#bPoKZ

Mam 6,5-letniego synka. Biologiczny ojciec nigdy się nim nie interesował. Olewał temat. Przez lata chodziłam po sądach, aby załatwić wszystko prawnie (zabranie mu praw rodzicielskich etc.). Moi rodzice cały czas wpierniczali mi się w życie, ale nie miałam siły walczyć w pojedynkę. Jeszcze niedawno nie wierzyłam, że będę kiedyś naprawdę szczęśliwa, jednak od 3 miesięcy mam cudownego chłopaka (znamy się 17 lat), w którym mam ogromne wsparcie. 

Moi rodzice tydzień temu za moimi plecami bez wiedzy, a tym bardziej zgody, zorganizowali sobie spotkanie mojego synka z biologicznym ojcem, ukrywając przede mną ten fakt (wiem, że inicjatywa wymuszona była z ich strony, gdyż ten człowiek ma gdzieś młodego). Gdy synek mi o tym powiedział, próbowali się wypierać. Poczułam się, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. Przegięli do tego stopnia, że mój syn jako wnuk nie chce mieć z nimi kontaktu. 

Od tygodnia nie mieszkam w rodzinnym domu, tylko u chłopaka. Mój synek nawet nie wspomina o dziadkach (wyjątek, gdy powiedział, że mam go odebrać szybciej z przedszkola, bo nie chce, aby babcia albo dziadek go odebrali). W końcu zaczynamy być szczęśliwi. Mam wielkie wsparcie w moim chłopaku, jak i jego rodzicach. Są dla mnie jak drudzy (lepsi) rodzice, synka traktują jak wnuka. Chłopak zaś z moim synkiem mają kontakt jak tata z synem. Wiem, że to ten jedyny. 
Odcięłam się od toksycznych rodziców. Nie mam z nimi kontaktu. Zaczynam żyć i w końcu w pełni cieszyć się macierzyństwem. Wiem, że już nigdy nie wrócę do rodzinnego domu. Mam tylko małą nadzieję, że moi rodzice zrozumieją swój błąd, że skrzywdzili mnie i swojego wnuka, który nie był gotowy na takie spotkanie z obcym dla niego człowiekiem. I że w końcu przestanie ich unosić duma i chociaż przyznają się do błędu, przeproszą.

#MQUU5

Na tablicy mojego 16-letniego syna zobaczyłam wpis o treści „zgadnijcie, kto jest najładniejszą mamą na świecie”. Odpisałam od razu w komentarzu „Ja!” i nasłałam mu tam naklejek i buziaków. Odpisał „A nie, bo Marta”.
Marta to jego dziewczyna... Tak że ten... Mówcie mi „babciu”.

#olEB0

Chciałabym opowiedzieć o zdarzeniu z dzieciństwa, które bardzo mnie skrzywdziło, ale teraz, z perspektywy czasu patrzę na to z przymrużeniem oka, bo mam piękne życie, znam swoją wartość i już nie chowam urazy, nie ma sensu.

Zacznę od tego, że w moim rodzinnym domu panowała taka zasada, że wieczorem, gdy z bratem byliśmy w łóżkach, nie mogliśmy swobodnie korzystać z toalety bez odpowiedniego informowania o naszych potrzebach. Mieszkaliśmy z bratem we wspólnym dużym pokoju (który służył też za gościnny), a droga do łazienki prowadziła przez kuchnię, w której spali nasi rodzice, więc odczuwając potrzebę fizjologiczną, musieliśmy głośno krzyczeć: „Mama! Kupę”, „Mama! Siku” i czekać, aż otrzymamy pozwolenie na udanie się do łazienki.

Podstawówka, akademia szkolna z okazji pasowania na przedszkolaka czy coś takiego, oczywiście ja byłam jednym z tych pasowanych dzieciaków. Coś było ze mną nie tak, czułam się słabo, było mi potwornie duszno, gorąco, nie widziałam dokładnie, co się dzieje naokoło, bo śnieżyło mi przed oczami, czułam, że zemdleję i jednocześnie miałam takie poczucie odrealnienia, że nie jestem tam, gdzie jestem, a w domu, i na dodatek nadchodziła okropna biegunka z niesamowitym bólem brzucha, a ja czułam się tak bezradna, zagubiona i sparaliżowana, że pierwszy odruch to był krzyk na cały głos do obecnej na akademii mojej mamy: „Mama, kupę!!!”.  Nie muszę chyba wspominać o tym, że wszyscy wybuchnęli śmiechem, a matka zaciągnęła mnie ledwo żywą do łazienki i sprała za karę, bo takiego wstydu jej narobiłam, mimo że byłam po prostu chora i zdezorientowana. Do końca szkoły byłam prześladowana, dzieci biegały za mną i śmiejąc się, krzyczały: „Mama, kupę!”. Nigdzie nie miałam wsparcia. Dochodziło do tego, że kradziono mi buty w szatni i chowano je po różnych miejscach, często zostawałam po lekcjach i ze sprzątaczką szukałam zgub albo uciekałam po lekcjach do domu przez okno w łazience, gdy słyszałam, że na zewnątrz czają się dzieciaki wrzeszczące o kupie. No masakra. Dzięki bogu później w moim życiu zagościły takie zdarzenia, które mnie odbudowały i dały siłę do życia, bo przez to wszystko żyłam po prostu w dziecięcej depresji. Do nikogo się nie odzywałam, czułam się do niczego i jako taki ktoś, kto zasługuje na potępienie. 

Teraz wystarczy, że wiem, że na to nie zasłużyłam i że to przeszłość, a dzielę się tym na znak braku wstydu za to, co było i pogodzenia się z przeszłością, jej zaakceptowania.

#W9PaE

Jestem kiepskim pianistą, czasami coś tam pogram, kocham to robić. Muszę dbać o swoją reputację wśród mieszkańców bloku, więc czasami włączam nagrania wirtuozów i tak oszukuję ludzi.... Sąsiadów mam melomanów i nieraz słyszałem: „Ależ proszę pana, wczoraj wybitnie panu wyszło, cóż za wirtuozeria!”.
Sam przed sobą wstydzę się przyznać, że nigdy nie będę mógł tak grać! :(

#A5wZg

Spotykam się z samodzielną matką od około 3 miesięcy. Kiedy widzimy się na żywo, jest super. Wyznaje miłość, przytula, całuje itd. Ja jestem trochę overthinkerem i wszystko analizuję.

Przykład 1 – byliśmy na zakupach i gdzie poprzednio zawsze dążyła do kontaktu, to tym razem w ogóle nie dążyła, żeby chwycić za rękę, przytulić, cokolwiek (nie mówię, że tak ma być, tylko zauważyłem różnicę do tego, co było).
Przykład 2 – inicjowanie kontaktów to głównie ja. Widzimy się najczęściej w weekendy, w tygodniu ma dodatkowe zajęcia z córką, obowiązki, dodatkowe ćwiczenia itd., jestem to w stanie zrozumieć, bo po tak intensywnym dniu sam chciałbym tylko zalec na kanapie. Jednakże propozycje spotkania wychodzą w większości tylko ode mnie.
Przykład 3 – zauważam brak zaangażowania. Widzę, że jest inaczej, niż było. Wcześniej pełno energii, teraz jak się widzimy sami we dwójkę, najczęściej ona śpi. Kontakt w tygodniu, jak się nie widzimy, jak ja nie napiszę, to cisza. Odpisuje mi po kilku godzinach, a jak już odpisze, to często pomija zadane pytanie. No i to mnie dziwi, ponieważ mówi mi na żywo, jak lubi, kiedy do niej piszę na dzień dobry czy dobranoc, a przykładowo piszę: „Dzień dobry, śniłaś mi się dzisiaj...”, no i wiadomość odczytana, ona dostępna kilka razy on-line od rana, a odpowiedzi brak.
Przykład 4 – wcześniej, kiedy przychodziłem, zawsze robiła pyszny obiadek, dodatkowo ilość była celowo robiona taka, żebym wziął też coś na drugi dzień do pracy. Ostatnio zero starania z jej strony.
No i zauważyłem mój błąd, czyli chyba „zagłaskałem kotka”. Jestem z tych facetów, co bardzo się starają i dużo od siebie dają. Wydaje mi się, że za dużo i może ona się mną zmęczyła. Tylko po co mówi, że to uwielbia i tego chce?
Wczoraj napisała mi, że o nas myśli, o naszej wspólnej przyszłości, że chce, byśmy byli na zawsze. Po czym rano piszę wiadomość na dobry dzień i cisza... No i tutaj trochę pękłem tym razem i nie mam już ochoty pisać, dzwonić i się narzucać.
Myślicie, że faktycznie straciła zainteresowanie i stąd brak zaangażowania w relację?
Tak jakby partnerka się o mnie nie stara. Doszedłem do tego wniosku, zadając sobie pytanie, co ona wnosi w naszą relację.
Co byście zrobili w mojej sytuacji?
Ja widzę to tak:
1. Straciła zainteresowanie, ale uwielbia mnie jej rodzina i córka, jestem porządnym facetem z zasadami, jestem zaangażowany i bardzo się staram, więc dla wygody mogę zostać i będzie OK bez emocji.
2. Ma na mnie wywalone i jest to celowy zabieg, żebym to ja zrezygnował i dał sobie spokój.
3. Jest ktoś na horyzoncie i czeka w boksie.
4. Woli niezależność.
5. Chce to zakończyć, ale nie wie jak (stąd pewnie czasem się zamyśla).

Targają mną duże emocje :/ Pomożecie ?

#6NJyX

Myślicie, że macie przej3bane w życiu? Czytajcie to...

Mój ojciec jest bezdomnym alkoholikiem, a moja matka sprzątaczką, która wychowuje samotnie dwoje dzieci. Od małego pamiętam alkohol, pijanych kolegów taty, policję, awantury, narkotyki i inne używki – to moje jedyne wspomnienia z dzieciństwa. Moja głupia i naiwna matka na siłę szukała „nowego tatusia dla dzieci”, ciągle sprowadzała do domu nowych alkoholików i ćpunów, desperacko wystawiała się na aplikacjach randkowych. Ale wiecie, co było w tym najgorsze? Jej faceci traktowali mnie jak śmiecia na jej oczach, wyzywali mnie, głodzili, nie mogłam zrobić kroku poza pokój, gdy oni grali sobie na Xboxie i jedli kebaba w salonie. Gdy próbowałam coś powiedzieć o tym mamie, ona biła mnie i kazała ich przepraszać, a oni śmiali mi się w twarz. Nie miałam gdzie iść, każdy członek rodziny jest ze sobą skłócony. Gdy był pewien czas (przez kilka miesięcy), gdy nie miała partnera, przyszła do mojego pokoju i powiedziała: "WIESZ, CO, POWINNAM SOBIE ZNALEŹĆ NOWEGO FACETA, ABY CIĘ LAŁ”, wtedy totalnie pękło mi serce, miałam tylko 14 lat... Codziennie słyszę teksty typu: „nikim nie będziesz”, „jesteś tak głupia”, „ty to ani ładna, ani mądra”, „powinnam cię oddać do domu dziecka”, „na nic nie zasługujesz”... Jestem już do tego przyzwyczajona. Tak naprawdę nie wiem, co to znaczy szczęście czy miłość, nigdy tego nie zaznałam. Prawdziwych przyjaciół nie mam, jestem dosłownie samotna, wszystko sama biorę na klatę. Od podstawówki się nade mną znęcali, psychicznie i fizycznie, najśmieszniejsze żarty były właśnie o mnie, ludzie stalkowali mnie, nawet w wakacje stali pod moim blokiem i wyzywali mnie, zastraszali i próbowali zrobić krzywdę. Od zawsze nawet w wakacje siedzę całe dnie w domu, z matką nigdy nigdzie nie pojechałam, a jak słyszę, gdzie byli moi rówieśnicy, płakać mi się chce. Nie wiem, co to rodzinność czy domowe ciepło, mam ochotę się rozpłakać, kiedy widzę szczęśliwe dzieci z rodzicami, którzy o nie dbają. Jakby tego było mało, gdy miałam 11 lat, byłam molestowana przez grupkę chłopców w moim wieku, a gdy moja matka się o tym dowiedziała, wiecie, co zrobiła? Odbyła z nimi spotkanie, na którym kazała mi ich przepraszać. Na następny dzień całe miasto się ze mnie śmiało, jeszcze jak wróciłam do domu, matka mi dała wpierdol, jak zawsze. Nigdy nie miałam chłopaka, nawet nigdy się nie całowałam, a została mi przypięta łatka „dziwki”, z którą można zrobić, co tylko się chce. Nie jestem jeszcze pełnoletnia, ale już w dzień moich 18 urodzin mam zamiar wyjść z domu... tylko boję się jednego, że nie przeżyje do mojej 18, miałam kilka prób samobójczych, niestety nie powiodły się. Najbardziej boję się o moją młodszą siostrę. Proszę, niech ktoś da mi radę, która mnie uratuje.

#AGxst

Jak wiadomo, przed pójściem do pierwszej komunii trzeba się wyspowiadać.
Oczywiście na naukach mieliśmy uczyć się grzechów itp. Pewnego razu usłyszałem rozmowę rodziców o tym, że sąsiad żyje bez ślubu i że cudzołoży. Ja do tej pory myślałem, że to polega na tym, że mąż zdradza mamusię albo na odwrót, tak nas uczyli. A tu się okazuje, że to życie bez ślubu!
Jako pobożny chłopczyk chciałem na poważnie podejść do pierwszej komunii. Dodam jeszcze, że mieszkałem z siostrą w pokoju, a ślubu z nią nie brałem, więc przestraszyłem się, że cudzołożę. Przekonany więc, że grzeszę, bo z nią mieszkam bez ślubu, poszedłem do spowiedzi i gdy przyszło do wymieniania grzechów, na pierwszy ogień poszedł ten.

Wyobraźcie sobie 8-latka, który mówi, że cudzołoży, i księdza, który po chwili wybucha śmiechem w konfesjonale.

Skończyło się na tym, że ksiądz wytłumaczył mi, że nie grzeszę, ale gdy już zacznę, to żebym przyszedł. Dziś mam 19 lat i stwierdzam, że nie ma potrzeby, bo nie zacząłem :(

#qGvYT

Parę lat temu po raz pierwszy w życiu wypiłem sporą ilość alkoholu. Miałem może 15 lat, pojechałem do znajomego i napruliśmy się bimbrem. Szybko mnie dopadło, zaczęło mi się kręcić w głowie i po jakimś czasie urwał mi się film. Obudziłem się w domu, okazało się, że nie mogli mnie dobudzić, cały byłem w wymiocinach, a do domu (czego dowiedziałem się później) przywiózł mnie sąsiad, bo akurat był w okolicy. Jak było do przewidzenia, dostałem szlaban na wychodzenie itp. Kumpel lepiej to zniósł, nie wypił tyle co ja, więc tylko ja zaliczyłem zgon. Nie mam się czym chwalić, byłem młody, głupi i naiwny, bo przecież „po jednym nic ci nie będzie”. 
Było jeszcze wiele takich historii w moim życiu, ale na szczęście nauczyłem się odmawiać i już nie piję od dobrych kilku lat ani kropli. Większość ludzi patrzy się jak na debila, jak odmawiam, ale olewam to, wolę być trzeźwy. I niech tak już zostanie.

#mrPnl

Mam 15 lat i czwórkę młodszego rodzeństwa. Kiedyś może i byłam grzeczna i ulegałam wszystkim, a szczególnie rodzicom. Od 2-3 lat jestem bardziej odważna, potrafię powiedzieć NIE i się postawić. Moja mama często przesadza. Uważa, że skoro ona mnie przez ten cały czas wychowywała, to teraz ja mam jej pomóc z rodzeństwem. Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że muszę opiekować się nim prawie cały czas i to od 9. roku życia. Rodzice chyba nie rozumieją, że to oni powinni ingerować w ich życie, a nie ja. Nie mam ani chwili czasu dla siebie, na przyjaciół czy naukę. Gdy wyjdę gdzieś z domu, zaraz urywają się telefony, za ile będę. Mam już tego serdecznie dość! Mój 13-letni brat może wychodzić i wracać, kiedy chce, a ja muszę zajmować się domem i dziećmi! Muszę wybrać szkołę, a rodzice cały czas chcą mnie gdzieś blisko, bo muszę im pomagać! Gdy się stawiam, zaraz na mnie krzyczą i twierdzą, że pyskuję. Dacie mi jakieś rady, aby przetłumaczyć im, że nadal jestem dzieckiem i też potrzebuję odpoczynku, czasu wolnego i co najważniejsze czasu na naukę?

#OQigu

Niesamowicie wkurza mnie to, że rodzice ciągle, całymi dniami przesiadują w moim pokoju. Robią to już dobre kilka lat.

Aktualnie mam 22 lata, studiuję dziennie, pracuję dorywczo, więc nie są to pieniądze, za które można się utrzymać samodzielnie, ale odkładam tyle, ile się da na późniejszą wyprowadzkę. Na nic słowa tłumaczenia, że potrzebuję prywatności, że muszę się skupić, bo się uczę, kiedy oni oglądają telewizor. Najgorsza jest mama, która jako że nie pracuje, tylko zajmuje się domem, jest na etapie oglądania latynoskich telenowel, seriali, politycznych newsów i programów typu „Taniec z Gwiazdami”, objadając się przy tym słodyczami i paląc dwie paczki papierosów dziennie... O tyle dobrze, że gotuje i sprząta, ale ma swój własny pokój z dużym telewizorem, a mimo tego siedzi u mnie...
Gdy wracam z uczelni telewizor u mnie gra... gdy wracam późno z pracy to samo. Nie mogę nawet porozmawiać ze znajomymi. Często u mnie siedzi do 1 w nocy, kiedy ja mam pobudkę o 6 rano i jestem przez to zmęczony. Nie raz przyłapałem mamę, jak mi grzebała w portfelu, rzeczach osobistych albo zaglądała na ekran monitora, z kim piszę i co robię...

Siadło mi to na psychice i widzę tego objawy. Rzadko kupuję sobie różne rzeczy typu ciuchy. Zawsze jak wychodzę z domu rano, to staram się wracać jak najpóźniej do domu. Nie mam motywacji do robienia czegokolwiek, nie mówiąc już o braku pewności siebie. Marzę o wyprowadzce i samodzielnym życiu, bo nie mogę już tego dłużej znieść... przez co pracuję, ile się da, ale wiąże się to też z tym, że nie mam znajomych ani dziewczyny.

Mam wielką nadzieję, że odżyję, gdy tylko pójdę na swoje.
Dodaj anonimowe wyznanie