#gYySy

Gdy byłam mała, dziadek zawsze odbierał mnie z przedszkola i zawoził do swojego domu, gdzie czekała na mnie już babcia. Rodzice pracowali do późna, więc pół dnia spędzałam praktycznie z dziadkami. Pewnego pięknego dnia, gdy wróciłam z przedszkola, strasznie się nudziłam, aż w końcu znalazłam mały niebieski tamburyn do grania. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale założyłam ów instrument przez głowę na szyję i tak sobie biegałam, podskakiwałam i grałam.  Po kilku godzinach rzecz jasna znudziło mi się, więc próbuję ściągnąć to z szyi. Ciągnę i ciągnę, ale blaszki w tamburynie tak się poprzekręcały, że za cholerę tego nie ruszyłam. Co gorsza, dziadek, który tak usilnie chciał zdjąć ten tamburyn i ciągnął mnie za głowę, że nogi mi się odrywały od ziemi, też nic nie wskórał. Tak też dzień mijał, a ja zdążyłam już zjeść obiadek babci w tym cacku, potem myłam się w wanience, dalej radośnie brzdękając, oglądałam bajki, bawiłam się lalkami itp. 

Koniec widzę jak przez mgłę. Tata wraca z pracy i rozcina mi ten tamburyn małą piłą. Ja siedzę na stole roboczym w garażu i ryczę wniebogłosy, że chcę iść w nim jutro do przedszkola... Niestety dziś można już tylko z sentymentem spojrzeć na mój niebieski tamburyn, który leży rozcięty u dziadków w piwnicy :)
Dodaj anonimowe wyznanie