#8D2o4

Doniosłam na sąsiadów. Po kolei. Jestem w grupie ryzyka. Boję się tego dziadostwa, na szczęście mam możliwość siedzieć w domu. Z niepokojem obserwowałam sąsiadów, a właściwie ich nastoletnie dzieci, które non stop wychodzą z domu, wsiadają na rowery, czy przyjmują całe stado nastolatków pod swój dach. Dziwię się sąsiadce, że na to pozwala, jednak nie znamy się na tyle, żebym mogła to jakoś usprawiedliwić. Przyjeżdżają do niej co parę dni jacyś ludzie z dziećmi, może rodzina, może znajomi, kawkują wtedy na podwórku.

Czarę goryczy przelała impreza urządzona przez dzieciaki wielkanocnego wieczoru. Po prostu zgłosiłam imprezę na policję, a oni zajęli się resztą. Nie żałuję.

#18ouB

W związku z kolejnymi protestami związanymi z zaostrzeniem ustawy o aborcji, chciałabym opisać moją historię. Mam nadzieję, że skłoni ona do refleksji osoby pro-life.

Gdy moja matka miała 18 lat, zaszła w niechcianą ciążę. Ojcem dziecka był okoliczny patus, który wkrótce po moich narodzinach zmył się. Matka prawdopodobnie dokonałaby aborcji, ale religijna rodzina odwiodła ją od tego pomysłu.

Wraz z mamą pomimo braku pieniędzy wiodłyśmy całkiem dobre życie, do czasu aż nie poznała kolejnego partnera, z którym wzięła ślub. Wkrótce nowy tatuś zaczął traktować mnie jak śmiecia i dawać mi do zrozumienia, że jestem niechciana. W wieku kilku lat byłam często zamykana w pokoju, żebym nie przeszkadzała. Problem pogłębił się po narodzinach przyrodniego rodzeństwa. Wtedy już zarówno matka, jak i jej partner dawali mi do zrozumienia, że jestem niechciana. Całe dnie spędzałam zamknięta w pokoju, często chodziłam głodna, nikt nie interesował się moim życiem. Już jako dziecko miałam myśli samobójcze i okaleczałam się.

Dziś jestem dorosłą osobą z wieloma problemami psychicznymi. Ciągle odczuwam konsekwencje braku miłości w dzieciństwie, zmagam się też z depresją. Często myślę, że wolałabym się nie urodzić.

Właśnie tak wygląda życie niechcianych dzieci. Zanim następny raz krzykniecie, że każde dziecko powinno się urodzić, zastanówcie się dwa razy.

PS Rodzina odwodząca matkę od aborcji nigdy mi nie pomogła, a gdy doświadczałam przemocy, odwracali głowy, bo to nie ich problem.

#JURkA

Od jakiegoś czasu robię sobie zabiegi body wrappingu (smarujesz spyrki specjalnym balsamem rozgrzewającym, owijasz się folią i czekasz aż boczusie i cellulit się wypalą).
Zrobiłam już cały słoiczek pamiętając, że jak posmaruje się za grubo, to będzie źle. Wszystko ładnie, wszystko pięknie, aż do dzisiejszego wieczoru.

Została mi już taka ładna końcówka, na raz za dużo, na dwa za mało. Nałożyłam to wszystkim na ciało, owinęłam się folią i leżę. Powinno się w tym siedzieć jakieś 40 minut. Wytrzymałam 3. Poparzyłam dupsko i brzuch.

Teraz to siedzę gołą dupą na kafelkach, to się kładę na brzuch. Zaczyna mi już brakować zimnych kawałków podłogi w łazience :(

#2Ar20

Jestem w takim wieku, że moi znajomi częściej wrzucają na Facebooka zdjęcia swoich dzieci niż swoje własne. Często matki atakują mnie też prośbami o lajki pod zdjęciami bombelków w przeróżnych konkursach - najczęściej komentarzem WALCZYMY o nagrodę (zwykle nagroda to jakaś zabawka, paczka słodyczy, ciuszki).

Uwielbiam wyobrażać sobie taką prawdziwą walkę między matkami dwójki dzieci z największą ilością lajków - jak się ciągną za włosy, krzyczą, drapią pazurami w wielkiej bitwie o polubienia. Często też czysto złośliwie wchodzę w link wysłany przez taką znajomą i zostawiam lajka pod zdjęciem innego, losowo wybranego dziecka, jednocześnie koleżankom odpisując coś w stylu "OK, zrobione :) ".

#LwlnM

Odkąd pamiętam w moim domu były nakazy i zakazy, był narzucany nam (mi i mojemu rodzeństwu) sposób myślenia oraz wiara. O ile jestem w stanie zrozumieć np. chodzenie co niedzielę do kościoła, to zmuszanie całej rodziny do codziennej modlitwy, czy słuchania Radia Maryja, bądź szantażowanie, że jeśli nie pójdzie się do kościoła to można zapomnieć np. o wyjściu ze znajomymi, już nie.

Za takie zachowania odpowiada tata. Nigdy nie zapomnę jak powiedział mi prosto w oczy, że dla niego najważniejszy jest Kościół, a nie rodzina... Przez to co się dzieje w domu totalnie odeszłam od Kościoła, czuję, że Bóg zabrał mi ojca. Na każdym kroku w domu można zobaczyć święte obrazki, krzyże, jakieś modlitwy, w sypialni rodziców jest "ołtarzyk", przy którym codziennie cała rodzina musi się modlić. Był czas kiedy to tata spędzał każdą wolną chwilę w kościele, potrafił wracać stamtąd po północy, należał wtedy do jakiegoś kółka, czy coś w tym stylu.

Aktualnie już nie mieszkam w domu rodzinnym, kończę studia. Zostało tam moje rodzeństwo, które tak jak ja ma dosyć całej tej sytuacji i kombinuje jak może byleby nie spędzić kolejnych chwil na modlitwie.

Chciałabym zamieszkać z chłopakiem, mam już trochę ponad 20 lat, ale przez myślenie "zamieszkać z lubym można dopiero po ślubie" niestety nie jest mi to dane. Dopóki nadal jestem na ich utrzymaniu mogę o tym tylko pomarzyć, dlatego bardzo chcę się usamodzielnić, zarabiać już na siebie. Przez tą całą sytuację z koronawirusem wymarzona praca przeszła mi koło nosa...

Rodzice wymyślili sobie, że mam skończyć studia, szkoda tylko, że mają gdzieś to, że wcale nie chcę robić tego na czym aktualnie jestem. Mam ten komfort w życiu, że już wiem co chce robić w przyszłości, w czym jestem dobra i jestem pewna, że osiągnę w tym wiele. Moich rodzicieli to nie obchodzi, moje plany na przyszłość nazywają "idiotyzmem", nie otrzymuję od nich żadnego wsparcia psychicznego, a naprawdę dużo nie wymagam. Uważają, że dopóki dają mi pieniądze to dają mi tym samym wsparcie, a ile ja bym dała, żeby tych pieniędzy nie mieć, a usłyszeć od nich słowa "bez względu na to co postanowisz jesteśmy z Tobą, możesz na nas liczyć". Zamiast tego ostatnio usłyszałam, że nigdy nie uda mi się zarobić na jakieś fajniejsze auto, po prostu, bo nie.

Przez to wszystko nie mam ochoty wracać do domu, ba nawet nie chce mi się dzwonić do rodziców, bo od razu są pretensję dosłownie o wszystko. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Przecież to moi rodzice, jak mogę tak w ogóle pomyśleć, że nie chce do nich wracać... Czuję się jak najgorsza córka na świecie, tym bardziej jak cały czas słyszę od mamy, że przeze mnie ona się denerwuje, ma już zszargane nerwy i problemy ze zdrowiem.
Puenty nie ma, chciałam się tylko wygadać.

#DZqMf

Lipiec 2015 r. Wtedy zaginął mój starszy brat. On miał 20, ja 17 lat.Wyszedł do sklepu i rozpłynął się w powietrzu. Nigdy nie sprawiał żadnych problemów, w domu był kochany. Pamiętam ten strach, niepewność, nieprzespane noce, setki rozwieszonych plakatów. We wrześniu miałam 18 urodziny. Nie było nawet tortu, bo rodzice byli zajęci poszukiwaniami. Policja rozkładała ręce, nikt nic nie wiedział. Każde święta, urodziny były dniami napięcia, że nie ma go z nami, że może dzisiaj wróci. Widziałam jak bardzo moi rodzice są tym zmęczeni, wiecznym czekaniem i niepewnością. Czy żyje, czy ktoś zrobił mu krzywdę, czy nie jest głodny, nie jestem mu zimno. Zaczęliśmy uczyć się z tym żyć, chodzić do pracy, ale nadal nie przestając do szukać.

W listopadzie 2019 mój brat zapukał do drzwi. Pamiętam ten szok jak otworzyłam, a on tam stał. Gładko ogolony, ścięty na krótko, normalnie ubrany, uśmiechnięty. Przed zaginięciem nosił długie włosy, brodę, styl na metala. Rodzice szczęśliwi, ale każdy chciał wiedzieć co się stało. Otóż mój brat postanowił odpocząć. Tak, moi drodzy, po prostu odpocząć. Był zmęczony technikum, maturą, obowiązkami domowymi, więc uznał, że zrobi sobie "wakacje życia". Ściął włosy, ogolił się, łapał się dorywczych prac. Uznał, że odpoczął, więc wrócił. Tak po prostu.

Byłam tak wściekle zła, że wyrzuciłam z siebie wszystko co mnie bolało. To jak cierpieli rodzice, tata przeszedł zawał, ile łez wylali, bo gnojek był zmęczony. Mój tata kazał mu wyjść i nie wracać. Skoro tak dobrze żyło mu się bez rodziny, niech żyje tak dalej. Brat próbował szukać poparcia u mamy, ale ona się nie ugięła, chociaż widziałam jak jest jej ciężko. Brat wyszedł i to był nasz ostatni kontakt z nim. Od rodziny wiem, że szukał pomocy u nich, nagadał jak to nie chcemy mu pomóc, jacy źli jesteśmy, że nic nie jest jego winą. Na szczęście znali naszą wersję.

Rodzice nie chcą go znać, nikt nie rozumie dlaczego tak nas potraktował. Dlaczego nie powiedział "muszę wyjechać i odpocząć". Nigdy nie byliśmy bici, w domu niczego nie brakowało, rodzice rozmawiali z nami o wszystkim, ufali nam.

Dzisiaj brat napisał mi na Fb wiadomość. Czy nie jest mi głupio, że święta spędzamy bez niego, jak ja mogę spać po nocach wiedząc, że rodzice wyrzucili go z domu, że on nie ma pieniędzy i mogłabym mu coś dać, bo rodzice są bezczelni, a on jest taki biedny i pokrzywdzony. Przecież nic złego nie zrobił! Odpisałam, że w końcu rodzina śpi spokojnie i życzę wesołych świąt.

Nie potrafię zrozumieć dlaczego ktoś, komu niczego nie brakowało był w stanie tak skrzywdzić swoich najbliższych. Siedząc przy świątecznym śniadaniu mama powiedziała "Wiecie? Ja w końcu jestem spokojna. Mimo że to mój syn, to już jest dobrze". Oboje z tatą jej przytaknęliśmy. Ja już nie mam brata i nic go nie obroni.

#ZVkpp

Apteki na szczęście jeszcze czynne, więc poszłam i kupiłam na zapas pudełko podpasek. Już po odejściu od kasy zobaczyłam, że wzięłam nie ten rodzaj co zwykle. Podeszłam z pudełkiem do aptekarza i pytam - czy może mi pan zmienić?
Młody farmaceuta zrobił się cały czerwony aż po końcówki uszu:
- Ale ja nigdy tego nie robiłem...

Chyba niechcący wystraszyłam niewinnego prawiczka.

#Dhpxm

Drażni mnie podejście niektórych osób.

Od około miesiąca obserwuję na Facebooku pewne zjawisko. Ktoś wystawia maseczki, ceny są przeróżne, od 3 zł za sztukę do nawet 20 zł. Pod większością ofert maseczek znajdą się komentarze typu: "Rozdaj za darmo", "Daj za darmo do szpitala", "Żerujesz na ludzkiej krzywdzie, hieno". I wiele wiele innych tego typu.
Chciałabym wyjaśnić pewną rzecz, być może obecnym tu autorom podobnych komentarzy.

Otóż wyobraź sobie sytuację, że masz działalność rękodzielniczą i to jest twoje jedyne źródło dochodu - szyjesz jakieś rzeczy typu wyprawki dla dzieci, ubrania, torebki czy inne. Przychodzi koronawirus, a z nim kryzys gospodarczy. Ludzie przestają kupować twoje wyroby z różnych powodów. Z dnia na dzień tracisz dochód, nie masz z czego opłacić rachunków, kupić jedzenia, nakarmić zwierząt, pokryć kosztów prowadzenia działalności czy wypłat dla pracowników, jeśli ich masz. Nad firmą wisi widmo bankructwa z komornikiem na czele. Robisz wszystko, by sprzedać swoje rękodzieło, wkładasz w to wszelkie siły, nie śpisz po nocach, żyjesz w stresie, ale jak wcześniej sprzedawało się coś codziennie za spore kwoty, tak teraz sprzeda się coś może raz na trzy dni, może rzadziej, i to za niewielkie kwoty, a to zdecydowanie za mało, żeby z tego przeżyć. Pracy nie możesz znaleźć, bo skoro jest kryzys i ludzie jeszcze pracę tracą, to nie jest to takie proste. A jeść trzeba. Niektórzy pewnie zamkną firmy i będą liczyć na to, że pracę znajdą albo właściciele mieszkań się zlitują i odroczą czynsz. Ale są też tacy, którzy będą próbowali ratować swoje biznesy, bo włożyli w to kilka lat życia, wiele nieprzespanych nocy i wyrzeczeń, nie chcą tego teraz stracić, zwolnić pracowników i zostawić ich na lodzie bez pracy i dochodu.

Wyobraź sobie, że to jesteś właśnie ty.

Bierzesz się więc za szycie maseczek, bo to jedyny sposób, by utrzymać działalność, pracowników i siebie. Czyli to, na co jest teraz zapotrzebowanie. Wcześniej było duże zapotrzebowanie na kocyki dla dzieci, damskie torebki, maskotki, teraz go prawie nie ma, jest zapotrzebowanie na maski.
Kupujesz materiały, które teraz kosztują niemało, bo część fabryk od długiego czasu stoi, a te, które funkcjonują, drastycznie podnoszą ceny i tak jak kiedyś można było kupić metr bawełny za 7-12 zł, tak teraz jest od 13-25 zł za metr. Inwestujesz pieniądze, swój czas, siły. Szyjesz, wystawiasz na FB, bo sporo osób tam teraz siedzi, więc łatwiej dotrzeć do klientów.
Masz nadzieję, że ktoś coś kupi i będziesz mieć z czego nakarmić dzieci, zapłacić rachunki, wypłacić pensje pracownikom, żeby też mogli nakarmić swoje dzieci.
W odpowiedzi czytasz "daj za darmo", "hieno, żerujesz na krzywdzie" i temu podobne...

Nie musisz kupować maseczek jeśli nie chcesz, możesz je zrobić sam, ale proszę, nie hejtuj osoby, która właśnie tonie.

#LCdOA

Byłam kiedyś z chłopakiem, który był mocno wierzący. Mieliśmy wtedy po 20+ lat i studiowaliśmy razem. Tak się złożyło, że po kilku miesiącach każde z nasz szukało nowego mieszkania, więc wynajęliśmy wspólnie pokój. Żyliśmy sobie kilka lat razem i było coś, co mnie dziwiło, ale zwalałam to na zmęczenie. Jak ja inicjowałam seks, to było normalnie, jednak jego "zachęcanie" wyglądało tak: idziemy spać, przytulamy się i czuję, jak "coś" wbija mi się w plecy. Jak zaczynam przysypiać, to niby się dobiera, ale zaraz przestaje. No i tak w kółko, przysypiam i budzi mnie delikatne "dobieranie się". Zazwyczaj kończyło się tym, że przejmowałam inicjatywę, bo w sumie już chciałam iść spać...
Dopiero po czasie zrozumiałam czemu on niczego nie inicjuje. Bo przecież seks przedmałżeński to grzech, a on nie chciał doprowadzać grzechu. Byłam bardzo zdenerwowana, bo nigdy nie mówił, że chce czekać, a jak ja zaczynałam, to się nie opierał, a nawet był bardzo chętny... Zwyczajnie nie chciał być "winny".

Nie potępiam ludzi za ich wierzenia, bo jak ktoś chce czekać do ślubu, to proszę bardzo. On jednak chciał "zwalić winę na mnie", przynajmniej w jego głowie było "ja nie robię nic złego, bo to ona zaczyna".

Rozstaliśmy się (akurat nie z tego powodu), a ja mam uraz do ludzi mocno wierzących.
Dodaj anonimowe wyznanie