#bA56W
Kontynuując: ludzie wysyłając swoje dzieci do szkoły sportowej, myślą, że dają im super czas i dobrą przyszłość. A jak to było u mnie?
07:00 – 07:50 śniadanie.
08:00 – 10:00 trening.
10:30 – 14:00 szkoła.
14:00 – 15:00 obiad.
15:00 – 18:00 trening.
18:00 – 20:00 kolacja i spać.
I tak codziennie.
Co warto zauważyć – bardzo mało czasu na naukę. Jak pojechałem do tej szkoły, byłem świetnym uczniem, po około roku już nie ogarniałem, jak się czyta. Jąkałem się przy czytaniu, na lekcji przyrody zapytałem nauczycielkę: „Dlaczego uczymy się tylko o tej stronie Ziemi?”. Zapytałem o to, patrząc na mapę świata, nie ogarniając, że to po prostu całość Ziemi przedstawiona na płaszczyźnie. Moja wiedza była tak bardzo uboga, że ciężko to sobie wyobrazić. Ale co na to szkolnictwo? Proste... Jak mi wychodziła jedynka na koniec roku i miałem nie przejść do kolejnej klasy, to nauczyciel dzwonił do trenera z pytaniem: „Dobry jest?”. Trener zawsze mówił prawdę. Jeśli ktoś był dobry, to zdawał. Zawsze, bez względu na wszystko.
A jak to było, że dawaliśmy radę fizycznie? Do domu wracałem średnio raz na dwa miesiące na weekend. A gdy byłem w internacie, treningi były codziennie, też w niedzielę. W sobotę najwięcej. Gdy nie miałem siły (przypominam, miałem około 11 lat), trener dawał mi tabletki na energię. Jak taką wziąłem, to byłem strasznie nakręcony i mogłem ćwiczyć. Sukces ponad wszystko. Zawody wygrywałem zawsze kiedy startowałem.
Rodzice wysyłają swoje dzieci... i myślą, że to im da przyszłość. Ze mnie zrobiło debila. Opóźnionego w rozwoju. Po powrocie z internatu nie radziłem sobie z emocjami. W internacie byłem codziennie sam, bez rodziny. Jak wróciłem, czułem potrzebę czegoś... głód czegoś. Wtedy nie wiedziałem czego, ale to pewnie była tęsknota za tabletkami.
Dzisiaj zastanawiam się, co ja tam robiłem. Czy rodzice mnie nie kochali?
Sam dzisiaj mam dziecię... i nigdy bym go nie wysłał w tym wieku do internatu. Dzisiaj jestem lekko gruby (stanowczo nie sportowiec) i szczęśliwy. Sport to zdrowie, a do dzisiaj po wielu latach walczę z bólami stawów i wieloma innymi problemami, które spowodował mój sport. Owszem, jestem szczęśliwy, ale kosztowało mnie to wiele pracy, aby nadrobić to, co stracone.
Sport zawodowy to nie zdrowie, a kalectwo
Coś tu chyba jest trochę podkoloryzowane. 11 latek nie potrzebuje 11 godzin snu nawet jak jest sportowcem. A w tym wieku nie ma jeszcze tyle do wkuwania na pamięć więc 2 godziny na odrabianie lekcji spokojnie wystarczą. A żeby nie być debilem to wystarczy uważnie słuchać tego co jest na lekcji.
Na szkołę jest 3,5 godziny w ciągu dnia. Mniej niż w zwykłych szkołach.
8 godzin jest przy zwykłym trybie życia, u dorosłych profesjonalnych sportowców zalecane jest 8-10 godzin. Ty myślisz o normalnych treningach, a nie przygotowywaniu potencjalnych olimpijczyków/profesjonalnych sportowców. Niebo a ziemia.
No i to, co mówi Postac, przy 3,5 godziny nauki każdy dzieciak będzie do tyłu. Przecież w podstawówce normalnie ma się przedmioty, trzeba wcisnąć całą podstawę programową w 17,5h w tygodniu, gdy w normalnej szkole masz na to ok 24 godzin.
A chyba wypadałoby, żeby DZIECI miały jakieś wolne, rozrywkę, przyjemności, prawda? To nie są roboty, to są mali ludzie i mają nie tylko obowiązki, ale też prawa.
Mi też ten plan dnia nie wydaje się jakiś dramatyczny. Szkoła plus trening to łącznie 9h. Czyli tak chyba normalnie, jak większość dzieci mających zajęcia pozalekcyjne. Myślę, że większość dzieci chodzących do szkoły muzycznej marzy o tym, żeby jak autor mieć 4h na jedzenie, albo kończyć zajęcia pozalekcyjne o 18.00. A weźcie pod uwagę, że autor po treningach ma spokój, a dzieci ze szkoły muzycznej muszą jeszcze ćwiczyć w domu. I nie mają obiadków i zajęć na miejscu, muszą zapieprzać tramwajami czy czym tam między jedna placówką a drugą, często czekać godzinami na korytarzu. Myślę, że JEŚLI CHODZI O PLAN, to autor trochę przesadza.
Teraz nauczyciel nie ma ŻADNEJ władzy nad uczniem. Fajnie gdyby był to psychol, ale coraz częściej jest tak, że to uczniowie są małymi psycholkami myślącymi, że im wszystko wolno i nauczyciel tak jak rodzice w domu ma skakać wokół nich na paluszkach i dogadzać. Rosną z takich niedojdy życiowe, spotkanie z życiem vedzie najczęściej bolesne.
Myślę sobie, że chyba nie ma nic złego w tym, że jakiś tam mały % społeczeństwa, zamiast wałkować interpretacje wierszy czy budowę pierwiastka nabywa inne umiejętności. A akurat wysoki poziom w niszowej dyscyplinie otwiera wiele drzwi. Trenuję specyficzny sport, hobbystycznie, nie jestem w tym żadnym geniuszem, ale obserwuję tych lepszych bądź popularniejszych w tej samej dyscyplinie i trzepią na tym niemały hajs. A sposobów na zarabianie na tym jest wiele - od trenowania innych, którzy gotowi są tym najlepszym zapłacić naprawdę duże pieniądze za wspólnie spędzoną na sali 1h (sama zapłaciłam i nawet przyznaję że warto było) po prowadzenie profili ze sportowym contentem w social mediach.
Ich raczej na sali nikt nie pyta gdzie leży Kilimandżaro.