#glYgk

Mam 22 lata, a wyznanie piszę dzień po 3 rocznicy swojego ślubu.

Miałam wtedy ledwie 18 lat. Na wyjeździe międzyszkolnym uwziął się na mnie pewien chłopak. Nie odpuszczał mi. Moja klasa również zaczęła męczyć mnie o spotkania z nim, że mam mu dać szanse. Powiem tak, mają oni szansę zostać mistrzami marketingu. Niestety z powodu depresji mojej 2 lata starszej siostry, poszłam na studia do innego miasta niż on. Mówi się trudno. Pierwsze zajęcia... przejazd na kolejne i tu zaczyna się coś, czego sama długo nie rozumiałam.

Zobaczyłam pewnego chłopaka. Przystojny, elegancki, widać, że ma klasę. Nie znał drogi na następny wydział, a że znałam ją ja, postanowiłam mu pomóc. Całą drogę gadaliśmy, jakbyśmy znali się ze sto lat. Został moim kierowcą po wydziałach. W połowie października moja siostra kupiła mi bilet, bym odwiedziła swojego chłopaka. Stwierdziłam, że zrobię mu niespodziankę. Adres znałam, siostra sprawdziła dojazd i co w drogę. Na wejściu do domu nie chciano mnie wpuścić. Kiedy się udało, zamarłam. Mój niby idealny chłopak leży nagi z obcą dziewczyną w łóżku. Wybiegłam z prędkością geparda lub innego zwierza. Ochłonęłam chyba po godzinie. Kilkanaście nieodebranych połączeń. Pojechałam na dworzec, nic w kierunku mojego miasta już nie jechało, dopiero rano. Wizja nocy na dworcu mnie przerażała. Przenocowałam w jakimś hotelu za ostatnie pieniądze, powrotny w torebce.

Zamknęłam się w sobie. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Tylko z nim. Z moim kierowcą. Płakałam mu w rękaw. Czułam się beznadziejnie. Mój już wtedy były, notorycznie dzwonił, a jego przyjaciele mnie nachodzili. W końcu padło z ust mojego towarzysza: „Weźmy ślub, cywilny. Dadzą ci spokój, a nam może wyjdzie”. Było kilka randek. Skromny pierścionek też dany w prezencie.

To był piątek. Mikołajki. Po zajęciach, w urzędzie w obecności 2 znajomych, zostaliśmy małżeństwem. Skromnie, ze srebrnymi tanimi obrączkami. Gdy rodzice się dowiedzieli, postanowili nam pomóc stać się rodziną.

Wczoraj w obecności rodziny oświadczył się po raz drugi. Weźmiemy ślub kościelny.

Dzieci nie mamy (jeszcze nawet nie jest w drodze), nasi rodzice mają między sobą i z nami dobry kontakt. Siostry nawet mi wybaczyły, że wzięłam ślub przed nimi. Mój mąż i ja często stanowimy przykład idealnego małżeństwa. Niedługo oboje skończymy studia inżynierskie.

A mój były... z tego co wiem, ma dziecko z panną, z którą mnie zdradził. Alimentów nie płaci i zwiał gdzieś za granicę.

Siostrze do dziś w żartach dziękuję za bilet do Trójmiasta, który tak zmienił moje życie. Wyleczyła się z depresji i ze swoim mężem mieszka dosłownie za ścianą.

#lPyJv

Jakieś 9 lat temu gdy moja mama tłukła schabowe na obiad, ja w tym czasie chciałam, żeby mi włączyła bajkę na DVD. Z racji tego, że coś wtedy przeskrobałam, miałam karę i nie chciała się zgodzić. Próbując ją przekonać stałam za jej plecami i prosiłam (jęczałam), aby mi włączyła w końcu Małą Syrenkę. Im bardziej ja błagałam, tym mocniej ona tłukła kotlety ze zdenerwowania. W końcu tak się zamachnęła, że  góra tłuczka odpadła od trzonka i dostałam nią w głowę.

Skończyło się wizytą w szpitalu, wielkim guzem na środku czoła i upragnionym włączeniem bajki. Sukces :)

#D7P5d

Mam 19 lat, mam idealnego chłopaka, który zawsze mnie wspiera. Po 5 latach związku nie mamy jeszcze możliwości, żeby coś wynająć, wiec były dni, że raz spotykaliśmy się u niego, raz u mnie, czasem jakieś nocowanko… ale od pewnego czasu częściej jesteśmy u mnie, moi rodzice są po rozwodzie, a partner mojej matki kiedyś się do mnie przystawiał, za co go nienawidzę, i zostawiło to ogromny uraz na mojej psychice, zwłaszcza że on próbował obrócić to w żart… Czułam się bezpieczniej kiedy chłopak był obok, więc zaczął częściej u mnie zostawać, ale bez obaw, zawsze kiedy moja rodzicielka prosi go o pomoc lub przysługę, zrobi wszystko, potrafi naprawdę dużo, ale uwierzcie, że nie da się czasem rozerwać, choć by się chciało… Mam czasem wrażenie, jakby wszystko było na mojej głowie, bo jak nie daj Boże on nie może czegoś zrobić lub zapomni, to jest wojna i wypominanie, a nie liczy się wtedy to, że robi w tym domu za złotą rączkę, mechanika, hydraulika, elektryka, czasem nawet kucharza itp. Moja mama wymaga wszystkiego po prostu od ręki, nie liczy się wtedy cudze życie, potrafi tak wjechać na psychikę, że nie raz mówiłam, że potrzebuję pomocy psychologa, a ona to po prostu wyśmiewała. Nieraz potrafiła podnieść na mnie rękę, nazywać mnie histeryczką i niewdzięcznicą…
Od wakacji ja, zamiast pójść do normalniej pracy, zrezygnowałam z tych poszukiwań, żeby pomoc jej w sklepiku, w którym moja dniówka wynosi między 50-100 zł w zależności od utargu, plus jeżdżę z nią co jakiś czas po towar. Chciałam pomóc, chciałam dobrze, wracając ze sklepiku, odbierałam siostrę ze szkoły, robiłam zakupy, obiad, odwoziłam ją na zajęcia dodatkowe, a w międzyczasie spotkam się czasem ze znajomymi lub pouczę się na zajęcia do szkoły zaocznej, w której zjazdy mam co 2 tygodnie, nie wspomnę o pisaniu prac kontrolnych na „kolanie”, bo nie chciałam prosić o dzień wolny w sklepiku, tylko pisałam sobie pomiędzy obsługą klientów… Od 16 roku życia kiedy poszłam do szkoły zawodowej, za nędzną wypłatę z praktyk ogarniałam sobie swoje potrzeby: ubrania, kosmetyki, a nawet prezenty na święta dla wszystkich.

Może ktoś spojrzy na to z innej strony… Czy ja gdzieś popełniam błąd? Naprawdę nie wiem co powinnam zrobić, nie stać mnie na wynajem mieszkania, jak mam na nie zarobić, pomagając w rodzinnym interesie, z którego niewiele mam, bo chcę pomóc?

#tDsDU

Przed wyjazdem na obóz harcerski kupiłem w sklepie ze śmiesznymi rzeczami sztuczną kupę do nabierania ludzi. Samo wkładanie kupy do śpiwora było znane z poprzednich wakacji i mocno oklepane. Zamiast śmiechu mogło wywołać co najwyżej uśmiech politowania. Trzeba było wysilić się nieco bardziej. Okazja trafiła się już na drugi dzień. Włożyłem „kupę” do koszyka z rogalikami i czekałem, co będzie dalej. A tymczasem zrobiło się gigantyczne zamieszanie przy wjeździe do obozu. Przybiegli zastępowi i mówią, że komendant hufca przyjechał. Drużynowy blady jak ściana, bo to nie było uzgodnione. Zaczął więc improwizować. Złapał koszyk z pieczywem i mówi:
„Panie komendancie, witamy chlebem i solą!”.
Nie muszę dodawać, co wziął do ręki komendant hufca i jaką minę zrobił. Ale drużynowy był w porządku – dowiedział się, że to ja podłożyłem „kupę” do koszyka, ale mnie nie wydał.

#CUogD

Te święta były pierwszymi, które spędziłem w pełni z moją dziewczyną – niedawno zamieszkaliśmy razem.

W wigilię przyniosłem do domu karpia i wpuściłem do wanny, jak zwykł to robić mój ojciec. Było to dla mnie całkowicie naturalne, to przecież tradycja świąteczna. Oczywiście miałem zamiar go dobić, żeby moja ukochana mogła przygotować potrawę, będącą podstawą na wigilijnym stole.
Kiedy moja dziewczyna to zobaczyła, wpadła w szał. Zaczęła płakać nad losem karpia i krzyczeć do mnie, że jestem mordercą. Powiedziała, że nie pozwoli go zabić, po czym włożyła rybę do akwarium, a mnie spakowała i wystawiła z walizką za drzwi.

I mamy po świętach. I po związku.

#ki17X

Od wielu lat moja rodzina przygarnia bezpańskie zwierzęta z ulicy. Psy też bywały, ale najwięcej u nas było i nadal jest jednak kotów. Nie mogę nawet zliczyć, ile to takich pociesznych mordek zawitało do naszych drzwi. Wszystkie kochaliśmy, trzymaliśmy w domu, opiekowaliśmy się, wyjeżdżaliśmy kontrolnie do weterynarza. Niby wszystko okej, prawda? Nie. Koty nam giną. Znikają. Kompletnie nie wiemy, co z nimi się dzieje. Nikt ich nie przygarnął, bo chodzę zawsze po ulicach, zamieszczam posty na FB, czy nie widzieli kota. NIGDY nikt nam kota nie zabrał. NIKT się do nas nie zgłaszał. Co gorsza, MOJE KOTY UMIERAJĄ, BO JAKIŚ KRETYN PODAJE IM TRUTKI. Tak, dobrze czytacie. TRUTKI NA MYSZY.

Dowiedziałam się, kto za tym stoi. Mój pocieszny sąsiad. Ojciec dwójki dzieci. Znajomy mojego taty. Taki „dobry” mąż i tatuś. Nie. No właśnie nie.
Wiele razy zdarzało się, że wszystkie koty na ulicy były otrute. Wszystkie oprócz kota tego oto gbura. Lubi dokarmiać koty moje i sąsiadów. A potem magicznie wymiera połowa kotów z okolicy... Raz postrzelił psa. Wiatrówką. Jego wytłumaczenie? „Przepraszam, myślałem, że to kot!”.

Nie, nikt nic z tym nie zrobił. Wszyscy siedzą cicho. A ja też nic z tym zrobić nie mogę. Bo mam mniej niż 14 lat. Na policję nie pójdę, do sądu go nie pozwę.

Do sierpnia tego roku mieliśmy potulną kotkę. Zniknęła. Ciekawe czemu. I teraz najlepsze. Jeden z moich kotów jest w ciężkim stanie. Jedziemy do weterynarza.
„Wygląda na to, że państwa kot został mocno kopnięty”.

Łeb mu ukręcę, jak będę miała okazję. Bez chwili zastanowienia to zrobię.
Jeszcze beknie za to. Prędzej czy później.
Nienawidzę go.

#0KlUn

Mój tata jest lekarzem w jednym z większych miast w Polsce. Jakiś rok temu miał wizytę domową w jednej z uboższych dzielnic miasta. To, co zobaczył w mieszkaniu pacjentki, było po prostu przerażające: zgniłe jedzenie, wszechobecny kurz, nieszczelne okna, grzyb, stare zniszczone meble. Warunki niegodne do życia żadnego człowieka. Właścicielką „mieszkania” okazała się 86-letnia kobieta. Mój tata po zobaczeniu warunków życia pani Janiny spędził kolejne 5 godzin na sprzątaniu jej domu. Dowiedział się także od niej, że wszyscy członkowie jej rodziny nie żyją lub wyemigrowali, została kompletnie sama.
Tacie udało skontaktować się z rodziną mieszkającą w Kanadzie. Dzięki temu pani Janina mogła spędzić święta w towarzystwie swoich bliskich. Jednak rodzina musiała wracać do Kanady, a jedynym przyjacielem pani Janiny został mój ojciec. Co tydzień, po pracy, mimo dużego zmęczenia, przyjeżdżał do niej oraz spędzał z nią czas na rozmowie i sprzątaniu jej mieszkania. Dla tak samotnej kobiety takie spotkania były bardzo ważne. Potrafiła rozpłakać się, gdy tata zapomniał odmachać jej z samochodu. Raz na parę miesięcy wpadała do niej jakaś kuzynka z Kanady – to było całe zaangażowanie rodziny.
Z czasem u pani Janiny zaczęła występować początki demencji starczej. Tymczasem MOPS próbował wcisnąć jej jakąś opiekunkę, której pani Janina po 15-minutowej znajomości podarowała swój złoty naszyjnik — najcenniejszą rzecz, jaką miała.
Mimo choroby pani Janina nadal pozostawała ciepłą i miłą kobietą. Przez większość czasu naprawdę ciekawie się z nią rozmawiało. Jednak choroba zaczęła robić postępy, powoli zabierając zdolności logicznego myślenia.

Pani Janina dzisiaj odeszła. Cieszę się jednak, że ostatniego roku swojego życia nie musiała spędzić w samotności.

#LS4fW

Historia sprzed kilku miesięcy. 
Byłem wraz z goszczącym u mnie kolegą w domu. Zbliżało się kolokwium, a ja pomimo nieustannej nauki nic nie pamiętałem. Sfrustrowany poszedłem z kolegą do małego sklepu kupić piwo. Wychodzimy ze sklepu na ławkę za budynkiem wypić napoje w cieniu drzew, dochodzimy i siadamy. Po godzinie przychodzi trzech zarośniętych i lekko już wstawionych mężczyzn żuli. Mocno i żywo o czymś dyskutowali. Usiedli na ławce obok i dalej rozprawiali o czymś, wraz z kolegą nie zwracaliśmy na nich uwagi, ale później z nudów zaczęliśmy ich słuchać.  Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, o czym rozmawiają. Różne tematy, m.in. aktualna polityka zagraniczna Polski i UE, dyskutowali na temat ostatnio przeczytanych książek, jeden z nich rzucił temat historii Polski i wiele innych. Siedzieliśmy z kolegą i nie co wierzyliśmy, co słyszymy. 

Po powrocie do domu opowiedziałem o tym i ich opisałem mojej mamie, a ona wytłumaczyła nam, że jeden z nich pracował za komuny w policji jako ktoś ważny, drugi to były wykładowca politologii na uniwersytecie w Szczecinie, a trzeci to były nauczyciel historii.

#gboez

Niedaleko mojego domu jest park. Któregoś dnia postanowiłam wybrać się tam z moim psem. Pies, jak to pies, musiał się załatwić. Był spuszczony ze smyczy i aby się załatwić, wlazł w jakieś krzaki. Oczywiście miałam przy sobie woreczek, by po nim sprzątnąć, ale jeżeli załatwił się w krzakach (były tak gęste, że nie mogłam tam wejść), to uznałam, że raczej nikomu nie będzie to przeszkadzało... 

Wszystko widziała jakaś starsza pani. Podeszła do mnie i zaczęła krzyczeć, bo jak tak można?! Nie sprzątać po własnym kundlu?! Magicznym sposobem wdarła się w te krzaki, podniosła ręką to, co zrobił piesek i... wcisnęła mi to w rękę. Nie powiem, nieźle mnie zaskoczyła...

#NCZho

Ze swoim chłopakiem jestem od 7 lat. Wielokrotnie słyszeliśmy od innych osób, czy to rodziny, czy to znajomych, „jesteście idealną parą”, „tak bardzo do siebie pasujecie”, byliśmy wręcz stawiani jako wzór do naśladowania, jeżeli chodzi o związki. Nie ukrywam, jest nam bardzo dobrze ze sobą, świetnie się dogadujemy i mocno kochamy. Jeżeli chodzi o sprawy materialne, to bywało z tym różnie, raz lepiej, raz gorzej, bywały miesiące, że trzeba było naprawdę zacisnąć pasa, żeby jakoś wytrwać od wypłaty do wypłaty, zwłaszcza kiedy przez pół roku mój partner był niezdolny do pracy i tylko ja pracowałam. Tak sobie żyliśmy szczęśliwie ze sobą, w zgodzie z całym światem, aż do pewnego momentu... w którym mój wybranek wygrał niemałą sumę pieniędzy na loterii.
Nie chciał nikogo o tym informować, poza własnymi rodzicami, bratem i mną. Ktoś się jednak wygadał, ktoś inny podał dalej, i finalnie wiedzą o wygranej nawet ludzie, których nie znamy. I się zaczęło gadanie... Osoby, które znam pół życia, bliższe, dalsze, które znają nasz związek od samych jego początków i jeszcze parę miesięcy wcześniej były zafascynowane naszą miłością, zaczęły rozpowiadać, że jestem z nim tylko dla pieniędzy. Jest to bardzo krzywdzące. Ja jestem z natury raczej skromną osobą i jest wręcz głupio wydawać te pieniądze, bo wiem, że sobie na nie nie zapracowałam, mam wrażenie, że nie powinnam, mimo że chłopak czasami wręcz na to nalega, tłumacząc, że to jest nasz wspólny majątek.

Jakiś czas temu zaszłam niespodziewanie w ciążę, przyjęliśmy ten fakt spokojnie, bo wiemy, że sobie poradzimy i że maluszek będzie miał wszystko, co niezbędne, a my nie będziemy musieli się martwić o to, jak damy sobie finansowo radę z nowym członkiem rodziny.
I tak oto zostałam tą, która nie dość, że jest z nim dla pieniędzy, to jeszcze złapała go na dziecko, nawet dla własnej teściowej, która otwarcie mówi, że jej synka „bez problemu stać na lepszą”.

To jest wręcz zadziwiające, jak ludzie prędko potrafią zmienić swoje poglądy. Nikogo nie obchodzi to, że jesteśmy już kilka lat razem i jak trzeba było, to ja wspierałam go finansowo. Nikogo nie obchodzi, że sami byli kiedyś zafascynowani naszym związkiem i tym, że można aż tak się kochać, na dobre i na złe. Teraz, po wygranej, jestem dla nich tylko materialistką, która łapie chłopa na dziecko.
Dodaj anonimowe wyznanie