#H4JNc

Było to już dosyć dawno, kiedy byłem w podstawówce. Byłem umówiony na wizytę do dentysty, gdyż musiałem mieć wyrwane pozostałe mleczaki, aby zrobić miejsce dla zębów stałych. Do tego zabiegu, wiadomo, znieczulenie musiało być. Niestety na jednym się nie skończyło, bo wciąż odczuwałem ból przy próbie wyrwania zęba. W sumie dostałem chyba cztery znieczulenia. Przez to, po wyjściu od dentysty, nie czułem połowy twarzy. Nie czułem też żadnego bólu.

Niestety ból odczułem na następny dzień. Stało się tak, ponieważ z powodu tylu znieczuleń nie czułem, że odgryzłem sobie kawałek policzka od środka jamy ustnej.

#lTH75

Lata temu, w pierwszej klasie liceum, pisałem trochę z taką dziewczyną i ona bardzo chciała się ze mną spotykać na przerwach, no to mówię, że spoko. Kiedyś wzięła mnie do szatni na dół i chyba chciała się ze mną całować, ale woźna nas wygoniła. Poszliśmy na górę i tak stoimy, a ona zapytała, czy przyjdę na długiej przerwie. A ja powiedziałem jej na poważnie, bo wtedy nie ogarnąłem całej sytuacji: Niee, bo na długiej to ja jem kanapki.

Teraz się nie dziwię, że urwała kontakt.

#aSLYm

Poszliśmy z okazji rocznicy związku z chłopakiem do dobrej restauracji, gdzie, jak twierdził, zarezerwował stolik. Na miejscu okazało się, że ktoś zawieruszył rezerwację i wszystkie były zajęte. Kelner tłumaczył, że dopiero co zaczął zmianę, więc nie on zawinił, ale to nie przeszkadzało mojemu chłopakowi zrugać go od najgorszych, od debili, którzy żadnej szkoły nie umieli skończyć i teraz muszą latać z talerzami żarcia, a nawet tego nie potrafią dobrze robić (to jedno z łagodniejszych określeń)… Próbowałam mu przerwać i go uspokoić, ale nie zwracał na mnie uwagi. W pewnym momencie wrzasnął na mnie, że mam gościa nie bronić, bo on miał zamiar się oświadczyć, a przez tego je***ego ch**a  nie ma jak.

No cóż… Oznajmiłam mu, że stolik nie będzie już do niczego potrzebny i wyszłam. Nie ma szans, żebym wyszła za człowieka, który nie szanuje innych ludzi i uważa się za kogoś lepszego od kelnera. Co niby jest urągającego w tej pracy? Chyba nawet wolę nie wiedzieć.

#NTUKR

Wracając z technikum, a wchodząc na klatkę schodową swojego bloku, spostrzegłem bardzo starą kobietę, idącą po lewej stronie schodów. Oczywiście miałem zamiar przejść obok, gdyby nie fakt, że zjawiła się także dwójka mężczyzn niosących łóżko. Wiedziałem, że nie będą mieli zamiaru czekać, aż babcia pokona cztery stopnie w przeciągu kolejnych dziesięciu minut, dlatego też postanowiłem susem przeskoczyć na samą górę i prześlizgnąć się między nimi.

Wszystko wyszło bardzo dobrze, jednak wykonując drugi, dość szeroki krok, uszły ze mnie gazy. W pierwszej chwili zamurowało mnie, lecz zaimprowizowałem. Odwróciłem głowę, spoglądając na schodzącą babcię. Ta widocznie nie usłyszała nic, gdyż nawet nie drgnęła. Zdezorientowani mężczyźni wpierw patrzyli na mnie, lecz ja ze zdziwieniem wpatrywałem się w starszą osobę. Swą pozorowaną mimiką przekonałem ich, że ten nieszczęsny dźwięk nie wyszedł ze mnie.

Takim sposobem uwolniłem się ze wstydu i zrzuciłem całą winę na niewinną, ledwo chodzącą staruszkę.

#zBviV

Być może cudem uniknęłam porwania.

Gdy miałam kilka lat, mama zabrała mnie do centrum handlowego. Byłam, lekko mówiąc, mało posłusznym dzieckiem. Pamiętam, ze upatrzyłam sobie jakąś drogą zabawkę, a gdy mama powiedziała, że mi jej nie kupi, ja z krzykiem i płaczem po prostu jej uciekłam. Nie biegła za mną, bo myślała, że pewnie zatrzymam się przy kasach, gdzie raczej nie przecisnę się do wyjścia. Jednak zanim za mną tam dotarła, ja zdążyłam przejść pod barierkami (takie, które otwierają się tylko od strony wchodzących do sklepu, tak, aby po prostu ludzie wchodzili jednym wejściem, a do wyjścia mieli inne). Bez problemu się zmieściłam, po czym pognałam w stronę wyjścia. Sama nawet nie wiem po co.

Usiadłam przed wejściem na jakiejś ławce, czekając, aż w końcu mama mnie znajdzie i może przez to wszystko zlituje się i kupi mi tamtą zabawkę. Po chwili jednak zamiast mamy podszedł do mnie jakiś facet, zadając pytania w stylu co tu robię, gdzie moi rodzice itd. Ja powiedziałam, że czekam tutaj na mamę, na co ów facet stwierdził, że wie gdzie ona jest i może mnie zaprowadzić. Ja - naiwna, stwierdziłam, że jasne, chętnie... Po czym wziął mnie za rękę i zamiast prowadzić mnie do sklepu, zaczął iść ze mną w stronę parkingu. Doprowadził mnie prawie pod jakiś samochód, gdy ja nagle stwierdziłam, ze widzę mamę, jak biegnie do mnie. Facet dosłownie w ułamku sekundy puścił mnie, wskoczył do samochodu i odjechał z piskiem opon. Ledwo zdążyłam zareagować, bo nagle złapała mnie wściekła i przerażona mama. Po setkach pytań o to kim był ten facet i czy coś mi zrobił, zamiast dać mi zabawkę na pocieszenie, zabrała mnie na komisariat, gdzie musiałam opisać dokładnie owego mężczyznę.

Brawa dla mamy, ze tego nie zignorowała i jednocześnie współczuję wszystkim, którzy mają takie dziecko jakim ja byłam. I dla jasności, do dziś nie wiadomo kim był ten facet ani jakie miał zamiary.

#0BXwP

W liceum miałam kolegę, którego dręczyła grupa idiotów. Wiecie, taka bananowa młodzież, co to wszystko może, bo rodzice mają kasę. O ile słowne przytyki to nie było coś strasznego, o tyle znęcanie się fizyczne było straszne. Jak prosiłam go, żeby z tym iść do nauczycieli, to bagatelizował sprawę. Że im się znudzi, że nic się nie stało, że to wygłupy. Doskonale wiedziałam, że cierpi i nie chce tego pokazać, a ja głupia bałam się, że jeśli ja na nich doniosę, to on się obrazi.

Kolega ten ma starszego brata, ale wtedy nie było mi dane go spotkać (był zawodowym żołnierzem), i siostrę starszą od nas o 3 lata. Tak się złożyło, że z kolegą spotykaliśmy się na mieście albo u mnie, ale przed świętami chciałam mu zrobić prezent niespodziankę i zawitałam w jego domu. Nie było go, ale była jego siostra. Zaprosiła mnie na kawę, żebym mogła poczekać na powrót kolegi, bo gdzieś z bratem pojechali. W przypływie odwagi odpowiedziałam jej o grupie, która go dręczy w szkole, a ona poprosiła mnie o spotkanie przed szkołą po świętach. Nie bardzo rozumiałam o co jej chodziło, ale spotkałam się z nią po nowym roku w szkole. Prosiła, żebym jej pokazała kto go dręczy i tyle.

Teraz gdy o tym myślę, nadal sprawia mi to przyjemność.

Środa, koniec zajęć, wychodzę z kolegą za szkolna bramę i dopada nas ta banda. Zaczynają kolegę szarpać i nagle słyszę takie głuche uderzenie i widzę, jak jeden z nich leci na ziemię. Spoglądam do góry i widzę faceta koło 30, wielki jak stodoła (nie gruby), blizna na twarzy i wzrok mordercy. Tamci panika, jak to się mówi "zbroja obsrana", a facet łapie kolejnego i ciska nim jak szmacianą lalką. Jak Boga kocham, nie widziałam nawet w filmach, żeby ktoś kimś tak wytarł podłogę... Reszta uciekała jakby ich sam diabeł gonił.

Przyjechała policja, pogotowie, rodzice poszkodowanych i zrobiła się niezła impreza, że bandzior, że więzienie, że kara śmierci ma być natychmiast wykonana itd. Po policji przyjechała żandarmeria i jakiś facet, ale miał taki jakby galowy mundur, do dziś nie wiem kto to był. Tamtych jakoś poskładali, a kolega był trochę zły na mnie i swoją siostrę, za przesadne środki podjęte w celu jego ochrony, czy jakoś tak.

Dziś kolega jest mym mężem, a jego brat nadal nie chce nam powiedzieć jakim cudem nic mu za to nie zrobili, kompletnie nic, nawet policja nie wzywała go na komisariat.

Ale co to za anonimowe bez wyznania :) W czasie jak jego brat rąbnął o ziemię tym jednym gnojkiem, to się tak z euforii nakręciłam, że miałam majtki mokre jakbym w nie nasikała, a była zima i mróz jak cholera. Nie żałuję!

#CP5V0

Zbliżają się święta. Niestety nie mam z nimi dobrych wspomnień. Od kilku dobrych lat spędzam je sama, a ostatnie święta z "rodziną" budzą traumatyczne wspomnienia.

Wychowywał mnie ojciec, alkoholik. W tamte święta zaprosił swoich kolegów, również alkoholików, z którymi upił się do nieprzytomności jeszcze zanim nadszedł wieczór. Ja wiedząc, że tak to będzie wyglądać, spędzałam wigilię w kościele, bo nie miałam gdzie indziej się udać. Koło 21 wróciłam do domu i już w progu usłyszałam, że mam iść do sklepu po więcej wódki, choć nigdy by mi jej nie sprzedali z racji wieku. Ojciec dodatkowo wspomniał, że wyrzucił mojego psa, bo szczekał na jego kolegów.

Spanikowałam, gdy to usłyszałam. Ten pies, Tofik, był jedyną istotą, do której wówczas mogłam się przytulić. Jedynie on spędzał ze mną czas, cieszył się gdy mnie widział, był dla mnie jak rodzina, której nie miałam. Pobiegłam na dwór go szukać. To był mały, schorowany kundelek, za daleko nie mógł odejść. W końcu go znalazłam, siedział zmarznięty pod jakimś samochodem. Wzięłam go na ręce i pobiegłam do domu. Niestety w progu stanął mój ojciec. Tak bardzo pijany, że ledwo trzymał równowagę, jednocześnie krzycząc i bełkocząc, że z tym psem mnie do domu nie wpuści i jak chcę wejść, to mam go gdzieś zostawić. Ja, wówczas 12-letnie dziecko, nie wiedziałam co zrobić. Nie wyrzuciłabym ukochanego Tofika, więc usiadłam z nim na klatce schodowej. Wtulona w psa przesiedziałam na tej klatce dobre kilka godzin. Nad ranem jednak nie mogłam już wytrzymać z zimna. Cała się trzęsłam i ledwo mogłam ruszać kończynami. Stwierdziłam, że wrócę do domu tylko na chwilę, aby się ogrzać, i zaraz wrócę do Tofika. Zostawiłam go owiniętego moją kurtką. Naprawdę chciałam iść tylko na chwilę, jednak uczucie, które mnie ogarnęło gdy weszłam z tego zimna do ciepłego pomieszczenia oraz potworne zmęczenie sprawiły, że zasnęłam, dosłownie odpłynęłam.

Obudziłam się kilka godzin później i spanikowana pobiegłam po psa. Niestety na klatce schodowej nie było ani Tofika, ani nawet mojej kurtki. Nigdy się już nie znalazł. Pewnie ktoś z mieszkańców bloku go wyrzucił z klatki, a kurtkę zabrał. Domyślałam się, że mogł zamarznąć z zimna gdzieś w śniegu, więc przekopywałam nawet zaspy śnieżne. Szukałam go codziennie przez dobry miesiąc, zanim w końcu się poddałam.

Do dziś nie mogę się z tym pogodzić. Dlatego właśnie święta budzą we mnie takie, a nie inne wspomnienia. Za to z pozytywów, mój ojciec zapił się ledwie kilka dni po moich 18 urodzinach, a ja od tego momentu zaczęłam w końcu żyć. O ile można nazwać to życiem.

#jIWbH

Jechałem odwiedzić rodziców. Spory kawał drogi i zależało mi na czasie, więc zdecydowałem się na Pendolino.

Przez pierwsze kilka stacji nie usiadł nikt obok nie. Wszystkie miejsca dookoła zaczęły się zapełniać, ale na szczęście ja wciąż miałem pełen komfort. No niestety. W końcu do wagonu wsiadła strasznie gruba kobieta. W duchu liczyłem, że nie siądzie obok mnie. I nie chodzi mi o uprzedzenia, po prostu jej rozmiary spowodowałyby, że musiałbym się wcisnąć i niemalże przykleić do okna, przy którym miałem miejsce.

Taki pech, że akurat miała miejsce obok mnie. Jakoś się pomieściliśmy i akurat nie ciasna przestrzeń jest powodem, przez który piszę to wyznanie. Owa kobieta po prostu strasznie pierdziała. Nie dość, ze na głos, to jeszcze fetor jaki się z niej wydobywał sprawiał, że chciało mi się wymiotować. Za którymś z rzędu pierdem kulturalnie zwróciłem kobiecie uwagę, że tuż obok jest łazienka i może skorzystać. Ona spojrzała na mnie, udając, że nie wie o co chodzi, po czym z powrotem wróciła do gapienia się w telefon. Niestety pierdzieć nadal nie przestała, a ja byłem już tak potwornie zniesmaczony (nie przesadzam, siedzenie dobrą godzinę w takim smrodzie naprawdę robi swoje), że wstałem i przeniosłem się do wagonu restauracyjnego, choć po tym wszystkim nawet nie mogłem patrzeć na jedzenie.

Cóż, na miejsce już nie wróciłem i reszta podróży minęła normalnie. Szkoda tylko, że zmarnowałem duże pieniądze na miejsce, na którym nie bardzo dało się siedzieć.
Dodaj anonimowe wyznanie