Działo się to kilkanaście lat temu w Święta Wielkiej Nocy. Miałam wtedy mniej więcej 8 lat. Wielkanoc, to i wiadomo, koszyczek, jajka, święconka i inne pierdolety, marsz do kościoła wszystko poświęcić. Właśnie o to poświęcenie poszło. Jako dziecko naszło mnie rozkmina, skąd właściwie bierze się ta woda święcona? Jak księża ją zdobywają?
A że nie byłam dzieckiem zbyt cierpliwym, to zaraz po wyjściu z kościoła dorwałam mojego starszego prawie o dekadę brata, coby rozwiał moje wątpliwości. On natomiast z całą powagą odpowiedział mi, że wodę święconą wyciska się z aniołów, które spadły na ziemię i że czasem księża przed świętami wyruszają na specjalne polowania na nie.
Oczywiście nie uwzględniłam faktu, że brat może robić sobie jaja z młodszej siostry i we wszystko uwierzyłam. Za każdym razem zastanawiałam się jakiego biednego anioła tym razem zmasakrowano, żeby móc skropić ludzi w kościele oraz że to musiało być dla nich niesłychanie przykre spaść z nieba i skończyć na końcu kropidła.
Potem się ksiądz na religii zdziwił, jak go zapytałam, ile aniołów w swoim życiu zdążył wycisnąć.
Miałam wtedy chyba z 5 lat. W tamtym czasie bardzo dużo jeździłam z moim tatą samochodem. Nawet do spożywczaka po gumę turbo kazałam się wozić samochodem, tak to uwielbiałam.
Był upalny dzień. Jak co dzień jechaliśmy dokądkolwiek po cokolwiek, byle jechać. Tata za kółkiem bardzo dużo wyklinał i wyzywał innych kierowców, bo przecież on, typowy Janusz, jeździł najlepiej na świecie, a wszyscy inni prawo jazdy to na pewno załatwili sobie z Ukrainy. A że umysł pięciolatki był chłonny jak gąbka, to i katastrofa murowana.
Tego dnia było gorąco jak w piekle, okna otwarte na oścież. Stanęliśmy sobie grzecznie na czerwonym. Na pasie obok stanął równo z nami inny kierowca. I widzi małego słodkiego pączka z kokardkami we włosach i sukienusi w kwiatusie, to zaraz do mnie przez otwarte okna:
- A puci puci kochanie, a ti ti ti.
Ja natomiast z właściwą sobie gracją i niespodziewanie dobrą dykcją odparłam tak, jak wyobrażałam sobie, że tatuś by mu powiedział:
- Spie*dalaj, baranie!
Gościu oniemiał i z wrażenia nie zauważył zielonego światła. Tata zbił ze mną mega wychowawczą pionę. Mama natomiast zbiła pionę z taty czołem, a ja od tamtej pory po gumy turbo chodziłam pieszo.
Oglądaliście "Legalną blondynkę"? Dla tych, którzy nie widzieli filmu - główna bohaterka, rzucona przez chłopaka pochodzącego z bardzo szanowanej rodziny, postanawia mu zaimponować - i dostać się na prestiżową uczelnię, czyli taką, gdzie on także będzie studiował.
W moim przypadku było nieco podobnie. Na uczelni, gdzie studiowałam, był pewien wykładowca. Lekarz, prowadzący niektóre zajęcia dla studentów medycznych kierunków. Nowy, względnie młody, z osiągnięciami w swojej dziedzinie, pasją do zawodu i usposobieniem tak pogodnym, że szybko stał się, z tego co słyszałam, ulubionym prowadzącym swoich studentów.
Zaciekawił mnie. Na koło naukowe, któremu patronował, zapisałam się tylko z tego względu. Coraz chętniej przychodziłam na jego zajęcia, coraz bardziej mi zależało, żeby się wybić na tle grupy i zrobić na nim wrażenie. Chciałam, by widział we mnie kogoś zdolnego. Kogoś równie ambitnego, co on. Zadurzyłam się jak głupia małolata, chociaż miałam już ćwierć wieku na karku... Po obronie dyplomów "mój" wykładowca zakończył współpracę z dotychczasową uczelnią i przeniósł się do innego miasta; jak się okazało, miał tam wykładać na kierunku lekarskim.
Myśl o nim nie dawała mi spokoju. Musiałam jakoś nawiązać kontakt, ale nie miałam śmiałości napisać przez portal społecznościowy, więc... Postanowiłam dostać się na jego uczelnię, na medycynę. Zabrakło mi jednak sporo punktów, ale nie poddałam się. Znalazłam pracę, poszukałam kursu przygotowującego do matury i starałam się. Pierwsza poprawa matury poszła tak sobie, druga odrobinę lepiej, za to trzecie podejście okazało się strzałem w dziesiątkę. Tak. Przez trzy lata dążyłam do celu, by znaleźć się jak najbliżej byłego wykładowcy.
Dostałam się, a gdy wpadliśmy na siebie na terenie kampusu, okazało się, że mnie zapamiętał! Najpierw absolutna euforia. A potem mimowolnie wspomniał o narzeczonej.
Minęły trzy lata, na uczelni sobie nieźle radzę, angażuję się i mogę chyba powiedzieć, że bardzo lubię swoją aktualną ścieżkę edukacji. Tylko dalej boli mnie, że moja pogoń skończyła się w ślepej uliczce. Nikt nie wie, jak głupim motywem się kierowałam idąc na te studia i nikt nie ma pojęcia, że zatracam się w nauce i zajęciach dodatkowych, żeby zapomnieć o fakcie, iż on ma, teraz już, żonę.
Pewnej nocy mój starszy o rok brat wrócił pijany do domu. Nawalony w cztery dupy, ledwo trzymał się na nogach, więc ja jako dobra siostra wzięłam go do swojego pokoju, położyłam go na łóżku. Nie wiem, czy minęła minuta, a on puścił pawia, no to ja mop, woda i sprzątam. Powiedziałam, żeby szedł się wykąpać, bo śmierdzi. Grzecznie mnie posłuchał i poszedł.
Czekam 30 minut, a jego nie ma i nie ma. Idę do łazienki. Wielki zdziw, co jest grane, nie ma go. Szok, przeszukuję wszystkie pomieszczenia. W końcu wychodzę na pole. Deszcz, burza, a on leży na podjeździe przed domem. Pytam "Co ty odpierd*lasz?". A ten do mnie "No co, kazałaś mi się kąpać, to się kąpię". Do tej pory wydaje mi się, że to jednak nie był tylko alkohol, ale i coś więcej.
W tym roku byłam nad naszym pięknym morzem. Szczęśliwie pogoda w większości była wietrzna i lekko deszczowa, co pozwoliło uniknąć ogromnych tłumów, ale jest jedna kwestia, której nie uniknie się w tym kraju. No chyba że wszędzie na świecie tak jest, to przepraszam za aluzje tylko do kraju.
Wszędzie gdzie się nie pójdzie, gdzie się nie stanie, absolutnie zawsze przyjdzie ktoś, kto pali fajki. Nienawidzę tego smrodu najbardziej na świecie. Już zapach gó*na jest przyjemniejszy, nawet zapach rozkładających się zwłok.
Zakładasz sobie, że siądziesz z dziećmi na dwie godziny na plaży. Po 20 minutach obok rozkłada się z 8-osobowa rodzina. Wszyscy bez wyjątku opaleni na heban, połowa w tatuażach, a zdecydowana większość z rażącym brakiem uzębienia. I mimo że cała jebana plaża prawie wolna, oni rozłożą się 10 cm od rodziny z dziećmi i absolutnie wszyscy wyciągają fajki i palą. Zwracasz kulturalnie uwagę, udają, że nie słyszą i palą jednego papierosa za drugim. Człowiek wytrzymał 10 minut, zabrał się w piz*du i poszedł. Klnąc pod nosem, że jeszcze nie pojawił się jakiś współczesny wariat, który by tych wszystkich śmierdzących palaczy, zatruwającym innym życie, w pizdu wymordował.
Idziemy coś zjeść. Siadamy w ogródku restauracji. Zamawiamy, czekamy na dania. Przychodzi towarzystwo kilku panów, w ciuchach do jazdy na motorach. Siadają nieopodal. Zamówili. I co? I chwila na palenie! Ale tutaj pełna kultura! Odeszli od swojego stolika, stanęli przy naszym i buch buch faja za fają!
Absolutnie podczas każdego spaceru szedł przed lub za nami palacz, który kopcił. Pierwszy raz w życiu cały nasz wyjazd zdominował wszechobecny odór fajek.
I wiecie co? Palacze to debile. Każdy, absolutnie każdy bez wyjątku. Są na tyle egocentryczni, że uważają, że jak oni się trują i smrodzą, to każdy ma to akceptować. Gdybym ja szła i takiemu cała drogę psikała śmierdzącymi perfumami w kark, to myślicie, że by się nie oburzył? Bo oni mają prawo, wolność wszystkiego! Tylko ty nie masz prawa do oddychania powietrzem bez tego smrodu.
Jest to mowa nienawiści, ale ostatnio nic tak bardzo mnie nie wyprowadziło z równowagi, jak te kilka dni w oparach fajek. Absolutnie wszędzie. Taki tam kraj brudactwa i patologii. Wytrzymaliśmy trzy dni, z pozostałych trzech dni wyjazdu zrezygnowaliśmy, ponieważ w każdym zoo, w każdej atrakcji turystycznej, w której byliśmy wszędzie było brudactwo palące i dmuchające innym w kark! Może tych kulturalnych palaczy chodzących na bok nie zauważyłam, bo mi opary dymu przeszkadzały.
Jest to absolutnie anonimowe wyznanie. Pewnie większość z was uzna, że zmyślam... Ale nie.
Straciłam dziewictwo z własnym kuzynem. Miałam 17 lat, on 21. Może by do tego nie doszło, gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy rodziną... Ale od początku.
K poznałam na urodzinach koleżanki, która kilka miesięcy wcześniej przeprowadziła się do innego miasta i między innymi on był jednym z jej nowych znajomych, których postanowiła zaprosić. Zaczęliśmy się spotykać, zostaliśmy parą... Spotykaliśmy się kilka miesięcy i jakimś cudem nikt się nie zorientował. Aż do pamiętnych świąt wielkanocnych...
Postanowiliśmy nasz związek wznieść na wyższy poziom - w poniedziałek wielkanocny miałam go przedstawić swoim rodzicom, a we wtorek jego rodzice mieli poznać mnie. Do wtorkowego spotkania nie doszło, bo w poniedziałkowe... Istny koszmar. Przyprowadziłam K do domu, z radością zaprezentowałam go rodzinie, zasiedliśmy do obiadu, tata zaczął pytać mojego wybranka o uczelnię, o pracę, o rodzinę... No właśnie. I tu sprawa się rypła. K zaczął mówić o mamie, która jest nauczycielką i ma pewną charakterystyczną przypadłość... Rodzice wtedy zdębieli i zaczęli zadawać coraz bardziej szczegółowe pytania, aż poznali jej panieńskie nazwisko. Takie samo jak mojej mamy... Moja mama i jego mama to siostry...
Wiedziałam, że mama ma siostrę, z którą nie odzywała się wiele lat. Ja nigdy jej nie poznałam, nigdy się o niej nie mówiło, właściwie nikt nawet nie wiedział, czy żyje. Gdy obie dorosły, wyprowadziły się z rodzinnego domu i zamieszkały razem. Nie znam szczegółów tej historii, ale podobno ciotka wpędziła mamę w niezłe długi i przepadła jak kamień w wodę. Rodzina początkowo jej szukała, ale ostatecznie wszyscy się jej wyrzekli. Niby po wielu latach próbowała nawiązać kontakt, ale nikt jej nie wybaczył. Życie toczyło się dalej, aż do tych nieszczęsnych świąt...
Jak się domyślacie, w tamtym właśnie momencie nasz związek przestał istnieć. Temat nigdy nie został już poruszony. Jakby to się nigdy nie wydarzyło. Z K kontakt urwany do zera, oboje uznaliśmy, że ta część naszego życia nigdy nie miała miejsca.
To były szalone, studenckie czasy, dokładnie 1 rok. Wracałam z ówczesnym chłopakiem z imprezy w klubie do akademika i zebrało nam się po alkoholu na amory w parku. Świrujemy już dość ostro i nagle ... oślepił mnie błysk świateł samochodu jadącego alejką w naszą stronę. Zdążyłam tylko oderwać się od zajęcia i zobaczyłam dwóch rozbawionych policjantów, którzy wyjaśnili nam, że siedzimy pod miejską kamerą i że kłócili się na komisariacie, kto jedzie do nas interweniować, a kto zostaje i ogląda dalej. Skończyło się tylko na pouczeniu, ale przez kilka lat bałam się, że wyląduję gdzieś na YouTubie.
Nienawidzę swojej córki.
Ostro?
Ma 10 lat, a ja nie potrafię jej znieść. Brzydko, ale szczerze - wkurza mnie każde jej słowo. Jest życiowo głupia do potęgi, pieprzy bzdury bez przemyślenia. Była normalna dopóki sytuacja życiowa nie zmusiła mnie do zarobkowania za granicą. Została na jeden jedyny rok pod opieką babci, czyli mojej mamy.
Mam żal do matki mojej, że tak ją rozpieściła, choć mnie jakoś wychowała normalnie. Córka ma 10 lat, a jest wyrachowaną i bezczelną egoistką, próbuje rządzić wszystkimi innymi dziećmi i dorosłymi, szantażuje emocjonalnie, nie docenia niczego co ma... Każde jej zdanie jest wypowiedziane albo z wyższością, albo pretensją. Na każde jej słowa mam ochotę wrzeszczeć: Zamknij ten tępy ryj! Wykańcza mnie to psychiczne. Nawróciła mi nerwica i depresja, bo z jednej strony ją kocham i czuję za nią odpowiedzialność, a z drugiej nie mogę znieść jej towarzystwa. Nie tylko ja. Po tylu latach samotnego jej wychowywania poznałam super partnera, po dwóch tygodniach razem z nią też nie może jej znieść, choć jest mega cierpliwym człowiekiem. Mam wrażenie, że wydałam na świat potwora...
Opiszę Wam postawę mojego brata, który ma poglądy skrajnie lewicowe.
Przeprowadziłam się na studia do większego miasta, do mieszkania cioci (ciocia wyjechała z mężem do pracy za granicę i oddała mi mieszkanie w zamian za opiekę nad jej tatą). Starszy pan, raz się czuje lepiej, raz gorzej, mieszka bramę obok, na ostatnim piętrze, więc nie mamy problemu, żeby przejść do siebie strychem. I tak sobie żyliśmy przez kilka lat - robiłam zakupy, gotowałam, pomagałam sprzątać, a "dziadek" dotrzymywał mi towarzystwa.
Rok temu wprowadził się do mnie brat, bo dostał się na studia, a mieszkanie nie jest małe, więc problemu większego z tym nie miałam. Niestety do czasu.
Mój kochany przedstawiciel lewicy, chodząc na marsze, walcząc o prawa kobiet i LGBT, dzielnie walczący o równość, miłość i tolerancję zapomniał, że jestem kobietą. Kiedy on studiuje i dzielnie walczy, ja pracuję, studiuję, zajmuję się domem i dziadkiem. Odkąd się wprowadził ani razu nie ugotował obiadu, ani razu nie umył naczyń, ani razu nie sprzątał ani nie zrobił prania. Zdarzyło mu się poodkurzać swój pokój! Wysyłałam go na zakupy, żeby dokładał się do budżetu, ale w sumie po co, skoro i tak kupuje coś innego niż to, o co proszę.
Przykład: wysłałam go na zakupy po pomidory krojone w puszce lub kartoniku (ewentualnie mogły byś pomidory), robiłam zupę pomidorową, ale w domu zlazłam tylko przecier, przy okazji poprosiłam o kupienie jeszcze kilku cięższych rzeczy, których nie miałam już siły po pracy dźwigać. Wrócił z zakupów i kupił tylko przecier, gdy mu zwróciłam uwagę, że nie o to prosiłam, to zaczął krzyczeć, wyzywać mnie, że dobrze słyszał co mu kazałam kupić, rzucił przecierem i wyszedł trzaskając drzwiami. Raz go przyłapałam na tym, jak się wydzierał i wyzywał dziadka, bo ten nie potrafił skorzystać z telefonu, a chciał zadzwonić do córki (czasami mu się zapomina, jak obsługuje się komórkę, ale to trzeba wytłumaczyć i na jakiś czas zapamięta).
Najchętniej bym brata wyrzuciła z domu, ale to przecież rodzina i niestety rodzice nie wierzą w to jak się zachowuje. Po prostu nie mam już siły. Niech dalej chodzi i walczy o prawa kobiet, miłość, równość i tolerancję, żebym dalej mogła robić za służącą w swoim domu.
*ciocia to żona brata mamy, dlatego jej tato nie jest moim dziadkiem, mimo to zwracam się tak do niego, bo jest łatwiej
Byłem w drugiej klasie liceum. Po zajęciach wybrałem się do sklepu kupić zeszyt. Gdy wszedłem do sklepu, wziąłem koszyk do ręki i udałem się w stronę regału z artykułami szkolnymi. Niestety nie znalazłem odpowiadającego mi zeszytu i wyszedłem ze sklepu. Dziarskim krokiem zmierzałem na przystanek autobusowy.
Nie widzieć czemu wszyscy spoglądali na mnie i uśmiechali się. Nie chciałem pozostać obojętny na tak przyjazne spojrzenia przechodniów i również odpowiadałem wesołym uśmiechem. Kiedy doszedłem na przystanek, spotkałem kolegę, który wyjaśnił mi te liczne uśmiechy, komentując moje pojawienie się na przystanku słowami: "Na ch*j ci ten koszyk?".
Wtedy zorientowałem się, że przez pół miasta szedłem ze sklepowym koszykiem i radośnie uśmiechałem się do przechodniów.
Dodaj anonimowe wyznanie