#D7foX

Znalazłem się w specyficznej sytuacji. Moja rodzina blisko przyjaźni się z bardzo zamożną rodziną. Gdy miałem 16-17 lat, byłem „opiekunką” dla córki tej drugiej rodziny. Nic interesującego. Po ukończeniu 18 r.ż. wyprowadziłem się do dziadków do Polski. Oczywiście wracałem do rodziców w odwiedziny, jednak nigdy nie zdarzyło mi się spotkać z ich przyjaciółmi. 
Jakiś czas przed Wielkanocą przeprowadziłem się z powrotem do kraju, w którym mieszkają rodzice. Będąc u nich w odwiedzinach, jednego dnia wyszliśmy na kolację wraz z ich przyjaciółmi i ich córką. Co tu dużo mówić – dziewczyna niesamowicie wyrosła. Jest już pełnoletnia i przyznam, że podoba mi się do tego stopnia, że od tamtego momentu nie jestem w stanie przestać o niej myśleć. Mimo braku wykazywania jakichkolwiek sygnałów z mojej strony, otrzymałem od niej znaki sugerujące, że myśli podobnie, jednak moja moralność jasno przestrzega mnie przed kontynuowaniem tej znajomości w jakikolwiek sposób. Jest między nami 6 lat różnicy, dodatkowo podczas naszych poprzednich kontaktów po prostu była dla mnie jak siostra. Nie wiem, co o tym myśleć. Nie powziąłem żadnych kroków.

#A8p3B

Jestem dziewczyną i wstydzę się dwóch rzeczy. 
Po pierwsze, bardzo pocą mi się stopy i to do tego stopnia, że buty i skarpetki po dwóch godzinach okropnie śmierdzą. 
Po drugie, rosną mi na sutkach ciemne i grube włoski, mimo że jestem blondynką. Czuję się niekomfortowo do tego stopnia, że je wyrywam.
Bardzo mało jest informacji na ten temat w internecie, chyba wciąż to temat tabu. Dziewczyny, podzielcie się, czy też tak macie.

#r6BmO

Kiedyś ktoś bliski (a takie raczej było moje wrażenie) powiedział do mnie przy naszych wspólnych znajomych, że „kijem przez szmatę by mnie nie dotknął”. Zabolało. Tak mocno, że po grubo ponad 10 latach nadal o tym pamiętam i przejmuję się jako osoba dorosła, a było to w wieku nastoletnim, gdzie niespecjalnie dbało się o swój wygląd, i nie chodzi tu o bycie totalnym brudasem. Pewnie ta osoba już dawno o tym zapomniała, a ja mam przez to ogromne kompleksy do dziś, które rekompensuję sobie kosmetykami, na które po prostu nie można było sobie wówczas pozwolić. Codziennie o siebie dbam, ale mimo to nadal mam w głowie te słowa. Mam problemy z samooceną. Ostatnio zdarzyło mi się wpaść w panikę i w płacz przez ubrania w szafie i wszystko wylądowało na podłodze. Tak.
Boję się iść z tym do psychologa.

#HZq7T

Mam 45 lat, jestem żoną i matką, moje dzieci są już dorosłe, wyjechały na studia. A ja zaczęłam niszczyć własne małżeństwo – z premedytacją. Mam jednocześnie poczucie winy, ale i pewność, że dłużej nie dam rady funkcjonować tak, jak funkcjonowałam. Przez lata dałam się wpasować w rolę mojej matki, czego zawsze chciałam uniknąć. Przez lata mąż zrzucał na mnie coraz więcej obowiązków i odpowiedzialności. A ja najpierw walczyłam, potem odpuściłam, bo nie miałam już siły. Kiedy urodziły się dzieci, ja o nie sama dbałam, bo on nie wie jak. Próbowałam go uczyć, aż w końcu dałam spokój, bo mijały miesiące, a uczenie kosztuje więcej energii niż zrobienie. Tak samo jak ja o wszystkim miałam pamiętać i organizować, bo on zapomni. Ja płacę rachunki, dbam o finanse, o pełną lodówkę, o sprzątanie itd. I pojawił się mój bunt. Kazałam mu ustawiać sobie przypomnienia i budzik w telefonie, żebym nie musiała ja przypominać i budzić go rano. 
Rozmawiałam z nim. Zaczęłam najpierw delegować więcej obowiązków. Potem uparcie ignorować pewne rzeczy, aż on zacznie narzekać, że niezrobione. A ja wtedy odpowiadałam, że np. nie widzę powodu, by zbierać jego brudną bieliznę po kątach. Były i są awantury, ale mam dość wysysania ze mnie życia, żeby on miał wszystko pod nos! Denerwuje mnie, że jak on wynosi śmieci, to ja mam mu przypomnieć i przygotować worki, a jak ja wynoszę, to mam zrobić to sobie sama. Jak go poproszę, to z marudzeniem przygotuje jeden worek i jest zdziwiony, jak pytam, czemu tylko jeden, bo on myślał, że ogarnę resztę sama. I mam dość, że nawet jak zauważył, że coś jest do zrobienia, to po prostu mi to oznajmia, że np. pranie jest do zrobienia. Albo jak już coś robi, to zostawia mi do dokończenia, bo on nie umie albo czegoś nie lubi. Na przykład wziął się za wycieranie kurzu w salonie. OK, ale wytrze z dwóch szafek i pyta, czy ja ogarnę resztę. Telewizora on nie, bo zapomniał, stołu nie, bo on nie lubi myć szkła, parapetu nie, bo tam stoją kwiatki (jego!), reszty szafek też nie, bo ja tam postawiłam ozdobę, a on nie będzie pod moimi szpargałami sprzątać. 
To nie jest tak, że chcę, żeby się domyślał. To lata ignorowania moich próśb. Jeszcze mu trochę przypominam, że ma lekarza itd., ale robię to raz, może dwa, a potem jak zapomni, to jego odpowiedzialność. 
Mąż jest obecnie bardzo nieszczęśliwy, mówi, że nie rozumie, po co zmieniam układ, który sprawdzał się przez lata. Chciałabym, żeby był szczęśliwy, ale ja też chcę. Mam dość, że ja swoje obowiązki kończyłam o 22, a on od 17 relaksuje się z pełnym żołądkiem. Córki cieszą się z tej zmiany. Mąż i teściowa są na razie mocno oburzeni. A ja mam wrażenie, że po raz pierwszy od 20 lat mam czas dla siebie. Zaczęłam ćwiczyć, chodzić na spacery, znalazłam hobby.

#3UTHw

Jestem fotografem, wesela i inne imprezy to mój główny środek dochodu. Po którymś zleceniu, gdy zrzuciłam już zdjęcia na komputer, ale nie zdążyłam jeszcze zrobić kopii zapasowej na dodatkowym dysku przenośnym (zawsze tak robię, trzymam tam surowe zdjęcia, dopóki nie oddam już gotowych klientom), nagle z moim komputerem zaczęło dziać się coś dziwnego. Moja myszka przestała działać, ale wskaźnik sam poruszał się po ekranie, wszystkie nazwy zmieniły się na rosyjskie, aplikacje same się włączały i wyłączały, wyskoczyło też jakieś odliczanie. Pomyślałam, że jak nic, padłam ofiarą hakera. Spanikowałam, że stracę wszystkie zdjęcia z ostatniego wesela i dużo innych ważnych informacji oraz pracę, którą dotychczas wykonałam. Pomyślałam, że muszę się jakoś z tym hakerem skontaktować. Miałam nadzieję, że klawiatura działa (działała), skrótami klawiszowymi włączyłam notatnik i zaczęłam pisać po angielsku wiadomość. Napisałam, że nie mam na komputerze nic przydatnego, nie loguję się z niego do kont bankowych ani nic z tych rzeczy, które mogłyby mu się przydać, mam tu jedynie moją pracę, która jemu nic nie da, a mi i kilku osobom może zniszczyć życie. Napisałam, że błagam, by zostawił mnie w spokoju, bo jestem tylko zwykłym, nic nieznaczącym człowiekiem.

Podziałało, po kilku minutach wszystko wróciło do normy, komputer się odblokował i żadne dane nie zostały usunięte.

Dzięki ci, dobry hakerze, za okazaną mi litość!

#uQChc

Moja przyjaciółka, a później też współlokatorka, odebrała sobie życie. Byłam osobą, którą ją znalazła w wynajmowanym domu. Do dzisiaj pamiętam pozycję, w jakiej leżała w łóżku, wyraz twarzy i chłód, kiedy próbowałam ją obudzić.
Nikt nie wie jednak, że znalazłam ją dwa razy.
Za pierwszym razem około 13 weszłam na chwilę do jej pokoju, ale myślałam, że śpi, dlatego wyszłam.
Drugi raz chwilę po 18 weszłam do jej pokoju i widząc ją w tej samej pozycji, od razu wiedziałam, co się stało.

Mimo że minęło 11 lat, wciąż mam w głowie tę głupią myśl, że gdybym była chociaż odrobinę bardziej uważna za pierwszym razem, to być może dziewczyna byłaby z nami do dzisiaj.

Do dzisiaj, kiedy widzę kogokolwiek śpiącego na plecach z uchylonymi ustami, od razu lekko go szturcham, aby sprawdzić, czy na pewno żyje i w jakikolwiek sposób zareaguje.

#d1CiF

Historia miała miejsce w czasach, gdy Nasza Klasa była jednym najpopularniejszych portali społecznościowych. Ja miałam wtedy jakieś 11/12 lat. 
Jak wiadomo, były tam też liczne konta fikcyjne gwiazd, postaci z filmów itd. Razem z moim małym głupiutkim rozumkiem wymyśliłam, że napiszę do samej Rihanny, na której konto trafiłam (wtedy jeszcze nie było dopisku, że konto jest fikcyjne) i nieco łamanym angielskim napisałam, że jest cudowna i bardzo lubię jej piosenki (których znałam wtedy ze cztery... :D). I wiecie co? ODPISAŁA! Nawet dwa razy! Oczywiście też po angielsku, ale na tyle prosto, że zrozumiałam bez problemów. Jakiś rok później był czas, że sama stałam się dumną posiadaczką kont fikcyjnych i dopiero wtedy zrozumiałam, jak się dałam wkręcić.  :D

Niemniej: jeśli czytasz to, „Rihanno”, to wiedz, że dałaś dużo radochy małej, głupiutkiej dziewczynce :)

#Cpcfc

Jestem osobą wierzącą, prawie 6 lat po ślubie. Niestety nie możemy mieć z mężem dzieci, myślimy o adopcji, ale wciąż mam nadzieję na biologiczne dziecko.

Dostałam dziś podczas spowiedzi długi wywód od księdza, że jak to nie mam dzieci, że muszę się modlić o dziecko itp., itd. Bardzo to przeżywam, bo dziecko jest moim największym marzeniem. Chwilę później do konfesjonału podszedł mój mąż, powiedział, co musiał i tyle. Nie miał żadnych kazań, docinków, nic! Tak jakby to była moja wina, że, do cholery, nie mam dziecka!

Co najlepsze, nie jest to pierwszorazowa taka sytuacja.
Chyba znowu przestanę chodzić do kościoła.

#VFQWg

Zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda życie anorektyczki, która „wyszła” z choroby?
Może nie każdej, a może nawet nie typowej, po prostu jakiejś? Bo jeśli tak, to ja wam mogę streścić.

Krótkie wprowadzenie: tłusta dziewczynka głodówką i postem (i oczywiście dziwnymi praktykami, którymi może się kiedyś podzielę, ale niech przykładem będzie 4-godzinna kąpiel w lodowatej wodzie) dokonała metamorfozy w szczupłą, młodą dorosłą. Nie całkiem sama skóra i kości; troszkę za mało, ale bez tragedii wizualnej.

Wyszłam sobie z tego.

Na czym polega moje wyjście? Jem. Dużo.
I, Boże, uwielbiam to. Pamiętam czasy, gdy na śniadanie była kawa, na obiad jajko i sałata, a na kolację herbata. Rozumiecie, czym dla mnie jest kanapka? I to w ramach jednego posiłku. Jem 2000 kalorii na dzień i ta „pula” to dla mnie ósmy cud świata, ale fakt mojego zadowolenia z nowej drogi życia to tylko połowa prawdy.

Dalszą część można potraktować jako poradnik pod tytułem „Dlaczego NIE warto zostać motylkiem*”.

1. Nie mam okresu. Niedługo minie rok, od kiedy moja macica nie płakała krwawymi łzami dlatego, że nie pojawił się w niej dzidziuś. Nie czuję się kobietą, boję się, że nigdy nie zajdę w ciążę, a odkąd pamiętam, chciałam być mamą. Walczę; niepokalanki i inne zioła, lekarze, hormony, te sprawy, ale na razie efektów brak.

2. Mówiłam: 2000 dziennie. Trzymam się wiernie. Liczę i co jakiś czas pojawia mi się w głowie myśl typu „1300. Zostało 700”. Męczy to okropnie, ale nie potrafię przestać. Jeśli zjem jakiegoś dnia 2100, następnego zjadam 1900. To i tak zmiana na lepsze, bo był czas, gdy 2100 na dzień oznaczało, że 100 muszę zwrócić. W moim przypadku oznaczało to zwymiotować, dlaczego, o tym w następnym punkcie.

3. Dopadło mnie coś z przewodem pokarmowym. Podejrzewam, że gastropareza. To, plus zaparcia. Ja się nie załatwiam normalnie. Tu – uwaga, niesmacznie – muszę sobie pomagać palcem. Plus czasem ból brzucha jest nie do zniesienia. Naprawdę, nie do zniesienia.

4. Jestem tegoroczną maturzystką, przepadł mi ten ostatni rok. Zmarnowałam go i pewnie będę do końca życia się zastanawiać, co by było, gdybym w to nie wpadła i pozostała prymuską.

I tutaj koniec „poradnika”, ta część mnie zawstydza – uwielbiam nową siebie. Wyobraźcie sobie: ktoś całe życie był kluseczką, pulpecikiem etc. i nagle codziennie budzi się szczupłą. Uwielbiam kupować ubrania, uwielbiam, gdy mnie fotografują, uwielbiam patrzeć w lustro. To lubienie siebie to anomalia u kogoś z ed, dlatego mówię o sobie jako o zwyciężczyni z chorobą. Chociaż wiem, że to złe i szkodliwe i zrobiłam sobie krzywdę...

*motylek to dziewczyna, która ma anoreksję i jest z tego dumna.

#yEm4T

Jestem kontrolerem jakości w jednej z firm zajmujących się produkcją sprzętu medycznego.
Pewnego dnia o szóstej rano, kiedy byłem już na stanowisku, zabrałem się za swoje obowiązki. Po chwili dostałem SMS-a. Chciałem odpisać, gdy przyszedł mój kolega, wymawiając magiczne słowa: „Dzień dobry” ...
Tak mnie przestraszył, że wrzuciłem telefon na lampę zawieszoną około cztery metry nade mną. :D
Dodaj anonimowe wyznanie