Zapewne wielu z was padło ofiarą odwiedzin świadków Jehowy. Ja i moi rodzice też. Dodatkowo my, podobnie jak nasi sąsiedzi, mamy przerąbane, gdyż mają oni swoją siedzibę tuż obok naszego osiedla, więc widok ich krążących po okolicy jest czymś normalnym. Parę lat temu był okres, że potrafili przychodzić co 2-3 dzień i zawracać głowę tą gadką o Bogu itp. Któregoś razu mój tata nie wytrzymał ich ponownej, trzeciej już w tym tygodniu wizyty i postanowił kontratakować. Dlatego też, gdy tylko znowu przyszli, to zamiast ich wyganiać, urządził im wykład z teologii. Nie pamiętam szczegółów ani tego, ile to trwało, ale wiem, że po tym wykładzie biedacy wyszli z naszej klatki schodowej z minami takimi, jakby zwątpili w swoje powołanie. Myśleliśmy, że mamy spokój, ale niestety nie. Jehowi przeprowadzili kontratak. Następnego dnia przyszedł do nas facet, starszy wiekiem, tytułował się profesorem. Przywitał się i od razu zabrał się do „nawracania” nas. Tata popatrzył na niego i urządził mu taki sam wykład jak tym, co odwiedzili nas poprzedniego dnia. Tym razem walka była znacznie dłuższa i ciut bardziej zacięta, ale tata wygrał, a facet opuścił naszą klatkę schodową z taka samą miną jak ci dzień wcześniej.
Od tamtego czasu mamy z nimi spokój. Chyba jesteśmy na ich czarnej liście, bo zawsze, gdy przychodzą nawracać mieszkańców naszego osiedla, nasze mieszkanie omijają szerokim łukiem.
Dodaj anonimowe wyznanie
Potrafią być natrętni, ale nikogo już siłę "nie nawracają". Na ogół grzecznie pytają czy mogą zająć czas i przedstawiają temat.
Ja ich nie zniechęcałem nawet jak po nocce otwierałem w samych bokserkach.
Był okres, że przychodzili z młodymi/ładnymi kobietkami. Zrozumiałem, że to miał być jakiś wabik.
Z czasem przestali przychodzić.
Sam słucham black metalu, może zdarzyło im się podsłyczeć i to ich zniechęciło? Nie wiem, może.