#hSHnX

Jakieś 11 lat temu, w wyniku choroby i nieudanej operacji, mój dziadek musiał zacząć jeździć na wózku. Na początku świetnie sobie radził, nawet prowadził samochód, ale z biegiem lat zaczął coraz bardziej marnieć.
Niewiele mam z nim wspomnień z czasów "przed wózkiem". Pamiętam kilka wycieczek, wspólne wyjście do kina czy gotowanie moich ulubionych potraw. Pamiętam też charakterystyczne szuranie nóg, słyszalne na kilkadziesiąt sekund zanim wszedł do pokoju, gdy choroba już bardzo dawała o sobie znać.

W ciągu tych ostatnich lat do dziadka przychodzili rehabilitanci, pielęgniarki, lekarze. Trzeba było założyć cewnik, słuch też pogorszył się na tyle, że powinien był nosić aparat, ale nie chciał. Z roku na rok z jego ciałem i umysłem było coraz gorzej, ale radził sobie. Czytał gazety, oglądał telewizję, pomagał w gotowaniu, sam schodził z wózka na łóżko. Moja babcia jednak bardzo się tym wszystkim stresowała, martwiła, była przekonana, że musi poświęcać całą swoją uwagę i czas dziadkowi, mimo iż miał zapewnioną opiekę. Ale ona go bardzo kochała.

Jakiś miesiąc temu dziadek zaczął źle się czuć i z wózka przeniósł się całkowicie do łóżka. Praktycznie przestał się odzywać, trzeba go było karmić, nie bardzo się ruszał. Tydzień temu dziadkowie obchodzili 62. rocznicę ślubu i podczas mszy w ich intencji modliliśmy się wszyscy o jego zdrowie.
Niestety, pięć dni później, podczas mojej wizyty, jego serce stanęło. Ratownicy przywrócili krążenie i zabrali dziadka na SOR, gdzie zmarł dobę później.

I teraz anonimowa część.
Wolałabym, żeby tej dodatkowej doby nie było. Żeby nie zabierali go do szpitala i nie dawali babci tej złudnej nadziei. Gdy patrzyłam, jak ratownicy przez 15 minut, w pocie czoła, ratują życie człowieka, który w tamtej chwili i tak był skazany na śmierć, czułam, że to nie ma sensu. Nie jestem z tego dumna, ale pomyślałam wtedy, że jeśli nie uda się go uratować, to babcia w końcu będzie mogła odpocząć

Kiedy pojechaliśmy do szpitala, właściwie się z nim pożegnać, był nieprzytomny, ale miał otwarte oczy i był zaintubowany, przez co jego usta się ruszały. Moja babcia myślała, że dziadek coś do niej mówi, tylko za cicho, by usłyszała. Błagała go, żeby do niej wrócił, bo ona go tak kocha i nie da sobie rady bez niego. Mówiła, że przecież on na nią patrzy i że skoro udało się go przywrócić do życia, to na pewno się obudzi.

Przez to mam wrażenie, że babcia straciła dziadka dwa razy.
00n Odpowiedz

Bardzo współczuję i Tobie i babci. Taka złudna nadzieja jest najgorsza, jedynym pocieszeniem jest to, że nie umierał w męczarniach i miał przy sobie osoby, ktore go kochają. Może zabrzmi to głupio, ale uważajcie teraz na babcię, taka tragedia na pewno ją osłabi, więc postarajcie się jakoś bardziej ją wesprzeć.

CandyStar

Zdecydowanie masz rację co do babci. Moja straciła naszego dziadka i od razu popadła w depresję. Ze żwawej staruszki, która denerwowała sie jak ktoś ją w czymś wyręczył, stała się wręcz zjawą, nawet na podwórko nie chxe wychodzic, mimo ładnej pogody. Ciagamy ją po lekarzach, ale niewiele to daje, jedyne kiedy choć trochę przypomina siebie to jak zjedzie się trochę rodziny do niej, szczególnie prawnuki, wtedy widać autentyczne szczęście na jej twarzy.

rybaczki Odpowiedz

Trochę nie do samego sensu wyznania, ale sama chciałabym kiedyś przeżyć taką miłość jaką mieli ci starsi dziadkowie. Moja babcia też bardzo przeżyła odejście dziadka, opiekowała się nim do samego końca i widać było że mimo choroby i tak dalej patrzyli codziennie na siebie z taką czułością i miłością. Uważam że to niezwykle piękne.

Shireal Odpowiedz

No to może z drugiej strony. Prowadząc resuscytację nikt nie zastanawiasię ile poszkodowany przeżyje - jeśli jest szansa, że poszkodowany przeżyje, to po prostu się ją podejmuje. W sytuacji nagłej nie ma czasu na prześledzenie historii choroby, a jakoś nie wyobrażam sobie, żeby zrezygnować z BLS/ALS po czyimś "zostawie go, tak już długo nie pożyje". Nie wspominając o ustawowej karze za nieudzielenie pomocy.

MiniRick

Nie zawsze przeprowadza się resuscytację. Kiedy ktoś ma nieuleczalny nowotwór i jest pod opieką paliatywną - nikt resuscytacji nie przeprowadzi, bo jest to zwyczajnie przedłużanie umierania w tym momencie. To samo z osobami w bardzo podeszłym wieku w terminalnym stanie zdrowia jak dziadek autorki - jeśli ratownicy wiedzieli jak wyglada sytuacja i rko przeprowadzili to jest to przedłużanie umierania, a nie walka o życie. Etycznie nieprawidłowe działanie.

Mikser

Jeśli ktoś orientuje się w temacie to bardzo proszę o wytłumaczenie. Jeśli ktoś ma podpisane oświadczenie DNR, czyli żeby w razie potrzeby go nie reanimować, to czy obowiązek zastosowania się do tego mają wyłącznie lekarze? Czy takiej osobie mam udzielić pierwszej pomocy jeśli zajdzie taka potrzeba, czy ją zostawić? Zastanawiam się czy zostałabym pociągnięta do odpowiedzialności za nie udzielenie pomocy

Shireal

Oczywiscie, nie zawsze. Natomiast zaklad/oddzial opieki paliatywnej i deklaracja DNR sa dosyc osobliwymi okolocznosciami, tak samo nowotwor ;) Natomiast nie mam pojecia, jak wyglada regulacja decyzji o bezsasadnosci resyscytacji w przypadku wezwania karetki - no bo jednak rodzona pomoc wezwala. Wydaje mi sie, ze lekarz - znow, na podstawie znajomosci historii choroby - moglby ja stwierdzic, ale nie wiem jak to wyglada w przypadku samycj ratownikow.

Gro9 Odpowiedz

Bardzo smutne wyznanie. Ale nie mogę się zgodzić z tym że nie miało sensu ratowanie go. Miałem wujka. Miał raka, był po leczeniu, nieudanym. przerzuty, no po prostu wrak człowieka. Było widać że to już koniec. Pewnego dnia serce nie wytrzymało ogólnego osłabienia i wyniszczenia organizmu. Zawał. Ratownicy go ratowali jak herosi, dokonywali pomniejszych cudów żeby go wyciągnąć z objęć kostuchy. Przewieziono go do szpitala. Ogólnie przedłużyli mu życie o jakieś 6h. Drugiego zawału nie przeżył. Ale przez te 6h zdążył pożegnać się z ciocią i swoją nastoletnią córką, zapewnić je że je kocha. To dużo znaczyło dla cioci i kuzynki. Także to co ratownicy robią - często jest potrzebne. Nikt nie wie czy ktoś po odratowaniu przeżyje 10 min, 6h, czy ze 2 lata.

Carglam0591 Odpowiedz

Bardzo wam współczuje. Rozumiem o co ci chodzi autorko. Kilka miesięcy temu ja tez straciłam ukochana babcie. Kilkanaście lat już chorowała ale zawsze wygrywała. Kiedy dostała pierwszego udaru i wpadła w śpiączkę byłam w pracy, pojechałam do niej do szpitala i widok jej podłączonej do miliona urządzeń, z rurką w ustach mnie przeraził. Zmarła kilka mówiący później, w domu, w swoim łóżku, podczas snu. I miło tego ze okropnie za nią tęsknie to uważam, że odeszła z tego świata na własnych zasadach. To okropne ale uważam to za „ lepsze” niż przedłużanie cierpienia w szpitalu.

Satanismus Odpowiedz

Nawet jeśli wiesz, że Twoje życie jest już w sumie spisane na straty to i tak szukasz ratunku i leczenia. Błagasz wszystkich wokół o pomoc.
Człowiek - niezależnie od wieku - chce żyć.
I między innymi w ten sposób podchodzą ratownicy medyczni. I tak próbują ratować.

T0RI

Nie, ratownicy ratują, bo taką mają prace. Bo póki jest jakakolwiek szansa to mają ratować. Nawet jeśli wiadomo, że ktoś będzie warzywem. Jeśli nie udzielą pomocy to czeka ich odpowiedzialność karna.

LaraPalmer Odpowiedz

Napisze z innej perspektywy mój ukochany chrzestny 24.12. 2017 roku wylądował w szpitalu przeszedł kilka zabiegów. 27.12 miał poważna operacje lekarze nie dawali szans miał miażdżyce, nadciśnienie dodatkowo gdy go znaleźliśmy 24.12 po 3 dniach lezal nagi w łazience najprawdopodobniej przewrócił się jak wychodził z pod prysznica(miał amputowana lewa nogę więc jeździł na wózku) przez te 3 dni dostał udaru mózgu i zawału w szpitalu kolejny zawał. 27.12 miał amputowana kolejna nogę tym raza prawa, miał przez udar paraliż lewej strony ciała. Przeżył udało się, czyścili mu żyły 28. 12. Gdy przyjechałam 29.12 porozmawialam z nim chwilę o ile mogę tak nazwać to mówiłam jak bardzo go kocham i że o 15 będziemy u niego z tatą i siostrą. Wujek miał już zaburzenia rzeczywiści myślał, że jest w domu pytał o babcie(babcia odeszła w 2015 r) on myslal że żyje wyszłam o godzinie 11:40 około przypominajac że będziemy o 15, 11:55mialam autobus do domu w połowie drogi dostaje telefon ze wujek nie żyje. Dałabym wszystko by móc się z nim pożegnać 29.06 minie 1.5 roku a ja do tej pory pozbierać się nie mogę mam sobie za złe, że wyszłam, że odszedł sam

GdzieMojeTeletubisie Odpowiedz

Tak jak moja babcia. Zmarła dzień przed zabraniem do szpitala na amputacje nogi. Teraz wiem, że dobrze się stało, że nie musiała tego przechodzić.

Dodaj anonimowe wyznanie