#4Cvf8

Brzydzi mnie ślina. Przyznam się szczerze, że nigdy nie uznawałem tego za problem. Nigdy nic złego mi się nie stało i myślałem, że raczej się nie stanie, bo i co by to mogło być? Dopiero niedawno dowiedziałem się, jak bardzo może to być problematyczne.

Aktualnie mam dwadzieścia lat i nigdy nie miałem dziewczyny, nie byłem też zbyt blisko fizycznie z żadną dziewczyną. Prawdę mówiąc, nigdy się też nie całowałem i nie miałem zielonego pojęcia, jak może to wyglądać. Jakoś tak niedawno udało mi się nawiązać bliższą relację z pewną wspaniałą dziewczyną i wtedy właśnie moje obrzydzenie do śliny stało się prawdziwym problemem. Jak nietrudno się domyślić, chodzi o całowanie się, które niestety czasem polega na wymianie śliny. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale cóż... Dowiedziałem się w praktyce.

Pierwszy buziak nie był problematyczny, pocałowałem ją bowiem tylko leciutko w policzek. Po drugim, bliższym, romantyczniejszym i w usta lekko mnie zemdliło, ale nie powiązałem tego jakoś z moim obrzydzeniem do śliny. Po trzecim, gdy ukochana dosłownie się na mnie rzuciła i postanowiła pocałować „z języczkiem”, ja... zwymiotowałem na nią. Po prostu nie mogłem wytrzymać kontaktu z jej śliną i oblepionym śliną językiem. Próbowałem się wyrwać, lecz mój żołądek był szybszy i zamiast romantycznego pocałunku wyszedł okropny rzyg, który przekreślił moje szanse na pierwszy w życiu związek.

Parą nie jesteśmy, dziewczyna przestała się do mnie odzywać, a ja żyję ze świadomością, że chyba przez moją awersję do śliny już nigdy z nikim nie będę...

#hpYSs

Mój ojciec prawie całe życie był alkoholikiem. Nocne kłótnie i bójki z mamą, wybijane szyby i krzyki były dla małej mnie normalnością. Choć przez większość mojego życia nie zdawałam sobie do końca sprawy z powagi sytuacji, to gdy weszłam w wiek dojrzewania, zaczęłam mieć trochę problemów psychicznych. Nerwica lękowa, depresja... Moja mama niestety nabyła czegoś w stylu syndromu sztokholmskiego i mimo że ojciec pół życia się nad nią znęcał i nie dawał spać w nocy, to ona nigdy nie chciała nigdzie go zgłosić i chociaż spróbować pozbyć się problemu.

W ostatnim czasie znienawidziłam ojca. Do tej pory był mi obojętny. Nie chciałam tylko, żeby robił krzywdę mamie. Fakt, często płakałam, bo marzyłam o życiu, gdzie zachowywałby się on jak normalny, kochający tata. Ostatnio coś we mnie jednak pękło. Zdałam sobie sprawę przez to, że przez niego mam problem w kontaktach z ludźmi, bo boję się, że ich polubię lub pokocham, a oni staną się takimi zwierzętami jak on.

Dlatego od jakiegoś czasu życzę mu śmierci. Chcę, żeby zdychał w męczarniach i żeby nikt nie był mu w stanie pomóc. Ostatnio miał wypadek, który po czasie przerodził się w coś poważniejszego. Nocami dużo krzyczał z bólu, a był kompletnie nawalony i do tego brał silne leki przeciwbólowe, więc sprawa była poważna.
Ja jednak słysząc jego agonię, uśmiechałam się.
Nie jest mi z tym źle. Nadal chcę, żeby zniknął z tego świata.

#fm0GM

Zadurzyłam się w moim pracowniku, a że boję się do tego przyznać i normalnie mu to powiedzieć, utrudniam mu życie w pracy, dorzucając co rusz nowe zadania.

Żeby nie było, że taka ze mnie pi**a – za każde z tych zadań dopisuję mu punkty do premii, przez co lepiej wypada w oczach naszego szefa.

#5ASPD

Od dwóch lat bezskutecznie walczę z IBS. Gastrolodzy, psychiatrzy, psycholodzy, dietetycy – no nic na mnie nie działa. Ciągła biegunka. Bóle brzucha. Przelewanie w jelitach. Okropne gazy. 
Moja największe marzenie? Stomia. Ostatnio u psychologa odważyłam się powiedzieć, że od paru tygodni myślę o stomii, bo tylko ona pozwoli mi wrócić do normalnego życia. Do życia bez chodzenia w pieluchach, bez szukania toalet na gwałt i zamykania się w czterech ścianach, bo tak bezpieczniej.
Tęsknię, by wyjść na spacer bez torebki pełnej siatek, pieluch, chusteczek nawilżających i perfum. Tęsknię za tym, aby wyjść na miasto i włożyć sukienkę albo legginsy. Niestety przy pieluchach to odpada. Muszę zakładać worki pokutne, aby ktoś czegoś nie zauważył. Tęsknię za wyjściem na plażę.
Stomia to mały woreczek, który przechowuje kał. Nie pęka i zatrzymuje zapach. Wystarczy zmienić go dwa razy dziennie. Można go spokojnie włożyć w kostium kąpielowy. A pieluchę? Wyobrażacie sobie 22-letnią kobietę w bikini i z pieluchą? Bo ja nie.
Niestety jeszcze pomarzę, bo stomii nie wykonuje się w przypadkach takich jak mój. Szkoda, bo to jedyna szansa na to, aby w końcu żyć, a nie pół życia spędzać w łazience albo w czterech ścianach, bo strach wyjść do ludzi.

#DSfcs

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja babcia miała irytującą tendencję do rozmawiania z koleżankami przez 2-3 godziny przez telefon, praktycznie codziennie.
Szybko wykminiłam, że po odłączeniu kabla od gniazdka telefonicznego babci zrywa się połączenie, więc ileś razy dość bezceremonialnie przerwałam babci rozmowę z Irenką, Helenką czy inną Enką. Dzięki temu babcia zabierała mnie na spacer i plac zabaw, pod nosem złorzecząc na operatora.

Krótko po tamtych wydarzeniach rodzice postanowili zmienić dostawcę telefonu stacjonarnego. Coś czuję, że przeze mnie. :D

#oqP91

Nie znoszę swojego psa. Chciałabym, żeby to był głupi żart, ale niestety taka jest moja rzeczywistość. Nie zrozumcie mnie źle – ogólnie kocham zwierzęta. Mam w domu także kilka kotów i gekona, kocham je nad życie i nie wyobrażam sobie, co bym bez nich zrobiła. Miałam też zawsze w domu psy, które kochałam całym sercem. Aż do tego.

Historia zaczęła się kilka lat temu po śmierci jednego z moich ukochanych psów. Jako że druga suczka (która była psem ze schroniska) czuła się nieco zmarnowana, postanowiliśmy sprawić jej kompana. Mimo że chciałam rasowego szczeniaka, zdecydowałam się na adopcję kolejnego dorosłego psa ze schroniska.

Na początku było w porządku. Pies był bardzo grzeczny, ładnie chodził na smyczy, weterynarz mógł go swobodnie zbadać, dogadał się z moimi kotami – no bajka! Ale z czasem było coraz gorzej.  Teraz nie mogę swojego psa wykąpać, obciąć mu pazurów czy nawet wyczesać – od razu startuje do mnie z zębami albo piszczy i ucieka na drugi koniec domu. W pewnym momencie nawet weterynarz zaczął się bać dotykania tego psa – jak sam stwierdził, ręce są dla niego zbyt cenne. Pies ma problem z zębami, przez co śmierdzi mu strasznie z pyska, ale żaden weterynarz nie podejmie się uśpienia go do zabiegu bez wykonania morfologii – której wykonać się nie da. 
Kiedy próbuję zapiąć go w szelki, to zawsze jest pisk jeszcze zanim go dotknę – i nie jest to od żadnego bólu, bo pies jest zdrowy, a szelki wygodne. Na spacerze mam wrażenie, że urwie mi rękę, ciągnąc do każdego krzaczka, każdego obcego psa i niby nie jest to duży pies, bo waży 15 kg, ale jest bardzo silny i ledwo to wytrzymuję. Czasem jak nie chce wyjść na spacer, to chowa się pod łóżko i próba wyciągnięcia go kończy się pogryzionymi dłońmi.
Dodatkowo warczy na moje koty, a nawet rzuca się do nich z zębami, kiedy chcą wejść do mojego pokoju.
Takich przykładów jest więcej, ale mam już zbyt mało miejsca, żeby wymieniać dalej.

Pies jest wykastrowany. Treserzy i behawioryści rozkładają ręce. A ja mam dość.
Codziennie wyprowadzając go na spacery, mam nadzieję, że jakimś cudem zerwie się ze smyczy (nie puszczam go luzem, bo ucieka) i zniknie na zawsze. Zapewne myślicie, że jestem okropnym człowiekiem i pewnie macie rację. Nie zrobię psu krzywdy – dbam o niego tak jak o wszystkie zwierzęta, które kocham i zawsze będzie miał wszystko, czego potrzebuje. Tylko ja już nigdy go nie pokocham. Każdego dnia żałuję, że nie kupiłam rasowego szczeniaka, o którym marzyłam. Aktualnie to mój jedyny pies (drugi zmarł w wieku 19 lat ze starości) i czekam na moment, aż wyprowadzę się z rodzinnego domu i będę mogła zostawić go matce. I nigdy więcej go nie oglądać.

#RcopR

Z narzeczonym mieszkamy w moim rodzinnym mieście, jego mama jest od nas oddalona jakieś 200 km. Często do niej jeździliśmy, a gdy ona przyjeżdżała z wizytą, zawsze przywoziła nam jakieś prezenty. Kiedy mama mojego narzeczonego dowiedziała się o mojej ciąży, oszalała ze szczęścia. Kiedy dowiedziała się, że to dziewczynka, radość była podwójna. Jej niedane było mieć córki, więc chciała chociaż wnuczkę. Z teściową lubiłyśmy się bardzo i zawsze dziwiło mnie, czemu mój narzeczony tak często się na nią denerwuje. Mówił mi, że jest osobą, która nie potrafi uszanować czyjejś prywatności i jest bardzo nadgorliwa i nie da się nawet jej zwrócić uwagi, że coś robi źle, bo od razu się obraża. Nie wiedziałam, że tak szybko się o tym przekonam.

Moja córka urodziła się tydzień przed terminem na samym początku wakacji. Mama narzeczonego przyjechała do nas i postanowiła zostać do naszego wypisu, żeby od razu zobaczyć wnuczkę. Zabrała ze sobą swojego dziewięcioletniego bratanka, żeby miał rozrywkę, nie pytając mnie o zdanie. Jeszcze byłam z małą w szpitalu, a mój narzeczony mówił, że już ma pierwsze problemy z matką – kiedy on wychodził do pracy, ona zabierała się za porządki w naszym mieszkaniu.

Kiedy narzeczony nas odebrał, pod szpitalem czekała teściowa z bratankiem i moi rodzice. Wiadomo, zachwyty, jakie to dziecko piękne. Weszłam do mieszkania i szok, jakieś baloniki na powitanie, kwiaty, to bardzo miłe, ale czułam się jakoś nieswojo, jak nie u siebie. Na szczęście dość szybko zostaliśmy sami z narzeczonym i naszą córeczką. Mieszkanie przeszło kompletną rewolucję, nic nie było na swoim miejscu, rzeczy pochowane w różnych miejscach, niektóre powyjmowane. Nawet bielizna, którą zawsze trzymałam luzem, była złożona w kosteczkę. Wszystko to za sprawą teściowej.

Nie dość, że byłam w połogu, z małym dzieckiem, to jeszcze czułam się, jakbym wróciła do obcego domu.  Powiedziałam o tym narzeczonemu. On uznał, że miarka się przebrała i zadzwonił do matki z informacją, że ma więcej do nas nie przyjeżdżać. Popłakała się i rozłączyła. 

Męczyły mnie wyrzuty sumienia, że za ostro ją potraktował, ale kiedy do niej zadzwoniłam, stwierdziła, że nie chce nic wyjaśniać i w ogóle nie będzie rozmawiać na ten temat. Potem nie złożyła mi życzeń w moje urodziny. Mój narzeczony wysyła jej jedynie zdjęcia wnuczki i tyle.

#Ai5Vn

Moją obecną narzeczoną poznałem dzięki grze komputerowej pod koniec szkoły średniej, szybko zamieszkaliśmy razem, od dłuższego czasu mieszkamy na swoim, teoretycznie pięknie. Zawsze byłem lekko zaborczy i podejrzliwy, z góry traktując innych facetów jako potencjalne zagrożenie, ale ograniczało się to głównie do obserwowania takich znajomości. Moja zawsze się zarzekała, że nie muszę się nikim martwić i rzeczywiście nie dawała mi takich powodów.
Nastał dość krótki okres, że spędzaliśmy ze sobą mniej czasu niż wcześniej, ja dość szybkim tempem życia byłem lekko wypalony i wtedy pojawił się kolega X. Moja spędzała z nim więcej czasu niż z innymi znajomymi, ale tłumaczyła to tym, że dobrze gość gra. Po dobrych dwóch miesiącach czułem, że coś jest nie tak, spędzali bardzo dużo czasu razem, pisali, gadali, nawet wyszło, że jedną z naszych kłótni musiała mu przedstawić. Któregoś razu przejrzałem jej komputer i trochę znalazłem. Bardzo mocno ze sobą flirtowali – miłe słówka, opowiadanie o sobie, oceniał jej wygląd ze zdjęć z fejsa, wysyłał swoje (sam będąc w związku i mając dziecko, choć podobno to skomplikowana relacja). Moja nawet pisała mu, by pisali na czatach, które nie zapisują historii rozmów, więc i wielu rzeczy nie wiem. 
Cóż... Zrobiłem gigantyczną awanturę, chciałem wyrzucić ją z domu. Na chwilę obecną próbujemy jakoś to poskładać, choć jest ciężko. Ona zmieniła hasła do wszystkich swoich rzeczy, ja jej nie ufam, podobno proponował jej spotkania i podobno odmawiała... I szczerze? Rzuciłbym tym wszystkim, ale... Prawie wszystkie zobowiązania finansowe są na mnie, praktycznie wszystko jest na mnie i w takiej sytuacji jedyne co mogę zrobić, to sprzedać mieszkanie i cofnąć się parę lat... Nie mam pojęcia, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Jestem w kompletnej kropce.

#WtRzF

Od czasu do czasu ktoś mnie nawiedza w mieszkaniu, zawsze robi to, gdy wszyscy oprócz mnie już śpią. Wczoraj znowu słyszałam kroki i skrzypienie podłogi, gdy usypiałam młodszą córkę, a mąż i syn spali. To już kolejny raz – niecały rok temu, gdy córeczka była bardzo mała, wstałam w nocy, żeby ją nakarmić, usiadłam na boku łóżka i położyłam sobie poduszki pod plecy, karmiłam małą, gdy nagle usłyszałam kroki i skrzypienie podłogi, a zaraz potem poczułam, że ktoś „poprawia” mi poduszkę pod plecami.

Z jednej strony chcę jak najszybciej stąd uciec i nie mogę doczekać się, kiedy w końcu się wyprowadzimy, a z drugiej przyjmuję każde kroki i skrzypienie podłogi ze spokojem. Piszę to tutaj, bo mój mąż, gdy opowiadam mu o tych rzeczach, zawsze ma jakieś wytłumaczenie – że byłam pewnie zaspana, że mi się przesłyszało. Już mi się nawet nie chce o tym nikomu opowiadać, bo każdy słucha tego z przymrużeniem oka, myśląc tak jak mąż, że to tylko przesłyszenie lub coś mi się wydawało, więc chociaż tutaj się wygadam.

Uprzedzając głupie komentarze, z pewnością nie jestem chora psychicznie, w mojej rodzinie nigdy nie było przypadków chorób psychicznych i nie oglądam za dużo horrorów. Ktoś sobie mnie upodobał i nie wiem dlaczego, a bardzo chciałabym wiedzieć...
Dodaj anonimowe wyznanie