#oBXfA

Ostatnimi czasy zacząłem uprawiać więcej sportu, wszyscy myślą że robię to dla zdrowia i lepszej sylwetki. Tak naprawdę po obejrzeniu Zombilandu i graniu w Dying light uznałem, że podczas zombi apokalipsy jako grubas szybko zginę. Mam 28 lat i to jest moja dojrzała motywacja do zmian...

#NYixO

Byłem na minimum 30 rozmowach o pracę. Niektóre z nich trwały nawet do 50 minut, jednak zawsze przebiegały w atmosferze luźnej rozmowy. Żadnego stresu, żadnych problemów w nawiązaniu kontaktu z rozmówcą.

Aż do dzisiaj.

Siedziałem na zapleczu starego, brudnego warzywniaka.
Dookoła kręciły się typowe Grażyny trzykrotnie starsze ode mnie.
Sklep znajdował się 40 minut drogi od mojego domu (o lokalizacji w ogłoszeniu nie wspomniano).
Dowiedziałem się, że pensja ma wynieść 1700 na rękę.
Brak elastycznego grafiku.
Po czym usłyszałem pytanie "Dlaczego chce pan akurat u nas pracować?".
Zatkało mnie zupełnie, nie byłem w stanie wydusić chociaż słowa.
Siedziałem przed dłuższy moment w ciszy, po czym podziękowałem i wyszedłem.

#nWXM8

Jestem młodą dorosłą, a moja mama jest w średnim wieku. Co tu anonimowego?
To, że faceci częściej podrywają ją. Jest piękna. Mówią to nawet moi znajomi, w tym koleżanki, niepytane. Faceci zaczepiają ją w sklepie i na ulicy, młodzi i starsi, wszyscy. Ona z tego nie korzysta.

Pomimo swojego wieku wygląda na 30 parę lat i ludzie biorą nas za siostry lub koleżanki. W dodatku jest żywotna i ekstrawertyczna. Ludzie do niej lgną. Ja niby nie wyglądam źle, mam dosyć toporne rysy twarzy, jak osoba z dalekiego i surowego klimatu, pochodząca w części od Azjatów, ale czasem słyszę od ludzi, że jestem ładna. Kilka osób powiedziało, że piękna.

Trochę szkoda, że nie jestem do niej bardziej podobna, ale zawsze cieszę się, gdy ludzie ją doceniają i zauważają. Cieszy mnie każdy pozytywny komentarz na jej temat, zupełnie jakbym słuchała o swoim dziecku (choć ich nie mam).

#nBtQ6

Urodziłam się jeszcze za komuny, ale jej nie pamiętam. Z opowiadań rodziców wiem jak było, a teraz nagle pojawia się modą na komunizm, zwłaszcza w Ameryce o tym mówią. O tym jak coś jest "wspólne" jest niczyje dowiedziałam się niedawno na własnej skórze.

Mini wstęp. Mieszkam za granicą i naturalnie mieszkam w dużym domu, w którym każda rodzina ma swój pokój z łazienką, są dwie wspólne kuchnie i jeden duży pokój "wypoczynkowy". Dzięki takim warunkom mogę wynająć dom za połowę ceny, tylko jestem na etapie szukania domu. Było spoko, bo było dużo zabawek "niczyich" czyli poprzedni lokatorzy zostawili i moje dziecko korzystało z takich zabawek. Oczywiście ma swoje, ale nie mamy tyle miejsca aby kupować co chwilę nowe.

Dzieci innych rodzin też się bawiły, aż pojawiła się nowa rodzina. Ich dziecko i oni wszystko niszczą. Część rzeczy jest podpisana i należy do organizacji, która jest właścicielem domu, ale duża część nie ma tej naklejki/podpisu.

Zabawki powoli były niszczone. Samochodziki połamane, krzesełka dla dzieci - połamane. "Śnieżna kula" taka, którą się potrząśnie i w wodzie wirują płatki - rozebrana, brokat był wszędzie. Co ja się przejmuję - nie moje zabawki, nie moja sprawa. Tylko oni tego potem nie sprzątają. Kawałki plastiku walają się po podłodze, zatyczki od flamastrów i flamastry - walą się po podłodze. Dwie dorosłe kobiety, nie pracują, ich dziecko ma 7 lat, więc nie jest niemowlakiem i nie trzeba się cały czas opiekować, mają czas, a syfią i nie sprzątają po sobie... Wszystko w myśl zasady: "nie moje, wspólne, niczyje".

To jest komuna. "Wspólne" czyli "nie moje" czyli można rozwalić, zniszczyć i nie posprzątać... Wszyscy wiedzą, że to oni tak syfią, a oni kłamią i mówią, że to inni. Skargi nic nie dają, bo przecież nie niszczą własności organizacji, tylko rzeczy "niczyje", a poza tym nie ma dowodów, że to oni.

Na szczęście miejsce, w którym jestem to tymczasowa akomodacja, dla ludzi szukających domu (tak łatwiej "dostać" taki za połowę ceny).

#Dl3rw

Toksyczne związki... wiele już na ten temat tutaj czytałam. A co jeśli dwie osoby w związku są toksyczne?

Mój związek chyba właśnie taki jest.


Kilka słów o mnie: chorobliwie zazdrosna, kontroluję na bieżąco jego portale społecznościowe, wszystkie lajki, jak tylko widzę, że polubił zdjęcie ładniejszej ode mnie kobiety, mam spieprzony cały tydzień. Rozmawia dłużej niż zwykle z koleżanką? Wrócimy do domu, to będzie miał pogadankę, uśmiechnął się do byłej? Pewnie nadal coś do niej czuje. Zrobiłam coś nie tak, i jest na mnie zły? No to będę płakać, nie pomaga? Zacznę robić z siebie ofiarę, ponarzekam na ciężkie dzieciństwo, czasem sama siebie okaleczam.



A teraz kilka słów o nim: pali zioło, pali dużo zioła, nie ma przez to pieniędzy, przez co sama mu na to zioło daje, jak się wkurzy to potrafi się godzinami nie odzywać, jak coś pójdzie nie po jego myśli jest podobnie i dla świętego spokoju zwykle odpuszczam. Mimo, że ma prawie 30 lat, nadal żyje jak nastolatek, jak mu się nie chce to nie idzie do pracy, wolny czas spędza przed komputerem i sobie gra. Nie sprząta, nie gotuje, nie robi prania, w ogóle mi nie pomaga w domu. Wszystko robię sama.
Kiedyś zwiedzałam świat, miałam sporo oszczędności, teraz nie mam nic i nigdzie nie jeżdżę.
Kochany się, i jak nie ma żadnych niesnasek między nami jest dobrze, pięknie i cudownie. To mój pierwszy tak długi i poważny związek (3 lata), więc może tak ma być? Może właśnie tak wygląda dorosłe życie?

#XWFay

Nikomu się chyba nie przyznam, co było prawdziwym powodem mojej emigracji. Bo tym co ostatecznie przeważyło szalę nie były ani znacznie gorsze zarobki, ani problemy z leczeniem, ani brak nauczycieli w lokalnej podstawówce, choć przyznaję, że wpływ miało, ale ostatecznym impulsem było to, że przestało mi się chcieć udowadniać, że nie jestem maDką bombelków.

Tu tego udowadniać nie muszę, dostaję od otoczenia kredyt zaufania i życzliwe wsparcie. Np. ostatnio, gdy wracaliśmy tramwajem z placu zabaw. Zabrałam dzieci po przedszkolu na wypasiony plac zabaw, najlepsiejszy na świecie. Wyszalały się, nacieszyły, wracamy na kolację, gdy nagle moja córka zaczyna płakać, że nie ma misia, został w przedszkolu. Mamo, wracajmy, mamo, dlaczego nie przypomniałaś. W myślach klnę, bo nie wrócimy, przedszkole już zamknięte, poza tym przegapimy porę kolacji i wszyscy będą głodni i wściekli, nie wiedziałam, że zabrałaś misia, ja od 6 rano w pracy, żeby wcześniej wyjść, nie wolno zabierać zabawek z domu. Na głos uspokajam, że miś poczeka, żeby się nie przejmowała, że rozumiem, że smutno, wszystko to zazwyczaj pomaga, nie tym razem. Histeria narasta, dziecko zaczyna mieszać języki, to po polsku, to lokalnie, wnoszę do tramwaju, płacze nadal, praktycznie już wyje, głupio mi strasznie. I nagle patrzy na nas łysy, młody człowiek, na oko lokalny prawak, ja już cierpnę, że oberwie mi się od emigrantek, co nie umieją zapanować nad bachorami i żebym wracała, skąd przyjechałam. A on mówi, że widzi, że dziewczynce jest smutno i czy ona się boi o misia. Córa przytakuje. On opowiada, że też kiedyś zostawił miśka w przedszkolu i się bał o niego, a misiek się świetnie bawił, rano opowiedział niesamowite historie. Po dwóch przystankach dziecko jest zupełnie wyluzowane, opowiada o fajnym placu zabaw, dojeżdżamy w dobrym humorze do domu. Wystarczyło kilka życzliwych zdań z zewnątrz, żeby przerwać rozpacz, której ja nie mogłam zaradzić. Mamo, bo ten pan w tramwaju powiedział, że misie specjalnie się ukrywają, żeby przez całą noc bawić się z zabawkami z przedszkola, my wcale o nim nie zapomniałyśmy, to on nas wykiwał.

I to się zdarza ustawicznie, ktoś krzyknie dziecku, że świetnie sobie radzi na rowerze i wyminie zawalidrogę, której nóżka spadła z pedału i kierownica skręciła w złą stronę, ktoś zagada o poranku, że słońce dziś zaspało. Ja też gram według reguł, staram się, żeby dzieci nie hałasowały, przeszkadzały, brudziły, i oczywiście pomagam innym. Ale wiem, że jak coś mi nie wyjdzie, to otoczenie tak właśnie mnie potraktuje, jak kogoś, kto się stara i trzeba mu trochę pomóc, a nie jak roszczeniową krowę rozpłodową.

#RvC1z

W zimie, na grupie osiedla, sąsiadka-aktywistka zbierała dary dla "potrzebującej rodziny". Rodzina ogólnie zadłużona (między innymi 300 PLN za prąd), materialnie też bieda, rodzice chorzy, dzieci chore, dom się sypie, pleśń i grzyb. Pojawiła się prośba, aby przekazać im jakieś rzeczy - ale z zastrzeżeniem, że rzeczy tylko nowe, ale: ubrania nie, bo mają lub można w gust nie trafić, jedzenie nie, bo może im nie smakować, zabawek nie - bo też mają, książki nie, nie, nie - które dziecko ucieszy się z książek na prezent? Najchętniej to PlayStation (tylko z grami dla chłopców!), może zrzutka na jakiś laptop? Wiadomo, potrzebne są przede wszystkim pieniądze, wtedy kupią sobie to, co chcą.

Zdziwiły mnie te wymagania, ale pomyślałam - okej, rodzina zweryfikowana przez sąsiadkę, to może faktycznie potrzebują... Co roku staram się przed świętami pomóc jakiejś biednej rodzinie, więc zaproponowałam, że zapłacę ten nieszczęsny rachunek za prąd. Pani potrzebująca przesłała mi fakturę (a raczej przyszłą prognozę) do opłacenia na 500 zł, a na fakturze długopisem dopisane "300" - stwierdziłam, że zadzwonię do operatora prądu i zapytam jakie jest faktyczne zadłużenie na tym rachunku - od początku coś mi nie grało. Przedstawiłam sytuację, pan na infolinii oczywiście "nie mógł podać stanu zadłużenia", ale zasugerował, że gdy na koncie abonenta wystąpi nadpłata, wtedy abonent może zawnioskować o przesłanie tejże nadpłaty na wskazany numer konta, więc sugeruje, aby "nie nadpłacać bardziej rachunku, o którym mówimy". Po chwili dostałam wiadomość od pani potrzebującej, że skoro stać mnie aby zapłacić te 300 złotych za prąd, to mogę zapłacić też 150 za wywóz śmieci oraz 200 zł za wodę... Nie powiem, to mnie uruchomiło.

Wieczorem dostałam wiadomość od partnera/konkubenta pani potrzebującej, abym w końcu zapłaciła ten rachunek za prąd, i to jak najszybciej, bo dostali kolejne wezwanie do zapłaty - poprosiłam o przesłanie tego wezwania - no i przesłali, ale wyzwiska, za to, że ich oszukałam i nie mam zamiaru zapłacić za prąd, wodę i śmieci, a przecież obiecałam... Napisałam do sąsiadki, czy aby na pewno ta rodzina jest "potrzebująca" - powiedziała, że w sumie to nie wie, bo znalazła post na jakiejś grupie i pomyślała, że prześle go dalej... Sama oczywiście nie miała zamiaru pomóc w inny sposób niż re-post na grupę osiedlową, plus - jak się później okazało - "zebranych darów" od sąsiadów nigdy nie dostarczyła do tej rodziny, o ile w ogóle miała taki zamiar.

#guxfM

Dowiedziałam się, że mój chłopak bierze jakieś prochy. Nigdy nie byłam przekonana i nie akceptowałam tego typu używek. On dobrze o tym wiedział. W odpowiedzi na pytanie, co on odwala, usłyszałam, uwaga: "Że mi też by się przydało i nawet nie wiedziałabym, że ktoś dosypałby mi coś do drinka".

Teraz to już były chłopak. A ja jest wstrząśnięta słowami jakie usłyszałam i przerażona poziomem intelektu człowieka, którego kochałam i któremu ufałam.

#9Xf5K

W podstawówce miałam przyjaciółkę, Julę. Uwielbiałam ją, a ona uwielbiała mnie, ale cieniem na naszej relacji kładła się sytuacja szkolna. Jula zawsze była najlepsza. W sporcie. W ocenach. Cóż dla nauczycieli znaczyła moja średnia 4.9, Jula nigdy nie schodziła poniżej 5. Lepiej rysowała. Lepiej tańczyła. Czy byłam zazdrosna? W jakimś sensie tak, ale nigdy nie dawałam jej tego odczuć, po prostu robiłam swoje, choć wiadomo - nie tak dobrze jak Jula. Miałam jednak jedną jedyną rzecz, której Jula nie miała. Chłopcy mnie uwielbiali. Mając 13 lat przeżyłam swoją wielką odwzajemnioną miłość, która trwała dobre 4 lata, na Julę nie zwracano uwagi.

Weszłyśmy w bunt w tym samym czasie, ja uznałam, że mam dosyć bycia grzeczną dziewczynką, a skoro nie mogę być pierwsza to będę żadna. Spadłam w ocenach (bez dramatu, okolice 3,5-4), zaczęłam wagarować. Jula poszła swoją drogą i uznała, że znajdzie sobie chłopaka, to był cel jej życia. Lubiłam ją, a ona mnie, ale nie było już zażyłości.

Kiedyś w szkole zasłabła, zabrano ją karetką do szpitala, nie wiedziałam co się dzieje, nikt nic nie mówił. W tym czasie (koniec 3 gim) wychowawczyni uznała, że poleci mi po zachowaniu za nieobecności, co uniemożliwiło mi dostanie się do wymarzonego liceum. "Co się z tobą dziecko stało?!”, mnóstwo wyrzutów, rozmowy z moją mamą, narzucanie mi szlabanów, ciąganie po psychologach, niemal wmówienie moim rodzicom, że się stoczyłam, a ja po prostu chciałam wreszcie przestać być piątkowa. Byłam grzeczną dziewczyną, która czasem robiła sobie wolne (czytałam wtedy książki we własnym domu). Poprawne zachowanie kładło się cieniem na doskonałym wyniku testów po gimnazjum, kobieta mnie uwaliła. Jula zdała testy lepiej ode mnie, a jej zachowanie było wzorowe, a jakże. Po gimnazjum nasze drogi się rozeszły.

Wiele lat później dowiedziałam się, że Jula osiągnęła swój cel - poznała wtedy chłopaka, który lubił amfetaminę. Wtedy gdy zasłabła w szkole była naćpana i po ponad dobie bez snu. Wiele lat miałam do siebie żal, że nic nie zauważyłam, ale miałam naprawdę zerowe pojęcie o tym temacie. Mam żal do jeszcze jednej osoby. Mojej wychowawczyni, która zrobiła ze mnie najgorszą, podkopała marzenia o liceum i uwolnieniu się od łatki tej drugiej, gdy doskonale wiedziała jakie problemy ma Jula (spotkała się nawet z moją mamą żeby się upewnić, że nie dzielimy "hobby" - moja mama opowiedziała mi wszystko gdy przypadkiem wpadłam na trop), a swojej ulubienicy nie zeszła z zachowania nawet o stopień mimo, że ta spędziła dwa tygodnie na odtruciu i odwyku. Wszystko pięknie zatuszowała. Minęło ponad 15 lat, a mój żal i poczucie niesprawiedliwości jest ogromne.
Dodaj anonimowe wyznanie