Jestem dorosłą kobietą. Od wielu lat rok w rok wysyłam mojemu znajomemu życzenia urodzinowe. Poza tym jednym dniem w roku nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Robię to po to, by nigdy o mnie nie zapomniał. Przez to właśnie wszystkie moje dotychczasowe związki nie były przeze mnie brane na poważnie. Nie jestem w stanie zaangażować się w pełni w relację z żadnym facetem. Mam wrażenie, że nikt z moich przyjaciół czy członków rodziny nie jest dla mnie tak ważny, jak właśnie ten jeden człowiek.
To wciąż nieodwzajemniona miłość czy już choroba psychiczna?
38. tydzień ciąży, dwa tygodnie przed wyznaczonym terminem porodu. Siedzę w domu, wypoczywam i słyszę dzwonek telefonu. Odbieram, a tam przerażony głos kolegi z pracy mojego męża informuje mnie, że mój partner miał ciężki wypadek, karetka go w stanie ciężkim zabrała do szpitala. Cała się trzęsąc, ledwo mówiąc przez łzy, dzwonię po taksówkę. Po dojeździe wpadam na SOR z nadzieją na jakieś informacje, a tu widzę uśmiechniętego męża z kolegą, stoją i gadają.
Nie da się opisać uczuć, jakie wtedy we mnie siedziały, jednocześnie chciałam rzucić się mu na szyję i wyściskać, że żyje, a z drugiej miałam ochotę jednocześnie go w tym uścisku udusić. Co się okazało? Mój mądry inaczej mąż wyczytał w internecie, że nasze dziecko już bezpiecznie może się urodzić, doczytał też, że podczas silnego stresu mogę zacząć rodzić. Więc wykombinował sobie, że on mnie wystraszy, ja zacznę rodzić i nasz synek urodzi się idealnie w pewien ważny dla niego dzień...
Nie udało się, dziecko urodziło się po terminie.
PS Mężowi wybaczyłam. Idiota, ale i tak go kocham. Później przepraszał mnie za swój głupi pomysł jeszcze długie tygodnie.
Wydaje mi się, że jestem introwertykiem. Niby nic specjalnego, duża część społeczeństwa tak ma, ale jednak czuję, że inni ludzie z tego powodu mnie oceniają. Lubię samotność, lubię być sama, chociaż też nie mam nic przeciwko przebywaniu z innymi ludźmi. Ale kiedy stoję w grupie znajomych, zupełnie nie wyczuwam ich klimatu. Sytuacja sprzed tygodnia – koleżanka ma urodziny, ludzie składają jej życzenia i śpiewają, a ja tylko stoję jak ten bałwan. Oczywiście, też złożyłam jej życzenia, ale później, nie potrafię tak po prostu wyjść na środek i śpiewać i tańczyć z innymi. Nie czuję potrzeby wychodzenia ze znajomymi na dwór. Nie lubię też robić zdjęć z innymi ludźmi. Czasami czuję się zupełnie aspołecznie.
Swojego partnera poznałam w wieku 16 lat, jesteśmy ze sobą od ośmiu lat. Niedawno oświadczył mi się, a ja oczywiście go przyjęłam. Bardzo się kochamy, mieszkamy razem, wszystko się układa. Jest tylko jeden problem, na dodatek ze mną – chciałabym się jeszcze wyszumieć. Oczywiście, chodziłam sama na imprezy z koleżankami, ale nigdy nie posunęłam się dalej niż taniec. Nie chcę zdradzać swojego faceta, ale przed ślubem, związaniem się na zawsze z jednym mężczyzną, chciałabym jakiegoś romansu, niepewności, motyli w brzuchu. Czegoś, co nie jest stałe, pewne tak jak mój narzeczony. Bardzo wcześnie zaczęłam ten związek, nie zdając sobie sprawy, że to jest ten jedyny. Myślałam, że to krótki związek, podobny do tych, które miały moje koleżanki. Liczyłam na to, że będę mogła przez jakiś czas mieszkać sama, decydować tylko o sobie, nie myśleć o drugim człowieku.
Przed ślubem chciałabym po prostu jednego skoku w bok. Jednej, jedynej nocy na spełnienie marzeń czy pragnień i wrócenia do swojego życia pełnego miłości. Wiem, że nigdy się nie odważę. Jeśli to by wyszło (a kłamstwa zawsze wychodzą na jaw), nie wybaczyłabym sobie. Nie chcę stracić ukochanego, pragnę już rodziny, dzieci, spokojnego życia, a z drugiej strony wiem, że potrzebuję tego ekscesu, sprawdzenia, jak to jest.
Moja matka jest Amerykanką, ale mieszka z nami w Polsce (mam ojca Polaka).
Do właściwej części. Jak byłam młodsza, to bardzo lubiłam studiować morderców. Akurat jak miałam jakieś 15 lat, miałam okazję zrobić projekt na temat jednego z nich. Wywiesiłam jego zdjęcia w całym pokoju, popodpisywałam tak, żeby później kojarzyły mi się do prezentacji. Rodzice nie mieli z tym problemu, bo ojciec nawet nie wiedział, kim on był, a matka stwierdziła, że to też element amerykańskiej kultury.
Tak się złożyło, że jakaś daleka rodzina matki akurat chciała przyjechać, bo robiła sobie „tour po Europie”, a że akurat w Polsce jest rodzina (bardzo daleka), to postanowili zostać na dłużej. Moja mama bardzo słabo ich kojarzyła, nawet nie z nazwiska, tylko z imion. Nawet nie bardzo chciała, żeby przyjechali.
Kiedy w końcu przyjechali, okazało się, że mają córkę, trochę młodszą ode mnie. Starsi poszli rozmawiać przy kawie, a ja z tą dziewczynką poszłyśmy się pobawić. Zapomniałam schować tych zdjęć, ale stwierdziłam, że skoro ona ma 9-11 lat, to i tak nie domyśli się kto to. A nawet pewnie doceni, że interesuje się ich kulturą. Kiedy weszliśmy i ona zobaczyła zdjęcia samego kryminalisty i jego ofiar (ich też chciałam zapamiętać), to jakoś tak zbladła, zawołała rodziców. Przyszli, zareagowali tak samo. Ciotka poczerwieniała, wujek szybko wyszedł i opuścili mój pokój. W ogóle nie rozumiałam, o co chodzi.
Dopiero jak już wyszli, mama powiedziała mi, co rzucili na do widzenia. Byli rodziną pierwszej ofiary mojego mordercy...
PS: Projektu nie przedstawiłam.
Nie wiem, jak radzić sobie z uczuciem mokrości w majtkach. Szczególnie podczas jajeczkowania to jest jakiś koszmar, wkładki muszę wymieniać co godzinę. Ginekolog powiedział, że mój przyszły chłopak będzie zadowolony, ale przepraszam bardzo – z czego? Ja tu nie widzę powodu do radości. Raczej wolałabym założyć stringi albo w ogóle bez majtek iść, ale nie mogę.
Nie lubię tego uczucia. I nie lubię też tego, że czuję się wtedy niekomfortowo, zwłaszcza jak jestem na plaży albo jak jest 30 stopni upału. Masakra.
Trzecia klasa szkoły średniej, miałem wtedy 17 lat.
Lekcje matematyki mieliśmy rzadko, bo nasza nauczycielka była również dyrektorką. Okazało się, że jesteśmy już sporo w plecy z materiałem, więc wzięła zastępstwo za jakiś inny przedmiot i chciała z nami nadrobić materiał przez dwie godziny z rzędu.
Była fajną, zadbaną kobietą po 40. Czasami wyglądała na przemęczoną, zestresowaną, ale zawsze miała w sobie urok i kobiecość.
Lekcja leciała jak krew z nosa, a ja bardziej skupiałem się na tyłku nauczycielki niż na tym, co pisała na tablicy. Cóż, taki wiek, hormony buzowały...
W pewnym momencie, zauważywszy, że odpływam myślami, wzięła mnie do tablicy. Pomagała mi rozwiązać zadanie, podpowiadała. W jej spojrzeniu było coś zalotnego, kokietującego. W pewnym momencie wzięła ode mnie kredę i stojąc bardzo blisko mnie, zaczęła rozwiązywać zadanie za mnie, przytulając się piersiami do mojego ramienia. Trwało to 10, może 15 sekund i akurat dziwnym trafem przez cały ten czas jej piersi napierały na moje ramię raz mocniej, raz trochę słabiej. Z perspektywy pozostałych osób w klasie musiało to wyglądać naturalnie – ot, nauczycielka tłumaczy coś nieuważnemu uczniowi, może stoi trochę blisko niego, ale pewnie dlatego, że chce, żeby lepiej dotarło do jego pustego łba...
Kiedy rozwiązała do końca zadanie, kazała mi usiąść z powrotem w ławce i wróciła do pisania równań na tablicy. Wtedy zwróciłem uwagę, że chyba zauważyła, że wpatruję się w jej tyłek (miała obcisłe spodnie, takie jakby dzwony opinające pośladki). Może widziała już wcześniej i stąd takie zachowanie przy tablicy?
Pewnie spodziewaliście się czegoś więcej po tym wyzwaniu, ale po prostu nie wyrobiwszy napięcia, podniosłem rękę i spytałem, czy mogę wyjść do toalety. Męska toaleta była naprzeciwko sali, doszedłem dosłownie w 15 sekund, po czym umyłem ręce i jak gdyby nigdy nic wróciłem na lekcję. Był to jedyny raz, kiedy zrobiłem to w szkole.
Nauczycielka w późniejszych miesiącach jeszcze parę razy patrzyła się na mnie dość kokieteryjnie, ale nigdy nie miałem dość jaj, żeby cokolwiek z tym zrobić. No bo w sumie nie było chyba niczego, co mogłem zrobić. Szkoda...
Kiedy byłem w podstawówce, do mnie i mojego kumpla przyczepił się taki nielubiany przez nikogo typ. Zaciskaliśmy zęby, ale jakoś znosiliśmy jego towarzystwo. Gdy na jakimś wyjeździe chciał ze mną usiąść w autobusie, wypaliłem w końcu, żeby się odczepił, bo wcale go nie lubię. Pamiętam jego łzy.
Ta historia ma 20 lat, a jednak ciągle mnie prześladuje. Dlaczego? Ożeniłem się z kobietą, która była prześladowana w szkole. Wciąż ponosi tego konsekwencje – brak jej pewności siebie itp., a ja czuję się jak jej oprawca, bo zrobiłem coś podobnego komuś innemu.
Jechałam w autobusie z trzema osobami, jedną z nich była kobieta z dzieckiem w wózku, ogólnie cały autobus puściutki. Co ważne, kobieta siedziała na miejscu zaraz obok miejsca na wózki, tak że spokojnie mogła siedzieć i trzymać przez barierkę wózek.
Na pewnym przystanku wsiadają dwie dyskutujące babcinki. Jedna z nich podeszła do wyżej wymienionej kobiety i żądała, aby ustąpiono jej tego oto właśnie miejsca. Matka jednak nie ustąpiła, powiedziała, że ma jeszcze sporo drogi przed sobą, a to jedyne miejsce, na którym może siedzieć i mieć przy sobie dziecko, a starsza pani ma wiele innych wolnych miejsc. W zamian za to została zwyzywana na cały autobus od najgorszych.
Na szczęście kierowca w porę zareagował i powiedział przez specjalne urządzenie (tak że słychać było w całym autobusie), że jeżeli babcia się nie uspokoi, to zostanie wyproszona z pojazdu.
Czy te sytuacje zdają się być chore tylko dla mnie? 😑
Od przedszkola interesowałem się maszynami, np. koparkami, śmieciarkami itd., jak to mały chłopiec w mieście. Potem przeprowadziłem się na wieś, na której mieszkam już 12 rok. Na wsi wiadomo, ciągniki. Zawsze z podziwem patrzyłem na rolników, gdy śmigali swoim sprzętem. Od zawsze kręciło mnie rolnictwo, gdy ciocia czy wujek pytali, kim chcę być w przyszłości, mówiłem, że rolnikiem. W wieku 16 lat zacząłem pracować dorywczo w dużym gospodarstwie, niestety tylko praca fizyczna. Rok później pracowałem w kolejnym nowoczesnym gospodarstwie (roboty i te sprawy). Teraz przed maturą zrobiłem prawko na ciągnik i wożę się jak pan po wsiach i widzę małe dzieciaki, które patrzą na mnie tak jak ja na innych przed kilkunastoma latami. Zawsze byłem wyśmiewany za moje hobby, bałem się do niego przyznać, teraz się nie boję i przyszłość wiążę ze studiami rolniczymi. Kumple czasem śmieją się ze mnie, że jestem wieśniak, bo lubię sobie walnąć parę piwek, jestem dość prostym i uczuciowym człowiekiem i wiele do szczęścia mi nie potrzeba. Gdy oni idą na imprezę, ja wieczorem wracam z pracy, cały od krowiego gówna, jednak kocham tę robotę i marzę o takim życiu.
Wiecie co? Na swoim przykładzie osobiście uważam, że marzenia jednak się spełniają i można je osiągnąć ciężką pracą. Dlatego jeśli masz swoje marzenia, to walcz o nie i nie patrz na innych, bo musisz sam swoim życiem pokierować.
Dodaj anonimowe wyznanie