#rQAWK

Wczoraj zrobiłam test ciążowy i okazało się, że jestem w ciąży. Trzy testy to potwierdziły, mój chłopak mnie wspiera, jednakże wiem, jak zareaguje moja rodzina. Strasznie się ich boję i nie wiem, co mam z tym wszystkim zrobić. Jestem nastolatką, która nie jest gotowa na dziecko, niedawno wyprowadziłam się od rodziny i już mam zakładać własną? Nie chcę z tym żyć, po prostu chciałabym, żeby tego wszystkiego nie było. Czuję, że rodzice się mnie wyprą i zostanę z tym wszystkim sama. A kompletnie nie wiem, co robić. I zanim pomyślicie, że „byłaś głupia i nie umiałaś się zabezpieczyć, to masz”, to chciałabym Wam powiedzieć, że od długiego czasu biorę tabletki anty i nie pominęłam żadnej, a jednak jestem tym 0,01%, które i tak zaszło.

#WW6qG

Wszyscy mi mówią, że muszę schudnąć! Mam 183 cm i ważę 79 kg. Wydaje mi się, że przy tym wzroście to nie tak źle. Tyle tylko, że zawsze byłam bardzo szczupła (ważyłam 64 kg) i to było widać. Co tu dużo mówić — po prostu byłam chuda i wcale się z tym dobrze nie czułam. Przytyć jednak mi było niezwykle trudno. Unikałam odsłaniania nóg, bo były zbyt kościste. Biust też miałam raczej mały i wystające kości z bioder.
Potem sporo przytyłam w bardzo krótkim czasie. Wszystko przez szalejącą tarczycę, którą już na szczęście leczę. Teraz każdy (dosłownie każdy) z moich bliskich mówi mi, że muszę schudnąć, bo co ja z siebie zrobiłam! Tyle tylko, że ja się bardzo dobrze czuję z moją nową wagą (albo raczej czułam)! Ładnie się zaokrągliłam, w końcu chodzę w krótkich sukienkach, spodniach i spódnicach. Biust też mam większy, bo po prostu obrósł trochę tłuszczem ;) Brzuch mi wystaje, przyznaję, ale myślę, że tragedii nie ma. Wolę to niż wystające kości. Dobrze mi w moim ciele (a przynajmniej tak było). Mówiłam o tym bliskim, ale mi nie wierzą. Sądzą, że nie chce mi się za siebie wziąć i schudnąć, więc tak tylko gadam. Nie wiem, jak ich przekonać. Ciągle mi dogadują, że jestem gruba. Podobno chcą mnie tym zmotywować do chudnięcia, ale ja to odbieram jako atak i podkopywanie mojej samooceny. Przez to wszystko sama już powoli zaczynam w siebie wątpić i zastanawiać się, czy może faktycznie nie ważę za dużo? Być może mój nowy „fajny” wygląd istnieje tylko w mojej głowie, a tak naprawdę jestem grubą, wielką babą? Sama już nie wiem. Ręce opadają. Nikt tak nie potrafi cię dobić jak najbliżsi.

#Ywefc

Pracuję w sklepie w Niemczech. Akurat siedziałam na kasie, gdy przyszła grupka rodaków, ta sama codziennie, o tej samej godzinie, zapewne praca blisko.
Przez przypadek jednemu z nich zeskanowałam rzecz, która była innego gostka, i ten mi tylko po angielsku powiedział: „No, this no”. OK. Jeden przycisk i bam, nie ma. Zapłacił. Wziął paragon. Przegląda, pakując zakupy, i komentuje po polsku, przy okazji obrażając mnie, że jak nic nabite jest i za to zapłacił. Nie zna języka, toteż nie zrozumiał, że przy nabitym było dopisane „usunięte”. 
Nie mogłam wytrzymać jego gadania, więc pięknie, po polsku, mu odpowiedziałam, że jest to usunięte. Ale się zdziwił, że polski umiem!

#StS5W

Miałam 12 lat, jak z rodziną przeprowadziłam się do Japonii. Moja młodsza siostra miała wtedy 4 lata, była po ciężkim czasie odstawiania smoczka, jednak kiedy zamieszkaliśmy w Japonii, bardzo dużo płakała, nie mogła się przyzwyczaić do nowego miejsca, więc smoczka dostała z powrotem.

Ja nie mogłam się odnaleźć w nowej japońskiej szkole, w nowym miejscu. Nowa szkoła, znajomi, brak znajomości języka kosztowało mnie wiele stresu. Często budziłam się w nocy mokra, więc zaczęłam zakładać na noce pieluchy. Po obserwacji zachowania mojej siostry też zażądałam smoczka. Jej wyraźnie pomógł, więc nie widziałam nic złego, żeby używać go na noce. Wcześniej bardzo długo nie mogłam zasypiać, a tu szybko zobaczyłam efekty, to podziałało na mnie uspokajająco.

Problem w tym, że miał być to okres przejściowy, a ja po kilku tygodniach nie byłam w stanie bez smoczka w nocy się obejść. Bez niego czułam się nieswojo.
Odstawienie smoczka zajęło mi kilka miesięcy — w zasadzie do czasu opanowania języka japońskiego w stopniu komunikatywnym, tak że nie miałam już takiego stresu. Był to długi proces, jednak się udało, choć smoczka w szafce nocnej wciąż trzymam i wspomagam się nim, kiedy nie mogę zasnąć.

#24Ob6

Wreszcie zdecydowałam się zrobić prawo jazdy. Co było moją motywacją? Szybszy dojazd do pracy, na uczelnię? Nie. Od zawsze chciałam mieć psa, niestety rodzice nie chcieli o tym słyszeć, bo mieszkamy w bloku. W mojej okolicy jest schronisko dla zwierząt, gdzie w ramach wolontariatu można wyprowadzać psy na spacer. Sęk w tym, że można się tam dostać jedynie samochodem.

Wszyscy myślą, że poszłam na kurs, by być bardziej niezależna. A ja po prostu chcę odwiedzać psiaki.

Motywacja chyba była dobra, bo zdałam za pierwszym razem :)

#TtD2l

Odkąd pamiętam byłam "dzikim dzieckiem". Rodzice tłumaczyli to faktem, że nie mam rodzeństwa, na osiedlu praktycznie nie ma dzieci, jakoś muszę sobie organizować czas sama. Często bywało tak, że gdy zdychały jakieś zwierzątka (typu ptaszki czy myszki, które przynosiły koty), to robiłam im profesjonalny pogrzeb. Z prawdziwego zdarzenia. Brałam takie martwe zwierzątko na łopatkę albo do pudełka. Zabierałam ze sobą psa i w korowodzie żałobnym szłam, sypiąc kwiaty i śpiewając "Wieczne odpoczywanie". Następnie trzeba było powiedzieć parę słów typu "To był dobry ptak. Teraz pewnie lata i ćwierka w swoim ptasim raju". To nic, że go nie znałam. Potem kopałam dół. Byłam dzieckiem, więc nie był głęboki, dlatego przy pierwszych lepszych deszczach ptaszek po prostu wypływał, co sprawiało, że pogrzeb odbywał się wielokrotnie. Wszystko oczywiście na koszt zakładu.

Upodobanie do pogrzebów rozwinęło się tak bardzo, że pewnego dnia, gdy przyszły do mnie kuzynki w odwiedziny, przeprowadziłyśmy mój własny pogrzeb.
Tak, dobrze czytacie. Może nie każdy kojarzy, ale za czasów mojego dzieciństwa modne były piaskownice/baseny w kształcie muszelki. W zestawie było wieko. Tak więc weszłam do piaskownicy, a kuzynki zamknęły mnie w środku. Mama szukała mnie po całym domu i zorientowała się gdzie jest jej córka w momencie gdy wyjrzała za okno i ujrzała taki obrazek: zamknięta piaskownica, dwie kuzynki chodzą w kółko, śpiewają "Anielski orszak" i sypią kwiatki pozrywane z ogródka babci.

Gdybym umarła, to proszę, zróbcie mi pogrzeb w stylu hawajskim. Trumna w kształcie muszli, sypcie kwiaty, zamówcie owoce morza, drinki z palemkami, soki w kokosie. Wszystko na mój koszt.

#lhpHL

Moja dziewczyna skończyła studia, pracuje w zawodzie, ale robi dziedzinę, która jest chyba najsłabiej płatna (wystarczy osobie bez wykształcenia w tej dziedzinie powiedzieć co klikać...). Robi proste rzeczy i marudzi, że zarabia w granicach minimalnej. Nie chce się douczyć, zdobyć większej praktyki w pokrewnej dziedzinie, lepiej płatnej, gdzie mogłaby połączyć to co robi i robić to dużo razy szybciej... Mówię jej, że ma możliwość douczyć się kilku programów, prostych rzeczy, aby móc się rozwinąć, więcej sobą reprezentować. Ogarniam kilka programów, więc mógłbym jej pomóc. Nie chce, bo mówi, że robi to 3 lata i jej pasuje. Takim podejściem zawsze będzie zwykłym wyrobnikiem zamiast być inżynierem, który poznaje swoją tematykę w miarę możliwości z każdej dziedziny, aby być dobrym specjalistą i dobrze opłacanym.

Najgorzej jak marudzi, że tak mało zarabia, ale żeby coś zdziałać z tym, to nie... Sam jestem na początku kariery i też nie mam kolorowo, ale widzę możliwości, próbuję jej przetłumaczyć. Jak mówię, że mogę jeździć w delegacje zagraniczne, aby więcej dorobić, poprawić język, to marudzi, że mało będziemy się widzieć. Mówię, że mogę w takim razie szukać pracy zdalnej (mniej płatnej) i jej bym wytłumaczył co i jak w tej pracy (moglibyśmy robić to samo) i możemy przeczekać kryzys u rodziców, brzmi to może mało dojrzale, ale nie widzi mi się spłacać czyjegoś kredytu, gdy mogę to odłożyć na wkład własny... To też nie pasuje.

Kocham ją, więc nie mam sumienia jej powiedzieć, że jak będzie robić prostą robotę i mnie hamować, to zawsze będziemy klepać biedę; żeby wzięła się za poszerzanie swojego doświadczenia, bo studia to nie wszystko i trzeba się rozwijać... Nie wiem jak ją zachęcić. Nie mam czasami na nią siły.
Dodaj anonimowe wyznanie