#QTH68
Kiedy byłam dzieckiem, nie przeszkadzał mi ten stan rzeczy. Moi rodzice mnie nie bili, ale kiedy znalazłam się u wujostwa i prosto z mostu powiedziano mi jak wygląda sytuacja... cóż, nie tęskniłam wcale. Płakać też nie płakałam, bo i u wujostwa miałam dużo zabawek, a także poczucie, że jestem kochana, bezpieczna. Rodzice czasami mnie odwiedzali, przywozili prezenty, widywaliśmy się na rodzinnych świętach, normalnie rozmawialiśmy. Wszystko było w porządku. Oczywiście dla bezpieczeństwa kilka razy przeciągnięto mnie po psychologach, psychiatrach.
A potem w wieku siedemnastu lat znalazłam sobie chłopaka i pierwszy raz komuś powiedziałam, że moja ciotka nie jest moją matką, a wujek ojcem (tzn. nauczyciele i inne tego typu osoby zazwyczaj wiedziały, ale nie poruszały tego tematu i ja sama też nie czułam się zobowiązana do mówienia tego znajomym, koleżankom, kolegom itd.). Padło to w luźnej rozmowie, a przemieniło się w istny armagedon. Bo jak to tak? Że rodzice mnie porzucili? Że wujostwo mnie wychowuje? Na pewno muszę być jakoś upośledzona w takim razie! Albo chora psychicznie! Potem reszta osób w szkole się dowiedziała i może nie znęcali się, ale czasem pytali, jak to jest żyć bez rodziców albo "przepraszali", kiedy padały zdania "wiesz, jak to jest z tymi matkami/ojcami/rodzicami". Albo odstawiali jakieś inne cyrki, mówili, że osoby takie jak ja są częściej skłonne do samobójstw itd.
Teraz mam dziewiętnaście lat i dzięki nim sam widok rodziców mnie irytuje, a z wujostwem mój kontakt się pogorszył. Z każdej strony czuję presję na "posiadanie idealnej, pełnej rodziny" i dzięki temu boję się wejść z kimkolwiek w związek.
Zawsze zadziwiał mnie fenomem adoptowanych dzieci. Mogli żyć i uważać się za szczęśliwe, a rodzinę za idealną. Dopóki nie usłyszeli tych magicznych słów: "jesteś adoptowany/a". Wtedy nagle okazywało się, że ich życie jest do tyłka, są nieszczęśliwi, a tak w ogóle niech świat się odwali. Ty doskonale wiedziałaś jaką masz sytuację, nawet uważałaś się za szczęśliwą. I nagle to się zmieniło, bo ktoś skomentował. Serio? Ludzie ciągle coś komentują, krytykują, lubią lub nie lubią. Nic dziwnego, tacy po prostu jesteśmy- różni. Zamiast słuchać słów, o których mówiący zapomną po 5 minutach, posłuchaj swojego serca. Byłaś szczęśliwa? To bądź, nic się przecież nie zmieniło. Jeśli nie umiesz, porozmawiaj szczerze i na spokojnie z wujostwem.
Masz po prostu dwie pary rodziców, ciocie-mame, wujka-tatę, matkę i ojca. Jesteś już na tyle dorosła żeby przestać przejmować się zdaniem innych, a Twoi znajomi powinni być na tyle dojrzali, że powinno im zwisać jaka masz rodzine i kto Cię wychowuje. A idealnych rodzin nie ma, zawsze się coś znajdzie.
koleżankOM, kolegOM*
Masz dwoje rodziców, którzy od lat cię wychowują i to, że nie oni są biologiczni jet akurat nieważne. A inni niech sobie wsadzą swoje zdanie tak, gdzie słońce rzadko kiedy dochodzi.
Czytam któreś z kolei wyznanie dzisiaj i mam wrażenie, że jest 'odnogą' innego wyznania, przeczytanego kilka dni wcześniej. Takie uniwersum jakby.
To może teraz ten psycholog sie przyda? ;d
Serio? Dla mnie była by to zwykła wiadomość. Stało się i tyle, po co rozpamiętywać.
Tak zupełnie abstrahując: były tu kiedyś dwa wyznania kobiety, która nie chciała dziecka, ale w końcu urodziła i starała się wraz z mężem je jednak pokochać, aż w końcu oddali dziewczynkę do dziadków (gdy ta miała kilka lat). I autorka przekonywała tam, że tak jest wszystkim dobrze. Po przeczytaniu twojego wyznania mam poczucie, że tamta dziewczynka też może kiedyś będzie przechodziła przez to, co ty. Pamietam nawet, że chciałam pod wyznaniem tamtej kobiety coś napisać, ale nie chciałam wywoływać gównoburzy i sobie darowałam. A teraz podlinkowałabym twoje wyznanie.
Nie kumam, przecież masz "idealną, pełną rodzinę".
U nas tez tak było - 2 moich braci było wychowywanych przez rodzeństwo mamy a reszta w domu. I jeszcze ta presja żeby nikomu nie mówić i podkreślanie ze to jest ok- jak byłam mała to wiedziałam ze nie było, i wkurzało mnie wbijanie w mózg ze jest inaczej...