#ZpoE5
#NVsze
My nie do końca byłyśmy pewne, jak ogarnąć ten autobus, więc gość sprawdził nasz adres i stwierdził, że jedzie w tę samą stronę tylko dalej i pokaże nam, gdzie wysiąść (tam są zwariowane przystanki bez nazw). Weszłyśmy do autubusu, gadałyśmy z nim podczas jazdy, a gdy zbliżała się już nasza wysiadka, gość spytał nas czy mamy długopis. Powiedziałam, że mam i mu go podałam, a ten przysunął sobie moją walizkę i na odwrocie przyczepionej kartki z moimi danymi zaczął coś bazgrać. Patrzymy z dziewczynami o co kaman, a ten skończył pisać i mówi do nas "Dziewczyny, gdyby COKOLWIEK się stało, gdybyście potrzebowały pomocy, dzwońcie" i uśmiechnął się.
My w ogóle w szoku, pierwszy raz taka akcja, podziękowałyśmy mu i wytoczyłyśmy się z walizami z autobusu. Gdy autobus odjechał, nagle zdałam sobie sprawę, że coś mi jest za lekko i ogarnęłam, że... nie mam plecaka. Zdjęłam go z pleców i zostawiłam na bocznym siedzeniu, a w tej całej gadce wysiadłam bez niego... Moment, w którym uświadomiłam sobie, że wszystko, czego potrzebuję (pieniądze, karta, paszport z wizą, wszelkie dokumenty, apart fotograficzny) jedzie sobie właśnie autobusem w nieznanym kierunku, był jakąś masakrą.
Wpadłam w totalną panikę, miałam ochotę jednocześnie ryczeć i wymiotować, jeszcze dobrze nie zaczęłam podróży, a już byłam w czarnej dupie, przez 2,5 miesiąca pracowałam na campie i zarobiłam kasę na wycieczkę marzeń, która w tamtym momencie stała pod wielkim znakiem zapytania. No generalnie koszmar - niby palmy, upał, pięknie, wakacje, a tu ja stojąca bez żadnych środków do przetrwania.
Nagle przypomniałam sobie tego gościa z autobusu i jego numer, który mam na walizce i trzęsącymi się rękami zadzwoniłam do niego. Odebrał, a ja prawie płacząc, błagalnym tonem zaczęłam mu tłumaczyć, że to ja, że przed chwilą jechaliśmy razem autobusem, że w tym i w tym miejscu leży mój plecak, że wygląda tak i tak, że mam tam wszystko i że bardzo bardzo go proszę, żeby go wziął, a ja podjadę, gdzie będzie trzeba i go odbiorę. Gość szybko zareagował, powiedział, że widzi ten plecak i że mamy czekać na tym przystanku i nigdzie się nie ruszać i się rozłączył.
Oczywiście, co sobie pomyślałam? Koniec imprezy, lato marzeń właśnie spierniczyło mi sprzed nosa, gość na pewno ogarnie, że w plecaku jest hajs i inne przydatne rzeczy i na pewno mnie oleje, a ja będę musiała się jakoś doczołgać do ambasady i ogarniać powrót do Polski. Stałam jakiś czas na tym przystanku, dziewczyny próbowały mnie jakoś uspokoić, ale ja trzęsłam się jak nienormalna i z tego całego stresu czułam prawie fizyczny ból i ledwo stałam na galaretowatych nogach. Zaczęłam biec w kierunku tej ulicy, w którą skręcił autobus w nadziei, że zobaczę tego gościa.
I nagle, dosłownie jak w jakimś filmie, zza rogu wyłonił się mój wybawca. Szedł uśmiechnięty w moim kierunku, trzymając w rękach... mój kochany plecak! W tym momencie włączył mi się tryb "czas na ryk szczęścia" i pobiegłam szybciej w jego kierunku, totalnie zapłakana i normalnie rzuciłam mu się w ramiona. A ten rzucił swoje rzeczy i mnie przytulił, zaczął się śmiać, pogłaskał mnie po głowie i powiedział "Nic się nie martw, już wszystko dobrze".
DO KOŃCA ŻYCIA nie zapomnę tego dnia. Nieznajomy uratował najlepsze wakacje mojego życia i zrobił to totalnie bezinteresownie :)
#Ra35O
W pewnym momencie bycie wzorową uczennicą zaczynało mnie nudzić, wtedy też zaczynałam szukać własnego stylu. Zaczęłam się malować, inaczej ubierać. Oczywiście, nauczycielom się to nie spodobało i cały czas słyszałam docinki odnośnie swoich brwi, pomalowanych paznokci. Ale najlepsze było w tym to, że zamiast puścić to koło nosa, bo przecież uczyłam się dobrze i nie sprawiałam żadnych problemów, to ich bolało to, że niszczyłam stereotypy. Tyle się mówi, że dobra uczennica powinna być schludna, cicha, nie rzucająca się w oczy i skromna, a ja taka nie byłam. Na szczęście tamtą szkołę dawno mam za sobą i żyje mi się świetnie ;)
#T4EyQ
Parę lat temu zdarzył mu się wypadek samochodowy. Zginął jego ojciec, matka do dzisiaj nie może się pozbierać.
Poznaliśmy się przez internet. Przez wiele miesięcy nie chciał pokazać swojej twarzy, aż w końcu namówiłam go na spotkanie. Oczywiście w bezpiecznym miejscu. Od tamtej pory (prawie cztery lata temu) jesteśmy razem. Nigdy do końca nie uwierzył, że naprawdę chcę z nim być.
Pech chciał, że ostatnio zostałam zaproszona na wesele. Nie utrzymuję zbytnio kontaktów z rodziną, ale na tę imprezę wypadało pójść, wszakże tamta para młoda nic mi w życiu nie zrobiła. To było jego pierwsze wyjście od czasu wypadku. Chciał zrobić mi przyjemność, jakoś "wynagrodzić" przebywanie z nim i zdecydował się mi towarzyszyć.
Nie wiedziałam, jak powiedzieć rodzinie o jego wyglądzie. Są to osoby dość wścibskie i słabo akceptujące inność. Nie przedstawiłam im swojej byłej dziewczyny. Podczas rozmowy telefonicznej z panną młodą wtrąciłam, że mój ukochany nie wygląda zwyczajnie i chciałabym poprosić, żeby nie traktowano go jak odludka. Nie wiem, czy dobrze to przekazałam. Chyba zrozumiała. Potem okazało się, że jednak nie bardzo.
W dniu wyjścia dostał potężnego napadu paniki, nie mógł swobodnie oddychać.
Udało mu się uspokoić nerwy i zawędrowaliśmy do kościoła. Mimo upału, był całkowicie ubrany i w rękawiczkach. Przez całą ceremonię zapewniałam go, że na pewno nie przyniesie mi wstydu i kocham go najbardziej na świecie.
Problemy zaczęły się podczas wesela. Pytania jak, skąd i dlaczego rozbudziły w nim traumy. Próbował się ze swojego wyglądu tłumaczyć. Próbowałam go bronić, ale nikt z tamtej grupy krewnych nigdy nie traktował mnie zbyt poważnie. Po paru głębszych nieco mniej przyjazna część rodziny zaczęła nazywać go piratem. Ktoś mniej uprzejmy wciąż prosił, żeby rzucił okiem na jakąś sprawę. On jest osobą dość wrażliwą, chociaż wciąż starał się nie pokazywać, że bolą go te słowa. Nieco bardziej taktowna krewna wciąż prosiła, aby dać mu spokój, chociaż w miarę postępu wesela przestawała się tym jakkolwiek przejmować. Zarzucali mu brak dystansu. Nie chciał być już dłużej w centrum uwagi, dlatego resztę wieczoru spędziłam na uspokajaniu go, siedzeniu pod drzewem i jedzeniu pozostałości weselnego tortu. Na razie odpuszczamy sobie jakiekolwiek kontakty z rodziną.
#RzosT
Było to już ponad 10 lat temu. Jako młoda studentka lubiłam sobie poeksperymentować, a jako iż nie byłam w związku spełniłam kilka swoich fantazji seksualnych i byłam zadowolona. Po jakimś czasie stwierdziłam, że czas się ustatkować i odciąć się od rozpustnej przeszłości.
W mojej wizji świata życie powinno wyglądać tak:
Idziesz na studia, poznajesz męża/żonę na tych właśnie studiach, zakładacie rodzinę, która jest "normalna" czyli "nie odstaje od wyuczonych norm społecznych", po studiach oczywiście znajdujesz dobrą pracę, bo w końcu po to je robisz, aby znaleźć dobrą pracę.
Znalazłam faceta, najnormalniejszego pod słońcem. Opiekuńczy, dobry i w sumie tyle. Oczywiście dobry katolik, bo i moja rodzina składa się z dobrych katolików, a mnie było wszystko jedno. Po jakimś czasie facet się oświadczył i tak żyliśmy jako narzeczeństwo, ale trochę jak zawieszeni w próżni. Żadnych kroków w stronę małżeństwa.
Wtedy odezwała się ona, moja przeszłość. Najpierw jako kontakt, bo to osoba z którą mi się świetnie rozmawiało. Dowiedziałam się, że można założyć rodzinę i nie rezygnować ze swoich dziwactw, tylko trzeba poznać odpowiedniego partnera. Zaczęłam też pisać z jednym mężczyzną, gdzie pomiędzy rozmowami o wszystkim i niczym zaczęliśmy się wymieniać bardziej erotycznymi opisami z serii "co by było gdyby".
Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że z narzeczonym urozmaicimy swoje życie erotyczne, ale po różnych sugestiach i propozycjach facet uznał, że chyba mi się w d... po przewracało. We mnie buzowała tęsknota za bardziej nietypowymi doznaniami, ale jedyne na co mogłam liczyć to ewentualna zmiana pozycji, ale też nie na jakąś bardzo wymyślną.
Sytuacja patowa, bo z jednej strony ja chcę więcej, a z drugiej on się na nic nie zgadza i nie chce, a zmuszać nie będę. I przyznaję się, odwiedziłam ludzi z przeszłości, oraz spełniłam z nowo poznanym mężczyzną opisy z serii "co by było gdyby", a narzeczony się zorientował, przeszukał komórkę, a ja się przyznałam. To był koniec. A ja poczułam się wolna.
Romans trwał potem jeszcze kilka miesięcy, ja odmówiłam kilka kontaktów i nauczyłam się jednego: da się znaleźć kogoś o podobnych upodobaniach seksualnych i dodatkowo tworzyć związek, w którym całkowicie się spełniam. Zaczęłam poszukiwania kogoś, kto by akceptował moje fantazje, oraz podzielał moje zainteresowania.
Po ilu latach się udało. Mam swojego ukochanego, z którym nie tylko świetnie się uzupełniamy jako "normalna para" oraz nie muszę udawać grzecznej dziewczynki.
Gdyby nie ten romans, to pewnie żyła bym całkiem "normalnie" i byłabym sfrustrowana, bo jednak jedna część mnie byłaś by całkowicie stłumiona.
I nie, seks nie jest najważniejszy, ale wiem jak bardzo można się męczyć, nawet w prawie idealnym związku...
#Qhj7o
#qQzAy
Jest to ośmiornica ale z 7 mackami, jest tak zaprojektowana, że można będzie jeszcze dodać mackę dwie, a nawet trzy jeśli tak będę chciała.
Na pytania skąd pomysł na taki tatuaż odpowiadam różnie, ale nigdy nie zgodnie z prawdą.
A prawda jest taka, że pojechałam na te wakacje tylko w jednym celu - uprawiać sex i to w ilości hurtowej. A siódemka to ilość facetów z którymi byłam na raz, co spełniło moją fantazję o grupowym seksie tzw gangbangu.
Wystarczy że spojrzę na mój tatuaż, wracają wspomnienia a ja jestem momentalnie napalona.
P.S mam też tatuaż dwóch małż, czego symbolem mogą być, zostawię w waszych domysłach ;)
#oVWW3
Mój tato będący 2 lata po rozwodzie poznał pewną cudowną kobietę, której rozwód również był w toku. Dogadywali się tak jakby znali się od dawien dawna, często przy mnie szeptali sobie miłe słówka. Kobieta ta okazała się mieć dobry wpływ na mojego ojca - zaczął podchodzić do wielu spraw łagodniej i nie tak wybuchowo jak wcześniej. Jednak coś się zmieniło, bardzo niedawno.
Parę lat po moich narodzinach moi rodzice zaczęli uczęszczać na zebrania Świadków Jehowy. Niby znali ich zasady i wpajali mi je całe życie, ale sami często je łamali.
Ja sama przestałam wierzyć w te bzdury parę lat temu i odłączyłam się od tej toksycznej religii. Ojciec zaś przestał utrzymywać kontakt ze Świadkami Jehowy. Grzeszył (jakby to powiedzieli wyznawcy tej religii) - przeklinał, spotykał się z osobą mającą inne poglądy, sypiał z nią bez ślubu. Lecz niedawno zaczął brać udział w zebraniach Świadków Jehowy, które odbywały się online. Myślę, że to przez fakt, iż pewien mężczyzna dzwonił do niego i "zachęcał" go do nawrócenia się.
Dosyć niedawno zaczął olewać swoją dziewczynę i mówił, że woli zostać kawalerem. Potem przyznał się, że mówi tak ze względu na werset Biblijny, w którym jest mowa o tym aby zostać samemu. Naprawdę nie rozumiem tego! Cierpiał parę dni, bo próbował wmówić sobie, że lepiej mu bez swojej ukochanej!
Jednak porozmawiał z nią i na chwilę zaprzestał tych działań. Aż do tego tygodnia.
Zadzwoniłam do niej, jak to czasem robię, i dowiedziałam się, że od paru dni się do niej nie odzywa. Nie odbierał od niej żadnego telefonu. Dopiero gdy ja mu powiedziałam to zadzwonił. Obiecywał, że przyjedzie jednak ze względu na pracę zrezygnował. Dzisiaj natomiast usłyszałam jego rozmowę z moją siostrą, w której mówi, że chce zostać ochrzczonym Świadkiem Jehowy więc będzie chciał zerwać kontakt ze swoją dziewczyną. Tylko dla religii, mimo że kocha ją i ona sprawia, że jest szczęśliwy.
Jestem w niezłym szoku. Nie spodziewałabym się, że jakakolwiek religia może zmienić tak człowieka. Tym bardziej Świadkowie Jehowy.
Naprawdę mogłabym wiele mówić na temat ich często niezdrowych i absurdalnych zasad oraz poglądów. Jednak ta sytuacja dobiła mnie i sprawiła, że moja wiara w jakąkolwiek siłę nad nami maleje do 0.
Dziękuję za przeczytanie.
#UqDn8
Poszłyśmy na przystanek i w ostatniej chwili stwierdziłam, że pojadę jednak do siebie. W pośpiechu wsiadłam do zatłoczonego autobusu i stanęłam obok jakiegoś gościa. Wyglądał na jakieś 25 lat, w uszach miał słuchawki. Drzwiami obok wsiadł turbo-pijany, jak większość pasażerów, żul i zaczął głośno śpiewać piosenki religijne i disco polo. Autobus ruszył, a ten facet obok mnie zaczął komentować całe wydarzenie. Mówił, że przynajmniej jest wesoło, że nieźle śpiewa i dobrze, że nie widzę tej całej szopki. To fakt, nic nie widziałam, bo w autobusie był taki tłum ludzi, ale wszystko słyszałam. Zaśmiałam się nieśmiało i coś tam odpowiedziałam. Z całej tej sytuacji nawiązała się krótka pogawędka.
Po 5 minutach chłopak powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę, a mianowicie: "Zadzwonię do ciebie jak wyjdę z autobusu! Cześć!". W tym momencie wyjął słuchawki z uszu, a ja kątem oka zobaczyłam, że w komórce rozłącza rozmowę. Dotarło do mnie, że przez całą podróż nie mówił do mnie tylko po prostu rozmawiał przez telefon. A najdziwniejsze jest to, że cała ta "rozmowa" się nawet kleiła.