Nie wiem co chcę robić w życiu.
Jako dziecko marzyłam o byciu weterynarzem, potem o dziennikarstwie, historii sztuki, grafice, archeologii. W końcu wylądowałam na studiach związanych z kulturą/humanistyką/mediami, które owszem, oscylują wokół moich zainteresowań, ale jak można się domyślić, nie dały mi konkretnego zawodu. Zrobiłam kurs na grafika komputerowego, odbywałam staże w agencjach reklamowych, nawet pracowałam przez jakiś czas w tym zawodzie, jednak sytuacja z pandemią pozbawiła mnie pracy. No więc siedzę sobie na bezrobociu i nie wiem. Nie wiem, czy dalej chcę to robić, nie czuję się w tym wystarczająco dobra, nie sprawia mi to aż takiej przyjemności. I jest mi cholernie wstyd, że 26-letnia baba jest tak zagubiona. Chcę się kształcić i z chęcią poszłabym na jakiś kurs, tylko... no właśnie, jaki? Jestem, muszę to niestety przyznać, zbyt głupia na przedmioty ścisłe, by móc realizować się w zawodach stricte technicznych/informatycznych/medycznych. Moi znajomi mają mnie za osobę kreatywną, rezolutną, beztroską, a ja... a ja czuję się przy nich jak debil, który do dzisiaj nie wie kim chce być jak dorośnie, podczas gdy oni konsekwentnie dążą do obranego sobie celu.
Najgorsze jest to, że mój ojciec zawsze miał o mnie wysokie mniemanie. Zawsze chwalił jak rysuję, wierząc, że zwiążę z tym swój zawód (jednocześnie nie robił nic, bym jako dziecko uczyła się rysunku), powtarzał, że akurat ja sobie poradzę, że będę kimś. Ha.
Utrata pracy dodatkowo mnie zdemotywowała, potrafiłam leżeć w łóżku całymi dniami albo tracić czas na szperanie w sieci. "Nic nie umiesz, do niczego się nie nadajesz, więc śpij". Nie wiem, czy to już depresja, czy tylko stan beznadziejności, ale chciałam powiedzieć to na głos, żeby nikt nie usłyszał.
Beztroska i bezużyteczna.
Moja mama cierpi na stwardnienie rozsiane. Ta okropna choroba zabrała jej wolność, szczęście, władzę w ciele.
Obecnie większość czasu spędza w łóżku lub na wózku, nie rusza żadną częścią ciała, nawet głową. Musiała przejść tracheotomię, bardzo słabo mówi, ciężko jest się z nią porozumieć.
Mama potrzebuje opieki 24 na dobę, dużo czasu spędza z nią tata, dba o nią, przebiera, myje, karmi, podaje leki, zmienia pieluchy. Wiem, że bardzo mamę kocha.
Poza tym mama ma też opiekunkę, bo tata dużo pracuje i czasem wyjeżdża służbowo.
Ja też staram się pomagać przy mamie, ale chodzę jeszcze do szkoły, muszę się uczyć, chcę iść na studia, chciałabym po prostu mieć swoje własne życie.
Tata nie zmusza mnie do pomocy, ale i tak sama z siebie staram się przynajmniej raz dziennie nakarmić mamę, wziąć ją na spacer, czy po prostu posiedzieć z nią przed telewizorem.
Jakiś czas temu odkryłam coś niechcący. Mój tata zostawił telefon w salonie, a sam poszedł do łazienki. W tym czasie dostał wiadomość, więc odruchowo spojrzałam na ekran. Była to wiadomość od jakiejś kobiety, zaczynającą się słowami "Było wspaniale. Nie mogę się doczekać, kiedy znów cię zobaczę... ".
Nie weszłam w wiadomość, nie chciałam czytać dalej. Nie chcę wiedzieć, choć i tak jest to oczywiste.
Mój tata wciąż jest jeszcze młody, ma dopiero 40 lat, jest przystojny, inteligentny, zabawny, ma wiele talentów, między innymi gra na kilku instrumentach i pięknie śpiewa, maluje, fotografuje, komponuje muzykę.
Ze względu na mamę musiał zmienić swoje życie, wiem, że marzył o karierze muzycznej, grał nawet kiedyś w zespole rockowym, z którego musiał zrezygnować, gdy mama zachorowała.
Z jednej strony rozumiem mojego tatę. Czuje się samotny, zamknięty w świecie, który go unieszczęśliwia i męczy, poświęcił swoje życie chorej żonie. A przecież jest tylko człowiekiem, ma swoje potrzeby, ma uczucia.
Powiadomienie o tym mamy byłoby całkowicie głupie i bez sensu, bo jedynym efektem byłoby zranienie jej. Mama i tak nie może odejść, jest zdana na tatę i jego łaskę. Nie mogłaby mu nawet wykrzyczeć tego, co czuje.
Z tatą rozmawiać też nie zamierzam. Jeśli to jest to, czego on potrzebuje i jest to sposób, w jaki jest w stanie jakoś przez to wszystko przejść, to ja to rozumiem i akceptuję.
Chciałabym, żeby tata choć przez chwilę był szczęśliwy i mam nadzieję, że w tych chwilach z kochanką/ami właśnie tak się czuje. Wolny i szczęśliwy.
Jakiś czas temu miałam swój pierwszy lot samolotem. Przy odprawie byłam tak zestresowana, że zapomniałam wyjąć telefonu z kieszeni i gdy przechodziłam przez bramkę, bramka zapikała. Pan pokazał mi ręką znak stop, żebym dalej nie szła. Zdezorientowana, nie wiedząc co robić, przybiłam mu w tę rękę piątkę...
Niedługo trzydziestka, a ja tylu rzeczy nie zrobiłam... Połowę swojego życia przesiedziałam w szkole i na studiach, a później na szukaniu pracy. Chciałabym, aby w moim życiu pojawił się jakiś przełomowy moment, w którym zaczęłabym czuć większą satysfakcję ze swojego życia. Aktualnie czuję pustkę, której nie potrafię wypełnić. I proszę, nie piszcie, że to kolejna nastolatka udająca depresję. Ja po prostu nie wiem co chcę dalej robić w życiu, utknęłam w takim momencie, że nie mam pojęcia co dalej.
Czuję się strasznie zażenowana, gdy to piszę.
Chyba molestowałam dzieci. Działo się to, gdy miałam jakieś 11, może 12 lat. Pamiętam jak przez mgłę pewne sytuacje.
Leżałam z młodszym bratem na łóżku, tak wyszło, że zaczęliśmy się całować, nie wiem kto zaczął, nikt nas na tym nie przyłapał. Najgorsze co pamiętam, to gdy byliśmy z bratem chyba pod stołem i kazałam mu dotykać mnie w miejsca intymne.
Miałam koleżankę mieszkającą jakieś trzy wsie ode mnie. Raz gdy bawiłyśmy się z jej młodszym bratem, wypaliłam z pomysłem, jak można fajnie spędzić czas. Rozebraliśmy się do naga i oglądaliśmy swoje ciała.
Niczego więcej sobie nie przypominam.
Czasami to do mnie wraca. Zazwyczaj wieczorami myślę o tym wszystkim. Dla mnie to chore, choć z drugiej strony wydaje mi się, że w tamtym czasie nie wiedziałam co robię. Nie mam pojęcia, czy to w jakikolwiek sposób wpłynęło na tych ludzi. Teraz jestem już po 30 i mam swoje dzieci. Gardzę pedofilią i w życiu nie zrobiłabym krzywdy komukolwiek, a zwłaszcza tym niewinnym istotom.
Nie mogę o tym nikomu powiedzieć, nie przeszłoby mi przez usta.
Od kilku lat jestem w związku ze wspaniałym mężczyzną. Bardzo go kocham i wiem, że trafiłam na tego mitycznego „jedynego”. Jesteśmy zgrani w 100%, dopasowani wręcz idealnie.
Ale gdyby nie było jakiegoś „ale”, nie pisałabym tego wyznania.
Mój partner jest kilka lat starszy i po rozwodzie.
Nigdy nie przykładałam dużej wagi do małżeństwa, jestem niewierząca, a ślub był dla mnie tylko przydatną umową ułatwiającą wspólne życie, niczym więcej.
A jednak nie mogę znieść faktu, że on był żonaty. Nie jestem zazdrosna o tę kobietę, wiem, że ich związek był fatalny, a ona jest mi obojętna.
Nie mogę znieść tego, że gdybyśmy mieli się pobrać, byłabym „drugą” żoną. Że w dniu ślubu ja przeżywałabym coś tak znaczącego pierwszy raz, a on drugi. Że miałabym swoje jedyne wesele, a dla niego byłoby to już kolejne. Że mój najważniejszy dzień to dla niego powtórka. Że to „nowe życie” będzie nowe tylko dla mnie, że nie uczestniczymy w tym równo, bo startujemy z innych pułapów.
Zastanawiam się często, co on czuł w dniu swojego ślubu. Czy był szczęśliwy, czy się bał. Jak spędził noc poślubną, jak wyglądało kilka pierwszych dni u boku żony. Jakie to było dla niego uczucie.
Nie zadam mu tych pytań, bo wcale nie chcę znać odpowiedzi, nie chcę o tym słuchać. A jednak mnie to męczy.
Czuję czasem wręcz obrzydzenie na myśl o ślubie z nim, nie zniosłabym łatki „drugiej”. Wiem, że to absurdalne i płytkie, ale ogarnia mnie taka niechęć, taki wstręt na samą myśl o tym hipotetycznym małżeństwie.
Chcę spędzić z tym człowiekiem resztę życia, ale nie chcę być jego żoną. Wiem, że do ślubu nikt nas nie zmusza, ale jednak jest to duże ułatwienie w wielu sprawach dnia codziennego, a żadna umowa notarialna nie ma takiej mocy.
Borykam się z takimi myślami. Głupie, fakt, ale mam do niego żal o to poprzednie małżeństwo, jakby mi coś odebrał.
Pewnie brzmi to strasznie pusto, wstyd mi za takie myślenie.
W przedszkolu - aniołek. W domu - diabeł. Tak było ze mną. Rodzice zapytali mojej przedszkolanki, co zrobić. Stwierdziła, że pomóc może psycholog. Zapisany zostałem na wizytę. Pamiętam to jak dziś! Pani psycholog powiedziała, żebym usiadł przy stole. Chwilę później przyniosła mi kartkę A4, na niej położyła ołówek. W odległości około metra od kartki położyła duże pudełko z kredkami. Powiedziała, bym narysował "swój świat". Moją rodzinę, bliskich itd. Automatycznie wziąłem się do roboty. Był jednak jeden problem... Na kartce leżał tylko ołówek, a po kredki musiałbym wstać. Wstydziłem się zapytać, czy mogę użyć kredek, a więc wszystko naszkicowałem ołówkiem. Mój rysunek mimo iż przedstawiał szczęśliwą rodzinę i moją przedszkolną miłość (taki byłem kochliwy chłopak, ha, ha :D), wydawał się być nieco mroczny z racji użycia jedynie ołówka. Zero kolorów. Tylko jeden, ciemny odcień.
Gdy skończyłem, pani psycholog zawołała rodziców na rozmowę, a ja czekałem w innym pomieszczeniu. Wiecie czego dowiedzieli się moi rodzice o mnie po interpretacji przez panią psycholog mojego szkicu? Usłyszeli, że jestem niesamowicie zamkniętym w sobie dzieckiem, pesymistycznie patrzącym na świat. Nie widzę w świecie kolorów, pozytywów, a jedynie zło.
A to wszystko dlatego, że wstydziłem się zapytać o kredki... :)
Dziewczyna kolegi, jadąc od niego do domu autobusem, gubi kurs... Wysiada na kolejnym przystanku, gdzie czeka już "przyjaciel" mieszkający nieopodal chłopaka. Grzecznie podwozi ją do swojego domu jak się ściemni i odwozi z samego rana.
Obydwoje są moimi znajomymi. Powiedzieć mu? Źle się na to patrzy...
Wybudziła mnie ze snu jakaś ciepła substancja rozlana po mojej buzi. Gdy doszłam do pełni świadomości, dotarło do mnie, że to mój kot obudził mnie porannym deszczykiem prosto spod ogona.
Często mówi się, że kobieta nie może odejść od faceta, jak ten ją bije. A co ma powiedzieć facet, który od paru lat jest mieszany z błotem, traktowany jak śmieć i człowiek gorszego sortu?
Mój dzień wygląda następująco. Praca-dom-zakupy-słuchanie wyzwisk i jaki to ja jestem zły. Kolegów nie widziałem już parę miesięcy, ponieważ jest z każdym pokłócona, a jako dobry facet bez niej nie pójdę, bo nie wypada.
Wczoraj (sobota) już całkiem przesadziła, zrobiła awanturę, że o 7 poszedłem do toalety, przez co ją obudziłem, a ona taka zmęczona (siedzi i zajmuje się domem), poszedłem do drugiego pokoju i zająłem się sobą (nie, nic z tych rzeczy, odprężam się grając w gry, tudzież oglądając YT, TV to ściema i nic tam ciekawego nie ma poza Discovery). Po dwóch godzinach przyszła, zaczęła rzucać we mnie rzeczami, czemu gram zamiast się położyć obok niej i ją przepraszać (spędzam z nią 24/7, nawet w pracy muszę ciągle z nią pisać). Nie wytrzymałem, puściły mi nerwy, wywaliłem laptopa w ścianę, po czym sam przywaliłem w drzwi obok jej głowy. Scenę można wyobrazić sobie jak z jakiegoś filmu, biedna niewiasta stoi przestraszona, obok niej facet schylony, wkurwiony z zakrwawiona ręką w drzwiach mówi "wynoś się, bo zaraz coś ci zrobię". Kazałem osobie, którą kocham odejść, by nie zrobić czegoś głupiego, już nie mogłem wytrzymać.
Będę cierpiał z tego powodu, ale chyba trzeba by już to zakończyć.
Dodaj anonimowe wyznanie