Opowiadań o kupie i gazach było tu już wiele, a ja mam wyznanie o brzydkim zapachu, który powstał w, jak by to powiedzieć, bardziej kulturalnych okolicznościach.
Babcia likwidowała mieszkanie po swoim zmarłym bracie, a moim wujecznym dziadku, czy jakoś tak. Wiedziała, że interesuję się historią regionu i zostawiła dla mnie trochę starych książek i dokumentów, a także różnych innych staroci. Spakowała wszystko do dużego kartonu, który odebrałem, jak pojechaliśmy na święta. Po powrocie do domu postawiłem karton koło kaloryfera, żeby się pozbyć ewentualnej wilgoci. Podczas urlopu miałem zamiar wszystko dokładnie przejrzeć.
Po kilku dniach w mieszkaniu pojawił się lekki zapach wskazujący, że ktoś tu ma problem z higieną osobistą. Ponieważ takie osoby tutaj nie bywały, dokładnie obszukałem wszystkie kąty. Do kartonu nie zajrzałem, bo zapach ten w żaden sposób nie kojarzył się z archiwaliami. Nie zajrzałem, ale po kilku dniach sytuacja (a raczej nasilający się zapach ) mnie do tego zmusiła. Co się okazało? Babcia w ostatniej chwili dołożyła mi do kartonu kilka pierogów, które miał wziąć wujek, ale strasznie się spieszył i w końcu nie wziął. Wiadomo, jak to jest w czasie pożegnania – kilka osób w przedpokoju, każdy nagle ma coś do powiedzenia, jakby nie mógł wcześniej. No i z tego wszystkiego babcia zapomniała mi powiedzieć o tych nieszczęsnych pierogach...
Przez całe życie miałam żal do mojej mamy za to, że nie odeszła od ojca. Ojciec pił i bił mamę. Potem przepraszał, obiecywał poprawę, jakiś czas był super miły i opiekuńczy, a potem wszystko od nowa.
Ja nie planowałam wiązać się z mężczyzną – nigdy. Jednak los chciał inaczej. Jestem mamą dwójki wspaniałych dzieci. Mam męża, który był cudownym partnerem. Już nie jest. Ale nadal jest dobrym ojcem; spędza czas z dziećmi, rozmawia – ja w dzieciństwie mogłabym o tym tylko pomarzyć. Jest mi z nim źle, czasem się go boję, czasem sprawia mi ból. Czasem jest okej, czasem dobrze...
Zaczynam rozumieć moją mamę.
Niepokoi mnie zachowanie mojego kolegi, z którym kiedyś miałem wspólnie iść do burdelu gdy skończymy 18 lat.
Oczywiście zrezygnowaliśmy obaj i aktualnie minęło ponad pół roku odkąd jestem pełnoletni. Ale wyznanie nie o tym tylko o jego niepokojącym zachowaniu.
Niedawno mi się pochwalił, że udało się jemu wejść w relację friends with benefits, na początku byłem z niego dumny i podziwiałem go za to. Ale ujawnił mi po pewnym czasie, że jego znajoma, którą posuwa ma stwierdzoną dwubiegunowość i on to wykorzystuje. I nie chodzi tylko o to, że dzięki temu ma zapewnione zaspokojenie swoich potrzeb seksualnych, ale także bawi się jej emocjami.
Jak chce ją do czegoś zmusić, albo jej czegoś zabronić to wystarczy, że ją zwyzywa, a ona przeprasza za to, że chciała postąpić inaczej niż jaśnie pan sobie życzy. Sam nawet opowiadając o tym mi powiedział "hehe kurwa mam ją na smyczy".
Aż ciężko mi uwierzyć, że ktoś kogo wcześniej uważałem za przyjaciela tak perfidnie wykorzystuje jej dwubiegunowość.
Próbowałem mu uświadomić jak straszne jest jego zachowanie, a on tylko odpowiedział "pewnie mi zazdrościsz, ale i tak ci życzę żebyś trafił na taką alternatywkę, która ci się podporządkuje".
Nie ma żadnych dowodów na to, że jego opowieści są prawdziwe, więc liczę na to, że wszystko to jego zjebane fantazje bo wcześniej bym nawet nie pomyślał, że ma takie skłonności.
Aż do trzeciej klasy szkoły podstawowej byłem przekonany, że skoro my, w Polsce, uczymy się języka angielskiego, to w szkołach w Wielkiej Brytanii i USA uczą się języka polskiego jako drugiego języka. Tak żeby było fair.
Moja siostra miała kiedyś sporą nadwagę. Mimo tego nosiła obcisłe ciuchy i bardzo mocno ściskała się paskiem. Któregoś razu tato mówi do niej, że ścisnęła się tak mocno, że zaraz jej pasek pęknie, a siostra na to:
- No co ty, mam jeszcze luz
I pewna swego wciska palec między pasek a brzuch. Pasek pękł, a tato pękał ze śmiechu :D
Kilka lat temu mama wyszła ponownie za mąż. Na początku mieszkali w jej mieszkaniu w mieście, ale A. miał swój dom na wsi, kilkaset kilometrów dalej. W końcu stwierdzili, że dość mają miastowego rumoru i wyjeżdżają (ja już wtedy mieszkałam osobno, więc nie był to dla mnie wielki problem).
Dom wielki, piętrowy, w zasadzie podzielony na dwa mieszkania. Niby wszystko pięknie i ładnie, ale w dolnej części mieszkał ojciec A. Emeryt, pijak i generalna łajza. Osobiście nigdy go nie poznałam, ale kiedykolwiek dzwoniłam na telefon stacjonarny, on odbierał i czkawkowo-pijackim bełkotem mówił "rezydencja państwa X, słucham". Taki niegroźny wiejski menelek rodem z "Rancza".
Mama i A. mieszkali w górnej części domu i starali się nie wchodzić w paradę ojcu A. Jakoś powoli życie się toczyło.
Mimo że ojciec A. żył sobie swoim życiem, a oni swoim, zaczęły się pojawiać regularne zgrzyty. Szczególnie między nim a moją mamą. A. był postawiony między młotem a kowadłem i starał się nie brać żadnej strony. W końcu tu ojciec, tu żona. Żadnego przecież z domu nie wyrzuci. Na ile mógł, próbował załagodzić sytuację, ale to nic nie dawało.
Mama coraz bardziej się na niego skarżyła. Że chleje, że syf dookoła, że siwo od dymu, że kolegów sprowadza, że awantury robi. A trzeba wiedzieć, że żeby wejść do górnej części domu, trzeba przejść przez dolną.
Któregoś razu (do tego mi się przyznała dłuuuugo po fakcie) ojciec A. po kolejnej awanturze wstał i uderzył moją mamę, po czym wrócił do picia. A. nie było wtedy w domu. Mama dostała furii, poszła na strych, wygrzebała jakieś moje stare glany i najzwyczajniej w świecie spuściła mu manto (powiało patologią, a to przecież ułożona kobieta). Cóż... nauczka podziałała (zresztą drugą nauczkę dostał od A.), więcej na nią ręki nie podniósł, ale awantury się nie skończyły. Doszło nawet do tego, że mama chciała wracać do miasta.
Któregoś dnia zadzwoniłam, ale nie odebrała. Oddzwoniła dzień później. Na pytanie "co tam słychać ciekawego?" wycedziła przez zęby "on mnie szczerze nienawidził". Miała zachrypnięty głos, jakby wyła przez całą noc.
Ojciec A. powiesił się w drzwiach do gościnnego pokoju. W takim miejscu, że gdy mama otworzyła drzwi do domu, to pierwsze co zobaczyła, to jego wiszące zwłoki. A. wyciągał zakupy z bagażnika. Krzyknęła tylko, żeby szybko przyszedł. A. był w takim szoku, że tylko stał i patrzył. Sama obcięła linkę i wytargała go na zewnątrz, ale było już za późno.
Mama do dzisiaj uważa, że albo chciał, żeby go uratowano, ale nie wyszło, albo był złośliwy do samego końca.
Mam 17 lat. Nie miałam dzieciństwa. Za to miałam częste widoki najebanego ojca, który po powrocie do domu lał moją matkę i wszczynał awantury. Widziałam, jak dusił brata. Widziałam, jak rzucał się z łapami do wszystkich domowników, którzy mu zwracali uwagę na jego stan. Łaził po całym domu, wrzeszczał, przeklinał na wszystkich (w nocy też, przez co nie dawał nikomu spać), szczególnie na mamę, która rano wstawała mu naszykować jedzenie, robiła pranie itd. Nigdy nie odeszła, bo nie miała jak. Nie miała żadnej pracy, wykształcenia. Była i jest uzależniona od pijaka. W domu warunki są fatalne. Tak dorastałam. Kiedyś reagowałam płaczem, ale przywykłam z czasem i mnie już to nie rusza. Dzisiaj mnie dusił i bił, kiedy powiedziałam mu, że nasze życie tak wygląda, jak wygląda, przez niego. Zawsze się w takich sytuacjach denerwował, nie dawał dojść do słowa i groził. Często gadał, że się powiesi, jednak tego nie zrobił i nie zrobi. Ja to wiem i on też, jest zbyt wielkim tchórzem.
Nigdy nie dałam nikomu po sobie poznać, że moje życie tak wygląda. Nigdy nikomu nie powiedziałam, gdyż wstyd mi za to. Jedyne co mnie pociesza to to, że niedługo będę się mogła wyprowadzić i żyć z dala od tego, co mnie tu spotkało.
Gdy wyprowadziłam się od rodziców i zamieszkałam z moim (jeszcze wtedy przyszłym) mężem, to wzięłam sobie za punkt honoru, że zastana na parapecie w wynajmowanym mieszkaniu roślina przeżyje. Co tydzień, przez cały rok, co sobotę ją podlewałam.
Jakże się zdziwiłam, gdy rok później przy wyprowadzce mój mąż powiedział: „Może w końcu naprawią to cieknące okno... Non stop musiałem wylewać wodę z tego sztucznego kwiatka”.
Aż wstyd było się przyznać :D
Pracuję jako kelnerka w restauracji. Dzisiejszego wieczoru jeden z moich gości, mówiąc brzydko, tak zesrał się w toalecie, że ze wstydu uciekł i zostawił swoją towarzyszkę, która zmuszona była zapłacić za całą kolację.
Tego dnia była moja kolej sprzątania toalet dla gości :(
Czwartkowy wieczór, czyli jeszcze nie weekend, a już by się chciało spotkać z kumplami, wypić chmielowy napój i pogadać o tematach z pogranicza cycków i horrorów klasy B. Ale cóż – rano do pracy, a żona pyta, czy obejrzę z nią komedię romantyczną, bo psiapsióły świergotały, że fajna.
Nagle z rutyny wyrywa mnie wrzask telefonu. Odbieram. Dzwoni kolega.
„Grzegorz, sprawa jest. Mebel kupiłem. Śrubki jakieś. Instrukcje. Belki. Nic z tego nie rozumiem. Potrzebuję pomocy. Rano Aśka wraca od mamy. Chcę jej niespodziankę z robić. Boże najdroższy. Pomóż”.
Przyjaciołom się nie odmawia. „Sorki, kotek. Sprawa kryzysowa. Zniknę na dwie godziny. Obejrzyj sobie film. Jak wrócę, to mi streścisz, bo normalnie aż mnie telepie z ciekawości!”.
Wbijam do jego bloku. Na klatce schodowej spotykam Arka i Mirka – dwóch znajomych.
„Ciebie też wezwał? Kurczę, to jakaś ciężka sprawa!”.
Wchodzimy do mieszkania. Stoi tam Jacek i Przemek. Patrzą na środek pokoju, gdzie na dywanie leży rozpakowany z folii stolik LACK z Ikei. Cztery nóżki. Cztery śrubki. Blat.
Akcja składania mebla to 40 sekund. „Chłopaki, normalnie dzięki. Co ja bym bez was zrobił? Mam jeszcze jeden problem z lodówką. Spojrzycie?”. Gromadzimy się więc w kuchni, aby zobaczyć jak otwierają się wrota i blask lodówkowego neonu oświetla dwie pękate butelki legendarnej whiskey. „Problem jest taki, że to tego trzeba się pozbyć!”.
Żona była trochę zła, że wróciłem lekko zawiany. Wyjaśniłem, że meble składaliśmy. Chyba nie uwierzyła, ale grunt, że mi wybaczyła ten wybryk.;)
Dodaj anonimowe wyznanie