Lato, gorąca noc. Po ciężkim dniu postanowiłem położyć się w miarę wcześnie. W domu strasznie ciepło, dlatego nie dało się nawet wyobrazić nocy bez otwartego okna. Kiedy pełen nadziei na spokojny, dłuższy niż zwykle sen, powoli odpływałem w ten cudowny stan, usłyszałem jakieś głosy dochodzące z okolic mojej klatki. Tak, prawilna para urządziła sobie randkę pod gołym niebem. Typowa Mariola z (za)dużą dupą, w leginsach w panterkę i Sebek w czapce wpierdolce, inicjator miejskich grand.
Pierwsza myśl: "na bank zaraz pójdą". Ich głośna rozmowa nie dawała zasnąć. Mariola o księżniczkach, Sebek o nienawiści do policji. Po około godzinie i 30 minutach miałem dość. Totalnie nie mogłem przez to zasnąć. Myślałem co by zrobić, aby zniechęcić tych zakochańców do siedzenia akurat tutaj. Po dłuższej chwili wpadłem na świetny pomysł!
Pomyślałem, że puszczę z telefonu przez okno pisk. Dokładnie ten pisk, który drażni ucho i cały czas jego głośność rośnie. Spodziewałem się poszukiwań źródła hałasu czy jakiejś plagi wyzwisk, jednak to co się stało totalnie mnie zaskoczyło. Przestraszony Sebek krzyczy do swojej partnerki "Kur*a! Co to?!", po czym przestraszona Mariola zrywa się i mówi "Spier**lamy, to chyba samolot spada!". Więcej się nie pojawili. :)
Mam 20 lat i w wieku lat 16 urodziłam córeczkę. Możecie tego nie akceptować, nie zgadzać się ze mną, wręcz to potępiać, ale uważam, że to najpiękniejsza rzecz, która mnie w życiu spotkała i odmieniła moje życie i to na lepsze.
Pochodzę z rodziny, w której od lat ojciec pił. Jego uzależnienie zaczęło się, gdy miałam lat 11-12, po tym jak stracił pracę, jego matka i jedyna siostra zginęły w wypadku samochodowym, a jego ojciec po tych wydarzeniach targnął się na własne życie. Nie byliśmy jednak rodziną patologiczną. Ojciec nie był "żulem" tylko normalnym facetem, który wychodząc z domu wyglądał elegancko, a wracając po prostu nie dawał sobie rady z problemami i zapijał je dość sporymi dawkami alkoholu.
Swojego chłopaka poznałam w gimnazjum. Nie zdecydowaliśmy się na współżycie od razu. Dopiero jakoś po upływie roku zdecydowałam się na ten krok, gdyż mimo tak młodego wieku byłam pewna, że to będzie ten, ten na całe życie. Potem potocznie mówiąc wpadliśmy. Okropnie bałam się powiedzieć rodzicom o ciąży. Wiedziałam o problemach taty i bałam się, że jeszcze bardziej zacznie pić, gdyż dziecko wiąże się z kosztami. Zdawałam sobie także sprawę z tego, że 16- letniego wówczas mojego chłopaka nikt nie przyjmie do pracy.
Chłopak na ciążę zareagował wręcz cudownie. Stwierdził, że co by się nie działo będzie ze mną i zawsze pomoże. Zdecydowaliśmy się powiedzieć o wszystkim rodzicom. Moja mama na początku była przerażona. Nie tym, że jestem w ciąży w tak młodym wieku, ale tym, że nie będę mogła spędzić młodzieńczych lat jak każdy nastolatek. Jednak zaakceptowała to i obiecała pomóc.
Napisałam wcześniej, że moje życie zmieniło się na lepsze. Jak? Tata przestał pić. Obiecał to zrobić dla swojej wnuczki. Rok temu założył firmę, która nieźle jak na rok istnienia prosperuje. Zatrudnił tam mojego chłopaka, gdy ten skończył 18 lat i do tej pory razem pracują, mają świetny kontakt i nieźle zarabiają. Mój chłopak wspiera mnie jak może, wynajmujemy małe bo małe, ale zadbane mieszkanie, a moja córka dawała mi co dzień takiego pozytywnego kopa energii, że zaczęłam studia, na które wcześniej nigdy w życiu bym się nie zdecydowała.
Czemu to napisałam? Chciałam podzielić się swoją historią i pocieszyć wszystkie młode matki, że dziecko nie oznacza końca życia... wręcz przeciwnie. Życie i los może się do was uśmiechnąć, tylko trzeba uwierzyć we własne możliwości i stanąć twarzą w twarz z wyzwaniem.
Moja 17-letnia córka wykrada mi seksowną bieliznę, gdy idzie się spotkać ze swoim chłopakiem. Nie przeszkadza mi to, że współżyje, ale nie czuję się zbyt komfortowo z tym, że paraduje przed nim w moich ulubionych koronkowych stringach. Rozmowy nic nie dawały - zawsze gdy poruszam ten temat, ona zmieszana ucieka do pokoju. Zamontowałam więc zamek na klucz w szufladzie, w której trzymam bieliznę, a córce dałam kieszonkowe, aby kupiła sobie własną. Efekt?
Kieszonkowe wydała na kino i restauracje, a zamek w szufladzie wyłamała...
Chyba pora zacząć się martwić.
Moja babcia mieszka na wsi i utrzymuje się z renty oraz sprzedaje jajka, mleko i ser, bo ma kury i krowy. Jako dziecko widziałam, że ma ciężko. A ona jako babcia lubiła rozpieszczać swoje wnuki, a ja często u niej nocowałam. Regularnie dawała mi 10 zł na małe co nieco. Kiedy mama mnie już odbierała, wkładałam te pieniądze, które dostałam, pod obrus czy między pościele. Chciałam, żeby babcia miała jak najwięcej pieniędzy, dlatego tak robiłam. Gdy znowu przyjeżdżałam, babcia często mi opowiadała, że ma szczęście, bo często znajduje dychy w domu.
Teraz, patrząc z perspektywy już starszej siebie, jestem dumna ze swojego postępowania.
Kilka lat temu, pod koniec drugiej klasy gimnazjum, przeprowadzałam się do innego miasta i postanowiłam stworzyć i wydrukować dyplomy pożegnalne dla moich nauczycieli (dla każdego z osobną dedykacją). Szło mi to w miarę dobrze. Na koniec zostawiłam dyplom dla niezbyt lubianego przeze mnie nauczyciela, dla anglisty. Wpadłam na pomysł, aby całość napisać po angielsku. Jako że zostało mi niewiele czasu, a języka za dobrze nie znałam, szybko weszłam w internet w celu poszukania jakichś życzeń po angielsku. Wybrałam coś w stylu "jestem ogromnie wdzięczna/zobowiązana" (tak mi się wydawało) i wydrukowałam. Przy wręczaniu dyplomu anglista popatrzył się na mnie dość dziwnie, pomyślałam, że zdziwił się, że on też dostał dyplom.
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że mój "ukochany" i niezwykle utalentowany językowo nauczyciel dostał dyplom z napisem: "jestem w tobie zauroczona"...
Mam nadzieję, że nie spotkam go nigdy więcej w swoim życiu.
Sytuacja miała miejsce w wakacje bieżącego roku. Mój chłopak oświadczył, że zostaliśmy zaproszeni na urodziny do jego kuzyna. Ucieszyłam się, bo fajny z niego kumpel, zawsze z nami imprezował, a i będzie okazja do napicia się. Dzień przed wyjazdem pojechaliśmy do dziadków mojego chłopaka i zostaliśmy na noc, gdyż owe urodziny miały się odbyć niedaleko miejsca ich zamieszkania.
Rano mój mężczyzna zostawił mnie ze swoją babcią, by pojechać po swojego kuzyna i załatwić wszystkie formalności związane z wynajęciem domku na imprezę. Nie miałam nic przeciwko, jednak z biegiem czasu zaczynałam być coraz bardziej wściekła, czekanie przekładało się na godziny. Byłam zła, że nie zabrał mnie ze sobą. W końcu po mnie przyjechał.
Zajeżdżamy na miejsce - piękny teren, urocze jeziorko, drewniane domki, cudo. Kuzyn mego lubego, powiedział, że idzie po swoich znajomych, ponieważ zaraz mieli się zjawić na miejscu. Mężczyzna mojego życia zapowiedział, że ma dla mnie niespodziankę i... zawiązał mi oczy. Prowadził mnie za rękę długi czas, zaczęłam się już intensywnie zastanawiać nad jego pomysłem. Na ślepo wprowadził mnie po schodkach do domku. Poczułam wspaniałą woń świeczek. Ze stresu żołądek podszedł mi do gardła, gdy mój luby ściągnął mi chustkę z oczu. Zobaczyłam go klęczącego przede mną pośród płonących świeczek i płatków róż. "Wyjdziesz za mnie?" - "Oczywiście". Po tym krótkim dialogu z pokoju obok radośnie krzycząc wybiegli nasi przyjaciele.
Okazało się, że wcale nie przyjechaliśmy na urodziny Pawła. To był najwspanialszy dzień w życiu! Biba była przednia.
Ostrzegam, będzie lekko obrzydliwie.
Kiedy jestem na imprezie śmiało mogę dużo wypić i czuję się dobrze. Znajomi myślą, że mam mocną głowę. Problemem za to jest dzień następny - kac morderca z wymiotami na pusty żołądek przez pół dnia i małe ilości jedzenia przez dwa dni. Moim sposobem na to jest zmuszanie się do wymiotowania. Jak już wracam do domu po imprezie idę zwymiotować do toalety, żeby nie strawić ostatnich dawek alkoholu. Dzięki temu na drugi dzień czuje się o wiele lepiej.
Jak zgłosić bliską osobę, która straciła prawo jazdy za jazdę po pijaku, a mimo to dalej jeździ? Jeśli ta osoba ma znajomości w policji, nie da się.
Próbowałem coś z tym zrobić. Prosiłem, żeby nie jeździła, tłumaczyłem (co nic nie dało), potem już tylko kpiłem, że jest skończoną idiotką, że to dalej robi. Przestałem, jak mnie pobiła.
Kilka dni temu byłem świadkiem wypadku na drodze. Zginęła cała rodzina, w tym dwójka małych dzieci. Sprawcą okazał się być pijany kierowca, który wyprzedzał pojazd i jechał na czołówkę auta z naprzeciwka. Wstrząsnęło mnie to do głębi, widziałem na drodze dużo krwi, szkła i martwe ciała. Po tym zdarzeniu postanowiłem, że jeszcze raz wyjedzie pijana z domu, a ja zadzwonię na policję. Długo nie musiałem czekać. Zadzwoniłem pod 112, ale powiedzieli mi, że nie mogą przyjąć zgłoszenia, dopóki nie podam dokładnej lokalizacji sprawcy. A jak niby miałem ją podać nie wiedząc, gdzie przebywa? Polecono zadzwonić mi na 997. Zadzwoniłem. Zgłoszenie przyjęto, ale niechętnie, poza tym musiałem podać imię i nazwisko. Nic nie zrobili, a przynajmniej nie przyniosło to efektu, mimo że opisałem auto i numer rejestracyjny.
Jak się później okazało, osoba, na którą doniosłem dowiedziała się o tym i stałem się czarną owcą w rodzinie, bo z jakiegoś powodu donoszenie na członka rodziny jest nie do przyjęcia. Szkoda tylko, że nikt nie widzi problemu z jazdą po alkoholu!
Zaczynam się poddawać. Mam tylko nadzieję, że osoby, które robią coś tak złego dopadnie kiedyś karma.
Mając lat pięć, jechałem z tatą i wujkiem samochodem. Droga poza miastem, korek jak podczas pielgrzymki do Częstochowy. Tak stoimy sobie w korku, gdy nagle moje oczęta ujrzały dwie kobiety. Był chyba październik, więc piździło jak w kieleckim, a one ubrane w krótkie spódniczki i w bluzki z dekoltem. Spytałem taty, czy możemy je podwieźć. Tata zmieszany, aczkolwiek spokojnie odpowiedział "Synuś, gdybyśmy je podwieźli, musielibyśmy im zapłacić". Uchyliłem okno i krzyknąłem do nich "Pojedziecie z nami za darmo?!".
Długi czas nie rozumiałem, czemu wujek tak bardzo się śmiał, a tata prawie spalił się ze wstydu. A chciałem tylko żeby "Panie" nie zmarzły...
Przeczytałam przed chwilą wyznanie o tym, że chłopak nigdy nie wypowiedział imienia swojej dziewczyny, bo jak się okazało, miał problemy z wypowiadaniem słowa z "r". Ja też nigdy nie wypowiedziałam imienia swojego męża. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu wstydzę się! Jesteśmy razem od 15 lat, a ja nie umiem umiem zwrócić się do niego po imieniu. Jeszcze w towarzystwie potrafię powiedzieć "Marek wczoraj kupił nowy telefon". Chociaż i to zajęło mi sporo lat. Zawsze zwracam się do niego bezosobowo albo wołam "kochanie", "żabko"... Mimo iż nie mam przed nim żadnych oporów w łóżku, nie mam problemu puścić przy nim bąka, to wstydzę się zawołać go po imieniu.
Może mało anonimowe wyznanie, ale tak mi się przypomniało i postanowiłam się podzielić.
Dodaj anonimowe wyznanie