Z moim mężem jestem od ponad dziesięciu lat. Wszystko zawsze się dobrze układało. Kilka lat temu przeprowadziliśmy się do własnego domu. Było wspaniale. Mąż musiał jednak coraz więcej pracować, ja wychowywałam nasze kilkuletnie dzieci. Ponieważ żyliśmy w nowym otoczeniu daleko od rodziny, szukałam i nawiązałam wiele nowych znajomości. Bardzo się cieszyłam, jak w sąsiedztwie wprowadziła się rodzina taka jak my. Nasze dzieci bawiły się często razem. Po jakimś czasie, trochę niepostrzeżenie, zaprzyjaźniłam się z mężem sąsiadki. Był wykształcony i komunikatywny i często rozmawialiśmy, gdy wracał z pracy. Mój mąż z powodu problemów finansowych firmy, w której pracował, coraz częściej wracał późno. Wieczorami opowiadał o swoich problemach, ja tylko udawałam, że słuchałam. Po jakimś czasie przestaliśmy wspólnie siadać do stołu. Przestało mnie interesować, kiedy wracał do domu. Wyobrażałam sobie, jak byłoby fajnie żyć z nowym znajomym z sąsiedztwa.
Mąż bliski załamania nerwowego zmienił prace na mniej płatną. Z powodu kredytu było dużo ciężej z opłaceniem wszystkich rachunków. Nie chciałam jeszcze iść do pracy, bo dzieci były małe. Opamiętałam się, dopiero gdy rodzina z sąsiedztwa się wyprowadziła. Jak się później okazało, mój nowy znajomy pozostawił swoją rodzinę dla dużo młodszej koleżanki z pracy. Ja zostałam z moją rozpadającą się rodziną. Czułam się strasznie, że emocjonalnie zdradziłam męża. Udało mi się szybko „odbudować” rodzinę, jednak straciłam zupełnie szacunek dla samej siebie. Dopiero jak wyrzuciłam wszystko z siebie i opowiedziałam mężowi o mojej emocjonalnej zdradzie, byłam w stanie normalnie żyć. Mąż opowiedział, jak czuł się w tym czasie samotny i chciał się wtedy wyprowadzić.
Niekiedy trzeba wszystko wyrzucić z siebie, aby nie stracić szacunku do samego siebie…
Od kilkunastu lat nie mieszkam z moją matką. Niedawno wyemigrowałam.
Do tej pory mam koszmary, że wciąż muszę z nią mieszkać. Budzę się cała spocona i w stresie.
Woje włosy zawsze były długie. Ostatnio sięgały mi prawie do pasa. Ich utrzymanie trochę mnie męczyło, więc postanowiłam je ściąć mniej więcej do ramion, a nawet oddać je na fundację. Więc idę do fryzjera, siadam w fotelu. Byłam już uprzedzona, że włosów trzeba będzie ściąć dużo. Fryzjerka związała mi włosy w kucyk i tnie. Kucyk się odrywa i widzę moje włosy mniej więcej do ramion. Efekt wow, ale coś jest nie tak...
Otóż fryzjerka źle zawiązała kucyk i moje włosy z tyłu były KRÓCIUTKIE, krótsze niż do linii brody. Myślałam, że może się to uda uratować. Ale nie. Ostatecznie zamiast upragnionych włosów do ramion wyszłam od fryzjera z short bobem LEDWO do brody, mimo że, o ile się znam na fryzjerstwie, istnieje fryzura „krótko z tyłu, długo z przodu”. Fryzjerka tłumaczyła, że tak to musi być, jak włosy idą na fundację, że muszą być krótkie, ale przecież NIE AŻ TAK.
Teraz siedzę w domu i płaczę. Jestem trochę podłamana.
Przypomniała mi się historia koleżanki pracującej kiedyś w sklepie mięsnym.
Takie rzeczy, jak: niemycie rąk (na zapleczu, przy kliencie w rękawiczkach), sprzedawanie mięsa, które upadło na ziemię, i dodawanie przypraw do starawego mięsa (plus oczywiście wyższa cena) były normą. Czasem ruch był tak duży, że przywiezione rano mięso stało na palecie na zapleczu w temperaturze pokojowej pół dnia, bo trzeba było obsługiwać klientów.
Jednak kiedy koleżanka zarzygała kuwetę z mięsem mielonym, a szefowa kazała jej zamiast wywalić całość, to zebrać z wierzchu i wymieszać, koleżanka stwierdziła, że czas uciekać. Okazało się, że jest w ciąży, więc przyniosła zwolnienie i więcej się tam nie pokazała.
Do dziś pamiętam jej słowa: „Jeśli chcesz mięso mielone, sama wybierz kawałek szynki czy innego mięska i niech zmielą przy tobie”.
W zeszłym roku napisałem tu wyznanie. Ot, typowe wylewanie żali o tym, że nigdy nie byłem w poważnym związku, frustracji wynikłej z braku powodzenia u kobiet i inne tym podobne wywody desperata obwiniającego wszystkich wokół zamiast siebie, które zazwyczaj nie opuszczają niezweryfikowanych.
Chciałem tylko podziękować Wam, anonimowym użytkownikom. Fala krytyki z waszej strony spowodowała, że w końcu dotarło do mnie, iż czas się poważnie wziąć za siebie. Zacząłem nad sobą pracować, skupiłem się na rozwoju siebie i swoich pasji, uczeniu się na błędach, a także stopniowym przełamywaniu swojej nieśmiałości. Czuję się już o wiele lepiej, przełamuję swoje granice, spotykam się z ludźmi i jestem zwyczajnie zadowolony ze zmian, które wprowadziłem w swoim życiu.
I nie, nadal nikogo nie znalazłem, ale dojrzałem do tego, żeby zrozumieć, że nie zawsze w życiu można mieć wszystko, czego się pragnie. Byłoby miło kogoś poznać i może kiedyś tak się stanie, ale nie zamierzam mieć już z tego powodu żadnych wyrzutów.
Zacznę od tego, że mam 14 lat, jestem dzieckiem adoptowanym, a moi prawdziwi rodzice nie żyją. Nie myślałem prawie w ogóle o przeszłości, zresztą niewiele z tamtego okresu pamiętam. Do teraz.
Otóż jem sobie obiad z mamą, gdy nagle mówi do mnie: „Pamiętasz, że jesteś adoptowany?”. Na co odpowiadam, że oczywiście, że tak. Po czym mama ciągnie: „No to masz siostrę, która jest o rok młodsza”.
Byłem w szoku. Popłakałem się. Później mama powiedziała, że to ta siostra mnie odnalazła.
Naprawdę się cieszę i nie mogę się doczekać spotkania z nią. Nie popsuło mojej radości nawet to, że jest ona chora na mukowiscydozę (to taka choroba genetyczna, której ja na szczęście nie mam). Postanowiłem trochę poczytać o tej chorobie. Wyczytałem, że średnia życia osób chorych wynosi ok. 40 lat. Trochę się zasmuciłem i nie daje mi spokoju myśl o tym, że najprawdopodobniej umrze ona przede mną. Mimo wszystko naprawdę nie mogę się doczekać spotkania.
Zawsze jak słucham muzyki, wyobrażam sobie, że stoję na wielkiej scenie i śpiewam daną piosenkę, a tłumy fanów zachwycają się moim wokalem i umiejętnościami.
Szkoda, że w rzeczywistości mój śpiew jest gorszy niż odgłosy godowe waleni :)
Jakiś czas temu pewna firma postanowiła ściągnąć mnie do siebie. Oczywiście finanse na plus, dodatkowe warunki spełnione. Ale zanim tam poszedłem, w poprzedniej firmie wszyscy dowiedzieli się, gdzie będę pracować i nagle wszyscy chwalą się, że tam aplikują. A co robię ja? Jak mi się ktoś nie podoba (nie ze względu na to, że kogoś lubię bądź nie, po prostu ludzie się obijają i patrzą co zrobić, by tylko móc się obijać), to dzwonię do nowej firmy i mówię, kogo lepiej nie zatrudniać. Nie wiem, ale mierzi mnie myśl, że mógłbym znów pracować z niektórymi nierobami.
W sumie nie wiem, czy robię dobrze, ale nie chcę wkurzać się w nowej pracy, zasuwając za trzech, co w poprzedniej firmie ciągle robiłem.
Gdy siedzę w gronie znajomych i akurat mamy jakieś spotkanie na zewnątrz, to zabieram ze sobą dużo środków przeciw owadom (szczególnie przeciw komarom, i o ile to możliwe staram się wybierać naturalne środki odstraszające). Dzielę się nimi ze znajomymi, a sam często ich nie używam. Dlaczego? Chcę, żeby moi towarzysze byli bezpieczni, podczas gdy ja robię za przynętę na te krwiożercze stworzenia.
Pracuję w firmie ojca. Synalek tatusia, co? No właśnie tak średnio i z przymuszenia... Ale po kolei.
Okradziono mnie, nie dość, że nie byłem w stanie utrzymać się i jako-tako opanować sytuacji życiowej, to jeszcze nie miałem pieniędzy nawet na druk własnej pracy magisterskiej. Narzeczona jakoś tam mi pomagała, ale nie dawaliśmy rady nawet razem na wyjście z dołka (miałem kredyt hipoteczny). Następnego kredytu nie daliby mi, w lichwę nie chciałem się bawić. Jedyną opcją było wrócenie z podkulonym ogonem do ojczulka, który dał mi wymaganą kwotę, aby studia w spokoju ukończyć i wydrukować pracę. Nieproszony sam się zaoferował, że spłaci całą moją hipotekę, co ja przyjąłem z radością. Ale, ale – coś za coś. Miałem w zamian iść do pracy w jego firmie jako szeregowy pracownik. Zgodziłem się, i tak nie robiłem w zawodzie wyuczonym, to co mi szkodzi, wypłata porównywalna.
W maju jego firma zaczęła mieć gigantyczne straty. Nie wiem, co mój tatulo odwalił, ale było tak źle, że musiał pozwalniać połowę personelu, a mi powiedział w gabinecie, że za tamten miesiąc nie dostanę wypłaty, bo zwyczajnie go nie stać, ureguluje płatności w następnym. Biorąc pod uwagę to, ile dla mnie zrobił, przystałem na to. Jakoś ten miesiąc z dziewczyną przeboleliśmy... Aż minął następny i sytuacja się powtórzyła. Niby w firmie było już stabilniej, niby „wychodzimy na prostą”, ale też powiedział mi, że o wypłacie mogę pomarzyć i „w lipcu na 100% dostaniesz obydwie zaległe”. A teraz mamy lipiec i zgadliście – kasy nadal nie ma.
Firma prosperuje lepiej, nawet przyjęliśmy trzech nowych pracowników.
Wypytałem ludzi, okazuje się, że dostają co miesiąc swoje wypłaty jak w zegarku. Poszedłem zatem do ojca i zapytałem, co to ma znaczyć. Zareagował agresją, zaczął mnie wyzywać od żebraków, którzy myślą, że wszystko im się należy i robił wyrzuty, że zapłacił mi hipotekę, że nie dostanę wypłaty ani z maja, ani z czerwca, ani z nigdy, dopóki nie odrobię tego, co na mnie wyłożył „i nie obchodzi mnie, czy będziesz żarł tynk ze ścian przez ten czas”. Wyszedłem dosłownie w szoku. Mój ojciec nigdy wcześniej się tak nie zachowywał.
Oczywiście szukam nowej pracy w trybie natychmiastowym, bo dziewczyna już jest wkurzona na maksa, a życie na jednej wypłacie na dłuższą metę jest praktycznie niemożliwe... Dziewczyna jednak nakłania mnie do tego, abym poinformował PIP i wszystkie możliwe służby, ale nie chcę tego, bo w sumie to mój ojciec i nigdy taki nie był...
Naprawdę nie wiem, co mam robić.
Dodaj anonimowe wyznanie