#HmHbO
To były wczesne lata 90. i miałam dużo starszą siostrę. Pewnego dnia dorwałam jej pamiętnik, przeczytałam i uznałam, że "złapię" na niego jakiegoś kolegę. Paprotka w głowie, ale dobra, plan był.
Przewiązałam pamiętnik sznurkiem i opuściłam z balkonu, przywiązując go do barierki. Plan był banalnie prosty i genialny. Jakiś chłopak przejdzie obok pamiętnika, zainteresuje się nim, przeczyta (oczywiście będzie ciągnął za sznurek przy tym, dzięki czemu będę wiedzieć, że ktoś go czyta), będzie chciał poznać właścicielkę i wtedy wpadnę ja! Cała na biało. I będziemy super kolegami.
Po jakimś czasie posuchy zapomniałam o pamiętniku i poszłam się bawić, dopiero mama mi o nim przypomniała, jak zobaczyła sznurek zwisający z balkonu... bez pamiętnika na końcu......
Latałam ze 2 godziny po podwórku szukając pamiętnika, coby przypału nie było, ale nie znalazłam.
Siostra zła, bo zgubiła pamiętnik, a ja dziś po 20 paru latach sobie o tym przypomniałam, bo zobaczyłam mema z podobnym pamiętnikiem. Nie powiedziałam nikomu o tym co zrobiłam.
#uUp5W
#l3vdf
Zaczęło się od wyjść na miasto z koleżankami, skończyło na pretensjach do mnie, czemu dwa razy w tygodniu ona ma gotować obiad (ona codziennie kończy pracę o 16, ja dwa razy o 17, trzy dni pracuję w domu, w weekendy gotujemy razem). Wszędzie widziała dyskryminację kobiet, na przykład fakt, że kobieta po 30 nie dostanie kredytu na mieszkanie na 30 lat, a facet tak. Przecież dłuższy kredyt to niższa rata, czyli systemowe ułatwienie dla mężczyzn. Nieważne, że jeśli wiek emerytalny kobiet jest do 60, bank nie da samotnej kobiecie kredytu mieszkaniowego, który musiałaby spłacać na emeryturze.
W końcu na cel obrała sobie firmę, w której pracuje. Zaczęła pisać na różnych stronach dotyczących opinii o pracodawcy, że nie poleca, bo faceci dostają podwyżki i awanse dużo częściej niż kobiety. Opisywała to też na różnych feministycznych grupach facebookowych i na swojej tablicy. Wieść o tym dotarła do jej szefostwa. Została wezwana na rozmowę i jej dyrektor postawił sprawę jasno. Albo publicznie komentuje, że podwyżka nie zależy od płci, tylko od dobrowolnych szkoleń i za każdy nowy certyfikat jest uprawnienie, a awans dostają ci, którzy najbardziej podnieśli kwalifikacje, albo wylatuje dyscyplinarnie, a sprawa trafia do sądu.
Gdy zaczęła prostować to na Facebooku, wyrzucili ją z grup, do których należała, a jej koleżanki się na nią obraziły, że się ugięła. Bo przecież one pomogłyby jej znaleźć nową pracę. Dopiero wtedy się otrząsnęła, że w sumie przez dwa lata nie dostała podwyżki, bo nie robiła żadnych kursów. Doszła do wniosku, że trzeba zmienić towarzystwo i że w sumie dzielenie obowiązków na pół to dobre rozwiązanie.
Nigdy się jej nie przyznam, że to ja zrobiłem screeny i na nią doniosłem.
#kzgPm
Mój ojciec odwiedził mnie kilka razy w życiu (z czego jedno spotkanie przypłacił dwumiesięczną separacją z żoną), kiedy byłam jeszcze bardzo mała. Był pod butem swojej żony, którą zdradził z moją matką, a ona nienawidziła zarówno mojej mamy, jak i mnie. W dodatku był bardzo mocno niedosłyszący, wobec czego ciężko było się z nim skontaktować (miałam tylko ich numer domowy - żona odbierała telefony i mówiła, że nie ma go w domu, nie przekazywała mu wiadomości). Ostatni raz spotkałam go mając 16 lat (zupełnie przypadkowo, nie rozmawialiśmy wtedy, po prostu się zobaczyliśmy w hipermarkecie i kiedy mama powiedziała, że to tata, to wybiegł z płaczem, a on to widział). Niedługo potem trafił do szpitala i zmarł, a ja nic o tym nie wiedziałam, aż powiadomił mnie ZUS (sprawy renty). Było to dla mnie ciężkie, bo nigdy nie czułam do niego nienawiści, miałam nadzieję, że kiedyś go poznam, porozmawiam, wszystko sobie wyjaśnimy. Ale jakoś to przeżyłam, nie chciał mnie poznać, to jego strata.
Kiedy już ochłonęłam, moja mama spotkała siostrę mojego taty. I ta powiedziała jej: "Tomasz (tata) był załamany, jak leżał w szpitalu i Kasia (żona) powiedziała mu, że Ania (ja) nie chce go odwiedzić przed śmiercią".
Ta wiadomość, świadomość, że mój ojciec chciał, żebym go odwiedziła, a jego żona nic mi o tym nie powiedziała, w dodatku okłamując go, sprawiając, że umarł myśląc, że własna córka go nienawidzi, sprawiła, że przez miesiąc nie wychodziłam z pokoju, nie jadłam i snułam się płacząc. Wydałam na psychoterapeutów tysiące złotych, ale to nie pomogło. Czuję się tak bezsilna, że nie mogę już niczego naprawić i to spycha mnie na samo dno. Bo nie mogłam mu powiedzieć, że mu wybaczyłam i że rozumiem, iż wybrał swoją żonę, a nie mnie. Nie mogłam sprawić, by umarł choć odrobinę szczęśliwszy.
#IJ9f9
Usłyszałam, jak jedna dziewczyna chciała zrobić żart i podejść do kogoś innego udawać, że się z tą osobą znają, żeby wprawić ją w zakłopotanie. Kiedy słuchałam dalej ich rozmowy dowiedziałam się, że dziewczyna ma na imię Ola, a jej chłopak ma na imię Michał (domyśliłam się, bo się całowali).
Potem poszłam do sklepu. Kiedy chodziłam i oglądałam jakieś ubrania, podeszła do mnie ta dziewczyna i od razu ją rozpoznałam. Jej grupka znajomych stała obok przymierzalni i się przyglądała.
Dialog wyglądał tak:
Ona: O matko! Cześć! Ale się długo nie widziałyśmy!
Ja: Olka!! Cześć!!!
Dziewczyna stanęła jak wryta i zrobiła oczy jak pięć złotych.
Ja: Co u ciebie?! Podobno teraz chodzisz z Michałem!
Przestraszyła się jeszcze bardziej. Jej znajomi też się bardzo zdziwili.
Ona: (z udawanym uśmiechem) Eeeee... tak, już od dłuższego czasu... a co u ciebie... eee... kochana?
Ja: A wszystko spoko. Ooo!! Michał też z tobą jest! Może wyskoczymy gdzieś razem?
Ona: (Przestraszona jak nie wiem, aż cała zbladła) Eeeee... wiesz co, może innym razem... he, he... no bo ja... znaczy my się teraz spieszymy.
Ja: A, no dobra, to się jeszcze Olka zgadamy.
Ona: Tak... jasne. To do zobaczenia! Cześć!
Uciekła szybko w drugą część sklepu i patrzyła jeszcze przez kilka minut z przerażeniem w oczach, czy nadal tam stoję.
#05LVd
Skończyłam studia, zrobiłam praktyki i dostałam wymarzony papier.
Choć na początku było ciężko znaleźć pracę, to udało mi się i to nawet w tej samej szkole, do której chodziłam jako mały szkrab, wszystko zapowiadało się pięknie. Byłam wręcz zachwycona. Tak, byłam... przez pierwsze cztery, może pięć lat.
Na początku było fajnie, dzieci do mnie lgnęły, chętnie przychodziły na moje zajęcia, a ja nie narzekałam na tonę kartkówek i sprawdzianów, więc chętnie sprawdzałam je po nocach.
Dlaczego odeszłam, czy przez dzieci? Nie.
Przez rodziców, głównie madki Karyny czy panów Sebastianów, co wpadkę zaliczyli i w dresiku na wywiadówki przychodzili.
Nie chcę wsadzać wszystkich do jednego worka, bo spora część rodziców była normalna, ale reszta...
Pielgrzymki na przerwach i wywiadówkach. Robienie awantur, bo "postawiła pani jedynkę Michasiowi". Ano postawiłam, skoro oddał pustą kartkę. Albo "Brajanek ma tyle uwag, pani się uwzięła!". Ja się uwzięłam? Naprawdę? Nie, ja po prostu miałam dość jego ciągłego siedzenia w telefonie (raz zabrałam mu komórkę, oj... najpierw pisk Brajanka, później Karyny... do tej pory na samo wspomnienie dźwięczy mi w uszach). O wszystko byłam obwiniana ja. Jedynki, uwagi - wszystko przez moją niekompetencję. Próby dyskusji z rodzicami? "Ty gówniaro masz jeszcze mleko pod nosem, nie będziesz mi mówić, jak mam dziecko wychowywać". Ręce opadały, ale to nie koniec absurdów!
Ponieważ mieszkam na wsi i tu jest szkoła, w której uczyłam, to wiadomo, każdy każdego zna. Wyobrażacie sobie, że rodzice potrafili przyjść do mnie do mojego domu i robić mi wyrzuty? Hitem było, jak na podwórku zobaczyłam stojące zapłakane dziecko, które madka podrzuciła mi "na korepetycje". Nie umawiałam się z nią, nie udzielałam korepetycji. Po prostu zostawiła mi małego pod drzwiami jak psa.
Zaczęłam się wypalać, tracić chęci do tego wszystkiego, chodziłam zdenerwowana do tego stopnia, że bałam się pójść do wiejskiego sklepu w obawie, że na kasie spotkam Karynę madkę i znów będę musiała słuchać o tym, że jestem niepoważna i ja sobie zakupy robię, a dziecko biedne siedzi i lekcje odrabia, zamiast się bawić czy grać na komputerze.
Któregoś dnia wróciłam, usiadłam w salonie i się rozpłakałam.
Naprawdę nerwowo mnie to wszystko zaczęło wykańczać. I wtedy mąż usiadł koło mnie i powiedział "A daj sobie spokój, nie męcz się, nie warto". No i miał rację, odpuściłam, dyrekcję powiadomiłam, że po zakończeniu roku odchodzę.
Dziś mam ciepłą posadkę w korpo, co prawda dojeżdżam dosyć spory kawałek, ale pracuję od do i w końcu mam święty spokój.
#B2Bhd
Zamówiliśmy taksówkę pod ich blok, ja wsiadłem do przodu, patrzę na kierowcę i widzę przepiękną kobietę. Aż ciężko mi było uwierzyć, bo jak kilka razy w życiu zdarzyło mi się jechać z kobietą taksówkarzem, ale z reguły była to jakaś starsza, kobieca wersja typowego złotówy. Jechaliśmy 15 minut, a ja miałem wrażenie jakby to wszystko trwało 30 sekund. Patrzyłem na nią jak zaczarowany. Poza tym, że była piękna, była wygadana, z poczuciem humoru i słuchała mojego ulubionego zespołu. I świetnie prowadziła samochód. Odwiozła nas do celu, a ja dopiero po wyjściu z auta zostałem oświecony, że mogłem ją poprosić o numer, ale jak ostatni idiota tego nie zrobiłem.
Przez resztę wieczoru i nocy bez przerwy o niej myślałem, a kiedy zamawialiśmy taksówkę powrotną, miałem szczerą nadzieję, że ta piękna kobieta znowu po nas przyjedzie. Niestety, zbyt duże miasto i zbyt małe prawdopodobieństwo. Od taksówkarza z którym wracaliśmy udało mi się dowiedzieć, że w ich korporacji jeździ ok. 80 taksówek - sporo. Jednak za cel postawiłem sobie odnalezienie tej dziewczyny.
Za każdym razem, kiedy byłem u brata, zamawiałem taksówkę (specjalnie zacząłem jeździć do niego pociągiem, żeby mieć pretekst, żeby zamówić taksówkę z dworca) z nadzieją, że w końcu ona po mnie przyjedzie. Jakieś 3 miesiące po tym, jak ją poznałem, udało się. Wyszedłem z dworca, ona w tym czasie stała na postoju taxi i rozmawiała z innym taksówkarzem. Cały w skowronkach, z miękkimi kolanami podszedłem do niej, wsiedliśmy do auta i poprosiłem o odwiezienie pod adres mojego brata. Jak już jechaliśmy dłuższą chwilę, spojrzała na mnie i powiedziała - "ja cię kojarzę, ty już kiedyś ze mną jechałeś, rozmawialiśmy o Wu-Tang Clanie". Uśmiechnęła się i puściła jeden z moich ulubionych kawałków tego zespołu. Wtedy w końcu zebrałem się na odwagę i zapytałem, czy nie miałaby ochoty pogadać o Wu i innych zespołach gdzieś indziej, np. w kawiarni. Była w szoku, ale widziałem, że się oblała rumieńcem i zgodziła się.
Jest happy end, 3 lata jesteśmy razem, jednak ona do dzisiaj nie wie, jak bardzo byłem zdeterminowany, żeby ją odnaleźć.
#4Oaf6
Parę dni temu, gdy moja żona była w pracy, ubrany w same majtki (gorąco…) wyszedłem na balkon, aby wywiesić pranie.
Kiedy usłyszałem za sobą dźwięk zamykanych drzwi, już wiedziałem co się stało. I nie myliłem się. Moje dziecię postanowiło uwięzić mnie. Klamkę zacisnęło na dół, więc nie dało się drzwi otworzyć z zewnątrz. Początkowo szczyl patrzył z uśmiechem na twarzy, jak walę w szybę i wściekle macham łapami. Po paru minutach znudziło mu się i podreptał do drugiego pokoju oglądać bajkę.
Ja tymczasem zacząłem czuć pieczenie skóry. Słońce grzało niemiłosiernie. Na dole pod blokiem zebrała się grupka gapiów zaalarmowanych moimi wrzaskami i głośnym tłuczeniem w okno.
„Wejdź pan na balkon sąsiada!” - krzyknął jakiś menel z dołu. Uznałem, że to nie jest zły pomysł. I tak też zafundowałem widzom spektakl pod nazwą „Gruby facet w samych gaciach uprawia parkour na dużej wysokości”. Sąsiadka-starowinka zdziwiła się nieco widząc mnie na swoim balkonie, ale wpuściła mnie do mieszkania. Na szczęście drzwi do mojego domu były otwarte. Byłem uratowany! Dziecię nie wyraziło skruchy za swój występek. Ja natomiast zyskałem nową ksywkę wśród osiedlowej dzieciarni. Jak mnie widzą, to krzyczą: „Spidermaaaaan!”.
#fASKN
Od 7 roku życia zajmuję się rodzeństwem. Najpierw były to drobnostki. Teraz są wakacje i to ja całymi dniami siedzę w domu z nimi, bo rodzice pracują. Robię wszystko, tzn. sprzątam, gotuję, karmię, kąpię, zabawiam. Nie wychodzę na dwór ze znajomymi. Jedynie na podwórko z rodzeństwem. Często zostaję nawet z nimi na noc. Nie mam czasu dla siebie. W ciągu roku szkolnego jest lepiej, bo rodzice chcą abym miała dobre wyniki w nauce i oni biorą więcej wolnego.
Niedługo będziemy się przeprowadzać do jeszcze większego domu. Słyszałam, jak rodzice rozmawiają o kolejnym dziecku. Najpierw mama będzie przez 2 lata w domu, a potem ją będę się zajmowała kolejnym dzieckiem. Jestem coraz bardziej pewna, że będzie kolejne dziecko, bo znalazłam w szafce w łazience nowe testy ciążowe. Załamuje mnie to.