Będzie krótko. Byłam w związku. Miłość od pierwszego wejrzenia. Podniosłam mego lubego z dna. Z ćpania (zaczął chodzić na terapię), znalazł świetną pracę oraz zaczął spłacać swoje długi i odzyskał kontakt z dzieckiem. Dziś powiedział, że mnie nie kocha i od 3 miesięcy ma kochankę...
Tak po prostu... Po tym, jak wybaczyłam mu kłamstwa i trwałam w jego najgorszym okresie. Dowiedziałam się również, że pomagałam spłacać mu długi, które zrobił z kochanką, do ćpania wrócił, a dziecko znów ma gdzieś.
W ramach podziękowań pocięłam mu wszystkie ubrania, buty i wyrzuciłam do kosza. Paradoksalnie potraktowałam jego rzeczy jak on mnie. Zasłużył?
Chłopak, z którym spotykam się od ostatnich sześciu miesięcy zakochał się we mnie z powodu moich niebieskich oczu. Od pierwszego naszego spotkania aż do dziś ciągle powtarza mi, jak bardzo „utonął w moim turkusowym spojrzeniu” i że bardzo by chciał, aby nasze dzieci odziedziczyły oczy po mnie. Udaję zawstydzenie i fałszywą skromność, podczas gdy w środku panikuję i zastanawiam się, co się stanie, gdy mój ukochany dowie się, że noszę niebieskie szkła kontaktowe...
Mój pies to młody świr.
Jest jeszcze szczeniakiem ale waży już 25 kg. Jest ślicznym kundelkiem wygląda jakby cały czas mu się paszcza cieszyła. Weterynarz podejrzewa mieszankę akity, samoyeda może huskiego i czegoś jeszcze. Jest wulkanem energii i codziennie dostaje 3 ponad godzinne spacery.
Ale problemem są ludzie. Wszyscy cmokający ludzie. Trigeruje go to niesamowicie do zabawy i przy swojej masie ciężko jest mi go utrzymać. Od razu skacze i próbuje paszczą złapać cmokającego.
O ile dzieci i nastolatkowie z okolicy szybko zrozumieli prośbę nie cmokać na psa, to babcie dziadki i dorośli to koszmar. Cmokają nadal mimo, że znają efekt.
Byliśmy w psiej szkole i trenujemy ignorowanie innych ale przed nami jeszcze długa droga.
Dziś odwiedziła mnie policja, bo podobno pies jest niebezpieczny i atakuje wszystkich na drodze.
A ja mam już dość sytuacji jak ktoś cmoka na mojego psa, a następnie ma pretensje, że jest on niebezpieczny. Sytuacja powtarza się praktycznie codziennie, często prowokowana przez te same osoby.
Nie mam pojęcia co robić, ostatnio mam ochotę nie szarpać się ze zwierzakiem tylko puścić psa, by poszarpał komuś cmokającemu ubrania. Może by się w końcu nauczyli...
Jestem w 19 tygodniu ciąży.
Mam 20 lat, więc ciąża nie była planowana. Zupełnie inaczej sobie to wszystko wyobrażałam.
Szybki zarys sytuacji:
Jestem w połowie studiów na licencjacie, które niestety będę musiała przerwać - co jest dla mnie czymś okropnym. Chłopak, który jest ojcem tego dziecka, zawinął się szybciej niż pendolino, zarzucając mi całą winę i urywając ze mną kontakt - jego rodzina go popiera, a ja już nie chcę go znać. Powoli zaczyna być widać moje "krągłości", które czasem przyprawiają mnie o zawrót głowy, a które tak bardzo chciałabym pokochać - może w innym życiu. Mam dwóch psychologów, bo jeden nie potrafi udźwignąć tej sytuacji, aby mi w minimalnym stopniu pomóc.
A teraz przejdźmy do sedna.
Ja jako 20-latka, nadal mam swoje potrzeby - pragnienie spędzania czasu w towarzystwie znajomych, dopóki pozwala mi organizm - wykonywanie rzeczy które są moim hobby - tworzenie muzyki, śpiew, sport - z tym różnie teraz bywa, wychodzenie choćby na spacery.
I tutaj pojawia się problem. Większość moich znajomych, którzy wiedzą o ciąży, również się oddaliła. Jedni mniej drastycznie, inni z dnia na dzień urwali kontakt. Czuję się jak trędowata.
Czy to, że jestem w ciąży tak mnie zmienia, że nie mogę już być ich znajomą?
To okropnie przygnębiające.
Poznałam chłopaka, któremu również opowiedziałam o moim stanie. Nie uciekł, ale widzę że z dnia na dzień oddala się. Rozmawiałam z nim na ten temat, stwierdził, że spotykając się ze mną przejmuje moje problemy. Staram się ograniczać mówienie o nich do minimum, bo jest wiele ciekawszych tematów. Nie oczekiwałam związku, tylko normalnej znajomości. Jak widać jego też to przerosło.
Koniec końców, siedzę sama w domu, sama wychodzę na spacer, wszystko robię sama, bo nikt już nie ma dla mnie czasu...
Nie będę po raz 10-ty pytać się znajomych czy gdzieś wyskoczymy bo znów wymówka albo choroba, albo nagle inne plany, albo że się odezwa później i na tym rozmowa się kończy.
Depresji można dostać od tego.
Zanim zapytacie o moja rodzinę - bratu nie powiedziałam, nie mam aż tak dobrego kontaktu z nim i wiem, że mógłby mi to wypominać przy każdej możliwej okazji. Rodzice są, wspierają, ale z miasta oddalonego o ponad 100 km, w którym nie lubię przebywać, a oni nie mają tyle czasu, aby przyjechać do mnie. Pozostaje kontakt telefoniczny.
Zatem pozdrawiam, ja, dwudziestoletnia przyszła mama z ukochanym, aczkolwiek nieplanowanym dzieckiem w brzuchu, sama, samotna, próbująca znaleźć resztki radości z tego życia.
Dziś pojawił się wpis o tym, jak gwałt wpłynął na życie dziewczyny. Chciałam napisać coś od siebie.
Gdy miałam max 10 lat, byłam na wakacjach u mojej mamy brata, czyli mojego wujka, który miał dwie córki. Ciocia, jego żona była wtedy w szpitalu z drugą córka, miały przyjechać na następny dzień. Wujek tamtego wieczoru pił, gdy już skończył ja spałam, pamiętam jak przyszedł i wkładał mi rękę w majtki, łapał za piersi. Obudziłam się i go odpychałam. Po godzinie przyszedł znowu, ale tym razem już bardziej się zapierał, używał większej siły. Próbowałam go odpychać, wstałam i chciałam zejść ze schodów, mimo tego on cały czas trzymał rękę w moich majtkach i na moje "nie!" Odpowiadał że przecież na pewno już ktoś mi tak robił.
Od tego czasu nigdy więcej tam nie jeździłam, nigdy też nikomu nic nie powiedziałam bo było mi wstyd i nie chciałam robić problemów.
Następną sytuacja miała miejsce w mojej pracy, na wyjeździe. Miałam pracę z wyjazdami za granicę, hotele te same ale pokoje osobne dla kobiet i mężczyzn. Tamtego dnia wypiłam jedno piwo. Jedno jedyne. Nie pamiętam jak doszłam do pokoju, nie pamiętam co było dalej, zupełna pustka.
Pamiętam tylko ten wzrok i ten dotyk faceta, faceta który przez całą drogę opowiadał o swojej rodzinie i dzieciach, o żonie którą kocha i dzieciach z których jest dumny. Rano, gdy się obudziłam na moim łóżku było pełno krwi, na poduszkach, kołdrze, pościeli. Pochwa bolała mnie okropnie i wtedy pierwszy raz poczułam do siebie obrzydzenie, nienawidziłam siebie, siedziałam na toalecie i płakałam. Wtedy też nigdy nikomu nic nie powiedziałam, nic nie zrobiłam. W końcu wtedy, gdy tam pracowałam miałam 19 lat. I tak nikt by mi nie uwierzył ani nie pomógł.
Od tamtej sytuacji nigdy nic więcej się nie wydarzyło, mam narzeczonego, jesteśmy ze sobą od 4 lat. Mimo wszystko nikt, ale to nikt nie wie o tych dwóch sytuacjach, nikomu o tym nie powiedziałam mimo tego, że myślę o tym codziennie.
Jak się zmieniło moje życie po tym? Nie pije w ogóle alkoholu, żadnego piwa, nawet 0%, nie potrafię być spokojna w jednym pomieszczeniu z mężczyzną, nawet jeśli jest nim mój tata to i tak się boję, nie potrafię sama zasnąć mimo tego, że mam 24 lata, boję się być sama na noc, bo boję się, że ktoś może przyjść i zrobić mi krzywdę.
Z biegiem czasu wiem, że źle zrobiłam nie mówiąc o tym nikomu, jednak w tych dwóch sytuacjach obwiniałam tylko i wyłącznie siebie, teraz wiem że ja nic złego nie zrobiłam, nie można przyzwalać na coś, jeśli my nie wyrażamy na to zgody. Jeśli któraś z Was jest w takiej sytuacji lub nadal w niej trwa, błagam zgłoście to, następną ofiarą może być córka, koleżanka, siostra... To tyle ode mnie.
Mam 23 lata i kończę studia. Początkowo mieszkałam daleko od domu, w akademiku, ale magisterkę postanowiłam robić w pobliskim miasteczku. Mieszkam w domu rodzinnym i mimo iż niczego bardziej nie pragnę, nie mogę wyprowadzić się z domu. Szkoda mi 8-letniego brata, który zostałby sam skazany na to, co odstawia moja matka.
Jest ona syfiarą i stosuje przemoc psychiczną. Wyobraźcie sobie sytuację w której nie możecie wejść do kuchni, bo wszystko stoi na ziemi. Słoiki z przetworami, soki, napoje. Dodatkowo blatu w kuchni nie widać spod przeterminowanych słodyczy, których wyrzucić nie wolno. W szafkach produkty sprzed 10 lat.
Robię porządek, to słyszę wyzwiska. Nie robię porządku, to jestem nierobem (najłagodniejsze z łagodnych określenie). A w ogóle to ona weźmie brata, samochód i wjedzie pod tira, bo ona tak żyć nie może, ona jest zaszczuta.
A co na to tata? Ucieka do pracy, albo znajduje zajęcie na zewnątrz domu. Nie reaguje, bo nie chce kłótni. Brata jej nie odbiorę, bo na zewnątrz ideał. Jeśli się wyprowadzę, to kto wie co zrobi bratu. Bo, że dom stanie się klejącą, zasyfioną meliną nie mam najmniejszych wątpliwości.
Musiałam to z siebie wyrzucić.
Zakochałam się w „prostytutce”...
Sporo pracuje, w życiu osobistym mi się średnio układa- zwykle kobiecie zależało jedynie na nieograniczonym dostępie do mojej karty kredytowej. Niby niczego mi nie brakuje, ale już od dłuższego czasu nie mogłem znaleźć nikogo „odpowiedniego”, a wiadomo, że miło jest spędzić czasami wieczór z fajną kobietą.
Poznałem przez internet bardzo fajną dziewczynę, 15 lat młodszą, inteligentną. Była kilka tygodni po przeprowadzce i nikogo w mieście nie znała, dopiero zaczynała prace wiec domyśliłem się, że jej pozycja finansowa nie jest najlepsza. Wykorzystałem to i zaproponowałem, że jej zapłacę za wspólnie spędzony czas.
Patrząc na to z perspektywy czasu uważam się za idiotę. Zamiast zaprosić ją na randkę to wyskoczyłem z czymś takim, uznając że dzięki temu będę miał jasną sytuacje - miło spędzę czas nadal będąc wolnym. Żadnych telefonów i opowieści czego to ona nie widziała na wystawie w sklepie. Po około tygodniu rozmów dziewczyna się zgodziła.
Umówiliśmy się na kolacje. Z uwagi na to, że nie wymieniliśmy się zdjęciami wolałem spotkane na neutralnym gruncie. Nie miałem wielkich wymagań co do jej wyglądu. Do dziś za każdym razem jak na nią patrzę widzę swój ideał - jest piękna. Musze przyznać, że to nie ułatwiło sprawy. Spędziłem fantastyczny wieczór. Kolacja, wino u mnie... chciałem żeby została na cała noc, ale się nie zgodziła. Zgodnie z umową zapłaciłem i umówiliśmy się na spotkania 2 razy w tygodniu. Nie będę się rozpisywał o tym jak fantastyczną dziewczyną jest K., bo to możecie wywnioskować po tytule.
Za miesiąc mija pół roku odkąd się poznaliśmy. Niedawno dowiedziałem się na co zbierała pieniądze z naszych spotkań, a co ważniejsze, że ma już cała potrzebną sumę. Boje się, że ona chce zakończyć nasza znajomość. A ja wręcz przeciwnie, chciałbym ją przenieść dużo wyżej. Patrząc z boku jesteśmy świetną parą - tylko nikt nie widzi, że po każdym spotkaniu wyciągam z portfela sporą sumkę. Nasza znajomość to nie tylko sex. Chodzimy na randki, do kina, na basen, nawet na siłownie, spędziliśmy już wspólnie kilka weekendów.
Najchętniej zaproponowałbym jej, żeby się do mnie wprowadziła, ale nie wiem jak się do tego zabrać. Jak przejść od „ile chcesz za cały weekend ze mną?” do „Kocham Cię, zamieszkajmy razem!”.
Teraz sam nie wiem czego obawiam się bardziej, że ona zakończy naszą znajomość czy że będzie ją chciała kontynuować na dotychczasowych zasadach...
Czy to jest możliwe, że byłam molestowana i tego nie pamiętam?
Wyjaśniam skąd to przypuszczenie: miałam sen, że mój ojciec wkładał mi palec tam, gdzie nie powinien, sen był tak realistyczny, ze niemalże czułam fizyczny ból. Po zerwaniu się na równe nogi pobiegłam do łazienki i przez resztę nocy wymiotowałam i płakałam jednocześnie. Za każdym razem gdy to wspominam, mam ściśnięty żołądek, ręce mi się trzęsą...
Mimo wielu partnerów z żadnym nie odczuwałam przyjemności, wręcz przeciwnie, za każdym razem ból.
Mam 26 lat, do tej pory ojciec potrafi pocałować mnie w usta przy okazji składania życzeń, obrzydza mnie to, ale nie potrafię powiedzieć, żeby tego nie robił. Przytulanie również przyprawia mnie o gęsia skórkę i paraliż, ale to może być efekt alkoholizmu ojca, aktualnie pije sporadycznie, ale w dzieciństwie było to nagminne.
Od wielu już lat cierpię na potworne bóle głowy za oczami. Bywają dni, że nie jestem w stanie wyjść z domu, albo wyjąc z bólu staram się do niego wrócić kiedy złapie mnie gdzieś na dworze.
Nie działają na mnie leki przeciwbólowe, albo działają przez tylko kilka dni, skany głowy są czyste i lekarze powoli przestają mi wierzyć. Rodzina myśli, że wymyślam.
No i tak sobie żyję z wiertłem w głowie i czekam, aż przejdzie, albo w końcu nie wytrzymam i z bólu po prostu zejdę.
Pochodzę z patologicznej rodziny. Odkąd pamiętam mój ojciec non stop pił. Po pijaku jak zwykle - awantura. Czasami dochodziło do rękoczynów. Ja, jako najstarsza z rodzeństwa (była nas trójka), czułam się w obowiązku by bronić mamę, siostrę i brata. Jak? Mdlałam na zawołanie. Rozbijałam kubki, talerze, by odwrócić uwagę. Udawałam (bo to przecież wstyd), że dzwonię na policję. I wiecie co - to działało na ojca.
Tylko mam żal do mamy. Nigdy mi nie podziękowała, ba! nie powiedziała, że kocha. Nie powiedziała, że jest ze mnie dumna (nie mam tu na myśli tych wszystkich kłótni).
Co gorsza - ona tak traktuje moje dzieci. Gdy się spotykamy, nie zapyta co u nich w szkole, jak minęły wakacje. Traktuje je jak powietrze. Za to godzinami potrafi im opowiadać o ich kuzynostwie czy dzieciach sąsiadów.
Nawet nie wiecie, jak to boli... Próbowałam z nią rozmawiać, ale to jak mówienie do ściany...
Dodaj anonimowe wyznanie