Wchodzę do sklepu, zrobiłem zakupy i idę do kasy. Przede mną trzy osoby, które nie mogą się dogadać z ekspedientką. Czekam i myślę, że to pewnie Ukraińcy, bo ostatnio ich pełno wszędzie.
Jak już się mniej więcej dogadali, to przyszła kolej na mnie. Mówię do sprzedawczyni, że masakra z tymi Ukraińcami, a ona na to, że to byli Hiszpanie.
Ale ona jest z Ukrainy.
Wyszedłem bez słowa.
Będąc w podstawówce, na pogrzebie mojej koleżanki udawałam płacz, bo kompletnie mnie jej śmierć nie obeszła, ale było mi wstyd, że wszystkim jest przykro, a mi nie.
Będzie krótki hejt na polską służbę zdrowia, na wstępnie zaznaczę, że jestem świadoma, że są przypadki do których karetka MUSI jechać w pierwszej kolejności i są takie, które mogą poczekać.
Upalny dzień w dużym polskim mieście, od trzech dni męczy mnie bardzo wysoka gorączka, więc udaje się do lekarza. Lekarz zleca badania i radośnie wychodzę z gabinetu kierując się do auta. W pewnym momencie czuje, że słabnę i zaczynam słaniać się na beton, jestem ze swoimi tatą, więc ten mnie łapie i sadza na ziemi. Nie mdleję, ale łapie mnie skurcz i drętwota CAŁEGO CIAŁA oprócz ust, dosłownie wykręca mi wszystkie kończyny, nie mogę nimi ruszać, A dotyk innych boli. Tata podejmuje decyzję, że dzwoni po karetkę i melduję pani, że mam gorączkę, że prawie zemdlałam, A teraz jestem cała poskręcana i ciężko oddycham. Dyspozytorka odpowiedziała następująco "w państwa stronę jadą dwie karetki, jedna do wypadku druga do mnie". Czekamy.
Po 30 minutach mijają nas 3 karetki, ale żadna do mnie, skurcze trochę odpuściły, ale ciągle nie mogę ruszać rękami i nogami, leżę więc na chodniku i modlę się, żeby w końcu ktoś mi pomógł. Tata dzwoni ponownie, A dyspozytorka odpowiedziała następująco "karetka nie została wysłana wcześniej, ale już wysyłam". Czekamy.
Po 50 minutach zdrętwiałe mam już tylko ręce i proszę tatę, żeby pomógł mi wstać i odwołał karetkę, dyspozytorka odpowiedziała radośnie "A to dobrze, bo NIE WYSŁAŁAM KARETKI".
Tak jak mówiłam na wstępie, rozumiem, że może przypadki były cięższe i byłam odsunięta na boczny tor, ale gdyby dyspozytorka za pierwszym czy drugim razem po prostu uczciwie powiedziała, że nie jest w stanie wysłać do mnie karetki, to nie leżałabym powykręcana na chodniku, tylko tata z osobami, które chciały mi pomóc zanieśliby mnie do samochodu.
Nie wiem czy to zdarzenie wpłynęło na moje zdrowie, do tej pory bolą mnie ręce i nogi, a uraz do służby zdrowia chyba mi już pozostanie, bo co jeśli to byłby udar lub zawał (a chyba na szczęście nie był)?
Dziękuję osobom, które poratowały i poiły mnie wodą, kiedy leżałam w upale na chodniku.
Może niektórzy wezmą tą historię na poważnie, a może inni będą się śmiać, ale ja do tej pory jak kładę się spać to chowam łeb pod poduszkę i nie patrzę w stronę drzwi.
Historia działa się około 5-6 lat temu.
Miałam najzwyklejszy ,okno pod którym stało biurko, a po przeciwnej stronie w odległości 5 metrów były drzwi, cała reszta mało ważna.
Siedziałam na biurku przy otwartym oknie, patrzyłam w gwiazdy, bo była mowa że mają spadać meteoryty czy coś i prowadziłam już 4 godzinną rozmowę z przyjaciółką.
Była już 23, a światła w domu pogaszone.
Rodzice w salonie z 5-letnim bratem oglądali telewizję.
Cisza trochę jak w grobie.
W pewnym momencie odruchowo odwróciłam się do drzwi i zobaczyłam, że się uchylają na około 20-25 centymetrów.
Wtedy byłam trochę zmęczona, ale przysięgam że gdybym nie była zmęczona i w pełni świadoma, to bym spierdolila przez to otwarte okno, mimo że mieszkałam na 4 piętrze. A więc.
Zza drzwi wychyliła się "postać", w zasadzie to tylko głowa i kawałek klatki piersiowej.
Jedyne co zapamiętałam to bardzo odznaczające się rysy twarzy, brak oczu, a tylko dołeczki gdzie powinny one być. Postać była biała, wyglądała jakby połyskiwała, ale jednak się nie świeciła.
Po 10 sekundach przyglądania się zapytałam kilkukrotnie:
-Mamo?
-Tato?
-Chcesz coś?
I tak kilka razy.
Postać cały czas się na mnie patrzyła i ani drgnęła.
Ja w tamtym momencie się nie bałam, bo myślałam, że to któryś z moich rodziców chciał mi zrobić jakiś głupi żart i mnie wystraszyć. Cały moment trwał może z minutę, a po chwili postać po chwili zamknęła bardzo powoli za sobą drzwi. Ciekawe jest też to, że miałam drzwi z szybą, więc logicznie gdyby ktoś stał tak blisko, powinno było widać ciało za szybą, a nie było go widać. Po chwili wróciłam do rozmowy.
Pół godziny później poszłam do pokoju gdzie byli rodzice i zapytałam czy coś chcieli ode mnie i czy wchodzili do mojego pokoju te pół godziny wcześniej, jednak okazało się, że nikt w tym czasie się z miejsca nie ruszał.
Czym była ta postać? Co chciała? Nie mam bladego pojęcia. Nigdy więcej jej już nie zobaczyłam. Ale jestem pewna, że to były zwidy i tym jestem przerażona, i zaintrygowana w jednym.
12 la temu poślubiłem kobietę (A.), która miała syna z poprzedniego związku. Głównie łączył nas wspólny biznes, ale naprawdę zakochałem się w niej, a ona przyjęła moje oświadczyny. Była specyficzną osobą, ale moje doświadczenia życiowe sprawiły, że z dwojga złego wolałem w "tą" stronę. Przysposobiłem małego, szczerze pokochałem - on mnie również. W dniu naszego ślubu miał 9 lat.
Opiekowałem się nim jak własnym dzieckiem. Chłopiec bardzo cierpiał z braku ojca i przez "zimny chów" ze strony A., do tego był chorowity, miał poważne problemy z samym sobą, charakter wręcz chimeryczny. Ciągle szukał czułości, opieki, troski, próbował zwrócić na siebie uwagę. Robił sobie krzywdę, nie jadł, wymiotował i płakał bez powodu. Serce mi się krajało na widok jego cierpienia. Nie raz pracowałem przy komputerze do białego świtu, a on w gorączce spał mi na kolanach. W szkole był dręczony, bity, wyśmiewany. Poruszyłem niebo i ziemię, by mu pomóc. Lekarze, psychologowie, wszystko, by to dziecko ratować. Dzieliłem czas między niego, a pracę. On był najważniejszy. Samotny, cierpiący, nieszczęśliwy, chory.
Mojej żonie bardzo to pasowało. Mogłem łatwo uciec, wycofać się, odciąć, ale nie potrafiłem. Powiedziałem A, to trzeba było powiedzieć i B, a nawet C. Nie raz mniej lub bardziej delikatnie zwracałem jej uwagę, że młody przede wszystkim potrzebuje także jej. Rozumiałem na co się pisałem, ale z czasem zacząłem obserwować nadmiar czułości z jego strony. Dziwnej czułości. Stawał się nastolatkiem, młodym mężczyzną, a zachowywał się jak przedszkolak, na przemian z nastolatką podczas menstruacji. Co drugą noc spędzałem przysypiając przy jego łóżku, bo gorączkował, budził się z krzykiem, płakał, albo było ryzyko, że się okaleczy. Lekarze nic mu nie pomagali, nie chciał im nic mówić.
Gdy miał 15 lat, na ogólnodostępnym komputerze żona znalazła gejowskie porno, pt. "Tatusiek pieprzy pasierba". Awantura do mnie. Wiedziałem, kto to oglądał. Tym bardziej, że chłopak paradował przy mnie w samym ręczniku albo szczątkowej bieliźnie. Na uwagi reagował płaczem i histerią. Wyjaśniłem mu, że życie to nie porno, nie ma opcji, żebyśmy byli razem. Byłem przede wszystkim jego ojcem, ew. przyjacielem i na tym się kończyło.
Zamienił moje życie w piekło. Rozdarty między współczuciem, poczuciem obowiązku i własną normalnością, w końcu uciekłem za granicę. Nagrałem zachowania pasierba, jego propozycje, zaloty. Szybki rozwód, następnie kilkanaście spraw w sądzie, by nie robiono ze mnie pedofila i zboka, jak mnie nazwał pasierb.
Z jednej strony jestem wolny, nie mam się o co martwić, a z drugiej... wciąż mam przed oczyma cierpienie tego chłopca. Ból i nienawiść z jego oczach. Gdybym poznał go jako mężczyznę, nawet z tymi samymi problemami, może coś by z tego było. Ale dla mnie był synem.
W trakcie dorosłego życia przez rok żyłem z oszczędności i wsparcia rodziców. Generalnie wynikało to z rzucenia pracy, zmiany życia. Byłem totalnie nieszczęśliwym człowiekiem, myślę, że długo dłużej bym i tak nie wytrzymał w tym szaleństwie robienia wszystkiego wbrew sobie.
Tak więc żyłem sobie rok w domu. Tak jest, miałem kasę na jedzenie, na mieszkanie, na internet i tak właśnie moje życie wyglądało. Często budziłem się koło 15, zasypiałem o 6-7 i praktycznie 90% czasu spędzałem w grach i internecie. Na szczęście w pewnym momencie z pomocą kilku osób udało mi się wyjść z tego bagna (choć nie jestem pewien czy to dobre słowo, ale o tym w ostatnim akapicie).
Teraz robię karierę w dużej kancelarii, awansowałem o kilka szczebli w ekspresowym tempie. Ogarniam to co robię, ogarniam swoje życie prywatne, ale coraz częściej w mojej głowie pojawia się przemiła wizja zamknięcia się na miesiąc w domu z laptopem i konsolą stronami z zakupami i jedzeniem na dowóz.
Jestem mężatką od 4 lat. Zawsze z mężem chcieliśmy mieć dzieci, ale niestety jakoś się nie udawało. Zrobiliśmy badania i okazało się, że żadne z nas drogą naturalną rodzicem nie zostanie (przed ślubem żadne z nas o tym nie wiedziało). Idealnie się dobraliśmy, prawda? Jedyna szansa dla nas to adopcja albo ewentualnie in vitro.
Przy in vitro trzeba by adoptować komórkę jajową i użyć nasienia od dawcy. Tak czy inaczej to dziecko nie byłoby więc z nami genetycznie spokrewnione. W takim przypadku wydaje mi się, że lepsza byłaby tutaj adopcja. Po co przechodzić ciążę i poród? Tylko dla samego bycia w ciąży? To wydaje mi się bez sensu. Tyle, że mąż jest przeciwny adopcji i mówi, że in vitro byłoby lepsze. Powód? Co ludzie powiedzą!
Mąż nigdy nie należał do osób, które przejmują się opinią innych, więc bardzo zaskoczyło mnie to co powiedział. Potem mi jednak dokładniej wyjaśnił swoje powody.
Mieszkamy w małym miasteczku. Tutaj każdy chce wiedzieć wszystko o wszystkich (i najczęściej wie). Adopcja nie przeszłaby bez echa. Wszyscy by wiedzieli i plotkowali. A co gdyby potem wyśmiewali czy szykanowali to dziecko? Również w szkole? Ludzie potrafią być okrutni. Nie wiem, może przeprowadzka byłaby tutaj rozwiązaniem, ale wolelibyśmy tego uniknąć. Mamy tutaj dobre prace i dom, który niedawno wykończyliśmy. Nie chcemy gdzie indziej zaczynać wszystkiego od nowa.
Jest też rodzina. Przecież by zauważyli, że nie byłam w ciąży, a nagle mamy dziecko. Oni też mogliby to niewybrednie komentować. Szczególnie teściowa. Ona ma już dwoje wnuków i, znając ją, to naszego dziecka mogłaby nie traktować na równi z tamtymi "prawdziwymi" wnukami. Kontakt z nią byłoby w razie czego też ciężko urwać, bo mieszka w tym samym mieście. Zresztą pomimo jej wad, to wiem, że mąż nie chciałby urwać tego kontaktu, bo to ważna dla niego osoba w życiu (sama wychowała jego i jego siostrę i też łatwo jej nie było).
Mąż uważa więc, że in vitro byłoby lepsze. Wtedy po prostu byłabym w ciąży i tyle. Nikomu byśmy nie mówili prawdy, z niczego się nie tłumaczyli. To dziecko byłoby nasze i już. Nikt by nawet nie wiedział o zabiegu.
Rozumiem jego punkt widzenia. Życie nie jest takie proste, ani idealne. Nie przejmowanie się opinią otoczenia nic nie da, bo tu chodzi przede wszystkim o dziecko i to jak inni mogliby mu utrudnić życie. Jeśli się nawet przeprowadzimy, to rodzina i tak się dowie o adopcji i na jedno wyjdzie. Urwać kontakt ze wszystkimi? Może mąż ma rację co do tego in vitro.
Z drugiej strony zabieg może się nie udać, albo co gorsza udać, a ja mogę potem poronić. Po co to sobie robić? Tak ryzykować? Nie wiem. Boję się tego wszystkiego.
W sumie chyba piszę to wyznanie, żeby nieco uporządkować myśli. Nie wiem co robić. Musimy nad tym wszystkim jeszcze pomyśleć.
Cholera, życie czasem naprawdę potrafi się poplątać.
Dzieciństwo spędziłam z młodszym bratem i dwoma starszymi kuzynami. Mieszkaliśmy wspólnie w jednym domu i do okolic moich 10 urodzin byliśmy nierozłączni. Całymi dniami łaziliśmy po drzewach, bawiliśmy się w wojnę i strugaliśmy proce.
W pewnym momencie nasze zabawy się skończyły, ale nigdy nikomu nie zdradziłam powodu. Oni też nie. Tamtego dnia było gorące popołudnie, które jak zwykle spędzaliśmy we czwórkę. Szwendaliśmy się po pobliskich lasach i polanach, opowiadaliśmy sobie głupie dowcipy i historie. Przechodziliśmy akurat koło fosy, po drugiej jej stronie była droga, ale auta jeździły tamtędy rzadko. W pewnym momencie ktoś powiedział, że w tej fosie coś leży, więc szybko podbiegliśmy bliżej, by zobaczyć co.
Okazało się, że był to niewielki pies, najprawdopodobniej potrącony przez auto, leżał cały zakrwawiony, jego tylne łapy wyglądały na połamane, całe jego ciało obsiadły muchy. Ale najgorszy widok przedstawiał jego brzuch z dziurą, z której wychodziły białe robaki. Ten pies wciąż żył, miał otwarte oczy i próbował ruszać głową.
Mój brat zaczął prosić byśmy już poszli, kuzyni zastanawiali się co robić, a ja wzięłam spory kamień, leżący nieopodal i walnęłam nim psa z całej siły w głowę. Dla mnie to było jedyne logiczne wyjście, czyli dobicie psa i ukrócenie jego cierpienia.
Pamiętam jak mój brat zaczął płakać, a jeden kuzyn wrzeszczał, że jestem nienormalną psychopatką. Później jakoś wróciliśmy do domu, w milczeniu i ponurych nastrojach. To był ostatni raz, gdy bawiliśmy się we czwórkę. Później chłopaki nie chcieli już mnie ze sobą brać, zawsze wymyślali jakieś wymówki. Zresztą ja też straciłam ochotę na spędzanie z nimi czasu.
Minęło wiele lat, dziś jestem już dorosłą kobietą. Nie wyrosłam na psychopatkę, nigdy więcej nie zabiłam żadnego zwierzęcia, a w tamtej chwili nie czułam żadnej satysfakcji, a jedynie żal mi było psa, który cierpiał.
Mimo to z bratem i kuzynami już nigdy nie udało mi się odbudować relacji.
Od tamtego zdarzenia minęło już prawie 20 lat i dopiero niedawno udało mi się tak naprawdę porozmawiać z bratem. Zapytałam go, dlaczego się ode mnie odsunął, co się między nami zmieniło. Powiedział, że się mnie bał. Że miał nocne koszmary, jak rozbijam mu głowę kamieniem. Że to co wtedy zrobiłam było najstraszniejszą rzeczą, jaką w życiu widział. Że dla niego przestałam być kochaną starszą siostrą, przy której czuł się bezpiecznie.
Nie czuję żalu, że moje życie potoczyło się tak a nie inaczej, choć do dziś ciężko mi nawiązać bliższe relacje z kimkolwiek, bo boję się, że nikt nie zaakceptuje mojej natury. Od kobiet wymaga się, by były delikatne i wrażliwe, a ja taka nie jestem. Nie żałuję, że zabiłam wtedy tego psa i nie miałabym oporów, by pomóc w ten sposób człowiekowi. Jednak nikt nigdy się o tym nie dowie.
Na weekendzie wpadł do mnie wujek (A). Na piwko i się wygadać. Rozmawiał ostatnio z innym moim wujkiem (B) i musiał to z siebie wyrzucić. Okazuje się, że B nie jest ojcem swojego "syna", którego ma od 16 lat. Podczas gdy on w Niemczech pracował i rozkręcał biznes, jego żona puszczała się na boku z jednym typem z sąsiedniej mieściny, jak zaciążyła tamten ją wyśmiał i pogonił precz.
To ona uknuła sprytny plan, przyjechała do męża na weekend "bo się stęskniła", kochali się. Miesiąc po tym wysłała mu info, że będzie ojcem. Wujas nawet się ucieszył, szybko pozałatwiał co musiał i wrócił do domu opiekować się żoną. Ta po urodzeniu jakoś tak oziębła, oddaliła się od niego. Została "matką na pełny etat", a jego nawet nakłaniała do oddania się pracy, bo przecież trzeba ich utrzymać. Kategorycznie go poinformowała, że wychowanie dziecka to jej sprawa i ma się nie mieszać.
No i on czarował jak wół nad rozkręceniem teraz całkiem intratnego biznesu, z synem i żoną nie był szczególnie blisko, bo ciągle w rozjazdach. Nawet im drugi dom wybudował w jej rodzinnej wiosce, bo "ona nie chce sama bez niego w pustym domu siedzieć" i wynajął służącą, która tam mieszka i wpierw pomagała z dzieckiem, a potem ogólnie z domem.
No i ostatnio sprawa się rypła, jak jej siostra nie wytrzymała wyrzutów sumienia i mu powiedziała. Zrobił badania, bo wcześniej starali się o dziecko i nie wyszło. Okazało się, że ojcem nie może być w ogóle. Nie da się. Żeby było zabawniej wcześniej żona nakłaniała go na przepisanie części firmy na nią, bo "to da jej bezpieczeństwo finansowe". Nie zgodził się, bo stwierdził że od tego on jest. Przeprowadził poważną rozmowę z nią, to w twarz mu się roześmiała, że jak się z nią rozwiedzie, to mu wyrwie połowę majątku.
Chciał zaprzeczenia ojcostwa. I tu zonk. Zrobić to można tylko 6 miesięcy po urodzeniu. Potem tylko przez prokuraturę, teoretycznie, bo w praktyce prokurator nawet wniosku do sądu nie wyśle, bo w 100% przypadków zostanie odrzucony ze względu na "dobro dziecka i interes społeczny". Wujek A podobno nawet myślał o samobójstwie, ale wyperswadowali mu to, bo nawet jakby zapisał majątek komuś innemu, to podważyliby to przy samobójstwie. Jest uwiązany do pasożyta i dziecka innego faceta. Ale się nie poddaje. Powiedział B, że ma plan. Namówił swoich pracowników na założenie spółki, ma zamiar sprzedać im swoją firmę (w której pracują) za pożyczkę, którą wezmą U NIEGO. Potem będą ją spłacać z zysków z firmy... A kasę ma zamiar przekazać jako darowiznę na fundację ds. walki z rakiem, którą już wcześniej wspierał. Postanowił, że żeby miał zdechnąć, a te pasożyty nie zobaczą pieniędzy, które zarobił. Szkoda tylko domu który im wybudował i przepisał na nich.
Jak ktoś mi powie, że w Polsce kobiety są dyskryminowane - w twarz mu się roześmieję. To faceci są dyskryminowani przez prawo.
Osiedlowa ulica. Po bokach bloki, parkingi, trochę zieleni, dwie pomniejsze uliczki wpadające w główną. Po chodniku z jednej strony ulicy idzie jedna z moich sąsiadek - matka z trzyletnim synem na rowerku. Po drugiej, naprzeciw niej, kuśtyka druga, jej rówieśniczka, z kulą z i zakupami z jednej ręce. Zza zakrętu bliżej pań wyjeżdża samochód. W tym samym momencie trzylatek ni z tego, ni z owego skręca na jezdnię, prosto pod koła.
Matka była dwa metry od dziecka, kulejąca sąsiadka mniej więcej dziesięć. Ja patrzyłem na to z drugiego końca tej ulicy. Chora sąsiadka rzuciła się dziecku na pomoc, upuściła zakupy, kulę, i jak zając skoczyła pod koła. W ostatniej chwili przerzuciła dziecko na przyuliczny trawnik. I ja, i ona z daleka widzieliśmy, co się dzieje, matka chłopca miała wzrok utkwiony w telefonie. Jak tylko zobaczyłem co się dzieje, wystartowałem w ich stronę, ale pani o kuli była dużo bliżej.
Kierowca dał po hamulcach, ale niestety stuknął ją zdrowo. Sąsiadka poleciała na asfalt, wyrżnęła głową. Zdążyłem dobiec, kierowca natychmiast wyskoczył z samochodu. Dziecko płakało, ale nic stało mu się nic, miało tylko ubrudzoną koszulkę. Udzielamy we dwóch pierwszej pomocy, bo pani krwawi, potłuczona, chora noga prawdopodobnie w drzazgach... i w tym momencie wkracza matka chłopca. Z ryjem od ucha do ucha i awanturą. Bo JEJ DZIECKO BABA GŁUPIA P*ZDA SZARPAŁA HURR DURR GŁUPIA K*RWA, A MY SOM CH*JE!!!
Sprawa trafiła na policję. Kierowca miał na szczęście kamerkę samochodową, akcję widziało kilka osób. Obecnie rozchodzi się głównie o niedopilnowanie dziecka, groźby karalne i kilka pomniejszych wykroczeń ze strony matki tego chłopca. Sąsiadka z kulą straciła efekty wielomiesięcznego leczenia, do tego doszło wstrząśnienie mózgu i szwy na połowie ogolonej głowy, problemy z kręgosłupem. Nie chciała iść do sądu, machnęła ręką na swoje potłuczone ciało i zakupy, bo jak mówi "to żadna cena za niewinne dziecko", chociaż, co zabawne, dzieci serdecznie nie znosi i ucieka na sam ich widok.
Niezmiernie szanuję tę kobietę i staram się pomagać jej jak tylko mogę. Jest to twarda, niesamowita osoba, która najmniej przejmuje się samą sobą. Ale co najbardziej mnie poruszyło, to że zatroszczyła się o cudzego dzieciaka bardziej niż jego własna matka, zniosła stek obelg, masę bólu i do nikogo nie miała o to żalu ani pretensji.
Dodaj anonimowe wyznanie