#hoIGU

Wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja w dzisiejszym świecie. Chodzę do liceum i muszę grzecznie przesyłać prace domowe.

Jako że siedzę cały czas w domu, stwierdziłam, że wezmę się za siebie i zaczynam ćwiczyć - na pierwszy ogień wiadomo, tyłeczek... A więc cykam sobie kilka zdjęć mojej puszystej pupci, żeby potem zrobić popularny efekt PO.
Potem odrabiam pracę domową z matmy, męczę się przy tym niemiłosiernie. Okej, dałam radę - wysyłam.

Budzę się rano, wchodzę na maila, a tam wiadomość od mojego profesora matematyki „Witam, dziękuję za przesłanie połowy zadań, niestety drugą połowę też musisz przesłać, goły tyłek nie zadziała”.

Tak, wysłałam jedno zdjęcie pracy domowej, a drugie mojej zadka. Pomocy, nie wiem jak ja wrócę do szkoły :D

#FcEK6

Kiedy pies chciał mi wczoraj opylić ciasto, wpadłam na genialny pomysł udawania, że wyjadam mu chrupki z miski. Tego jeszcze nie grali w tym domu, jego reakcja bezcenna, poprawił humory wszystkim. Oczywiście chowałam je w rękaw, ale z ostatnim chrupkiem stałam się wrogiem, to było takie "jak mogłaś mi zjeść, z mojej miski, no co ty, nawet jednego nie zostawiła, daj chociaż ostatni, no weź!". W końcu zaczęłam oddawać mu te chrupki, a on ze zdziwioną miną je zjadał, wysypałam wszystkie i zabrał je obrażony z całą miską. Jeszcze nie widziałam, żeby z taką zawziętością opylał te chrupki :)

#HET9q

Od ponad roku chodziłam na korki z chemii. Problem w tym, że lekcji udzielała pani, która jest matką koleżanki mojej mamy.

Już od początku mi się nie podobało. Pani była bardzo flegmatyczna, 10 minut lekcji poświęcała na robienie sobie kawy/herbaty. Narzekała na podstawę programową i używała książek chyba z lat 80. Nic jej się nie podobało. Gdy zrobiłam źle zadanie, krzyczała, że ona jest mi niepotrzebna, bo i tak robię swoje. Zamiast coś spokojnie wytłumaczyć, krzyczy, stęka i sapie, a koniec końców nic nie rozumiem. Daje mi trudne zadania i mówi coś typu „tobie to zajmie 15 minut, a na koniec i tak będzie źle, więc ja pójdę sobie po ciastko”. W trakcie moich lekcji czasami w pokoju obok jej syn udzielał korków z gry na gitarze. I zamiast inaczej skomponować grafik, narzekała jedynie na syna, że ma migrenę od tej gitary.

W październiku przez całe zajęcia narzekała na Halloween. Raz przyszłam na zajęcia z mokrą parasolką i krzyczała, że jak to się powtórzy, to będę myć u niej parkiet. Lubię koty, ale w trakcie zajęć do pokoju wchodzi kot nauczycielki, a ona mówi do niego jak do człowieka hasła obrażające maturzystów. Uważa, że w podstawówce umiała więcej niż teraz studenci. Jest okropną osobą, cały czas narzeka, chodzi obrażona i jak za karę. Niczego się u niej nie nauczyłam, a baba bierze 70 zł za godzinę. Mówiłam rodzicom mnóstwo razy, że nienawidzę tam chodzić, a oni uważają, że nie mam na co narzekać, że pani była rewelacyjną chemiczką itp. Na nic moje tłumaczenia, że jedyne co robi to je, narzeka i robi kawę. Zmarnowaliśmy na to mnóstwo pieniędzy, a moje kolejne próby rezygnacji z tych zajęć kończyły się krzykiem. Chciałam znaleźć inną nauczycielkę i chodzić tam, ale rodzice utrzymują kontakt z córką tej mojej nauczycielki i szybko wyszłoby na jaw, że zrezygnowałam. Chcę iść na farmację albo na lekarski, a moja korepetytorka mówi, że nadaję się do pracy „za ladą jako sklepowa”. Nie mam nic do takiej pracy, ale nie chcę czegoś takiego wysłuchiwać.

Nauczycielka już w lutym drżała z powodu koronawirusa. Nie wychodzi z domu, odwołała lekcje. Miałam nadzieję, że koszmar się skończy, ale okazało się, że pani znakomicie poradziła sobie z obsługą komputera, bo pomógł jej w tym syn gitarzysta. Zadzwoniła do mojej mamy z informacją o zajęciach zdalnych. Pomyślałam, że to okazja do pokazania rodzicom prawdziwego oblicza tej baby. Na pierwszych zajęciach powiedziałam mamie, żeby ukradkiem patrzyła na tę babę i jej zajęcia. Ona tak zrobiła.
A korepetytorka jak odmieniona... Anioł, nie kobieta! Zero uszczypliwych komentarzy, wyrozumiała.  Zadała mi współczesne arkusze maturalne (czego nigdy nie robiła). A na koniec kazała pozdrowić rodziców.

Czuję się jak oszust. Rodzice myślą, że kłamałam z lenistwa. Straszny wstyd, a tej baby i tak nie przyłapałam.

#YHg4H

Poroniłam.
Mało anonimowe, ale nie jest to temat, który chętnie poruszyłabym na rodzinnym obiadku lub w gronie znajomych.

Nie wiedziałam, że byłam w ciąży. Owszem, spóźniał mi się okres, ale zawsze był nieregularny, chociaż tabletki nieco ustabilizowały cykl. Jednak w zamieszaniu i stresie umknął mi fakt, że opóźnia się o dwa tygodnie. A ostatni faktycznie mógł być zbyt skąpy.
Lekki stres, apteka, łazienka i dwie kreski.
I o wiele większy nerw.
Dwa testy później wysuszyłam pęcherz i powoli zaczęłam akceptować sytuację.
A na drugi dzień zaczęło się krwawienie. Kolejnego ból, skurcze, fasolkowata grudka spuszczona w kibelku. Jeszcze jedna doba zmieniania podpasek i koniec. Następne siusiu na plastikowy wskaźnik - nadal dwa paski.

Nie planowałam dzieci, zabezpieczałam się z partnerem - tabletki, gumki, zakaz kończenia w środku. Za młoda, za duże plany, związek niby kilkuletni, ale nie śpieszy mi się do wspólnych zobowiązań. Nie ten czas, by latać z brzuchem. A instynkt macierzyński odpalał się u mnie tylko na widok zwierzaków, dzieci lubiłam zawsze, ale bez szału i euforii. Wmawiałam sobie, że z moimi będzie inaczej.
A jednak czuję ulgę przemieszaną z zawodem. Nie potrafię całkiem wyzbyć się myśli, że NIEMAL miałabym dziecko. I nawet świadomość, że to normalne, poronienia w pierwszych tygodniach są częste, nie skreśla przekonania, że może jestem jakoś wybrakowana.

Partner nie wie. Przeżywałby to bardziej, nakręcałby siebie i przy okazji mnie.
Nikt nie wie, bo sama nie wiem, z kim mogłabym szczerze, bez wstydu o tym pogadać. Utrata wpadki to raczej nie powód do dumy.
Na ciążowe fora nie pójdę. Zajrzałam i zaatakowały mnie litość, nadmiar współczucia i wspólne modły do "aniołków". Za to podziękuję.

Dziś po raz kolejny zrobiłam test. A nawet trzy. Tak dla pewności.
W końcu jedna kreska.

#OgeLi

Może to i będzie żal post, ale może komuś da do myślenia.

Od ponad miesiąca jest kwarantanna, rząd wprowadził wiele zakazów, kazał nam siedzieć w domu itp. Niewiele jednak osób wie, że przez wirusa wprowadzono zakaz porodów rodzinnych... Dla nas - kobiet w ciąży - jest to cios prosto w serce. Wiem, że dawniej kobiety rodziły same i było to na porządku dziennym, ale dawniej było wiele rzeczy dozwolonych, które teraz są zakazane prawnie. Wiele osób twierdzi, że jest to dla naszego i personelu dobra - co jest kompletną bzdurą. Jeśli mieszkam z mężem, który miał być przy mnie podczas porodu, to jest niemal pewne, że albo oboje mamy wirusa, albo żadne z nas go nie ma. Personel też pracuje na zmiany, więc może się zarazić wszędzie. Już teraz na wielu forach jest informacja, że brakuje lekarzy i pielęgniarek do pracy - z położnymi jest to samo. Podczas wielu porodów kobiety muszą radzić sobie same... już nie wspomnę, że nie każda położna jest aniołem. WHO zaleca, żeby porody rodzinne normalnie się odbywały i w reszcie krajów odbywają się normalnie. Fundacja na rzecz kobiet w ciąży wystosowała pismo do ministerstwa zdrowia, po drodze Rzecznik Praw Obywatelskich też napisał osobne pismo, że nie ma przeszkód, żeby porody rodzinne się odbywały. Ich zdanie niestety jest g... warte, jak widać, bo dalej jest odmowa.

Nikt nie liczy się z tym, że większość kobiet w tej chwili jest tym wykończona psychicznie. Nikt nie liczy się z tym, że nie mamy dostępu do lekarza, badań i wizyt, bo większość przychodni jest albo zamknięta, albo przyjmuje tylko pilne przypadki.

Wiecie czemu wam to piszę? Bo nic tak mnie nie wkurwia jak gównoburza w tv i internecie na temat ustawy o aborcji. Nie zrozumcie mnie źle, sama się podpisałam pod petycją przeciwko wejściu ustawy w życie. Wkurza mnie to, że jak chodzi o aborcję, to nagle wszystkie kobiety potrafią się skrzyknąć, wystawiać na profilu na fejsie grafiki itp. Ale jak my złożyłyśmy petycje i próbowałyśmy nagłośnić, że są nasze prawa jako kobiet łamane, to był zerowy odzew. Nawet wśród znajomych, jak wysłałam petycję, to podpisały się może trzy osoby, natomiast na insta i fejsie o aborcji większość wrzuca relację i zmienia profile. Mogłabym tak pisać i pisać, ale i tak większość ma to w dupie, tak jak do tej pory było.

Tekst jest lekko chaotyczny, ale dla kobiet w ciąży będzie za pewne zrozumiały. Nie jesteście same, bądźcie silne!

#AXch6

Zostawiłam narzeczonego dla innego po prawie dekadzie związku
Zanim zostanę zlinczowana, chciałabym opisać dlaczego to zrobiłam.

Oboje byliśmy młodzi kiedy zaczęliśmy być razem, nastoletnie zakochanie, wielka miłość aż po grób, chyba wielu taką miłość przeżyło. Paweł był dobrym facetem, pomocny, zawsze do mojej dyspozycji. Dobrym, ale tylko wtedy kiedy było dobrze, jeśli dochodziło do kłótni, miałam prawdziwe piekło. Kiedy coś szło nie po jego myśli, były szarpaniny, okropne teksty w moją stronę, manipulacje (a to rozstanę się z tobą, a to nie odezwę się do ciebie, aż sama nie przyjdziesz) - ile razy mnie zostawił, tego już nie zliczę. Nieraz leżałam w domu miesiącami, czekając na niego, doszło do tego, że miałam objawy depresji. Byłam tak zakochana, że nie potrafiłam nawet złego słowa powiedzieć w jego kierunku. Zawsze go usprawiedliwiałam, pomimo bólu, jaki mi wyrządzał, zawsze byłam tą, która wyciągała rękę na zgodę, ponieważ nie chciałam żeby jakieś głupoty rozwaliły to, co było w nas najlepsze.

Ciężko mu się było ogarnąć życiowo, w dodatku wiecznie praca na czarno, gdzie ja już poważnie zaczynałam myśleć o życiu i zakładaniu rodziny. Do tego wszystkiego Paweł lubił pić. Na początku było to jedno piwko dziennie, dało się przeżyć, przecież to tylko piwko. Następnie doszło do tego, że jedno piwko zamieniało się w więcej piwek, w dodatku czasem jakieś mocniejsze trunki. Wracałam z pracy, a on leżał pod wpływem, patrząc się na mnie tymi swoimi pijanymi oczami. Rozmowy nie pomagały, prosiłam go, żeby coś z tym zaczął robić, może jakiś odwyk albo przynajmniej ograniczyć - nie, bo cię zostawię.

Pewnego dnia poznałam w pracy Kacpra, chłopak ideał, grzeczny, bez nałogów, ze świetnym poczuciem humoru, te same myśli i to samo podejście do życia. Po ponad roku znajomości zakochałam się. Okazało się, że Kacper podziela moje uczucia. Nie mogłam znieść myśli o wyborze, z jednej strony facet, który pomimo swoich wad był moim najlepszym przyjacielem, z którym spędziłam tyle lat, a z drugiej strony ktoś, kto idealnie do mnie pasował.
Wybrałam Kacpra. Było ciężko, rozstanie z kimś, z kim było się tyle lat nie było łatwe, ale wiecie co? Nie żałuję, Kacper każdego dnia pokazuje mi, że jestem wyjątkowa i że dla mnie zrobiłby wszystko, podczas gdy Paweł nie potrafił zapamiętać jakie danie jest moim ulubionym. No i zostałam zlinczowana wśród znajomych jako bezduszna sucz, bo tak przedstawił mnie mój były już narzeczony.

Nigdy już nie dam się zmanipulować, związek ma być zdrowy i opierać się na równowadze, i teraz wiem, że jeśli ktoś sprawia, że czuję się jak nic, to najprawdopodobniej takim niczym dla niego jestem. Życie ma się jedno, nie warto patrzeć na opinie innych w takim temacie jak związek, ludzie widzą tylko to, co na zewnątrz, to co dzieje się za ścianą w związku często owiane jest tajemnicą.

#SN9zU

Ostatnio było wyznanie, jacy to ludzie ze wsi są niefajni i nie lubią przeprowadzających się na wieś ludzi z miasta. Opowiem wam co potrafią odwalać ludzie z miasta, żeby nie było, że tylko wieśniacy są tacy niefajni.

Żeby było ciekawie, od razu powiem, że mieszkam na wsi. Mam sąsiadów, którzy przyjeżdżają na wieś tylko w wakacje, mają tu działkę. I teraz co potrafią robić.

1. Zwożą śmieci z tego swojego mieszkania w bloku w mieście i palą je na ognisku za swoim letniskowym domkiem. Smród taki, że... Dym roznosi się niestety daleko. W mieście palić nie mogą, bo mieszkają w bloku, a nawet jakby nie mieszkali, to w mieście straż miejska prędzej zrobi porządek z taki spalaniem niż policja czy straż na wsi.

2. Wiecznie podlewają trawnik. Po prostu oni są pod tym względem niemożliwi, ale no hodują ten swój cudowny trawnik i dzień w dzień widzę, jak wąż z wodą jest puszczony na trawnik na ich działce  i wieczorem leje się woda. Kij z tym, że w wakacje latem jest susza i wody w kranie bardzo malutko, że rolnicy mają generalnie masakrę i modlą się o kroplę deszczu, oni muszą podlać trawnik albo napełniać wodę w basenie, nie dociera. Walić to, że od czerwca był zakaz lania wody w takich celach, trzeba to trzeba, no co. Potem trawniczek rośnie i przynajmniej 3 razy w tygodniu o 7-8 rano go koszą tą swoją kosiareczką.

3. Sąsiadka kiedyś obcięła nam słoneczniki przy główkach, bo rosły przy płocie od ich strony. Rosły w ten sposób, że pewnego dnia ich głowy delikatnie się przechyliły na ich stronę posesji, wiecie o co chodzi, słoneczniki rosną dość wysokie, a w ciągu dnia jeszcze obracają swoje głowy do słońca. Więc mieliśmy słoneczniki, a później już nie mieliśmy, bo szanownej sąsiadce przeszkadzało.

Generalnie są roszczeniowi i wiecznie im nic nie pasuje. Ale dodam jeszcze na koniec, że mam i drugich sąsiadów, którzy także przyjeżdżają z miasta na wakacje. I to są naprawdę super ludzie - pogadać można, wszystko ustalić i załatwić.

Tak więc z pozdrowieniami dla autora wyznania o tym, jacy wieśniacy są niefajni - nie generalizujmy, w każdej grupie znajdą się pustaki.

#a691G

Jestem mężem zakochanym w kobiecie, która nie jest moją żoną. Jak do tego doszło?

Wszystko zaczęło się normalnie. Trzy lata temu poznałem kobietę, która zaimponowała mi swoim charakterem, pogodą ducha i całkowicie skradła moje serce swoim uśmiechem. Po krótkiej, lecz intensywnej znajomości, mimo młodego wieku postanowiliśmy się pobrać. Na początku wszystko układało się jak w bajce - wymarzone wesele, szczęśliwa rodzina. Czarne chmury dopiero nadchodziły.

Ada kilka miesięcy po ślubie zaczęła się zachowywać zupełnie inaczej. Chodziła przybita i we wszystkim widziała najczarniejszy scenariusz. Razem stwierdziliśmy, że najlepiej będzie, gdy zacznie chodzić do psychologa. Jednak jej nastawienie się nie zmieniało, a nawet zaczęła być bardziej sceptyczna. Nie wchodząc w szczegóły dotyczące ciągłych zmian psychologów i psychiatrów, została stwierdzona u niej depresja. Przez cały czas wspierałem Adę, zwłaszcza wtedy kiedy los zesłał nam dziecko. Jednak w końcu zacząłem mieć tego dość - ciągłych kłótni, wrzasków, wyżywania się na mnie i na dziecku. Z każdego wyjścia musiałem się tłumaczyć, moje życie osobiste niemalże przestało istnieć. Nie sprzeciwiałem się, bo gdy tylko chciałem wyrazić swoją opinię lub zaprotestować, Ada groziła, że coś sobie zrobi. Raz nawet wzięła nasze dziecko na ręce i chciała wyskoczyć z balkonu grożąc, że zabierze mi wszystko co kocham.

Podczas jednego wyjścia z moim najlepszym przyjacielem Tomkiem, które odbyło się pod pretekstem nadgodzin, poznałem Kasię. Świetnie nam się rozmawiało i sami nie wiedzieliśmy kiedy zrobiło się późno i musiałem wrócić do domu. Mimo ograniczenia wolności przez Adę cały czas pozostawałem w kontakcie z Kasią. Zakochaliśmy się w sobie i czuję się przy niej szczęśliwy, znowu zacząłem nabierać pewności siebie. Kasia oczywiście wie o całej sytuacji i nie wywiera presji zostawienia żony, ale ja wiem, że mam już tego dosyć.

Tomek, który jako jedyny jest po mojej stronie, bo cała reszta rodziny jest zmanipulowana przez Adę, mówi mi, żebym ją zostawił i w końcu był szczęśliwy, bo widać, że Kasia mnie naprawdę kocha i chce ze mną zbudować trwały związek. Ja z jednej strony chciałbym pomóc Adzie, a z drugiej boję się, że ona zniszczy mi życie.

#CMR7C

W podstawówce (a nawet i teraz) miałam problem z trądzikiem. W szkole nikogo nie zaczepiałam, przynajmniej póki był spokój. W roku szkolnym kilka razy powtarzało się skierowane do mnie "Zdejmij tę maskę. To nie Halloween". Nie uważałam się za brzydką, moim problemem był tylko trądzik. A mimo to było mi przykro.

Na jednej lekcji, po usłyszeniu czegoś niemiłego, płakałam. Cicho. Tak by nikt nie słyszał. Mimikę twarzy zachowałam niewzruszoną. Jedynie gdyby ktoś wtedy na mnie (lub na mój zeszyt) spojrzał, zobaczyłby cieknące po moich policzkach łzy. W pewnym momencie usłyszałam, że jeden chłopak mnie broni, mówi "dajcie jej spokój".
Ten sam chłopak stanął w mojej obronie w gimnazjum, gdy jacyś jego starsi koledzy mnie obrazili. Przy nim też czułam się bardziej atrakcyjna i bezpieczna.

Być może on sam nie jest tego świadomy, ale jest moim bohaterem.
Od jakiegoś czasu chodzi za mną to wyznanie, teraz w końcu je piszę, ponieważ ów chłopak dzisiejszej nocy mi się przyśnił. Tym razem nikt mi nie dokuczał, jedynie moje kompleksy mówiły mi, że źle wyglądam. On jakby broniąc mnie przed własną świadomością powiedział coś absurdalnego, co nie zgadzało się z rzeczywistością, ale polepszyło mi samopoczucie.

Mimo że nie był moją miłością (ani pewnie ja jego) mogę stwierdzić, że jest moim lekiem na kompleksy. Jest moim pierwszym bohaterem. Życzę mu dużo szczęścia.

#3Zg9J

Podzielę się z Wami historią, której nie zapomnę do końca życia.

Swoje 21. urodziny chciałem wyprawić dla kilku osób, w plenerze. Było piękne lato, zebraliśmy się w 7 osób, zakupiliśmy prowiant, w tym litr żubrówki na głowę, i szukaliśmy miejsca do świętowania. Trafiło na szczecińską bocznicę kolejową ;) Znaleźliśmy wagony towarowe, takie kryte, z rozsuwanymi drzwiami, rozlokowaliśmy się w jednym z nich i zasunęliśmy lekko drzwi, żeby nie było nas widać.
Bawimy się, pijemy gadamy i tak sobie przerobiliśmy wszystkie flaszki... Wszyscy usnęli.

W środku nocy się budzi mnie bardzo wiejący wiatr. Cholera, pociąg jedzie z nami na pokładzie! Zacząłem wszystkich budzić. Skład zatrzymywał się co jakiś czas na jakiejś małej stacji w polu, a że czekaliśmy na jakąś dużo większą miejscowość do wysiadki, to dotarliśmy na drugi koniec Polski, czyli do Dębicy na Podkarpaciu. Pociąg przyjechał tam gdzieś około 18, a libację zaczęliśmy 24 godziny wcześniej, więc od razu pobiegliśmy na najbliższego kebaba, knajpa nazywała się chyba Quattro ;). Ten kebab był najlepszą rzeczą, która mnie wtedy spotkała. Na szczęście bezpośredni pociąg do domu mieliśmy gdzieś o 20.

I tak nasza posiadówka trwała 36 godzin - 24 godziny w towarowym i 12 w pospiesznym pociągu. Gdy sobie o niej przypominam, to zaczyna mnie suszyć :D Tak że, drodzy anonimowi, gdy chcecie pobalować w plenerze, to nie polecam wagonów kolejowych, bo nie wiadomo gdzie człowiek się rano obudzi ;)
Dodaj anonimowe wyznanie