#N5qI4

Jestem prawie (kończę rezydenturę) psychiatrą. Umówił się do mnie do poradni z powodu depresji brat mojego ordynatora (i jednocześnie kierownika specjalizacji) z pracy w szpitalu - no bo nie chce do brata, logiczne.
W trakcie pierwszej wizyty bez problemu połapałem się, że gość symuluje, próbuje wyłudzić rentę i potrzebuje dokumentacji.

Próbowałem porozmawiać na ten temat z szefem. Usłyszałem, że mam nie wydziwiać i robić, co do mnie należy, szef napomknął też, że brat jest nieudacznikiem i żadnej pracy nie może znaleźć, więc niech ma chociaż rentę.

Teraz jestem w kropce. Uważam, że należy do mnie pracować zgodnie ze sztuką lekarską, a nie klepać rozpoznania na potrzeby wyłudzeń, ale jeśli klepnę człowiekowi „zdrowy”, to będę miał przerąbane w pracy, na której mi zależy (niedawno kupiłem mieszkanie w mieście, w którym pracuję itp. itd.), do tego przecież szef może mi nawet utrudnić zostanie specjalistą. Nie wiem, co robić.

#S9awm

W odległych czasach podstawówki byłem dzieckiem bardzo aktywnym. I nie chodzi tutaj o sporty, ale o rozrabianie. Codzienne bójki to norma. Był również chłopak, z którym zawsze rywalizowaliśmy o miano największego łobuziaka. Wtedy dla mnie najważniejsza sprawą w życiu było go pokonać, by wykrzyczał, że jestem najlepszy. Byliśmy rozdzielani przez nauczyciela, co oczywiście łączyło się z uwagami. Nawet wzywanie rodziców nie skutkowało. Szarpaliśmy się dzień w dzień.
Do pamiętnego kwietnia, gdy korzystając z ładnej pogody uczniowie mieli możliwość spędzać czas przerwy na dworze.
Zauważyłem wtedy, że mój wróg również tam był, a w okolicy żadnego nauczyciela.
Podbiegłem do niego i zaczęliśmy się przepychać. W pewnej chwili poczułem, że ktoś mnie podnosi za kołnierz, tego chłopaka również. Był to woźny, który mierzył prawie 2 metry. Zaniósł nas do kotłowni i do teraz pamiętam jego słowa: "Jak jeszcze raz zobaczę was w bójce, to porwę was w nocy i zamknę w tej kotłowni, a że tylko ja mam klucze, to nikt was nie znajdzie". Po czym wyszedł na parę minut i gdy wrócił, to tylko na nas spojrzał.
Od tego czasu nigdy się nawet nie pokłóciliśmy. I obaj całkowicie przestaliśmy rozrabiać.

Za miesiąc ten kolega bierze ślub, a ja jestem jego świadkiem.;-)

#2iYcS

Zawsze byłem straszony przez starszego brata.
Różnica między nami to 5 lat, więc gdy ja miałem 4, to on miał 9... i masę pomysłów.

Wyprowadzając się ostatnio ze starego mieszkania, wynosiliśmy wszystko. Jak i również specjalne deski ozdobne montowane do ściany na wysokości około 140 cm. I podczas ich ściągania przypomniał mi się jeden z jego dawnych pomysłów.

Deski te w miejscach kołków miały założone zaślepki wyglądające jak guziczki. I te właśnie guziczki bardzo mnie jako dzieciaka interesowały, ale ilekroć próbowałem je nacisnąć, to nie dosięgałem. Wątpliwości rozwiał mój kochany starszy brat... który gdy chciałem na niego naskarżyć rodzicom, powiedział mi, że ten guzik służy do zalewania mieszkania wodą, a że wszyscy oprócz mnie umieją pływać, to oni przeżyją, a ja nie...
Uwierzcie mi, od tego czasu nie dość, że guziczek nie był dla mnie tak interesujący, to jeszcze za każdym razem, gdy chciałem coś naskarżyć rodzicom, to brat stawał przy tej desce.
Milczałem zawsze jak grób.

Mimo wszystko kochany braciszek :)

#p53qO

Krótko po skończeniu przeze mnie 6. roku życia rodzice obdarowali mnie świetnym prezentem, a mianowicie dali mi siostrę. Jako że byłam dość odpowiedzialnym brzdącem, to przypadła mi rola typowej starszej siostry - zajmij się, zabierz na spacer, pobaw się. W domu zostawał z nami dziadek - mama w pracy, tato za granicą, nikogo nie dziwiła ta sytuacja. Muszę wspomnieć, że dziadek był z tych, co muszą zawsze wszystko wiedzieć. Mieszkał w domu razem z nami - on na parterze, my na piętrze.

Pewnego pięknego dnia jak zwykle niańczyłam Młodą. Była akurat na etapie nauki korzystania z kibelka. Nagle usłyszałam magiczne słowo: "Siku!", co zawsze oznaczało bieg po schodach w dół z prędkością światła (na piętrze nie było toalety). Ale dziecko stwierdziło, że nie wytrzyma takiego dystansu i musi już, teraz, natychmiast. Nie uśmiechało mi się przebieranie i kąpanie obsikanego dzieciaka, więc niewiele się zastanawiając wsadziłam Młodą do wanny, kazałam robić co trzeba i wyszłam z łazienki. Po chwili usłyszałam wycie. Nie płacz, a wycie. Biegnąc, w myślach miałam już policję i siostrę utopioną w strumieniu swojego moczu. Na szczęście Młoda przeżyła. Płacz był spowodowany tym, że niestety w międzyczasie włączyła jej się potrzeba numer dwa, i niestety nie potrafiła jej pohamować. Stanęłam w obliczu prawdziwego wyzwania: jak pozbyć się kupy ze środka wanny tak, by było to w miarę bezbolesne i tak, by nikt się o tym nie dowiedział. Rozwiązanie było proste - znalazłam starą szmatę do mycia okien, zawinęłam w nią problematyczny "przedmiot", planowałam zanieść do kibelka na dole i tam posłać w świat jak każdą inną. Plan idealny, jednak w tym momencie na naszej drodze stanął dziadek. Zobaczył, że coś kombinujemy i swoim zwyczajem koniecznie chciał wiedzieć o co chodzi. Nawiązał się dialog:
- Co tam robicie?
- My? Nic.
- Jak to nic? Co tam macie, co to za szmata?
- Jejku, nic.
- Przecież widzę! Natychmiast mówcie co kombinujecie!
Cisza. Powtórny rozkaz. Cisza. Dziadek chciał zabrać nam siłą ową szmatę, ale mnie udało się jakoś przemknąć w stronę łazienki. Na placu boju została siostra, z niej zawsze łatwiej było coś wyciągnąć, więc dziadek spróbował raz jeszcze.
- Drogie dziecko, no powiedz mi, co tam schowałyście w tej szmatce? Co to było?
Na co moja zestresowana siostra wreszcie zaspokoiła jego ciekawość, zresztą zgodnie z prawdą:
- Gówno!

Dziadek był na nas obrażony przez tydzień za to, że nie chciałyśmy zdradzić mu tajemnicy.

#cNyNr

Ostatnio przypomniałem sobie sytuację z czasów mojego przedszkola.

Panie zorganizowały zabawę w "zgadnij co to jest". Wybierano jedno dziecko i wiązano mu oczy. Osoba dostawała coś do spróbowania i musiała na podstawie smaku ocenić co to. Ja dostałem buraka, ktoś inny marchew... Kiedy pojawił się pierwszy napój, zgadujący nie wiedział co to za płyn.
- No pomyśl, Radziu, białe i od krowy - powiedziała pani.
- Ale ja mam uczulenie na laktozę... -  odpowiedział Radziu.

Chłopak miał niezłą rewolucję żołądkową, a nam więcej takich zabaw nie urządzano.

#KTRrW

Byłam wychowywana przez bardzo ambitną rodzinę. Od dziecka miałam być we wszystkim najlepsza, wyróżniać się na tle rówieśników. Uczęszczałam na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe typu teatr, śpiew, języki obce, tańce. Oczywiście w szkole musiałam być prymusem z każdego przedmiotu. Dopingować mnie miały drogie prezenty, które dostawałam przed klasówkami, a które były mi odbierane, gdy nie otrzymałam wystarczająco dobrej oceny. Byłam terroryzowana i zastraszana wizytami u dyrektora, gdy w domu się buntowałam. Moje dzieciństwo to strach i siedzenie w książkach.

W wieku 13 - 14 lat przeszłam załamanie nerwowe. Ciężka depresja, próba samobójcza i pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Nie wytrzymałam tego ciśnienia i ciągłej nagonki, by być najlepszą we wszystkim.

Teraz mam 21 lat. Za mną kolejne epizody depresji, lata psychoterapii. Odpuściłam i już nie gnam na złamanie karku za kolejną 5. Czy czuję się przez to gorsza? Mój psychiatra mówi, że nie powinnam, za to we mnie wciąż jest to poczucie, że zawiodłam wszystkich.

Ale moja terapia ma pewien cel - zacząć być zdrową egoistką i zacząć robić w końcu coś dla siebie. I zrobiłam - poszłam na studia, na które zawsze chciałam iść, choć bliscy odradzali. I jest mi na nich świetnie. Wbrew ich woli.

#H4JNc

Było to już dosyć dawno, kiedy byłem w podstawówce. Byłem umówiony na wizytę do dentysty, gdyż musiałem mieć wyrwane pozostałe mleczaki, aby zrobić miejsce dla zębów stałych. Do tego zabiegu, wiadomo, znieczulenie musiało być. Niestety na jednym się nie skończyło, bo wciąż odczuwałem ból przy próbie wyrwania zęba. W sumie dostałem chyba cztery znieczulenia. Przez to, po wyjściu od dentysty, nie czułem połowy twarzy. Nie czułem też żadnego bólu.

Niestety ból odczułem na następny dzień. Stało się tak, ponieważ z powodu tylu znieczuleń nie czułem, że odgryzłem sobie kawałek policzka od środka jamy ustnej.
Dodaj anonimowe wyznanie