#mRJKX

Od pewnego czasu problem sprawia mi spotykanie się z innymi ludźmi. Nieważne czy to rodzice, czy przyjaciele, po prostu jest to dla mnie strasznie stresujące.


Nigdy nie byłam duszą towarzystwa - miałam grupę przyjaciół i z nimi się trzymałam, ale teraz wymiotuje przed każdym wyjściem z domu ze strachu.


Nie chcę żeby ktoś zauważył jaki problem sprawiają mi takie spotkania, więc udaje, że jest wszystko w porządku.

Nie mam pojęcia skąd taka nagła zmiana, a boję się komuś o tym powiedzieć.

#oHQHo

Mój mąż wymaga ode mnie skromnego ubioru. I to nie tylko poza domem - również kiedy jesteśmy tylko we dwoje. Koszula nocna, sukienki, nawet letnie ubrania - nic nie może przesadnie eksponować ciała.

Oboje jesteśmy ludźmi religijnymi i o tyle, o ile takie oczekiwania są dla mnie zrozumiałe względem ubioru "zewnętrznego", tak dosyć dziwne wydaje mi się, że chce, żeby moje ciało pozostawało zasłonięte przy nim. Uprawiamy bardzo mało seksu, wydaje mi się, że moja cielesność w ogóle go nie interesuje. Jeśli już, to pod kołdrą i po ciemku. Kiedy próbuję ubrać się dla niego seksownie, wydaje się co najwyżej zniesmaczony. Zupełnie odbiera mi to poczucie własnej atrakcyjności. A zawsze miałam wrażenie, że moje ciało nie jest jakieś odrzucające, często widzę, że mężczyźni na ulicy na mnie patrzą, gdy byłam młodsza cieszyłam się dużą popularnością.

Możliwe, że po ciąży trochę zmieniłam się fizycznie, z wiekiem pojawiły się drobne zmarszczki i niedoskonałości, wciąż jednak jestem dosyć szczupła, z wcięciem w talii, dbam o higienę, maluję się, dbam o włosy, paznokcie, zęby. Mąż nigdy nie wspominał nic o tym, że jest aseksualny albo że posiada jakieś dziwne fetysze, a nasze współżycie leży. Mam być zakryta i tyle. Nie do końca wiem, co o tym myśleć i po której stronie leży problem.

#VZFMo

Jestem 26-letnią dziewczyną i razem z chłopakiem mamy niepełnosprawne dziecko, wymagające rehabilitacji. Mam też mamę, która bardzo mi pomagała finansowo, jednak rok temu postanowiłam ograniczyć z nią kontakt do minimum.

Mimo tego, że to dzięki jej pomocy mogliśmy zawsze żyć skromnie, lecz godnie i opłacać leczenie oraz rehabilitację córki, nie mogłam znieść zachowania mojej mamy.
Moja mama traktowała mnie jak debilkę, lekceważyła zalecenia lekarzy, ingerowała w wychowywanie mojego dziecka, często przy tym niszcząc kilkumiesięczną pracę psychologów oraz naszą nad zachowaniem córki. Potrafiła ingerować w to jak żyjemy, próbować wymuszać na nas różne zachowania. Nie potrafiła zrozumieć tego, że żyjemy inaczej niż ona, mamy inny gust, inne opinie, że wolimy słuchać lekarzy niż samozwańczych wróżek i uzdrowicieli.
Awantury o brak chrztu, ślubu, o to, że nie obchodzimy świąt, że wolimy czasem odpocząć niż mieć zaplanowaną każdą sekundę życia.

A najgorsze jest to, że wszystko zawsze sprowadza do pieniędzy. Ona nam pomagała finansowo, więc może wszystko. Nie słuchała nigdy naszych argumentów, próśb, na każde zdanie o leczeniu, wychowywaniu, błędach jakie popełnia, używała tego samego argumentu "wysyłam wam kasę".

Po siedmiu latach takiego zachowania powiedziałam stanowcze STOP. Mimo tego, że żyje się nam teraz znacznie gorzej finansowo, powiedziałabym nawet, że na granicy biedy, to w końcu jestem spokojna i szczęśliwa. Czasem ona do mnie dzwoni, zazwyczaj kończy się kłótnią, bo przecież "wysyłała nam kasę".

#2UI98

Niedawno byłam u lekarza. Byłam tak około 9:00, a w poczekalni czekała długa kolejna. Miałam numer 20, a kilka minut po mnie przyszła pewna pani z małym chłopcem, którzy mieli numer 45. 


Chłopiec okropnie krzyczał, kopał i wykonywał dziwne ruchy. Jego mama przepraszała, mówiła że ma autyzm i żyje we własnym świecie. Ludzie skarżyli się, mówili żeby wyszła i "poszła do lekarza dla takich bachorów jak on". Widać było że te słowa ją bolą. 

Jestem dosyć nerwowa, a jedyne co mnie uspokaja to kolorowanki, dlatego zawsze noszę i kredki w pudełku. Oddałam je małemu, który natychmiast zamilkł i zajął się kolorowaniem.Oddałam im też swój numerek. Kobiety ponownie zaczęły gadać że co to za wychowanie, że one stały już wcześniej i dlaczego "gównarzeria" ma wejść przed nimi. 

Pracowałam kiedyś z dziećmi z zespołem Downa i autyzmem. Każde z nich wydawało się problematyczne, z powodu krzyków, ślinienia i puszczania gazów, jednak każde z nich ma swoje potrzeby i potrafią pokazać więcej serca niż ktokolwiek inny. Każde z nich jest cudowne i potrzebuje pomocy. 

Swoją drogą, bardzo polecam książkę: "Billy, kot który ocalił moje dziecko".

#JGN18

Wczoraj biegłam w ostatniej minucie przed zamknięciem do sklepu, bo skończyły mi się fajki.
Podbiegłam, ale światła były zgaszone.
Lodówka dała na tyle światła, że zobaczyłam tylko, jak jakiś facet posuwa naszą osiedlową panią Grażynkę.
Na ladzie, na której na drugi dzień kroiła mi krakowską suchą.

#3cUvl

Co jakiś czas wraca do mnie pewne wspomnienie. Czasem mam wrażenie, że to tak głupie, że nie mogło wydarzyć się naprawdę…


W wieku bardzo nieletnim spotykałam się ze starszym od siebie o 5 lat chłopakiem. Często i gęsto uprawialiśmy seks, staraliśmy się nie mieć tematów tabu i robić tego przy zgaszonym świetle. On nalegał na anal, mimo że oprócz tej sfery dostawał wszystko... Uległam spontanicznie, a więc bez przygotowania. 


On również nie miał pojęcia o jakiejkolwiek higienie w tym temacie czy na przykład zastosowaniu nawilżenia. Skończyło się to, oprócz mojego bólu, członkiem w resztkach kału. Ja zostałam nazwana „brudaskiem” i ze wstydu chciałam go natychmiast wziąć do ust, żeby „naprawić” sytuację, żeby już tego nie widzieć... 


Było to kilkanaście lat temu, a do dziś czuję zażenowanie i obrzydzenie. Teraz na szczęście jest to obrzydzenie nim. Jego ignorancją, niewiedzą, małpim popędem i brakiem szacunku.


Ps. Nie wzięłam do buzi. Nie wzięliśmy ślubu.

#NA29z

Jestem matką 2-letniej dziewczynki. Ostatnio przeraża mnie podejście mojego męża do wychowania jej. Mała zrobi coś źle (np. obleje się sokiem), to mąż już na nią krzyczy. Jak coś ją zaboli czy upadnie, to nigdy jej nie przytuli, bo jak twierdzi ona ma być twarda. Ja też nie panikuję, jak mała upada, ale zawsze ją przytulę, jeśli tego potrzebuje. Jak ma problem, by zasnąć, to według męża najskuteczniejsze jest na nią krzyknąć.

Ostatnio wstała wieczorem z łóżka i przyszła, jak oglądaliśmy film. Mąż krzyknął, że ma iść spać. Córka obróciła się i poszła do swojego pokoju. Mąż był ogromnie z siebie dumny. Tylko jak poszłam za nią to okazało się, że stoi na przedpokoju i cicho płacze.

Nie wiem jak rozmawiać z mężem. Ogólnie to dobry ojciec, bawi się z nią, uczy. Jako mąż ideał. Tylko to krzyczenie i brak zrozumienia dla niej mnie boli.

#08dRB

Jestem kobietą po poronieniu/stracie/niedonoszonej ciąży. Jak zwał, tak zwał.
W tym wyznaniu nie chcę się żalić jak sobie nie radzę i jak mi trudno (radzę sobie, choć jest bardzo trudno. W końcu nie codziennie traci się dziecko). W tym wyznaniu chcę zwrócić uwagę na temat postrzegania tego, jakim uczuciem darzą rodzice to nienarodzone dziecko.

Zacznijmy od tego, że kiedy nie byłam w ciąży, to nie miałam pojęcia czemu te kobiety po stracie tak cierpią z tego powodu. Czemu tak tęsknią, czemu przechodzą taką żałobę. Przecież one nawet nie znały tego dziecka, czemu to tak przeżywają. Głupio mi przyznać, ale tak jak większość osób traktowałam to jak stratę czegoś, co ktoś ci obiecał, a jednak nie otrzymałeś tego. Jakoś się z tym pogodzisz i będzie dobrze. Nie wiedziałam, bo nikt nigdy mi tego nie powiedział, nie opowiedział mi swojej historii.

Kiedy zaszłam w ciążę widmo poronienia chodziło za mną ciągle. Bałam się tego, ale w głębi duszy wierzyłam, że mnie ten temat nie dotyczy. A jeśli już, to jakoś to przeżyję, trudno, zdarza się.

Kiedy w 5 miesiącu ciąży zaczął się poród, zrozumiałam, że tracę coś najcenniejszego. Dopiero wtedy uwolniły się wszystkie hormony miłości. Po późnym poronieniu w 16 czy 20 tygodniu ciąży ciało nie wie, że nie masz dziecka. Masz wszystkie pokłady miłości w sobie, które pragniesz dać swojemu dziecku, piersi pełne mleka, którym chcesz nakarmić dziecko, i masz pustkę w sercu... ku*wa, w całym ciele, w mózgu, przesiąknięta jesteś tą nieodwracalną pustką.

Moi bliscy nie rozumieją mojej pustki i rozpaczy. Mówią "przecież ty go nawet nie znałaś", "nie rozumiem czemu aż taka żałoba". Nie płaczę, nie smucę się, już nie opowiadam o tym tylko dlatego, że nie chcę wyjść na histeryczkę. Gdy kobieta straci dziecko, które ma 5 lat, wtedy są szok i zrozumienie. Ale gdy straci nienarodzone dziecko...

A ja powiem tak. to naprawdę tak wygląda. Gdy masz dziecko urodzone szczęśliwie, widzisz jego uśmiech, czujesz oddech, słyszysz płacz, masz to wszystko w pamięci. Jeśli stracisz to dziecko, to będziesz wspominać właśnie te drobne rzeczy, tę miłość do niego. Ja wspominam mdłości, kopnięcia, bicie serca... Potem ból, krew, martwe ciałko mojego dziecka... To wszystko co mam, ale to składa się na moją miłość do mojego dziecka. Taką samą jaką Ty darzysz swoje, identyczną. Jeśli nie rozumiesz co ja czuję, pomyśl, że Twoje dziecko umarło przez owinięcie czegoś wokół szyi, pomyśl jak szarpało się w bólu. Trudne? Nie do przyjęcia, żeby o tym myśleć? A tak właśnie umierało moje dziecko. Tak właśnie cierpię. Ja, kobieta po stracie.

#nO5ag

Jakiś czas temu dodałam historię o tym, jak mój mąż zakochał się w innej (#ZkSwH).

Daliśmy sobie trochę czasu, nie widywaliśmy się. Spotkaliśmy się po dwóch tygodniach, żeby porozmawiać... Powiedziałam mu co czuję, że ciężko mi bez niego, ale mam nadzieję, że nadal będziemy potrafili ze sobą rozmawiać. Powiedział, że też nie wyobraża sobie, że ktoś, kogo kochał przez 12 lat zniknie z jego życia.
Postanowiliśmy pozostać przyjaciółmi... Banalne? Bardzo, ale oboje nie chcieliśmy stać się dla siebie obcymi osobami, które unikają się na każdym kroku.

Pisaliśmy do siebie co kilka dni co słychać i czy wszystko w porządku. Kilka razy odwiedził mnie, bo wciąż miał sporo rzeczy w naszym mieszkaniu. Nadal wpadaliśmy na siebie w siłowni, do której razem chodziliśmy. Chwilami nawet czułam, że nic się nie zmieniło. Do czasu, aż jego nowej partnerce przestało podobać się to, że się widujemy.

Napisała mi parę SMS-ów, że mam się odpieprzyć od jej faceta, bo on i tak do mnie nie wróci. Zgodnie z prawdą odpisałam, że nic z tego, mamy jeszcze dużo spraw razem, które musimy omówić, więc jeśli ma jakiś problem, to niech porozmawia z nim, ale do mnie nie ma prawa pisać. Mimo to dla jego szczęścia ograniczyłam kontakt. Może to wygląda, że jestem jakąś pipą, która ot tak rezygnuje z faceta, ale to nie tak. On zakochał się w innej, zdecydował odejść. Kocham go, więc uszanowałam jego decyzję, a poza tym nie chciałabym być z kimś, kto w głębi duszy myśli o kimś innym. Na siłowni więc rzucałam tylko szybkie "cześć", a gdy pytał, czy nie skoczymy na kawę zbywałam go. Kiedy chciał coś zabrać z domu mówiłam, że mnie nie będzie, ale ma klucze, więc może sobie otworzyć.

Tak mijały tygodnie. W końcu zapytał, czy kogoś poznałam, bo tak ograniczam kontakt. Powiedziałam, że dostałam kilka średnio miłych SMS-ów od jego nowej dziewczyny. Mój mąż nie powiedział nic. Wyszedł.

Wieczorem zapukał do drzwi z bukietem i przeprosił za jej zachowanie. Zerwał z nią. Nie, nie odkochał się magicznie, ale stwierdził, że nikt nie zabroni mu kontaktu ze mną, nie jest dzieckiem i sam o takich sprawach decyduje, a już na pewno nie będzie znosił takich gierek za jego plecami. Widziałam, że zabolało go co zrobiła. W końcu porzucił całe swoje dotychczasowe życie dla kobiety, która nie potrafi z nim nawet szczerze porozmawiać.

Tydzień temu zaprosił mnie na kolację. Poszłam. Rozmawialiśmy, ale nie jak kiedyś. Rozmawialiśmy, jakbyśmy poznawali się od nowa.

Nie wróciliśmy do siebie. Zawsze byliśmy i jesteśmy szczerzy wobec siebie.
On nadal o niej nie zapomniał, a ja nie zapomniałam, jak mnie to bolało.
Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, ale 12 lat wspólnego życia buduje bardzo silną więź.

Może stwierdzicie, że facet się wyszalał i chce wrócić do żony. Może to tak wyglądać z waszej perspektywy. Ja znam mojego męża bardzo dobrze, więc jeśli zdecyduję się do niego wrócić, to będzie to decyzja oparta na całym naszym życiu, a nie jednym błędzie.

#xNjMY

Na co dzień parkuję auto na jednym z większych parkingów w mieście.
Kilka dni temu został założony nowy znak zakazujący parkowania przy krawężniku niedaleko wyjazdu (auta tam zawsze były parkowane, co strasznie utrudniało wyjazd, a o możliwość wyminięcia się z innym autem, które wjeżdżało na parking, była po prostu utrudniona, a nieraz nawet niemożliwa). Oczywiście auta stawały tam nadal i leciał mandat za mandatem.

Wczoraj wracając do auta natknęłam się na chłopaka (może miał max 19 lat) w starym aucie z zielonym listkiem. Podeszłam do niego i mu powiedziałam, żeby przeparkował auto, bo jest tu zakaz od niedawna. Chłopaczek zaczął we mnie ciskać łaciną i dlaczego się wpieprzam oraz zaczął mędrkować, że zaparkował przed znakiem i go to nie obowiązuje (no tak grubo ponad pół auta było za znakiem). Stwierdziłam OK, niech będzie.

Wyjeżdżając z parkingu widziałam, jak policja wypisuje mu mandat za złe parkowanie.
Chwilę później dostał kolejny za zniszczenie mienia - rzucił w moje auto kamieniem na ich oczach.
Dodaj anonimowe wyznanie