#5HRMC

Miałam 14 lat (czyli było to 15 lat temu) i wracałam z koleżankami ze szkoły. Nagle wyprzedził mnie jakiś mężczyzna, nie wiem ile miał lat, ale na pewno był sporo starszy, a przy tym wyprzedzaniu szturchnął mnie mocno ramieniem. Odruchowo krzyknęłam "Uważaj, koleś!", na co on wrócił się i ze słowami "Nie jestem żaden koleś. Jak rodzice nie nauczyli cię kultury, to ja cię nauczę", uderzył mnie mocno w twarz. Po czym odwrócił się i odszedł.

Byłam w szoku, podobnie jak moje koleżanki. Nie powiedziałam o tym rodzicom, bo wtedy było mi wstyd, ale teraz, kiedy jestem dorosła, wiem, że to nie mnie brakowało kultury, tylko jemu.

#u3IxA

Pod koniec zeszłego roku zaczęłam spotykać się z pewnym chłopakiem. Poznaliśmy się jeszcze w czasach gimnazjum, lecz wcześniej nie było okazji, aby porozmawiać dłużej niż 5 minut. Z początkiem roku postanowiliśmy związać się ze sobą. Wiadomo jak to w związkach - wzloty i upadki. Awantury o wszystko, wyłączanie telefonu, brak kontaktu z człowiekiem przez całe weekendy - nie podejrzewałam nic, myślałam po prostu, że jest aż tak zapracowany.

W zeszłą niedzielę dowiedziałam się, że mój chłopak ma dziewczynę (i wcale nie chodziło o mnie). Zapewnienia Bartka co do tego, że zostawi ją dla mnie były bardzo wiarygodne, ale zostawiłam temat. Zablokowałam chłopa wszędzie gdzie tylko się da. Nawet mi go szkoda, szczerze mówiąc... Z jego dziewczyną spotkałam się dwa razy i biedny nie spodziewa się tego, że lada moment zostanie bez dachu nad głową, że umowy w pracy (dziwnym zbiegiem okoliczności) mu nie przedłużą i że będzie w tym wszystkim sam.

Szczęście, że zarówno ja, jak i Kasia poszłyśmy po rozum do głowy i w miarę szybko uświadomiłyśmy sobie, z kim mamy do czynienia.

Jak tylko plan zostanie wprowadzony w życie, z chęcią napiszę co dalej dzieje się z chłopem.

#lA8Hq

Jestem świadkiem Jehowy. Urodziłam się i wychowałam w mocno wierzącej i konserwatywnej rodzinie (mój ojciec jest starszym zboru).

Od zawsze czułam się gorsza. Szczególnie od mojego brata, któremu wolno było dużo więcej. Mnie zawsze kontrolowano - jak się ubieram (oczywiście kobiety mogą nosić tylko spódniczki, ale nie krótsze niż za kolano), z kim się spotykam, co czytam czy co robię w szkole. Moje życie to pasmo ciągłych zakazów i nakazów. Nie spotykaj się ze światusami (nie świadkami Jehowy), nie czytaj tej książki, bo porusza zakazane tematy, podważaj ewolucję, nie wstawaj do hymnu Polski, chodź po domach i manipuluj ludźmi, bądź uległa i słuchaj się mężczyzn - ojca i brata. Nawet urodzin nie możemy obchodzić. Do tego w tym roku piszę maturę i dostałam kategoryczny zakaz pójścia na studia. Ojciec dobitnie mi przekazał, że najlepiej jakbym szybko znalazła męża (oczywiście świadka) i zajęła się rodziną, czyli powołaniem kobiety.

Mam tego dość. Z jednej strony chcę się wyrwać, ale z drugiej nie chcę tracić większości rodziny i znajomych. Chciałabym też wyrwać rodziców z tego szaleństwa, wiem, że nie są złymi ludźmi, a po prostu zmanipulowanymi. Mam już po prostu dość. Wybierając wolność, stracę bliskich. Dłużej już tak nie mogę, myślę o oficjalnym odejściu i wyjechaniu do innego miasta. Strasznie się jednak boję, że sobie nie poradzę. Może lepiej poudawać jeszcze trochę i nacieszyć się czasem z rodziną i przyjaciółmi?

#CwH7g

Od pół roku mam starszego o 6 lat chłopaka. Uprawiamy seks prawie od początku związku, ufamy sobie. Dla jasności wiemy o swoich byłych co i jak, ale wspólnie uznaliśmy, że nie będziemy o nich rozmawiać. On ma uraz do swojej byłej, ja mam uraz do swojego byłego i tyle. Jego była chodzi ze mną do szkoły. 

Czasami gdy wracam do domu, mam takie dziwne myśli. Często po stosunku z nim też je mam... A mianowicie mam myśli, że on kiedyś uprawiał seks z nią. To ją tak całował, przytulał, patrzył na nią z miłością tak jak na mnie teraz. Jest mi wtedy mega przykro, mam ochotę się rozpłakać... Nic mu o tym nie mówiłam.

Czy miał ktoś podobnie? Jak sobie z tym poradziliście? To jest naprawdę męczące 😞

#Pmk2p

Ciągle gadam sam ze sobą, wyobrażam sobie drugą osobę i z nią rozmawiam, mieszkam sam, więc nie ma problemu. O życiu, o tym co słychać, co nowego itd. To permanentna samotność, kosmiczny brak odwagi i hiper kompleksy. Moja praca pochłania mnóstwo mojego czasu, nie zmienię jej, bo lepszej w moim mieście nie dostanę, nie wyprowadzę się, bo perspektywa rozpoczynania życia na nowo to koszmar, który zablokowałby mnie totalnie.

Nie skarżę się już, przyzwyczaiłem się, wszystkie święta siedzę sam, jeżeli akurat nie pracuję, wszystkie urlopy, wakacje zawsze sam. Piszę tak tylko, żeby uświadomić niektórych, że serio są na tym świecie ludzie, którzy są ultra weseli, mili i jednocześnie są przesiąknięci samotnością tak bardzo, że utopili się w niej i towarzysko są już martwi. Nie szukam znajomych, bo przez lata stałem się już takim dziwakiem, że nie umiem rozmawiać z ludźmi, nie potrafię.

#0tzLs

W liceum miałam dziwną relację z nauczycielem WOS-u. Zaczęło się od dodatkowych zajęć, przygotowałam się na konkurs. Wyglądało to tak: najpierw z klasy wyłaniano jedną najlepszą osobę, potem jedną w szkole, potem w mieście itd. aż do etapu krajowego. Mnie ten konkurs mógł otworzyć drzwi do mojej wymarzonej uczelni. Najlepsi dostawali indeksy i nie musieli startować w konkursie o miejsce. Taki złoty bilet.

Gdy kwalifikowałam się do kolejnych etapów, pan profesor mnie nagradzał pocałunkami i przytulaniem, bez mojej zgody, potem było gorzej. Mówił, że jestem jego ulubienicą. Nie wiedziałam co mam zrobić, nie bardzo miałam komu to powiedzieć, a i tak miałam świadomość, że nikt mi nie uwierzy. Moi rodzice wyjechali za granicę do pracy, a ja zostałam sama w domu, niby pod opieką starszej siostry, ale ona mieszkała ze swoim chłopakiem. Byłam nawet u dyrektora z prośbą o przydzielenie mnie do innego nauczyciela, ale mi odmówił, bo jak stwierdził nasza współpraca przynosiła efekty, szkoła miała więcej nagród i lepiej wypadała w rankingu.

Bałam się co się stanie jak wygram ten konkurs, więc specjalnie napisałam źle odpowiedzi i nie znalazłam się w 10 najlepszych. Profesor znalazł sobie innych olimpijczyków, ja go zawiodłam. Tak naprawdę bałam się, że może mi coś zrobić, bo za każdym razem posuwał się dalej. Indeksu nie dostałam, zrezygnowałam z pisania matury z WOS-u (gdybym ją pisała, musiałabym chodzić na dodatkowe kółko, a nie chciałam już widzieć tego człowieka). Na uczelnię się dostałam z naboru dodatkowego. Wszyscy myślą, że po prostu nie miałam wiedzy i zawiodłam moją szkołę, a ja nawet po latach nikomu się do tego nie przyznałam.

#8xZvE

Jestem jedynaczką. Mama miała bardzo ciężki poród, na brata czy siostrę nie było szans mimo wielu prób.
Tak więc ze swojego jedynego dziecka rodzice postanowili zrobić ideał.

Kiedy poszłam do pierwszej klasy, zapisano mnie do szkoły muzycznej na skrzypce, do tego było pływanie, angielski, balet i karate.
Byłam zdolnym dzieciakiem, balet bardzo mi się podobał, ale jak wiecie przy treningach zdarzają się kontuzje. Dla moich rodziców nawet skręcona ręka czy kolano nie były powodem do odwołania zajęć. Z szyną na nodze chodziłam na karate, bo przecież mogę się przyglądać. Wyjątkowo obfity i bolesny okres? (oczywiście później, nie w 1 klasie) - popływasz, to się rozluźnisz.
Do tego musiałam być we wszystkim najlepsza. Nigdy nie miałam weekendu, wakacji czy świąt - były tylko książki od rana do wieczora. Było przepytywanie na wyrywki z podręczników - jedno minięte zdanie to szlaban i awantura. Rodziców nie interesowało nawet, czy rozumiem temat - miałam umieć na pamięć i tyle.
Nie wystarczało, że jestem najlepsza w klasie. Musiałam być najlepsza w szkole. Kropka.

Tak to trwało aż do matury. Tylko raz opuściłam szkołę, po wypadku samochodowym, kiedy leżałam w szpitalu.
Wstyd się przyznać, ale najszczęśliwszym dniem w moim życiu było, kiedy mama złamała rękę i miałam kilka godzin spokoju.
Szybko też nauczyłam się kombinować, żeby nie oszaleć. Przeczytałam chyba cały dział fantasy w miejskiej bibliotece. Niby się ucząc, pochłaniałam książki jedna za drugą.
Pamiętam dzień, kiedy zapomniałam podręcznika i dostałam jedynkę. Nawet nie jestem w stanie o tym opowiadać.
Kilka razy chciałam ze sobą skończyć - ze strachu, bo poszło mi gorzej w szkole. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział.

Dzisiaj mam 30 lat. Z rodzicami kontakt mam jedynie na święta przez telefon. Mieszkam w słonecznej Kalifornii, mój mąż jest Amerykaninem polskiego pochodzenia. Gdyby nie on, nie byłoby mnie już na świecie.

Jeśli spodziewacie się dzieci lub je macie - ja wiem, że chcecie jak najlepiej. Ale pozwólcie im być dziećmi.

#GePxe

Kiedy miałam ok. 10-11 lat wspólnie z koleżanką wymyśliłyśmy zabawę, która polegała na wymyślaniu numerów telefonu. Gdy udało się nawiązać połączenie, mówiłyśmy różne żarty w stylu: "Dzień dobry, babcia Jadzia chciała zamówić mszę za dziadka." albo "Zamawiał pan węgiel?".

Oczywiście nikt nie wierzył naszym dziecinnym głosom i ludzie szybko kończyli rozmowę. Pewnego dnia gdy wybrałyśmy przypadkowy numer i udało nawiązać się połączenie, był to nasz ostatni żart tego typu. Odebrał jakiś mężczyzna. Zaczęłyśmy: "Wujek Włodek, jutro będziemy na dworcu w Krakowie, odbierzesz nas?".

Rozmówca ochoczo odpowiedział, że nie może się nas doczekać, ma dla nas wiele atrakcji przygotowanych i nie mamy się bać, bo tym razem nie będzie bolało, gdy będzie się z nami kochał. Nigdy nie powiedziałyśmy o tym nikomu dorosłemu... Z perspektywy czasu rozumiem, że to był duży błąd.

#aOQTl

Jakoś w wakacje ja ze swoimi rodzicami przeprowadziłem się z mieszkania w bloku do domu, który, przez różne sytuacje po drodze, był remontowany dobre kilka lat. W czasie tego remontu, a także długo po, regularnie dowiadywałem się tego, jak bardzo ciekawa wszystkiego jest moja rodzina, a także znajomi.
Wbrew pozorom, wszystkie te historie są prawdziwe.

Codzienne telefony od członków rodziny z pytaniami o stan prac były właściwie normą. Nie raz zdarzało się, że kilka minut po telefonie przyjeżdżali na miejsce remontu, by na przykład zobaczyć nowe blaty w kuchni albo wyposażenie salonu, które kilka godzin wcześniej zostało dopiero co złożone. Do dziś pamiętam, jak moja ciocia po swoim telefonie, przyjechała chwilę później, i nie była sama, ale tez wzięła ze sobą dzieci i męża, bo chcieli zobaczyć.... okna.

Oczywistym było też, że członkowie mojej rodziny przekazywali dalej dosłownie wszystko, czego się dowiedzieli. Jestem pewien, że jeszcze w ten sam dzień wiedzieli o tym wszystkie osoby, których numery mieli w kontaktach.

Prywatnie wystarczająco się o tym przekonałem, gdy w szkole nie musiałem nawet informować znajomych, że się przeprowadzam, bo oni to już od kogoś wiedzieli. Oczywiste, zasypali mnie licznymi pytaniami w stylu "to kiedy będę mógł zobaczyć twój nowy dom?". Pytały mnie nawet takie osoby, u których o byciu w ich domu mogłem tylko śnić. Bo nigdy mnie tam nie zaprosiły.

Doszło do tego jeszcze coś innego. Liczne odwiedziny. Właściwie mieliśmy je przez dobre kilka miesięcy, co weekend. Raz byli to znajomi moich rodziców, innym razem osoby z dalekiej rodziny, które po raz pierwszy widziałem na oczy. Pamiętam do dziś, jak odwiedziła nas znajoma z podstawówki od mojej mamy, z którą nie miała kontaktu przez jakoś 10 lat, bo ta uznała, że w ramach odnowienia kontaktu zobaczy nasz dom, bo to jest idealna okazja ku temu. Nie było by nic w tym podejrzanego, gdyby znowu nie urwała z moją mamą kontaktu po tych odwiedzinach.

Zdarzało się też, że te odwiedziny miały miejsce bez wcześniejszej zapowiedzi. Niekiedy zdarzało się, że po prostu ktoś pukał do drzwi (głownie znajomi moich rodziców) z zapytaniem, czy mogą odwiedzić nasz dom bo słyszeli że się przeprowadziliśmy. Oczywiście, że mogli wejść. 

Najgorsze jednak nie były te telefony odwiedziny i ciekawość dosłownie każdej spotkanej osoby (do tych rzeczy zdążyłem się już przyzwyczaić), ale to, że moi rodzice nie widzieli w tym nic złego. Nie widzieli nic złego w telefonach od ciekawych każdego elementu zabudowy rodziny, nie widzieli też nic złego w odwiedzinach, nawet tych nie zapowiedzianych, nie widzieli tez nic złego w tym, że mój przyjaciel w trakcie swoich odwiedzin zobaczył wnętrze chyba każdej szafy i szafki w domu i wypytał chyba o wszystko, o co tylko mógł. Tylko ja widziałem w tym coś złego.

Może to jest głupie, ale ja naprawdę czuję się ciężko. I chcę jak najszybciej urwać kontakty ze swoją rodziną i znajomymi. Ich ciekawość mnie dosłownie przeraża.
Dodaj anonimowe wyznanie