Zadurzyłam się w moim pracowniku, a że boję się do tego przyznać i normalnie mu to powiedzieć, utrudniam mu życie w pracy, dorzucając co rusz nowe zadania.
Żeby nie było, że taka ze mnie pi**a – za każde z tych zadań dopisuję mu punkty do premii, przez co lepiej wypada w oczach naszego szefa.
Od dwóch lat bezskutecznie walczę z IBS. Gastrolodzy, psychiatrzy, psycholodzy, dietetycy – no nic na mnie nie działa. Ciągła biegunka. Bóle brzucha. Przelewanie w jelitach. Okropne gazy.
Moja największe marzenie? Stomia. Ostatnio u psychologa odważyłam się powiedzieć, że od paru tygodni myślę o stomii, bo tylko ona pozwoli mi wrócić do normalnego życia. Do życia bez chodzenia w pieluchach, bez szukania toalet na gwałt i zamykania się w czterech ścianach, bo tak bezpieczniej.
Tęsknię, by wyjść na spacer bez torebki pełnej siatek, pieluch, chusteczek nawilżających i perfum. Tęsknię za tym, aby wyjść na miasto i włożyć sukienkę albo legginsy. Niestety przy pieluchach to odpada. Muszę zakładać worki pokutne, aby ktoś czegoś nie zauważył. Tęsknię za wyjściem na plażę.
Stomia to mały woreczek, który przechowuje kał. Nie pęka i zatrzymuje zapach. Wystarczy zmienić go dwa razy dziennie. Można go spokojnie włożyć w kostium kąpielowy. A pieluchę? Wyobrażacie sobie 22-letnią kobietę w bikini i z pieluchą? Bo ja nie.
Niestety jeszcze pomarzę, bo stomii nie wykonuje się w przypadkach takich jak mój. Szkoda, bo to jedyna szansa na to, aby w końcu żyć, a nie pół życia spędzać w łazience albo w czterech ścianach, bo strach wyjść do ludzi.
Dziś zadzwonił do mnie ojciec z pytaniem, czy nie jestem przypadkiem aktorką p0rno. Jestem.
Kiedy byłam małą dziewczynką, moja babcia miała irytującą tendencję do rozmawiania z koleżankami przez 2-3 godziny przez telefon, praktycznie codziennie.
Szybko wykminiłam, że po odłączeniu kabla od gniazdka telefonicznego babci zrywa się połączenie, więc ileś razy dość bezceremonialnie przerwałam babci rozmowę z Irenką, Helenką czy inną Enką. Dzięki temu babcia zabierała mnie na spacer i plac zabaw, pod nosem złorzecząc na operatora.
Krótko po tamtych wydarzeniach rodzice postanowili zmienić dostawcę telefonu stacjonarnego. Coś czuję, że przeze mnie. :D
Nie znoszę swojego psa. Chciałabym, żeby to był głupi żart, ale niestety taka jest moja rzeczywistość. Nie zrozumcie mnie źle – ogólnie kocham zwierzęta. Mam w domu także kilka kotów i gekona, kocham je nad życie i nie wyobrażam sobie, co bym bez nich zrobiła. Miałam też zawsze w domu psy, które kochałam całym sercem. Aż do tego.
Historia zaczęła się kilka lat temu po śmierci jednego z moich ukochanych psów. Jako że druga suczka (która była psem ze schroniska) czuła się nieco zmarnowana, postanowiliśmy sprawić jej kompana. Mimo że chciałam rasowego szczeniaka, zdecydowałam się na adopcję kolejnego dorosłego psa ze schroniska.
Na początku było w porządku. Pies był bardzo grzeczny, ładnie chodził na smyczy, weterynarz mógł go swobodnie zbadać, dogadał się z moimi kotami – no bajka! Ale z czasem było coraz gorzej. Teraz nie mogę swojego psa wykąpać, obciąć mu pazurów czy nawet wyczesać – od razu startuje do mnie z zębami albo piszczy i ucieka na drugi koniec domu. W pewnym momencie nawet weterynarz zaczął się bać dotykania tego psa – jak sam stwierdził, ręce są dla niego zbyt cenne. Pies ma problem z zębami, przez co śmierdzi mu strasznie z pyska, ale żaden weterynarz nie podejmie się uśpienia go do zabiegu bez wykonania morfologii – której wykonać się nie da.
Kiedy próbuję zapiąć go w szelki, to zawsze jest pisk jeszcze zanim go dotknę – i nie jest to od żadnego bólu, bo pies jest zdrowy, a szelki wygodne. Na spacerze mam wrażenie, że urwie mi rękę, ciągnąc do każdego krzaczka, każdego obcego psa i niby nie jest to duży pies, bo waży 15 kg, ale jest bardzo silny i ledwo to wytrzymuję. Czasem jak nie chce wyjść na spacer, to chowa się pod łóżko i próba wyciągnięcia go kończy się pogryzionymi dłońmi.
Dodatkowo warczy na moje koty, a nawet rzuca się do nich z zębami, kiedy chcą wejść do mojego pokoju.
Takich przykładów jest więcej, ale mam już zbyt mało miejsca, żeby wymieniać dalej.
Pies jest wykastrowany. Treserzy i behawioryści rozkładają ręce. A ja mam dość.
Codziennie wyprowadzając go na spacery, mam nadzieję, że jakimś cudem zerwie się ze smyczy (nie puszczam go luzem, bo ucieka) i zniknie na zawsze. Zapewne myślicie, że jestem okropnym człowiekiem i pewnie macie rację. Nie zrobię psu krzywdy – dbam o niego tak jak o wszystkie zwierzęta, które kocham i zawsze będzie miał wszystko, czego potrzebuje. Tylko ja już nigdy go nie pokocham. Każdego dnia żałuję, że nie kupiłam rasowego szczeniaka, o którym marzyłam. Aktualnie to mój jedyny pies (drugi zmarł w wieku 19 lat ze starości) i czekam na moment, aż wyprowadzę się z rodzinnego domu i będę mogła zostawić go matce. I nigdy więcej go nie oglądać.
Z narzeczonym mieszkamy w moim rodzinnym mieście, jego mama jest od nas oddalona jakieś 200 km. Często do niej jeździliśmy, a gdy ona przyjeżdżała z wizytą, zawsze przywoziła nam jakieś prezenty. Kiedy mama mojego narzeczonego dowiedziała się o mojej ciąży, oszalała ze szczęścia. Kiedy dowiedziała się, że to dziewczynka, radość była podwójna. Jej niedane było mieć córki, więc chciała chociaż wnuczkę. Z teściową lubiłyśmy się bardzo i zawsze dziwiło mnie, czemu mój narzeczony tak często się na nią denerwuje. Mówił mi, że jest osobą, która nie potrafi uszanować czyjejś prywatności i jest bardzo nadgorliwa i nie da się nawet jej zwrócić uwagi, że coś robi źle, bo od razu się obraża. Nie wiedziałam, że tak szybko się o tym przekonam.
Moja córka urodziła się tydzień przed terminem na samym początku wakacji. Mama narzeczonego przyjechała do nas i postanowiła zostać do naszego wypisu, żeby od razu zobaczyć wnuczkę. Zabrała ze sobą swojego dziewięcioletniego bratanka, żeby miał rozrywkę, nie pytając mnie o zdanie. Jeszcze byłam z małą w szpitalu, a mój narzeczony mówił, że już ma pierwsze problemy z matką – kiedy on wychodził do pracy, ona zabierała się za porządki w naszym mieszkaniu.
Kiedy narzeczony nas odebrał, pod szpitalem czekała teściowa z bratankiem i moi rodzice. Wiadomo, zachwyty, jakie to dziecko piękne. Weszłam do mieszkania i szok, jakieś baloniki na powitanie, kwiaty, to bardzo miłe, ale czułam się jakoś nieswojo, jak nie u siebie. Na szczęście dość szybko zostaliśmy sami z narzeczonym i naszą córeczką. Mieszkanie przeszło kompletną rewolucję, nic nie było na swoim miejscu, rzeczy pochowane w różnych miejscach, niektóre powyjmowane. Nawet bielizna, którą zawsze trzymałam luzem, była złożona w kosteczkę. Wszystko to za sprawą teściowej.
Nie dość, że byłam w połogu, z małym dzieckiem, to jeszcze czułam się, jakbym wróciła do obcego domu. Powiedziałam o tym narzeczonemu. On uznał, że miarka się przebrała i zadzwonił do matki z informacją, że ma więcej do nas nie przyjeżdżać. Popłakała się i rozłączyła.
Męczyły mnie wyrzuty sumienia, że za ostro ją potraktował, ale kiedy do niej zadzwoniłam, stwierdziła, że nie chce nic wyjaśniać i w ogóle nie będzie rozmawiać na ten temat. Potem nie złożyła mi życzeń w moje urodziny. Mój narzeczony wysyła jej jedynie zdjęcia wnuczki i tyle.
Moją obecną narzeczoną poznałem dzięki grze komputerowej pod koniec szkoły średniej, szybko zamieszkaliśmy razem, od dłuższego czasu mieszkamy na swoim, teoretycznie pięknie. Zawsze byłem lekko zaborczy i podejrzliwy, z góry traktując innych facetów jako potencjalne zagrożenie, ale ograniczało się to głównie do obserwowania takich znajomości. Moja zawsze się zarzekała, że nie muszę się nikim martwić i rzeczywiście nie dawała mi takich powodów.
Nastał dość krótki okres, że spędzaliśmy ze sobą mniej czasu niż wcześniej, ja dość szybkim tempem życia byłem lekko wypalony i wtedy pojawił się kolega X. Moja spędzała z nim więcej czasu niż z innymi znajomymi, ale tłumaczyła to tym, że dobrze gość gra. Po dobrych dwóch miesiącach czułem, że coś jest nie tak, spędzali bardzo dużo czasu razem, pisali, gadali, nawet wyszło, że jedną z naszych kłótni musiała mu przedstawić. Któregoś razu przejrzałem jej komputer i trochę znalazłem. Bardzo mocno ze sobą flirtowali – miłe słówka, opowiadanie o sobie, oceniał jej wygląd ze zdjęć z fejsa, wysyłał swoje (sam będąc w związku i mając dziecko, choć podobno to skomplikowana relacja). Moja nawet pisała mu, by pisali na czatach, które nie zapisują historii rozmów, więc i wielu rzeczy nie wiem.
Cóż... Zrobiłem gigantyczną awanturę, chciałem wyrzucić ją z domu. Na chwilę obecną próbujemy jakoś to poskładać, choć jest ciężko. Ona zmieniła hasła do wszystkich swoich rzeczy, ja jej nie ufam, podobno proponował jej spotkania i podobno odmawiała... I szczerze? Rzuciłbym tym wszystkim, ale... Prawie wszystkie zobowiązania finansowe są na mnie, praktycznie wszystko jest na mnie i w takiej sytuacji jedyne co mogę zrobić, to sprzedać mieszkanie i cofnąć się parę lat... Nie mam pojęcia, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Jestem w kompletnej kropce.
Od czasu do czasu ktoś mnie nawiedza w mieszkaniu, zawsze robi to, gdy wszyscy oprócz mnie już śpią. Wczoraj znowu słyszałam kroki i skrzypienie podłogi, gdy usypiałam młodszą córkę, a mąż i syn spali. To już kolejny raz – niecały rok temu, gdy córeczka była bardzo mała, wstałam w nocy, żeby ją nakarmić, usiadłam na boku łóżka i położyłam sobie poduszki pod plecy, karmiłam małą, gdy nagle usłyszałam kroki i skrzypienie podłogi, a zaraz potem poczułam, że ktoś „poprawia” mi poduszkę pod plecami.
Z jednej strony chcę jak najszybciej stąd uciec i nie mogę doczekać się, kiedy w końcu się wyprowadzimy, a z drugiej przyjmuję każde kroki i skrzypienie podłogi ze spokojem. Piszę to tutaj, bo mój mąż, gdy opowiadam mu o tych rzeczach, zawsze ma jakieś wytłumaczenie – że byłam pewnie zaspana, że mi się przesłyszało. Już mi się nawet nie chce o tym nikomu opowiadać, bo każdy słucha tego z przymrużeniem oka, myśląc tak jak mąż, że to tylko przesłyszenie lub coś mi się wydawało, więc chociaż tutaj się wygadam.
Uprzedzając głupie komentarze, z pewnością nie jestem chora psychicznie, w mojej rodzinie nigdy nie było przypadków chorób psychicznych i nie oglądam za dużo horrorów. Ktoś sobie mnie upodobał i nie wiem dlaczego, a bardzo chciałabym wiedzieć...
Urodziłam się w biednej rodzinie. Czwórka braci, dwa psy, małe, zatłoczone dwupokojowe mieszkanie spółdzielcze, które tata jako górnik dostał, zatrudniając się w kopalni. Mama nie pracowała, przy tylu dzieciakach nie miała jak, a tata górnik – wbrew temu, co podają w mediach – nie zarabiał wcale dużo. O pomoc nie prosiła nigdy, bo pomimo biedy duma nie pozwalała jej na to, by kogokolwiek prosić o wsparcie. A zresztą, lata 90., gdy raz udała się do MOPS-u, to dostała list, że mamy auto, które jest takim dobrobytem, że nam się nie należy (20-letni polonez). Pamiętam, jak byłam dzieckiem i nie miałam praktycznie nic swojego, chociaż rodzice robili wszystko, co mogli, zapewniając nam jedzenie, czyste ciuchy i takie podstawowe produkty niezbędne do przeżycia. Szybko nauczyłam się, że nie mogę mieć głupich zachcianek.
Pewnego dnia w przedszkolu zjawiła się grupa muzyków. Byłam zafascynowana skrzypaczką, jej ruchami, dźwiękami. Był to moment, gdy uzmysłowiłam sobie, że chcę to robić, chcę grać. Mama szybko ucięła temat, jednak ja drążyłam dalej, prosiłam, błagałam, płakałam. Przedszkolanka zaproponowała mamie, że powinna mnie wziąć na przesłuchanie do szkoły muzycznej, bo cały czas nawijam o graniu. Dopiero po czasie mama się zgodziła, a ja dostałam się bez problemu po pierwszym przesłuchaniu. Jednak dojazdy, skrzypce i inne koszty były zbyt duże, więc na przesłuchaniu się skończyło.
W podstawówce nadal marzyłam o graniu, o czym powiedziałam nauczycielce. Trafiłam do kółka muzycznego, chóru i na kolejne przesłuchanie szkoły muzycznej, też zakończone pozytywnym wynikiem. Tyle że nie wynikło z tego nic, nadal koszty przerastały nasze możliwości. Słyszałam w nocy, jak mama rozmawia o tym z tatą, jak rozważają, z czego zrezygnować, by móc mi kupić skrzypce... jak płacze z bezsilności, że nie mamy pieniędzy. Temat szkoły muzycznej i grania przestał być poruszany, koniec moich próśb i błagań, bo nic nie było warte tego, by mama musiała przeze mnie płakać. Na pytania o skrzypce mówiłam, że już nie trzeba, że mi się znudziło.
I tak mijał czas, zabijając powoli moje marzenie. Całe życie byłam w kółkach muzycznych, chórach, chwalona za muzykalność i ładny śpiew. Nigdy jednak nie miałam szansy zagrać.
Cały czas zastanawiam się, jak by się potoczyło moje życie, gdybym miała możliwość zacząć naukę. Gdyby tylko moja rodzina miała trochę więcej pieniędzy i możliwości... Nie winię nikogo, a mimo wszystko przed snem wyobrażam sobie, jak gram na skrzypcach i czuję niewyobrażalny żal, że nigdy nie będzie mi dane tego spróbować.
Jako młoda dziewczyna m@sturbow@łam się w pociągu. Nie wpadłam na to, żeby dociągnąć zasłonki.
Chyba ten przechodzący facet ogarnął, co robiłam...
Dodaj anonimowe wyznanie