#Jv3Il

Przeglądając pudła ze strychu, natrafiłam na moje zabawki z dzieciństwa. Ile było wspomnień, ile rozczulania się! Najbardziej mnie rozczuliła moja stara pozytywka-ptaszek. Kiedy tylko ją włączyłam, od razu mi się przypomniało, jak zasypiałam w łóżeczku, było ciepło i przyjemnie, ogółem dzieciństwo pełną parą. Wpadłam na genialny pomysł – może jak obudzę się w nocy i nie będę mogła zasnąć, to może włączę sobie tę pozytywkę? Umyłam ją, co prawda była już sfatygowana, lakier schodził, momentami się zacinała, a jedno oko ptaszka zostawało w połowie zamknięte, ale hej, liczyła się ta cudowna kołysanka.

Zmieniłam zdanie w nocy, kiedy obudził mnie dźwięk grającej kołysanki w zupełnej ciemności i obdrapany z lakieru ptaszek wpatrujący się we mnie jednym okiem.
Przez pół nocy nie mogłam zasnąć. Teraz jak słyszę tę melodię, dostaję małego zawału.

#6j7g7

Jestem kobietą i jestem na maksa obrzydliwa. Zaczynając od najmniejszych obrzydliwości, a kończąc na najgorszych:
- Obgryzam skórki przy paznokciach, a następnie zjadam je ze smakiem.
- Paznokcie także pożeram. Uwielbiam tę chrupkość w moich ustach.
- Zjadam swoje gile z nosa. Dla ciekawskich: są słone.
- Nie myję rąk po wyjściu z toalety. Nigdy.
- Sikam pod prysznicem. Mieszkam sama, więc dla mnie to nie problem, przynajmniej oszczędzam wodę.
- Podczas sikania zdarzało mi się wypić trochę swojego moczu. Dla ciekawskich: smakuje podobnie jak gile z nosa, tylko w formie płynnej.
- Z trzy razy w życiu po sporej ilości alkoholu połknęłam swoje wymiociny. Raz nawet wyleciało mi trochę z nosa. Piekło jak cholera.

Oprócz tego jestem wyjątkowo czystą i obiektywnie ładną kobietą. U mnie w mieszkaniu aż lśni. Nikt by mnie nawet nie podejrzewał o takie rzeczy. Pierwsi i zapewne ostatni dowiedzieliście się o tym wy.

Wiem doskonale, że to łaknienie spaczone i powinno to się leczyć, jednak nie potrafię iść do psychiatry i chwalić się wszem i wobec swoimi obrzydliwościami. Za bardzo się tego wstydzę, tym bardziej że w swoim mieście jestem dość szanowaną osobą. Dlatego swoje sekrety zabiorę ze sobą do grobu.

#aJIAF

Kocham bałagan. Ale taki prawdziwy, a nie taki, który ma koleżanka, która nam otwiera drzwi, mówiąc: „Wybacz ten bałagan”, a okazuje się, że polega on na jednym kubku w zlewie. Jestem mistrzem w robieniu syfu, a porządek mnie irytuje. Zawsze gdy się zbiorę i posprzątam, to po godzinie jest znów to samo, bo nic znaleźć nie mogę. Odkąd mój mąż wyjechał za granicę (ja pracuję w domu), to nawet nie zawracam sobie głowy sprzątaniem. Przy biurku mam parapet, zawsze stoją na nim minimum trzy kubki i talerze z całego dnia. Wynoszenie ich po każdym posiłku jest dla mnie stratą czasu, gdy mogę całą stertę wynieść pod wieczór i zamiast pięciu kursów robię jeden. Ubrania? Czyste do szafy, raz chodzone leżą koło łóżka na dywanie i czekają na ponowne założenie. Kable? Pięknie rozwalone pod całym biurkiem. Dokumenty do pracy? Na biurku, na parapecie, na szafce, na podłodze, co najśmieszniejsze, wiem, w którym miejscu, gdzie i co leży. Butelki po napojach? Obok śmietnika pod biurkiem czekają na swój dzień, czyli aż zbierze się minimum cztery. Okna? Myte dwa razy do roku, chyba że już naprawdę mi przeszkadza warstwa brudu. Na blacie w kuchni mam rozwalone wszystko z całego dnia i dopiero przed snem to wkładam do zmywarki. Jedyne co robię regularnie, to wyrzucanie śmieci. Jestem zupełnym przeciwieństwem mojej teściowej, która po każdym gotowaniu szoruje kuchenkę, a ja zachodzę w głowę po co. Przecież zaraz znów coś będzie smażyć, znów gotować i będzie syf, nie lepiej raz, a porządnie wieczorem niż pięćdziesiąt razy dziennie?
Mam szczęście, że teściowa do nas nie wpada, gdy męża nie ma, bo chyba bym musiała dzwonić po karetkę.

Mąż wraca za miesiąc, więc już powoli żegnam się ze swoim syfem i z niecierpliwością będę czekać, aż znów pojedzie i nie będę musiała udawać, że kolekcja kubków na parapecie mi przeszkadza.

PS W domu robaków nie mam, nic nie pleśnieje, nie śmierdzi, a podłoga się nie klei (lecz to ostatnie to akurat kwestia mojego geniuszu, pod wpływem którego kupiłam robota sprzątającego) :D

#YyGWi

Miałem około 4 lat i jak każde dziecko pragnąłem jak najszybciej dorosnąć. Wielokrotnie widziałem mojego ojca golącego kilkudniowy zarost. Uznałem więc, że jest to oznaka dorosłości i aby zostać mężczyzną, również muszę zacząć się golić. Ale jak? Przecież nie mam brody ani wąsów...
Po chwili namysłu (i poszukiwań maszynki taty) stanąłem przed lustrem i kilkoma ruchami ogoliłem sobie brwi.

#nTUjL

Za dzieciaka bardziej odpowiadało mi towarzystwo chłopców. Kiedyś byłam u koleżanki mojej mamy na caaalutki dzień, miała o rok młodszego ode mnie syna (mieliśmy wtedy mniej więcej po 10-11 lat), ależ to była frajda! Wygłupialiśmy się, łaziliśmy po drzewach, były wakacje, więc cały dzionek spędziliśmy na dworze. 

Niestety, jak to zazwyczaj bywa, pomysły się wyczerpały. Hmmm... co by tu teraz porobić? Nagle oboje spojrzeliśmy na stary, ogrodniczy, metalowy wózek, koła ledwo się trzymały, ale ważne, że dało radę się w nim wozić! Wywlekliśmy go na uliczkę (bardzo rzadko jeździły tędy samochody, a że był położony dość nowy asfalt, super się śmigało). Najpierw ja woziłam kolegę, drąc przy tym gębę. Teraz moja kolej! Usadowiłam się w wózku i nagle kolega krzyknął: „Trzymaj się mocno! Pokażę ci iskry!”. WOOOOW, SUPER, DAWAAAJ! Wziął rozpęd i puścił ciężką rączkę wózka na asfalt, i faktycznie, były iskry, i było super zabawnie, dopóki wózek nie najechał na kamień i nie zrobił kilka fikołków ze mną w środku. Dodatkowo dostałam ramą od wózka po paluchach, tak że trzy palce były dosłownie zmasakrowane. Z płaczem udaliśmy się do domu, ja z całą zakrwawioną ręką, kolega przerażony.

Ale jak palce się zagoiły, to mieliśmy jeszcze lepsze pomysły!

#ub1i1

Ostatnio spotkałem się z kilkoma wyznaniami o tym, jaka to zła służba zdrowia w Polsce. Tu wstawię coś od siebie.

Jakiś czas temu trafiłem do szpitala, bo byłem pocięty szkłem. Czekałem na wejście jakieś 2h i nie mam tego nikomu za złe. Wiecie dlaczego? Bo widziałem, jak pani chirurg, jedyna dostępna w szpitalu, miała tonę papierkowej roboty do wykonania i pacjentów z poważniejszymi urazami. Ale najgorsi w tym wszystkim byli Janusze – rodzice, których dzieci bolała głowa. Co 5 minut przychodzili i walili w drzwi, żeby przypomnieć, jakie to ich dziecko biedne.

Błagam was. Wiem, że to nie zawsze proste, ale bądźcie choć trochę wyrozumiali i pamiętajcie, że po prostu lekarze czasami nie mają jak wam szybko pomóc.

#2tbRr

Pewnego razu rozbolał mnie żołądek. Zaparzyłam więc sobie miętę. Jak wiadomo, aby mięta się dobrze zaparzyła, należy ją odstawić na parę minut zalaną wrzątkiem.
Zaczęłam więc sprzątać. 
Po pewnym czasie wróciłam po kubek. Byłam zdziwiona, że połowy zawartości nie ma. Pomyślałam, że to pewnie wiek robi swoje i po prostu nie pamiętam, że tyle już wypiłam, więc dokończyłam resztę wywaru.

Kilka dni temu znów zaparzyłam miętę. Przychodzę, a tu moja wspaniała kotka miała właśnie pół ryjka zanurzonego w moim kubku. Kiedy już nie mogła sięgnąć pyszczkiem, zamoczyła w kubku swoją łapkę i ją oblizywała...

Wtedy zorientowałam się, iż poprzednim razem ja to dopiłam :(

#J1G6F

Z serii: polska służba zdrowia.
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu. W owym czasie leżałem na jednym z oddziałów szpitalnych (nazwy nie podaję, by ktoś nie skojarzył). Jako że był to oddział dziecięcy, to po 2, może 3 dzieciakach w wieku około 10 lat do mojego pokoju trafiła dwójka chłopaków w wieku 15-16 lat, czyli mniej więcej tyle, ile ja wtedy miałem. Wszystko fajnie, rano badania, wieczorem wpierdzielanie niezdrowego żarcia i oglądanie filmów. Nie ma co, zakumplowaliśmy się dość szybko. Ale nadszedł dzień wypisu, w tym dniu szpital opuścić miała cała nasza trójka. Miała, ale tak się nie stało. Cały oddział stanął na nogi ze względu na naszego kolegę. Czekanie na lekarzy. Potwierdzanie wyników. Przeniesienie go do izolatki, a nas wyrzucenie z pokoju i odkażanie. Nawet nie pozwolono nam się z nim pożegnać. Tylko że do końca nie powiedziano nam, o co tak właściwie chodzi.
Jakiś czas później do niego napisałem, dowiedziałem się, że leży już w innym szpitalu.
Diagnoza: Gruźlica.

Zachorowałem. I pewnie gdyby nie fakt, że wiedziałem, jak chłopak się nazywa, to dowiedziałbym się o tym za późno. Bo w szpitalu nikt nie raczył nam o tym powiedzieć.
Dodaj anonimowe wyznanie