Dostałem w prezencie butelkę ostrego sosu z jakichś meksykańskich papryczek chilli. Kiedy próbowałem nalać sobie trochę tego specyfiku na łyżeczkę, parę kropel ufajdało mi palce. Nie przejąłem się za bardzo. Faktycznie – sos był piekielnie ostry. Od razu przyssałem się do kranu i wypiłem chyba z litr zimnej wody, która wprawdzie złagodziła ogień w mojej twarzy, ale nie powstrzymała smarkania i łez. Otarłem oczy dłońmi. Wtedy poczułem niewyobrażalny ból. No, tak – właśnie wpakowałem sobie pod powieki wspomniane wcześniej kropelki piekielnego sosu.
Wrzeszcząc i miotając się w agonalnym cierpieniu, odbijając się od ścian i wywracając meble, pobiegłem do łazienki. Tak, jak stałem, w ubraniu wszedłem pod prysznic. Musiało minąć z dwadzieścia minut zanim zimna woda opłukała moje oczy. Wzrok był uratowany! Ciągle piekło, ale mogłem już jakoś funkcjonować. Kiedy wychodziłem z kabiny, poślizgnąłem się wyrżnąłem głową w kant pralki...
Właśnie wróciłem do domu. Byłem na pogotowiu. Mam pięć szwów na samym środku czoła. Podobno blizna zostanie mi na całe życie.
Pikantne żarcie? Odradzam!
Jestem kelnerem w pewnej restauracji, która cieszy się w moim mieście dobrą opinią. Dodam, że jestem opanowanym człowiekiem i ciężko mnie zdenerwować. Tyle słowem wstępu.
Wiem, że jest tu wiele osób, które mają dzieci, więc może wpłynie to jakoś na dorosłych. Nic mnie tak w mojej pracy nie denerwuje, jak dzieci wieku około 5 lat.
Kiedy jest pełna restauracja i dzieci biegają po sali, nie ułatwia nam to pracy. Proste przykłady.
Lecę z tacą pełną naprawdę gorącego jedzenia, a dziecko siedzi na samym środku schodów i się nie przesunie, tylko stanie przede mną i patrzy na mnie jak cielę na malowane wrota. Słowa "przepraszam" niestety nic nie dają i na wąskich schodach muszę tańczyć z tacą. A rodzice w najlepsze siedzą i mają to wszystko gdzieś, bo co takie dziecko może zrobić.
Drugi przykład.
Zawsze dajemy dzieciom balony. Taki miły gest. Potem przychodzą i co chwila
"ploseee pana, mosna jesce balona?" i marudzi.
Nie interesuje go, że właśnie nabijasz zamówienie na stolik, gdzie siedzi 10 osób, a reszta dzieci w dodatku biega i piszczy wniebogłosy. Co na to rodzice?
"Przepraszam, można jeszcze jednego balonika?".
Wszystko spoko, gdyby nie fakt, że jak jedno dostanie, to zaraz wszystkie chcą, a kiedy zajmę się tymi balonami, to goście narzekają, że kelner zajmuje się głupotami, a oni czekają na jedzenie. W innym przypadku idzie się pomylić przy nabijaniu zamówienia i już gotowa awantura, że ktoś chciał frytki zamiast dufinek i kolejne zamieszanie.
Przykładów można wypisać jeszcze więcej.
Jeśli wyznanie zdobędzie jakiś odzew, mogę się podzielić innymi ciekawymi doświadczeniami z dziećmi w mojej pracy, jak i innymi ;)
Oto jak książka może być naprawdę dobrą bronią :)
1 klasa technikum. Czysta karta, nowi ludzie... Nowy koszmar. Nic się nie zmieniło i tamtego roku. Oczywiście księżniczki klasowe wybrały mnie na kozła ofiarnego. Zaczęło się, że śmiały się z tego, że czytam książki dla dzieci. Wtedy akurat czytałam Pratchetta, który niestety już nic nigdy nie napisze. Wkurzało mnie to. Nie każde fantasy jest dla dzieci. Jednak sytuacja, o której chcę opowiedzieć zaczęła się pewnego dnia w marcu.
Przyszłam na spokojnie do szkoły. Jak zawsze książka w ręku. Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela. Istotne jest to, że ma to bardzo twardą okładkę. No i zaczęło się na przerwie obiadowej. Jedna z księżniczek postanowiła mnie podenerwować. Wyrwała mi książkę, gdy akurat czytałam. Wkurzona staram się ją odzyskać, ale wyglądam jak pies skaczący do kawałka mięsa, które właściciel wysoko trzyma. Coraz bardziej się we mnie gotowało, a ona i jej psiapsióły się śmiały. W końcu oddały, ale z taką pogardą i śmiechem na ustach. Nie wytrzymałam. Kiedy tylko odzyskałam książkę, a ona odchodziła, podbiegłam i bum! w głowę. Chyba zabolało, bo złapała się za głowę. Odwraca się i znów obrywa. Ludzie mnie odciągnęli. Tamta nos we krwi i ryk na pół korytarza. Bała się widoku krwi. Książka nie ucierpiała ani trochę.
Efekt końcowy był taki, że musiałam ją przepraszać, bo oczywiście za mną nikt się nie wstawił i wyszło na to, że to ja dręczyłam ją. Obniżone zachowanie, rodzice w szkole i ojciec, który wrzeszczał na dyrektorkę, że skoro przywaliłam jej kilka razy, to się należało.
Na koniec pierwszego roku miałam zachowanie poprawne, a księżniczka trzymała się już z dala ode mnie. I to wszystko dzięki temu, że kocham czytać :D
Dopiero jako nastolatek odkryłem, że moja matka jest chorobliwie nadopiekuńcza. Nie lubiła się ze mną rozstawać i zawsze miała mnie na oku. Przez całe dzieciństwo wmawiała mi, że mam astmę i różne alergie, tylko po to, bym siedział z nią w domu, zamiast ganiać z innymi chłopakami na podwórku.
Wracając z podstawówki do domu mijałam po drodze osiedlowe sklepiki, między innymi dwa sklepy papierniczo-zabawkowe. Uwielbiałyśmy z koleżanką do nich zachodzić. Nie kupowałyśmy nic, po prostu wchodziłyśmy, oglądałyśmy co jest (zimą pewnie nieźle wkurzając personel - śnieg na butach) i wychodziłyśmy.
I tak któregoś razu ekspedientka jednego z tych sklepów (i chyba właścicielka) poprosiła mnie na stronę, żeby porozmawiać - i oskarżyła mnie o kradzież pocztówki z koniem (wartość ~1zł, chociaż w tamtych czasach złotówka była warta trochę więcej). Oczywiście nie powiedziała wprost, że to ja, raczej zadawała pytania mające mnie zmusić do przyznania się, jednak ja rżnęłam głupa, że nie wiem o co chodzi. I w zasadzie po części to była prawda - wiedziałam, że kobieta mnie oskarża o kradzież (a udawałam, że nie wiem), tyle że to nie ja tę pocztówkę zwinęłam.
Kobieta nic więcej nie zrobiła, bo w sumie nie mogła - żadnych dowodów przecież nie miała, a nikt policji dla jednej pocztówki wzywać nie będzie.
Było mi tak głupio (z samego faktu, że mnie ktoś o coś takiego oskarża), że moja noga już nigdy więcej nie stanęła w tym sklepie.
W sumie do tej pory mi smutno :(
Jako kilkuletnia dziewczynka podczas zakupów w markecie budowlanym za każdym razem odrywałam sobie watę szklaną z tych wielkich rolek i jadłam ją.
Dzięki Bogu nigdy nic mi nie było.
Hobbystycznie tworzę drzewo genealogiczne mojej dość licznej rodziny. Nie jest to łatwe, bo w latach powojennych krewni rozjechali się po całej Polsce i z wieloma z nich urwał się kontakt. W miarę możliwości jeżdżę po parafiach i urzędach zbierając jakiekolwiek informacje, nawiązałam też kontakt z kilkoma osobami z dalszej rodziny. Dziś dowiedziałam się, że ja i mój narzeczony mieliśmy wspólną prababcię... Cóż, czasem chyba nie warto drążyć.
Jakiś rok temu dodałam tu wyznanie, gdzie uderzył mnie ojciec, no ale jako że dopiero przeprowadziłam się do innego kraju, to nie chciałam tego nigdzie zgłaszać. Wątpię, że ktoś to pamięta, ale od tamtego wyznania było tylko gorzej.
Ogółem, przeprowadziłam się ponad rok temu z rodzicami i młodszym bratem do innego kraju. Jako że system szkolnictwa jest tu trochę inny od polskiego, dopiero w następnym roku idę do nowego liceum.
Dzisiaj nie poszłam do szkoły, bo źle się czułam - miałam nudności i dosłownie myślałam, że rano zwymiotuję. Poszłam do mamy rano przed planowanym wyjściem do szkoły, żeby jej powiedzieć, że się źle czuję i czy mogę zostać w domu, na co mi odpowiedziała, że pewnie zmyślam, i że mam iść i tak. Jako że naprawdę myślałam, że zwymiotuję, wolałam postawić się mamie i uniknąć tego, że mogłabym się zbłaźnić przed klasą czy coś.
No to zostałam w domu, przespałam się z jakieś dobre kilka godzin więcej, i jak wstałam z łóżka, to do pokoju przyszła mama, zamknęła się ze mną tam, i przez dobrą godzinę opowiadała mi, jaka jestem zła i okropna, że nie zasługuję na pójście do liceum (cały rok moje życie wyglądało szkoła -> sprzątanie w domu -> nauka w domu), że skończę w maku (staram się znależć pracę na wakacje, by mieć jakieś oszczędności, ale na razie nikt mnie nie przyjął), że nikt mnie nie polubi w liceum bo nie znam aż tak dobrze języka, że zasłużyłam na to, że nikt mnie nie lubi w mojej klasie i szkole (dołączyłam w ostatnim roku podstawówki, i po prostu trudno mi było znaleźć kogoś bliższego, bo każdy już się zna + bariera językowa), że jestem okropną i niewdzięczną córką (pomagam im w domu jak mogę, sama zajmuję się bratem, sprzątam mieszkanie, gotuję, robię pranie), że nie zasługuję nawet na to, by mnie karmili w domu.
Moi rodzice wcale mi nie ułatwiają tego wszystkiego, bo muszę przy nich chodzić na palcach, by nic mi nie zrobili - nadal mam ogromnego siniaka na udzie, po tym jak moja mama ostatnio popchnęła mnie na kant stołu, jak ostatnio (jej zdaniem) źle przygotowałam sos do makaronu, praktycznie codziennie mnie wyzywają albo poniżają jeśli zrobię cokolwiek nie po ich myśli. Raz wróciłam po 21 do domu, bo byłam na mieście, i mimo że im o tym powiedziałam i na bieżąco z nimi pisałam, to i tak kiedy tylko wróciłam do domu, zaczęli mi grozić że zabiorą mi telefon i zabronią mi wychodzić z domu, bo nie powinnam wracać o takiej porze.
I szczerze mówiąc, sama już nie wiem, czy to jest normalne. I tak raczej nic nie mogę z tym zrobić, oprócz wyprowadzki, jak będę starsza, nad czym obecnie pracuję, więc chyba po prostu chciałam się wygadać i kogoś się zapytać, czy tak normalnie wygląda życie domowe, i czy po prostu wymyślam i dramatyzuję. Dzięki za przeczytanie moich wypocin :)
Jestem dorosłą kobietą. Zawsze byłam atrakcyjna i przyciągałam mężczyzn, jednak pewnego typu mężczyzny nigdy nie było w moim życiu.
Zazdroszczę kobietom, które wychowywały się z ojcem. Całe dzieciństwo tęskiniłam za tą męską obecnością, kimś kto ogarnie ten cały bałagan czterech bab w domu. Niestety tata jeszcze przed moim narodzeniem miał wypadek- nic niezwykłego, pijany kierowca. Mama została sama z dwójką i mną w drodze. Nie przeczę, naprawdę dała sobie świetnie radę, a było jej bardzo ciężko. Tylko jak pomyślę, tata to jedyny mężczyzna w życiu który nie seksualizuje kobiety (w sumie dziadków też nie miałam, a na syna za wcześnie) . Po prostu szkoda mi, że nie miałam okazji poznać tego typu bezinteresownej miłości od płci przeciwnej.
Jestem naprawdę szczupła i masa osób pyta mnie o sekret mojej figury. Z uśmiechem odpowiadam, że ćwiczenia. Ale to tylko pół prawdy.
Nie potrafię oszczędzać pieniędzy. Każdą złotówkę wydam na jakieś nie do końca potrzebne rzeczy. Jedyne, czego potrafię sobie odmówić, to jedzenie. Więc żyję tydzień na paczce makaronu i serku topionym, by móc kupić kolejną bluzkę czy książkę.
Dodaj anonimowe wyznanie