#5ieJ0

Pracowałam rok w osiedlowym sklepie, przez co poznałam większość sąsiadów. Wcześniej mieszkałam tu już 2 lata, a nikt mi nie odpowiadał „dzień dobry”. 
Teraz ludzie zaczepiają mnie na ulicy, by sobie pogadać, często też przepuszczano mnie w kolejce w supermarkecie, dzieci mówiły mi „cześć” albo się kłaniały, bezdomni zawsze pytali mnie jak dzień, bo to z nimi rozmawiałam zawsze najszczerzej. 
Czasem miałam wrażenie, że robię za terapeutę, bo ludzie dzielili się ze mną swoimi ciężkimi sekretami takimi jak zabieg u ginekologa, śmierć żony, trudy opieki nad chorą córką. 
Często płakałam przez historie klientów. Innym razem koleżanka z pracy w ramach ciekawostki powiedziała, że mój ulubiony bezdomny się powiesił. W domu ryczałam jak powalona, a na drugi dzień wypytałam jego kolegę, kiedy i gdzie będzie pogrzeb. On żył! To nie ten bezdomny! Pewnego razu obok sklepu był wypadek. Zginął bardzo lubiany sąsiad. Nie zliczę, ile osób płakało mi w rękaw z jego powodu. Ja tego faceta nawet nie znałam, przynajmniej tak myślę. 

Ta praca wyczerpała mnie psychicznie. Na zewnątrz byłam miła, dawałam się wygadać, a w środku wszystko przeżywałam. Zaczęłam mieć koszmary, w których próbuję zamknąć sklep i iść do domu, ale oni wszyscy napierają na drzwi i próbują wedrzeć się do środka, bo muszą mi o czymś powiedzieć. Ostatni dzień pracy w tym sklepie to była dla mnie prawdziwa ulga.

#3QehS

Jestem typem wojownika. Nie potrafię odpuszczać i nie potrafię się poddawać. I nie, nie jest to dobra cecha.
Obroniłam licencjat, poszłam dalej na magisterkę, sumiennie przygotowywałam się do trudnych egzaminów i nie zdałam. Jestem załamana. Pierwszy raz w życiu mam naprawdę ochotę się poddać i rzucić to wszystko. Po prostu coraz bardziej dociera do mnie, że ten kierunek może być bezsensowny i powinnam była wybrać coś innego... O niezdanym egzaminie dowiedziałam się 24.09. Za późno na rekrutację na inne studia ani nawet mojego kierunku nie mogę powtarzać, bo nie wypisałam się z listy studentów na czas, chcąc podejść do tego egzaminu z nadzieją, że może się uda, więc ostatnim rzutem na taśmę wpisałam się na coś bardzo podobnego.
Nie odpoczęłam, nie byłam na wakacjach, nie zrobiłam nic przyjemnego, a już za kilka dni mam znowu tam wrócić... Naprawdę po raz pierwszy raz w życiu czuję taką niechęć do studiowania...
A z drugiej strony uruchamia się we mnie mój wojownik, który krzyczy, żebym się nie poddawała i parła dalej, bo może odniosę jeszcze sukces i odrodzi się we mnie uprzedni zapał, chociaż serce już prawie nic nie czuje...

#lYMGB

Krótka historia o tym, jak wpędzić dziecko w kompleksy i narazić na zaburzenia odżywiania.

Od dziecka słyszałam, że jestem gruba. Nie bezpośrednio, ale rodzice często w „żartach” wspominali, że mam duży tyłek albo oponkę na brzuchu. Ja oczywiście w to wszystko wierzyłam, bo byłam mała. Gdy czasami przychodziła dalsza rodzina, mówili mi, że jestem drobna, ale oczywiście rodzice automatycznie odbijali piłeczkę żartem w stylu: „Jaka drobna? Patrz, jaką ma dużą pupę”.
Moja mama często wspominała, że chuda to jest moja koleżanka Monika. I od tamtej pory wzięłam ją sobie za wzór. Niestety nie wiedziałam, że Monika ma niedowagę i od przedszkola do gimnazjum zadręczałam się myślą, że nie mogę być tak „idealna” jak ona. Najgorzej było w okresie podstawówki. Często nie jadłam drugiego śniadania w szkole. W domu żywiłam się samymi zupami, sałatkami, jajkami i kanapkami z warzywami. Wykręcałam się za każdym razem, gdy chciano, bym zjadła mięso, unikałam go.

Ostatnio znalazłam zdjęcia z tamtego okresu. Okazało się, że nigdy nie byłam gruba. Na zdjęciach z podstawówki wyglądam wręcz na zbyt chudą. Przy 165 cm wzrostu ważyłam wtedy 42 kg. Jedyne co zauważyłam, to fakt, że w tym okresie miałam trochę szersze biodra niż koleżanki. 

Na szczęście u mnie obyło się bez psychologów i terapii. Mam prawidłową wagę i wiem, że nie jestem gruba. Ale niestety wiele dzieciaków nie wychodzi z tego tak ławo i to często (choć nie zawsze) jest winą rodziców.

#h0fB6

Jako dziecko lubiłem czasami dzwonić pod przypadkowe numery i rozłączać się bądź też udawać, że pomyliłem numer. Nie miałem jeszcze swojej własnej komórki, używałem więc telefonu stacjonarnego. 
Pewnego wieczoru chciałem się zabawić, więc wcisnąłem losowy, nieznany numer i gdy usłyszałem, że ktoś odebrał, to normalnie powiedziałem: „Halo”, nie śmiałem się ani nie robiłem nic, co by wskazywało na to, że robię psikusy. Dodam, że z całą pewnością nie był to żaden numer alarmowy, tylko zwykły, stacjonarny albo komórkowy numer.
Po drugiej stronie słuchawki był jakiś mężczyzna, który od razu rzucił do mnie tekstem: „Czy ty wiesz, gdzie się dodzwoniłeś?”, „Czy jesteś tego świadomy, pod jaki numer dzwonisz?”. Przestraszony odłożyłem słuchawkę. Tak mnie to przeraziło, że przez długi czas bałem się choćby podejść do telefonu.

#rjZhT

Jestem dorosła, ale prześladuje mnie „miłostka”.
Poznałam go w przedszkolu, przeszłam z nim całą podstawówkę. Podobał mi się zawsze, wiedziałam, że nie będziemy razem, ale pozwalałam mu wracać po każdym podboju. Co chwilę w jego życiu była inna, na moment, durne szkolne związki. Nie chciałam tego, bo było to dziecinne dla mnie, miałam wystarczająco swoich problemów, żeby bawić się w relacje w tym wieku. Zawsze byłam dojrzalsza, a on był moją odskocznią, moim spontanicznym uśmiechem. Kiedy podbijał czyjeś serce, cierpliwie czekałam, czasami nawet go w tym wspierałam, wiedziałam, że i tak wróci. Kiedyś chciał spróbować, ale go odrzuciłam, za karę związał się z moją koleżanką. Nie winię jej za to. W jego oczach można było utonąć jak za syrenim głosem. Zbliżaliśmy się w przerwach od jego kolejnych zdobyczy. Leżał na mnie, obejmował, czasami całował w szyję czy kącik ust. Pozwalałam mu na to, bo go lubiłam, bo mi się podobał wizualnie, bo czułam jakąś więź między nami. Niewidzialną nić. Kiedyś stwierdził, że mnie kocha, jakiś czas było między nami magia. Chciał więcej, a ja czułam, że z nim mogłabym to zrobić i byłoby po prostu miło. Postawiłam warunki, częściowo ich dotrzymał, ale po czasie źle odebrał moje relacje z kolegami i uznał, że złamałam mu serce. Pewnie spodziewał się, że skoro zawsze go witałam z otwartymi ramionami, będę robić wszystko, żeby był przy mnie. 
Szkoła się skończyła. W liceum kontakt się skończył. Słyszałam, jak wykorzystuje naszą historię i złamane serce do podbijania kolejnych. Przynajmniej tak przedstawiali mi to inni. Taki typ. Potrzebował miłości i uwielbienia. Przez lata się mijaliśmy. Poznawaliśmy innych ludzi. W końcu się spotkaliśmy i czułam, jakbyśmy byli w jakiś sposób związani ze sobą, choć nie wierzę w takie rzeczy. Byłam jednak w szczęśliwym związku i nie odpowiedziałam na propozycję kolejnego spotkania. 
W trakcie studiów okazało się, że jest moim sąsiadem, chociaż nie wiedzieliśmy o tym. Coś sprawiło, że w ogromie tego miasta zamieszkał na tym samym osiedlu. Nie mieliśmy więcej kontaktu. Ale czasami myślałam „co by było, gdyby”. Gdybyśmy się jednak związali na którymś etapie. 
Ostatnio pojawia się w moich snach, mówi, że żałuje wielu rzeczy, że nigdy nie da mi spokoju, że do końca życia będę go wspominać, że jesteśmy połączeni na zawsze. Mam już od dawna swoje spokojne szczęśliwe życie, nie myślę o nim, bo to stare czasy, ale te sny nie dają mi spokoju, są bardzo wyraźne, mam wrażenie, że czuję jego obecność, pocałunki w dawne miejsca palą moją skórę i tonę w jego oczach. Budzę się z obłędem i proszę, żeby to już się nie zdarzało. Bylibyśmy włoskim małżeństwem, latałyby między nami talerze, a nie tego w życiu potrzebuję. Czy on kiedyś da mi spokój? Kiedyś powiedział, że nigdy...

#94SqN

Miesiąc temu wpadłam na pomysł, że chcę uczyć się walijskiego. Do tej pory robię to regularnie, ale czasami nachodzi mnie myśl z praktycznego punktu widzenia: po co? Myślę wtedy, że to strata czasu i zajmowanie myśli, ale tłumaczę sobie, że sprawia mi to przyjemność. Nie wiem, czy jest sens.

#f5OnQ

Od dłuższego czasu choruję na chorobę Gravesa-Basedowa i w związku z nią na nadczynność tarczycy. Pomijając szereg dolegliwości, najbardziej wyraźne są dwie. Wdupizm i wyjebanizm. Choroba sama w sobie często wiąże się z zaburzeniami na tle psychiki, ale moje to już osiągają zenit (w przeciwieństwie do kobiet, które np. w związku z tą chorobą bardziej wpadają w depresję, lęki, nerwicę). Ja mam wszystko gdzieś. Męża, córki, rodzinę i przyjaciół. Nie obchodzą mnie, pomimo że przed chorobą kochałam ich ponad życie. Nerki dałabym sobie wyciąć za nich. A teraz? A teraz to ja nic nie czuję. 
Byłam u psychiatry i psychologa, u endokrynologa. Tak właśnie choroba na mnie wpłynęła. Spłyciła mi uczucia, bo mi się kochać i nienawidzić nawet nie chce. Nic mnie nie raduje i nie smuci. Wyniki tarczycowe mam w normach, Graves-Basedow uśpiony, nawet problemy z sercem ogarnięte. I co? I nic właśnie. Nikt o niczym nie wie, na co dzień jestem przykładną matką i żoną dbającą o dom, pracującą. Tylko pustą w środku. No i w sumie co z tego? Psychiatra się cieszy, że pacjentka reaguje na leki, mąż się cieszy, że żona się stara, i dzieci też, bo mama kocha. Tylko ja patrzę w lustro i nie widzę nic, nie czuję, nie kocham. I w sumie to nic mnie to nie obchodzi, bo po co.

#HY3pm

Jestem mężatką od 15 lat, w sumie jesteśmy razem niemalże 20. Prawie wszyscy znajomi oraz rodzina żyją w przekonaniu, że jestem bezpłodna i dlatego nie mamy dzieci.

Prawda jest jednak taka, że po prostu ich nie chcemy. Dobijamy 40. i nigdy żadne z nas nie chciało mieć dziecka, pod tym względem się dobrze dobraliśmy. Nasi bliscy jednak tego nigdy nie rozumieli, wiec w końcu znudzeni i wkurzeni odpieraniem zarzutów typu „odmieni wam się, kiedyś będziecie tego żałować” itp. oznajmiliśmy smutnym tonem wszystkim wszem wobec, że jestem bezpłodna, a dzieci adoptowanych nie bylibyśmy w stanie pokochać (to drugie, o ironio, większość ludzi jest w stanie bardzo szybko zaakceptować!).

Trochę boli mnie, że musimy się posiłkować tym kłamstwem, szczególnie względem naszych rodziców, ale ciągle awantury o brak wnuków i zarzuty, że jesteśmy bez serca i umrzemy samotni, naprawdę dały nam w kość.
Dodaj anonimowe wyznanie