Kocham zwierzęta i nie lubię gdy dzieje się im krzywda.
Od dziecka miałam jakieś zwierzątka, byłam odpowiedzialnym dzieckiem.
Sprzątanie, karmienie, opieka - to była dla mnie norma.
Ale zdarzyło się coś, z czego nie jestem dumna.
Miałam chomika. Ale po jakimś czasie zaczął mi się... Nudzić. Nie miałam komu go oddać, bo rówieśnicy nie opiekowaliby się nim.
Pewnego razu chomik uciekł ze szklanej klatki, jakoś wspiął się na parapet okna, ale zauważyłam go i złapałam. Wpadłam jednak na pomysł, jak w końcu pozbędę się chomika. Następnym razem, gdy znowu uciekł i widziałam, że chodzi po parapecie i wychodzi za szybę. A że ścianę pokrywał winogron, to chomik schodził po gałęziach. I tak oto pozbyłam się chomcia.
Wieczorem powiedziałam rodzicom, że chyba uciekł mi chomik, bo nie ma go w klatce ani w pokoju.
Drugi raz z niechęcią spotkałam się do papugi. Nie dała się oswoić, więc ciągle była wredna, nie dała się głaskać. Aż zaczęła mi przeszkadzać. Ale nigdy świadomie jej nie skrzywdziłam. Pewnego dnia, przez nieuwagę mamy, papuga uciekła przez okno. Udawałam, że się smucę, ale w głębi duszy cieszyłam się, że nie mam już zwierzęcia. Byłam zmęczona opiekowaniem się kolejnym zwierzęciem, bo jak jedno zdechło, ja od razu kupowałam kolejne i nie miałam czasu odpocząć.
Po trzech dniach, gdy wróciłam do domu, okazało się, że papugę znalazł jakiś facet i wywiesił ogłoszenie. Niestety, mama je przeczytała, wzięła numer i tata poszedł po nią. Uciekła drugi raz, bo mama znowu otworzyła okno, ale już się nie znalazła. Papuga rzecz jasna.
Zaprosiłam do siebie na noc chłopaka, z którym się spotykałam od jakiegoś czasu, ale na razie tylko bardzo grzecznie. Ogólna podjarka z mojej strony, bo wiadomo, co będzie się działo. On też, że "o ja", że "o super będzie" i że "cała noc zabawy przed nami". Zanim przyszedł, podkręciłam ogrzewanie, żeby wprowadzić w życie mój plan.
Po gadce szmatce zaproponowałam mu, żeby zdjął koszulkę, bo zrobiło się strasznie gorąco. Zdjął ją, a ja ją zabrałam i poszłam do łazienki. Calutka się rozebrałam, po czym założyłam na siebie tylko jego t-shirt i weszłam do pokoju. Zbliżyłam się, zaczęłam całować go po szyi... a on nic! No i tak właściwie to koleś grał w gierki na moim PlayStation do rana. Nic z tego nie wyszło. Jak widać, trochę inaczej rozumieliśmy "całą noc zabawy".
Gdy miałam około 8 lat, to bardzo lubiłam grać w Simsy. Jednak jako tak młoda osoba nie wiedziałam jeszcze, co jak się robi, więc zawsze prosiłam o pomoc starszego brata. Na jednej imprezie rodzinnej u mnie w domu byłam chora, więc większość imprezy po prostu grałam, a brat raz na jakiś czas przychodził mi pomagać. W pewnym momencie przyszłam do niego i przy wszystkich gościach spytałam: „Braciszku, zrobisz mi dzidziusia?”, a brat zmieszany zaczął krzyczeć na cały dom: „W Simsach! Jej chodzi o Simsy!”. Do tej pory na każdym spotkaniu rodzinnym wszyscy się z tego śmieją.
Gdy byłem w gimnazjum, byłem cichym i inteligentnym chłopakiem. Nie lubiłem ludzi, ważnym wyznacznikiem dla mnie była i jest inteligencja.
Do mojej klasy chodziła dziewczyna, cicha, trochę wstydliwa, średniej urody, ale co najważniejsze inteligentna. Widziałem, że chłopcy czasami jej trochę dokuczali i wydawało mi się, że jest trochę smutna, więc postanowiłem się do niej zalecać, żeby poprawić humor i samoocenę, która mogła być nadwyrężona przez dokuczających chłopców. A to dałem jej kwiaty, walentynkę, czekoladę lub popisałem z nią w internecie. Szkoda, że jakoś nigdy nie byłem dość odważny, by zrobić poważny krok do przodu (w sumie to mi się nawet podobała na swój sposób), ale przynajmniej mam nadzieję, że jej pomogłem i poprawiałem jej humor moimi zalotami.
Kiedy ostatnio patrzyłem co się u niej dzieje, dowiedziałem się, że teraz jest bardzo towarzyską osobą. Może jej w tym trochę pomogłem.
Pracuję z kilkoma osobami w małym zespole. Mamy to szczęście, że raczej się lubimy, sporo osób utrzymuje przyjaźnie również poza pracą. Zawsze robimy sobie prezenty na urodziny, kupujemy tort itp.
Zastanawiałyśmy się ostatnio z koleżanką, co kupić Justynie i Anecie (imiona zmienione), które mają za jakiś czas urodziny w odstępie ok. dwóch tygodni od siebie. Większy problem miałyśmy z wybraniem prezentu dla Justyny i właśnie kiedy powiedziałam zdanie: „Aneta jest łatwa, wystarczy kupić jej charmsa z Pandory i sprawa załatwiona” weszła Aneta, i słysząc ostatnie zdanie bez wcześniejszego kontekstu, widocznie się zdenerwowała i zażądała wyjaśnień. Na szczęście dała sobie wytłumaczyć całą sytuację, ale mimo wszystko głupio wyszło.
W ciągu 4 lat znajomości (w tym 1,5 roku małżeństwa) zdążyłam się przyzwyczaić do oryginalnych podniet mojego męża. Szczególnie jarają go moje okresy. Tak, to co większość facetów odpycha, mojemu się podoba. Szczególnie że moje są zwykle obfite.
Już nie ruszają mnie teksty typu "prawdziwy pirat nie boi się Morza Czerwonego" albo "co to za rycerz, który nie umoczył miecza we krwi". Dla jasności, zawsze miały charakter humorystyczny.
Ostatnio przebił sam siebie. Jemy kolację, a ten rzuca: "gdybyśmy tak pofiglowali, gdy krwawisz... bylibyśmy potem jak wikingowie wracający umazani krwią wroga z pola bitwy...".
Dobrze, że miałam pod ręką butelkę wina, to się uspokoiłam. Kocham tego matoła, ale normalności to raczej nie uświadczę.
Mam kuzyna o zupełnie odmiennych poglądach. Póki mieszkaliśmy w jednym mieście, widywaliśmy się często, dyskutowaliśmy, a czasami zdarzało się nam pokłócić.
Obecnie widujemy się od święta, ale nadal wyobrażam sobie, że z nim rozmawiam, kiedy przygotowuję jakieś wystąpienie albo prezentację do pracy. To pozwala mi wykryć nieścisłości tak, jak kuzyn by je wytknął.
Może kiedyś mu to powiem.
Mieszkam sama z ojcem w dość dużym domu na wsi. Ojciec ma mały ogródek i szklarnię z tyłu domu i ostatnio dużo tam siedzi, no bo wiosna i musi wszystko przekopać. Zwykle mówi, że on tylko aż się ściemni, ale potem i tak siedzi jeszcze z godzinę z lampką na czole i zasuwa, więc jak wczoraj wyszedł tylko śmieci wyrzucić, to nie zdziwiłam się, że go długo nie było, bo pewnie zajął się z powrotem ogródkiem. Aż tu nagle słyszę jego krzyk... No i ja panika, biorę kapcie, jednego po drodze zgubiłam, i wybiegam na dwór i drę się po ojca. On wychodzi zza rogu i jak gdyby nigdy nic pyta: „Co tam?”. No i ja pytam, co to za darcie było, bo brzmiał, jakby co najmniej się brama garażowa na niego zwaliła, a on mi mówi, że poszedł do lasu się wysikać i mu lis z krzaków wyleciał, przerażony, bo go mój ojciec obudził.
Tak się śmiałam, że aż mnie brzuch rozbolał :)
Czasem zastanawiam się, czy naprawdę zasłużyłam na wszystkie sytuacje, które wydarzyły się w moim życiu. Mam super synka, który jest jedną z najważniejszych dla mnie osób. Mam również męża, o którym będzie ta historia.
Wszystko zaczęło się około półtora roku temu – mąż postanowił zmienić pracę i w związku z nową wyjechał na 6-miesięczne szkolenie (zjeżdżał tylko na weekendy, i to nie wszystkie). Gdy wracał do domu na weekend, to twierdził, że musi odstresować się po szkoleniu i wychodził z kolegami na miasto, wychodził w każdy piątek i sobotę, zostawiając dla rodziny tylko niedzielne przedpołudnie, które i tak przesypiał. Sama przed sobą tłumaczyłam go, że faktycznie szkolenie jest trudne i stresujące, że poradzimy sobie ze wszystkim.
Po skończonym szkoleniu rozpoczął pracę – zmiany dwunastogodzinne, więc wciąż praktycznie nie było go w domu. Wyjścia z kolegami wciąż trwały w najlepsze – każdy weekend, który był wolny, spędzał poza domem. Gdy próbowałam rozmawiać z nim na ten temat, że jest mi przykro, że chciałabym, żeby spędzał ze mną więcej czasu, stwierdzał, że przesadzam i wymyślam sobie wszystko. Po kilkudziesięciu odmowach przestałam prosić o wspólne spędzanie razem czasu, przestałam planować wspólne wyjścia, które nie dochodziły do skutku, bo przypominał sobie, że już umówił się z którymś z kolegów, przestałam robić mu wyrzuty o ciągłe wychodzenie z kolegami, myśląc, że się opamięta. Prawdopodobnie był to błąd, ponieważ po kilku tygodniach mąż powiedział, że poznał kogoś innego i odchodzi do niej. Na koniec powiedział, że czuł się samotny w naszym związku, ponieważ nie spędzałam z nim czasu, miał niewystarczająco poświęconej uwagi z mojej strony.
I teraz najważniejsze – po kilku tygodniach od wyprowadzki mąż poprosił o możliwość powrotu, przeprasza, mówi, że popełnił błąd, że mnie kocha. Dla mnie to naprawdę były bardzo ciężkie tygodnie – nie mogłam się otrząsnąć. Kocham mojego męża, ale zastanawiam się, czy powinnam mu dać szansę, czy będę w stanie o wszystkim zapomnieć i pójść dalej.
W wieku 15-16 lat przypadkowo zdiagnozowano u mnie poważną, prawdopodobnie wrodzoną, wadę wzroku (i nie chodzi tu o krótkowzroczność czy nadwzroczność, chodzi o szereg nieprawidłowości w budowie gałki ocznej oraz siatkówki oka). Gdy się o tym dowiedziałem, załamałem się i byłem przerażony, ale okulista stwierdził, że chwilowo nie ma żadnego zagrożenia, więc trochę mi ulżyło. Co pół roku kontrolnie chodziłem do okulisty na obserwację tego „przypadku”. Gdy gałka oczna wraz z dorastaniem zaczęła rosnąć, okazało się, że w przyszłości mogą być problemy...
Zostałem skierowany na specjalistyczne badania do najlepszej kliniki w Polsce (nie było to proste), tam dowiedziałem się po 4h badań, że nic nie da się z tym zrobić i taka już moja uroda. Byłem wtedy bardzo załamany, ale upłynęło trochę czasu, wiadomo, obowiązki, szkoła itp. I zapomniałem trochę o tym aż do dzisiaj.
Pojawiłem się na kolejnej kontrolnej wizycie i okazało się, że niedługo dołączę do grona niewidomych. Nikt nie jest w stanie określić kiedy, ale tak się stanie w przeciągu maksymalnie kilku miesięcy.
Wyszedłem z gabinetu, nie czułem się tak nigdy, nie czułem smutku ani złości, poczułem ogromną pustkę i świat zatrzymał się w miejscu. Od 4h siedzę sam w domu i gapię się w ścianę. Zostać niewidomym w wieku 20 lat? Jutro mogę się obudzić i zobaczyć tylko czarne tło... Nie wiem nawet co mam o tym myśleć. Napiszcie cokolwiek, może poczuję się chociaż na chwilę lepiej.
Dodaj anonimowe wyznanie