Wstydzę się to komuś wyznać, dlatego postanowiłam to opowiedzieć tutaj.
Jestem dziewczyną, idę teraz do 2 klasy technikum i bardzo się tego boję, wypieram te myśli i naprawdę wolałabym, żeby zostało nauczanie zdalne. Potrafię nie spać w nocy, dostawać paniki i zawrotu żołądka, dlaczego tak? Przez najgorszy przedmiot, jakim jest WF.
Nie jestem zbytnio wysportowana i średnio idzie mi gra w siatkówkę itp. Naprawdę staram się jak mogę uczestniczyć w grach, ale w mojej klasie są typowe dziewczyny, które dla uwagi chłopców zrobią wszystko. Nauczyciele też nie są lepsi i śmieją się ze mnie, kiedy coś mi się nie uda. Raz dostałam piłką prosto w nos i jedyne co usłyszałam to głośny śmiech trzech wuefistów. Nienawidzę dni, kiedy jest WF, wolę siedzieć trzy godziny na matematyce i rozwiązywać zadania niż być z moją klasą 10 minut na sali gimnastycznej. Często z tego powodu jestem wyśmiewana, wytykana palcem przez osoby z mojej klasy. Bo jak to? Lepiej jest pograć sobie niż siedzieć w ławce. Najchętniej wypisałabym się z WF-u. Nie wiem, czy ktoś tak jeszcze ma, ale chciałam to po prostu z siebie wyrzucić, żeby nawet lepiej spać w nocy.
Gdy byłam mała, zakochałam się w jednym chłopcu. Było to moje pierwsze zauroczenie, ale bardzo mi zależało, aby on mnie zauważył.
Jako że byłam fanką Harry'ego Pottera, pomyślałam, że może spróbuję zrobić "eliksir miłości". Szukałam w internecie przepisu, no i potem go wykonałam. Eliksir okropnie śmierdział, ale myślałam, że może zadziała. W szkole dałam mu to do spróbowania, mówiąc, że to koktajl zrobiony przeze mnie.
Chłopak wypił trochę i od razu pobiegł do toalety zwymiotować. Potem przez dwa tygodnie był chory. Nigdy się już nigdy do mnie nie odwzwał, a ja zrozumiałam, że "eliksiry miłości" to bujda.
Dosłownie przed chwilą byłem w Biedronce na zakupach, pod sklepem siedział taki klasyczny pan Miecio, dwusetka w ręku, brudne ubrania, ale nie było od niego czuć ni smrodu, ni alkoholu. Pan ten zagadał do mnie, czy mógłbym mu coś zrobić z telefonem, który znalazł na śmietniku. Jako okazjonalny altruista postanowiłem pomóc.
Podczas moich prac z telefonem pan ten zaczął do mnie mówić, dziękować mi za pomoc, ponieważ prosił już kilka osób, ale nikt nie kwapił się pomóc. Po zrobieniu telefonu jakoś rozpoczęła się rozmowa. "Pan Miecio" okazał się bardzo inteligentnym, wrażliwym i wierzącym człowiekiem. Opowiedział o operacji Pustynny Lis, o stanie wojennym, o tym, jak kilka razy widział Karola Wojtyłę, o swoich odczuciach na temat polityki. Na wszystko miał przygotowany jakiś polski wiersz, na każdą swoją opinię miał dopowiastkę w postaci poezji. Po dwóch godzinach rozmowy musiałem go opuścić. "Pan Mietek" prawie płacząc dziękował mi za chwilę mu poświęconą, za czas, w którym mógł z kimś pogadać. Na odchodnym podarował mi butelkę taniego wina z Biedronki, uściskał rękę i zasalutował. Odchodząc usłyszałem go mówiącego do siebie, że to niesamowite, że tak młody człowiek może okazać tyle serca biednemu człowiekowi.
Chciałbym jakoś przekonać każdego "normalnego" człowieka, że bezdomni / bardzo biedni też mogą być ludźmi bardzo inteligentnymi, którym po prostu nie poszczęściło się w życiu.
Od kilku lat zawzięcie zajmuję się swoją pasją, jaką jest produkcja alkoholu w domu. Piwnica cała przepełniona różnymi aparaturami, sprzętem i moimi wyrobami alkoholowymi, co niezbyt podoba się mojej dziewczynie, z którą mieszkam. Regularne produkuję bimber, wino, whisky, cydr oraz ogólnie eksperymentuję nad wszelkim alkoholem. Najdziwniejsze w tym może się wydawać to, że sam jestem abstynentem.
Pierwszego dnia urlopu uratowałem życie około 40-letniego mężczyzny próbującego skoczyć z mostu. W podziękowaniu pobił mnie i uszkodził mocno oba kolana, kopiąc mnie, gdy padłem na ziemię.
Leżę właśnie w szpitalu po operacji pierwszego kolana i ze strasznym bólem staram się zacząć chodzić.
Mam nadzieję, że tego nie czytasz i wróciłeś na ten most następnego dnia.
Przez lata pracowałem w fundacji. Znana w Polsce i na świecie. Jakbyście się zastanawiali jak to wszystko działa, mogę opisać to w kolejnym wyznaniu, jeśli to się przyjmie dobrze. A teraz kilka faktów.
90% pieniędzy przekazanych przez ludzi wcale nie trafia na cel, na który są wpłacane. To nie tak, że one przepadają, ale np. dopisek "Dla Dzieci W Afryce" nic nie daje.
Teraz smutniejsza informacja... 99% pieniędzy idzie na "działalność fundacji", co nie znaczy, że na pomoc dla tych, którzy jej potrzebują.
Przykłady? Trzeba kupić 50 produktów "X", produkt w sklepie kosztuje 5 zł, w hurtowni 4 zł. Ale dostawca dla Fundacji sprzedaje go za 15 zł. Dostawca to zazwyczaj znajomy/kuzyn/wujek/wybierz cokolwiek innego osoby, która decyduje o zakupach.
Skala przekrętu jest tak niebotyczna, że to przechodzi ludzkie pojęcie.
Zapytacie dlaczego nie odejdę i nie nagłośnię sprawy?
Proste, nigdy nie znajdę pracy, gdzie spędzam 6-7 godzin tygodniowo, mam możliwość podróżowania po całym świecie za nie swoje pieniądze i dodatkowo zarabiam trzy-cztery średnie krajowe, no a wiceprezes to kuzynka mojej żony.
Matka rozwaliła mi moje 4000 puzzli, a potem stwierdziła, że przecież mogę je sobie znowu ułożyć. Zapytawszy, czy chociaż zdjęcie zrobiła (na pamiątkę), usłyszałam, abym nie zawracała jej dupy.
Wracałam z kumplem ze szkoły MPK. Wiadomo, o 15 jest bardzo tłoczno, duszno i gorąco, ale to nie zmieniło chęci kanarów, by sprawdzić bilety. Ja wraz z kumplem wpadliśmy w panikę, gdyż oboje jechaliśmy na gapę. Gdy kanar podszedł do nas, autobus zajechał akurat na przystanek. Ja szybko wysiadłam nim zdążył mnie sprawdzić, natomiast mój kolega został. Kanar poprosił go o bilet, na co mój kumpel odpowiedział: "Błogosławieni ci co nie widzieli, a uwierzyli" i szczerzył się do faceta, który stanął jak wryty. Ja zrobiłam oczy jak spodki, a kumpel roześmiał się i wyszedł. Kanar również się roześmiał i puścił go bez mandatu.
Jakoś rok temu ja ze swoimi rodzicami przeprowadziliśmy się z mieszkania w bloku do wybudowanego przez nas domu. Nasze mieszkanie wynajęliśmy małżeństwu z dziećmi. Mimo tego, że byliśmy lubiani przez sąsiadów, gdy jeszcze mieszkaliśmy w bloku, od czasu, gdy wynajęliśmy mieszkanie, coś się zmieniło.
Początkowo nic nie wiedzieliśmy na temat tego, że według sąsiadów coś jest z naszymi lokatorami nie tak. Nikt do nas nie dzwonił, nikt z nami nie rozmawiał na temat rzekomych niegrzecznych zachowań dzieci - bo to o nie chodziło w tym wszystkim. Do czasu.
Pewnego dnia mieszkająca piętro niżej od nich ciocia zadzwoniła do nas i powiedziała, że jedna z sąsiadek chodziła po bloku z petycją, by EKSMITOWAĆ naszych najemców z mieszkania, właściwie nie podając żadnych argumentów (przy okazjo ciocia sama wyraziła swoje zdziwienie, ponieważ stwierdziła, że takich grzecznych dzieci to ona w tym bloku nie widziała - a mieszka tu połowę życia, w dodatku jest tak wrażliwa, że przy jednorazowym, głośnym krzyku jakiegoś dziecka byłaby zdolna do telefonu na policję).
Gdyby nie ciotka, o petycji byśmy się dowiedzieli dopiero w momencie otrzymania listu od spółdzielni, w którym poinformowano nas, że taka petycja została dostarczona (przy okazji dowiedzieliśmy się, że petycję podpisali wszyscy prócz naszej cioci).
Powody, dlaczego nasi najemcy mieliby opuścić mieszkanie, były tak absurdalne, że szkoda mi jest znaków (choć wymienię jeden: zarzucono tym dzieciom, że w trakcie Halloween to one obrzuciły jajkami wszystkie drzwi w bloku - co z tego, że te dzieci wtedy były chore, więc nawet nie miały jak tego zrobić).
Wydawało się, że na tym się skończy. Ale nie.
Gdy moi rodzice postanowili skontaktować się z naszymi byłymi sąsiadami w sprawie osób, którym wynajmowali mieszkanie, ci wyłączali się, odpowiadali lakoniczne, podawali głupie powody podane w petycji, a jedna z sąsiadek nawet idiotycznie spytała "To państwo nic nie wiedzą? To oni się państwu nie przyznali?".
Od tego dnia było już gorzej. Sąsiedzi postanowili "dokręcić śrubę", by przy drugiej petycji dopiąć swego.
Ciotka doniosła nam, że na przykład, gdy dzieci wracały z dworu do mieszkania, połowa sąsiadów zaglądała przez wizjery na korytarz, byle tylko przyłapać dzieci na przykład na wejściu w brudnych butach. Gdy coś takiego się stało, natychmiast musieli to sfotografować, by udowodnić "niszczenie mienia publicznego".
Podobnych sytuacji, gdy sąsiedzi zaczęli się czepiać o każde zachowanie dzieci (na inne dzieci robiące dokładnie to samo nie zwracając uwagi) było mnóstwo. Dodatkowo pojawiły się kolejne petycje.
W końcu, mimo działań z naszej strony, spółdzielnia uległa i nakazała naszym najemcom na opuszczenie mieszkania.
Stało się to jakieś dwa miesiące temu. Od tego czasu sąsiedzi stali się naszymi "najlepszymi przyjaciółmi", nagle zaczęli z nami (albo chciało im się) rozmawiać, jakby nigdy nic się nie stało, zapominając, że wcześniej mieli ochotę robić nam na złość.
Ale nikt z nas nie chce mieć już z nimi nic wspólnego.
Piszę to wyznanie, bo może chociaż w ten sposób uciszę trochę moje sumienie.
Dziś spotkałam byłego chłopaka, z którym byłam kupę lat i zostawiłam go, bo był biedny. Wszystkie wspomnienia odżyły. Wiem jak to wygląda i jaki będzie odbiór społeczny, ale trudno, muszę to z siebie wyrzucić. On około trzydziestki wciąż zarabiał prawie najniższą krajową, wynajmowaliśmy mieszkanie, na które szła jedna wypłata. Sama zarabiam najniższą, ale ja jestem kobietą i jest to zrozumiałe, a on miał być kiedyś głową rodziny. Żyliśmy tak, żeby przeżyć, nie było mowy nawet o prawdziwych wakacjach, jeżeli pojechaliśmy do miasta na pizzę, to już było coś.
W pewnym momencie w moim życiu pojawił się inny mężczyzna, przychodził do mojego miejsca pracy i zagadywał, dobrze mi się z nim rozmawiało i nie był namolny, więc tak sobie rozmawialiśmy. Któregoś razu znów pokłóciłam się z byłym o pieniądze i w przypływie emocji dałam się zaprosić owemu nieznajomemu, który jest teraz moim chłopakiem, na kawę, dalej potoczyło się już z górki. Po jakimś czasie stwierdził, że nie chce być tym drugim i musiałam wybrać. Zaczęłam ich do siebie porównywać, szkoda mi było zaprzepaścić tyle lat, ale doszło do mnie, że moje życie i tak było wegetacją. Zerwałam z nim, były łzy, krzyki, wyzwiska, ale powiedziałam mu wszystko, byłam do końca szczera dlaczego to kończę, nie chciałam w sobie niczego dusić. Nie jestem już pierwszej młodości i musiałam podejść do życia trochę od strony zdrowego rozsądku. Mój były mógł mi zapewnić tylko stres, niekończące się raty pożyczek i wieczne oszczędzanie na wszystkim. Mój obecny chłopak ma własne mieszkanie, dobrą pracę, przyzwoity samochód, organizujemy sobie wycieczki, wychodzimy od czasu do czasu. W końcu czuję, czym jest życie. W końcu mnie stać na lepszy kosmetyk, lepszy ciuch, zjedzenie czy kawę na mieście zawsze kiedy mam ochotę.
Wszystko jest niby takie logiczne, ale sumienie znów dziś zaczęło trochę męczyć, choć wiem, że postąpiłam słusznie, wiem, że na biedzie nie zbuduje się miłości. Gdyby on się wziął za siebie i ogarnął swoje życie, tak jak go prosiłam, to nie zmusiłby mnie do takich kroków. Więc tak naprawdę może być sobie sam winny. Nie wiem jak on sobie wyobrażał posiadanie dziecka, bo ja jak teraz sobie o tym pomyślę, to jestem przerażona. Gdybym zaszła z nim w ciążę i przestałabym pracować, to nawet nie mielibyśmy co jeść.
Dodaj anonimowe wyznanie