Parę ładnych lat temu zostałem zmuszony do... zrobienia dobrze ustami drugiemu "facetowi". Nie pamiętam nawet tego dokładnie, bo miałem wówczas może 5 czy 6 lat. Dopiero po kilkunastu latach odważyłem się powiedzieć o tym mojemu przyjacielowi.
Było to w małym miasteczku (na szczęście nie było jeszcze aparatów w telefonach ani internetu). Pamiętam jakiś zagajnik, ja i drugi trochę starszy dzieciak, któremu wykonałem tą wątpliwą przyjemność oraz chyba z pięciu kolesi stojących obok i przyglądających się z zaciekawieniem. Oprócz tego pamiętam emocje, które mi towarzyszyły czyli ogromny strach i bezradność. Czułem się bardzo poniżony, przez co jeszcze jako nastolatek miałem zaburzone poczucie własnej wartości. Bałem się wszystkiego co się rusza. Gdy dorosłem, zapomniałem o tym, a przypomniał mi o tym mój przyjaciel, który opowiedział mi podobną historię - został w ten sam sposób wykorzystany przez swojego sąsiada, jednak bez świadków.
Nie wiem po co o tym piszę. Teraz jestem bardzo pewny siebie i swoich przekonań. Żyję ze sobą w zgodzie i jestem szczęśliwy. Musiałem dojść do tego sam, bo tak bardzo bałem się nawet o tym komuś powiedzieć. Wybaczyłem tym ludziom, kimkolwiek byli, a nawet trochę im współczuję, że mieli tak zryty czosnek. Żałuję tylko, że nikomu wtedy o tym nie powiedziałem.
W wieku 10-ciu lat wprowadziłam się do wężowca, nauczona, że sąsiadom mówi się "dzień dobry" i tak też robiłam.
Wyjątkiem był wysoki, starszy, prawie łysy, dobrze zbudowany mężczyzna z gęstą, siwą brodą. Zawsze gdy go witałam przechodził obojętnie, w pewnym momencie zaczęłam po prostu kiwać mu głową, upewniając się że to widzi, ale to także nie miało skutku.
Uznałam go za gbura i dałam sobie spokój.
Teraz mam 21 lat i miesiąc temu doznałam szoku.
Ten sam facet, ogolony, ubrany schludnie i co do niego nie podobne - uśmiechnięty.
Przywitał się jako pierwszy, nigdy wcześniej nie słyszałam jego głosu, bo zwyczajnie unikał ludzi.
Zaczął głaskać mojego psa, dał się lizać, nawet opowiadał o swojej dorosłej córce, która też ma psa.
Gdy skończyliśmy rozmowę i odwrócił się, zobaczyłam, że ma aparat słuchowy.
Przez te 10 lat nie odzywał się, bo był głuchy.
Okazał się być zabawnym, rozmownym facetem, z którym aż chce się rozmawiać. Zrobiło mi się głupio.
Po raz kolejny dostałam lekcję, iż nie ocenia się ludzi po pozorach.
Naprawdę cieszę się jego szczęściem.
Po raz pierwszy w moim życiu postanowiłam przejść na dietę. Moi przyjaciele i chłopak urządzili sobie z tej okazji konkurs, w którym można wygrać flaszkę - zaczęli obstawiać ile wytrzymam. Padały różne deklaracje: miesiąc, tydzień, dwa tygodnie. Tylko mój chłopak obstawił… jeden dzień.
Cóż, chyba powinnam być solidarna i pomóc partnerowi zwyciężyć?
Tak bardzo zależało mi na dziewczynie, że zgodziłem się na wszystkie jej warunki i teraz jestem w otwartym związku...
Wyjechałam do Finlandii, by zacząć nowe wspaniałe życie po długich latach studiów i nauki języka. Opowiadam rodzicom o sukcesach i regularnie wysyłam pieniądze. Teraz chwalą się znajomym i już nie słyszę, że jestem niewdzięczna.
Tak naprawdę niedługo po przyjeździe wyrzucili mnie z pracy na czarno, która nie była wcale tym, o czym opowiadałam rodzinie. Myłam kible. A teraz jestem słowiańską panią do towarzystwa, która wyjątkowo dobrze posługuje się fińskim. Bo jakoś tak głupio byłoby wrócić i przyznać się, że jednak nic mi w życiu nie wyszło, dokładnie tak, jak mówili.
Niedawno zakończył się mój wieloletni związek z partnerem. Bardzo to przeżyłam, ale nie było sensu już tego ciągnąć ani wracać do niego, to wiedziałam na pewno, ale nie o tym wyznanie. I tu część anonimowa, żeby poradzić sobie jakoś po rozstaniu i poczuciem samotności zbudowałam sobie manekina ze starej bluzy i spodni dresowych, które powypychałam poduszkami, kocami i innymi ciuchami, których nie używam, tak jakby ktoś naprawdę koło mnie leżał. Nie eliminuje to całkowicie poczucia pustki albo samotności, ale w pewnym sensie mi pomaga.
Gdy jest mi naprawdę smutno, to wtulam się w mojego manekina i wyobrażam sobie, że naprawdę przytulam się do kogoś, a gdy zasypiam kładę głowę na ramieniu manekina i owijam się rękawem tak jakby naprawdę ktoś mnie przytulał. Przynajmniej teraz jestem w stanie cokolwiek zjeść i w miarę się wyspać w nocy. A gdy wiem, że ktoś ma przyjść w odwiedziny, cóż, chowam manekina pod kanapą. Takie moje anonimowe dziwactwo, które pomaga mi z bólem po rozstaniu.
Jestem policjantem. Syn (lat 19) komendanta mojego okręgu jest za to piratem drogowym. Przekracza nawet prędkości grożące zabraniem prawka na zabudowanym. I... I nic. Nikt z tym nic nie może zrobić.
Kiedy próbowałem, tatuś zapowiedział, że mnie zniszczy i roboty w tym zawodzie (a i wielu innych) już nie znajdę. Udałbym się do jego przełożonego, gdybym nie wiedział nieoficjalnie, że są najlepszymi kumplami. Zanosi się na to, że auto gówniarza już zawsze będzie autem-widmo dla radarów i naszych oczu. Dziwi mnie tylko, że ojciec nie martwi się o życie syna.
Mam 26 lat, dobrą pracę, mieszkanie, samochód. Na studia przeprowadziłem się do dużego miasta na "W", ostatnio słynącego ze samobójstw. Zostałem już tutaj, a wszyscy moi przyjaciele rozjechali się po świecie. Chyba nigdy im się nie przyznam, że jestem śmiertelnie chory. To często pomijana choroba cywilizacyjna, która rozwija się w raz z postępem technologicznym. Samotność. Po co mi te wszystkie snapchaty, messenery, instagramy, skoro brakuje mi ludzi dookoła. Mogę zadzwonić na drugi koniec świata, a nie mam z kim iść na kawę.
Mogę zobaczyć wspaniałą relację z koncertu w Tokio, a jednak wolałbym zagrać w squasha czy planszówkę. Mogę obejrzeć, co wspaniałego jedli na obiad (nie, żeby mnie to jakoś szczególnie interesowało), a jednak wolałbym z nimi spędzić odrobinę czasu. Codziennie widzę w social mediach te sztuczne, wyidealizowane życie na pokaz, podczas gdy ja wolałbym pogadać. Tak po prostu.
Brakuje mi ludzi, znajomych, przyjaciół, kontaktów. Zostawiłem swoje środowisko i teraz jest ciężej. Nie, żebym nie próbował odnowić relacji, tylko teraz każdy ma już swoje życie i tak jakoś odszedłem w odstawkę.
Wracam z pracy do pustego domu i zabija mnie ta wieczna rutyna: jedzenie, ćwiczenia, a na wieczór wybór: książka/ gra/ film. Najgorsze jest to, że nie mam alternatywy.
Ktoś powie: no dobra, masz jeszcze przecież rodzinę. Tyle, że z rodziną nie można o wszystkim pogadać. Są pewne tematy i zachowania, które są przypisane do określonych relacji.
Poszedłem nawet do psychologa. Znacznie łatwiej byłoby mi TO zrzucić na depresję czy cokolwiek innego, jednakże nic nie zostało zdiagnozowane.
Zawsze jak szedłem usiąść na tron, to prosiłem swojego współlokatora o puszczenie jakiejś muzyki. Zawsze puszczał tę samą piosenkę i wyrobił mi się od tego taki odruch, że teraz nie mogę się wysrać bez Stinga, a jak tylko usłyszę "Shape of my heart" gdzieś w knajpie, czy sklepie, to moje uszy wysyłają automatycznie z pominięciem mózgu informację bezpośrednio do mojego stolca, że jego spotkanie ze światem ma się odbyć w moich gaciach.
Znajomym mówię, że ta piosenka przypomina mi moją wielką, utraconą miłość i że jak ją słyszę, to muszę wyjść na chwilę do łazienki, żeby sobie płaknąć i pozbierać się w sobie.
Usłyszałam jak mój chłopak chwali się kumplowi przez telefon, że zaliczył dwie laski jednego dnia. Stanęłam przed nim wryta, oczekując wyjaśnień.
Z bananem na twarzy zaczął opowiadać, że wczoraj uprawialiśmy miłość tuż po pracy, gdy byłam w codziennym makijażu i wyglądałam jak „ponętna biurwa” oraz drugi raz wieczorem, kiedy to „zmyłam tapetę i zamieniłam się w 16-letnią dziewicę”.
Po czym podziękował mi za różnorodność w łóżku.
Dodaj anonimowe wyznanie