją. No to ja do niego znowu, że mi o samochód chodzi. "Spooooko, przecież widzisz, że nad wszystkim panuję". No i spalił mi nowiutkie sprzęgło, które wymieniłam miesiąc temu.
Wczoraj, gdy jechałam autobusem, podszedł do mnie obcy chłopak i powiedział: "Przed chwilą zobaczyłem Cię pierwszy raz w życiu, i ku##a, zakochałem się w Tobie! Spotkajmy się raz, a zobaczysz, że skończysz jako moja żona". Dał mi kartkę ze swoim numerem telefonu.
Napisać? Czy uciekać, bo psychopata?
Będąc w podstawówce wpadłam na pomysł, aby położyć się na dywanie i udawać martwą przed kotem. Naoglądałam się wtedy pewnie jakichś filmów jak to pies ratuje swojego pana itp. więc uznałam, że jak kot zobaczy, że coś mi się stało, to jakoś zareaguje i wezwie pomoc lub jakoś się przejmie moim losem (głupia ja). Leżąc tak na dywanie z zamkniętymi oczami nagle poczułam coś mokrego na twarzy.
Tak, zgadza się, kot mnie obszczał...
Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze przed snem, gdy umyty leżę w łóżku z zamkniętymi oczami, zaczynam rozmyślać o wszystkim. Dosłownie wszystkim. W głowie kłębią mi się miliony myśli, tworzę scenariusze wydarzeń i rozmów, planuję najbliższe dni, co zrobię, co komu powiem, jak rozwiążę moje problemy...
A potem budzę się rano i robię wszystko zupełnie inaczej.
Dodaj anonimowe wyznanie