Jestem ponad 30-letnim, pracującym mężczyzną, który jednak ciągle studiuje. Znajomi myślą, że robię to z potrzeby zdobywania wiedzy i udoskonalania się, jednak powód jest bardziej Januszowy – hobbystycznie wykorzystuję różnego rodzaju oprogramowanie pewnej firmy, która życzy sobie za nie sporą sumkę, ale dla uczących się przysługuje spora zniżka.
Ukończyłem już cztery różne kierunki i jestem w trakcie piątego, więc moja oszczędność wychodzi mi chyba na dobre. ;)
Mieszkam w domu jednorodzinnym. Kiedy byłam mała (około 5 lat) i chciało mi się sikać, patrzyłam, czy nie ma nikogo na piętrze, szłam do salonu pod stół i sikałam na dywan. Nie mam pojęcia, dlaczego tak robiłam... Mam tylko nadzieję, że mama tego nie czuła.
Dzisiaj miałam taką sytuację, że jechałam przez pasy na rondzie autobusowym (tam mogą tylko autobusy jeździć) oczywiście zatrzymałam i obróciłam się kilkanaście metrów przed, żeby zobaczyć, czy nie jedzie żaden AUTOBUS, a samochody ignorowałam, bo NIGDY przez całe 12 lat nie przejechał mi żaden samochód. No i w końcu jakiemuś facetowi wyjechałam prawie pod koła, bo dureń nie patrzył, gdzie jedzie i choć na dodatek jechał tam, gdzie nie mógł, to do mnie wrzasnął:
- Jak jedziesz kobieto, przejechać cię?!!!
No to ja mu odkrzykuję w emocjach:
- Ty uważaj, gdzie jedziesz!
A ten mi wyskakuje z auta i za mną leci z butelką... Na szczęście miałam rower przy sobie i odjechałam nim jak najszybciej.
Właśnie zostałem zwyzywany od miłośników dzieci, choć moja wybranka jest całkowicie pełnoletnia – ma 19 lat. Za to ja mam 42, więc usłyszałem, że przypominamy ojca z córką. I że to wręcz niesmaczne, aby stary łysiejący pryk dobierał się do dziecka. Mało tego, zostałem okrzyknięty niemalże zdrajcą, bo powinienem rozglądać się za Polkami, a nie za kimś z Ukrainy. „Wokół ciebie jest tyle sensownych kobiet” – usłyszałem dalej. Kobiet w bardziej odpowiednim wieku. Ot, chociażby taka Kasia. Spokojna, cicha 30-parolatka pasowałaby idealnie do spokojnego cichego 42-latka. Niestety moja rozmówczyni zapomniała dodać, że ten cichy i spokojny charakter to zrobił się Kasi dopiero niedawno, po przekroczeniu 30-stki, gdy już nie miała czego szukać wśród dyskotekowych chadów. Bo wcześniej, za młodu, to niezła była z niej imprezowiczka. Nawet nie spojrzała wówczas na cichego, spokojnego chłopaka, jakim byłem i jakim pozostałem nadal. Wtedy Kasia widziała tylko umięśnionych badbojów w BMW. A dziś nagle cud – Kasia mnie widzi! Odzyskała wzrok i przysyła swatkę, aby ta zasugerowała, że mam zielone światło w kwestii podrywu. Wspaniale. Tylko że teraz to ja mam zielone światło także u znacznie młodszej i ładniejszej Ukrainki, która nawet nie ukrywa, że chciałaby mieć polskiego męża i osiąść w Polsce na stałe.
Szanowne Panie, ja rozumiem, że nie zawsze życie Wam się potoczyło zgodnie z planami. Miała być wielka nieskończona miłość z chadem, a chad przeleciał w łóżku raz i drugi, i poleciał bzykać następną. Rozumiem, że niektóre z Was zostały na lodzie do dziś. Rozumiem, że chciałybyście dalsze lata życia spędzić u boku kogoś przewidywalnego, ustatkowanego, spokojnego. U kogoś takiego jak ja. Rozumiem to. Ale proszę, byście i wy mnie zrozumiały. Jeśli mam kobiecie towarzyszyć do końca życia, na stare lata, to chcę jej też towarzyszyć i w młodych latach, gdy jest ona w pełnym rozkwicie swej urody. Nadia ma to do zaoferowania. Jest młoda i zjawiskowo piękna. Będę się chciał jej oświadczyć i chyba zwariuję ze szczęścia, jeśli zostanie moją żoną. A co wy macie dla mnie? Nie młodość, bo tę oddałyście czadom. Dla mnie mają zostać resztki? Obwisłe cycki i tona makijażu na zmarszczkach? Chyba jakieś żarty. Szanowne panie, ja rozumiem wasz dramat, ale nie moja wina, że przespałyście swój czas. A raczej przeimprezowałyście. Zatem nie do mnie pretensje i bliżej nieokreślone roszczenia, że powinienem się zająć Polką, a nie Ukrainką. Darujcie sobie gadki i te ironiczne uśmieszki. To nic nie da. Zamierzam się żenić z Nadią. Nie z wami.
W liceum miałem kolegę Maćka, który studiował książki na temat metod szybkiego przyswajania wiedzy. Szło mu nawet dość dobrze, chociaż niektóre ze sposobów, których się chwytał, były dość, nazwijmy to, ekscentryczne. Pod koniec trzeciej klasy zapowiedziano gigantyczną klasówkę z języka niemieckiego – przedmiotu prowadzonego przez surową panią, którą nazywaliśmy Brunhildą.
Pamiętam, że dwa dni przed egzaminem wpadłem do Maćka z kurtuazyjną wizytą. Gdy już stałem przed drzwiami, zauważyłem przyczepiony do nich skrawek papieru z napisem „Tür”. Jeszcze większe dziwy czekały mnie po przekroczeniu wrót domu mojego kolegi. W każdy możliwym miejscu ponaklejał on karteczki z nazwami przedmiotów, na których zostały one zawieszone. I tak też na żyrandolu przymocowany był papierek z nabazgranym na nim słówkiem „Kronleuchter”, do dywanu spinaczem przyczepiono arkusz z inskrypcją „Teppich”, natomiast z kartki na szafie krzyczał napis „Kleiderschrank”. Dosłownie – każda chyba najmniejsza rzecz w domu Maćka została przez niego „zniemczona”.
Obracając w dłoniach długopis z misternie przytwierdzoną do niego wlepką informującą mnie, że mam do czynienia z przedmiotem zwanym „Kugelschreiber”, nie ukrywając podziwu dla szalonego zaangażowania mojego szkolnego kumpla, rzekłem: „Ziomeczku, widzę, że zależy ci na zaliczeniu tej klasówki...”. W tym momencie do pokoju wtoczył się nieco skonfundowany Lucjusz – otyły jamnik Maćka. Na jego pękatym boku widniała przymocowana taśmą klejącą kartka z napisem „Hund”.
„Nawet nie wiesz jak bardzo...” – mruknął Maciek.
Nie byłam w stanie otrząsnąć się ze śmierci mojej najlepszej przyjaciółki ze starszej klasy. Ewelina miała na swoim koncie kilka prób, leczyła się z depresji, zachowania autodestrukcyjne nie były dla niej niczym nowym, a szpital psychiatryczny w naszym mieście znała jak własną kieszeń. Pomimo tego byłam w szoku, gdy dowiedziałam się, że nie żyje. Na kilka dni przed jej śmiercią zwierzała mi się, że ostatnio jest u niej znacznie gorzej. Cierpliwie wysłuchiwałam tego, co mówiła, starałam się jej pomóc, doradzić czy chociaż trochę podnieść na duchu. Stopniowo jednak zaczynało mnie to psychicznie wykańczać, sama przeżywałam dość trudny okres w swoim życiu, spowodowany śmiercią wujka. Nie mówiłam o tym Ewelinie, wiedziałam, że to tylko pogorszyłoby jej stan. Dzień przed śmiercią, jak zwykle wieczorem, zadzwoniła do mnie, by porozmawiać. Mimo że widziałam, że dzwoni, zdecydowałam się nie odbierać telefonu. Zadzwoniła do mnie jeszcze dwa czy trzy razy, ale za każdym razem uparcie ignorowałam połączenie. Możecie mnie nazwać egoistką, ale po prostu ten jeden raz nie czułam się na siłach, by z nią rozmawiać.
Następnego dnia, podczas szkolnego apelu, dowiedziałam się, że moja przyjaciółka odeszła. Wszyscy moi bliscy znajomi oraz większość nauczycieli wyraziła wobec mnie wyrazy współczucia, praktycznie cała szkoła wiedziała bowiem, że Ewelina była dla mnie jak starsza siostra. Nie miałam jednak odwagi powiedzieć im, jak poprzedniego dnia uporczywie ignorowałam telefony przyjaciółki. Policja oczywiście przejrzała jej komórkę i wyszło na jaw, że do mnie dzwoniła, ale wolałam kłamać, że mój telefon rozładował się niż przyznać się do tego, że celowo nie odbierałam jej połączeń.
Nadal nie jestem w stanie poradzić sobie z tą sytuacją. Czasami zastanawiam się, czy gdybym odebrała, to ona nadal by żyła.
Zaczęło się niepozornie, z dwójką małych dzieci pojechałam na zakupy. Norma. Dzieci grzeczne, chodzę między półkami i czuję nadciągające tsunami. Szybko ogarniam co najpotrzebniejsze i gnam z latoroślą w stronę kas. W tym czasie w moim brzuchu odgrywa się istny armagedon. Jak gdybym włączyła jelita na wirowanie 1200 obr./min. Na zmianę okropny ból i ciśnienie na zwieraczach. Momentami było ciężko nawet iść... Na zmianę robi mi się gorąco i zimno, trzęsę się jak kloszard w trakcie delirium i myślę, co począć... Przy kasie pytam kasjera o toaletę, dla klientów niestety nie ma. Pakuję się i płacę, nie kontrolując odruchów mojego ciała. Samochód miałam blisko, chociaż tyle dobrego... Myślę sobie, że zapnę dzieci w foteliki i dzida za sklep, może i zachowam się jak zwierzę, ale nie mam innego wyjścia. Niestety, przy lokowaniu skrzatów w pojeździe nie wytrzymałam i po prostu poleciało... Fala upokarzającego ciepła na mnie spłynęła. Całe szczęście miałam coś, co zakryło mój tyłek. Dzieci już zapięte, jeszcze kwestia wózka na zakupy. Trudno, mimo że gardzę porzucaniem wózków na parkingu, tym razem nie miałam wyjścia. Szybkie rozeznanie, co mogę zrobić w tej sytuacji. Niestety, od domu 60 km, do rodziców 25 km, potem jeszcze jestem umówiona. To jadę się ogarnąć do rodziców. Rzucę jeszcze tylko reklamówkę na siedzenie, by ograniczyć rozprzestrzenianie się zawartości moich spodni.
Młodsze dziecko jak gdyby wyczuło, że coś jest nie tak... Darło się całą drogę. Wreszcie na miejscu, starszak śpi, dom jednorodzinny z podwórkiem, więc może zostać w samochodzie, biorę Młodego pod pachę i lecę do łazienki. Krzyczy. Kładę go na podłodze, sama odklejam od siebie spodnie i bieliznę ubabraną fekaliami i wydalam pozostałą treść żołądkową. Brzdąc wyje nadal, więc biorę go do piersi (jakimś cudem dłonie czyste). Słyszę przez okno, że Starszak się obudził z krzykiem. Odstawiam Młodszego od piersi, znów awantura. Dwoje dzieci krzyczy wniebogłosy, a ja najpierw muszę pozbyć się z siebie własnego gówna. Szybki prysznic, znalazłam jakąś torbę i zawinęłam w nią brudy. W międzyczasie z odsieczą do starszego przybyli dziadkowie, wzięli go do domu, ale ten dobija się do drzwi łazienki. Dzięki Bogu, słodycze mogą zdziałać cuda w takich sytuacjach.
Nikomu nie powiedziałam, co się stało. Znalazłam jakieś zastępcze ciuchy. Rodzice o nic nie pytali, choć myślę, że się domyślają...
Tak zażenowana nie byłam jeszcze nigdy, do tej pory na samą myśl mam chęć zapaść się pod ziemię.
Razem ze znajomymi jeżdżę od kilku lat na obozy żeglarskie, na których wypływamy w kilkudniowe rejsy na jeziorze i nocujemy w łódkach przy brzegu razem z instruktorem/opiekunem, ok. 70-letnim panem Sławkiem. Nasze główne pożywienie (oprócz suchego prowiantu i kiełbasek z grilla) stanowią wtedy zupki chińskie, więc zabieramy butlę gazową, aby przygotować ów pokarm bogów.
I tu zaczyna się akcja właściwa.
Przed ostatnim rejsem pan Sławek sprawdzał szczelność butli gazowej. W jaki sposób? Otóż przesuwał zapałkę obok butli... Pewnego ranka z kolei nie dokręcił do końca palnika nad butlą, więc po chwili buchał z niej niemal półmetrowy płomień. Ku naszej ogromnej konsternacji pan Sławek zaczął... dmuchać w ten płomień, jakby to była świeczka na torcie urodzinowym. Gdy ta interwencja się nie powiodła, Sławek chwycił butlę (wspominałam, że ma zamiłowanie do łatwopalnych dresików z lat 80.–90.?), po czym wrzucił ją do wody. Niestety butla zanurzyła się tylko do połowy i płomień buchał dalej, tuż obok zwisającej, syntetycznej liny. Na szczęście ktoś trzeźwo myślący podał gaśnicę i pożar ugaszono, ale niektórzy byli wtedy już pochowani w lesie ze strachu przed wybuchem.
Jestem dorosłą osobą, od lat mieszkam sama. Wczoraj była pierwsza noc, podczas której odważyłam się sama spać przy zgaszonym świetle.
Zostałam zgvvałcona przez chłopaka mojej najlepszej przyjaciółki. Teraz ona mnie nienawidzi.
Dodaj anonimowe wyznanie