#n04Xz

Pożyczyłam dziś auto od taty i pojechałam na zakupy. Pod centrum handlowym długo szukałam miejsca, aby zaparkować. Mam niezły problem z parkowaniem i nadal nie wiem, jak zdałam prawko... Parkowanie przysparza mi większego stresu niż niejeden egzamin na studiach. W końcu znalazłam duże miejsce i zaparkowałam bez problemu. Z uśmiechem na ustach udałam się na zakupy.
Niezłą miałam minę, gdy po powrocie z zakupów okazało się, że samochód „oblężony” jest stadem innych wielkich aut. Wsiadłam, odpaliłam silnik i powoli, powolutku próbuję wyjechać. Wsteczny i ruszam. Po chwili okazuje się, że albo przypierniczę w samochód, który stoi za mną, albo zarysuję auto obok mnie. OK, jedynka i powoli do przodu. No dobra, to może spróbuję w drugą stronę. Ani rusz. Ta sama sytuacja. Jakby tego było mało, co chwilę włączał się czujnik parkowania, który popiskiwał i dawał mi znać, że zaraz grzmotnę w auto za mną. Zrobiłam jeszcze kilka podejść. W końcu wyłączyłam silnik i myślałam, że z bezsilności wybuchnę płaczem. No nic, będę stać tak długo, aż inne auta wyjadą...
Nagle ni stąd, ni zowąd przy moich drzwiach pojawia się rozbawiony chłopak, musiał to wszystko widzieć. Czuję, jak czerwienieją mi policzki. Co za wstyd... Chłopak prosi, żebym otworzyła okno, uśmiecha się i mówi cicho: „Pomogę pani”. Auto taty i jego nieszczęśni towarzysze wyszli bez szwanku.

Jeśli to czytasz, dziękuję. Uratowałeś mnie.

#qK3lZ

Odkąd pamiętam, zawsze młodo chciałam zostać mamą i mieć dużą rodzinę. No wiecie, z gromadką dzieci biegających po ogródku. Pierwsze dziecko urodziłam w wieku 19 lat, drugie mając 23 lata. To było moim marzeniem od zawsze i powinnam być wniebowzięta, ale dziś, gdy starsza córka ma 5 lat, a młodsza półtora roku, ja mam dosyć. Mam dosyć ciągłego płaczu, ciągłych krzyków, kłótni, wszechobecnego syfu pomimo ciągłego sprzątania, fochów podczas jedzenia, ubierania albo ponieważ nie chciałam jej włączyć drugiej bajki z kolei. Mam dosyć tego, że nawet do toalety nie mogę iść na spokojnie, bo muszę wysłuchiwać krzyków pt. „mama wyszła z salonu i zostawiła mnie na pastwę losu” (tak, to krzyk takiego rodzaju, inne mamy pewnie rozumieją). Mam dosyć tego, że mój jedyny czas wolny, dla siebie, bez dzieci, to kilka godzin w tygodniu, gdy widzę się z moim psychologiem. Ale przede wszystkim mam dosyć tego, że wszystko jest na mojej głowie. Dzieci, pranie, sprzątanie, gotowanie, praca. Nie, nie jestem samotną matką, chociaż tak mogłoby się wydawać.

Kocham moje dzieci nad życie i nigdy nikomu bym ich nie oddała, ale żałuję, że moje życie potoczyło się w ten sposób i że tak szybko zdecydowałam się na dzieci z (jak się wydaje) nieodpowiednim facetem. Gdybym kiedyś wiedziała to, co dziś, że ze wszystkim będę sama, bez wsparcia mojej drugiej połówki, z depresją i niezadowolona z siebie i z mojego życia, w którym jedynym osiągnięciem jest posiadanie dzieci, zrobiłbym wszystko, by moje życie potoczyło się inaczej. Z dziećmi natomiast poczekałabym przynajmniej 6 lat dłużej, a moja gromadka skończyłaby się na dwóch małych skarbach.
Za więcej dzieci podziękuję. Mam nadzieję, że nigdy nie będę tym ułamkiem procenta, u którego antykoncepcja zawiedzie, bo chyba bym się załamała.

#cLxis

Przez kilka lat staraliśmy się z mężem o dziecko. Dwa poronienia, mnóstwo badań. W końcu lekarze doszli do wniosku, że nie mogę mieć dzieci. Ciężko to przeżyliśmy, ale  się wspieraliśmy. Postanowiliśmy odczekać, aż dojdziemy do siebie i pomyśleć o adopcji, ale... zaszłam w ciążę, w sierpniu urodziłam zdrową córeczkę. Mąż był szczęśliwy, ale nieco się denerwował. Mówił, że to dlatego, że się martwi, czy wszystko będzie dobrze.

Cztery miesiące po narodzinach córki mąż zażądał testów na ojcostwo. Byłam w szoku, bo nigdy nie dałam mu choćby cienia powodu do podejrzeń o zdradę.
Okazało się, że mąż nasłuchał się od znajomych komentarzy typu „he, he, a może to listonosz dobrze strzelił” i podobnych głupot w internecie. Teściowa i szwagierka dodawały swoje trzy grosze.

Byłam zła i czułam się jak jakaś puszczalska, którą należy badać na wierność. Zgodziłam się na te testy, bo nie miałam nic do ukrycia. Oczywiście potwierdziło się, że to mąż jest ojcem naszej córki.

Mąż od tej pory próbuje mnie przeprosić, trzeba przyznać, że się stara. Tylko że mam wrażenie, że nie do końca rozumie, kiedy mu tłumaczę, jak zraniona się poczułam. On powtarza tylko, że musiał mieć pewność. Nie wiem, czy umiem mu wybaczyć i ufać. Większość osób, którym się zwierzyłam, uważa, że przesadzam i jestem przewrażliwiona. Inni otwarcie twierdzą, że mąż miał prawo mieć wątpliwości. Sama już nie wiem. Z jednej strony kocham męża i chcę, żeby córka miała pełną, kochającą rodzinę, ale z drugiej strony boli mnie, że zamiast od razu ze mną porozmawiać o swoich wątpliwościach, wolał słuchać kolegów i głupich komentarzy w internecie.
Dodam, że już raz mieliśmy podobną sytuację – tuż przed ślubem jeden z jego kolegów zobaczył, jak serdecznie witam się z kuzynem i puścił plotkę, że mam kochanka. Sama musiałam przycisnąć męża, żeby powiedział, co jest grane. Wtedy mu wybaczyłam, że nie porozmawiał najpierw ze mną. Nie wiem, czy potrafię zrobić to po raz drugi.

#QbFpg

Od kiedy pamiętam, oglądając filmy, skupiam się na potrzebach fizjologicznych bohaterów. Szczególnie ciekawe są filmy przygodowe ze wszystkimi dżunglami i tego typu rzeczami. W „Parku Jurajskim” również mnie to zastanawiało. Bo kilka (?) dni w ciągłym zagrożeniu, w dodatku nie samotnie. Kiedy tu zrobić kupę? Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Albo na jakiś małych łódkach na morzu, w kilka osób. Koszmar.

Czy ktoś mógłby jakoś rozwiać moje wątpliwości co do tego, jak to się odbywa?

#rALXY

Moja matka odkąd pamiętam jest fanką zdrowego stylu życia. Wiadomo – ekologiczna żywność, zioła i te sprawy. Ja z tatą i siostrą nie jesteśmy jakimiś wielkimi fanami takiego stylu życia i zdarza nam się wyjść na pizzę czy piwo. Oczywiście gdy to wychodzi na jaw, od razu w domu awantura. Matka nie jest jakimś wielkim fanem medycyny i najchętniej wszystko by leczyła ziołami, ale rozumie, że czasami leki są niezbędne. Jest za to przeciwniczką szczepień.

Gdy poszłam na praktyki na szpitalny oddział ratunkowy, musiałam mieć kartę szczepień. Wymagali głównie szczepienia przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B z uwagi na wysokie ryzyko zachorowania. Jakoś nie miałam większych oporów przed zrobieniem go. Wykonałam także pozostałe, m.in. przeciwko gruźlicy, która ostatnimi czasy powraca (niestety głównie z uwagi na to, że ludzie się na nią nie szczepią). Nie zamierzałam ryzykować, że zarażę się jakąś chorobą albo sama przyniosę ją do szpitala.

Gdy matka się o tym dowiedziała, wpadła w szał. Stwierdziła, że jestem nienormalna i przez tydzień się do mnie nie odzywała. Do tej pory nie potrafi mi tego wybaczyć. Tłumaczyłam, że jeśli chcę pracować w szpitalu, to jedyna opcja, która chroni moje zdrowie i życie, ale niestety nasze relacje są nadal fatalne.

#BZfvR

Kilka dni temu poszłam do osiedlowego sklepiku po drobne zakupy. Wzięłam co chciałam i udałam się do kasy.
Przede mną w kolejce stał chłopiec, około siedmioletni. Kiedy zbliżała się jego kolej, ten zdjął buta i wysypał z niego garść monet. Następnie w jednym bucie podszedł do lady, zapłacił, a resztę wsypał z powrotem do buta. Założył go i jak gdyby nigdy nic wyszedł ze sklepu.

#4zz6S

Od jakiegoś czasu mam pewien problem z myśleniem o facetach. Zanim zaczniecie mnie oskarżać o generalizację itp., to uprzedzam – nie generalizuję, wiem, że to irracjonalny lęk itp. Jednak za każdym razem, jak jakiegoś faceta poznaję, nawet przelotnie, tak tylko pogadać, np. znajomy z pracy itp., to pierwsze, o czym myślę, to czy on się „tam” domywa. Chodzi o mastkę.

To się zaczęło po relacji z eks. Miał problem z domywaniem się, więc po jak najdelikatniejszych z mojej strony rozmowach ustaliliśmy, że każda pójście do łóżka to obowiązkowe mycie przed (dla mnie też po, bo mam tendencję do problemów i muszę szczególnie dbać o higienę). Praktycznie przez cały czas będąc z nim musiałam po każdym zbliżeniu brać jakieś preparaty na odbudowę Ph w sobie, bez tego miałam potem kilka cięższych dni, inny kolor wydzieliny itp.

Po pewnym czasie oskarżył mnie o to, że „zabiłam spontaniczność” w naszym związku. Wszelkie tłumaczenia w stylu „mam problem i muszę się trzymać higieny!” albo „co ty masz za problem z myciem się raz dziennie?” albo „chcesz mieć seksik 24/7, to się myj. TYLKO tyle!”.  Koniec końców robiliśmy to coraz rzadziej, potem tylko 2-3 razy na miesiąc. Złapałam się na tym, że pod koniec fantazjowałam o innych. Nikim realnym, po prostu o kimś z wyobraźni.

Jakieś pół roku temu mnie rzucił, właśnie kiedy moje fantazje zaczęłam spisywać w formie fikcyjnego pamiętnika. Od czasu rozstania brak u mnie problemów tam na dole. Odstawiłam preparaty. Jednak podczas gdy na dole problemów brak, to zaczęły się w głowie. Non stop mam jakieś wizje, fobie itp., że każdy następny (nie żebym ich chciała wielu) będzie też niedomyty.  Kiedy np. spotykam, poznaję albo zwyczajnie widzę jakiegoś przystojnego chłopaka, o którym mogę sobie chociaż pofantazjować, i wyobrażam sobie, jak bierzemy się do roboty, para buch, nagle zauważam niespodzianki pod napletkiem. Potem oczywiście otwieram oczy, wstaję z kanapy i idę coś robić pożytecznego. Serio, nawet nie jestem w stanie normalnie fantazjować.

Jestem pod opieką psychoterapeutki, jestem z nią bardzo szczera, także jeśli chodzi o tamten związek, ale to jest jedna rzecz, której wstydzę się powiedzieć komukolwiek. Wstydzę się, że pozwalałam przez parę lat sobie wtykać coś niedomytego czy brać to do ust.

Z jednej strony to dobrze, że nie uzależniłam się od samozadawalania się ani nie mam jednonocnych przygód (bałam się, że po rozstaniu mi się takie coś uruchomi). Natomiast martwi mnie to, co jest powodem totalnej blokady. Rozumiem, że to może tylko przykrywka, a lęk podszyty jest strachem przed kolejnym zranieniem. Ale nie, serio patrzę optymistycznie.

Fakt, że online czytam, że wielu facetów ma z tym problem i nawet nie wie, że trzeba się myć, mnie przeraża. Boję się poznawać kogoś na serio.

#MW7ld

Ostatnio w moim życiu się dzieje, a raczej działo od początku związku, ale tego nie zauważałem. Jestem z żoną 8 lat w związku, 4 lata po ślubie, mamy córkę (5 lat) i syna (2 lata). Sytuacja w domu była bardzo napięta już od dawna, a z tego co „wytłumaczyła” mi żona, ma problem ze mną, ponieważ nie potrafię okazywać uczuć, nie pomagam NIC! w domu i gram w gry (tak, dopuściłem się takiej zbrodni, że jestem streamerem trzy razy w tygodniu, krótko,  plus 5-10 minut dziennie na odpowiadanie na komentarze wiadomości itp... Oczywiście jak wykąpiemy dzieci, one zjedzą kolację i idą spać). Pomagam w domu przy dzieciach zawsze, sprzątam, przebieram, prowadzę i odbieram z przedszkola, gram mało i chcę to robić, nie jestem uzależniony.

Jak mówiłem, problemem jest to, że nie potrafię okazać uczuć, jestem zamknięty w sobie. Czy tak chcę? Otóż nie, wiele razy „próbowaliśmy” się zmienić, chciałem okazywać uczucia, jednak nie potrafię przez to, jak jestem traktowany. Żona ma problemy z nerwicą, była z tym nawet u lekarza i dał jej leki, które ciągle bierze, ale podobno nie pomagają jej z mojej winy. Jak się zdenerwuje (często to się zdarza, prawie codziennie), obraża mnie i wyzywa (dwa razy uderzyła). Jestem wyzywany, słyszę, że jestem najgorszy, niepotrzebny, że nienawidzi mnie, nic nie znaczę, jestem bezużyteczny itp. A ja w obronie odpowiadam, żeby mnie nie obrażała i że ma problemy z nerwami, a jak już nie wytrzymam, to mówię, że chyba sama jest albo żeby już nic nie mówiła do mnie. Jak się odezwę i wejdę w kłótnię, to często kończy się urwanymi kablami w komputerze, poprzewracanymi monitorami, kopaniem komputera, wyłączaniem go itp. Po chwili ma pretensje, że jej nie przytulam i ona ma prawo się tak denerwować. 

Myślałem, że jak przeczekam kilka lat, żona pójdzie do pracy i mniej będzie w domu z dziećmi, to się nie będzie tak denerwować. I to był błąd, bo chyba z nudów kazała mi zrobić zdjęcia (niby dla mnie, ale wiedziałem, że coś jest nie tak), jak pozuje w seksownych pozycjach w samym kasku i bieliźnie. Wysłała mi kilka zdjęć i tyle, nie upewniła mnie, że to dla mnie. Jak okazało się później, niby znowu z mojej winy, nie wylogowała się z FB na komputerze i przeczytałem, że wysłała jakieś zdjęcia koledze i żeby o nich zapomniał (poczucie winy?). Trzy dni ją męczyłem, aż powiedziała, że jedno z tych zdjęć mu wysłała i to moja wina oczywiście, bo nie poświęciłem jej uwagi i to nic takiego, bo chciała i tak wrzucić to na insta.

Teraz przeprosiła i wymaga, żeby żyć dalej, a ja tak nie mogę. Brzydzę się, denerwuję i mam dość.
Dodaj anonimowe wyznanie