#k1KmN

Za czasów II Wojny Światowej kiedy moja babcia miała gdzieś około czternaście lat w jej małej wsi gdzieś w województwie warmińsko-mazurskim ''stacjonowali'' niemieccy żołnierze. Oczywiście zajmowali jeden z lepszych domów na samych obrzeżach, który uznali za idealny punkt dla ich jednostki między innymi ze względu na wielkość domu i terenów jego otaczających. Wyglądał dosłownie jak z obrazka, taka sobie arystokracka rezydencja.
Biorąc pod uwagę, że trzeba było utrzymać porządek to zatrudniali u siebie osoby ze wsi i nie była to przymusowa praca, tylko jak ktoś potrzebował zarobku to chętnie przyjmowali. Tak, o dziwo, płacili za wszystko.
Jedną z osób, która postanowiła pójść do nich była moja babcia. Nie zwracali uwagi na jej młody wiek, jeśli dawała radę to czemu nie przyjąć. Dostała ona rolę takiej zwykłej pokojówki i miała za zadanie ogarniać wyznaczoną część domu. Nie miała ona najmniejszych problemów ze sprzątaniem pokoi, ale starała się unikać bliższych kontaktów z niemieckimi żołnierzami. Zawsze było ich kliku i krążyli po całej posiadłości sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Nie zdarzyło się jednak, aby kogoś zaczepiali dla zabawy czy też w ogóle nie zagadywali personel jeśli nie chodziło o sprawy służbowe. Wszyscy zachowywali do siebie dystans, niemieccy żołnierze i polska służba.
Do czasu.
Któregoś dnia moja babcia tak jak zawsze co rano szła przez leśną drogę, która prowadziła w stronę wspomnianego domu Nic nie byłoby w tym dziwnego gdyby nie mężczyzna w wieku około trzydziestu lat stojący nieopodal. Pojawił się on nagle, jakby znikąd. Babcia nie kojarzyła go, był jej całkowicie obcy i dlatego też przystanęła utrzymując bezpieczną odległość pomiędzy nimi. Nie minęło dużo czasu jak nieznajomy zaczął zagadywać do niej w jeżyku rosyjskim. Babcia bardziej znała niemiecki ze względu na swoją pracę, ale połączyła wszystko całość, gdyż większość słów brzmiało znajomo. Mężczyzna centralnie przystawiał się do niej, nastoletniej dziewczyny. W pierwszej chwili strach, bo przecież są w lesie i gdzie szukać pomocy. Może uciekać? Ale moja babcia zanim cokolwiek zadecydowała to nieznajomy praktycznie znalazł się tuż obok niej. Ogarnęło ją momentalnie przerażenie i sparaliżowało całe ciało. Słuchała jak tamten gada i patrzyła jak wyciąga do niej dłoń z obleśnym uśmiechem. Wtem, za drzew pojawił się niemiecki żołnierz, którego moja babcia poznała. Połączył on fakty i pogonił mężczyznę ze słowami: ,,Ta polska dziewczyna należy do III Rzeszy''.
Koniec? Otóż nie.
Po pracy on czekał na babcię i chciał dokończyć co zaczął, ale nie spodziewał się jednego. Ten sam niemiecki żołnierz powstrzymał go i wyjmując pistolet wysłał babcię dalej, bo on miał sprawy do załatwienia. Słyszała tylko strzały.
W ten właśnie sposób moja babcia przeżyła.

#3ZG6Z

Od czasu gdy do naszego domu ktoś się włamał, często gdy usłyszę jakiś podejrzany dźwięk, krzyczę na cały głos coś w stylu: „Wiem, że tam jesteś”, „Widziałem cię”, „Wyłaź”. Robię to czysto zapobiegliwie, bo przecież mało prawdopodobne, że zaraz z szafy miałby wyjść przyłapany na gorącym uczynku złodziej, z głową spuszczoną w dół.
Historia właściwa: Wracam do pustego domu z imprezy. Otwieram drzwi kluczem, wchodzę chwiejnym krokiem przez próg, odkładam kurtkę na wieszak i nagle słyszę dobiegający z dołu dźwięk. Byłem przekonany, że coś mi się zdawało, ale jak to przezorny ja, zaczynam swoją wiązankę. „Wyłaź!”, „Wiem, że tam jesteś!”, „Słyszałem cię!” – krzyczę w bliżej nieokreśloną czarną pustkę piwnicy. „Wychodź, masz ostatnią szansę i dzwonię na policję!” Jak można się domyślić, nikt się nie odezwał. Żeby pokazać wyimaginowanemu złodziejowi, że nie ma ze mną żartów, rzuciłem tylko ostatnie: „OK, sam tego chciałeś, policja zaraz tu będzie”, po czym aktorsko zacząłem biec na górę po schodach. I wtedy stało się najgorsze! Usłyszałem dźwięk, jakby ktoś zerwał się na równe nogi i rzucił za mną w pościg. Dźwięk był dość wyraźny, tym razem nie było mowy o pomyłce. Serce mi stanęło w gardle, przerażony, sparaliżowany strachem przewróciłem się na schody. Resztką odwagi, jaką z siebie wydusiłem, było odwrócenie się, aby sprawdzić, co zaraz dokona na mnie niechybnego aktu mordu. I zobaczyłem to! Kurtka spadła z wieszaka...

#uHgBu

Kiedy ostatnio robiłem zakupy w stonce, stałem sobie w kolejce, w marynarce i w koszuli w kratę, zupełnie luźna elegancja, raczej nie wyróżniałem się mocno z tłumu, nie noszę dresów, lubię formalny ubiór, ale do rzeczy...

Przede mną stoi mamusia (typowa Grażyna) z synkiem w albie - wiadomo, biały tydzień. Dzieciak bez przerwy się na mnie patrzy, wybałusza oczy, patrzy się, jakbym co najmniej miał na sobie coś na maksa wydziwaczonego, jakbym wyglądał zupełnie od czapy! Młody mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów, czuję się dziwnie, patrzę na siebie, nie mam nigdzie plamy, nic nie jest ubłocone, no zupełnie normalnie...
I przemawiam spokojnym głosem: "Dziecko drogie, bo ci oczy na wierzch wyjdą...".
Na to mamusia ripostuje: "O co panu chodzi, na dziwaka się popatrzeć nie można?".
 
Wybałuszyłem oczy, popatrzyłem na nią ostentacyjnie, omiotłem wzrokiem od stóp do głów i miłym tonem stwierdziłem; "No, to nawet całkiem przyjemne, rzeczywiście...".

Grażyna nadęła się jak balon, wpadła w szał... zrobiła się czerwona jak pomidory w promocji, spakowała swoje zakupy i wyszła wściekła...
Reszta kolejki gniła, łącznie z kasjerką, która popłakała się ze śmiechu :)

#vMv7n

Historia stryja, który z prawem miał nie po drodze... i dobrze.

Stryj jest człowiekiem, którego ciężko określić tak jednym zdaniem. Więc będzie ich kilka. Można powiedzieć, że to polskie połączenie Indiany Jonesa, Stevena Irwinga, Beara Gryllsa i Cejrowskiego. Podróżował, sprzedawał jeansy, szukał skarbów, nurkował, żył w Amazonii, Indiach, Tajlandii, w Tybecie i wielu innych miejscach nie do końca oczywistych. Mnie jako swojego chrześniaka zawsze lubił i choć nie miał dla mnie czasu, to pamiętał wysyłać mi kartki z każdego miejsca, gdzie działała poczta, czasem przywiózł mi jakieś pamiątki z dalekich podróży. W pewnym momencie kontakt się urwał, to się zdarzało, więc nikt nie panikował. W końcu pewnego dnia przyjechał do swojego brata, a mego ojca, dość późnym wieczorem. Sprawiał wrażenie zakłopotanego, ale też szczęśliwego.
A teraz w skrócie – stryj znalazł prawdziwy, niepodważalny skarb. Złoto, srebro i klejnoty. Ale na swoje nieszczęście znalazł to w POLSCE wykrywaczem metalu. Kto trochę prawo zna wie, że nic z tego by nie mógł zatrzymać, a jeszcze by został ukarany. Ale nie stryj. Ukrył skarb, potem wrócił po niego, a następnie wywiózł nad morze (celowo pomijam jakie), tam kupił łódź i zatopił ją w znanym sobie miejscu. Odczekał jakiś czas, a następnie wyłowił skarb z morza, nurkując. Zgodnie z przepisami owego miejsca mógł zachować znaczną część tego, co znalazł. Wrócił do Polski z przysłowiowym workiem pieniędzy. I znów wyjechał, szukać szczęścia gdzieś indziej.

Historia dość bajkowa, ale wątpię, by stryj się tym przejął.

#fr4G0

Normalny, ustabilizowany życiowo gość - mam jednak pewien sekret. Raz na jakiś czas spotykam się z innymi facetami, którzy liżą mi stopy. Jestem przy tym hetero, mam dziewczynę itp., ale lubię być lizany po stopach, to jest przyjemne, taki specyficzny masaż. No i bardzo podnosi też samoocenę - gdy siedzę sobie wygodnie, a jakiś solidnie zbudowany typ - albo współwłaściciel niewielkiej firmy - klęczy przede mną, liże mi podeszwy stóp i pyta, czy dobrze czy wolałbym inaczej.

Pierwszy raz wyszło dość spontanicznie - trafiłem na ogłoszenie w sieci, odpisałem, ustawiliśmy się. Najpierw piwo w barze, potem poszliśmy do niego, gdzie zdjął mi buty, skarpety i prawie godzinę lizał stopy.Spodobało mi się, więc zacząłem takie spotkania praktykować częściej. Poznałem wielu fanów męskich stóp. Jacy są? Bardzo różni. Od 19 do nawet 50 lat. Każde wykształcenie i zawód. Są wśród nich geje (od początku zaznaczam, że poza stopami nie wolno mnie dotykać), bi i hetero. Kiedyś spotykałem się z gościem, który miał żonę - ją również poznałem - chyba nie podejrzewała, jakie "hobby" ma jej mąż. Nie liczę, ilu ich było, ale podejrzewam, ze na pewno więcej, jak dwudziestu facetów lizało mi już stopy.
Przeciętna "sesja" trwa od pół godziny do godziny lizania. Nigdy nie biorę pieniędzy, choć niektórzy proponowali i nie były to małe kwoty. Ale dziwnie bym się czuł.

Ot, taki tam sekret...

#a2GQc

Historia będzie dotyczyła rekrutacji pracowników. Po prostu mi się odechciewa wszystkiego.
Aktualnie w firmie poszukujemy nowych osób. Pojęcia nie mam, jak to się dzieje, ale jakość CV oraz zachowanie pracowników spada na psy. Oczywiście dotyczy to znacznej większości. Jednak po kolei.

W swoich ogłoszeniach wyraźnie wskazujemy, jaki będzie zakres obowiązków, czego oczekujemy i co oferujemy. Oto kilka przykładów rekrutacyjnych:
– W ogłoszeniach jest informacja, że zdjęcie jest niezbędne. A część CV jest bez zdjęć. Serio ktoś liczy, że ktoś odpowie na ogłoszenie bez podstawowych wymogów? Owszem, pewnie znajdą się tacy, co powiedzą, że wygląd nieważny. To pewnie ci brzydcy i co o siebie nie dbają oraz zawodowo odpisują na komentarze. Prawda jest taka, że każdy może być ładny i zadbany, bo piękni to faktycznie niektórzy. W naszej pracy wygląd jest ważny ze względu na kontakty.
– Format – rozpatrujemy tylko wersję PDF, bo inne się rozjeżdżają lub są nieczytelne. Połowa CV ma błędny format. Oczywiście podaliśmy w ogłoszeniu, że CV innych niż w PDF nie rozpatrujemy. Jednak, jak widać, większość nie czyta, tylko wysyła.
– Kandydatka wysyła CV. Jest zasada, że przed zaproszeniem na rozmowę weryfikujemy aktywność kandydata w Internecie. No i okazało się, że pani pracuje w sklepie i jednocześnie wystawia mu w sieci negatywne opinie. No kurna brawo.

No i pracownicy. Na przykładzie własnym powiem, że mam większości dość. Postawa roszczeniowa. A nie potrafią nic. Osoba kończąca bankowość ma problem ze znalezieniem danych firmy. Osoba po administracji nie wie, czym się różni rozporządzenie od ustawy. Pewnie, że jest okres przyuczenia. Jednak do k... nędzy, to tak jakby zatrudnić kierowcę ciężarówki i uczyć go jeździć. Pracownika zatrudnia się, żeby się odciążyć, a widzę, że większość tej pracy dodaje. Oczywiście bierzemy pod uwagę, że osoba nowa musi się zaaklimatyzować. Jednak brak jest podstawowej wiedzy. Patrzę też na inne firmy i co? Przykładowo wchodzi się do pustego sklepu i są trzy pracownice. Kto cię obsługuje? Nikt. Pewnie, lepiej sobie pogadać. To jest nagminne. Potem te sklepy się likwidują, bo są niewydajne. Oczywiście te osoby potem narzekają na pracodawców, a nie na siebie. Pierwsi są do narzekania, że wszędzie dają najniższą krajową. Tylko nikt nie policzy, że ta minimalna krajowa z kosztami ile kosztuje plus pełna odpowiedzialność pracodawcy za pracownika w razie jego błędu. My dajemy dodatkową premię i możemy na tym wyjść tak, że lecimy na minusie.

Jak się domyślam, zaraz pojawią się komentarze, że jak to tak, że pracownik ma swoje prawa, że widać po wpisie, że jest nie taki czy inne bzdety. Oczywiście, że pracownik ma swoje prawa i są one szanowane. Jednak to pracodawca ma swoje oczekiwania względem przyjętej osoby. A często te osoby są do dupy, bo inaczej tego nazwać nie można.

#2jlnD

Oto moja historia o traumie z Instamodelkami.

Pracuję w salonie tatuaży. Jesteśmy zlokalizowani w popularnym spocie, mamy dobrą reputację, więc i sporo klientów wpadających spontanicznie, na tzw. ''walk-ins''. Uwielbiam tatuować linie i takie małe pierdółki, jak znaki nieskończoności, serduszka, słowa, sylwetki ptaszków. Większość tatuażystów tego nienawidzi, ja tam lubię taki minimalny tatuaż na początek dnia.

No i się zaczęło. Robię je solidnie, jestem kobietą (nie każdy wie, że mój napakowany, łysy, wytatuowany kolega z pracy w dni wolne biega z dzidziusiem na plac zabaw), więc powoli rozpoczęła się moja kariera jako tatuatorka Instamodels. Przyszła jedna, spodobało się, przyprowadziła koleżanki itd., itd...

Na początku się cieszyłam. Czyste, uśmiechnięte dziewczyny, nie? Bardzo się myliłam.

Otóż przyszła do mnie pewna Instamodel. W recepcji, podczas czekania aż ją się przygotuje do tatuażu, podobno waliła selfie po całym salonie (relacja recepcjonisty). OK, dobra, może ma z tego kasę. Tatuaż panienka miała mieć pod pośladkiem, na górnej części uda, mały napis. Panienka się położyła, oczywiście ostatnie selfie, i jedziemy.

Biorę moją maszynkę, pochylam się nad jej rozłożonymi nogami... myślałam, że ktoś wpieprza sałatkę z tuńczyka w recepcji, tak zawiało chłodem. Gdyby tylko myła się tak dobrze, jak umiała robić makijaż (a naprawdę umiała)...

To było 3 lata temu. Bardzo się myliłam, gdy myślałam, że był to pojedynczy wypadek. Oto kilka z kilkudziestu Instagramowych cudów:

- makabryczny, 2-milimetrowy brud pod sztucznymi paznokciami (tatuaż na palcu)
- góra złota w uszach i za nimi (kolczyk)
- UFO w pępku (kolczyk)
- włosy prawdopodobnie niemyte od 3 tyg. Z daleka wyglądały ładnie, ale smród był bezlitosny.
- więcej niekobiecego smrodu z kobiecych części
- 2 razy recepcjonista wy*ebał je z salonu za targowanie się  ''bo tam jest taniej''
- jedna miała okres i zostawiła krew na podłodze w toalecie, pozdrawiam. Papieru toaletowego było pod dostatkiem. Wiem, kim byłaś, buraku.
- wydarła się na mnie, bo starłam jej odrobinę samoopalacza przy dezynfekcji
- większość z nich jest naprawdę chamska, i szef dal mi pozwolenie na wywalanie ich z salonu bez pretekstu. Wystarczy, że to ''jedna z takich'', bo nawet jemu nie chce się już pierdzielić 2 godziny ze wzorem tatuażu sylwetki ptaszków.

Tak że pozdrawiam wszystkie nastolatki wzdychające do nich. Wasze idolki to w większości uprzywilejowane dzidy, które robią sobie makijaż raz na tydzień i utwardzają go lakierem do włosów. A dupy po sraniu przez miesiąc nie myją, bo nie daj boże włosy zamoczą.

#RTGSq

Mieszkam na wsi. Gdy byłam mała, mieliśmy mało kur, więc tato kupił kurczaczki - takie słodziutkie, czarne i żółte. Szczególnie spodobał mi się jeden - cały czarniutki, z oczkami jak koraliki. Nosiłam go do domu i poiłam wodą, sypałam specjalne granulki.

Pewnego razu mama kazała mi go wypuścić na podwórko (do tej pory trzymałam je w pudełku ogrzewanym żarówką). Niezbyt chciałam to zrobić, bo mój kurczaczek był nadal malutki i bałam się o niego. W końcu jednak niechętnie się zgodziłam i przetransportowałam malucha na zewnątrz. Gdy był już na słońcu, przekrzywił łebek, rozpostarł maciupkie skrzydełka i... z nieba sfrunął jastrząb, pochwycił kurczaka i odleciał z nim w siną dal. Usłyszałam jeszcze tylko jego pisk, po czym zniknął mi z oczu. Jeszcze nigdy nie rozpaczałam tak bardzo jak wtedy.

#qBc33

Mój chłopak to prawdziwy twardziel, wiecie - tatuaże, siłownia, sporty ekstremalne. Kiedy raz przez przypadek uderzyłam go młotkiem w palec, to ani nie drgnął. Po prostu facet ze stali.

Dwa lata temu na Dzień Dziecka kupiliśmy córce wymarzonego chomika. Na początku twierdził, że to zły pomysł (bo chomik to szkodnik i tak dalej), ale w końcu udało mi się go przekonać. Kiedy wczoraj wróciłam z pracy, okazało się, że chomik dożył już swojego wieku. W trójkę urządziliśmy mu przepiękny pogrzeb w ogrodzie.

W środku nocy zeszłam do kuchni, żeby się czegoś napić. Mój chłopak siedział w ciemnościach i oglądał filmiki z na telefonie. W roli głównej nasz chomik Mundial... Kiedy zapytałam, czy wszystko OK, zerwał się na równe nogi. Zdążyłam zapalić światło, a kiedy dostrzegłam łzy w jego oczach (zanim jeszcze zdążyłam wydusić z siebie słowo), mój chłopak z poważną miną powiedział, że ma zapalenie spojówek i konieczna będzie wizyta u okulisty <3
I jak go tu nie kochać?

#kaUw8

Miałam wtedy ok. 8 lat, najprawdopodobniej były to przygotowania do komunii. Była zima, msza święta na jakąś niewyobrażalnie późną godzinę (czytaj 16. Wtedy wydawało mi się, że to już noc), która trwała nieskończenie długo.
Przyjechał wtedy biskup, pamiętam, że siedziałam w pierwszej ławce. Taki był ze mnie bardzo przykładny przyszły komunista. Cały kościół w ciągu mszy raz-dwa przyodział szare kłęby dymu z kadzielnicy. A przynajmniej tak zapamiętał mój dziecięcy móżdżek. Pamiętam, że dobrze się czułam do czasu, kiedy nie poczułam zapachu kadzidła...
 
Zwymiotowałam. Na biskupa. I nie wiem czemu, ale dobrze kojarzy mi się to wspomnienie.
Dodaj anonimowe wyznanie