Jestem tak samotna, że wykupywałam godziny jazdy z instruktorem, byle tylko z kimś poprzebywać i porozmawiać...
Nie, nie zakochałam się w nim.
Mam problemy z kręgosłupem i bardzo często puchną mi nogi dlatego czasem jak nie mogę ustać w kolejce lub środkach komunikacji to wydymam brzuch i się po nim głaszczę, a mili ludzie mnie puszczają. :D.
Kojarzycie ten kawał o facecie wracającym codziennie do domu po pijaku i żonie, która ma tego dość, więc przyjaciółka radzi jej, aby jak kolejny raz tak wróci wsadziła mu prezerwatywę w dupę i potem sytuacja "magicznie" się rozwiązuje?
Cóż... mając 10 lat po raz pierwszy go usłyszałam i uznałam to za "świetny" pomysł.
Bardzo nie lubiłam, kiedy moi wujkowie i ciocie przychodzili do nas do domu i tata pił, bo potem brzydko pachniało mu z ust i rano był nie do życia. Stwierdziłam, że po takim żarcie z mojej strony już nigdy się nie napije!
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W ciągu trwania w naszym domu jakiejś imprezy poszłam ukradkiem do sypialni rodziców i ze "skrytki", którą odkryłam kilka miesięcy wcześniej, ale nigdy się do niej nie dotykałam, wyjęłam jedną prezerwatywę, którą, jak dziś pamiętam, schowałam do tej dużej kieszeni od ogrodniczek z przodu i jak gdyby nigdy nic wróciłam do stołu.
Tej samej nocy postanowiłam wdrożyć mój szatański plan w życie, o rany, cóż to były za emocje!
Gdy usłyszałam upragnione chrapanie taty, wytarabaniłam się z łóżka, założyłam skarpetki (mieliśmy panele i stopy mi się do nich przyklejały), przygotowałam prezerwatywę i powolutku udałam się do sypialni rodziców na parterze.
Będąc już tam podeszłam do swojego rodziciela, zsunęłam mu dół od piżamy (co nie było takie trudne, bo do tamtej pory spał tylko w gatkach - teraz sypia w długich dresach) i nałożyłam prezerwatywę na palec.
Niewiele myśląc dziugnęłam ojca prosto w rowek/dziurkę, jak zwał tak zwał.
Na swoje nieszczęście nie doceniłam "lekkości" snu swojego taty. Poderwał się z kwikiem zaraz kiedy mój dziesięcioletni paluszek wylądował - dość głęboko - w jego dupie.
Zanurkowałam pod łóżko, nie wiem jakim cudem mnie nie zauważył, ale dobrze dla mnie i zostałam tam na jakieś 40 minut, aż nie zaczął znowu chrapać jak lokomotywa.
Rano tata - już po wizycie w łazience - odrobinę zielony, wszedł do kuchni, w której jadłam śniadanie i poprosił mamę na "poważną rozmowę". Śmiech mamy słyszałam aż z drugiego pokoju. Potem tata był na nią obrażony przez kilka dni.
A wszystko przypomniało mi się dlatego, że mama dzisiaj na moich dziewiętnastych urodzinach postanowiła wspomnieć jak "dziesięć lat temu ojciec obudził się po imieninach z prezerwatywą w dupie".
Jestem ateistką, ale pochodzę ze średnio religijnej rodziny (raz na parę miesięcy dojdą do wniosku, że czują niesamowitą potrzebę spotkania z Bogiem w Kościele). Moi rodzice zdają sobie sprawę z moich poglądów i nigdy nie przymuszali mnie do chodzenia do Kościoła, chociaż nie raz mnie zwyczajnie prosili, abym poszła z nimi.
Zazwyczaj się zgadzałam, ponieważ po mszy szliśmy na jakiś spacer i obiad (a lubię jeść). Nigdy nie czułam, że posiedzenie 40 minut na ławce to ujma na moim ateistycznym honorze i poświęcałam ten czas na rozmyślanie o własnych sprawach.
Pewnego takiego razu, mama zapytała się mnie, czy nie poszłabym razem z nimi do spowiedzi, bo wypadało jakieś święto. Zgodziłam się dla świętego spokoju, nic mi nie szkodziło chwilę pogadać z księdzem.
Czekając w kolejce do konfesjonału próbowałam usilnie wymyślić jakieś występki, bo nic oprócz "przeklinam" oraz "nie słucham rodziców" nie przychodziło mi do głowy, a to przechodziło jak byłam w wieku okołokomunijnym. Postanowiłam postawić po prostu na szczerość, i po odczytaniu formułki z książeczki (nigdy nie potrafiłam tego zapamiętać) powiedziałam księdzu, że po prostu nie wierzę w Boga.
Nastała długa cisza, kiedy to ksiądz próbował zrozumieć co właśnie usłyszał. Popatrzył na mnie zdziwiony, bo chyba w seminarium nie odblokował tej opcji dialogowej. Byłam nastawiona na jakąś reprymendę, czy oschłe potraktowanie, więc byłam naprawdę zdziwiona faktem, że facet bardzo delikatnie odpowiedział na moje wyznanie.
Próbował wyjaśnić, że Boga każdy odnajduje w innym czasie, a że skoro tu jestem i zdecydowałam się mu to powiedzieć, to był jakiś powód. Powiedział mi, że jeśli miałabym ochotę pogadać to drzwi zakrystii są zawsze otwarte, a że musi jakąś pokutę dać, to polecił mi, abym Bogu po prostu wieczorem podziękowała za to, co mnie uszczęśliwia.
Mama pytała mnie, czemu tak długo ksiądz mnie trzymał i o czym takie kazanie mi dał, ale jej nie odpowiedziałam.
Żałuję jedynie, że wszyscy księża nie mają takiego podejścia.
Mając dwadzieścia kilka lat przeprowadziłam się do małego mieszkanka w bloku. Szybko złapałam kontakt z mieszkającą naprzeciwko starszą panią. Była, głównie dlatego, że pracuję w domu, przyjemnym odstępstwem od codziennej rutyny, przychodząc/zapraszając na kawę, czy wyciągając mnie na wspólne zakupy czy gotowanie. Baaardzo się polubiłyśmy i nie było dnia, abyśmy chociaż nie porozmawiały.
Niestety po kilku latach u pani zaczęły się kłopoty ze zdrowiem i sercem, słabość, omdlenia itp.
Mimo wszystko nie straciła ona wigoru i dalej robiłyśmy razem dużo rzeczy, z tym że to ja teraz zajmowałam się jej mieszkaniem, sprzątałam, bo widziałam, że jej ciężko, robiłam zakupy (w końcu to tylko godzinka w ciągu dnia) i załatwiałam ewentualne sprawy związane z hydraulikami czy elektrykami.
W międzyczasie dowiedziałam się, że moja starsza pani ma dwójkę dzieci, syna i córkę, trochę starszych ode mnie. Byłam mocno zaskoczona, bo nigdy o nich nie wspominała, ani ja nigdy nie widziałam, aby ją odwiedzali (kiedy raz ją o to zapytałam stwierdziła, że ona nie chce o tych "darmozjadach" rozmawiać).
Poznałam ich dopiero na jej pogrzebie.
Któregoś dnia pani po prostu przewróciła się tak jak stała i straciła przytomność. Zabrała ją karetka (którą wezwałam i pojechałam razem z nimi do szpitala). Tego samego popołudnia, w szpitalu, zmarła.
Było mi cholernie przykro i nie mogłam się przyzwyczaić do jej nieobecności.
Jej dzieci na pogrzebie potraktowały mnie jak niechcianego intruza i z cmentarza zostałam prawie że przegoniona...
Jakieś dwa tygodnie później jej córka zawitała w moich progach. Myślałam, że chodzi o kota, którego pani zostawiła po sobie, ale wyszło na to, że nie.
Okazało się, że moja starsza pani zostawiła mi po sobie w spadku ponad sto tysięcy złotych i swoje mieszkanie...
Córka zażądała, abym się tego zrzekła na rzecz jej i jej brata. Starsza pani wyraźnie zaznaczyła w ostatniej woli, że nie chce aby dostali cokolwiek z tych pieniędzy. Zostałam oskarżona o to, że nią manipulowałam i że miałam wpływ na testament (o którym nawet wcześniej nie wiedziałam!).
Odmówiłam odstąpienia.
Mimo wszystko nie wiem co robić, nie chcę aż takich pieniędzy, bo czułabym się z tym jakbym moją starszą panią w jakiś sposób wykorzystała, ale nie chcę również pozwolić, aby jej dzieci je dostały...
Przyplątał się do mnie nagle kolega po rozstaniu z narzeczoną. Ze 3 lata się nie widzieliśmy. Rozpaczał, płakał, ojejku, on mieszkanie kupił, ona urządziła i powiedziała że nie jest gotowa na zobowiązania. Cóż, dobra dusza mi się odezwała, zacząłem gościa wyciągać z dołka. Nie pozwoliłem mu się upijać, zabrałem go na siłownię, poćwiczył, nabrał pewności siebie, odświeżyliśmy mu image, porządki w szafie i te sprawy. Oglądaliście Crazy Stupid Love?
Zaczęliśmy poznawać sporo dziewczyn na mieście. Regularnie gdzieś jeździliśmy, chodziliśmy, zagadywaliśmy do dziewczyn w barach, na imprezach, na mieście. Jako że ja nie byłem za bardzo chętny na żadną głębszą znajomość to po prostu byłem miły, nie brałem namiarów, robiłem za skrzydłowego. Cała sytuacja trwała 7 miesięcy.
Kolega nie mógł uczepić się żadnej dziewczyny na dłużej niż 2 tygodnie. Ciągle ta sama historia - że tamta go zostawiła, że on kupił mieszkanie, które ona urządziła. W ogóle to tak świetnie nam się rozmawia, widzę że się dogadujemy, na pewno jak razem zamieszkamy to będzie super. Nie dziwi mnie, że dziewczyny się płoszyły. Coraz większy dół, że on sobie nikogo nie może znaleźć.
Dałem kilka kolejnych rad, o czym powinien przestać gadać, a o czym zacząć. W końcu znalazł tą jedyną, chodził za nią 2 miesiące, ale swoje wychodził. Do mnie przestał się odzywać, a jak ja się odzywałem to albo nie odbierał telefonu, albo nie miał czasu. Siłownia? Dziewczyny na recepcji go nie widziały już dawno. Wszyscy znajomi również mówili, że przepadł jak kamień w wodę.
W końcu go dorwałem. Co powiedział - że jest w związku teraz, jego życie koncentruje się na rodzinie, a nie na nieogarach i nieudacznikach, którzy nie potrafią sobie nikogo znaleźć. Teraz on się spotyka wyłącznie w parach i ja byłbym tam jak piąte koło u wozu. A reszta znajomych? Głupie dzieciaki, które tylko piją i nie mają perspektyw. Muszę dodawać, że gdy nikogo nie miał, to za tymi głupimi dzieciakami latał jak przyklejony?
Czasami myślę że powinienem robić selekcję znajomych poprzez użycie strzelby. Karma wraca, dziel się dobrem a do ciebie wróci, bla bla bla.
Uwaga - niesmaczne.
Jako niewyżyta seksualnie nastolatka, często oddawałam się przyjemności, jaką była masturbacja. Wkręciłam się w to na tyle, żebym co chwila szukała nowych wrażeń. W ten właśnie sposób odnalazłam się w strefie zabaw analnych. Oczywiście, nie przyszło mi do głowy, żeby kupić sobie najtańszą wazelinę. Jako element poślizgowy używałam śliny.
Tego dnia, a raczej nocy, leżałam w łóżku i oddawałam się wiadomej czynności. Było ciemno, nie widziałam nawet czubka własnego nosa. Gdy włożyłam palce do ust, z zamiarem naślinienia ich, poczułam, jak coś rusza się w moich ustach.
W ten sposób dowiedziałam się, że mam owsiki...
Zostałem zdradzony. I to wielokrotnie. Boli jak cholerna, ale wiecie co również mnie mocno ukłuło? To że praktycznie wszyscy o tym wiedzieli i absolutnie nikt mi o tym nie powiedział... Dowiedziałem się przyłapując ich na gorącym uczynku.
Moja (była już) dziewczyna zdradzała mnie z moim dalszym kuzynem i jednocześnie jednym z najlepszych kumpli. Wszyscy w paczce o tym wiedzieli. Wiecie czemu nikt mi nie powiedział? Przynajmniej nie zasugerował? Bo "nie chcieliśmy się wtrącać" czy "robić kwasów w ekipce". Świetnie. Bliscy mi ludzie nie raczyli mi o czymś takim powiedzieć!
O zdradzie wiedział też wujek. Również nie pisnął słówka bo przecież "takie rzeczy się zdarzają, ty pewnie też masz coś za uszami". Żadna z koleżanek mojej już byłej dziewczyny też nic nie powiedziała. Cholerna solidarność jajników.
Czuję się strasznie rozżalony. Czuję że straciłem masę bliskich osób. Nie jestem w stanie im już zaufać. Skoro nie powiedzieli mi o tak ważnej rzeczy, przez parę miesięcy trzymali tę informację w tajemnicy to jak mogę im ponownie zaufać?
Przecież to oznacza, że mają w dupie moje szczęście czy samopoczucie! Nagle po zdradzie zaczęli mówić. Świetnie.
Rok temu zmarł mój ukochany czworonóg. Dla niektórych pies to tylko zwierze dla mnie moja psina była najlepszym i najwierniejszym przyjacielem. Dzięki, któremu udało mi się wyjść z depresji.
Czułam się przy niej bezpiecznie, a jej obecność dodawała mi sił w wielu trudnych sytuacjach.
Kiedy byłam chora siedziała przy moim łóżku, nie odstępując mnie na krok. Nawet ,,za potrzebą" na dwór nie chciała wychodzić. Kiedy wpadłam w depresję po stracie ukochanej osoby mobilizowała mnie do wyjścia z domu, dzięki czemu poznałam mojego obecnego partnera.
Odkąd pojawiła się w moim życiu była przy mnie w każdej trudnej chwili, a jej szczere przywiązanie i wzrok wyrażający więcej miłości niż kiedykolwiek od kogoś dostałam dodawały mi otuchy.
Zawdzięczam jej nie tylko wyjście z dołka, ale i ocalenie przed gwałtem ze strony bliskiej mi do tamtej pory osoby.
Kiedy okazało się że moja psina jest ciężko chora byłam gotowa oddać każde pieniądze żeby tylko przedłużyć jej życie. Wraz z rodziną szukaliśmy pomocy w innych, większych miastach licząc na to, że któryś weterynarz w jakieś klinice znajdzie sposób na wyleczenie mojej Z. Kiedy okazało się że nie ma już nadziei, ale psiak cierpi ze łzami w oczach i złamanym sercem zdecydowaliśmy się na uśpienie Z.
Z. była sporą psinką, mój tata zaniósł ją do samochodu(chodzenie sprawiło jej ból i trudności) owinęliśmy ją w jej kocyk, zabraliśmy ulubioną zabawkę i ostatni raz wyszliśmy z domu.
U weterynarza siedziałam z nią na podłodze, łzy ciekły mi po policzkach a ona patrzyła na mnie jakby jak zawsze martwiła się o to, że jest mi smutno. Tak jak zawsze w chwilach smutku próbowała polizać mnie po ręce ale nie miała już na to siły.
Mimo wszystkiego co przeżyłam to była najgorsza chwila w moim życiu.
Tata siłą zabrał mnie do samochodu. Przez kilka dni nie mogłam spać, prawie nic nie jadłam... jeżeli nie musiałam to nie wychodziłam z domu.
Do dziś mam przy łóżku zabawkę i kocyk Z. do których przytulam się, gdy jest mi źle.
Kiedy widzę na ulicy psa podobnego do niej albo oglądam jej zdjęcia łzy napływają mi do oczu.
Tak bardzo brakuje mi tego spojrzenia pełnego miłości, zaufania i bezgranicznej wierności, wspólnych spacerów i jej zimnego nosa na moim pliczku kiedy płacze.
I ta wiem, że zwierzęta zdychają a umierają ludzie, ale dla mnie ona była moim najlepszym przyjacielem i nie użyje w jej kontekście słowa "zdechła"
Jak miałam 17 lat, to googlowałam co to jest napletek. Usłyszałam gdzieś, że "ściągnąć napletek" i żyłam jakiś czas w przekonaniu, że to jest taki pokrowiec na penisa. Normalnie z ludzkiej skóry i że można go ściągnąć, odłożyć na umywalkę, umyć pitoka i znów założyć. Nie miałam pojęcia jak długo można go mieć odłożonego, żeby nie obumarł.
Dodaj anonimowe wyznanie