Cała sytuacja wydarzyła się w dzień moich 16 urodzin. Wraz z kolegą miałam zrobić wywiad do szkolnej gazetki. Jako że do szkoły szliśmy wtedy na popołudnie, to stwierdziliśmy, że zrobimy go rano. On miał po mnie przyjść i razem mieliśmy iść do szkoły po sprzęt.
Wieczorem ustawiłam budzik na 9 i poszłam spać. Rano obudziłam się sama, nie obudził mnie budzik. Spojrzałam na zegarek i prawie dostałam zawału widząc, że jest za pięć dziesiąta. Ruszyłam biegiem do łazienki, szybko się umyłam i zaczęłam się ubierać. Gdy założyłam spodnie zadzwonił domofon, więc krzyknęłam do brata, żeby odebrał, bo się ubieram. Brat nic nie odpowiedział, a domofon dzwonił jeszcze 2 razy. Za trzecim razem nie wytrzymałam i pobiegłam odebrać, nie miałam na sobie stanika, ani bluzki. Biegnę więc z cyckami na wierzchu, bo stwierdziłam, że skoro brat mi nie odpowiadał, to jestem sama w domu...
Kiedy trzymałam już słuchawkę w ręce, zza szafy wyskoczył mój brat z przyjaciółmi i tortem krzycząc "niespodzianka". Na ich widok zdałam sobie sprawę, że jestem naga i zaczęłam uciekać do swojego pokoju, ale niestety poślizgnęłam się...
Następne co pamiętam, to jak leżałam na szpitalnym łóżku (już ubrana). Później się wyjaśniło, że uderzyłam głową we framugę, straciłam przytomność i mój brat zadzwonił po pogotowie. Ubrała mnie przyjaciółka. Mimo wszystko miło wspominam ten dzień. :)
Czy da się uciec z domu w wieku 19 lat?
Jak? Przecież jak się jest pełnoletnim, to nie ma ucieczki, tylko wyprowadzka. No więc czytajcie.
Pominę historię dlaczego, ale pewnego dnia mój chłopak powiedział, że wyjeżdżamy za granicę, a jako że chciałam z nim być, to się zgodziłam.
Ale powstał problem. Nikt mi nie pozwoli wyjechać. Bo powinnam siedzieć w rodzinnej miejscowości i chodzić na studia. Gówniane, swoją drogą.
Zatem 19-letnia dziewczyna w środku nocy pakuje torbę, o godz. 5 rano spuszcza ją na sznurku z balkonu, z sercem w gardle schodzi na parter i wychodzi na autobus do miasta.
Autentycznie bardzo się bałam.
Pojechałam. Czekałam ze swoim chłopakiem i jego ojcem na autobus właściwy, kiedy mi powiedział, że mój ojciec do nas idzie. Co zrobiłam? Ze strachu uciekłam! Uciekłam za budynek i chowałam się aż do momentu, kiedy było 10 minut do odjazdu. I znów z sercem w gardle podeszłam. A mój ojciec z tekstem "zabieraj rzeczy i idziesz ze mną".
Ja odpowiedziałam "dlaczego?". On nadal swoje, a ja swoje "dlaczego?", tak ze 4 razy. Dla niego byłam jego własnością i nie miałam prawa decydować o sobie, a że byli wkoło ludzie, to nie mógł mnie zabrać. Chciał wzywać policję nawet. Do 19-latki!
Cóż, pojechałam. On zrobił mojej mamie awanturę stulecia, że tak mnie ONA wychowała.
A ja? Nie żałuję. Ten wyjazd to najlepszy okres w moim życiu.
Miałam wtedy 5 lat i nie znałam jeszcze znaczenia słowa "na piechotę". Za to słowo "kościół" znałam aż za dobrze, bo rodzice co niedzielę mnie tam zabierali. Nudziło mi się tam niemiłosiernie, więc zawsze próbowałam się jakoś wykręcić. Dlatego gdy pewnej niedzieli usłyszałam jak tata pyta mamę "Czy jedziemy do kościoła, czy może idziemy na piechotę?", zaczęłam krzyczeć, że koniecznie musimy iść na piechotę.
Zatem poszliśmy. To była długa droga. W kółko pytałam mamę, czy idziemy na piechotę, a ona odpowiadała "No przecież właśnie idziemy". Ja oczywiście nie rozumiałam i szłam dalej przekonana, że ta cała "piechota" jest już niedaleko. Wszystko było lepsze od godziny spędzonej w kościele... Gdy moim oczom w końcu ukazał się "dom Boży" rozryczałam się i zarzuciłam rodzicom oszustwo. Krzyczałam, że mieliśmy pójść "na piechotę", a nie do kościoła i że nie ma mowy, abym tam weszła i że sama sobie pójdę na piechotę.
Dostałam ostatnio nowy telefon HUAWEI. Pełna radości po powrocie do domu chciałam od razu zacząć zabawę z nim, ale był jeden mały problem... Moja młodsza siostra. 15 lat różnicy. Ja mam 19, a ona 4. Gdy chciałam zamknąć się w pokoju, ciągle mi przeszkadzała i pytała "a co to jest?". W końcu poirytowana powiedziałam na odczepne, że HUAWEI i zamknęłam drzwi na klucz.
Później tego samego dnia rodzice urządzili mi pogawędkę o seksie. Nie mogłam się nadziwić dlaczego. Jak się okazało, mały móżdżek mojej siostry przetrawił tę informację w taki sposób, że zbulwersowana poleciała do rodziców i powiedziała "Ada siedzi u siebie i bawi się takim dużym, czarnym CH*JEM".
Muszę to z siebie wyrzucić.
Nasza rodzina od zawsze była biedna i nasz zły status materialny był bardzo widoczny. Chodziliśmy właściwie wyłącznie w ubraniach z lumpeksu, ale takich, na które nawet najskromniejsze osoby nie chciałyby spojrzeć. O ile koszulki i dżinsy jakoś udawało się znaleźć - praktycznie zawsze za duże "bo w końcu urośniemy", tak z butami był problem. Najpierw mama kupowała nam za duże rozciągnięte trampki z lumpka, ale kiedy zauważyła, że źle się nam w nich chodzi, z wielkim żalem kupiła nam po jednej parze nowych. Ile się przy tym napłakała w sklepie, to już pominę.
Wstyd za każdym razem, jak kazała nam grzebać na najniższych półkach w sklepie i szukać nabiału po dacie, zgniłych warzyw i starych wędlin. Gdy ciągnęła nas do mięsnego i na nasze smutne oczy próbowała wyłudzić skrawki, które potem dawała nam do kanapek. Byliśmy wiecznie niedożywieni, brudni, nasze ubrania śmierdziały papierosami i potem. Ani razu nie pojechaliśmy na wycieczkę szkolną, nie mieliśmy nowych książek, ubrań, zabawek.
Spaliśmy w czwórkę w jednym małym pokoju, który zajmowały głównie materace. Do dwunastego roku życia nie miałam nawet biurka, by móc normalnie odrobić lekcje. Zazdrościłam koleżankom ich łóżek, mebli, pięknych kolorowych ścian, ubrań, kosmetyków. Co noc pytałam w myślach Boga, dlaczego ja nie mogę ich mieć. Dlaczego moje życie to walka o przetrwanie, podczas gdy one co pół roku jeżdżą do innego kraju, chodzą na basen, uczą się angielskiego albo gry na instrumentach.
Kiedy miałam szesnaście lat, próbowałam trochę sobie dorobić, opiekując się dziećmi jakichś dalszych ciotek i kuzynek, za symboliczne pięć złotych - dla mnie był to wówczas majątek. Odłożyłam sobie pewną sumkę, planowałam kupić za nią jakieś perfumy, książkę - nigdy nie miałam własnej książki, jedynie pożyczoną z biblioteki. Rodzice jednak dowiedzieli się o moim małym biznesie i od tamtego momentu musiałam im oddawać wszystko co zarobiłam na opiece nad dziećmi i koszeniu trawy u sąsiadów.
Obecnie zbliżam się do trzydziestki. I nadal czuję na sobie ciężar biedy i wiecznego odmawiania sobie przyjemności. Od lat noszę te same ubrania z przeceny, chyba że już naprawdę nie da się ich zaszyć albo doprać. Kostka mydła starcza mi na prawie miesiąc, szampon na trzy. Staram się być w miarę czysta, ale wciąż mam wizję matki, która stoi nade mną i patrzy, ile wody zużywam. Jem tylko tyle, by nie czuć głodu, choć stać mnie na wychodzenie do dobrej restauracji i zamawianie wyszukanych dań. W mieszkaniu mam tylko szafę, materac, stół i dwa składane krzesła. Nadal nikogo nie zapraszam do domu, bo boję się, że nagle z pokoju wyjdzie mój pijany ojciec w samych majtkach i zacznie być agresywny.
Bardzo bym chciała, by ten idiotyczny lęk minął.
Moim dzieciom mówię prawie wszystko o swoim dzieciństwie - jak się uczyłam, jak było w domu, jak spędzaliśmy wolny czas. No właśnie, wolny czas... O jednej zabawie nigdy im nie mówię i nigdy nie powiem, moi rodzice też nic nie wiedzieli, a na samą myśl, że moje dzieci mogłyby "bawić się" tak samo cierpnie mi skóra.
Mieszkaliśmy niedaleko parku, przez park biegły tory kolejowe. Miejsce dla nas zakazane: park dziki, niezagospodarowany, można było tam spotkać jedynie pijaków i młodzież, nikt tam raczej nie chodził, czasem przemknął jakiś wędkarz.
Nie wiem kto wymyślił tę zabawę, ale powtarzaliśmy ją co roku, to była taka nasza inicjacja, test na odwagę. Zabawa polegała na tym, żeby wpasować się w wykonane przez nas zagłębienie między podkładami kolejowymi, nakryć się kawałkiem gazety czy jakąś bluzą i poczekać, aż nadjedzie pociąg, a następnie przeczekać, aż cały skład przetoczy się nad głową... Po przejeździe pociągu można było wyjść z tej dziury i napawać się podziwem koleżanek i kolegów obserwujących całą akcję z krzaków przy nasypie kolejowym.
Żadnemu z nas nic się nie stało, nikt przez pociąg nie został uszkodzony, czasem maszynista zatrąbił widząc grupę dzieciaków przy torach i tyle.
A ja dopiero po latach przeczytałam, że niektóre pociągi mają pod wagonem taki jakby pręt - gdyby którekolwiek z nas podniosło głowę zbyt wysoko, to zafundowałoby traumatyczne wspomnienia całej grupie dzieci i pracownikom kolei...
Moja znajoma z pracy przyszła pewnego dnia bardzo zmęczona. Niewiele myśląc zapytałem, co się stało, bo jej mina i widok naprawdę wskazywały na coś poważnego.
Okazało się, że wybrała się całą rodziną na grzyby. Jak to na grzybobraniu, podczas powrotu znaleźli 4 kanie (dla niezorientowanych, są to grzyby bardzo podobne do muchomora sromotnikowego, lecz jadalne). W domu dzieci strasznie chciały zjeść znalezione na koniec grzyby i moja koleżanka, niewiele myśląc, przygotowała grzyby w panierce i wszyscy wspólnie zajadali się posiłkiem. Nawet kot otrzymał małą porcję na spróbowanie.
Po 5 minutach od rozpoczęcia kolacji kot dostał mocnych drgawek i działo się z nim coś niedobrego. Znajoma pomyślała od razu, że przyrządziła złe grzyby i że może jednak to muchomory. W jednej chwili wszyscy znaleźli się w samochodzie i byli w drodze do szpitala.
W szpitalu podejrzenie zatrucia, płukanie żołądka u każdego, lewatywy i podobne historie. Wykończeni nocną kuracją wrócili do domu. A w domu okazało się, że ich kot, a raczej kotka leży w koszyku, a przy niej 6 małych kotków. Przez cały czas nie zauważyli, że ich kotka jest w ciąży.
Mam ADD i jestem bardzo lekko autystyczna. Wiedziałam od dawna, że ze mną coś nie gra, byłam na terapii, u psychiatry... Zawsze mi wmawiano "pani po prostu ma depresję, przejdzie, proszę się nie smucić" i zapisywano mi jakieś mocne antydepresanty, po których czułam się potwornie źle.
Nie wierzyłam lekarzom, bo depresja kompletnie nie pasowała do problemu, jaki miałam.
Nie umiem wyczytać z zachowania i mimiki, czy ktoś mnie lubi, czy się ze mną nudzi, czy już powinnam przestać mówić i czy właśnie kogoś obraziłam. Nie potrafiłam się na niczym skupić i zaczynałam milion projektów, nie kończąc ani jednego. Na przykład ostatnio sprzątając regał, ze zdziwieniem odkryłam, że próbowałam się uczyć już sześciu języków obcych... Potrafiłam nagle, tak o, kupić cholernie drogą maszynę do szycia, bo nagle, znikąd stwierdziłam, że szycie jest fajne i będę to robić. Ha, ha... No nie. Często wpadałam w konflikty, bardzo szybko się denerwowałam i mówiłam co mi ślina przyniesie na język, raniąc ludzi, których kocham. Nie rozumiałam dlaczego. I nie potrafię zrozumieć, kiedy ktoś zaczyna narzekać na mnie, wysyła mi kilometrowe wiadomości i wytyka mi moje błędy. To kompletnie do mnie nie dociera. Jedyne co działa, to krótko: ej, to było bardzo niefajne, przestań tak robić. Wiadomości typu: a dlaczego ty zawsze [wstaw cokolwiek] - nie potrafię je analizować.
Mam bardzo bujną wyobraźnię i dlatego cieszę się, że kompletnym przypadkiem znalazłam swoje powołanie - pracę z dziećmi. Bo myślę jak dziecko, nieszablonowo. Dzieci same często mówią "jesteś dziwna, ale taka inna niż dorośli, bardzo cie lubię" czy "jesteś jedynym nauczycielem, który naprawdę potrafi coś wytłumaczyć". Faktycznie jestem w tym dobra, bo używam zawsze wybujałych obrazów, umiem wymyślić piosenkę na zawołanie o omawianym temacie i ogólnie ludzie często dzięki mnie się śmieją, co uratowało mnie przed totalnym socjalnym odgraniczeniem.
W końcu na początku tego roku przyjaciel zmusił mnie do wizyty u neurologa. Skierowanie miałam już od roku, ale bałam się, że nie wiadomo co wykryje. Wszystko nagle ma sens. Dostałam świetne leki, które no po prostu kompletnie zmieniły moje życie. Zaczynam coś i kończę. Żadnych długów, żadnych otwartych spraw. Jestem konsekwentna i staram się trzymać regularny kontakt z przyjaciółmi.
Ale... Tak mi cholernie przykro, że tyle lat życia żyłam w niewiedzy. Tyle związków, tyle przyjaźni zniszczonych. Tyle ludzi, z którymi mam regularny kontakt myśli tylko: dziwaczka.
Nikt nie wie, oprócz was. Nie pójdę przecież w świat krzycząc "ej, taka jestem, daj mi drugą szansę, bo mam problem i pracuję nad tym". Przyjaciele się tylko dziwią, dlaczego tak nagle chcę utrzymywać regularny kontakt i... ograniczają się. Bo to przecież nie w moim typie.
Bez morału. Szkoda, że tak późno.
A jednocześnie super, że w ogóle wiem.
Ostatnio mój kot często wychodzi wieczorami na dwór i wraca dopiero około 22. Zorientował się, że gdy będzie drapał w chodnik na tarasie, to szybciej mu otworzymy.
Wczoraj, kiedy moja mama poszła się kąpać, do drzwi zapukał sąsiad (tak zapukał, że dźwięk pukania był o dziwo identyczny jak ten drapania mojego kota). Przywitałam go i wpuściłam dalej w głąb domu, krzycząc do mamy "Mamo, mamy gościa". Ta odkrzyknęła "To jak ma pustą miskę, to mu nasyp jedzenia i niech żre, grubas".
Muszę dodawać, że sąsiad jest otyły? Mimo tłumaczeń nie odzywa się do nas od tamtego czasu...
Kiedy wyjeżdżam gdzieś dalej lub wychodzę na miasto na dłużej, to zawsze wtedy mam przy sobie czarny marker, taki niezmywalny. Czemu?
Publiczne ubikacje. Tam często wiszą tabliczki z napisem "Prosimy o spuszczanie wody".
Jeżeli nikt nie patrzy lub jestem sam, to biorę swój marker i dopisuję w odpowiednim miejscu dwa słowa "się do" (gdzie dokładnie - to zostawiam inteligencji czytającego).
Wiem, że to humor rodem z podstawówki, lecz ja mam dzięki temu jakąś dziwną radochę, że ktoś wejdzie, zacznie załatwiać potrzebę i zobaczy moje "dzieło". Czasami nawet chowam się w kabinie i czekam - jeśli miejsce jest często odwiedzane, jak np. w galerii handlowej czy na ruchliwym dworcu PKP, to długo czekać nie muszę i ktoś przy takim napisie na pewno niedługo zacznie się załatwiać.
Zwykle nie ma reakcji. Zdarza się tekst pod nosem w stylu "co za debile...", ale czasami (bardzo rzadko, ale jednak) słyszę jakieś parsknięcie lub krótki śmiech. Dla takich chwil żyję, wiem, że trafiłem na ziomka z podobnie zrytym beretem do mnie!
Wiem, że to prostackie i głupie aż do bólu. Ale to nawet potęguje moją radochę.
Aha, nie jestem dzieckiem ani głupim nastolatkiem. Jestem w średnim wieku.
Dodaj anonimowe wyznanie