#ExcEn
Nie czuję potrzeby macierzyństwa, nie nadaję się na matkę, mówiłam mu o tym. On nie rozumie, jak kobieta może nie czuć potrzeby posiadania dziecka i próbuje mi wmówić, że po urodzeniu na pewno wszystko się zmieni.
Jestem w rozsypce, nie wyobrażam sobie być zmuszona do urodzenia dziecka i zdałam sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji. Mam 33 lata, nie mam mieszkania, mieszkam u narzeczonego, nie mam oszczędności, jestem pracownikiem biurowym za najniższą krajową. Zaczęłam bać się o przyszłość, traktowałam ten dom jak swój i nagle zrozumiałam, że nic tu nie jest moje, że w każdej chwili mogę stracić dach nad głową, mężczyznę, którego uważałam za pewnik i moje dotychczasowe życie.
Stres powoduje, że zaczęłam popełniać błędy w pracy i bardzo źle śpię. Moje życie się rozsypuje. Chciałabym, żeby to był tylko sen.
Niestety w tej sytuacji Twój narzeczony ma prawo postawić takie ultimatum. A Ty nie powinnaś się zmuszać do macierzyństwa, tylko się z nim rozstać. Nie dogadacie się. Pytanie dlaczego to wychodzi dopiero teraz? Nie rozmawialiście o tym wcześniej, któreś z Was zmieniło zdanie? W następnym związku zaznacz to na samym początku i podkreśl, że już jeden związek Ci się z tego powodu rozpadł i żeby nie liczył na to, że zmienisz zdanie. Przykro mi, że to Cię spotkało, ale jeśli rozjezdzacie się w zakresie chęci posiadania dzieci, to rozstanie jest jedyną opcją.
Bardzo dobra odpowiedź, ale mam jedną uwagę, a mianowicie, często rozmawianie na początku relacji, zwłaszcza jeśli trwa ona latami, powiedzmy więcej niż 5, ma ograniczoną skuteczność. Jest tak ponieważ z biegiem czasu spojrzenie człowieka na różne sprawy oraz jego priorytety i wartości potrafią się zmienić, co widzę dobitnie po samym sobie. Gdy miałem 25 lat myślałem tylko o pieniądzach i ładnych dupach. Teraz, gdy mam 30 lat, szukam normalnej kobiety, która by się nadawała na matkę, założenie rodziny wydaje mi się kolejnym logicznym krokiem, pod który przygotowałem już fundament.
Czytając wyznanie mam wrażenie, że podobnie jest z facetem autorki. Ma mieszkanie, ma pracę, ma partnerkę, ma stabilne życie. Kolejny naturalny etap to dla niego założenie rodziny i choć brzmi to brutalnie i nie fair, osiągnie go, z autorką lub bez niej.
No tak, wiadomo, że to się może zmienić, więc rozmawiac trzeba w zasadzie na bieżąco. Może być tak jak piszesz, że narzeczony autorki zmienił zdanie, ale nie wspomniała nigdzie, że wcześniej też nie chciał, stąd moje pytanie dlaczego to wychodzi teraz :)
Jesteśmy razem 6 lat, kiedy sie poznawaliśmy żadno z nas nie myślało o dzieciach. Jeszcze 2 lata temu nasze główne cele to korzystanie z dobrodziejstw życia, ale w 2024 roku w swięta Bożego Narodzenia mój facet oświadczył mi sie i powiedział do mnie że chciałby żebyśmy kolejne święta spędzili w trójkę i zaczął wyjaśniać, że czuje potrzebę bycia ojcem, mężem, mówił, że mamy ku temu idealne warunki, a jesteśmy coraz starsi. Przyjełam oswiadczyny, ale nie zaakceptowałam jego decyzji o dziecku. Myślałam, że skoro tak mu na mnie zależy to zaakceptuje moją wolę nieposiadania dzieci. Przez ostatni rok, wrócił kilka razy do tematu, ale uslyszał odemnie dokladnie to samo co za pierwszym razem. Ale niedawno dał mi ultimatum i od tamtego momentu czuję, że wszystko między nami zaczęło sie zmieniać. W międzyczasie ze łzami w oczach szukam sobie pokoju do wynajecia, ale te ceny mnie przerażają. Zostaje z niczym w wieku 33 lat, a on pewnie znajdzie sobie w krótkim czasie młodszą od siebie, zrobi jej dziecko i bede spotykała ich za jakiś czas pchajacych wózek, bo mieszkamy tylko w miescie powiatowym. Tak takie historie sie konczą.
Takie historie potrafią się kończyć jeszcze gorzej.. namówi cię na dziecko którego nie pokochasz a potem porzuci bo jednak stwierdzi że „to go przerasta.” I zostaniesz z dzieckiem sama, bez kasy, bez mieszkania. Co wtedy?
1 lutego wyprowadzam się na pokój, bo na wynajecie kawalerki mnie nie stać. Nie jest łatwo. Nie potrafię zaakceptowac swojej sytuacji, potworne uczucie. Jemu też nie jest łatwo, ma łzy w oczach, ale jest silniejszy niz ja. Miałam wszystko i nie mam nic. Przegrałam. Po prostu przegrałam.
Dzieciaku, przegrałaś bo nie inwestowałaś w siebie tylko w związek. Przegrałaś bo zaufałaś. Ale życie dalej się toczy i znowu możesz wygrać. Postaw się na nogi. Zacznij od podniesienia zarobków. Głowa do góry, walcz o siebie. Niejeden z nas był na dnie i dał radę się odbić, ty też to zrobisz.
Ja najzwyczajniej przywykłam do swojego wygodnego życia. Nie czułam potrzeby rozwoju, nie chciałam nawet, było mi wygodnie tak jak jest, do niedawna lubiałam to co robie, pasują mi godziny. O godz. 15 zamykam drzwi w miejscu pracy i zapominałam o niej. Nie przejmowałam sie finansami, on wszystko oplaca, nawet naszą dietę pudełkową, nie gotujemy. Ja nawet nie wiem jakie mamy rachunki. To co zarabiam mam dla siebie. Latamy na wakacje, zwiedzamy Polskę, imprezujemy w weekendy, mamy swoje pasje. Myślałam, że tak bedzie zawsze. On mówił, że mnie kocha, chociaż teraz zadaje sobie pytanie czy naprawdę mnie kocha, bo gdyby tak było zaakceptowałby moją decyzję o nieposiadaniu dzieci i nie wyrzucalby mnie z domu. Przeraża mnie przyszłosc, wiem, że muszę sie odnalezc, że musze coś zmienic, ale nie wiem jak i od czego zaczać. Przeraża mnie samotność, a jednoczesnie nie chce być z kimś byleby byc. Nie wiem czy znajde jeszcze kiedyś faceta ktory bedzie mnie traktował jak on to robił.
Wiesz, nie jest do końca tak, że przegrałaś. Przegrałabyś, gdybyś zrezygnowała z samej siebie dla spełnienia oczekiwań drugiej strony. I to mogłaby być przegrana dużo bardziej dotkliwa niż to, co czujesz teraz, choć rozumiem, że i teraz nie jest kolorowo. W Twojej sytuacji życie po prostu powiedziało "sprawdzam" i teraz jesteś tutaj.
Gdybym był Tobą, jak najszybciej usiadłbym do jakiegoś dziennika czy zeszytu czy pamiętnika czy czegokolwiek i po prostu spróbował wyciągnąć jak najwięcej wniosków z tego, co się stało. Zabrzmi to brutalnie, ale wygląda na to, że jedynym fundamentem, na którym stało Wasze życie był... Twój partner. On ogarniał wszystko, Ty nie miałaś żadnych obowiązków. Nie gotowałaś, nie dokładałaś się do budżetu, nic nie planowałaś, nie rozwijałaś się, nie wiem, był wózek, który on pchał, a Ty po prostu do niego wsiadłaś i cieszyłaś się jazdą.
To, że mówił, że Cię kocha, nie musiało wcale być kłamstwem. Miłość, nawet jeśli jest wielka, jest tylko jednym z elementów układanki. Ja też bardzo kocham jedną kobietę, której nie widziałem już z sześć lat, nie wiem nawet, czy wciąż o mnie pamięta. Nie mogliśmy być razem, bo nasze priorytety były skrajnie różne, tak jak w Waszym przypadku. I co? Też wielokrotnie mówiłem jej, że ją kocham i kocham ją nadal, nigdy jej nie zapomnę. A jednak musiało się stać tak, jak się stało, bo gdyby się nie stało, zniszczylibyśmy siebie nawzajem.
To nie jest kwestia tego, że ktoś kocha Cię za słabo, by zgodzić się na Twoje warunki, to tak jakbyś mówiła swojemu samochodowi, że gdyby mu zależało, to pojechałby na benzynie, mimo że wlałaś diesla. To nie jest kwestia chęci, zaangażowania itd. tylko fundamentalnej niezgodności, którą Twój partner dostrzegł i rozwiązał w prawidłowy sposób. Tak po prostu jest, może kochać Cię ponad wszystko, ale nie wygra z biologią.
Wiem, że czujesz się teraz źle, ale to minie. Musisz po prostu zacząć ogarniać swoje życie, krok po kroku.
@Judytaaaa Wielka zmiana przed Tobą i mam taką radę, żebyś ten czas traktowała jak żałobę. "Daj sobie czas", żałoba to nie tylko śmierć. To też strata np. nadziei.
Ten czas trwa około roku (muszą przejść święta, rocznice, pory roku typu: znow kwitną lipy itp).
Nie podejmuj ważnych decyzji w dużych emocjach.
Wybrałaś SIEBIE. Bądź dla siebie łagodna.
Dodatkowo, jak teraz znajdziesz kogoś nowego w Twoim wieku lub starszego, to jest mniejsza szansa na to, że zmieni zdanie w zakresie posiadania dzieci. Raczej takie zmiany zdania zdarzają się wcześniej. Tak jak już piszą wszyscy wyżej - spróbuj się skupić na swoim rozwoju i nawet jak znajdziesz kolejnego partnera, który będzie w stanie Cię nawet 100% utrzymać, wykorzystaj to, żeby się jak najwięcej rozwinąć i usamodzielnić. Jeśli się znowu przejedziesz, nie spadniesz z tak wysoka, a jeśli Wam wyjdzie, to poprawisz jeszcze Wasze warunki życia. Powodzenia i trzymaj się :)
Mam wrażenie, że najbardziej byłaś zakochana w swoim wygodnym życiu. Spadłaś z wygodnej poduszki księżniczki na półkę normalnie funkcjonującego człowieka i to Cie w tym wszystkim najbardziej boli. Znam trochę podobnych przypadków księżniczek i powiem Ci, że po początkowym szoku, okazało się, że całkiem nieźle sobie radzą i nie straszne im nawet samodzielne opłacanie rachunków ;)
Facet dobrze zrobił - mieliście inne priorytety, więc trzeba było się rozejść. Ty nie potrafiłaś podjąć decyzji, bo było Ci tak żyć wygodnie, więc on musiał dość drastycznie wyjąć Ci tą mięciutką poduszkę spod tyłka. Nie chcesz mieć dzieci, to nie miej. Nie jest powiedziane, że nie spotkasz już nikogo w swoim życiu, o takich poglądach. Ale na pewno dobrze Ci zrobi nauka samodzielnego i odpowiedzialnego życia.
Warto zauważyć, że ona zarabiając tę najniższą krajową czyli 3 511 na rękę miesięcznie i mając wszystko opłacone nie była w stanie nic zaoszczędzić przez rok.
Dlatego nigdy nie zrozumiem kobiet, które tak kompletnie zdają się na łaskę faceta.
Ale bądźmy szczerzy, nawet za najniższą krajową jesteś w stanie wynająć pokój i przeżyć. Bardzo budżetowo, ale się da. Może to ci da kopa żeby się wziąć za naukę czegoś pożytecznego.
Absolutnie nie miej dzieci jeśli nie chcesz ich mieć. Moja matka się poddała takiej presji i naprawdę byłoby dla wszystkich lepiej gdyby tego nie zrobiła...
Co chwila tu trafiają historie matek które poddały się takiej presji i nienawidzą swoich dzieci i swojego życia.
Dobrze facet zrobił! Kop w dupę aż będzie bolało przez lata! Miałaś chamie złoty róg! Tak chciałoby się rzec, ale dostałaś to na co zasłużyłaś. Bo przyjęłaś oświadczyny i powiedział Ci, że chciałby następne święta spędzać w trojke, ty byłaś na nie a mimo to przyjęłaś oświadczyny - zakłamana dziunia. Dwa chciałaś mieć ciastko i zjeść ciastko! Facet walił na rachunki, na dietę pudełkową bo pewnie byłaś tak leniwa, że nawet gotować się nie chciało. Zarabiałaś minimalną, to załóżmy płaciłaś połowę czynszu, nawet niech to będzie 700 zł. Trochę na kosmetyki, trochę ciuchów, może dojazd do pracy, to gdzieś ty debilko przewaliła reszte?! Nawet oszczędności nie porobiłaś leniwa buło
W punkt
Pierwszą ważną rzeczą jaką musisz zrobić to zacząć planować budżet, bo jak do tej pory nie masz oszczędności mimo, że miałaś wszystko opłacone, to coś czuję, że w połowie miesiąca nie będzesz miała na jedzenie. Druga sprawa to podniesienie kwalifikacji. Jak niechcesz utknąć w tym wynajmowanym pokoju, to musisz podnieść swoją wartość na rynku pracy. Trzecia to jeżeli masz teraz depresję (a piszesz o błędach w pracy, związanych ze stresem), masz prawo do L4. Lepiej tak niż by mieli Cię zwolnić przez niekompetencję.
Niestety postąpiłaś w sposób, którego nigdy nie będę w stanie zrozumieć - zdałaś się na łaskę i opiekę partnera (i to nawet nie męża - nie chodzi mi tu o aspekt światopoglądowy lecz prawny związany z zalegalizowaniem związku). Jak sama wyznałaś, brałaś za pewnik dotychczasowe życie w świecie, w którym powoli cokolwiek przestaje być pewnikiem. Apeluję do kobiet, nie dajmy się nigdy pozbawić własnej kariery, dochodów, majątku, bo opisana tutaj sytuacja jasno pokazuje, co się może stać, gdy sobie na to pozwolimy, a potem związek jednak się rozpadnie (dla jasności: nie zamierzam tu oceniać przyczyn rozpadu opisanego związku ani wskazywać winnych tej sytuacji).
Dziewczyno tu nie chodzi o zdawanie sie na łaskę faceta. Tylko zafajdane wygodnictwo autorki. Myślała, że nic nie musi i z hipokryzji przyjęła jego oświadczyny, bo by straciła WYGODNE życie. Chciała sie lekkim waflem w życiu przejechać, ale nie chłop miał lepsze plany, No skoro mu zależy na rodzinie, a ona miała to w tyłku, bo myślała, że mu przejdzie, ale nie… i nagle szok i pobite gary.