#MWJvm

Jest mi bardzo wstyd, bo nie zdałam egzaminu na prawo jazdy już dwa razy. Za dwa tygodnie mam kolejny, ale strach sprawia, że czuję się sparaliżowana. Rodzice mówią, że trudno i że wreszcie zdam, ale mam wrażenie, że oni też są mną zawiedzeni. Uważam, że umiem jeździć autem, a egzaminy są dla mnie największym koszmarem. Przed znajomymi udaję, że mam to gdzieś, ale jak ktoś z nich zaczyna ten temat, to chce mi się płakać. Niedługo niektórzy z nich będą zdawać swoje egzaminy i mimo że życzę im jak najlepiej, to po cichu liczę, że też nie zdadzą. Czy jestem złym człowiekiem?

#4tPp8

Chcę zdać egzamin na prawo jazdy. Po mieście poruszam się sprawnie, jeżdżę dynamicznie. Wyjeżdżaliśmy na trasę z ograniczeniem do 70, to jechałam 68 i było OK. Nie boję się ruchu w dużym mieście. Znam przepisy, nie trąbią na mnie, nie jestem zawalidrogą, ruszam sprawnie na światłach, ustępuję pieszym itp. Co w tym wszystkim dziwnego? Odcina mnie na egzaminie. Nie potrafię pokonać stresu, zapominam o podstawowych rzeczach, jadę nerwowo i popełniam głupie błędy i kończę z wynikiem negatywnym. Zaczyna mnie to frustrować. Nie chcę się poddawać, bo potrzebuję tego prawa jazdy do zmiany zawodowej ścieżki i możliwości dojazdu do małych miejscowości. Tylko emotka facepalm może wyrazić to, co ostatnio czułam. Egzaminator się wylosował złoty. Takich jest naprawdę niewielu. Nawet się razem pośmialiśmy z mojej głupoty. Macie jakieś legalne sposoby na stres na egzaminie?

#Vdfz1

Niedawno zmarła moja babcia, z okazji jej imienin kupiłam niewielki stroik i znicz, tak żeby zbytnio nie zajmowały miejsca na ogromnym pomniku. Jednak to przeszkadzało mojej „wspaniałej” rodzince i za każdym razem, kiedy odwiedzałam babcię, widziałam, że moje „upominki” stoją pod nagrobkiem tylko dlatego, że: 
a) są ode mnie 
b) nie było mnie na pogrzebie z powodu choroby.
Dziś miałam gorszy dzień i wyrzuciłam wszystko, co babci przyniosłam, bo prędzej czy później i tak by wylądowało to w koszu, bo tak.

Przepraszam, ale musiałam o tym komuś powiedzieć, czuję się jak ostatni śmieć przez moją „ukochaną” rodzinkę. :(

#I9A0s

Razem z narzeczonym od lat prowadzimy własną firmę. Kto ma lub kiedykolwiek miał styczność z prowadzeniem własnego biznesu w naszym pięknym kraju, wie, jak to wygląda. Czyhający na każdym kroku US oraz ZUS nie są raczej naszymi przyjaciółmi. Początki były naprawdę trudne, ponieważ po opłaceniu wszystkich kosztów ledwo wychodziliśmy na plus. W końcu postanowiliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie przeniesienie firmy za granicę do tzw. raju podatkowego. Zagłębiliśmy się nieco w temacie i już w niedługim czasie wyruszyliśmy załatwiać wszelkie formalności z tym związane.

Było to ponad 2 lata temu i powiem jedno, była to jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu. Zupełnie inne podejście państwa do przedsiębiorcy pozwala firmom rozwinąć w pełni skrzydła, co w efekcie pozwoliło nam stworzyć naprawdę świetny biznes. Nasza firma rozrosła się tak bardzo, że postanowiliśmy otworzyć kolejny oddział w miejscu jej zarejestrowania. Przy okazji podjęliśmy decyzję o opuszczeniu Polski i zamieszkaniu na stałe za granicą. 
I tutaj pojawia się śmietanka intelektualna naszego społeczeństwa. Komentarze, że jesteśmy złodziejami, którzy patrzą tylko jak się nachapać, były niemal codziennością. Jedna z naszych sąsiadek rozpuściła nawet plotki po osiedlu, że bawimy się w jakieś „lewe interesy” i że pewnie teraz uciekamy przed problemami. Szczytem było, kiedy narzeczony kupił sobie nowy samochód, o którym marzył od lat, a mógł sobie na niego pozwolić w końcu po latach ciężkiej pracy. Na co dzień samochód zamykany był w garażu, bo wiadomo, że cebule kole w oczy i z pewnością takie osobniki ucieszy fakt, że „przypadkiem” coś się stanie z samochodem „sąsiada złodzieja”.

Tego dnia narzeczony zapomniał portfela z dokumentami, więc wrócił po niego, zostawiając samochód pod klatką. Nie było go dosłownie z 5 min maks, a ktoś poprzebijał opony i porysował cały bok od strony pasażera. Oczywiście od razu telefon na policję i oczekiwanie na przyjazd mundurowych, w akompaniamencie chyba wszystkich sąsiadów. Narzeczony był tak zdenerwowany, że obawiałam się, że dostanie tam wylewu, a oliwy do ognia dolał sąsiad, który przechodząc „przypadkiem” obok, rzucił do nas, że nikt tu nie chce takich złodziei jak my i że w ogóle bardzo dobrze, że „ktoś” nas tak urządził. Miał gościu szczęście, że akurat chwilę później pojawił się wzywany patrol, ponieważ gościu musiałby zacząć oszczędzać na protezę uzębienia.

Serio? Tak ludzi boli, że ktoś doszedł do czegoś w życiu cholernie ciężką pracą? Nikt nie ma pojęcia, ile wyrzeczeń, łez i nerwów kosztowało nas dojście do tego wszystkiego, co mamy. Cieszę się, że już niedługo uwolnimy się od tych moralnie przegniłych ludzi, których jedyną ambicją w życiu jest ciągnięcie wszystkich możliwych zasiłków „BO MIE SIĘ NALEŻY!”.

#GjrVk

Miejsce: Lotnisko Ławica.

14:30 Stoję w kolejce do kontroli na lotnisku. Odwracam się, pan podnosi 100 euro z podłogi, uśmiecha się do mnie uprzejmie i chowa banknot w kieszeń.
Pomyślałam, że to jego i też się uśmiechnęłam i nadal rozmawiałam z chłopakiem.

15:30 Dzwoni do mnie mama: włożyłam ci w torebkę 100 euro na Dzień Dziecka (szybkie obeznanie sytuacji – brak kasy).

15:45 Zgłoszenie do kontroli granicznej, na kamerze widać sytuację, ale nie widać, co uprzejmy pan podnosi.

16:00 Straż graniczna rusza porozmawiać z panem, ale pan już w samolocie, więc już poza zasięgiem straży granicznej.

Nie pozdrawiam uprzejmego pana.

#OvLGd

Zaprosiłem sporo znajomych na świętowanie mojego awansu. Pierwsza kolejka miała iść na mój koszt, więc wszyscy zamówili najlepsze drinki, jakieś przekąski, szmerki, bajerki, a jak przyszło do płacenia, to odrzuciło mi kartę. Okazało się, że weszło mi na konto jakieś głupie zajęcie komornicze niezapłaconych mandatów za jazdę bez biletu jeszcze z czasów szkoły. Wszyscy do dziś mają bekę z mojego „wielkiego awansu” i wielkiej szczodrości wobec znajomych, kiedy nawet nie było mnie stać na piwo. A musiałem im opowiedzieć tę historię, bo przecież musiałem od kogoś pożyczyć pieniądze.

#Sjrys

Mam zespół Aspergera. 
Miałam jakieś 8 lat, kiedy zaniepokojenie rodziców wzrosło na tyle, że zabrali mnie do psychologa. Świadomość na temat spektrum autyzmu nie była wtedy w Polsce zbytnio rozwinięta, a i ja nie byłam modelowym przypadkiem, więc minęło trochę czasu, zanim otrzymałam diagnozę. Mimo zaledwie kilku lat na karku zdążyłam już wtedy zauważyć, że jakakolwiek „inność” nie jest dobrze postrzegana. Bardzo chciałam być jak inne dzieci, mieć przyjaciół, dobrze się bawić.
Przez następne 10 lat wiele się zmieniło. Chodziłam regularnie na terapię, uczyłam się żyć z innymi ludźmi, kompensować swoje braki obserwacją, inteligencją i szybkim reagowaniem. Sporo dało mi wspólne wychowanie z rodzeństwem, sporo dał mi rozwój techniki (nagle okazało się, że można ignorować ludzi, nie mówić do nich i gapić się bezmyślnie w jakiś punkt i być uznanym za normalnego – byleby tym punktem był twój smartfon...). Gdyby ktoś teraz spotkał mnie na ulicy, nawet rozmawiał przez dłuższą chwilę, w życiu nie powiedziałby, że coś jest nie tak. Poszłam do normalnego liceum, jednego z lepszych w mieście i dobrze sobie tam radzę, utrzymuję nawet bliższe kontakty z kilkoma osobami.
Czyli co, mamy happy end?
Niekoniecznie. Zwykłe, codzienne życie jest dla mnie szalenie męczące. Nawet moi najbliżsi nie zauważają, jak wiele mnie kosztuje udawanie normalności. Wielu z nich uważa mnie za „wyleczoną”. A ja wciąż potrafię przespać ciurkiem 16 godzin po ciężkim dniu w szkole, dostać nagłego załamania nerwowego. Od stresu przed kontaktami międzyludzkimi wykraczającymi poza wypracowany schemat chce mi się wymiotować, trzęsą mi się ręce.
80% osób z zespołem Aspergera nie ma stałej pracy, większość mieszka dalej z rodzicami, tylko jakiś śmieszny procent zakłada własne rodziny. Boję się, że mi też nie uda się udźwignąć tego wszystkiego, a moja rodzina uzna mnie za darmozjada, bo przecież „wyrosłam z autyzmu” i to żadna wymówka.

#30vUI

Przedwczoraj mój brat Maciek i jego dziewczyna wpadli do mnie z wizytą, aby poinformować mnie o czymś szalenie ważnym. Oczywiście przyjęłam ich z odpowiednimi honorami. Mimo że spotykają się od niedawna, to najwyraźniej jest w ich związku sporo chemii, więc naprawdę bardzo mocno im kibicuję.
Gdy tylko weszli, od razu przeszli do rzeczy: „Kaśka, usiądź. Weź głęboki oddech. Uwaga! Będziesz ciocią!” – powiedział Maciek. Szczęka mi opadła. Chwilę siedziałam w bezruchu, gapiąc się tępo w ścianę. Potem trzęsącymi się rękoma chwyciłam za paczkę fajek i zapaliłam jedną. Jąkając się, powiedziałam, że gratuluję i takie tam, a następnie w nerwach odprawiłam ich.

Pewnie myślicie, że zachowałam się jak ostatni burak. Cóż, może warto, abyście dowiedzieli się czegoś o przeszłości mojego brata. Otóż kiedy mieliśmy po 10-12 lat, często graliśmy w „nogę”. Byłam od Maćka znacznie lepsza w tej dziedzinie, a siła z jaką kopałam piłkę, zmiatała bramkarza razem z bramką! Podczas jednej z takich zabaw mój braciszek przyjął taki strzał prosto w krocze. Zwinął się w kulkę, zaczął płakać. Ból nie ustępował. Pogotowie. Szpital. Nerwy. Diagnoza: Maciek nigdy nie będzie mógł mieć dzieci.
Całe życie miałam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia, mimo że przecież cios piłką w jaja wcale nie był żadnym zaplanowanym zamachem na płodność mojego braciszka. Rodzice stwierdzili, że powiedzą mu o tym w swoim czasie, jak dorośnie. Nie powiedzieli.
Teraz dowiedziałam się, że będzie ojcem. Nie mam pojęcia, co ciężej zniesie – informację, że jest bezpłodny, czy to, że jego ukochana go zdradza...

#mf4JD

Jestem mężatką, mam praktycznie poukładane życie, ale od wielu lat praktycznie co noc śni mi się moja wielka i chyba jedyna prawdziwa miłość. Są to przeróżne sny – raz się kłócimy, innym razem śmiejemy, całujemy, rozmawiamy, innym jesteśmy na siebie wściekli. Budzę się zwykle okropnie rozdrażniona i smutna. On był moją największą miłością i to chyba już nigdy się nie zmieni. Rozstaliśmy się w okropnej atmosferze, nigdy nie wyjaśniając wielu kwestii – ja w ogromnej traumie śmierci najbliższej osoby, on niepotrafiący tego udźwignąć. Z biegiem lat wiem, że wina była po obu stronach. To było 10 lat temu, a ja do tej pory się z tym nie uporałam. Próbuję żyć normalnie, iść do przodu, ale czuję taki żal, smutek. Jeszcze przed swoim ślubem próbowałam z nim porozmawiać, wyjaśnić pewne rzeczy, ale dał mi do zrozumienia, że nie jest w stanie się ze mną spotkać. Myślę, że bardziej ze strachu niż ze złości. Czy kiedykolwiek to minie?

#V1isF

Mam 25 lat. Ostatnio kupiłem sobie pluszowego misia. Zacząłem nawet z nim spać. Nie wiem, o co chodzi, ale przytulas z takim miśkiem po ciężkim dniu na uczelni albo w pracy świetnie pomaga w stresie i sprawia, że niesamowicie się relaksuję.

Uprzedzając pytania, myślę, że poza tym jestem normalnym facetem, w dzieciństwie niczego mi nie brakowało, teraz na brak przyjaciół również nie narzekam. Sam nie wiem, co o tym myśleć.
Dodaj anonimowe wyznanie