#8PiqD

Powoli zbliżam się do półmetka ciąży. Zaszłam w ciążę z moim chłopakiem, byliśmy wtedy razem ponad pół roku, ale znaliśmy się już kilka lat. Co prawda nie planowaliśmy dziecka w najbliższym czasie, ale reakcja chłopaka była bardzo pozytywna. Podszedł do tego zadaniowo i był dużo spokojniejszy ode mnie. Ja ucieszyłam się, że będziemy rodzicami i w sumie nadal się cieszę. Już dawno rozmawialiśmy o tym, że oboje w przyszłości chcemy mieć dzieci, ale ślub to już nieco inna bajka. Ja chyba jak większość kobiet marzę o pięknym ślubie, zwłaszcza że akurat sporo naszych znajomych teraz się żeni/wychodzi za mąż. Moja koleżanka zaręczyła się po 5 miesiącach związku, ślub był po pół roku. Mój chłopak już dawno powiedział mi, że ślub jak najbardziej, ale to na pewno po dłuższym czasie, dzieci można mieć szybciej. Ja nawet nie podejmowałam tematu, przecież nasz związek nie ma nawet roku. 

Sytuacja nieco zmieniła się, gdy pojawiła się ciąża. Mnie ten brak ślubu nie przeszkadzał, wręcz dużo osób odradzało planowanie go właśnie wtedy. Moja najbliższa rodzina jednak nie była zachwycona, mama przez dłuższy czas namawiała mnie na szybki ślub „dla dobra dziecka”. Lekko zdezorientowana i z szalejącymi hormonami delikatnie poruszyłam ten temat z chłopakiem. Skończyło się to wielką awanturą i moim płaczem. Chłopak był bardzo na nie, stwierdził, że to dla niego za duże zobowiązanie, że teraz musimy skupić się na dziecku. Co prawda dyskusje trwały kilka dni, ale w końcu uznałam, że ma rację. Chłopak stwierdził, że nie rozumie mojego podejścia, przecież planujemy ślub, ale po prostu nie w najbliższej przyszłości. 

Wszystko byłoby OK, gdybym nie podejrzała przypadkiem jego rozmowy z kumplem. Może to nie było w porządku, ale leżeliśmy w łóżku i chłopak tak trzymał telefon, że bez problemu można było zobaczyć ich konwersację. Kumpel, gdy dowiedział się o mojej ciąży, spytał, czy nie myśleliśmy o usunięciu. Chłopak napisał, że nie, że on nie widzi raczej problemu, przecież oboje pracujemy, mamy warunki. Kumpel spytał o ślub, więc chłopak napisał, że nie planuje i nie jest gotowy. 

To nieco kłóci się z tym, co mi mówił. Układa nam się super, ale ja stale boję się, że utknę w długoletnim związku, w którym o ślubie będę mogła sobie tylko pomarzyć.
Dobra, wiem, że hormony i te sprawy, ale pytanie o usunięcie ciąży sprawiło, że darzę kumpla mojego chłopaka niechęcią. I nie wiem, czy mi przejdzie.

#BWwSt

Miałem pacjentkę na oddziale – stwierdzona schizofrenia, przebywała na sali z inną kobietą z zespołem otępiennym. Był to czas Bożego Narodzenia. Wchodzę w nocy do sali i coś śmierdzi i śmierdzi, po sprawdzeniu wszystkich możliwości zapach wciąż pozostaje. Okazało się, że pani ze schizofrenią poczęstowała swoją kupą koleżankę, która to zjadła, uznając prezent za czekoladę. Na choince też znalazły się dodatkowe... brązowe bombki.

#CADYJ

Mam zamiar złożyć donos na własną matkę. Jest już staruszką, ale jej charakter nie zmienił się przez to na lepsze. Nigdy nie spędzamy z nią świąt Bożego Narodzenia – ona nie chce, bo wiąże się to z dawaniem prezentów, a ona jest chorobliwie chytra. Gdy do niej jadę, kupuję żywność, daję jej pieniądze na paliwo, jeśli mnie gdzieś podwozi i czasem parę złotych. Nie jest biedna, jest osobą majętną, w swoim środowisku jest postrzegana jako cudowna, dobrze sytuowana kobieta. Mimo to jeździ teraz na letnich oponach, mimo że ma zimowe, bo nie będzie płacić teraz i za parę miesięcy znów za wymianę opon. Argument o narażaniu życia swojego i innych do niej nie trafia.

Ostatnio gościłam w jednym z jej domów i dowiedziałam się, że szambo wypompowują za płotem. Byłam w szoku, próbowałam tłumaczyć, że tak nie  można, że niszczą  środowisko, ale kazano mi być cicho, bo oni nie będą płacić za wywóz i już. Ten dom położony jest na uboczu, wśród domków letniskowych. Samopoczucie pogorszył mi fakt, że woda w tym domu jest ze studni gruntowej, a ja kąpałam się w tej wodzie, myłam zęby itd.

Dowiem się, gdzie to zgłosić i to zrobię.

#gYySy

Gdy byłam mała, dziadek zawsze odbierał mnie z przedszkola i zawoził do swojego domu, gdzie czekała na mnie już babcia. Rodzice pracowali do późna, więc pół dnia spędzałam praktycznie z dziadkami. Pewnego pięknego dnia, gdy wróciłam z przedszkola, strasznie się nudziłam, aż w końcu znalazłam mały niebieski tamburyn do grania. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale założyłam ów instrument przez głowę na szyję i tak sobie biegałam, podskakiwałam i grałam.  Po kilku godzinach rzecz jasna znudziło mi się, więc próbuję ściągnąć to z szyi. Ciągnę i ciągnę, ale blaszki w tamburynie tak się poprzekręcały, że za cholerę tego nie ruszyłam. Co gorsza, dziadek, który tak usilnie chciał zdjąć ten tamburyn i ciągnął mnie za głowę, że nogi mi się odrywały od ziemi, też nic nie wskórał. Tak też dzień mijał, a ja zdążyłam już zjeść obiadek babci w tym cacku, potem myłam się w wanience, dalej radośnie brzdękając, oglądałam bajki, bawiłam się lalkami itp. 

Koniec widzę jak przez mgłę. Tata wraca z pracy i rozcina mi ten tamburyn małą piłą. Ja siedzę na stole roboczym w garażu i ryczę wniebogłosy, że chcę iść w nim jutro do przedszkola... Niestety dziś można już tylko z sentymentem spojrzeć na mój niebieski tamburyn, który leży rozcięty u dziadków w piwnicy :)

#UiPZ5

Zapewne wielu z was padło ofiarą odwiedzin świadków Jehowy. Ja i moi rodzice też. Dodatkowo my, podobnie jak nasi sąsiedzi, mamy przerąbane, gdyż mają oni swoją siedzibę tuż obok naszego osiedla, więc widok ich krążących po okolicy jest czymś normalnym. Parę lat temu był okres, że potrafili przychodzić co 2-3 dzień i zawracać głowę tą gadką o Bogu itp. Któregoś razu mój tata nie wytrzymał ich ponownej, trzeciej już w tym tygodniu wizyty i postanowił kontratakować. Dlatego też, gdy tylko znowu przyszli, to zamiast ich wyganiać, urządził im wykład z teologii. Nie pamiętam szczegółów ani tego, ile to trwało, ale wiem, że po tym wykładzie biedacy wyszli z naszej klatki schodowej z minami takimi, jakby zwątpili w swoje powołanie. Myśleliśmy, że mamy spokój, ale niestety nie. Jehowi przeprowadzili kontratak. Następnego dnia przyszedł do nas facet, starszy wiekiem, tytułował się profesorem. Przywitał się i od razu zabrał się do „nawracania” nas. Tata popatrzył na niego i urządził mu taki sam wykład jak tym, co odwiedzili nas poprzedniego dnia. Tym razem walka była znacznie dłuższa i ciut bardziej zacięta, ale tata wygrał, a facet opuścił naszą klatkę schodową z taka samą miną jak ci dzień wcześniej.

Od tamtego czasu mamy z nimi spokój. Chyba jesteśmy na ich czarnej liście, bo zawsze, gdy przychodzą nawracać mieszkańców naszego osiedla, nasze mieszkanie omijają szerokim łukiem.

#CDJvp

Parę lat temu zmarła moja prababcia – już mocno wiekowa, starsza kobitka, która przeżyła swoje dzieci (jej córka, a mama mojego taty, zmarła, mając 40 parę lat, a syn zmarł za młodu) i pamiętała czasy wojny. Niestety na starość trochę jej głowa zaczęła szwankować, paliła dokumenty, chodziła owinięta poduszkami i miała różne pomysły.
Bardzo chciała, by pochowano ją w peruce (nie posiadała żadnej, chciała mieć jakąś perukę), w konkretnej chuście i z jakąś książką (już nie pamiętam tytułu). Niestety po tym, jak zmarła, tata z wujkiem przez papierkowe sprawy zapomnieli o tych trzech rzeczach.

Po pogrzebie tacie i wujkowi śniła się chusta, peruka i książka, oraz wściekła do czerwoności prababcia. Po 2-3 tygodniach ciągłych sennych awantur, postanowili „dochować” w grobie prababci wymagane rzeczy.
Po tym sny ustąpiły.

Do tej pory zastanawiają się, czy to był jakiś zbieg okoliczności przez wyrzuty sumienia, czy może jednak duch prababki się zdenerwował.

#o1gSH

Od niespełna tygodnia leżę w szpitalu na patologii noworodka. Mały ma lekkie problemy ze zdrowiem, a ja z karmieniem. Biust jak donice, a nic nie leci... Mówią, że za bardzo się stresuję i to przez to.

W przerwie między okładami i masażami czytam anonimowe i komentarze pod wyznaniami. Właśnie przeczytałam jeden komentarz – ubaw po pachy, POKARM ZACZĄŁ LECIEĆ! Anonimowe uczą, bawią i leczą :D.

#Av1Zi

Mamy w pracy koleżankę. Cztery miesiące po przyjęciu do nas do pracy poszła na zwolnienie, bo miała zostać matką, no i lekarz nakazał, że w domu ma leżeć, bo stres. I tak poszło... Obecnie jest po trzecim macierzyńskim, z przerwami po 1-2 miesiące. Już wiadomo, że jest w czwartej ciąży i za dwa miechy znowu jej nie będzie. Zwolnić jej nie zwolnią, bo jest psiapsiółą swojej przełożonej, która stoi za nią murem. Nawet w okresach, gdy była w pracy nic praktycznie nie robiła – korpo informatyczne, w którym po roku nieobecności jesteś bezużyteczny, bo nie znasz procedur nowych, co się zmieniło itp.

Koleżanka siedzi na tym macierzyńskim, mieszkając z partnerem, który ma na nią zasądzone alimenty, ale nie płaci, bo oficjalnie nie pracuje, więc alimenty lecą z funduszu, a on robi na czarno. Ona w dodatku ma działalność gospodarczą (tak u nas w firmie jest, że trzeba mieć) i w międzyczasie robi na boku zlecenia, przy czym oficjalnie na fakturze ma jakieś śmieszne pieniądze, a pod stołem dostaje resztę, bo po co płacić podatek. Do tego pomoc z MOPS, 3 x 800+, alimenty. Żeby było zabawniej, jeszcze zwrot podatku. I nie wiem, czy nasz kochany rząd nakazał traktować matki jak święte krowy i nie ruszać, czy w skarbówce i ZUS-ie pracują ludzie, którzy wierzą, że oni tak na legalu jadą. W dodatku koleżanka ma firmę, która przynosi tylko straty, bo zaksięgowanych dochodów jest tyle, co kot napłakał, a wydatki są – gamingowy lapek + akcesoria za 6000 PLN, bo przecież facet nie będzie grał na byle czym, różny inny sprzęt elektroniczny wrzucany w koszta firmy.

A ty co? Jesteś singlem, nie masz dzieci, to płać ZUS, podatek dochodowy, z okazji działalności VAT, drugi ZUS...

Możecie nazwać mnie frustratem, bo tak, jestem sfrustrowany tą niesprawiedliwością. Dziecka nikomu nie zrobiłem, a jednak muszę płacić na takie osoby ALIMENTY – bo inaczej nie można nazwać kasy, która idzie na cały socjal takich osób z pieniędzy podatników (w tym z moich), którzy od państwa NIC nie mają. 

Jak ktoś nie wie, czemu to na anonimowe wrzucam – domyślcie się, jak by mnie zjechali w pracy, gdzie mamy kilka innych matek, gdybym się tak wypowiedział.

I tylko się zastanawiam: jakim cudem moja babcia za komuny wychowała sześć córek (w tym moją matkę), gdzie pomoc od państwa była śmiechu warta? A z dziadkiem zapierdalali w PGR-ze, a nie w pracy biurowej czy na „słuchawce”.

#sVsma

Przechodziłam ostatnio dosyć ciężką chorobę jelit, ciągnącą się miesiącami. Przyjemnie nie było – ciągła biegunka, bardzo bolesne skurcze, ból brzucha. Wykluczało mnie to praktycznie z normalnego życia – jak tu chodzić na wykłady, gdy nigdy nie wiem, czy za chwilę nie będę się zwijać z bólu na podłodze, mając nadzieję, że zdołam jakoś dotrzeć do łazienki? Gdy potrzebę natychmiastowego pójścia do toalety może wywołać nie tylko zjedzenie czegokolwiek, ale nawet parę łyków wody? Nie zaliczyłam semestru na studiach, musiałam zrezygnować z dorywczej pracy, którą naprawdę lubiłam. Leczyłam się, oczywiście, ale leczenie niewiele dawało – uspokajało się na chwilę, po czym wszystko wracało. Byłam tym wszystkim naprawdę przygnębiona i traciłam już powoli nadzieję, gdy w końcu jedna terapia (dosyć niekonwencjonalna) zadziałała! Z rosnącą nadzieją liczyłam dni, w których nie występowała bolesna biegunka. Dawno nie byłam tak szczęśliwa i powoli odzyskiwałam siłę. Co w tym szczególnego?

Od tej chwili nawiązałam, hmmm, jak by to nazwać, „szczególną więź” z moim kupskiem. Jestem tak dumna z mojego organizmu, że po wielu przegranych walkach w końcu pokonał choróbsko, że teraz za każdym razem, gdy udaję się do toalety z grubszą sprawą, jestem tak dumna z moich zdrowo pracujących jelit jak matka, której dziecko przyniosło piątkę z matmy. Za każdym razem spędzam chwilę, patrząc na moje „dzieło” i oceniając jego kolor, wielkość i zapach (robię to też, żeby upewnić się, że choroba nie wraca – oznaką tego byłby np. zielony kolor), a jeśli wszystko jest w porządku, rozczulam się i myślę sobie, że wreszcie mi się coś udało. Analizuję w myślach, ile czasu minęło od ostatniej wizyty w toalecie, co ostatnio zjadłam, jakie uczucia mi towarzyszyły przy załatwianiu się, czy nic mnie nie bolało – generalnie poświęcam temu więcej myśli niż moim osiągnięciom edukacyjnym ;D

Ostatnio udało mi się zrobić wyjątkowo dorodną dwójkę. Była duża, miała właściwy kolor i konsystencję, no po prostu żywe świadectwo zdrowo pracujących jelit, przeciwieństwo wszystkiego, z czym walczyłam przez ostatnie miesiące. Moja duma była tak wielka, że przez chwilę miałam szczerą ochotę sięgnąć po telefon i wysłać zdjęcie wszystkim znajomym, aby się pochwalić – niech wiedzą, jakie moje jelitka są dzielne!
Coś mi mówi, że dobrze, że zdołałam się powstrzymać, bo mogliby już nie być moimi znajomymi ;D

#cXfXs

Mój dziadek miał siostrę bliźniaczkę. Siostra wyszła za mąż, ale przez kilka lat nie mogła mieć dzieci. I stał się cud, bo kiedy moja babcia miała urodzić swoje kolejne dziecko (mojego tatę), dwa dni wcześniej ciotka urodziła córkę. Jedyną, co przy braku antykoncepcji w czasach powojennych mogło świadczyć jedynie o niemożliwości powtórnego zajścia w ciążę. W niedługim czasie ciotka mojego taty z mężem i córką wyjechali, dosyć daleko, ostatecznie trafili za granicę, a moja babcia urodziła jeszcze czwórkę dzieci.
Kuzynka taty odnalazła rodzinę po wielu latach, a co pierwsze rzuciło się w oczy, to jej ogromne podobieństwo do mojego taty. Po przeanalizowaniu kilku faktów tata doszedł do wniosku, że tak naprawdę to kuzynka może być jego siostrą bliźniaczką, „podarowaną” przez jego rodziców bezdzietnej ciotce... Poród był w domu, rejestracja dziecka była wtedy, gdy ktoś się zgłosił, data podana przez rodziców nie musiała być stuprocentowo prawdziwa. Niestety, wszystkie osoby, które mogłyby coś wiedzieć, już nie żyją, a na badania genetyczne zainteresowani nie mają ochoty, Zresztą nic by to nie zmieniło. Oboje mają po 70 lat, utrzymują kontakt dosyć sporadycznie.
A historia rozpala wyobraźnię.
Dodaj anonimowe wyznanie