Jestem przewodnikiem turystycznym. Do dziś pamiętam pierwszą wycieczkę, którą to samodzielnie oprowadziłem po pewnym górskim szlaku. Chciałem, aby ta wyprawa nie była tylko nudnym emeryckim spacerem, więc starałem się ten wypad wzbogacić o jakieś dodatkowe atrakcje zahaczające o podstawy survivalu.
Kiedy nadarzyła się okazja, wyprowadziłem moją ekipę z głównego szlaku w stronę rwącego potoku. Nabierając wody w dłonie wygłosiłem długą, natchnioną przemowę o tym, że górskie źródła są krystalicznie czyste i że każdy śmiało może odświeżyć się w tym miejscu oraz zgasić tam swoje pragnienie. Członkowie mojej wycieczki patrzyli na mnie z rozdziawionymi buziami, więc na zachętę pociągnąłem z dłoni kilka potężnych haustów. Nie przekonało ich to – mieli dość zdegustowane miny.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że dosłownie pół metra od miejsca, z którego czerpałem wodę, między dwoma kamieniami leżała zdechła wiewiórka w dość zaawansowanym stanie rozkładu...
Jestem kobietą. Pracuję w sklepie. Pewnego dnia diametralnie zmieniłam fryzurę - zaczęłam mieć wygolone boki i krótkiego jeżyka na czubku głowy. Fryzura w połączeniu z brakiem makijażu i ukrywającym małe piersi workowatym polarem sprawiła, że wielu (bardzo wielu!) klientów miało problem z rozpoznaniem mojej płci. Zdarzały się zagorzałe dyskusje między małżonkami, czy zwrócić się do mnie "pan" czy "pani", podczas gdy stałam obok i wszystko słyszałam. Często też mężczyźni (kobiety zwykle jakoś sobie radziły) wprost pytali mnie o płeć lub zwracali się raz "pan", raz "pani" w dłuższych rozmowach.
Starsi ludzie najczęściej brali mnie za faceta. Bardzo szybko przestałam poprawiać klientów, więc dla tego klienta byłam panem, a dla następnego panią. Czasami na pytanie, czy jestem kobietą czy mężczyzną odpowiadałam, że to bez różnicy. Czasami nawet specjalnie wprowadzałam ich w błąd (gdy wprost pytali, czy jestem babą czy chłopem), żeby zobaczyć ich reakcję. Zwykle klienci dla zweryfikowania płci patrzyli mi na piersi, ale że polar był duży, a piersi małe, to nawet takie przekłamania, że jestem facetem uchodziły mi płazem.
Tak mi to padło na banię, że zaczynałam chodzić jak facet i mimowolnie zmieniać ton głosu, by dopasować się do oczekiwań klienta (gdy brał mnie za faceta).
Udawanym transem byłam 2 miesiące. Powiem wam, że z perspektywy dziewczyny, która prawie każdego dnia przed zmianą fryzury była podrywana przez bezdomnych, meneli i mężczyzn 40, 50 i 60+ takie doświadczenie było naprawdę super odpoczynkiem od nachalnych zalotników. Wreszcie byłam tak brzydka, że nikt nie chciał wziąć ode mnie numeru ani zapłacić mi za numerek w krzakach. Nikt nie pytał gdzie mieszkam i czy nie odprowadzić mnie tam po pracy o dwudziestej trzeciej. W życiu nie czułam się tak bezpiecznie. Polecam każdemu.
Chciałbym podzielić się swoim spostrzeżeniem. Mianowicie... Zauważyłem znaczący wzrost liczby rzucanych w moją stronę wulgarnych zaczepek na ulicy i zastanawiam się z czego to wynika. Rozumiem, że ma to związek z emitowanymi w ostatnim czasie filmami i ogólną nagonką na Kościół, jednak czy faktycznie usprawiedliwia to nazwanie zupełnie obcej osoby pedofilem i całą masą innych epitetów z tego tylko powodu, że ma na sobie sutannę? Oczywiście zostając księdzem miałem świadomość tego, że zawsze znajdą się osoby, które będą wobec mnie wrogie. Jednak obecny ostracyzm z jakim się spotykam powoduje moje coraz większe zgorzknienie i wycofanie w relacjach z ludźmi.
Póki co jestem jeszcze młody, jednak obawiam się, że wraz z wiekiem zatracę pielęgnowane jeszcze w sobie ideały odnośnie do jakości swojej posługi.
Na szczęście zdarzają się wciąż pozytywne akcenty, przez które nie porzuciłem pragnienia jak najczęstszego noszenia sutanny w sferze publicznej. Przykładem tego jest sytuacja, z jaką spotkałem się w czasie wieczornego spaceru. Z oddali już zauważywszy na jednej z ławek hałaśliwą i pijaną ekipę oraz przewalające się wokół niej butelki po piwie, spodziewałem się najgorszego. Z tym większym zatem zaskoczeniem, dane mi było odpowiedzieć na ich szczere i autentyczne pozdrowienie: "szczęść Boże''. Niby mała rzecz, jednak powoli stająca się rzadkością.
Na wzmiankę zasługuje jeszcze pewnego rodzaju hipokryzja. Dane mi było słyszeć, że ksiądz to normalna, niczym się nie wyróżniająca osoba. Całkowicie się z tym zgadzam. Nigdy nie uważałem się za kogoś lepszego, jednak daremne jest tu oczekiwanie pewnej konsekwentności w poglądach. Bo kto to słyszał, żeby ksiądz pił piwo, kto to słyszał, żeby ksiądz chodził na basen czy siłownię - "chyba tylko po to, żeby sobie popatrzeć na kobiety''. Całkiem zaś rozśmieszyło mnie, kiedy wysiadając z tramwaju usłyszałem, że mam pieszo zapier***, a nie się wozić wygodnie. Zatem samochód - źle, tramwaj - też niedobrze.
Puenty raczej nie będzie, ot, takie moje przemyślenia. Pozdrawiam :)
Mam w pracy pewną kobietę. Z racji tego, że pracuję z nią już długo, to rozmawiamy na różne tematy, jak to w pracy, coby czas szybciej leciał.
Pewnego dnia temat zszedł na dzieci, a że obydwie je posiadamy, to było o czym gadać. Rozmowa zeszła na temat przygotowania dzieci do spania. Mówię, że u mnie to wygląda tak: kolacja, prysznic, piżama i do łóżka. I w tym momencie odzywa się ona, że zapomniałam o majtkach. Tłumaczę jej, że u nas wszyscy śpimy bez majtek, tylko w piżamach (dwuczęściowych). Ba, ja przed urodzeniem dzieci spałam nago. A ta jak zaczęła się drzeć, że jak tak można, to niehigieniczne, to w ogóle pod pedofilię podchodzi, bo wszyscy śpimy z gołymi tyłkami, i jak ja mogę w taki sposób wychowywać dzieci. Odpowiedziałam, że to nie jej sprawa jak ja śpię w moim domu i jak wychowuję swoje dzieciaki i zakończyłam temat.
Nie odzywa się do mnie już tydzień. A ja się w sumie cieszę.
Jestem typową łatwą laską. Ale od początku.
Przez cały okres dojrzewania byłam popychadłem i pośmiewiskiem. Z dziewczynki z lekką nadwagą wpadłam w anoreksję, prawie zagłodziłam się na śmierć. Mimo zrzucenia wagi, dla rówieśników dalej było ze mną coś nie tak, zawsze byłam tą najgrubszą i najbrzydszą. Gdy w gimnazjum inne dziewczyny przeżywały pierwsze pocałunki i związki, ja przez 3 lata marzyłam, aby chłopak, w którym się podkochiwałam, powiedział mi coś miłego, nawet to, że nie jestem w sumie taka paskudna, od jakiej mnie wyzywają.
Szykany skończyły się, gdy uciekłam do innego miasta, zaczynając szkołę średnią. A tam wydarzyło się coś, co było dla mnie szokiem. Byłam ciągle podrywana i komplementowana, to było niesamowite. Potem poszło z górki, zaczęłam się buntować, pić alkohol, chodzić na koncerty, otworzyłam się na ludzi. Stałam się straszną flirciarą, byłam pewna siebie. A tak naprawdę chyba ciągle szukałam kogoś, kto tylko mnie przytuli i doceni. Dziewictwo straciłam mając ledwo 16 lat. Z początku nawet nie odczuwałam przyjemności, ale domyślałam się, że to z braku doświadczenia. A nawet nie musiałam go szukać, wiecznie ktoś się do mnie zalecał.
Do czasu, kiedy kilkukrotnie, nieprzytomna od alkoholu, zostałam po prostu wykorzystana przez jakiegoś faceta. Żaden nie widział w swoim postępowaniu nic złego. Po tych incydentach po prostu przestało mi zależeć na moim ciele. Potrafiłam się komuś oddać, bo po prostu myślałam, że mu się należy, skoro był dla mnie miły. Sama tylko raz zaciągnęłam faceta do łóżka i zrobiłam to tylko z pragnienia zemsty. Był to właśnie ten chłopak, w którym się kochałam całe gimnazjum. Mimo że wiecznie byłam dla niego "tą brzydką i grubą", po kilku latach nie mógł mi się oprzeć, biedaczek.
Podsumowując, mam prawie 23 lata i miałam tyle samo partnerów. Tylko kilka razy w życiu czułam w łóżku większą przyjemność, tak naprawdę o wiele bardziej zależało mi na późniejszym wspólnym spaniu i przytulaniu. Czuję się nikim, a jedyne czego kiedykolwiek chciałam to miłe słowa i uczucie od drugiej osoby.
Temat złego traktowania zwierząt przewinął się tutaj wiele razy, ale chyba nigdy razem z tematem stalkowania.
Otóż rozstałem się z moją byłą jakieś 2 lata temu. Od tego czasu całkowicie zerwaliśmy kontakt i byliśmy dla siebie raczej wrogo nastawieni. Wiedziałem jedynie, że się przeprowadziła do dużego miasta na studia i przeszła na weganizm. Ja zostałem na miejscu i sobie spokojnie żyłem, aż do pewnego momentu.
Kilka dni temu musiałem przeprowadzić format dysku w komputerze, więc wszystkie dane zapisałem w "chmurze" i na zewnętrznym nośniku. Gdy próbowałem ponownie zalogować się do swojego konta Google, to zauważyłem, że mam do wyboru dwa konta: moje i mojej byłej (korzystała z mojego komputera, gdy mieszkaliśmy razem). Ciekawość była silniejsza i zalogowałem się do jej konta. Następnie udałem się do zakładki z jej aktywnością w internecie, a potem do zdjęć. Wiem, że to naruszanie prywatności i nie wolno tak robić, teraz się tego wstydzę, ale wtedy byłem wściekły na to, co tam znalazłem. Okazało się, że kupiła sobie rasowego psa - szczeniaka jakiegoś owczarka. Widziałem na zdjęciach i filmikach jaki żywy to pies i jak wspaniale się prezentuje. Z biegiem czasu jednak szczeniak był coraz bardziej osłabiony i coraz gorzej wyglądał. Karmiony był wyłącznie jedzeniem wegańskim. Samo tofu i inne wegańskie odpowiedniki. Z aktywności wynikało, że problem trwa już 3 miesiąc, a moja była nie widziała problemu w diecie, tylko zachowaniu psiaka i na wielu forach radziła się co z nim zrobić.
Nie mogłem tego tak zostawić, więc zdobyłem jej adres i nasłałem na nią ochronę zwierząt. Z tego co wiem, to psa jej odebrano, a ona musiała zapłacić jakieś pieniądze w ramach kary za znęcanie się. Po całej akcji usunąłem sobie dostęp do jej konta, ale byłem całkiem szczęśliwy. Co prawda gardzę stalkowaniem i naruszaniem prywatności, ale wtedy mi się to przydało.
Wracałam do domu ostatnim autobusem. Miałam około 15-16 lat. Zwykle brałam przedostatni autobus, ale tym razem się spóźniłam. W autobusie byłam tylko ja, młody kierowca i jego kolega. Oboje śmieszkowali ze sobą całą drogę.
W pewnym momencie zauważyłam, że autobus nie skręcił w moje osiedle, tylko w stronę wiosek i lasów. Na wszelki wypadek napisałam do mojego chłopaka, że coś jest nie tak. On też wpadł w panikę, bo ten autobus tamtą drogą nie jeździ. Wystraszyłam się, że mnie gdzieś wywiozą i nikt już mnie nie zobaczy.
Gdy wyjeżdżaliśmy już z miasta, przełamałam strach i podeszłam zapytać gdzie jedziemy.
Oni zauważyli moje przerażenie i spoważnieli.
- Zabieramy cię nad morze. Wzięłaś strój kąpielowy? Będziemy się dobrze bawić...
Serce mi waliło jak szalone, myślę sobie - no zgwałcą mnie... Ale mówię cichutko:
- Ja bym jednak wolała, żebyście mnie tutaj wysadzili, ja już sobie dojdę do domu, a wy jedźcie nad morze...
Oni widząc mój strach nie wytrzymali i wybuchli śmiechem. Wytłumaczyli mi, że ostatni autobus jedzie też na przystanek za miastem, skąd odbierają ludzi z pobliskiej fabryki. Mieli ze mnie ubaw aż do mojego przystanku, a ja w życiu tak sie nie bałam.
Jakieś 11 lat temu, w wyniku choroby i nieudanej operacji, mój dziadek musiał zacząć jeździć na wózku. Na początku świetnie sobie radził, nawet prowadził samochód, ale z biegiem lat zaczął coraz bardziej marnieć.
Niewiele mam z nim wspomnień z czasów "przed wózkiem". Pamiętam kilka wycieczek, wspólne wyjście do kina czy gotowanie moich ulubionych potraw. Pamiętam też charakterystyczne szuranie nóg, słyszalne na kilkadziesiąt sekund zanim wszedł do pokoju, gdy choroba już bardzo dawała o sobie znać.
W ciągu tych ostatnich lat do dziadka przychodzili rehabilitanci, pielęgniarki, lekarze. Trzeba było założyć cewnik, słuch też pogorszył się na tyle, że powinien był nosić aparat, ale nie chciał. Z roku na rok z jego ciałem i umysłem było coraz gorzej, ale radził sobie. Czytał gazety, oglądał telewizję, pomagał w gotowaniu, sam schodził z wózka na łóżko. Moja babcia jednak bardzo się tym wszystkim stresowała, martwiła, była przekonana, że musi poświęcać całą swoją uwagę i czas dziadkowi, mimo iż miał zapewnioną opiekę. Ale ona go bardzo kochała.
Jakiś miesiąc temu dziadek zaczął źle się czuć i z wózka przeniósł się całkowicie do łóżka. Praktycznie przestał się odzywać, trzeba go było karmić, nie bardzo się ruszał. Tydzień temu dziadkowie obchodzili 62. rocznicę ślubu i podczas mszy w ich intencji modliliśmy się wszyscy o jego zdrowie.
Niestety, pięć dni później, podczas mojej wizyty, jego serce stanęło. Ratownicy przywrócili krążenie i zabrali dziadka na SOR, gdzie zmarł dobę później.
I teraz anonimowa część.
Wolałabym, żeby tej dodatkowej doby nie było. Żeby nie zabierali go do szpitala i nie dawali babci tej złudnej nadziei. Gdy patrzyłam, jak ratownicy przez 15 minut, w pocie czoła, ratują życie człowieka, który w tamtej chwili i tak był skazany na śmierć, czułam, że to nie ma sensu. Nie jestem z tego dumna, ale pomyślałam wtedy, że jeśli nie uda się go uratować, to babcia w końcu będzie mogła odpocząć
Kiedy pojechaliśmy do szpitala, właściwie się z nim pożegnać, był nieprzytomny, ale miał otwarte oczy i był zaintubowany, przez co jego usta się ruszały. Moja babcia myślała, że dziadek coś do niej mówi, tylko za cicho, by usłyszała. Błagała go, żeby do niej wrócił, bo ona go tak kocha i nie da sobie rady bez niego. Mówiła, że przecież on na nią patrzy i że skoro udało się go przywrócić do życia, to na pewno się obudzi.
Przez to mam wrażenie, że babcia straciła dziadka dwa razy.
Ostatnio wzięło mnie na wspominki z czasów wczesnoszkolnych i przypomniała mi się tajemnicza historia, niewyjaśniona do tej pory.
Po zajęciach prawie codziennie chodziłam na świetlicę, a że szkoła była spora, to dzieci zostawało bardzo dużo, a wszystkie tornistry i ewentualne kurtki leżały w kącie sali, bo szatnia w takich godzinach była już zamknięta. Ja zawsze byłam straszną bałaganiarą i mój tornister wyglądał jak pobojowisko. Papierki, stare śniadanie, walające się poza piórnikiem przybory itd. to była norma. Ale któregoś dnia po powrocie do domu zauważyłam, że w tornistrze panuje idealny porządek. Wszystko było idealnie poukładane (tornister sztywny, więc nic się tam za bardzo nie przesuwało) i posprzątane, jakieś ewentualne drobniaki, które mama dawała na zakupy w sklepiku schowane do kieszonki, i nigdy nie zginęła choćby złotówka. Do tego ktoś tam wsadził butelkę z nieotwartym napojem (ja zawsze dostawałam wodę). Przeszedł mnie wtedy dreszcz, byłam dość paranoicznym dzieckiem, co zostało mi zresztą do dzisiaj... Myślałam, że to może jakiś dziwny żart, ale ta sytuacja się powtarzała dopóki rok później nie zmieniłam szkoły. Pytałam dyskretnie innych koleżanek, ale żadnej coś takiego nie spotkało. Nawet jeśli starałam się obserwować plecak przez cały pobyt na świetlicy, to zawsze się znalazł moment nieuwagi, a plecak zastawałam prawie zawsze wysprzątany. Nie mam pojęcia kto to był i dlaczego to robił, ale dziękuję bardzo, mama była bardzo zadowolona widząc poprawę w moich nawykach :D
Nie wiem już, co robić, drodzy anonimowi.
Mam narzeczoną, bardzo ją kocham, zgadzamy się niemal we wszystkim, robimy wszystko razem, każdy uważa, że idealna z nas para. Jest tylko jeden problem, przez który nawet zaczynam się zastanawiać, czy nie odejść i przez który ostatnio ciągle się kłócimy.
Otóż ja zawsze chciałem mieć dużą rodzinę. Za młodu opiekowałem się rodzeństwem, sam wychowałem się w większej rodzinie, natomiast ona nie chce mieć dzieci wcale. Myślałem, że boi się porodu, więc zasugerowałem adopcję, ale nie! Ona po prostu nie chce MIEĆ dzieci. Twierdzi, że to nie tak, że ona nie lubi dzieci, ona po prostu nie chce, żeby były. Uważa, że to niepotrzebny wydatek, masa roboty, a ona ma ze mną inne plany na przyszłość, tj. być razem, podróżować razem, pracować razem, bawić się razem, dzielić smutki razem, zestarzeć się razem i umrzeć razem bez udziału osób trzecich, nawet dzieci.
I zanim powiecie, że mogłem o to zapytać wcześniej... No nie bardzo. My z narzeczoną znamy się od dziecka. Nawet nie zauważyliśmy kiedy to się stało, że zaczęliśmy być ze sobą tak blisko. Zawsze mówiła, że lubi dzieci, poza tym 15-latek (bo wtedy staliśmy się oficjalnie parą) raczej nie myśli jeszcze o takich rzeczach. No... Dzieci lubi, ale nie chce mieć. Na jedno też się nie zgadza, a ja nie mam zamiaru chować jej środków antykoncepcyjnych czy przebijać prezerwatyw, bo to nie o to chodzi. Kocham ją, dlatego tego nie zrobię. Jednak dzieci to coś, na czym zależy mi bardzo, dlatego powoli rozważam odejście, gdyż od półtora roku żadne rozmowy nie przynoszą efektu, tylko kłótnie typu "ale ja chcę być TYLKO z tobą!".
Czy jestem samolubny? Nie wiem, mam straszliwe wyrzuty sumienia, że w ogóle przez "takie coś" chcę odejść, ale z drugiej strony duża rodzina to moje największe marzenie, wiedziała o tym praktycznie od początku. Rozmawiałem z nią dokładnie o wszystkim. Czy się boi, że nie będzie dobrą matką, czy boi się porodu itd. Nie. Ona zwyczajnie nie chce. No a ja jej nie zmuszę, bo nie mam takiego prawa, ani nawet bym nie chciał jej zmuszać do czegoś takiego, bo to jednak niezwykle ważna życiowa decyzja. Pytałem o rady rodzinę, bliskich przyjaciół, ale zwykle słyszałem tylko "namów ją na dzieci, to taka fajna dziewczyna, co będziesz innej szukał", ale ona się nie da namówić, a nie chcę nic robić na siłę. Dlatego postanowiłem, że porozmawiam z nią dzisiaj dokładnie o tym, jak się czuję i że rozważam odejście. Nie wiem, czy dobrze robię, nie wiem, jak to się skończy i boję się tej rozmowy jak diabli. I jest mi bardzo przykro, gdyż pół życia myślałem, że będę miał z nią wspaniałą rodzinę... A tu półtora roku temu, jak zacząłem temat na poważnie, usłyszałem od razu "nie", a wcześniej temat był luźny i nie było sprzeciwów, tylko coś w stylu "zobaczymy".
Życzcie mi powodzenia.
Dodaj anonimowe wyznanie