Będąc na pogrzebie znajomego, byłam świadkiem przykrej sytuacji, która miała miejsce na cmentarzu. Żona zmarłego chciała zamówić mszę za męża, nie miała ona już dużej ilości pieniędzy gdyż choroba męża wyssała z nich ogromne pieniądze.
Za mszę, za którą ksiądz powinien wziąć maksymalnie 50 złotych zażyczył sobie 60 i w dodatku bez wstydu nakrzyczał na nią, że od nowego roku msze będą droższe. Nie dość że za pogrzeb wziął dużą sumę + zebrał jeszcze ofiarę od uczestników pogrzebu, których było baaaardzo dużo i za samą ofiarę miał sporą kwotę. Tacy ludzie uważają, że mogą wszytko, ale to nie prawda karma wraca i oni kiedyś zapłacą za to. Człowiek bez wstydu!!!!!
Parę dni temu, kiedy na zewnątrz trzaskał solidny mróz, do autobusu, którym sobie jechałem wszedł pan menel i zaczął parować. Jeśli w samochodach osobowych za mocny zapach odpowiada mała, tekturowa choinka, to w tym przypadku źródłem wykręcającego trzewia odoru był właśnie ten jegomość. W autobusie wybuchła panika, ludzie zaczęli odsuwać się na przód pojazdu, jedno dziecko wybuchło płaczem, jakiś piesek zakwilił rozpaczliwie, babcia zasłabła…
Żul tymczasem odchrząknął i wygłosił krótkie przemówienie na temat swojej niedoli, na którą to lekarstwem jest jak najszybszy zakup taniego napoju alkoholowego. „Przejdę się teraz między państwem i zbiorę darowiznę. Jeśli uda mi się uzbierać pięć złotych, to na następnym przystanku wysiadam, bo tam zaraz taki sklepik jest... he, he… to blisko będę miał”.
Skubany w ciągu kilku minut zarobił tyle, że mógłby kupić chyba całą fabrykę tanich win. Grunt, że dotrzymał obietnicy i faktycznie wysiadł na następnym przystanku. Prawdziwy rekin biznesu...
W mojej rodzinie każde pokolenie ma swój "zawód". Tak, wiem jak to brzmi, ale tak po prostu jest i już, a na dodatek ciągnie się to od około 10 pokoleń.
Aby nie rozwodzić się nad tym zbyt wiele, wymienię tylko cztery pokolenia.
Moi dziadkowie (dziadek i jego siostra) - tancerze, dziadek jest nauczycielem tańca (po długiej karierze tancerza), a babcia obecnie uczy baletu (po karierze baletnicy).
Moja mama i jej siostra - nauczycielki (nad tym nie ma się co rozwodzić).
Ja i moi dwaj bracia - lekarze, mimo że każdy z nas poszedł w inną stronę. Ja jestem weterynarzem, starszy brat chirurgiem, a młodszy pediatrą (nie wspominając o kuzynce - okulistce).
I w końcu ostatnie, najmłodsze pokolenie, bo wbrew pozorom wszystkie dzieciaki podążają w tym samym kierunku.
Moi dwaj synowie - totalny fioł na punkcie muzyki i wszystkiego, co z nią związane. Syn starszego brata - niejedna wygrana w konkursach wokalno-instrumentalnych. I na sam koniec córeczka mojego młodszego brata - mimo że ma dopiero sześć lat, to potrafi zapisywać nuty i pisze piosenki, którymi chwali się przed całą resztą rodziny.
I dla jasności, nigdy ani my, ani nasi rodzice czy dziadkowie nie próbowali ukierunkowywać nas na konkretny tor.
Ot, taka rodzinna ciekawostka.
Wczoraj byłam u mojej koleżanki. W trakcie naszej rozmowy podchodzi do nas jej 11-letni syn, który namiętnie gra w różne gierki online, i mówi:
- Mamo, ściągniesz mi...
- Za chwilę, jak przyniesiesz telefon.
Chłopak przynosi urządzenie i koleżanka pyta:
- To co mam ci ściągnąć?
- Książkę z półki w waszym pokoju.
Mam 22 lata, wszyscy pewnie będą narzekać, że jestem niewdzięczna, ale nienawidzę swojego domu rodzinnego i przemocy psychicznej ze swojej matki. Ojciec udaje, że nie widzi, brat siedzi w internacie, a ja jestem z tym sama. Chłopak się wkurza, ale i tak czuje jakby wszyscy umywali ręce. Szukam pracy z dala od domu, liczę że w końcu uda mi się ją znaleźć i odciąć się od tego miejsca, a przede wszystkim od ciągłego poczucia, że to ze mną jest coś nie tak.
Do wszystkich anonimowych w tej samej lub podobnej sytuacji. Trzymajcie się wierzę, że kiedyś uda wam się uciec i stanąć na prostej mimo ciągłego myślenia, że to was tkwi problem. Toksycznych osób nie zmienicie, prędzej was to wykończy.
Mam wrażenie, że nigdy nie było tak trudno o własny kąt, mam na myśli ostanie 80 lat.
Zaczynając od pokolenia, które było dorosłe, gdy wybuchła II wojna światowa, jasne, że tragedia, zniszczenia, śmierć.
Ludzie, którzy byli dorośli po wojnie, mogli za darmo dostać domy, pole rolne. Wybierali sobie, który dom chcą, później spółdzielnie rozdawały ziemię (mam na myśli tereny poniemieckie, nie wiem, jak było w innych regionach).
Mój pradziadek przybył z Kielc, bo na Dolnym Śląsku stały puste domy. Tutaj się osiedlił, wziął ziemię. Nie mam na myśli osób z Kresów wschodnich, oni musieli zostawić swoje majątki.
Każdy mógł wtedy mieć własny dom, ziemię.
Idąc dalej, czasy wczesnej komuny, wystarczyło pracować w państwowej spółce, szczególnie PKP, dostawali od razu mieszkania, które później wykupywali za bezcen. Wystarczyło po prostu pójść do zakładu pracy, zakłady pracy budowały mieszkania, ale to zazwyczaj w miastach.
Na wsi wystarczyło dobrze się zakręcić, ludzie budowali piętrowe domy, nie biorąc kredytów.
Dziadek miał jedynie 7 ha ziemi, trzymał około 50 sztuk bydła, żył na naprawdę dobrym poziomie - nowy maluch z fabryki, kupno mieszkania we Wrocławiu (jasne, że na kredyt, ale szybko go spłacił).
Przykłady, które podałem, nie są z YT, insta czy innego portalu, to są przypadki, jakie miały miejsce w mojej rodzinie. Sami wiecie, jak to ma się do dzisiejszych realiów, gdzie ze zwykłej pracy ciężko ubierać na wkład własny.
Dziadkowie zawsze powtarzali, że za komuny żyło im się najlepiej. Kapitalizm i UE zniszczyli małych rolników i tych zarabiających najniższą krajową, skazując ich na biedę.
Mama powiedziała mi, żebym umyła naczynia. Oczywiście nie mam nic do tego, bo wiem, że obowiązkami trzeba się dzielić, lecz to ja cały czas sprzątam w domu, zmywam talerze itd., podczas gdy moi dwaj starsi bracia nic nie robią w domu tylko leżą.
Zapytałam się więc mamy, dlaczego choć raz moi bracia nie mogą umyć tych naczyń.
Odpowiedziała: "przecież to ty jesteś dziewczyną".
Aha.
Mój Luby od zawsze był mistrzem słownych gaf, w szczególności jeśli chodziło o prawienie mi komplementów. Któregoś dnia jedliśmy kolację. Ponieważ siedzieliśmy naprzeciw siebie, On zaczął mi się przyglądać z uśmiechem... Chwilę już to trwało, a romantyczny nastrój rósł w siłę... do momentu, kiedy Luby się w końcu odezwał:
- Ładnie dziś wyglądasz. Tak właśnie patrzę na ciebie i patrzę, i się zastanawiam, co jest nie tak...
Jak alkoholizm ojca zrobił ze mnie potwora.
Byłam bardzo biedna. Mnie i 2 rodzeństwa utrzymywała tylko matka (pracowała na kasie za najniższą krajową). Ojciec przepijał cały hajs oraz wszystkie zasiłki. Często także kradł, aby kupić kolejną wódkę. Oprócz tego bił nas i matkę, która nie chciała nic z tym zrobić. Mam do niej dziś o to wielki żal i nie kontaktujemy się.
Moje rodzeństwo było o 2 i 4 lata młodsze. Aby im pomóc, wybierałam kanapki szkolne ze śmietników, sprzedawałam wypracowania, czasem kogoś okradłam. Raz nawet się sprzedałam. Na święta. Generalnie moje dzieciństwo było straszne. Pomijając problemy, jakie mam w dorosłym życiu (np. chowam jedzenie po kątach zamiast do lodówki), była jedna sytuacja, jaka nie daje mi spać.
Miałam 16 lat, a mój pijany ojciec 44. Był jeszcze całkiem młody. Dostał ataku. Był bardzo nawalony, prawie do nieprzytomności. Nagle zaczął wrzeszczeć, wić się z bólu i błagać nas o pomoc. Stałam przed jego łóżkiem i patrzyłam. Patrzyłam, jak umiera. Byłam sama w domu z mamą. Ona rzuciła się po telefon. Podeszłam i uderzyłam ją. Pierwszy raz uderzyłam własną matkę. Nie miała siły, żeby cokolwiek zrobić. Leżała skulona i płakała. Dalej patrzyłam, jak umiera. Nie zrobiłam nic. Nie kiwnęłam palcem. Gdy przestał się ruszać, zostawiłam go. Matka urządziła pogrzeb. Nie poszłam. Jako jedyna z naszej rodziny szczerze go opłakiwała.
Pamiętam dwie rzeczy związane ze śmiercią ojca. Moment, gdy mówię rodzeństwu, że tata nie żyje, a ich twarze zmieniają się. Pierwszy raz widziałam u nich taką radość. I drugi. Pierwsze zakupy i opłacenie rachunków. Najpierw ja i moje rodzeństwo byliśmy w supermarkecie. Do tej pory pamiętam wszystkie artykuły, które kupiłam i ile kosztowały. A potem poszliśmy do spółdzielni i zapłaciliśmy rachunki za 5 miesięcy.
Teraz mam własną rodzinę, dwójkę dzieci (z czego jedno w drodze) i kochającego męża. Często budzę się w nocy, zalana potem. Śnią mi się zawsze te 3 rzeczy: śmierć ojca, uśmiech siostry i zakupy.
Zacząłem ćwiczyć bardzo szybko, mając 13 lat, a było to 25 lat temu. Bardzo szybko zrobiłem formę życia, dużo szczęścia, mam dobre predyspozycje.
Ale jak skończyłem 21 lat, coraz mniej ćwiczyłem, forma była, ale coraz gorsza.
Ostanie 3 lata prawie nic nie ćwiczyłem, zapuściłem się, nie mam nadwagi, ale jestem przyzwyczajony do innego wyglądu w lustrze.
Tęskniłem za czasami świetności.
Nie sądziłem, że tak ciężko będzie wrócić, a wcale nie startuję ze złego poziomu. Wiem, co jeść, jak ćwiczyć, mimo to jest trudno.
Może kwestia wieku, mniej się chce, inne priorytety, inne problemy
Zawsze podchodziłem trochę szyderczo do osób mówiących, że one ćwiczą, mają dietę, ale nie ma efektów.
Trochę spokorniałem, skoro mi jest ciężko, mając takie zaplecze i wiedzę, co dopiero komuś, kto nigdy nie miał styczności ze sportem, ćwiczeniami.
Dodaj anonimowe wyznanie