Spotykam się z dziewczyną od 7 lat, a razem mieszkamy od 4 lat i powoli już mam dość. Na początku związku dziewczyna dbała o siebie i tak było do czasu, aż razem zamieszkaliśmy. Od kiedy razem mieszkamy, to ja robię pranie, sprzątam mieszkanie, a moja dziewczyna niestety w tym nie chce mi pomagać, bo kiedyś zwróciłem jej uwagę. Na początku jak zmywała naczynia, to wyglądało to tak, jakby tylko opłukała talerz albo widelec i tak go odłożyła (np. ketchup ze śniadania na tym talerzu zostawał, a patelnia tłusta). Potem przejąłem to ja i tak już zostało, bo denerwowało mnie, że to nie jest dokładnie zrobione. Zamiatanie podłóg kończyło się brudem w kątach, tak samo z kurzami. Pranie na suszarce potrafiła rozwiesić w tak niedbały sposób, że przy prasowaniu się bardziej męczyłem. Jedyne co robi to raz kiedyś obiad i zakupy, a przy tym musi wtedy zadzwonić do swojej mamy, że zrobiła ten obiad, a tak to najczęściej zamawia pizzę. Najgorsze to brak higieny – jej nie przeszkadza to, że się nie kąpie przed spaniem, a mnie to drażni. Ja zawsze przed pójściem do łóżka wezmę choćby prysznic. Wszechobecny bałagan w sypialni za łóżkiem w postaci papierków po słodyczach to też dla niej żaden problem. Jak twierdzi, nie chce się jej za każdym razem wynosić papierka do śmietnika (tylko potem jak ja tego nie wyniosę, to może to leżeć tam tygodniami). Teraz jeszcze do tego doszło, że cały czas próbuje robić wszystko, bym jej usługiwał, tzn. przynosił picie i jedzenie z kuchni, albo jak ona chce pogadać, to nie przyjdzie np. do mnie do salonu, tylko oczekuje, bym to ja przychodził do niej.
Mamy obydwoje po 29 lat, a ja coraz bardziej wątpię, czy ja chcę takiego życia. To nie jest tak, że ja chcę na nią zrzucić wszystkie obowiązki w domu, a sam siedzieć na kanapie. Jestem za tym, by było wsparcie i jak jedno gotuje, to drugie niech pozmywa, jedno wstawia pranie, drugie je rozwiesza albo składa. Jak sam nie zmienię pościeli, to ona mogłaby w niej leżeć cały czas. Ścielić łóżko po nocy? „A po co, jak i tak wieczorem do niego wrócimy”. Najgorzej, że przy siostrach opowiada, jaka to ona pracowita i czego nie zrobiła. Najgorzej boję się, co by było, jakby się dziecko pojawiło na świecie, czy byłoby tak samo, jak jest teraz. Moja dziewczyna twierdzi, że jak się dziecko pojawi, to ona będzie nawet sama całe mieszkanie ogarniać, a teraz to nie ma motywacji.
Czy są jeszcze na tym świecie panie, które lubią, jak jest czysto, i pomagają swoim partnerom? Czy ja za dużo od niej wymagam? Grożenie, że się rozstaniemy, bo ja mam dość, powoduje u niej płacz i mówienie, że ona się jednak zmieni i będzie mi pomagać. Prawda jest taka, że tak jest przez kilka dni, a potem wszystko wraca do normy. Może to wszystko opisałem chaotycznie, ale już sam nie wiem, co myśleć.
Mieszkam od trzech lat w niewielkiej wsi, do której przeprowadziłam się z mężem. Jest tu nam dobrze, ale... zawsze jest ale.
Kilka domów dalej mieszka rodzina, rodzice plus czwórka dzieci. Rodzice to alkoholicy i nieroby, ale dzieci to już inna historia. Najstarszy jakieś 15-16 lat, różnica między kolejnymi dziećmi na oko dwa lata. Z tego, co wiem, to dzieciaki uczą się bardzo dobrze i nie sprawiają żadnych kłopotów. Najstarszy w wakacje pracuje przy zbiorach owoców i u różnych gospodarzy przy zwierzętach. Z zarobionych pieniędzy żywi rodzeństwo i kupuje im, jak i sobie, buty i ubrania. A rodzice pieniądze z GOPS-u przepijają.
Mąż nie pozwolił mi się wtrącać, by nie było kłopotów z sąsiadami.
Nie wytrzymałam, gdy sąsiedzi byli pod wpływem, to dzwoniłam na policję. Po kilku interwencjach policji zawiadomiłam opiekę społeczną. Dzieci trafiły do jakiejś ciotki z innej wsi.
Nikt nie wie, że ja doniosłam, ani mój mąż, ani sąsiedzi. A sąsiedzi dalej piją. Za co? Nie mam pojęcia.
Jako że ostatnio zjechałam do Polski, to wybrałam się do kilku lekarzy, oczywiście były to różne dolegliwości, a nie jedna.
Wiecie, co mnie zaskoczyło? Że każdy lekarz tak chętnie daje sterydy... Nawet nie próbuje spróbować mniej szkodliwych leków, naturalnych, tylko od razu z grubej rury. Gdzie zmierza ten świat? Stwierdziłam, że z takimi przyziemnymi problemami to nawet nie ma co chodzić po lekarzach. Sama kiedyś miałam alergię wokół oczu, która nawracała i ciągle tylko sterydy, aż się wkurzyłam i poszłam do znachora – dał krem i mam spokój.
Nic, tylko nakręcanie tych koncernów farmaceutycznych, żeby pieniążki się zgadzały. Wiem, że Ameryki nie odkryłam, ale ten świat jest po prostu chory.
Usłyszałam, że jestem wyrodną matką dwójki małych dzieci, także egoistką i chorą psychicznie wariatką, gdyż ugadałam się z teściem, że weźmie dzieci na weekend, żebym mogła odpocząć w ciszy i samotności... Bo tracę już nad sobą panowanie i nawet w pracy nie ogarniam, bo wysiadam psychicznie, i fizycznie...
No cóż. Najgorsza matka stulecia.
Będąc w 1 klasie liceum, miałam z jednego przedmiotu młodego nauczyciela.
Pewnego dnia podczas ferii poszłam do supermarketu. Zobaczyłam, że nauczyciel ten stoi daleko na samym końcu sklepu odwrócony tyłem. Będąc pewna, że mnie nawet nie zauważył, poszłam dalej i zapomniałam o tej sytuacji.
Po feriach, dwa tygodnie później, ów nauczyciel na lekcji wypomniał mi to, dodając parę ostrych komentarzy na mój temat i upokorzył mnie przed całą klasą tylko dlatego, że nie powiedziałam mu wtedy „dzień dobry”... Zrobiłam się cała czerwona ze wstydu i chciało mi się płakać. Po zajęciach próbowałam mu wyjaśnić tę sytuację, ale nawet nie chciał mnie słuchać.
Od tego czasu uwziął się na mnie i nie chciał mnie przepuścić z jego przedmiotu, mimo że bardzo się starałam. Doszło do tego, że moja mama musiała interweniować i z łaską wystawił mi 2. Niedługo później zmieniłam liceum (nie tylko z jego powodu) i z 2 wyskoczyłam na 5. Ale traumę, jaką ten człowiek mi zgotował z tak błahego powodu, mam do dziś.
Miesiąc temu moja dziewczyna namówiła mnie na wakacje za granicą. Wiązało się to z lotem samolotem, czego jeszcze nigdy nie robiłem. Strasznie się denerwowałem tym lotem i w samolocie siedziałem wręcz siny ze strachu. Przed lotem wypiłem jakieś 300 ml wódki na uspokojenie, ale sprawiło to, że moje wizje przyszłości były jeszcze czarniejsze.
Start jakoś przeżyłem, a potem podczas samego lotu nie było najgorzej. Po godzinie lotu jednak samolot wpadł w turbulencje, a ja, zamroczony dodatkowym drinkiem, przeraziłem się nie na żarty. Strach ten poskutkował tym, że zesrałem się w gacie.
Spanikowałem i postanowiłem nie przyznawać się do tego, co mnie spotkało. Liczyłem, że na ciemnych spodenkach nie będzie tak widać, a po wylądowaniu szybko udam się do łazienki. Mój plan nie przewidział jednak tego, że w małej, zamkniętej przestrzeni zapach gówna rozniesie się dosyć szybko. Współpasażerowie szybko zaczęli narzekać na smród, a matki sprawdzały pieluchy dzieciom. Gdy moja dziewczyna zaczęła na mnie spoglądać coraz bardziej nerwowo, postanowiłem ewakuować się do łazienki i może spróbować się ogarnąć. Wziąłem podręczny, w którym miałem tylko kąpielówki i elektronikę i krokiem niczym pingwin udałem się do kibelka, modląc się, by gówno nie poleciało mi po nodze.
Kto był w samolocie, ten wie, że w łazienkach nie ma zbyt dużego pola manewru, ale udało mi się jakoś złagodzić sprawę. Gacie byle jak uprałem i wyrzuciłem do kosza, spodenki udało mi się odratować i upchałem je do podręcznego.
Pomimo tej akcji ratunkowej myślę, że co najmniej 80% pasażerów było pewne, że to ja się zesrałem. Resztę lotu udawałem, że śpię. Następnym razem, zanim wylecę, wezmę jakieś 30 stoperanów.
Moja mama znalazła dziś węża, który ostatnio uciekł mi z terrarium. Szkoda, że wcześniej go wyprała i wysuszyła.
Jestem tym, którego unika większość kobiet – lovelasem.
Ciągle słyszę od znajomych, rodziny (z rodzicami nie mam kontaktu, ale to za chwilę) i przyjaciół, że mam 26 lat, czas znaleźć kogoś na stałe, założyć rodzinę, mieć dzieci.
Wszyscy ciągle twierdzą, że bawię się uczuciami kobiet, przez co ich nie szanuję. Kolokwialnie mówiąc – rucham i zostawiam. Nie wzięło się to jednak z niczego i o tym będzie to wyznanie.
Mając 13 lat, byłem wykorzystywany przez kuzyna o homoseksualnej orientacji. Wiadomo, dziecko, bałem się o tym komuś powiedzieć, a gdy się odważyłem, i tak nikt nie uwierzył. Kuzynowi było o tyle łatwo, że mieszkaliśmy drzwi w drzwi. Całość trwała ponad 2 lata. Chociaż zmuszał mnie do mniej lub bardziej obleśnych czynności, nigdy nie miałem z tego powodu jakiejś większej traumy. Nie bałem się ludzi z tego otoczenia (nawet miałem w tamtym czasie przyjaciela o przeciwnej orientacji). Fakt, na początku była to dla mnie tragedia, później nie pozostało mi nic innego jak to po prostu przecierpieć. Zawsze byłem dość silny psychicznie, więc szybko się podniosłem i jakoś z tym żyłem, aż w końcu znalazłem na tyle siły, by powiedzieć sobie DOŚĆ!
Kuzyn pożegnał się z trzema zębami, złamanym nosem i poważnie skopanymi jądrami. Miałem spokój.
Zaraz po ukończeniu 16 lat przeprowadziłem się do dziadków, z rodzicami kontakt zerwałem.
Nie mam żadnych problemów z nawiązywaniem nowych znajomości, jestem duszą towarzystwa i jak napisałem już wyżej, jestem ruchaczem. Pomimo wielu prób związków, nie potrafię kochać. Moje zainteresowanie kończy się w chwili, gdy uwiodę kobietę. Z poznanymi kobietami jestem szczery, nie wciskam kitu, że dam jej wszystko, że z nią będę. Wręcz przeciwnie. Na wstępie informuję, jakim typem człowieka jestem, że zostawiam każdą kobietę zaraz, gdy ją zdobędę i że nie mam uczuć. Mimo wszystko ich to wcale nie odrzuca, kiedyś słyszałem nawet od koleżanki jednej z takich dziewczyn, że powiedziała jej, że da radę mnie rozkochać, co oczywiście skończyło się tak jak zawsze. Później tylko standardowo fala hejtu – może i słusznie, no i mogę umawiać się z kimś innym.
Nikt z wyjątkiem rodziców, kuzyna i ciotki nie wie o tym, co mnie spotkało. Nie chcę robić z siebie ofiary, chociaż myślę, że jestem taki właśnie przez to. Wyłączyłem uczucia, stałem się bezduszną maszyną i nie potrafię się zaangażować. Mimo że kobiety, które uwodzę, same tego chcą, coraz częściej myślę, że jestem jak mój kuzyn. Wykorzystuję niewinne osoby.
Brzydzi mnie ślina. Przyznam się szczerze, że nigdy nie uznawałem tego za problem. Nigdy nic złego mi się nie stało i myślałem, że raczej się nie stanie, bo i co by to mogło być? Dopiero niedawno dowiedziałem się, jak bardzo może to być problematyczne.
Aktualnie mam dwadzieścia lat i nigdy nie miałem dziewczyny, nie byłem też zbyt blisko fizycznie z żadną dziewczyną. Prawdę mówiąc, nigdy się też nie całowałem i nie miałem zielonego pojęcia, jak może to wyglądać. Jakoś tak niedawno udało mi się nawiązać bliższą relację z pewną wspaniałą dziewczyną i wtedy właśnie moje obrzydzenie do śliny stało się prawdziwym problemem. Jak nietrudno się domyślić, chodzi o całowanie się, które niestety czasem polega na wymianie śliny. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale cóż... Dowiedziałem się w praktyce.
Pierwszy buziak nie był problematyczny, pocałowałem ją bowiem tylko leciutko w policzek. Po drugim, bliższym, romantyczniejszym i w usta lekko mnie zemdliło, ale nie powiązałem tego jakoś z moim obrzydzeniem do śliny. Po trzecim, gdy ukochana dosłownie się na mnie rzuciła i postanowiła pocałować „z języczkiem”, ja... zwymiotowałem na nią. Po prostu nie mogłem wytrzymać kontaktu z jej śliną i oblepionym śliną językiem. Próbowałem się wyrwać, lecz mój żołądek był szybszy i zamiast romantycznego pocałunku wyszedł okropny rzyg, który przekreślił moje szanse na pierwszy w życiu związek.
Parą nie jesteśmy, dziewczyna przestała się do mnie odzywać, a ja żyję ze świadomością, że chyba przez moją awersję do śliny już nigdy z nikim nie będę...
Mój ojciec prawie całe życie był alkoholikiem. Nocne kłótnie i bójki z mamą, wybijane szyby i krzyki były dla małej mnie normalnością. Choć przez większość mojego życia nie zdawałam sobie do końca sprawy z powagi sytuacji, to gdy weszłam w wiek dojrzewania, zaczęłam mieć trochę problemów psychicznych. Nerwica lękowa, depresja... Moja mama niestety nabyła czegoś w stylu syndromu sztokholmskiego i mimo że ojciec pół życia się nad nią znęcał i nie dawał spać w nocy, to ona nigdy nie chciała nigdzie go zgłosić i chociaż spróbować pozbyć się problemu.
W ostatnim czasie znienawidziłam ojca. Do tej pory był mi obojętny. Nie chciałam tylko, żeby robił krzywdę mamie. Fakt, często płakałam, bo marzyłam o życiu, gdzie zachowywałby się on jak normalny, kochający tata. Ostatnio coś we mnie jednak pękło. Zdałam sobie sprawę przez to, że przez niego mam problem w kontaktach z ludźmi, bo boję się, że ich polubię lub pokocham, a oni staną się takimi zwierzętami jak on.
Dlatego od jakiegoś czasu życzę mu śmierci. Chcę, żeby zdychał w męczarniach i żeby nikt nie był mu w stanie pomóc. Ostatnio miał wypadek, który po czasie przerodził się w coś poważniejszego. Nocami dużo krzyczał z bólu, a był kompletnie nawalony i do tego brał silne leki przeciwbólowe, więc sprawa była poważna.
Ja jednak słysząc jego agonię, uśmiechałam się.
Nie jest mi z tym źle. Nadal chcę, żeby zniknął z tego świata.
Dodaj anonimowe wyznanie