Między mną i siostrą jest 7 lat różnicy, mamy innych ojców. Mój ojczym przez lata znęcał się nade mną, moja siostra zawsze była oczkiem w głowie. Wyzwiska, bicie, brak pieniędzy na podstawowe rzeczy w szkole (mimo że mieliśmy kasę) to codzienność. Marzenia o ucieczce, studiach i mieszkaniu na stancji trzymały mnie przy życiu. Moja siostra, mając około trzech lat, rozkminiła sytuację. Nauczyła się kłamać. Często coś psuła albo zaczynała ze mną dymy i zganiała na mnie. Ojczymowi lepszego pretekstu nie było trzeba. Cieszyło ją moje nieszczęście. W końcu udało mi się wynieść z domu, jak miałam 15 lat. Ucięłam kontakty z ojczymem i siostrą, z mamą utrzymuję niezbędne minimum, bo mam do niej żal, że nie pomogła. W międzyczasie moja mama poznała nowego faceta i z nim zamieszkała. Moja siostra jako rozpuszczona gówniara nie mogła się zdecydować, z którym z rodziców chce mieszkać, więc pomieszkiwała raz tu, raz tu. Chodziła do gimnazjum, ja studiowałam.
Pewnego dnia o 6 rano obudziła mnie matka telefonem, że siostra się targnęła. W sumie na siostrę wylane, ale matka w rozpaczy, to jadę pocieszać. Nikt nie wie, dlaczego to zrobiła. Pomyślałam, że może ktoś jej dokuczał w szkole – wtedy było kilka głośnych spraw. Ogarnęłam jej kontakty z fejsa, przemaglowałam koleżanki. Okazało się, że wielu osobom mówiła, że była molestowana przez sąsiada.
Siedem lat później, jestem na rozprawie jako świadek. Po pytaniach czuję, że linia obrony będzie szła po tym, że siostra z patologicznej rodziny, że sama mu wskoczyła do łóżka. Mimo że nigdy nie zrobiła dla mnie nic dobrego, zamieniła moje życie w koszmar, chciałam oszczędzić jej upokorzeń. Zaczęłam zeznawać, że wszystko OK, że normalna nastolatka, dobrze się uczyła, wesoła i że wszystko runęło w momencie, gdy została skrzywdzona. Rodzina bez odchyleń, a różnica wieku między nami jest na tyle duża, że wiadomo, że byłyśmy inaczej traktowane.
Najgorsze było potem: pytania, które mi zadawano, sugerowały, że to ona była maltretowana w dzieciństwie, a to ja byłam faworyzowana. Po prostu wcześniej w zeznaniach nakłamała jak z nut, odwracając sytuację.
Zastanawia mnie teraz jedno: czy aby na pewno oskarżony jest naprawdę winien? Żałuję, że wybieliłam w sądzie rodzinę, aby stanąć po stronie siostry, która od zawsze kłamała dla zabawy albo własnych korzyści.
Wiecie, co jest najgorsze w tej sytuacji? Sędzia pytaniami wyraźnie sugerowała mi, że to moja wina, że siostra mieszkała z ojczymem, że miała ciężkie dzieciństwo, bo jej dokuczałam i się z nią biłam.
A tak naprawdę, jak miałam 13 lat, to moim marzeniem był porządny cyrkiel na matematykę, taki w pudełku za 7 zł, bo marzyłam, żeby zostać architektem. Niestety, ojczym uznał to za fanaberię i cyrkla nie dostałam.
W okresie mojego dojrzewania ojczym (którego poznałem oficjalnie kilka miesięcy wcześniej) dostał zadanie od mamy, żeby mnie uświadomić o seksie i ciele dojrzewającego chłopca.
Chłop tak się tym przejął, że przez godzinę opowiadał mi o miesiączkowaniu i pozycjach seksualnych, posiłkując się informacjami z Wikipedii. Nie wiem, kto był bardziej zażenowany.
Jeszcze długi czas później mnie unikał.
W klasach 1-3 podstawówki miałam bardzo fajną wychowawczynię. Organizowała nam fajne wycieczki, słuchała nas , lekcje z nią były przyjemne. Ze względu jednak na to, że w klasach 1-3 byliśmy tą "najniegrzeczniejszą klasą'' nie mogę nazwać pierwszych (późniejszych też) lat w podstawówce sielanką. Wydzierano się na nas, dokładano nam dodatkowe zadania do domów, nikt nie chciał wysłuchiwać naszych opinii ani problemów. Rozumiałam to w pewnym sensie, jednak jednej rzeczy do tego dnia nie mogę ani zrozumieć, ani zapomnieć.
Opisywana sytuacja wydarzyła się w 3 klasie, podczas lekcji. Dostałam czkawki, spytałam się nauczycielki, czy mogę iść na stołówkę po cukier, który kazali na czkawkę brać w przedszkolu. Ona stwierdziła, że to idiotyczne i kazała mi się napić. Wzięłam więc swoją wodę i zaczęłam pić małymi łyczkami. Nie przechodziło, więc zaczęłam pić większymi łykami. Podczas picia znowu czknęłam, co spowodowało "zaklinowanie się" wody gdzieś w przełyku (nie umiem tego zbyt dobrze określić, przepraszam jeżeli brzmi to idiotycznie). Zaczęłam pokaszliwać, coraz mocniej się krztusząc. Ktoś z tyłu klepał mnie po plecach. Koleżanka z ławki próbowała powiedzieć coś pani, jednak ta, zajęta konwersacją z drugą nauczycielką, nie zwracała na nas uwagi. Spadłam z krzesła na podłogę i na klęczkach próbowałam wypluć wodę - nieskutecznie. Obie nauczycielki patrzyły na mnie przez chwilę jakby były w jakimś transie, po czym znowu się zagadały. Jakieś 8 osób (na 20) rzuciło się z krzeseł, żeby mi pomóc. Po nieudolnych próbach odkrztuszenia mnie za pomocą poklepywania, ktoś od tyłu zaczął naciskać na nadbrzusze, co w końcu poskutkowało. Woda wyleciała, my wytarliśmy ją z podłogi chusteczkami, nauczycielki przestały ględzić i akurat wtedy skończyła się lekcja.
Może i brzmi to trochę niewiarygodnie, ale szczerze mówiąc nadal mam po tym sporą traumę i do dnia dzisiejszego boję się pozbyć czkawki popijając ją :/ .
Mam 14 lat i interesuję się techniką, elektroniką, a szczególnie rakietami. Jestem ogromnym fanem Elona Muska i jego firmy SpaceX.
Po długim researchu i nauce kupiłem potrzebne składniki i zacząłem budować swoją rakietę. Niestety głupi ja podczas robienia lontu z saletry i cukru nie wiedziałem, że nie wolno podgrzewać całej mieszkanki dłużej niż minutę/dwie.
Efekt - ogromny wybuch w kuchni, całe mieszkanie w dymie. Garnek stał się silnikiem rakietowym i zwęglił się kompletnie. A koledzy z bloku chcieli dzwonić na straż, widząc ogromny dym unoszący się z mieszkania.
No ale mnie to nie powstrzymało. :D Tylko teraz będę ostrożniejszy ;)
Mówi się, że ludzie wierzą w Boga, bo nie mogą wytrzymać myśli, że śmierć jest końcem i po zamknięciu oczu nie ma nic więcej. Ja mam kompletnie na odwrót. Wierzę w Boga, tak po prostu, bez żadnego powodu, ale panicznie przeraża mnie wizja życia wiecznego i tego, że jakkolwiek ono będzie wyglądać, będzie trwało bez końca. Nie mogę sobie w ogóle wyobrazić, co ja mógłbym tak robić przez całą nieskończoność, a kiedy o tym pomyślę, dostaję ataku paniki.
No cóż, mam nadzieję, że Bóg wymyślił coś ciekawego i jeśli po śmierci trafię do tego lepszego miejsca, to nie będziemy się razem nudzić.
Moim największym kompleksem jest mój nos. Nie chodzi o jego rozmiar, ale o dźwięk, jaki wydaje. Jestem drobną, młodą babeczką. Z pozoru cicha i spokojna... do czasu aż nie kichnę. Nigdy nie potrafiłam kichać cicho lub stłumić kichnięcia. Za nic. Zawsze kichałam głośno i potężnie. Jeśli kiedykolwiek słyszeliście tzw. „kich starego”, to ja go przebijam stokrotnie. Dodatkowo muszę powiedzieć, że moje kichnięcie brzmi ordynarnie, a konkretnie jego końcówka, ponieważ brzmi mniej więcej jak „AH-AH-AAAPCH'UJ!!”. Kicham tak, że sąsiad z drugiego końca wsi krzyczy mi „na zdrowie!”, a w jednostkach straży pożarnej włączają się syreny alarmowe, wrony zaczynają latać do góry brzuchami, a amstaff sąsiada prawie się o budę zabił. Cóż, przynajmniej mam mocne płuca... chyba.
Tak że jakby ktoś zarzucił poradą, jak nauczyć się kichać cicho, to złotem obsypię.
Dzisiaj napisałem na messengerze do mojej dziewczyny. Odpowiedziała jej współlokatorka: „Sorry, Ani nie ma, jest u swojego chłopaka”.
Szukałem wszędzie – w szafie, pod dywanem, w pralce.... No u mnie jej nie ma.
Dużo się słyszało niedawno o przypadkach niedokładnych testów, które pokazywały wyniki dodatnie w niemożliwych sytuacjach. W pracy miałem zadanie zebrać wymazy wszystkich pracowników do laboratorium, ale żeby było szybciej to wszystkie próbki zrobiłem na sobie i przekazałem koledze do sprawdzenia. Okazało się, że na 17 testów było 13 negatywnych i 4 pozytywne. Pewnie pomyślcie, że używane testy były do kitu, otóż nie... Kolega chciał dogryźć kilku współpracownikom, dlatego wpisał im wyniki dodatne i przez to trafili na kwarantannę.
Kiedy skończyłem szkołę średnią, odkryłem, że nade mną wisi jakieś dziwne fatum.
Mój samochód tak się psuł, że co miesiąc musiałem jeździć do mechanika, a nawet raz policja mnie holowała do mechanika, mówię serio. Z czasem doszedłem do wniosku, że wszystko czego tylko dotknę albo z czym mam coś wspólnego się psuje!
Zaczynałem od pracy na produkcji, robiliśmy półosie samochodowe na linii.
Każdy jeden dzień w pracy był dość ciekawy, gdy tylko pojawiłem się w pracy i zaczynaliśmy produkcję, wtedy maszyny zaczynały się psuć, gdy tylko ja byłem w pobliżu. Przez pierwsze tygodnie pracy byłem przydzielony na jednej linii, wyglądało to tak, że bardzo często przychodził technolog, automatyk albo mechanicy, żeby naprawić moje stanowisko albo kolegi obok mnie. Lider zmiany, dość wesoły facet, śmiał się później, że to ja wszystko psuję i wysłał mnie na maszynę, która nigdy nie miała awarii. Zaczynam pracę, minęło około godziny i... Maszyna miała taką awarię, że przez dwa dni ją naprawiali.
Po paru miesiącach w firmie, kiedy tylko przychodziłem do pracy, to koledzy z pracy witali mnie słowami: tylko nie psuj! Najlepsze było jak zatrzymałem całą nowo wybudowaną linię, albo jak mechanicy ze szlifierką naprawiali moje stanowisko, chociaż mój rekord to cała ekipa technologów, automatyków i mechaników linii, do której mnie kiedyś przydzielili.
Później zrobiłem prawo jazdy na samochody ciężarowe i zacząłem jeździć po Europie. Koledzy się śmiali, że cała Europa padnie, jak zacznę tam jeździć.
Firma transportowa, w której jeździłem, zaczęła upadać, a w całej Europie nagle szaleństwo i wirus. Wszyscy, którzy mnie znają, śmieją się, że to przeze mnie.
Ostatnio dostałem się do służby więziennej. Dwa dni po moim przyjęciu do służby pojawił się na fb artykuł, że około 20 tys. więźniów ma wyjść na wolność.
Ludzie, ratunku!
Kiedyś pracowałem w Holandii, a że byłem młody (w zasadzie nadal jestem),
to od czasu do czasu korzystałem z "przywilejów" europejskiej Jamajki. Jednym z moich towarzyszy tripów był dobry znajomy z pracy, ale pech chciał, że mieszkaliśmy bardzo daleko od siebie, więc raz na jakiś czas - zazwyczaj w piątek - gdy chcieliśmy sobie porozmawiać i zapalić, jechaliśmy do Amsterdamu i tak sobie siedzieliśmy do późnego wieczoru gdzieś na uboczu, rozmawiając na różne tematy.
Tego dnia wracałem właśnie z takiego spotkania do domu, lecz wracałem trochę wcześniej niż zwykle, ponieważ musiałem być w domu przed 20. Wchodząc na stację zauważyłem, że pociąg do mojej miejscowości już czeka na peronie, więc czym prędzej ruszyłem w jego kierunku, zająłem miejsce stojące, no i tak sobie stałem, starając się patrzeć w ziemię i nie zwracać na siebie uwagi przez swoje oczy chińskiego szpiega. Z minuty na minutę w przedziale robiło się coraz ciaśniej, aż w końcu zostałem praktycznie przyparty do tylnej ścianki przedziału, chwilę później pociąg ruszył, a ja w pewnym momencie zauważyłem, że w przedziale - przy samych drzwiach wejściowych - kłóci się jakaś para z kobietą... a raczej... no, powiedzmy, że ta kobieta miała 1,5 m na 1,5 m.. Nie mam pojęcia o co się kłócili, ale kobieta wydzierała się wniebogłosy, a gdy pociąg zatrzymał się na pierwszej stacji, jakoś przepchała się przez tłum ludzi i stanęła po przeciwnej stronie, wprost przede mną, chyba żeby się "odciąć" od jakiegokolwiek kontaktu z parą.
I tu zaczął się mój koszmar... Byłem - przez nią, jak i innych współpasażerów - nadal przyciśnięty do ścianki, w zasadzie nie mogłem się ruszyć, a gdy pociąg ruszył, zauważyłem, że ta kobieta dziwnie się do mnie odwraca, a następnie poczułem, że zaczyna się ocierać swoim dupskiem o moje krocze... NIE - nie byłem tak bardzo spalony, NIE - to nie były "turbulencje", widziałem jak odwraca głowę i uśmiecha się do mnie, natomiast byłem na tyle spalony, żeby być w stanie paniki, przerażenia całą sytuacją oraz natychmiastową potrzebą zwymiotowania (nie mam nic do osób otyłych, po prostu opisuję, co się wtedy ze mną działo). Nie mogłem odezwać się słowem, po prostu mnie zacięło, stałem tak i w zasadzie dawałem się molestować, a te 5 minut, które były do następnej stacji trwały całą wieczność, lecz gdy w końcu dojechaliśmy, pokonałem sam siebie w głowie, przełknąłem ślinę i głośno powiedziałem "I'M SORRY", po czym zacząłem przepychać się w kierunku wyjścia. Po wyjściu myślałem, że się popłaczę ze szczęścia, ze śmiechu, i chyba ze strachu też trochę...
Od tamtej pory, gdy stałem w pociągu i kolejka "dopychała" mnie w kierunku ścianki, zawsze stawałem do niej twarzą :D Traumy nie było, ale długo ogarniałem co przed chwilą się... ekhem, stało.
Dodaj anonimowe wyznanie