#MebKN

To moje pierwsze wyznanie. Skłaniają mnie do niego ostatnie wydarzenia, obok których nie mogę i nie umiem przejść obojętnie.

Służę w Policji od jakiegoś czasu, od kiedy wybuchła ta cała afera z COVID-19 mamy wprowadzone pewne nowe przepisy oraz rozporządzenia. Czy one są słuszne z konstytucją, o której dużo się ostatnio mówi, czy nie, są powołane organy takie jak TK czy innej maści organy prawodawcze. Od razu mówię, nie jestem za tą czy tamtą opcją polityczną, w tej formacji nie ma miejsca dla członków partii politycznych. Jak dla mnie mogłyby nie istnieć żadne partii politycznych.
Wracając do sedna: mam dosyć wypowiedzi "sędziów i znawców z Facebooka", mam dosyć nazywania nas milicjantami czy ZOMO-wcami. Na samym początku pandemii internet obiegł filmik z tańczącymi funkcjonariuszami dla małego chłopca objętego kwarantanna domową, pełny zachwyt społeczeństwa. Wszyscy bili brawa dla nas, gdy jeździliśmy i pilnowaliśmy przestrzegania kwarantann, do czasu gdy weszło rozporządzenie ministra zdrowia, przez wielu oceniane jako niezgodne z konstytucją. Jeszcze raz powtarzam, nie jestem konstytucjonalistą i nie mnie oceniać legalność tego rozporządzenia. Mam obowiązek wykonywania rozkazów i poleceń wydanych przez przełożonych, jednak mam pewną możliwość, zgodnie z obecnymi przepisami, samemu decydować, jak mam osobę popełniającą wykroczenie potraktować. Internet obiegły informacje o pewnych policjantach, którzy nakładali mandaty na osoby tankujące na stacji paliw, zmieniające opony i wiele innych przykładów (dla mnie to też jest chore). Jak masz wątpliwość co do faktu nałożenia mandatu karnego, to w takiej sytuacji zawsze możesz odmówić i poprosić o skierowanie wniosku do sądu. Internet obiegły również filmy z innych interwencji, nie będę oceniał tych filmów, ponieważ nie można obiektywnie ocenić czegoś, gdy widzi się tylko fragment. Moim zdaniem budowany przez nas wiele lat wizerunek przez jedno dość dziurawe rozporządzenie został bardzo mocno naruszony.

Nikt mi nie kazał zakładać munduru i służyć, wstąpiłem do tej formacji, by pomagać społeczeństwu. Jestem od karania tych, którzy na karę zasługują. Gdy czytam komentarze ludzi zupełnie nie mających pojęcia o mojej służbie, którzy mówią o tym, że zaprzedałem się obecnie panującej partii, nie mam honoru, jestem bandytą w mundurze i jestem niepotrzebny, to mam dla nich pewną wiadomość: pospolita przestępczość nigdy się nie skończyła. Nawet nie liczę, ile razy musiałem oglądać tragedię i słyszeć płacz dzieci, nad którymi znęcał się jeden z rodziców lub oboje, często pod wpływem alkoholu, i to nie tylko w tak zwanych biednych domach. To nie jest zwykła praca, tylko służba.

Jeszcze nie wypisałem nikomu kary grzywny z tych nowych przepisów, nie jestem od karania, gdy to nie jest konieczne.

Uważajcie na siebie, jak możecie siedźcie w domu.
Pozdrawiam was i może choć trochę zmienicie o nas zdanie :)

#JK7IL

Jestem lesbijką i nienawidzę się za to.

Odkąd pamiętam zawsze marzyłam o romansie rodem z bajek Disneya, przystojny chłopak o śnieżnobiałym uśmiechu, tylko on i ja, wiecznie zgodni i szczęśliwi. Niestety życie szybko zweryfikowało dziecięce fantazje.
Jestem dorosłą kobietą. Nie jestem brzydka, mam co prawda nadwagę, ale to nie zmienia faktu, że płeć przeciwna się mną interesuje. Byłam w życiu w trzech związkach z mężczyznami i żaden się nie udał, głównie przez to, że traktowałam swoich partnerów jak przyjaciół, po prostu nie potrafiłam inaczej. Starałam się być romantyczna, udawać, że to co mają w spodniach mnie podnieca, ale po jakimś czasie zauważali co się święci (zwłaszcza gdy zapominałam się i gapiłam na kobiety na ulicy). Nigdy nie pożądałam żadnego mężczyzny, nie poczułam podniecenia na jego widok, normalnie jakbym patrzyła na ścianę. Czuję się gorsza, zwłaszcza gdy koleżanki opowiadają o swoich narzeczonych, o tym, jak mocno ich kochają itp. Ja nigdy nie zakochałam się w mężczyźnie, chociaż wiele razy usilnie próbowałam, bez skutku. Nie podobają mi się typowo męskie atuty, za to od zawsze miałam słabość do kobiecych piersi. Starałam się zmienić, oglądałam wiele filmów z najbardziej pożądanymi przez kobiety aktorami, aby może któryś wpadł mi w oko (tonący brzytwy się chwyta...).

Już od podstawówki to czułam, ale bałam się przyznać przed samą sobą, że coś ze mną nie tak. Nigdy nie podobał mi się żaden kolega. Tłumaczyłam to sobie, że może nie są w moim typie, różnie to bywa. To trwało podstawówkę, gimnazjum i liceum, potem się poddałam, wiedziałam, że to walka z wiatrakami. Wielokrotnie zakochiwałam się w koleżankach, co tłumaczyłam sobie przyjaźnią. Gdy do czysto platonicznego zauroczenia doszedł pociąg seksualny, ta wymówka przestała działać...

Boję się ujawnić. Mieszkam w małej miejscowości, gdzie coś takiego nie przeszłoby bez echa, a nie chcę narobić wstydu rodzinie. Wszyscy znają mnie jako heteroseksualną i gdybym teraz wyskoczyła z coming outem ludzie uznaliby, że się popisuję, że robię to dla poklasku czy uwagi. Chciałabym, aby to minęło, marzę, aby móc spojrzeć na mężczyzn tak, jak patrzą na nich moje koleżanki.

Nie piszę tego wyznania dla uwagi, po prostu nie mam komu powiedzieć o swoim problemie. To od lat rośnie we mnie, któregoś dnia nie wytrzymam...
Najbardziej boję się, że przez mój strach będę zawsze sama i nigdy nie zaznam szczęścia u boku drugiej osoby.

#Rwn6t

Daria - moja dziewczyna - często opowiadała mi o swojej koleżance z pracy, z którą jak się okazuje, mają wiele wspólnych tematów. Jako że miłość mojego życia ma dość „długi język”, czasem zdarza się jej wspomnieć o ich rozmowach. Dowiedziałem się na przykład, że jej przyjaciółka miała kiedyś męża, który był idiotą, miał mikre przyrodzenie, był wyjątkowo słaby w łóżku oraz sążniście pierdział przez sen. W zasadzie większość plotek, które słyszałem, dotyczyły byłego partnera tej niewiasty. Z tych historii wynikało, że facet był życiową niedorajdą, smętnym platfusem i okrutnym oblechem. „Laska musiała mieć naprawdę pecha...” – pomyślałem.
Jakiś czas temu Daria zaprosiła swoją przyjaciółkę do nas na kolację. I wiecie co? Okazało się, że moja dziewczyna głęboko skumplowała się z… moją byłą żoną.

#WVDEB

Parę miesięcy temu zaczął boleć mnie brzuch. Zaczęły drażnić mnie zapachy, miałam mdłości, wymiotowałam, źle znosiłam alkohol. Pomyślałam - ciąża. Ginekolog jednak zaprzeczył. Same dolegliwości nie były mocno uciążliwe, po prostu bardziej uważałam na jedzenie.

Dwa miesiące temu mój stan się pogorszył. Z tygodnia na tydzień czułam się coraz gorzej, mniej jadłam, nie mogłam uprawiać sportu. W połowie marca poszłam do lekarza - wczesna ciąża. Byłam załamana. Antykoncepcja zawiodła. Mój stan zdrowia wciąż się pogarszał. Z końcem marca przestałam jeść. Wszystko powodowało ból i wymioty. Trafiłam do szpitala, a tam? Moje problemy zostały zbagatelizowane. To ciąża! Nic pani nie będzie i wypuścili mnie do domu z zaleceniem lekkostrawnej diety (przecież nie mogę jeść!) i brania no-spy. A ja czułam się tylko gorzej. Nie mogłam jeść, pić. Kolejni lekarze, to były kolejne leki i diety. Zero poprawy. Lekarze na wieść o ciąży rozkładali ręce i odmawiali inwazyjnych zabiegów.

Postanowiłam, że albo ja zadbam o swoje zdrowie, albo nikt inny tego nie zrobi. Podjęłam decyzję - aborcja. Przez internet zdobyłam leki. Przyjęłam je wg zaleceń. Czułam się źle, wiedziałam, że muszę to zrobić, ale jednocześnie rozumiałam konieczność tego co robię. Usunęłam.

Minęło kilka dni, a moje zdrowie wciąż nie notowało poprawy. Trafiłam kolejny raz do szpitala. Tym razem, jako nieciężarna, dostałam komplet badań. Gastroskopia, kolonoskopia, itd. Okazało się, że mam ostry, przewlekły stan zapalny żołądka oraz wrzody. Kolejna moja wizyta zbiegła się z krwawymi wymiotami, co okazało się na szczęście nie perforacją zmian w żołądku.

Dziś wciąż jestem w szpitalu. I będę tu jeszcze jakiś czas. Choroba odebrała mi zdrowie, kilogramy (przy wzroście 174 ważę 43 kg - schudłam 17 kg), urodę. Wypadają mi włosy, moja cera jest jak z papieru, nie mam siły nawet na kurs łazienka-łóżko. Prysznic sprawia, że bez leków wymiotuję z wysiłku.

Do czego zmierzam? Ciąża nagle pogorszyła mój stan. Nie mogłam w ogóle jeść. Czułam się coraz gorzej. Wymiotowałam nawet po łyku herbaty. Ciąża sprawiła również, że lekarze zbagatelizowali mój stan. Nikt mnie nie słuchał kiedy dowiadywał się, że jestem w ciąży. Tylko dziecko to, dziecko tamto. Mówiłam, prosiłam i w szpitalu, i lekarzy, z którymi rozmawiałam. Nikt nie chciał wykonać żadnego badania. Nikt nie słuchał, że czuję się coraz gorzej, że nie jadłam najpierw od 10 dni, potem od 14, aż do trzech tygodni. Mówiłam - nie utrzymam tej ciąży, jak mi nie pomożecie. Ale nikt nie słuchał. Wiec zrobiłam to co uważałam za słuszne.

Teraz wracam do zdrowia, ale pełna złości i żalu do wszystkich, których spotkałam w ciągu ostatnich tygodni, a którzy zapomnieli, że przez chwilę byłam nie tylko matką, ale i człowiekiem, który potrzebował pomocy.

#prGEe

Jest to moja największa tajemnica. Zdradziłam raz chłopaka. Dotąd mam wyrzuty sumienia, chociaż było to z 10 lat temu. Zerwałam z nim od razu po tym, bo nie mogłam na niego i na siebie patrzeć. Powiedziałam mu prawdę i pogodziłam się, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Miałam w planach rzucić studia, wyprowadzić się, urwać wszystkie kontakty. Oczekiwałam burzliwej kłótni, rozstania, wrzasków! A wiecie co się stało? Widać było, że mu przykro, ale on tylko spojrzał na mnie i powiedział, że mam iść do specjalisty. Nie chciałam mu patrzeć w oczy, przecież miałam plany! Chciałam stamtąd uciec, chociaż sama nie do końca wiedziałam przed czym. Już miałam wykrzyczeć mu, że nie chcę jego miłości, nie chcę NIC od nikogo, chciałam trzasnąć drzwiami i wyjść a on jedyne, co robił, to obserwował mnie w ciszy aż w końcu powiedział, że nigdzie nie jadę, bo on zabiera mnie do specjalisty. Umówił mnie z psychiatrą. Dzisiaj mówi, że to dlatego, gdyż znaliśmy się tak długo, że zauważył, iż jest coś ze mną porządnie nie tak. Według niego nigdy bym tego nie zrobiła, gdybym była w normalnym stanie, a w tamtym momencie niestety padłam ofiarą przemocy domowej.

Niechętnie, ale poszłam razem z nim do psychiatry. On wytłumaczył mi, że takie skrajnie nieodpowiedzialne zachowania są często wynikiem wyparcia jakiejś traumy. Nie czułam się dobrze, czułam się zapędzona w kozi róg, chciałam wyjść, nie chciałam, żeby na mnie więcej patrzył. On jednak nie pozwolił mi wstać i powiedział, że to jedyna rzecz, jaką mogę dla niego po tym wszystkim zrobić. Nigdy tak nie płakałam, jak wtedy. Chciałam, żeby mnie zostawił, długo się broniłam, a on chodził za mną jak taki osioł i cierpliwie zaprowadzał na kolejne sesje. Jak mógł być tak spokojny? Nie zasługiwałam na to. Wtedy też zauważyłam, że nigdy nie trafię na kogoś, kto potrafi ujrzeć coś tak głęboko osadzonego wewnątrz mnie. Niestety długotrwały stres, cierpienie, molestowanie i przemoc psychiczna oraz fizyczna ze strony matki bardzo się na mnie odbiła. Przepracowałam to, ale po dziś dzień miewam fazy, podczas których jakąś część mnie próbuje się zdystansować od jego miłości, lecz mija to zawsze, gdy zobaczę jego oczy pełne miłości.

Do dzisiaj męża przepraszam, ale on tłumaczy mi, że świat nie jest tak prosty i nie można nikogo oceniać na podstawie sytuacji, a tego, jakim jest człowiekiem. Kocham go, dziękuję mu z całego serca, że był przy mnie, wspierał i nie pozwolił mi się zniszczyć z nienawiści do siebie samej. Męczą mnie wyrzuty sumienia, ponadto sama nie wiem dlaczego to wtedy zrobiłam. A minęło tyle lat. Zupełnie jakbym nie była sobą..

#JT7XY

Będę brutalnie szczery. Tyle widzę narzekania na to, że policja rozdaje na prawo i lewo mandaty wysokie. Z jednej strony rozumiem, że normalny człowiek jak dostanie 5000 mandatu to jest tragedia i mam nadzieję, że po zakończeniu epidemii mu ten mandat anulują. Ale z drugiej strony - on nie dostał tego mandatu za siedzenie w domu. Dostał go, bo kurna polazł do sklepu po piwo, albo mleczko sojowe, albo MUSIAŁ się na rowerek wybrać, albo dziecko po prostu musi się pobawić z rówieśnikami na polu (co z tego, że ktoś od tego może umrzeć).

Szczerze - jak tępy zwis nie przejmuje się własnym zdrowiem i życiem - spoko, jego sprawa. Ale jak przez to naraża innych, bo przecież jak się zarazi i potem będzie spotykał innych, to ich też zarazi, to sorry - należy mu się mandat, pałowanie i wsadzenie do pierdla.

Ludzie muszą sobie uzmysłowić, że to nie film, ludzie umierają przez takich, co nie siedzą na dupie. Mnóstwo ludzi od tego umarło. Znajomy, który mieszka w Nowym Jorku mówi, że tam to przypomina film apokaliptyczny. A u nas póki co nie jest jeszcze tak tragicznie- dzięki poświęceniu służby zdrowia i tym ludziom, którzy są na tyle inteligentni i odpowiedzialni, by siedzieć na tyłkach. Ale ta sytuacja się może zmienić, jak będzie więcej "łazików", co nie potrafią w domu siedzieć.

I powiem wam, że jestem w stanie zrozumieć policjantów. Oni codziennie stykają się z dziesiątkami "łazików", co to MUSZĄ gdzieś iść po jakąś pierdołę. Pyskują im, obrażają, cytują przepisy. A ci policjanci nic nie mogą poradzić, dostali takie a nie inne rozkazy i muszą je wykonywać. A to że każą nam siedzieć na dupach - to nie dla własnego widzimisię, tylko dla naszego bezpieczeństwa. A że stresa mają i nerwy im puszczają? Kurde, też by mi puściły - każdy taki pyskujący łazik to (biorąc pod uwagę poziom [braku] inteligencji) potencjalny zarażony, który jeszcze nie ma objawów, który drąc mordę rozprzestrzenia wirusa - prosto w twarz policjanta. I tak 30 razy dziennie. Podziwiam tych policjantów, bo nie wiem, czy na ich miejscu za którymś razem na pierwsze przejawy agresji/wnerwienia "łazika" nie potraktowałbym go tazerem/gazem.
Oni też chcą być zdrowym, przeżyć, wrócić do swoich rodzin i ich nie narażać.

#KqnXb

Ostatnio przypomniała mi się historia swojego pierwszego zauroczenia.

Przez miesiąc/dwa było całkiem przyjemnie, wszystko wskazywało na to, że nasza relacja niedługo wskoczy na wyższy poziom. Jednak pewnego dnia on uznał, że nie jest w stanie tego dłużej ciągnąć, ponieważ wciąż czuje coś do swojej byłej dziewczyny i chciałby spróbować ją jednak odzyskać.
Przepłakałam kilka dni (nocy w sumie też), zastanawiając się, w czym ona była lepsza ode mnie. Znalazłam jej profil na Facebooku, następne na Instagramie i kiedy już przejrzałam w całości jej profile, zaczęłam szukać informacji o niej i zdjęć na stronie jej szkoły średniej, profilach jej znajomych + na bieżąco śledziłam, co umieszcza na Instagramie zarówno na profilu, jak i na swojej relacji.
Czy było mi mało? Nie, wszystkie te zdjęcia i artykuły zapisywałam w specjalnym folderze, który miałam ukryty i zabezpieczony hasłem, aby nikt go nie znalazł.
I tak sytuacja trwała około roku. Zauroczenie dawno mi przeszło, ale obsesja na punkcie tej dziewczyny trwała w najlepsze. W pewnym momencie uznałam, że to jednak nie jest normalne zachowanie i na początek starałam się chociaż przestać gromadzić nowe materiały, później przestałam zaglądać na jej konta, aż wreszcie usunęłam też i ten folder.

Cała ta akcja przypomniała mi się jakiś czas temu, kiedy po kilku latach, będąc na zakupach w galerii handlowej, zauważyłam ją w towarzystwie nowego partnera i znajomych.
Puenty brak, po prostu zmroziła mnie wtedy myśl, że ta dziewczyna tak naprawdę nie wie, kim w ogóle jestem, ale ja z kolei tak wiele wiem o jej życiu i tak uparcie śledziłam jej aktywność w social mediach.

#02zdm

Wyznanie o planowanej strzelaninie szkolnej rozbudziło we mnie wspomnienia ze szkoły średniej.
Nigdy nie byłem lubiany, byłem dziwny, aspołeczny i bardzo niezręczny jeśli chodzi o kontakty z dziewczętami. Z rodzicami przeprowadziliśmy się do większego miasta po ukończeniu przeze mnie pierwszej klasy liceum. Mój tata już wtedy był alkoholikiem, nie tym agresywnym typem, raczej tym, który wraca do domu i zasypia na środku wejścia. W każdym razie ani on, ani matka nie zwracali za bardzo na mnie uwagi.

Właśnie w pierwszej klasie liceum zaczęło się moje piekło - wyzywanie od pe*ałów, plucie, bicie - wszystko na porządku dziennym. Wracałem do domu nierzadko z siniakami, czasami nawet z dużymi gazami, ale rodzice nawet nie pytali czy coś się stało.

Pamiętam ten dzień, kiedy miarka się przebrała. Moi dręczyciele pobili mnie w łazience, tak jak jeszcze nigdy wcześniej, a potem oddali na mnie mocz. Brzmi jak jakaś wymyślona historyjka z serialu dla nastolatków, ale ja wciąż pamiętam ich śmiechy, zadowolenie i moje upokorzenie. Wtedy po raz pierwszy poskarżyłem się rodzicom. Oboje stwierdzili (w dużym skrócie), że jestem pipa i pe*ał, jak daje tak sobą pomiatać i jeszcze na siebie sikać. Wtedy zacząłem fantazjować o zemście, na rodzicach i dręczycielach, zacząłem się ciąć i mieć myśli samobójcze. Zacząłem nawet nosić scyzoryk do szkoły, ciągle wyobrażając sobie, że dźgam tych złoczyńców. Ale nigdy nic nie zrobiłem.

Całe liceum było dla mnie piekłem i odcisnęło na mnie mocne piętno. Na przestrzeni lat zmieniłem się - zacząłem być bardziej odważny, wyprowadziłem się od rodziców, poznałem moją żonę i mamy dwóch synów.
Kilka lat temu, jak mój młodszy syn był jeszcze w liceum, dowiedziałem się, że jest dręczycielem. Znienawidziłem swojego syna. Własnego syna. Do tej pory on nie wie o tym, że ja się dowiedziałem. Dla niego jest normalnie, ale ja nie potrafię na niego patrzeć i traktować to tak samo.
Takie wyznanie streszczające moje żałosne życie.

#EEqE3

Mój tata grał w młodości w piłkę ręczną - czasy głębokiego PRL-u, pozamykane granice, które jednak nie stanowiły przeszkody dla drużyny młodych chłopaków, która podróżowała z trenerem po Europie i brała udział w zagranicznych rozgrywkach. Właśnie w czasie jednego z takich wyjazdów doszło do pewnej pamiętnej historii, przytaczanej mi już kilka razy ze śmiechem przez rodziciela - w drodze na jeden z meczów na Węgrzech autobus zatrzymał się na stacji - wiadomo, podróż długa, większość wyszła rozprostować nogi, ale komu w drogę, temu czas i wszyscy szybko zapakowali się z powrotem. Oprócz jednego z napastników, który z racji długiej kolejki do WC poszedł załatwić potrzebę w pobliskie pole. W ferworze sportowej atmosfery nikt nie zawracał sobie głowy tym, czy wszystkim udało się wsiąść i dopiero w szatni na miejscu meczu zorientowano się, że kogoś jednak brakuje. Na miejsce zguby wystawiono rzecz jasna rezerwowego, jednak strata była niepowetowana, bo zawodnik był asem w rękawie drużyny.

Mecz odbył się bez zakłóceń. Pod sam koniec wynik zbliżał się do remisu - obie drużyny dawały z siebie wszystko. I pewnie remisem by się zakończył, gdyby nie to, że w końcówce zaginiony napastnik powrócił i galopem wbiegł na boisko, zmieniając swojego zastępcę. W ostatnich kilku minutach zdążył strzelić dwie bramki, co zadecydowało o wyniku meczu. Pewnie zapytacie, jakim cudem zdążył na końcówkę meczu?

Okazało się, że po odjeździe autobusu chciał skontaktować się z trenerem, więc poszedł prosić pracowników stacji o możliwość skorzystania z telefonu. Niestety bariera językowa i słabe umiejętności migania zadecydowały o tym, że ich tylko zdenerwował i został przegoniony ze stacji. Biedny schronił się na pobliskim parkingu, co okazało się dobrą decyzją - usłyszał tam rozmowę po polsku dwóch mężczyzn ubranych w garnitury, którzy zrobili sobie postój na papierosa. Po zagajeniu okazało się, że to działacze partyjni, którzy zmierzają tam, gdzie on. Jak tylko usłyszeli w czym rzecz, nie zastanawiając się wiele zapakowali się w auto razem z kolegą i z piskiem opon ruszyli na miejsce meczu.

Kończąc historię napiszę, że tato grał jeszcze przez pewien czas zawodowo w Bundeslidze razem z tym kolegą, jednak na skutek kontuzji musiał zrezygnować ze sportowej kariery. Pewną pozostałością po niej jest związek z moją mamą - w tamtym okresie pracowała przez pewien czas za granicą jako modelka - poznali się po jednym z meczów, na który moja mama przyszła, bo była fanką jednego z graczy (nie, nie mojego taty, co ten do dzisiaj jej wypomina ;)).

#zCVEq

Jestem między młotem i kowadłem.
Z pierwszym mężem wpadliśmy tuż po maturze, urodziła się Iga. Nie byliśmy dobraną parą i rozwiedliśmy się kiedy mała miała cztery lata. Kiedy poszła do pierwszej klasy, poślubiłam mojego obecnego męża. Jej ojciec wyjechał do Norwegii, ale bardzo interesował się Igą, odwiedzał ją kiedy tylko mógł, zabierał do siebie.
Mój mąż jest dość zasadniczą i surową osobą, od początku nie bardzo dogadywał się z Igą. Jeszcze gorzej było kiedy dwa lata po ślubie urodziłam synka. Iga zakochała się w Tomku, braciszek był jej oczkiem w głowie. Mąż był chyba o to zazdrosny. Rozmowy o tym kończyły się kłótnią. Poza tym teść poważnie zachorował, więc zamieszkaliśmy u nich. Teściowa kręciła nosem na Igę, ale na szczęście tylko się mijały. W dodatku musiała zmienić szkołę, w której miała mnóstwo przyjaciół, widywała się z nimi tylko podczas wizyt u mojej rodziny. Poza tym źle się czuła w nowej szkole, to była wieś, wszyscy się znali i wiedzieli, że mój mąż nie jest ojcem Igi. Dokuczano jej przez to, a córka nie znosiła tego potulnie. Kiedy rozmawiałam o tym z wychowawczynią, nie traktowała sprawy poważnie, było wręcz gorzej. W domu też było ciężko.

Wtedy mój były wpadł na pomysł, żeby Iga zamieszkała u niego, przynajmniej na czas choroby teścia. Mała bardzo chciała więc się zgodziłam. Kiedy się dało przyjeżdżali do Polski.

Po trzech latach z mężem i synem zamieszkałam w mieście więc chciałam odzyskać córkę. Absolutnie nie chciała kolejnych zmian, została z ojcem w Oslo.
Mimo to mieliśmy kontakt, zwłaszcza mój syn jest z Igą blisko.
Córka ma już 27 lat, narzeczonego i córkę.

W ostatnie wakacje były okrągłe urodziny mojego ojca, urządził przyjęcie. Iga przyjechała z Peterem i Elise. Zaprosiłam ich do nas. Mój mąż pojechał do kolegi. Na przyjęciu udawał, że ich nie widzi. Posprzeczaliśmy się. Córka zaprosiła nas na kilka tygodni do siebie. Po jednym spojrzeniu męża wiedziałam, że nie ma mowy. Syn bardzo prosił więc się zgodziłam, mimo tego, że mąż nie odzywał się do nas kilka dni. Bardzo chciałam jechać, ale wiem, że to byłby koniec mojego małżeństwa. Mąż krzywo patrzy na nasze kontakty z Igą, boi się, że syn wyjedzie do siostry, zwłaszcza, że zaprzyjaźnił się z Peterem. Z wakacji wrócił zachwycony, mąż był na niego obrażony. Rozmowy na ten temat kończą się awanturą.

Kocham i męża i córkę. Chciałabym, żeby chociaż nie obrażał się o kontakty z Igą. Córka jest uprzejma, ale kiedy on ignoruje zwykłe dzień dobry z jej strony, też traktuje go jak powietrze. Nie chcę wybierać, ale kiedy tylko mam zobaczyć córkę i wnuczkę, mąż zachowuje się jakbym popełniała przestępstwo.
Dodaj anonimowe wyznanie