Gdy wysiadałem z auta, wypadł mi portfel, a w nim wszystkie dokumenty i sporo kasy. Dowiedziałem się o tym, gdy przyszedł po mnie na zajęcia pan z recepcji, bym przyszedł odebrać zgubę, bo ktoś znalazł mój portfel. Od razu zrobiło mi się gorąco i zacząłem się pocić.
Znalazła go na oko 40-letnia kobieta, która postanowiła być uczciwa. Równie dobrze mogła zabrać wszystkie pieniądze, a resztę wrzucić do śmieci, robiąc mi tym niemało problemów. Gdy w podzięce chciałem wręczyć tej pani pieniądze za uczciwość, to jeszcze się oburzyła.
Jestem szalenie wdzięczny tej kobiecie, że pofatygowała się i oddała mi portfel, takich ludzi szanuję. Wiara w ludzkość odzyskana :)
Moja mama jest wolną kobietą i od niedawna zaczęła spotykać się z kimś nowym. Nie mam z tym problemu, natomiast mam problem z jej „wyborem”.
Facet przesiaduje u nas non stop. Punkt szósta rano – przyjeżdża na kawę przed robotą, po pracy przyjeżdża na obiad i siedzi do wieczora, przy okazji łapiąc się na kolację. Jeśli akurat ma nocki, to przyjeżdża prosto po robocie, zajmuje łazienkę przez przynajmniej godzinę (jeśli tego dnia mam zajęcia na uczelni na 08:00, to nie mogę się wyszykować), idzie spać, wstaje na gotowy obiad, siedzi kilka godzin i łaskawie wychodzi do pracy. Ktoś może teraz powiedzieć, że po prostu chcą spędzać razem czas. Sprzeczałabym się, ale ostatecznie mogłabym przyjąć takie wyjaśnienie. Problem w tym, że facet przychodzi nawet pod nieobecność mojej mamy, ba!, ma własne klucze do mieszkania i przychodzi pod nieobecność kogokolwiek.
Jestem w fatalnym stanie psychicznym. Jestem bardzo „terytorialna”, a jakiś obcy facet pomieszkuje sobie w moim domu i czuję się przez to strasznie niekomfortowo. Wstaję rano – Iksiński, przychodzę z zajęć – Iksiński, siedzę w wannie – do mieszkania wchodzi Iksiński. A dla mnie to kompletnie obcy facet, równie dobrze mogłabym wziąć losowego przechodnia z ulicy i „wprowadzić” do domu...
Próbowałam rozmawiać o tym z mamą. Facet nie jest bezdomny, z powodzeniem mógłby odświeżyć się w domu, wyspać i przyjechać do mojej mamy. Do niej, nie do mnie albo do pustego mieszkania. Mogliby czasami spędzać czas w jego domu (NIGDY tego nie robią, zasada jest taka, że do niego się nie jeździ). Mama na wszystkie moje słowa reaguje płaczem, że rzekomo chcę, żeby była nieszczęśliwa i jej nie kocham, bo gdybym kochała, toby mi Iksiński nie przeszkadzał. Jedyne co udało mi się wynegocjować, to żeby facet nie sypiał w naszym domu (poza sytuacjami, kiedy rano przychodzi prosto z nocki) i to tylko dlatego, że ją „przepłakałam” i histeryzowałam bardziej niż ona.
Dodatkowo facet ma bardzo wulgarny i prostacki dowcip, a przy tym jego bezpośredniość ociera się wręcz o chamstwo. Facet potrafi „w żartach” stwierdzić, że wyskoczyły mi na twarzy jakieś krostki, bo za mało się rucham. Kiedy przymierzam jakieś nowe ubrania, to niewybrednie komentuje. Wszystko niby w żartach, wszyscy się śmieją, więc ja też udaję, że mnie to bawi i nie komentuję, bo wtedy mama się obraża i robi awantury.
Planuję się wyprowadzić, ale jestem studentką, mam mocno ograniczone możliwości i finanse, więc nie mogę zbytnio przebierać w mieszkaniach. To, które wybrałam, zwolni się dopiero za kilka miesięcy. Facet non stop mi mówi, że nie może się już doczekać, aż się wreszcie wyprowadzę i może wreszcie znajdę kogoś, kto mnie dobrze... no.
Jest mi potwornie przykro, że obcy wyrzuca mnie z mojego mieszkania z aprobatą mamy, a ta bezsilność, że nic nie mogę zrobić, mnie dobija.
Zadurzyłam się w Bartku, młodszym ode mnie o 8 lat koledze mojego brata. Postanowiłam w końcu do niego zagadać. No i zagadałam. Okazało się, że mamy bardzo podobny gust filmowy. Rozmawiało się miło, więc umówiliśmy się do kina. Do tej pory nie wiem, czy to była randka, czy po prostu spotkanie koleżeńskie. Było jednak świetnie. Potem spotkaliśmy się jeszcze dwa razy. Tym razem to już były randki.
Niestety przy drugiej wiedziałam już, że nic z tego nie będzie.
Bartek był miły, zabawny, niegłupi, fajnie się gadało, no i był przystojny (oj no, nie oszukujmy się i nie ukrywajmy, że to nie ma znaczenia). Osiem lat różnicy wieku to chyba jednak było dla nas za dużo. Mimo wszelkich zalet chłopak był jeszcze bardzo niedojrzały. Inne poglądy na życie, inne cele. Nie wiem, czego ja się właściwie spodziewałam? Za bardzo to wszystko idealizowałam w głowie. Głupia ja. Podobny gust filmowy to za mało, by próbować budować na tym coś więcej.
Szczęście w nieszczęściu, on myślał podobnie. Zakończyliśmy to, zanim jeszcze w ogóle zaczęliśmy. Obyło się bez dramatów.
Nie to, że nie wywarło to na mnie żadnego wrażenia. Szkoda, wiadomo, ale czasem tak bywa. Teraz skupiam się na pracy i czekam, co dobrego życie przyniesie. Bartka czasem widuję (kolega brata, więc to nieuniknione). O dziwo, nie jest jednak dziwnie. Rozmawiamy normalnie. On nie jest AŻ tak niedojrzały, ale wiem, że to i tak nie „to”.
Brat trochę się na nas wkurzył, no bo jego siostra i jego kumpel? No ale już mu przechodzi. Wczoraj nawet powiedział mi, że w sumie szkoda, że nam nie wyszło, bo przynajmniej miałby fajnego szwagra. Tak czy inaczej, nie żałuję. Przynajmniej nie będę się całe życie zastanawiać „co by było gdyby”. I żałować, że może straciłam miłość życia, bo bałam się zaryzykować i odezwać? Teraz wiem, że nie straciłam :)
Poszłam na pizzę z kolegą i kuzynką. Przy płaceniu rachunku okazało się, że trzy pizze są w cenie dwóch.
Kolega stwierdził, że w takim razie on bierze tę trzecią, czyli nic nie zapłaci.
Miałem normalną siostrę. Kiedy na zobaczyła dwie kreski na teście ciążowym, wszystko się zmieniło. Od razu L4 w pracy, bo nie może narażać dziecka (pracowała przy biurku z dokumentami). Szwagier dobrze zarabia, więc dają radę bez problemu. Cała rodzina musiała być zaangażowana we wszystko! Od sprzątania do wyniesienia śmieci z jej mieszkania. Urodziła. Od tamtej pory ciągle tylko mówi o gównie dziecka, o karmieniu i o wszystkim z tym związanym. Po prostu straciła tożsamość. Na Fb czy insta wrzuca po 80 zdjęć dziennie dziecka. Od spania, przez kąpanie, po zdjęcia jego gówna. Biega półgoła po mieszkaniu, bo przecież dziecko może być głodne. Nieważne, czy ktoś obcy jest w mieszkaniu, czy przyjdzie kurier czy co. Od pasa w górę jest goła. PRAKTYCZNIE CAŁĄ DOBĘ! Jak tylko ktoś z rodziny ją odwiedzi, to wpycha dziecko na siłę z hasłem „Jaka jestem zmęczona, weź go na spacer”. Czym jest zmęczona? Dobre pytanie. Matka i jej teściowa mieszkają tam na zmianę (po dwa tygodnie w miesiącu) i robią wszystko. Siostra leży z telefonem i pisze na każdym możliwym forum, pod każdym postem gdziekolwiek, że największą nagrodą od życia jest ciąża i macierzyństwo. W komentarzach wyjaśnia ją wiele osób, że urodzenie dziecka nie jest najważniejsze w życiu. Za chwilę znajdują się obrończyni siostry, które bluzgają każdego, kto ma inne zdanie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dostałem zaproszenie od siostry i szwagra na jakąś tam imprezę. Na miejscu okazało się, że w sumie oni wychodzą do znajomych i mam zostać z ich dzieckiem i nim się zajmować! Parsknąłem śmiechem, zapytałem, czy to żart. Wyszedłem. Wracając do siebie do mieszkania, dostałem telefon od matki, która stwierdziła, że jestem bezdusznym gnojem, że życie mi pokaże, że nie można na mnie liczyć, a ja zepsułem im wieczór, bo nie mają co zrobić z dzieckiem, a przecież nie zabiorą go ze sobą. Jakoś to przebolałem. Kolejne spotkanie rodzinne z okazji 50. rocznicy ślubu jakiegoś tam wujostwa. Po toaście zaczęło się: „A kiedy wy się pobierzecie? Kiedy dzieci? Przecież to najlepsze, co można mieć”. Miałem serdecznie dość tych pytań. Siostra nie była w centrum uwagi więc... przy wszystkich wywaliła cycki i zaczęła karmić dziecko w środku restauracji, co chwile pokrzykując, jaka jest dumna. Cała rodzina (z wyjątkiem mnie i mojej dziewczyny) jej kibicowała, robiła zdjęcia. Manager restauracji zwrócił jej uwagę, że klienci się skarżą i jak chce nakarmić dziecko, mają od tego osobne miejsce. Co zrobiła siostra? Wydarła mordę na cały lokal, że jak ktoś ma problem, niech jej to powie.
Byłem totalnie zażenowany całą sytuacją. Było mi wstyd jak cholera, chciałem zapaść się pod ziemię. Dokończyłem szybko obiad, moja dziewczyna tak samo i wyszliśmy. Oficjalnie poszedłem zapalić. Pojechaliśmy do siebie. Więcej nie wrócę do tej restauracji, bo mi wstyd. Za siostrę.
Mam z mamą bardzo dobry kontakt i otwarte relacje, rozmawiamy o dosłownie wszystkim, nie mamy przed sobą tajemnic ani tematów tabu. Mamy też swoją małą tajemnicę, o której nie wie nawet tata. Obie lubimy dziwne, zboczone, często obrzydliwe filmiki, które ciągle sobie wzajemnie przesyłamy.
Dziewczyna masturbująca się analnie dziwnymi przedmiotami, mały palec u stopy wkładany w cewkę moczową penisa, wyciąganie odbytów na zewnątrz i bawienie się nimi. Ciągle próbujemy się prześcignąć, która wyśle coś dziwniejszego. Jak uda nam się zszokować i obrzydzić tę drugą osobę, to wygrywamy nagrodę.
Dobre pornosy też sobie przesyłamy, ale to taka norma poza naszą grą 😉.
Co jakiś czas wpadam na Anonimowe, bo lubię udzielać się w komentarzach. Lubię dzielić się swoimi poglądami i dyskutować o nich z tymi, którzy widzą świat inaczej. Potem ludzie zaczynają kojarzyć mój nick i normalna dyskusja się kończy, a zaczynają wycieczki osobiste.
Dlatego kasuję wtedy konto, robię sobie kilkutygodniową przerwę, a potem wracam pod nową postacią.
I pierwsze co robię, to szukam ludzi, których polubiłam poprzednim razem, ale ich nie znajduję, więc pewnie nie jestem jedyną, która tak robi.
Wstydzę się przyznać ludziom, ale chyba nie radzę sobie z życiem.
Do tej pory pracowałam dorywczo, potem byłam za granicą. Wcześniej również studiowałam, ale rzuciłam to, nie widziałam sensu. Lubię pracować, nie jestem leniwa, ale nie wyobrażam sobie poświęcać na to ponad ośmiu godzin dziennie przez następne 30 lat. Tak naprawdę chciałabym mieć szczęśliwą rodzinę, chciałabym być żoną, matką, gotować obiady, zajmować się domem, sprzątać, wychowywać dzieci. Mnie to cieszy, to mnie uskrzydla (wiem, bo pracowałam jako opiekunka, gosposia, interesuję się psychologią dziecięcą, różnymi nowinkami dotyczącymi miru domowego itd.). Nie chcę być niezależna finansowo, nie chcę robić kariery (bez studiów to w supermarkecie chyba...). Nie chcę też leżeć i pachnieć. Chcę się poświęcić dla związku i dzieci, chcę zapierdzielać tak, żeby stworzyć dom przez duże D, ognisko domowe, żeby dzieci wychować (włącznie z nauczaniem domowym), a nie wyhodować. Takie mam ambicje. Dla mnie bardziej ambitne jest dbanie o dom niż robienie 8h dziennie czegoś, co nie daje mi radości. Chcę żyć pełnią życia, nie chcę wracać do domu zmęczona po pracy i zarażać tym zmęczeniem resztę rodziny, chcę te domowe obowiązki podzielić w trochę staroświecki sposób (facet w robocie, baba w domu), ale jednocześnie korzystać z życia z moim partnerem (raz na jakiś czas wycieczka, wyjście do parku – nie że cały czas w domu). Chcę przy tym pracować na pół etatu albo dorywczo, żeby mieć kontakt ze światem.
Kilka razy zwierzyłam się znajomym z tego, jakie mam marzenia, ale to było zawsze wyśmiewane. Albo traktują mnie jak pasożyta, który chce siedzieć i pachnieć, albo mają mnie za kogoś, kto nie ma własnego zdania i chce być kurą domową, podporządkować się całkowicie mężczyźnie. Jakby partnerstwo nie mogło się opierać na podziale ról: jedna osoba zajmuje się domem, a druga pracuje. I teraz już sama nie wiem... Czy to, czego pragnę, naprawdę jest takie nienormalne i nieosiągalne? Czy powinnam te marzenia porzucić i stać się kolejnym trybikiem w wyścigu szczurów? I jeśli tak, to nawet nie wiem, jak mam to zrobić. Mnie praca dla kogoś nie jara, ja muszę mieć konkretną emocjonalną motywację w formie faceta, dzieci, a nie pracować, żeby pracować. W takim trybie długo nie wytrzymam. Jestem w impasie.
Słowem wstępu, jestem ochroniarzem. Obstawiamy mecze I, II ligi oraz ekstraklasy. Jak w każdej branży jest hierarchia (tzw. Informacyjni/Porządkowi/Żółwie oraz stanowiska kierownicze – dowódcy, kierownicy bezpieczeństwa, koordynatorzy itd.)
Ostatnimi czasy bezpieczeństwo na stadionach oficjalnie się polepszyło. Oficjalnie — natomiast prawda jest taka, że media nie ukazują Wam ataków na „białe kaski”, ponieważ jest tego tak dużo, że temat by się nie przyjął.
Chciałbym opowiedzieć Wam kilka sytuacji związanych z pracą.
Oczywiście poprzedzając pytania, dlaczego się tak narażamy za tak śmieszne pieniądze, wyjaśnię, że większość z nas robi to z pasji, ma swoją ekipę, z którą na tych meczach się spotykamy. Większość z nas imprezy masowe traktuje jak odskocznię od obowiązków oraz pracy.
I - kilka meczów temu na radiu dowódcy zgłoszono komunikat "przygotować się...", spodziewając się najgorszego kominiarki ubieramy na twarze, zapinamy kaski. Biegniemy pod bramę gości. Tarcze na przód. Nagle słychać strzały. Widać kolorowy dym rac. Kibice postanowili się pobawić. Fajerwerki poleciały w naszą stronę. Wszystkie odbite przez tarcze. Kibice zbiegają w naszą stronę. Zaczęli nam ubliżać. W tłumie widzę twarz mojego sąsiada. Ubiera kominiarkę. Jeden z kiboli zaatakował mojego kolegę, ruszyliśmy mu na pomoc, natomiast kibice zaczęli ratować swojego. Rozpoczęła się walka. Wbiegamy w rozwścieczony tłum z pałkami. Lejemy jak leci. Ode mnie dość mocno dostał jeden z zamaskowanych kibiców. Gdy emocje opadły, asekurowaliśmy ratowników medycznych, którzy go opatrywali, odsłonił kominiarkę. Jak się możecie domyśleć, był to mój sąsiad. Dla mnie sytuacja o tyle śmieszna, że na drugi dzień minąłem się z nim na klatce, zaczął opowiadać mi jak za nic dostał od ochrony na meczu. Przecież tylko grzecznie stał.
II - kibice wyważyli bramę. Chcieli się dostać do sektora przyjezdnych. Standardowo - gazowanie. Dostała kobieta. Wielka kobieta.
Dam sobie rękę uciąć, że ważyła więcej ode mnie, tak samo bicepsa miała większego od mojego, choć moje 120 kg oraz objętość bicepsa robi wrażenie.
Przypadkowo biegła na czele kibiców z dzikimi okrzykami.
Oczywiście zgłosiła to na policję, tłumacząc, że biegła za tłumem. Nagrania monitoringu ukazały prawdę - dostała zakaz stadionowy i wysoką grzywnę.
Jestem tak nieśmiała i boję się tego, iż inni mnie wyśmieją, że nawet nie piszę komentarzy na anonimowych. Chciałam się kiedyś przełamać i chociaż w internecie, pod jakimkolwiek nickiem spróbować pokazać się, ale nie dałam rady. Najwidoczniej dane jest mi być „tą niewidzialną”.
Dodaj anonimowe wyznanie