Kiedy miałam siedem lat, moi rodzice oddali mnie wujostwu "na wychowanie", ponieważ nigdy mnie nie kochali, a ciotka i wujek dziecko mieć chcieli, ale nie mogli. Czy jestem więc wpadką, wynikiem głupoty w kwestii zabezpieczeń? Nie. Jestem wynikiem presji i patologicznych zachowań ze strony dziadków oraz braku asertywności.
Kiedy byłam dzieckiem, nie przeszkadzał mi ten stan rzeczy. Moi rodzice mnie nie bili, ale kiedy znalazłam się u wujostwa i prosto z mostu powiedziano mi jak wygląda sytuacja... cóż, nie tęskniłam wcale. Płakać też nie płakałam, bo i u wujostwa miałam dużo zabawek, a także poczucie, że jestem kochana, bezpieczna. Rodzice czasami mnie odwiedzali, przywozili prezenty, widywaliśmy się na rodzinnych świętach, normalnie rozmawialiśmy. Wszystko było w porządku. Oczywiście dla bezpieczeństwa kilka razy przeciągnięto mnie po psychologach, psychiatrach.
A potem w wieku siedemnastu lat znalazłam sobie chłopaka i pierwszy raz komuś powiedziałam, że moja ciotka nie jest moją matką, a wujek ojcem (tzn. nauczyciele i inne tego typu osoby zazwyczaj wiedziały, ale nie poruszały tego tematu i ja sama też nie czułam się zobowiązana do mówienia tego znajomym, koleżankom, kolegom itd.). Padło to w luźnej rozmowie, a przemieniło się w istny armagedon. Bo jak to tak? Że rodzice mnie porzucili? Że wujostwo mnie wychowuje? Na pewno muszę być jakoś upośledzona w takim razie! Albo chora psychicznie! Potem reszta osób w szkole się dowiedziała i może nie znęcali się, ale czasem pytali, jak to jest żyć bez rodziców albo "przepraszali", kiedy padały zdania "wiesz, jak to jest z tymi matkami/ojcami/rodzicami". Albo odstawiali jakieś inne cyrki, mówili, że osoby takie jak ja są częściej skłonne do samobójstw itd.
Teraz mam dziewiętnaście lat i dzięki nim sam widok rodziców mnie irytuje, a z wujostwem mój kontakt się pogorszył. Z każdej strony czuję presję na "posiadanie idealnej, pełnej rodziny" i dzięki temu boję się wejść z kimkolwiek w związek.
Kiedy byłem młodszy, wmówiłem kolegom, że mam w gardle jakąś bakterię wywołującą chorobę i nie mogą po mnie pić. Mówiłem tak dlatego, że nie lubiłem pić po innych ani dzielić się swoimi dobrami.
W niedzielę zaproponowałem mojej rodzinie wspólne spędzenie czasu. Graliśmy w monopol wraz z moją żoną i kilkuletnią córką - podobno to „świetna rozrywka” dla całej rodziny.
Tak się złożyło, że wygrałem. Żona zarzuciła mi, że graliśmy wspólnie przeciwko niej. Córka popłakała się, że wybrałem za trudną grę.
Obraziły się na mnie i poszły do swoich pokoi.
Nie jestem wegetarianką z powodu ideologii, ale okłamuję znajomych, że tak jest. Nie chcę już dłużej wysłuchiwać złotych rad.
Nie jem mięsa, bo mam odruch wymiotny gdy podczas krojenia lub żucia kawałka mięsa trafi mi się kawałek jakiejś błony, tłuszczu czy czegoś twardego lub po prostu podobnego. Moja rodzicielka chodziła ze mną gdy byłam mała do lekarza, do psychologa i nic. Tak po prostu mam. Raz ciocia chciała pokazać mojej mamie, że da się nauczyć dziecko jeść to co rodzic uważa za słuszne.
Efekt? Zarzygana kanapa, ściana, podłoga, ja, no i ukochana ciocia oczywiście.
Nigdy więcej nie wchodziła w dyskusję z matką na temat odżywiania.
Kiedy miałem jakieś 18 i chodziłem do liceum w mojej klasie, podobała mi się jedna fajna koleżanka. Próbowałem trochę do niej podbijać i ona nie była obojętna. Pewnego razu klasowo poszliśmy do klubu z okazji urodzin kolegi. Byłem akurat w takim momencie mojego życia, że patologia nie była mi obca, koledzy z którymi się zadawałem na osiedlu byli raczej lekkomyślni, rozwalanie ławki, lekkie awantury na ulicy, czy drobne kradzieże były na porządku dziennym.
Bawiąc się w klubie po paru piwach i godzinach na parkiecie, osiadłem na naszą lożę gdzie były wszystkie torebki naszych koleżanek z klasy. Akurat siedziałem sam. Moje patologiczne zapędy mówiły mi jedno, weź coś z torebki, a że nie bylem przy kasie to pomyślałem ok, czemu nie. Zacząłem grzebać w jednej torebce po omacku szukając portfela, tak by jednocześnie wyglądać jakbym nic nie robił. Szybko poczułem portfel i po chwili wyciągnąłem plik "rzeczy" z niego, byłem dość pijany i niezbyt wprawny w takich praktykach.
Poszedłem do toalety sprawdzić co udało mi się zdobyć. Zdziwiłem się, bo miałem w dłoni tylko 10 zł i dowód osobisty... tej fajnej koleżanki. No trudno, dowód poszedłem oddać po kryjomu do torebki a dychę sobie zostawiłem. Po imprezie około 2 w nocy wyszliśmy wszyscy razem z klubu i wpadliśmy na pomysł żeby iść teraz na kebaba. Wtedy ta fajna koleżanka patrzy do portfela i mówi, że już niema kasy, a myślała że jeszcze coś ma. Zaproponowałem że kupię jej tego kebaba, mimo że sam nie zjem.
Wyszedłem na najbardziej uroczego i kochanego gościa w okolicy. Typiara kupiła kebaba za swoją kasę, którą dostała od złodzieja, a ja wyszedłem na szarmanckiego bohatera. Głupio mi po tylu latach.
Historia dziewczyny, której nie przyjęli do pracy, bo nie wymawiała R, przypomniała mi moją historię, która zdarzyła się wiele lat temu. Miałam wtedy zakładaną plombę na 7 ze znieczuleniem. Z tym, że miałam taki układ nerwów, że nie tylko nie czułam nic w zębie, ale też poraziło mi na pewno połowę języka, chyba również część policzka i brody po tej stronie - nerwy unerwiające te części odchodziły za miejscem wkłucia. Tak więc na godzinę po skończonym zabiegu wyglądałam trochę jak upośledzona - opadający kącik ust, czasem wylewająca się ślina (nie zawsze pamiętałam, żeby ją wytrzeć), nieco bełkotliwa mowa, bo pół języka nie działało.
Wracałam wtedy tramwajem do domu. Było koszmarnie gorąco, na dodatek był to pojazd bez klimatyzacji. Po paru minutach wiedziałam, że nie ustoję do końca, miałam jeszcze jechać ponad pół godziny, a nie mogłam wysiąść, bo spieszyłam się na zajęcia na uczelnię (miałam kilkugodzinne okienko w środku dnia, zajęcia zaczynały się ok. 16 - nie pozdrawiam układających...). Jak to w godzinach szczytu, wszystkie miejsca zajęte, poprosiłam chłopaka w wieku około studenckim, czy by mógł mi zwolnić miejsce, bo bardzo mi słabo. Udało się, już miałam siąść, gdy poczułam silne szarpnięcie za ramię. Jakaś babcia weszła w tryb bojowy, i zaczęła wykrzykiwać, że takim downom jak ja nie powinno się pozwalać być wśród ludzi, bo wszystkich obrzydzają. Miałam wtedy taką przypadłość, że będąc mocno zdenerwowaną, zaczynałam się jąkać, sklecenie zdania zajmowało mi całe wieki. Tak więc próbując wypowiedzieć te parę słów, jeszcze bardziej się zaśliniłam (zapomniałam o tym zupełnie), więc faktycznie wyglądało to mocno nieciekawie. Albo ciekawie, zależy dla kogo.
I tu następuje zwrot akcji. Do coraz bardziej pieniącego się mohera podeszła na oko 10-letnia dziewczynka... z zespołem Downa. Pociągnęła ją za rękaw i najsmutniejszym głosem, jaki słyszałam w życiu, zapytała się, dlaczego ona się z niej śmieje, że ma tę chorobę. Gdybyście zobaczyli babsztyla w tym momencie! Odskoczyła jak oparzona, uciekła do drzwi i na najbliższym przystanku wypadła, jakby ją goniło stado wilków. Dziewczynka poprosiła mamę, czy może mi dać chusteczkę. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że mam pewnie pół twarzy w produkcie pracy ślinianek, z wdzięcznością wzięłam (własnych nie miałam niestety) i się doprowadziłam do stanu jako takiego. Jeszcze chwilę z nią porozmawiałam, naprawdę niesamowite dziecko.
Nie mam powodzenia.
Od zawsze byłam gruba, przez co nie opłacało mi się ubierać w sukienki czy malować. Odkąd schudłam dwadzieścia pięć kilo, powodzenia dalej brak, a liczyłam na to, że coś się zmieni. To nie tak, że jestem zakompleksiona, podobam się sobie, robię staranny makijaż, mam długie, piękne włosy, ubieram się kobieco, no i w końcu jestem szczupła. Nie jestem też ósmym cudem świata, więc nie ma szans, żebym onieśmielała całą płeć męską.
W czym rzecz? Cholernie zazdroszczę kobietom molestowanym przez przypadkowych mężczyzn i sama skrycie chciałabym tego doświadczyć, żeby uwierzyć w to, że nie jestem paskudna jak kiedyś i byłabym w stanie się komukolwiek podobać. Wiem, jak to brzmi i bardzo prawdopodobne, że gdybym coś takiego przeżyła nie spodobałoby mi się, ale nic nie mogę poradzić na to, że siedząc w autobusie obok faceta w podeszłym wieku wyobrażam sobie, jak zaczyna mnie obmacywać. Nie podnieca mnie ta myśl w żaden sposób. Czasem dochodzi do takich brutalnych "marzeń" jak gwałt, i to nie jest fetysz, tylko żałosne pragnienie podobania się komuś.
Nigdy się nikomu do tego nie przyznam, cholernie wstyd mi, że mam tak spaczone poczucie własnej wartości.
Kiedy miałem jakieś 7-8 lat, moi rodzice często przywozili ze wsi świniaka albo pół i robili swoje kiełbaski, paszteciki itd. Myślę, że kiedyś robiła tak większość rodzin w Polsce. Zawsze jednak kiedy już zabierali się do produkcji, to za zamkniętymi drzwiami. Zabroniono mi tam wchodzić albo podglądać. Później, po latach zrozumiałem, że z powodu widoku tej krwi, flaków i całej reszty, która mogłaby spowodować, że takiej kiełbaski nawet bym nie ruszył.
Naszymi sąsiadami była w tamtym okresie w sumie bliska rodzina – bo siostra rodzona ojca. Relacje? Istne Kargule i Pawlaki… Wojny praktycznie każdego dnia, kłótnie o każdą pierdołę…
I teraz, jaki związek ma jedno z drugim? Otóż w okresie zakazanych dla mnie „produkcji” mięsnych wyrobów, nasi sąsiedzi wyjechali na wakacje. Oczywiście ja o tym nie wiedziałem. Jednak jako dzieciak wychowany na filmach z Różową Panterą, szybko rozgryzłem co się wydarzyło!
Przez następne dwa tygodnie – aż do czasu powrotu ciotki z wujem – byłem przekonany, że moi rodzice ich załatwili i przerobili na kiełbasy i kotlety. Ja później w wielkimi wyrzutami sumienia smakowałem różnych potraw z ciotki i nienawidziłem siebie, bo bardzo mi smakowała…
Mam nienormalnych sąsiadów.
Mieszkam w domu jednorodzinnym. Obok mieszka matka z córką (ok. 60 lat i 40) z dwójką dzieci. Córka ma męża, którego praktycznie nie ma w domu, bo siedzi za granicą.
Główną, a w sumie to jedyną rozrywką moich sąsiadek jest podglądanie nas, rzucanie obelgami i strojenie min. Mój mały brat boi się wyjść z domu, bo jemu też się obrywa.
Przerzucanie śmieci, wyzywanie jest na porządku dziennym.
Po jednej z ostatnich awantur założyliśmy z mężem atrapę kamery i jest spokój. Oczywiście myślą, że jest prawdziwa i że zbieramy dowody.
Takich milutkich sąsiadek w życiu nie mieliśmy.
Wmówiłem swojej babci, że homoseksualizm to choroba.
Mieszkam w niewielkiej wsi. Wszystko, co odbiega od "normy" jest złem najwyższym. Moja babcia zawsze była dla mnie kochana, ale jakiejkolwiek odmienności nie potrafiła znieść, otwarcie życzyła tym wszystkim ludziom śmieci. Więc postanowiłem jej naściemniać.
Przy najbliższej okazji zabrałem ją na stronę i zacząłem opowiadać o tych biednych gejach, którzy żyją w strachu przed Bogiem przez swoją chorobę. Którzy nienawidzą siebie, bo się tacy (homoseksualni) stali. Którzy nie mogą zaznać miłości, ułożyć sobie życia z kobietą i mieć z nią dzieci.
Na babcię podziałało, już tych ludzi nie nienawidzi. Modli się za nich, współczuje im i namawia do tego swoje koleżanki z kościoła. Większość starszych kobiet z mojej wsi jest teraz przychylniejsza w stosunku do środowiska LGBT, a homo chłopak z okolicy nawet postawił mi flaszkę (jak się dowiedział, że ta bajka wyszła ode mnie. W końcu wnuki musiały wiedzieć, żeby nie wyprowadzić ich z błędu), bo woli współczujące spojrzenia i słowa otuchy, od otwartej nienawiści. A ja chyba zrobiłem dobry uczynek i czuję się szczęśliwy.
Dodaj anonimowe wyznanie