#bWBRh
W pewnym momencie nasze zabawy się skończyły, ale nigdy nikomu nie zdradziłam powodu. Oni też nie. Tamtego dnia było gorące popołudnie, które jak zwykle spędzaliśmy we czwórkę. Szwendaliśmy się po pobliskich lasach i polanach, opowiadaliśmy sobie głupie dowcipy i historie. Przechodziliśmy akurat koło fosy, po drugiej jej stronie była droga, ale auta jeździły tamtędy rzadko. W pewnym momencie ktoś powiedział, że w tej fosie coś leży, więc szybko podbiegliśmy bliżej, by zobaczyć co.
Okazało się, że był to niewielki pies, najprawdopodobniej potrącony przez auto, leżał cały zakrwawiony, jego tylne łapy wyglądały na połamane, całe jego ciało obsiadły muchy. Ale najgorszy widok przedstawiał jego brzuch z dziurą, z której wychodziły białe robaki. Ten pies wciąż żył, miał otwarte oczy i próbował ruszać głową.
Mój brat zaczął prosić byśmy już poszli, kuzyni zastanawiali się co robić, a ja wzięłam spory kamień, leżący nieopodal i walnęłam nim psa z całej siły w głowę. Dla mnie to było jedyne logiczne wyjście, czyli dobicie psa i ukrócenie jego cierpienia.
Pamiętam jak mój brat zaczął płakać, a jeden kuzyn wrzeszczał, że jestem nienormalną psychopatką. Później jakoś wróciliśmy do domu, w milczeniu i ponurych nastrojach. To był ostatni raz, gdy bawiliśmy się we czwórkę. Później chłopaki nie chcieli już mnie ze sobą brać, zawsze wymyślali jakieś wymówki. Zresztą ja też straciłam ochotę na spędzanie z nimi czasu.
Minęło wiele lat, dziś jestem już dorosłą kobietą. Nie wyrosłam na psychopatkę, nigdy więcej nie zabiłam żadnego zwierzęcia, a w tamtej chwili nie czułam żadnej satysfakcji, a jedynie żal mi było psa, który cierpiał.
Mimo to z bratem i kuzynami już nigdy nie udało mi się odbudować relacji.
Od tamtego zdarzenia minęło już prawie 20 lat i dopiero niedawno udało mi się tak naprawdę porozmawiać z bratem. Zapytałam go, dlaczego się ode mnie odsunął, co się między nami zmieniło. Powiedział, że się mnie bał. Że miał nocne koszmary, jak rozbijam mu głowę kamieniem. Że to co wtedy zrobiłam było najstraszniejszą rzeczą, jaką w życiu widział. Że dla niego przestałam być kochaną starszą siostrą, przy której czuł się bezpiecznie.
Nie czuję żalu, że moje życie potoczyło się tak a nie inaczej, choć do dziś ciężko mi nawiązać bliższe relacje z kimkolwiek, bo boję się, że nikt nie zaakceptuje mojej natury. Od kobiet wymaga się, by były delikatne i wrażliwe, a ja taka nie jestem. Nie żałuję, że zabiłam wtedy tego psa i nie miałabym oporów, by pomóc w ten sposób człowiekowi. Jednak nikt nigdy się o tym nie dowie.
Logiczne wyjście, ale ja nawet teraz bym się na to nie zdobyła.
Ja miałam wielki problem (i łzy w oczach) z dobiciem pająków* kilka dni temu, psa też bym pewnie zabiła, ale płakała w takcie i nie mogła się otrząsnąć kolejne kilka dni.
(*Odkryłam 2 gniazda gliniarza naściennego - to cholerstwo łapie i paraliżuje na długie miesiące pająki dla swoich larw. Żeby owad polujący na pająki nie panoszył mi się po okolicy, a pająki umarły w miar humanitarnie, musiałam rozgnieść ponad dwudziestkę sparaliżowanych stworzonek).
Serwatka31z jednej strony fajnie się czegoś nowego nauczyć ale z drugiej... żałuję że wygooglałam tę paskudę 😱
Dobrze zrobiłaś. Co prawda, mogłaś najpierw odgonić chłopców. Albo i zadzwonić do weterynarza, ale to by trwało a ten pies zapewne cierpiał niewyobrażalnie. Więc rozumiem w sumie i Ciebie i chłopaków
Zakladajac, ze dzialo sie to chociazby 10-15 lat temu, prawdopodobnie na wsi, to autorka zapewne nie miala fizycznej mozliwosci zadzwonienia do weterynarza. Poza tym, jesli stan psa byl chociaz podobny do opisanego prez autorke, to nie mial wielkoch szans na przezycie. Nie mowiqc juz o pokryciu kosztow leczenia.
I tak po zawiadomieniu przez dzieci, jakiś dorosły by go dobil. To było 20 lat temu i trochę inna mentalność.
SzarookaKocica Ta "trochę inna mentalność" nadal jest na większości wsi. Wiem, bo sama widziałam...
Im bliżej miasta tym bardziej nowoczesne poglądy. Jak ktoś mieszka w miejscu co psy dupami szczekają i nawet autobus nie jeździ to się nawet nie dziwię że tak powoli postęp dociera. Ludzie tam są zamknięci na nowości i żyją w swoich grupach nie zmieniając nic przez całe życie.
Bardzo cię szanuję. Jestem osobą o podobnych poglądach i co prawda nigdy nie było takiej sytuacji w moim życiu bym musiał coś takiego zrobić sam, ale wydaje mi sie że to co wtedy zrobiłaś, było rozsądne. Kiedyś mój królik skoczył w sufit klatki i skręcił sobie kark. Był cały wygięty. Mój ojciec wtedy dobił mojego królika (byłem mały nie pamiętam dokładnie jak) i wytłumaczył mi potem że królik by umarł najpewniej za parę minut i tylko cierpiał. Zrozumiałem to i nigdy nie miałem ojcu tego za źle ani się go nie bałem. Może gdybyś wcześniej pogadała z bratem i wytłumaczyła byś mu to dokładnie to potoczyło by się to inaczej? Trzymaj się.
Możliwe, że ten pies wcale już nie żył, a to poruszanie głową to były odruchy pośmiertne ¯\_(ツ)_/¯
Ciekawe nie, że robaki potrafią udawać żyjącego psa który już nie żyje :d
Czy tylko ja spodziewałam się historii o molestowaniu, po przeczytaniu wstępu? :)
Nie :)
Jedyne co czuję do Ciebie to podziw. Podziw, że miałaś w sobie siłę, żeby postąpić właściwie nawet kiedy nikt inny nie potrafił.
To, co zrobiłaś było dobre. Pamiętaj o tym! Okazałaś więcej odwagi i determinacji niż niejeden dorosły. Brawo! To nie w tobie tkwi problem,tylko w chłopcach, którzy nie mieli tak silnej psychiki jak ty. Ja chylę czoła, naprawdę.
Ok, nawiązując po trochu do innego wyznania. Może ktoś mi wytłumaczy.
Czemu moralnie jest skrócić cierpienie umierającego psa, ale umierający człowiek ma sam zamęczyć się na śmierć? Bo wielu tak uważa i poproszę o punkty widzenia tych osób.
Przypuszczam, że dużą rolę mogą tu odgrywać kwestie religijno-kulturowe i społeczne. Wielu z nas zostało wychowanych w wierze, która kategorycznie zabrania podnosić ręki na ludzkie życie - ale o zwierzętach to słyszałam, żeby jakiś ksiądz mówił z ambony...
Trochę generalizacji: Pochodzę z małej miejscowości i widzę, jak w niektórych domach zwierzęta nadal są źle traktowane. Psy trzyma się na łańcuchu, a młode koty jeszcze parę lat temu się topiło...
Może stąd ta różnica, może dlatego ludziom jest łatwiej odbierać im życie, bo po pierwsze nie są nauczeni szacunku, a po drugie, nie wiążą się ze zwierzęciem aż tak blisko.
--
(Prywatnie stoję zawsze po stronie ukrócenia cierpienia.)
Ważnym (ale zaznaczam, że nie mówię, że powinien być decydujący!) czynnikiem powodującym podchodzenie do tego z ostrożnością jest możliwość nadużyć i wywierania presji, by przestał obciążać rodzinę i budżet państwa.
Moim zdaniem to wynika głównie z wiary. Zwierzęta także mamy szanować, ale życie człowiekowi może odbierać tylko Bóg, bo w przykazaniu jest by nie zabijać (ludzi jak i zwierząt, choć większość interpretuje to bardziej do ludzi). Zwierzęta jest nam łatwiej zabijać, bo spożywamy ich mięso. W naszej mentalności spożywanie ludzi jest niedopuszczalne i uważane za moralnie złe. Bóg nie wymyślił zabijania i jedzenia zwierząt, bo zamysł Jego był taki, by wszystkie stworzenia żywiły się roślinami - jak jest zapisane w księdze Rodzaju.
Uważam, że wierzący człowiek nie chce zabijać człowieka, bo Bóg zabiera każdego z nas w konkretnym i dobrym dla nas czasie. Nie mamy prawa decydować o życiu i śmierci danej osoby, bo każdy z nas należy do Stwórcy i On decyduje, kto i kiedy się urodzi i umrze. On jest Panem życia i śmierci, nie człowiek. Bóg też nie chce by zwierzęta były zabijane i torturowane, bo nie po to je stworzył.
W związku z wiarą wiemy także, że człowiek ma duszę nieśmiertelną, i my jako wyżej stojący w hierarchii stworzeń niż zwierzęta, mamy pewną odpowiedzialność co do innych ludzi i dlatego też dał nam opiekę nad zwierzętami i Ziemią. Nas z tego względu obowiązuje moralność - zwierzęta są z tego zwolnione, nie grzeszą i nie odpowiadają za życie innych zwierząt swoimi czynami. Zwierzęta są wolne od grzechu, swoim istnieniem wielbią Boga, swoim życiem.
One także mają duszę i nie są gorsze od ludzi, jednak ze względu na ich stan duszy, myślę że eutanazja wobec zwierząt nie jest moralnie zła i dlatego możemy pomóc im odejść z tego świata. Człowieka ratuje się pomimo małych szans i cierpienia, bo nas obowiązuje także prawo państwowe.
Studiuję pokrewny kierunek biologii i powiem Ci, że z pewnością pies już nie żył i go nie dobiłaś. Byłaś wtedy w szoku i z pewnością Ci się wydawało - pies mógł mieć otwarte oczy po śmierci. Zmarłym również zamyka się oczy, by wyglądało, że śpią.
Muchy, o których mówisz wyczuwają stęchliznę i obsiadają ciało po ok. 1 dniu od zgonu, a te białe robaki to nie robaki, a larwy, które obsiadają ciało już po jakimś czasie - zazwyczaj kilka dni później. Ciało było już w trakcie rozkładu. Niemożliwym jest, by się ruszało, jedynie faktycznie, jak ktoś gdzieś napisał niżej - mogły być to ruchy larw.
A co z możliwością, że robaki obsiadły go jeszcze za życia?
Przypadki takie jak zagnieżdżenie się robaków w ranie chyba się zdarzały, prawda? A to pies, który mógł np. mieć przerwany kręgosłup i od wielu dni leżeć przy drodze i nie móc ich odganiać.
Były rodzaje tortur, egzekucji, gdzie ludzi unieruchamiano i polewano substancjami(np. zwykły miód), które przyciągały owady.
Z drugiej strony ruchy głowy mogły wywołać larwy, jak wspomniał Cynamon, albo jakieś inne gazy w ciele. Mogło się jej wydawać, że pies się rusza, tak jak ludziom wydaje się na pogrzebie, że nieboszczyk się porusza, często się im wydaje że np. oddycha.
Postąpiłaś właściwie. Naprawdę szacun, zwłaszcza dla małej dziewczynki. Szkoda, że oni nie rozumieli