Nie umiem się odciąć od rodziców.
Mieszkam sama w dużym mieście i już pracuję kilka lat, a odkąd wyprowadziłam się na studia, codziennie wieczorem moja mama dzwoni i gada kilkanaście minut, a czasem godzinę. Tłumaczyłam, próbowałam też wyłączać telefon, albo wyciszać i tłumaczyć, że to zabija moje życie towarzyskie... bo mam nagle 15 połączeń nieodebranych od własnej mamy - nie w odstępach czasu choćby 1h, a co 2 czy 5 minut.
Wychodzę ze znajomym i nie usłyszę telefonu - na pewno ktoś mnie gwałci w toalecie, albo leżę martwa na parkingu. Znajomi też to zauważają i komentują. Ten argument też nie trafia. Jedynie wyjścia z jedną z przyjaciółek moja mama traktuje jako bezpieczne i nie dzwoni. Doszło do tego, że na wyjście na jakąś randkę czy spotkanie w domu z facetem kłamię mamie, że wyszłam do sklepu albo idę z koleżanką do kina. Z drugiej strony randka i co chwila dzwonienie, głównie mamy właśnie, sprawia, że się tym stresuję... a w weekend mama dzwoni o różnych porach.
Chodzi też o spowiadanie się z własnego życia, bo jak nie odbiorę, to dopytuje gdzie jestem i co robię. Zawsze byłam grzeczną dziewczyną, teoretycznie dorosłam, a myślę, co rodzice powiedzą... Nie umiem sama podjąć różnych decyzji typu spontaniczny wyjazd nad morze, bo jak zadzwoni i spyta gdzie jestem, a powiem, że sama sobie pojechałam gdzieś, to będę słuchać pretensji, a ona przeżywać, że coś mi się na pewno stanie.
Nie chcę odcinać się od mamy całkowicie ani krzyczeć, skoro rozmowa nie pomaga, ponieważ w innych kwestiach mam pełne wsparcie rodziców. Tata jest po stronie mamy, że przecież ona się martwi i musimy ze sobą mieć kontakt, ale ja wolałabym ten kontakt raz na tydzień. Do brata mama nie dzwoni, bo ten ma żonę i to facet i mama potrafi zaakceptować ten fakt. Brat sam mi powiedział, że nawet nie mówił, kiedy gdzieś wychodził, ale mama zazwyczaj do mnie dzwoni o tej porze, kiedy już gdzieś jestem, więc trudno mi też zatajać tę informację, a potem są pretensje, że nie powiedziałam, że gdzieś idę.
Rodzice nie mieszkają na co dzień razem, mamie brakuje rozrywki (jak jest np. u znajomych na imprezie, to nie dzwoni i ja też nie i wtedy może się nie przejmować).
Nie wiem już jak ograniczyć nasz kontakt, żebym mogła czuć się psychicznie lepiej.
Nie przejmuję się co ludzie powiedzą, ale co mama powie. I czuję się tym zniewolona.
Jestem kasjerką w jednym z mniejszych marketów. W naszym sklepie są tylko dwie kasy, w związku z czym na sklepie jednocześnie może przebywać tylko 6 klientów. Z tego powodu zostawiliśmy tylko 6 wózków, prosząc klientów, by każdy brał ze sobą jeden wózek, co znacznie ułatwia nam kontrolę ilości osób znajdujących się na sklepie.
A raczej ułatwiłoby. Gdyby nie KLIENCI.
1. "Ale po co mi wózek? Ja tylko po wodę/chleb/piwo/wstaw co chcesz".
Człowieku, rozumiem, ale może po drodze zdecydujesz się jeszcze na batonika/sok/kilka plastrów wędliny/cokolwiek i spędzisz w sklepie 10 minut, a nie dwie, jak deklarujesz, lub co więcej - spotkasz znajomą! A gdzie się najlepiej plotkuje? No przecież w sklepie! Ja nie jestem w stanie liczyć ile osób weszło, ile wyszło. Kto z wózkiem, a kto bez wózka. Tak trudno wziąć wózek i nie komentować?
2. "Ale my razem/ja z mężem/siostrą/chłopakiem/mamą".
Mnie to nie interesuje, skoro wybraliście się do sklepu w czasie pandemii całą rodziną, to zapewne planujecie ogromne zakupy i potrzebujecie więcej wózków! Dlatego każdy z osobna musi wziąć wózek. Nieważne, czy to dwie osoby z rodziny czy pięć. A skoro wracają z czterema produktami, to chyba coś gdzieś poszło nie tak.
3. Czy ja naprawdę muszę odpowiadać na te durne pytania po 100 razy dziennie?
"Po co mi rękawiczki?"
"A co pani taka poobijana tym plastikiem dookoła?"
"Po co mi wózek? A nie mogę pakować w torbę?"
"Ja tylko po piwko"
"A nie możemy razem?" (cztery osoby do jednego wózka)
4. W godzinach 10-12 zakupy mogą robić TYLKO I WYŁĄCZNIE SENIORZY 65+. Czy tak ciężko to zrozumieć?
I to obsmarowywanie mnie pod nosem... Serio? Jestem głupią suką, bo nie swędzi mnie kieszeń na opłatę kar od 5 do 30 tysięcy złotych za nieprzestrzeganie obostrzeżeń nałożonych przez rząd? Bo to nie Ty, drogi kliencie, zapłacisz, tylko ja, z własnej kieszeni, pracując za najniższą krajową.
Drogi kliencie, w czasie pandemii nie ma plotkowania w sklepie, nie ma łażenia po sklepie dwie godziny i czytania etykiet na każdym możliwym produkcie, nie ma odkręcania buteleczek i sprawdzania, czy na pewno miętowy Ludwik pachnie miętą, nie ma zajmowania czasu kasjera więcej niż jest to konieczne, nie ma urządzania rodzinnych wycieczek do sklepu.
Opanujcie się, ludzie, szanujmy się.
PS Serdecznie dziękuję wszystkim wyrozumiałym klientom, którzy szanują mój, swój i innych czas, którzy po prostu bez głupich komentarzy biorą ten cholerny wózek i idą choćby po ten jeden chleb. Dziękuję!
Miałem kiedyś dziadka, uwielbiałem go od małego, bo zawsze potrafił rzucić dobrym żartem, a do tego był bardzo inteligentnym człowiekiem. Takim go zapamiętałem, ale wstyd się przyznać, że najbardziej przypominają mi o nim... moje śmierdzące bąki. Dziadek potrafił wydusić z siebie tak wielki smród, że aż mleko kisło w lodówce, a szatan w piekle wyczuwał konkurencję. Niejeden raz trzeba było przez to okno otworzyć, bo nie szło wytrzymać.
Pamięć o nim będzie wieczna, tak jak i zapach!
Jestem delikatną, filigranową, szczupłą blondynką, sądzę, że nie jestem brzydka, zawsze miałam ogromne powodzenie.
Faceci się mnie bali, mówili "nie zasługuję na taką jak ty" albo byli tak koszmarnie zazdrośni, że nie mogłam sama do sklepu wyjść, bo na bank ktoś mnie wyrwie...
W wieku 24 lat poznałam w kawiarni Kubę - starszy ode mnie, zadbany, mega fajny facet. Poszłam z nim na drinka, potem na kolację, na randkę... Nie zakochałam się, ale przez trzy lata byłam jego maskotką, przyjaciółką, nazwijcie to jak chcecie. Nie żałuję niczego - zwiedziłam kilka fajnych miejsc, skończyłam studia, żyłam w luksusie z facetem, którego lubiłam i nadal lubię, było mi z nim dobrze, doprowadzał mnie do rozkoszy.
Na jednej z imprez poznałam mojego obecnego męża, a Kuba rozumiał, że się zakochałam. Mój mąż wie, że byłam przyjaciółką, dodatkiem, kokotą, nie ma mi za złe. Poznałam go dzięki Kubie, dla jednych to pewnie chore, a ja uważam, że mam w życiu ogromne szczęście!
Zawsze miałem się za rozsądnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi, ale ostatnio zaczynam zmieniać zdanie na swój temat.
Bardzo długo męczyły mnie koszmary... właściwie nie chodzi o zwykłe koszmary, a o paraliże senne. Niezależnie od ilości i jakości dawanych rad, nie mogłem sobie z nimi poradzić - przez cały czas nękały mnie cienie spoglądające z kątów pokoju, podczas gdy ja nie byłem w stanie się poruszyć. Z początku nie brałem tego do siebie i traktowałem jak najzwyklejsze koszmary, ale wraz z upływem czasu niepokój przestał znikać nawet po przebudzeniu. Zacząłem nabierać wrażenia, że moje paraliże senne zaczynają ożywać też za dnia, przyczajone w półmroku domowych pomieszczeń. Nagle przedmioty samoistnie zaczęły zmieniać swoje miejsce, a ostatnio nawet mój komputer postanowił sam z siebie włączyć się i wysunąć do mnie szufladkę CD.
Myślę, że albo powoli zaczynam wariować, albo mój dom jest nawiedzony. Wstydzę się komukolwiek o tym powiedzieć - jestem dorosłym facetem, który boi się iść spać.
Mam przyjaciela. Praktycznie brata, bo ufam mu bezgranicznie jak żadnej innej osobie. Znamy się od małolata, ale lepiej kumplować zaczęliśmy się jakieś 5 lat temu. Spędzaliśmy ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę. Wspólne wypady, całonocne rozmowy w aucie.
Po jakimś czasie poczułem, że chyba się w nim zakochuję (pewnie teraz poleci fala hejtu, że gej, że jak to tak facet w facecie, ale trudno). Ukrywałem to przed nim przez niemal 2 lata, ale niedawno coś we mnie pękło. Upiłem się i powiedziałem mu prawdę o moich uczuciach. Nie odzywał się do mnie przez kilka miesięcy, a gdy się dogadaliśmy, ustaliliśmy, że tego wszystkiego nie było. Nie wspominamy, nie rozmawiamy o tym.
Niby spoko, sam doszedłem do wniosku, że wolę mieć go przy sobie jako brata, niż nie mieć wcale. Ale to jest tak cholernie trudne, że ostatnią myślą przed snem i pierwszą po obudzeniu się jest myśl o osobie, której nigdy nie pocałujesz, bo jeśli to zrobisz, to stracisz najwierniejszego przyjaciela, spowiednika, osobę, którą kochasz.
Nie raz zastanawiam się, czy nie postawić wszystkiego na jedną kartę i nie powiedzieć mu prawdy. Może zrobić pierwszy krok, ale strach mi nie pozwala. Nie potrafię porozmawiać z nim na trzeźwo, a po pijaku nie kontroluję tego, co mówię.
Całe moje otoczenie uważa mnie za zadowolonego z życia faceta. Mam dobrą pracę, nie mogę narzekać na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Ale co z tego, skoro kocham swojego przyjaciela i nawet Miss Polonia tego nie zmieni. Jestem w takim wieku, ze rodzice naciskają, dopytują o przyszłą synową, a ja nie wiem co robić.
Wyznanie nie ma żadnego morału, może tylko to, że nie każdy człowiek pozornie wyglądający na spełnionego jest szczęśliwy i przynajmniej raz na miesiąc nie myśli o samobójstwie.
Żyjemy teraz w bardzo ciężkich czasach.
Jest pandemia koronawirusa i na dodatek wiosna, a ja jestem alergikiem, więc jak kichnę, to wszyscy uciekają, dlatego czuję się odrzucona.
Odrzuceni alergicy, łączmy się w bólach, oczywiście na odległość, dla bezpieczeństwa.
Jestem impotentem.
Ciężko przechodzi mi to przez palce na klawiaturze, ale muszę się pogodzić z prawdą. Miałem w przeszłości kilka prób i zawsze zawodziłem. Ratowałem się jakoś i mimo że nie zostałem odepchnięty, to sam odpychałem te kobiety. Na dłuższą metę to nie miało sensu.
Zacząłem ćwiczyć, zmieniłem dietę, brałem różnego rodzaju suplementy (z żeń-szeniem np.) i czekałem. W moim życiu pojawiła się nowa kobieta. Kilka razy się spotkaliśmy i zaczęło mi zależeć. To kwestia czasu, aż znowu zawiodę i będę musiał odejść w cień. Kupiłem ostatnio magiczne tabletki, które miałby mi pomóc z moim problemem. Wykonałem "próbę generalną" i efekt jest daleki od zadowalającego. Ze wstydem na twarzy (i nie tylko) muszę zaakceptować rzeczywistość. Nie mogę spojrzeć teraz w swoje odbicie w lustrze. Co ze mnie za facet...
Jako studentka wynajmowałam pokój u pewnej staruszki - tanio jak barszcz, pokój duży, strasznie stare meble, ale czyściutko i ciepło. Dom był na tyle duży, że spokojnie z 10 osób by tam mogło mieszkać. Starsza pani w ogóle była bardzo miła, nie zadawała pytań, nie była wścibska. Zajmowała coś w rodzaju apartamentu na parterze, a dom składał się z takich mini mieszkanek bez kuchni albo pojedynczych pokoi.
Któregoś razu stwierdziłam, że dawno jej nie widziałam i postanowiłam, że zapukam do jej drzwi. Nikt nie otwierał, pomyślałam, że może śpi albo gdzieś wyszła. Kiedy to kolejny dzień nie mogłam jej zastać, wystraszona, że umarła albo zesłabła i leży gdzieś na podłodze, wdarłam się do jej mieszkania - czysto i nikogo nie ma.
Dwa dni później poszłam na policję zgłosić zaginięcie staruszki.
Znaleźli ją ze trzy dni później na polach Grunwaldu. Ta starsza pani w wieku około 90 kilku lat pojechała sobie z walizeczką na bitwę pod Grunwaldem! Mało nie umarłam ze strachu o nią, a ona sobie patrzyła uśmiechnięta na rycerzy w lśniących zbrojach!!
Kilka lat temu poznałem Martę (imię zmienione), która studiowała inny kierunek niż ja, ale na tej samej uczelni. Wkrótce narodził się z tego związek. Podczas gdy ja byłem na piątym, a ona na czwartym roku, zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. Oboje na studiach utrzymywaliśmy się głównie ze stypendiów, w mniejszym stopniu z niewielkiej pomocy finansowej od naszych rodziców.
Gdy po skończeniu studiów udało mi się znaleźć całkiem niezłą pracę, zacząłem coraz chętniej myśleć o sformalizowaniu naszej relacji. Wiedziałem jednak, że musimy z tym poczekać przede wszystkim do czasu ustabilizowania naszych finansów, tak żebyśmy mieli za co planować wspólną przyszłość. Im bliżej było jednak Marcie do zakończenia studiów, tym częściej zaczynała przebąkiwać o tym, że nie widzi jej się praca po ukończeniu nauki. W pewien sposób to rozumiałem, bo sam też miałem obawy przed wejściem na rynek pracy. Wspierałem ją najlepiej jak mogłem, opowiadałem o moich przygodach w pracy, przygotowywałem do rozmów rekrutacyjnych itp.
Po tym, jak skończyła studia, nie poszła do pracy. Jej stypendium się skończyło, a utrzymanie mieszkania i nas obojga przeszło w całości na mnie. Marta zapewniała wtedy, że bardzo mnie kocha i chciałaby spędzić ze mną resztę życia, ale naszą wspólną przyszłość wyobraża sobie wyłącznie tak, że to ja pracuję i utrzymuję nas, a ona zajmuje się domem i wychowuje dzieci.
To był dla mnie cios. Z jednej strony bardzo ją kochałem, ale z drugiej zupełnie nie odpowiadał mi taki układ. Starałem się dowiedzieć, skąd u niej takie wyobrażenie przyszłości i skłonić do zmiany zdania, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Zamiast tego dawało się odczuć, że subtelnymi aluzjami starała się przekonać mnie do narzeczeństwa, ślubu, a potem postarania się o dzieci.
Po pół roku od ukończenia przez nią studiów rozstaliśmy się z mojej inicjatywy. Oboje mocno to przeżyliśmy. Czułem, jak pęka mi serce, ale jednocześnie czułem, że w tej sytuacji muszę pozostać nieugięty. Teraz od kilku miesięcy mieszkam sam i bardzo powoli odbudowuję się psychicznie.
Gdy zaczynam rozmyślać, czy na pewno dobrze zrobiłem, zrywając z Martą... wchodzę na Anonimowe. To tu bowiem kryje się jedno ze źródeł mojej motywacji do zakończenia naszego związku. Konkretnie, są nim pojawiające się tutaj historie o niepracujących żonach i utrzymujących całą rodzinę mężach.
To tutaj czytałem o mężach „gnojach”, którzy powinni nie tylko zarabiać na siebie, żonę i dzieci, ale także po pracy aktywnie brać na siebie ciężar obowiązków domowych i wychowywania potomstwa. Ta wizja była tak daleka od mojego poczucia sprawiedliwego podziału obowiązków (czyli oboje pracujemy, a po pracy dzielimy się obowiązkami), że przerażała mnie bardziej niż cokolwiek innego. Była silniejsza niż najsilniejsza miłość w moim życiu.
Dodaj anonimowe wyznanie