#YHg4H
Mało anonimowe, ale nie jest to temat, który chętnie poruszyłabym na rodzinnym obiadku lub w gronie znajomych.
Nie wiedziałam, że byłam w ciąży. Owszem, spóźniał mi się okres, ale zawsze był nieregularny, chociaż tabletki nieco ustabilizowały cykl. Jednak w zamieszaniu i stresie umknął mi fakt, że opóźnia się o dwa tygodnie. A ostatni faktycznie mógł być zbyt skąpy.
Lekki stres, apteka, łazienka i dwie kreski.
I o wiele większy nerw.
Dwa testy później wysuszyłam pęcherz i powoli zaczęłam akceptować sytuację.
A na drugi dzień zaczęło się krwawienie. Kolejnego ból, skurcze, fasolkowata grudka spuszczona w kibelku. Jeszcze jedna doba zmieniania podpasek i koniec. Następne siusiu na plastikowy wskaźnik - nadal dwa paski.
Nie planowałam dzieci, zabezpieczałam się z partnerem - tabletki, gumki, zakaz kończenia w środku. Za młoda, za duże plany, związek niby kilkuletni, ale nie śpieszy mi się do wspólnych zobowiązań. Nie ten czas, by latać z brzuchem. A instynkt macierzyński odpalał się u mnie tylko na widok zwierzaków, dzieci lubiłam zawsze, ale bez szału i euforii. Wmawiałam sobie, że z moimi będzie inaczej.
A jednak czuję ulgę przemieszaną z zawodem. Nie potrafię całkiem wyzbyć się myśli, że NIEMAL miałabym dziecko. I nawet świadomość, że to normalne, poronienia w pierwszych tygodniach są częste, nie skreśla przekonania, że może jestem jakoś wybrakowana.
Partner nie wie. Przeżywałby to bardziej, nakręcałby siebie i przy okazji mnie.
Nikt nie wie, bo sama nie wiem, z kim mogłabym szczerze, bez wstydu o tym pogadać. Utrata wpadki to raczej nie powód do dumy.
Na ciążowe fora nie pójdę. Zajrzałam i zaatakowały mnie litość, nadmiar współczucia i wspólne modły do "aniołków". Za to podziękuję.
Dziś po raz kolejny zrobiłam test. A nawet trzy. Tak dla pewności.
W końcu jedna kreska.
Może i dobrze, że tak to się skończyło. Nie martw się. Gdybyś wpadła na pomysł zrobienia testu chwilę później nawet nie zdążyła byś się dowiedzieć. Płód był chory i dlatego organizm sam się go pozbył. Tak na to trzeba spojrzeć
Dokladnie tak. Nie powinno sie walczyc z natura. Ona na ogol jest i tak silniejsza. Lepiej zdac sie na to co ma byc. Zmienia sie to oczywiscie tak gdzies od 20 tygodnia.
Corazwiecej - moja walka z naturą ma już skończony rok. Jak kobiecie zależy to warto.
Ja mam dwoje dzieci z takiej walki. Jakbym liczyła na samą naturę to nie wiem ile poronień jeszcze musiałabym przeżyć.
OK, uzupelniam. Mam na mysli sytuacje normalne, standardowe, bedace wiekszoscia. Business as usual. Tylko te.
Corazwiecej - a co to są sytuacje normalne i standardowe? ;) Ja miałam sytuację taką jak autorka, z której udało się nam wyjść. Dziewczyna nic nie wspomina o lekarzu, lekach, więc prawdopodobnie z jakiejś przyczyny nie walczyła o ciążę, tylko pozostawiła to naturalnemu porządkowi rzeczy (i też miała do tego prawo). Poronienia są naturalne i na ogół nie da się ich zatrzymać, ale różnie to bywa, dlatego ja uważam, że z naturą warto walczyć. Nie jest nieomylna.
alee jakmozna walczyc z czyms, co sie juz dzieje i wydalasz skrzep?
troche za pozno na walke
Bazienka - autorka zaczęła krwawić pierwszego dnia, dopiero drugiego wydaliła skrzep. Gdyby trafiła do szpitala od razu dostałaby leki na podtrzymanie ciąży i musiałaby leżeć. Ciąża może by się utrzymała a może nie.
@PrzezSamoH tak, a Ty siedziałaś jej w macicy i widziałaś moment, w którym zarodek obumarł xD Weźcie już dajcie żyć, bo nie wiecie, kiedy zaczęła ronić, a kiedy było to widać, nie zawsze to się dzieje w tym samym momencie. Co to za shamingowanie? Kobieta tutaj przeżywa trudną sytuację, nie wie, co myśleć, a wy prujecie się na nią, że mogła coś tam zrobić. Może była pewna, że ta krew to już koniec. Może zresztą tak było. Fajnie, że macie swoje dzieci z trudnych ciąż, ale nie projektujcie na innych swoje odczucia.
Oczywiście, że każda sytuacja jest inna i nie można generalizować. Ja w ciążach donoszonych krwawiłam kilkukrotnie, a moje dzieci są ze mną. W przypadku poronień szłam na rutynową wizytę u gina a tu brak czynności serca, płody opuchnięte i nie można było stwierdzić ile dni chodziłam z martwym dzieckiem. Także u autorki to mogło być nie do uratowania i nie można tego oceniać. Ja i @przezsamoh podajemy szczęśliwie zakończone historie pomimo prób ze strony natury
Olczix - czytaj ze zrozumieniem. W poprzednim poście napisałam, że autorka miała prawo nic z tym nie robić. Dodatkowo nie twierdzę nigdzie, że ciążę dałoby się uratować. Gdzie tu obwinianie jej? Jeśli kobieta chce zachować ciążę to w momencie krwawienia powinna jechać do szpitala lub swojego ginekologa. Tyle i aż tyle, nie napisałam nic ponad to. Bazienka stwierdziła, że było za późno na walkę, ale takie rzeczy to ocenia lekarz, a nie ludzie na forach internetowych, chyba że siedzimy razem w macicy autorki ;) Dziewczyna przeżywa trudną sytuację, ale ona w pewien sposób podjęła decyzję, z którą teraz musi się oswoić. Duża szansa, że gdyby była w ciąży to teraz planowałaby z chłopakiem aborcję.
Powiedz partnerowi. Zasługuje, żeby wiedzieć.
I co ma mu powiedzieć? "Nic nie mówiłam, bo nie chciałam cię martwić, ale wpadliśmy, jednak poroniłam i dziecka nie będzie" Już widzę tę rozmowę, to byłby horror. Najpierw wyrzuty, że była cicho, potem że pewnie zrobiła to celowo, że zabiła "dziecko", bo go nie chciała i nic nie mówiła bo jest zimną suką, a teraz dopadło ją sumienie i szuka usprawiedliwienia.
Serio, lepiej siedzieć cicho. Autorka wie, że jej partner by się nakręcił, lepiej uniknąć tego. Wiele wczesnych ciąż tak kończy, gdyby kobiety mówiły o tym za każdym razem (większosc nawet nie zauwaza że poronila), to społeczenstwo by je zjadło za bycie nieodpowiedzialnymi, bo nie potrafia same się sobą zająć i niepełnowartościowymi jako kobiety, bo nie potrafią utrzymać ciąży.
Lepiej nic nie mówić...
Przecież to jest wyznacznik naszych współczesnych, poprawnych politycznie czasów... Dzielimy życie. Razem śpimy, kochamy się. Całujemy nasze ciała, masujemy nasze czułe, erogenne punkty. Szepczemy sobie różne rzeczy przytulając się razem do snu. W tej błogiej ciemności. Wiemy jak się doprowadzić nawzajem do orgazmu. Wiemy też kiedy usiąść obok siebie ze skrzyżowanymi nogami i patrząc w horyzont rozmawiać o wszystkim co czujemy. Wiemy kiedy się powygłupiać, szturchając się nawzajem łokciami po błahej, nic nie znaczącej kłótni. Ale nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy i z własną duszą na otwartej dłoni porozmawiać szczerze o naszym życiu i wspólnych problemach. Już dawno mówiłem, że ten nieszczęsny świat zmierza w strasznym kierunku. Pociesza mnie to, że sam się też niedługo zabiorę razem ze swoimi wspomnieniami.
@Ostrzenozeinozyczki
Świat jest okrutny ale nie cały. Wszystko będzie dobrze
Spokojnie, z tym zabieraniem się to było tak na żarty xD ale przyznam, że takie wyznania niesamowicie mnie dołują...
Jezu dziękuję !
Tak usilnie próbuję wkładać kij do mrowiska i przedstawiać się z jak najbardziej wrednej i złośliwej strony, że wasze słowa aż mnie ścisnęły za serce :)
Chyba jednak trzeba się bedzie uspokoić z tym kozaczeniem i pajacowaniem 😅
Ale żeby co wiedzieć? Że jej sie okres 2 tygodnie spóźniał? Mi się też spóźniał wiele razy ale testów nie robiłam, może to też była choć raz ciąża, a może nie. Po co facetowi o tym opowiadać? Gdyby nie zrobiła testu to pewnie sama by nawet nie wiedziała.
podobno ok. 1/3 ciąż tak się kończy.
czesto kobieta nawet nie wie, mysli ze to przesuniety o kilka dni okres, tylko troche ciezszy
Miałam to samo. Wpadka, niby szok, przecież to nie czas, ale z drugiej strony „ wow, będę mieć dziecko, nieźle!”. I po dwóch miesiącach koniec. Najgorszy był chaos emocjonalny. Niby to normalne, niby wiele ciąż się tak kończy, facet i tak próbował nakłonić mnie do aborcji i toczyłam z nim o to walkę, niby tak będzie łatwiej. Z drugiej strony przecież to nie było złe uczucie- być w ciąży, przecież za pare miesięcy mogłabym mieć swoje dziecko, i po prostu żylibyśmy sobie normalnie, jakoś by się ułożyło, dałabym radę nawet sama. A może to moja wina, że umarło? Może to to piwo wypite gdy jeszcze nie wiedziałam, może nie powinnam tyle nosić, może mogłam temu zapobiec?
Tak walczyłam z myślami przez pół roku. Wiele przez ten czas się zmieniło, zmieniłam kraj w którym mieszkałam, poznałam faceta na którym mi zależy, dostałam świetną pracę, wiele się wydarzyło. I powoli zaczęłam wracać do stabilności. Widocznie tak miało być, może to był tylko zbitek komórek i nie ma żadnego znaczenia, może żywa istota, którą jeszcze spotkam, nie mam pojęcia. Dzisiaj wiem o sobie więcej i każdego dnia jest coraz lepiej, godzę się z sytuacją. Daj sobie czas, Twoje ciało mówi Ci, że straciłaś coś ważnego i to boli i to normalne. Ale to też minie i przyjdą rzeczy, których się nie spodziewasz.
Nie jesteś w żaden sposób wybrakowana, poronienia w pierwszym trymestrze są tak naprawdę bardzo częste, a już zwłaszcza w pierwszych dwóch miesiącach. Wiele kobiet nawet nie wie, że było w ciąży i uznaje to za lekko spóźnioną miesiączkę. Nie jest to powód do dumy, ale też żaden powód do wstydu, tak po prostu działa natura.
Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, więc trudno mi radzić, ale zastanawiam się, czy nie powiedziałabym czegoś w tym stylu: "dostałam silnego bólu brzucha i krwotoku, ponieważ teraz ciężko dostać się do lekarza, kupiłam test w aptece, który wykazał, że to była wczesna ciąża" - a potem to już reagować stosownie do reakcji partnera. W każdym razie ja, będąc mężczyzną, chciałabym wiedzieć, że moja partnerka była ze mną w ciąży.
Nie masz jakiejś przyjaciółki z którą mogłabyś o tym porozmawiać?
Niektórzy radzą, aby powiedzieć partnerowi, a ja nie wiem, czy to faktycznie dobre rozwiązanie. Raz, że będziecie się wzajemnie nakręcać, a dwa, że może nagle uznać, że to znak, że pora na dziecko (chociaż to żaden znak, tylko kwestia pecha).
Czasami czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Lepiej aby mu nie mówiła. Nie wiadomo jak facet się zachowa, może przyjąć to na klate i wesprzeć dziewczynę albo, co gorsza, obwiniać ją o wszystko.
"Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal".
Ona wie. On nie wie. Czasami zdarza się, że On o czymś wie, lecz Ona tego nie wie. I dalej siedzą w pozornie szczęśliwym związku. Wszystko jest piękne z pozoru bo tak wypada. Nie wypada mówić tego o czym się nie gada. A ja nie chcę oceniać. Jestem tylko narratorem.
"Ja nie oceniam. Jestem tylko narratorem. Opowiadam o tym,co jest bez wątpienia chore." 🎶🎶🎶
Tak mi się skojarzyło.
To nie był jeszcze płód, nie mylmy faktów.
Niezależnie od ilości materiału genetycznego, to osoba, która jest w ciąży ma więcej do powiedzenia w jej kwestii. Zwłaszcza w takiej sytuacji. To ona odczuwa wszelkie konsekwencje ciąży, nie partner. Dziewczyna już podświadomie wie, że nie do końca może ufać partnerowi, ale poronienie jest zbyt delikatną sprawą, aby teraz dokładała sobie stresów i problemów ze związkiem.
Jak miałam 18 lat to wpadłam z chłopakiem. Po prostu pękła nam gumka, jednak dostałam okresu, spóźniony ale był. W międzyczasie dowiedziałam się o chorobie taty, rozstałam się z tym chłopakiem i po miesiącu dostałam krwotoku, lekarz na sorze powiedział mi, ze było to poronienie, które zdarza się w pierwszych tygodniach i to nic dziwnego, szczególnie, ze tamten tryb życia jaki prowadziłam, a było w nim dużo stresu, alkoholu i używek spowodował poronienie. Powiedziałam chłopakowi, sama nie wiem po co, chyba tylko dlatego żeby móc się tym podzielić z kimś jeszcze. Dzisiaj już nawet o tym nie pamietam, jednak on czasem odzywa się do mnie, ze nie potrafi sobie z tym poradzić i szuka pomocy, a ja jestem bezsilna. Wiec autorka dobrze robi, ze nic nie mówi partnerowi
moja droga poronieniu w pierwszych tygodniach ulegaja zazwyczaj zarodki/plody letalne
wiec duze prawdopodobienstwo, ze to dziecko, jakby sie w ogole urodzilo, byloby ciezko chore
to lepiej w ten sposob i dla ciebie i dla niego
moc wsparcia posylam i tule :)
Co do odczucia, że jesteś "wybrakowana" - jeżeli będziesz już chciała mieć dzieci to masz dwie opcje:
- spróbować zajść w ciążę i mieć nadzieję, że będzie dobrze
- zrobić badania.
Ja po pierwszym poronieniu byłam przerażona (ale chciałam mieć dziecko).
Lekarz nie kazał mi robić badań, bo stwierdził, że to się po prostu zdarza.
Drugą ciążę również straciłam.
Wtedy zrobiłam badania i okazało się, że mam mutację genu MTHFR i "Wystraczy" brać odpowiednie tabletki przed zajściem w ciążę i w trakcie ciąży i będzie dobrze.
Teraz jestem w trzeciej ciąży, już na końcowce, ale pamiętam jak bardzo się bałam, że nigdy nie będę mogła mieć dzieci i że jestem "zepsuta".