#ksaR4

Dziewczyna, w której od lat się podkochuję, przysłała mi swoje zdjęcia w kuszących pozach, w samej bieliźnie lub nawet topless, z prośbą o podrasowanie ich w Photoshopie – chciała z nich zrobić kalendarz lub album niespodziankę dla swojego chłopaka, wkrótce pewnie narzeczonego. Dość powiedzieć, że robienie jej tej przysługi to była droga przez mękę. Potem podziękowała mi winem i czekoladą oraz zdała relację, że prezent tak się spodobał, że dawno nie mieli tak namiętnej nocy. Do tej pory on czasem ją prosi, żeby ubrała się tak jak do tych zdjęć.

Na jej usprawiedliwienie powiem, że nie wie, że jej wieloletnia przyjaciółka interesuje się kobietami, a tym bardziej że podkochuje się w niej. Chyba czas się przyznać albo zerwać kontakty, bo dłużej tego nie zniosę.

#P7UPl

Dzisiaj, pierwszy raz od dwóch lat, odważyłam się przejść pewną ulicą na spacer z psem. Dlaczego tak długo się jej bałam? Otóż moja miejscowość nie jest duża, a ulica, o której mowa, jest bardzo rzadko uczęszczana. Na tej ulicy mieszkają ludzie, którzy zawsze mają otwartą bramę. I wielkiego, żółtego, pomarszczonego psa.

Tego dnia, dwa lata temu, szłam z moim goldenem retrieverem na spacer, właśnie tą ulicą. Nigdy wcześniej tamtędy nie szłam, nic nie wiedziałam o otwartej na oścież bramie i żółtym psie olbrzymie. Moja Luna jest bardzo dobrze wytresowana. Kiedy inne psy na nią szczekają za ogrodzeniem, ona nawet na nie nie popatrzy. Jest nastawiona przyjaźnie do całego świata, ale kiedy zobaczyła żółtego psa za ogrodzeniem, nie szczeknęła, tylko zatrzymała się i zjeżyła. Tak była nauczona.
Ja tego kundla nie zauważyłam.
Kiedy byłyśmy tuż przed otwartą bramą, zaczęło się piekło. Wielki żółty pies, trzy razy większy od goldena retrievera, rozpędził się z zamiarem uderzenia w moją Lunę, która zasłoniła mnie własnym ciałem. Pies chybił, ugryzł powietrze, a siła, z jaką się rozpędził, przerzuciła go na drugi koniec ulicy. Dosłownie, przejechał cały asfalt na grzbiecie i wpadł do rowu oddalonego o dziesięć metrów od nas. Po chwili z niego wylazł, jeszcze bardziej najeżony i wściekły. Rzucił się w drogę powrotną, prosto na mojego psa.
To były sekundy, ale pamiętam tę sytuację z najmniejszymi szczegółami. Żółty pies, szarpiący bok Luny. Skowyt Luny, cały czas próbującej mnie osłonić.
Wtedy z całej siły kopnęłam tego kundla w szyję. Żółty pies zaczął się dławić, odskoczył od nas i uciekł, warcząc i patrząc spode łba.
Zabrałam mojego dzielnego psa do domu, miała cały wydarty bok z sierści, trochę krwi. Oprócz tego nic.

Gdy wróciłam do domu, cała roztrzęsiona, wręcz wykrzyczałam to wszystko rodzicom. Chciałam zadzwonić po policję, zrobić coś, by żółty pies nie mógł wyjść za bramę.
Policji nie było, ale brama była zamknięta, do wczoraj.
Wczoraj psa wywieźli. A dzisiaj wyszłam z Luną na spacer tą ulicą. Przypomniało mi się wszystko.
A Luna? Ma się bardzo dobrze. Od tamtej chwili nauczyła się szczekać.

#jMRof

Zastanawia mnie jedna kwestia. Temat aborcji i myślistwa.
Jestem za tym, by kobieta miała możliwość wyboru w sprawie ciąży.
Dużo jest takich osób. Tyle że te same osoby są przeciwne polowaniom. 
I mam teraz delikatny mindfuck. Zabijanie (nie oszukujmy się, aborcja to zabicie płodu) płodu powinno być moralnie dozwolone, ale zabicie dzika, jelenia czy lisa nie?
Ja wiem, że w wielu ludziach więcej sympatii budzą małe liski niż niemowlaki.
Uważam jednak, że propagowanie aborcji, a sprzeciwianie się myślistwu jest hipokryzją na wysokim poziomie.

#0coJ4

W domu jest nas troje – mama, tata, ja (no i pies).
Zarówno tata, jak i ja nie mamy obecnie łatwo – ja jestem na rozszerzeniu z biologii i chemii, oprócz zwykłych matur przygotowuję się też do olimpiad, a to zajmuje czas. Z domu wychodzę o 7, najczęściej wracam o 16 i od razu idę do książek. Nie wiem, może są osoby, którym wystarczy trzy razy przeczytać temat w domu i będzie obkuty, ale ja do nich nie należę, żeby wszystko przyswoić, przygotować, być pewnym zrozumienia tematu, nad książkami siedzę dziennie po kilka godzin. Czysta nauka, zero telefonu, komputera, w przerwach staram się rozciągać. Jednocześnie dbam o swoje inne obowiązki – pozmywam naczynia, wyjdę z psem.
Tata za to pracuje fizycznie, wychodzi i wraca tak jak ja, z tym że on jest po prostu wykończony po tylu godzinach ciężkiej pracy, często odsypia chociaż pół godziny (jednak on również zawsze dba o ewentualne obowiązki, nigdy nie odmówi naprawy czegoś zaraz po powrocie z pracy, pomoże itp.).
I teraz mamy mamę. Sorry, nie mamę, a niewolnicę – jak często ona powtarza. Oczywiście, traktujemy ją koszmarnie! Nie pracuje (chociaż obiecała, że do pracy wróci, jak skończę trzecią klasę podstawówki). Jedyne co robi, to zakupy i gotuje obiady. Śniadań i kolacji u nas nie ma. Jej dzień wygląda tak, że wstaje, o której chce, koło 13 wyjdzie do sklepu, który jest 50 m od bloku, kupi „Pomysł na...”, makaron i pierś z kurczaka. Wróci do domu, poogląda telewizję do 15, poświęci 30 min na zrobienie tego obiadu i wraca do telewizji (w międzyczasie komputer). Domem się nie zajmuje wcale. Wszystko się lepi, w kuchni zwykle latają muchy, czasami myślę, że jemy ich larwy. Ja staram się ogarniać łazienkę (+ mój pokój), tata pokój rodziców, ale żeby nadążyć za kuchnią? To niewykonalne. Sos spadnie na podłogę/blat itp.? Będzie tak leżał, bo mama nie ruszy.

Zawsze dziękowaliśmy mamie za to, co robi, chociaż obiady mamy tylko z proszku, to zawsze mówimy, jaki smaczny był, kiedy przychodzą ferie itp., to staram się ugotować coś sama. Ale regularnie zdarzają się jej fochy, gdzie dosłownie ryczy, jak my z niej robimy tu niewolnicę, tylko siedzimy na dupie, a ona lata jak Kopciuszek.
Ja wiem, że ona też mogła się wypalić, ale BEZ PRZESADY. Nikogo się do domu nie da zaprosić, ja momentami staję na głowie, jak chociażby poproszę mamę o wstawienie prania (z obietnicą, że ja je potem rozwieszę itp.), a przychodzi 22 i się okazuje, że prania nie ma, bo jej też się należy odpoczynek. To jest tragedia. Czasem zwyczajnie mam jej dość.

#fehOC

Mając 7 lat, sikałam w spodnie, bo nauczycielka nie puściła mnie do łazienki, a potem już bałam się pytać. Gdy przyjechali goście z daleka, słyszałam, jak moja mama opowiadała tę historię wszystkim zebranym. I może się z tego nie śmiali, może mi współczuli albo czuli negatywne emocje do nauczycielki, ale mi i tak było bardzo przykro i wstyd do tego stopnia, że do końca wizyty nie wyszłam już z pokoju. Minęło prawie 20 lat, a ja wciąż pamiętam i wciąż jest mi przykro.

Innym razem nauczyciel od WF-u na wywiadówce powiedział, że dziwnie robię jakieś ćwiczenie, że może to wynikać z wady kręgosłupa. Gdy przyjechali goście, mama o tym również im opowiedziała, a do tego kazała mi przy wszystkich zademonstrować, jak wykonuję to ćwiczenie, by wszyscy mogli ocenić i skomentować. Nie chciałam, odmawiałam, ale mama się uparła, więc musiałam. Czułam się jak małpa w cyrku. Upokorzona.

I wyobraźcie sobie, że tak się często działo z przykrą dla mnie rzeczą – mama rozpowiadała to na prawo i lewo, bo to przecież ciekawa plotka, pogłębiając tym mój wstyd i obniżając jeszcze bardziej poczucie własnej wartości.

Nie róbcie tego swoim dzieciom. Ich problemy to ich problemy i mają zostać zatajone przed gośćmi. Wy też nie chcielibyście, żeby koleżanka rozpowiedziała na imprezie waszą wstydliwą historię. Nie róbcie z tragedii lub ze wstydliwego problemu swojego dziecka dobrej historii do opowiadania przy kawce.

#SprJQ

Dwa lata temu ukończyłam technikum ekonomiczne, znalazłam pracę w biurze rachunkowości. Harowałam pięć lat, odbywałam praktyki, zdobyłam dwie kwalifikacje zawodowe, napisałam maturę z wybitnym wynikiem i matematykę rozszerzoną na około 70% oraz historię na 40%, studiuję zaocznie. 
Mam młodszą kuzynkę o dwa lata, która właśnie ukończyła liceum o profilu humanistyczno-językowym, nie wybrała się na studia. Moja kuzynka, po szkole nastawionej stricte na napisanie matury, którą napisała, ledwo zdając, rozszerzając angielski, dostała pracę w ubezpieczalni. Dziewucha pracuje w moim zawodzie, bez kwalifikacji, po liceum pcha się do rozliczeń. 
Jestem zdenerwowana. Rozpiera mnie ze złości! To niesprawiedliwe!

#NjyQs

Niedawno paniusia w SUV-ie wymusiła na mnie pierwszeństwo, gdy jechałem rowerem. Chwilę później podjechałem do niej (zatrzymała się 20 metrów dalej) i zapytałem, dlaczego wymusiła pierwszeństwo. Odpowiedziała, że przecież samochody mają zawsze pierwszeństwo przed rowerami. Nie jestem roszczeniowym rowerzystą, uważam, że rowerzystów tak samo obowiązują przepisy, jak każdego innego – także kierowców. Paniusia wyraźnie nie znała przepisów, a pewnie ma prawo jazdy – jak widać, posiadanie prawa jazdy nie oznacza, że ktoś zna przepisy (a nieposiadanie nie oznacza, że nie zna).

Innym razem na osiedlu domków jednorodzinnych w strefie zamieszkania dojeżdżam do skrzyżowania i z mojej prawej podjeżdża samochód. Więc czekam, aż przejedzie, ponieważ skrzyżowania w strefie zamieszkania są domyślnie równorzędne. Kierowca mi macha, że mam przejeżdżać. Pokazuję mu na moją prawą rękę, on niczego nie rozumie. Ale ja się nie ruszam, więc on skręca, zwalnia przy mnie i pyta, dlaczego nie przejechałem. Mówię, że przecież on ma pierwszeństwo. On twierdzi, że ja mam. Ja mu mówię, że przecież skrzyżowanie jest równorzędne, a ja mam go po prawej stronie. Koleś odpowiada: „I co z tego?”.

200 metrów dalej, na następnym skrzyżowaniu, kierowca ma mnie z prawej strony i wymusza pierwszeństwo. Na szczęście rygorystycznie stosuję zasadę (bardzo) ograniczonego zaufania.

Jak jadę samochodem, to są podobne cyrki na skrzyżowaniach równorzędnych. Ludzie nie wiedzą, jak na takich skrzyżowaniach się zachować.

Ogólnie rzecz biorąc, znajomość przepisów wśród kierowców jest bardzo słaba, gdyby oceniać to na podstawie tego, jak jeżdżą.

#A1ef6

W moim pierwszym razie z facetem nie było nic z filmowego romantyzmu. Spotykałam się z tym chłopakiem krótko, ale tak zamieszał mi w głowie, że zupełnie straciłam nad sobą kontrolę. No i stało się. Po wszystkim, kiedy poszedł już do domu, dostałam od niego SMS-a: „Ziom, mówiłem, że to zrobię. Przeleciałem ją. Wisisz mi flaszkę!”.
Tak – ta wiadomość nie była adresowana do mnie. I tak – zostałam wyceniona na jakieś 30 zł…

#wOcuM

Jestem dorosłą kobietą. Dbam o higienę, dwa razy dziennie biorę prysznic (gdy trzeba, to częściej), często myję ręce, ale jest jedna rzecz, do której się nikomu nie przyznam. Otóż... używam jednego ręcznika do całego ciała. Śmieszy mnie, gdy kobiety mają kilka ręczników do różnych części ciała, a mężczyźni uważają, by nie pomylić części do twarzy z częścią do tyłka. Przecież ręcznikiem wycieramy czysty tyłek (chyba że ktoś „zapomniał” go umyć) zaraz po kąpieli. Bez sensu.
Dodaj anonimowe wyznanie