Mam 19 lat, mam idealnego chłopaka, który zawsze mnie wspiera. Po 5 latach związku nie mamy jeszcze możliwości, żeby coś wynająć, wiec były dni, że raz spotykaliśmy się u niego, raz u mnie, czasem jakieś nocowanko… ale od pewnego czasu częściej jesteśmy u mnie, moi rodzice są po rozwodzie, a partner mojej matki kiedyś się do mnie przystawiał, za co go nienawidzę, i zostawiło to ogromny uraz na mojej psychice, zwłaszcza że on próbował obrócić to w żart… Czułam się bezpieczniej kiedy chłopak był obok, więc zaczął częściej u mnie zostawać, ale bez obaw, zawsze kiedy moja rodzicielka prosi go o pomoc lub przysługę, zrobi wszystko, potrafi naprawdę dużo, ale uwierzcie, że nie da się czasem rozerwać, choć by się chciało… Mam czasem wrażenie, jakby wszystko było na mojej głowie, bo jak nie daj Boże on nie może czegoś zrobić lub zapomni, to jest wojna i wypominanie, a nie liczy się wtedy to, że robi w tym domu za złotą rączkę, mechanika, hydraulika, elektryka, czasem nawet kucharza itp. Moja mama wymaga wszystkiego po prostu od ręki, nie liczy się wtedy cudze życie, potrafi tak wjechać na psychikę, że nie raz mówiłam, że potrzebuję pomocy psychologa, a ona to po prostu wyśmiewała. Nieraz potrafiła podnieść na mnie rękę, nazywać mnie histeryczką i niewdzięcznicą…
Od wakacji ja, zamiast pójść do normalniej pracy, zrezygnowałam z tych poszukiwań, żeby pomoc jej w sklepiku, w którym moja dniówka wynosi między 50-100 zł w zależności od utargu, plus jeżdżę z nią co jakiś czas po towar. Chciałam pomóc, chciałam dobrze, wracając ze sklepiku, odbierałam siostrę ze szkoły, robiłam zakupy, obiad, odwoziłam ją na zajęcia dodatkowe, a w międzyczasie spotkam się czasem ze znajomymi lub pouczę się na zajęcia do szkoły zaocznej, w której zjazdy mam co 2 tygodnie, nie wspomnę o pisaniu prac kontrolnych na „kolanie”, bo nie chciałam prosić o dzień wolny w sklepiku, tylko pisałam sobie pomiędzy obsługą klientów… Od 16 roku życia kiedy poszłam do szkoły zawodowej, za nędzną wypłatę z praktyk ogarniałam sobie swoje potrzeby: ubrania, kosmetyki, a nawet prezenty na święta dla wszystkich.
Może ktoś spojrzy na to z innej strony… Czy ja gdzieś popełniam błąd? Naprawdę nie wiem co powinnam zrobić, nie stać mnie na wynajem mieszkania, jak mam na nie zarobić, pomagając w rodzinnym interesie, z którego niewiele mam, bo chcę pomóc?
Dodaj anonimowe wyznanie
Nie zakopuj się w tym rodzinnym sklepiku, bo wiecznie będziesz takim popychadłem, wynieś, przynieś, pozamiataj. Jeśli masz możliwość, to zatrudnij się gdzieś za normalną pensję. Matce płać swoją część za rachunki i oszczędzaj na nowe życie. A kiedy będzie się dało, to po prostu się wyprowadź. Masz prawo do szacunku i masz prawo przeżyć życie po swojemu. A jeśli rodzinny sklepik jest nierentowny, to Twoja mama sama powinna pomyśleć o jakiejś zmianie, zamiast dorabiać się kosztem dorosłych dzieci.
I przede wszystkim wygarnij matce jakiego gacha sobie przytachała, któremu młodsze się marzą
Nie wiem ile godzin pracujesz w sklepiku. Ale zakładając, że nie musisz odprowadzać od tego podatku, oraz że jesteś na innych warunkach niż normalny pracownik, to to nie jest jakoś drastycznie mało. Normalnie w pracy nie możesz sobie między klientami siąść i pisać czy czytać książki, pracujesz non stop, z przerwą zaledwie 15-30 minutową. Prawdopodobnie masz też bardziej elastyczny grafik, nie pracujesz 8h itp. Jeśli chcesz normalną stawkę, to po prostu idź do normalnej pracy. Gdzie normalnie musisz konkurować z innymi kandydatami, masz nieelastyczny grafik, rozliczają cię z każdej minuty. Trochę nie kupuję tego, że pracujesz tam, bo chciałaś pomóc.
Wiele osób w twoim wieku musi normalnie pracować, jeszcze więcej pewnie nie musi, i może się opierdzielać po zajęciach. Wiec nie twierdze, że masz lekko, ani, że jesteś leniwa. Po prostu wydaje mi się, że ta „chęć pomocy żeby było dobrze” to przykrywka, a tak naprawdę boisz się „iść na swoje”, szukać pracy w prawdziwym świecie, pozostanie z mamą wydaje ci się wygodniejszą, bezpieczniejszą opcją. Ale to, jak sama widzisz, pozory komfortu, za które płacisz coraz większym wysiłkiem.