Wreszcie mogłem pozwolić sobie na chwilę samotności. Wolna chata na cały weekend. Jako że ostatnio słabo u mnie ze związkami, to miałem ogromne ciśnienie tętniące w nogawce. Postanowiłem więc sobie nieco ulżyć. Laptop, jeden z porno-tjubów, chusteczki i do dzieła.
W pewnym momencie mojej podniosłej czynności, kątem oka zobaczyłem coś czerwonego wyraźnie widocznego na moim penisie. Przeraziłem się i pierwszą myślą, jaka mi do łba przyszła, była śmiertelna choroba weneryczna, która w ciągu kilku tygodni zakończy mój młody żywot…
Na szczęście mogę spać spokojnie. Tajemnicze zaczerwienienie nie było żadną krostą, wykwitem ropnym, ani nawet obtarciem, tylko… światełkiem laserka, którym bawił się jakiś nudzący się posiadacz lornetki z wieżowca oddalonego od mojego mieszkania o jakieś 200 metrów! Problem w tym, że nie mam pojęcia, kto to był i teraz za każdym razem, gdy ktoś mi się przygląda, to mam wrażenie, że to właśnie osoba od tego pieprzonego laserka.
A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać do bunkra?
W czasach kiedy każdy szuka oszczędności, bardzo modnym sposobem podróżowania jest szukanie przez Facebooka czy BlaBlaCar transportu (lub pasażerów, którzy dorzucą do paliwa).
Jako że mieszkam za granicą, dość często zabieraliśmy pasażerów i jak dotąd nigdy nie było z tym problemu. Do wczoraj.
Na fejsbukowej grupie wystawiliśmy ogłoszenie, że dnia tego i tego jedziemy, są 2 miejsca wolne. W poście było wyraźnie zaznaczone, że dzieci nie są mile widziane ze względu na długość trasy (ponad 1000 km), a także sporą ilość naszego bagażu. Dziecko=częste postoje na siusiu, wózek i tak dalej.
Napisała do nas pewna pani A i zarezerwowała 2 miejsca. Termin i jedziemy.
Okazało się, że pasażerką jest Matka Polka z na oko 4-letnią córką. Nie byliśmy zadowoleni, ale żal mi się zrobiło kobiety, głupio było ich tak zostawić. I się zaczęło...
1. Pani A miała ze sobą spory wózek, fotelik, 2 walizki i torbę z jedzeniem. Jakoś to upchnęliśmy kosztem przeniesienia części naszych rzeczy pod moje nogi w przodzie. Okej, jedziemy.
2. Córka, jak to połowa dzieciaków, bardzo źle znosiła jazdę. Pierwszy postój po 25 min. Matka nie miała dla niej absolutnie nic, nawet awaryjnego woreczka. Tabletki jej nie da, bo nie będzie dzieciaka narkotykami truła.
3. Mała całą drogę wierciła się, jak to dzieci. Matka nie miała najmniejszego zamiaru choćby zwrócić na nią uwagi, przez godzinę opowiadałam jej bajki, aż zasnęła. Matka w tym czasie nie podnosiła wzroku z ekranu telefonu.
4. Po 2 kolejnych godzinach był wielki foch i obraza majestatu, bo kazaliśmy jej pilnować małej, bo cały czas odpinała pasy. Jej zdaniem za bezpieczeństwo pasażerów odpowiada kierowca (sic!).
5. Kolejna obraza, bo mój mąż nie pozwolił jeść kanapek z nutellą w aucie (ciekawy wybór przy chorobie lokomocyjnej).
6. Najlepsze na koniec.
Pora płacenia. Umowa była, że płaci po 150 zł od osoby. Autobus na tej samej trasie bierze 200+. Oczywiście pani za małą nie zapłaci, bo przecież to dziecko, nic nie waży itd. Tłumaczyliśmy już naprawdę nieźle wkurzeni, że zarezerwowała dwa miejsca, mieliśmy innych chętnych i wyraźnie było napisane, że nie życzymy sobie dzieci. W końcu zaczęła nas straszyć policją, bo przecież zabranie pasażerów to przestępstwo i my się na tym wzbogacamy.
Serio, żal mi małej.
A jak dla mnie to był ostatni raz, kiedy zgodziłam się zabrać w podróż kobietę z dzieckiem.
Jestem młodą osobą, w oczach wielu osób tutaj jeszcze dzieciakiem, jednak potrzebuję w końcu wyrzucić z siebie pewne rzeczy. Otóż jestem uczennicą liceum i pewnie nie jest to nic odkrywczego, ale jest ciężko. Góra zadań domowych z dnia na dzień, sprawdzian pogania sprawdzian i oczywiście jeszcze kartkówki i odpytywania. Nauki jest mnóstwo, tutaj ten przeklęty HiT, a potem jeszcze fizyka, edb, biologia i polski. Samą biologię rozszerzam, jednak szczerze, nawet nie wiem jak się jej uczyć. Są to tematy, do których trzeba przysiąść, a ja nie mam na to czasu, bo poza tym mam jeszcze milion innych rzeczy tego typu. Do szkoły jeżdżę wcześnie rano przez dojazdy, a wracam najwcześniej o 16 i po prostu nie mam czasu na nic. W dodatku nie mam z kim na ten temat pogadać, bo według wszystkich zmarnowałam sobie życie idąc do liceum zamiast technikum i to moja wina (gdzie w technikum wcale nie jest lepiej i dobrze to wiem). Już nie pamiętam, jak to jest odczuwać szczęście. Dzięki szkole moje niepicie energetyków odeszło w zapomnienie, bo inaczej nie funkcjonuję. Smutne, ale niestety realne, jestem osobą przejmującą się ocenami i z wymagającymi rodzicami, nie umiem inaczej, ale powoli już nie daję rady.
Historia miała miejsce kilka sporych lat temu, jeszcze w liceum. Przerwy w tym czasie spędzałem ze swoją ówczesną dziewczyną. Zawsze w miarę możliwości szukaliśmy ciszy i spokoju, między innymi dlatego, że jedna z nauczycielek miała ogromny problem z tym, że stoję za blisko swojej dziewczyny. Jakoś tak wyszło, że cała szkoła ogólnie kojarzyła nas jako parę, chociaż od większości nauczycieli słyszałem, że wyglądamy słodko, tak jak kiedyś pary w naszym wieku wyglądały itp. Staliśmy więc na półpiętrze, w miejscu gdzie zazwyczaj mało ludzi przebywa. Moja dziewczyna miała wtedy akurat gorszy dzień. Kiedy spytałem się jej, gdzie ma zajęcia (nie chodziliśmy do jednej klasy), wskazała pobliskie pomieszczenie i powiedziała, że chyba tam, ale nie jest tego pewna, bo: „Nas tam nie ma”. Spytałem się, o co jej konkretnie chodzi, a mój problem z czytaniem w jej myślach wywołał u niej mały wybuch. Zamiast wytłumaczyć, że pod wskazaną salą nie ma jej klasy, zaczęła powtarzać bardziej niż podniesionym głosem: „Nie ma nas! Nie ma! Nie rozumiesz? NIE. MA. NAS!”. Traf chciał, że akurat przechodziła obok nas nauczycielka, która uczyła moją lubą. Miałem z nią tylko jedne zajęcia w ramach zastępstwa, była to nauczycielka, której metody wychowawcze, krótko mówiąc, opierały się na ustawianiu uczniów do pionu, kategorycznej ciszy i tego typu sprawach. Jednak wyszło na to, że jej twardość podczas zajęć była tylko metodą nauczania. Słysząc, jak moja dziewczyna niemalże krzycząc powtarza: „Nie ma nas! Nie ma!”, nauczycielka musiała uznać, że trafiła na najgorszy możliwy moment w związku – zerwanie. Zrobiła przerażoną minę, jakby chciała zapaść się pod ziemię, przygarbiła się i po cichutku wróciła skąd przyszła.
Zachowanie nauczycielki sprawiło, że zacząłem się śmiać, co tylko jeszcze bardziej rozeźliło moją dziewczynę. Dopiero gdy wytłumaczyłem jej co takiego przeoczyła, jej złość ustąpiła zakłopotaniu zmieszanemu z rozbawieniem.
Jak widać, nauczycielki prowadzące zajęcia silną ręką bywają bardziej wrażliwe, niż mogłoby się wydawać :)
Zdradza mnie facet. Jego obecna kochanka jest kilkanaście lat młodsza ode mnie. Nie mogę nic z tym zrobić, nie mogę odejść, bo jestem od niego całkowicie zależna. Sama się nie utrzymam, nic nie potrafię, nigdy nie pracowałam. On już się z tym nawet zbytnio nie kryje, śmieje mi się w twarz, nocując poza domem, znikaniem na całe weekendy czy pachnąc damskimi perfumami. Odmawiałam mu współżycia, to przestał zostawiać mi pieniądze na życie i dochodziło do dramatu, że sprzedawałam buty na Olx, żeby mieć na tampony, albo prosiłam dziecko o 200 zł. Codziennie wieczorem muszę być w domu, żeby podać mu pod nos ciepły posiłek, mam czekać ze śniadaniem, dbać o dom i to wszystko z wiedzą, że on mnie zdradza. Jak nie podobają mi się takie warunki, to mam się wynosić.
Dałam z siebie zrobić niewolnicę. Jestem prawie 40-letnią kobietą uzależnioną od faceta. Piszę to ze łzami w oczach i naprawdę nie wiem co dalej.
Od zawsze wszyscy chwalą moje pełne usta i zgrabne nogi. Padło już wiele tekstów na podryw, które wychwalały te części ciała. Niejeden raz ktoś mówi, jak ja cudownie wyglądam (przesadzone i to gruuubo) i jakie mam chude nóżki i pełne malinowe usteczka. Jaki więc problem? JESTEM FACETEM.
Już dwa razy w życiu miałem chorą akcję z tym związaną. Raz podrywał mnie chłopak mojej siostry, który proponował mi „skok w bok” bez wiedzy siostry.
Drugi raz był zdecydowanie bardziej... dziwny?
Jakiś projektant zaproponował mi, abym w spódniczce i szpilkach zareklamował jego najnowsze rajstopy (były niewidoczne, a na kolanach i łydkach były takie czarne rysunki imitujące rozległe rany). Zdjęcie moich nóg miałoby być na okładce rajstop (jestem ciekaw, kto to w ogóle kupi).
Chcę przytyć lub przynajmniej mieć szersze łydki, ale zwiększenie posiłków nie daje oczekiwanych efektów.
Siostra powiedziała mi ostatnio, że biodra mi się ładnie zaokrągliły...
Dużo się uczę, co za tym idzie większość czasu spędzam w książkach i coraz słabiej widzę. Funduszy też nie mam zbyt wiele, więc kupno okularów odkładam na potem. Nie jest to jednak temat mojego wyznania.
Rano wyszłam z domu do sklepu, zaspana i rozczochrana.
Idę ładnym chodnikiem – po lewej trawka, po prawej trawka. Ptaszki śpiewają. W oddali na tej trawce dostrzegam jednego ptaszka – Ojej! Jaki biedny ptaszek! Dostał kamieniem i ten go przygniótł. Czym prędzej biegnę uratować biedne stworzenie. Kucnęłam przy miejscu tej okropnej zbrodni, zdejmuję kamień z rzekomego ptaszka, ale ten wcale nie zaczyna się poruszać. Wiem, co zrobię! Niedaleko jest weterynarz, więc wezmę tego ptaszka i tam go zaniosę!
Już miałam brać go na ręce, ale coś mnie powstrzymało. Przyjrzałam się dokładniej owemu ptaszkowi i tylko to mnie uratowało. Rzekomy ptaszek był bardzo fantazyjnym psim klockiem, i to w różnych odcieniach brązu.
Chyba pora pójść do okulisty.
Witajcie! Może niektórzy z was jeszcze pamiętają historię 12-letniej Kasi, nad którą znęcała się przybrana matka. Jeśli nie, zachęcam do lektury trzech poprzednich wyznań, podaję linki:
1) /fYBAr
2) /faQrj
3) /cDCax
Oto ciąg dalszy historii. Osiem miesięcy temu Kasia trafiła pod nasz dach. Matka dziewczynki siedzi za kratkami za znęcanie się nad osobą nieletnią i odebrano jej prawa rodzicielskie.
Opowiem wam o przemianie Kasi.
Obecnie jest już 13-letnią dziewczyną i uczęszcza do szóstej klasy. Dobrze się uczy, ma wiele kolegów i koleżanek, wręcz żyje pełnią życia. Regularnie chodzi do psychologa, który wspiera ją tak samo jak cała moja rodzina. Zmiany jej zachowania są nie do opisania. Pierwszy raz w życiu pojechała na rodzinny wypad w góry. Była wniebowzięta i naprawdę zaskoczona zdrowymi relacjami w rodzinie. Z wiecznie przerażonego dziecka, które jest zdane samo na siebie, zmieniła się w osobę radosną, otwartą i energiczną, taką jaką była na początku. Nasza bohaterka znalazła nową pasję - jeździ konno, teraz to całe jej życie.
Po pewnym czasie opowiedziałam Kasi o tym, że pisałam historię jej życia na tej stronie. Była zdziwiona, ale bardzo namawiała mnie, abym jej to pokazała. Dziewczynka czytała historie w pełnym skupieniu. Cały czas na nią patrzyłam, widziałam jak łzy coraz bardziej napływają jej do oczu. Ale nie były to łzy smutku ani żalu. To były łzy najprawdziwszej radości. Kiedy skończyła czytać, rzuciła mi się w ramiona. Powiedziała, że nigdy by nie przypuszczała, że tyle ludzi ją wspierało. Dopowiem wam, że stała się wielką fanką anonimowych i obecnie z chęcią czyta wiele śmiesznych historii o dresach i moherkach.
Teraz znów trochę spoważniejemy. Kasi było ciężko znów komuś bezgranicznie zaufać. To jest w zasadzie jej czwarty dom (pierwszy z jej biologicznymi rodzicami, potem dom dziecka, następnie adopcja, a teraz mieszka z nami). Na szczęście po krótkim czasie przekonała się, że jesteśmy zupełnie inni, niż ludzie, którzy wcześniej się nią opiekowali. Od czasu rozprawy widziała się ze swoim ojcem trzy razy. Ostatni raz był u nas miesiąc temu. Kasia nie ma z nim zbyt dobrych relacji, ale toleruje go. Ma do niego żal, że widział co się działo, ale nie reagował. Nie mówi do niego "tato". Zwraca się zawsze w formie bezosobowej, wyznała mi, że już nigdy nie nazwie go swoim ojcem. Teraz "tatą" jest dla niej mój ojciec, a "mamą" moja mama :). Sporadycznie odwiedza ją jej biologiczne rodzeństwo, z nimi ma naprawdę świetny kontakt. Siniaki na jej ciele na zawsze zniknęły, zastąpił je wieczny uśmiech na twarzy. Kasia jest naprawdę dojrzałą dziewczynką jak na swój wiek. Od pewnego czasu mówi, że w przyszłości chciałaby zostać psychologiem i pomagać osobom takim jak ona. Jesteśmy z niej naprawdę dumni i całym sercem ją wspieramy :)
„Twoja kuzynka ma depresję i leży w łóżku całe dnie, a ty normalnie wstajesz, to nie jest aż tak źle”, „Leki otępiają, jeszcze wpadniesz pod samochód po nich”, „Weź nie przesadzaj, jesteś przewrażliwiona”, „Mi te ziołowe leki pomagają, a też mam nerwicę, nie wymyślaj, nie dam ci mocniejszych”, „My mamy swój rozum i wiemy swoje”, „Uspokój się, to nic takiego”, „Jak tak będziesz reagować, to sobie nie poradzisz w dorosłości z prawdziwymi problemami”.
Czyje to słowa? Mojej matki. Po tym, gdy dostała informację, że stan jej dziecka jest opłakany, potrzebuje specjalnych leków przepisanych przez psychiatrę i pójść na terapię. Oczywiście zawsze zrobi wszystko, żeby było mi lepiej i bardzo mnie kocha i wspiera :)
Mam 21 lat i nigdy nie byłem w związku. Prawdopodobnie jest to choć w części efekt wychowania przez moich rodziców – wpojono mi, że skromność jest cnotą, mówienie o swoich zaletach i osiągnięciach to pycha, a w ogóle to te osiągnięcia nie zależą ode mnie, tylko wynikają ze szczęśliwego splotu wydarzeń. Coś takiego jak autopromocja jest dla mnie wyrazem arogancji. W związku z tym mam raczej niską samoocenę, ale osobiście uważam to za cnotę. Przy okazji należę do osób raczej spokojnych – zero używek, imprezy tylko w gronie znajomych. Do tego jestem cierpliwy i zawsze stawiam potrzeby innych ponad własne (to też mi wpojono), więc znajomi chyba lubią przebywać w moim towarzystwie.
Teraz myślicie, że niby taki skromny, a pochwał sobie nie szczędzi, ale skoro to anonimowe wyznanie, to wydaje mi się, że mogę raz w życiu zaszaleć ;) Do rzeczy. Wspomniałem o braku doświadczenia w relacjach z kobietami. Pomimo faktu, że związki moich znajomych są dość dalekie od doskonałości (jeśli myślicie, że nastały czasy partnerskich relacji, a fizyczne i psychiczne znęcanie się nad kobietą to przeszłość, jesteście w błędzie), sam od zawsze uważam, że ja się do tego zupełnie nie nadaję. Co jeśli skrzywdzę kobietę? Co jeśli coś sknocę? A w ogóle to dlaczego miałbym zasługiwać na związek? Poza tym nigdy nie cieszyłem się zainteresowaniem płci przeciwnej, co odbierałem jako sygnał, że jestem po prostu brzydki. I tak sobie żyłem aż do wczoraj, kiedy to spotkałem się z moją przyjaciółką z czasów dzieciństwa. Dodam jeszcze na marginesie, że nigdy się nie żalę i nie rozmawiam o swoich problemach, w ogóle raczej mało mówię i na dobrą sprawę nikt nie wie o mnie zbyt wiele. Przyjaciółka standardowo wykorzystywała fakt, że niezły ze mnie słuchacz (mi to naprawdę sprawia przyjemność) i przez prawie trzy godziny powiedziałem mniej niż pięć zdań. Temat w końcu zszedł na związki. Spytała, czemu z nikim się nie spotykam. Nim odpowiedziałem, rozpoczęła monolog, że taki fajny chłopak powinien cały czas
prowadzać się w towarzystwie jakiejś dziewczyny, a w ogóle to wszystkie jej koleżanki, które mnie znają, mają do mnie słabość, tylko boją się tego okazać, bo taki przystojniak je onieśmiela... Chciałbym wtedy zobaczyć swoją minę. Uciąłem temat jakimś głupim żartem, zresztą i tak nie oczekiwała odpowiedzi.
Wieczorem przeprowadziłem mały research wśród koleżanek. Cóż, całe życie tkwiłem w kłamstwie na swój temat, najwyraźniej dobra ze mnie partia. Po co to piszę? Żeby się pochwalić. Nic z tym nie zrobię, nie zmieni to mojej samooceny ani zachowania. Nie zmieni się prawie nic, z wyjątkiem powstania tego wpisu. Jest to ten wyjątkowy moment, gdy chwalę się bez wyrzutów sumienia. Pozdrawiam wszystkich.
Dodaj anonimowe wyznanie