#WKJO5

Zawsze miałam poczucie humoru. Jednym z moich ulubionych kawałów był ten:
- Słyszałem, że twoja teściowa miała wypadek. 
- Tak, szła do piwnicy po ziemniaki na obiad, na schodach potknęła się i skręciła kark. 
- I co zrobiliście?
- Spaghetti. 
Przestał mnie śmieszyć, gdy poznałam swoją teściową. Jesteśmy z mężem rok po ślubie, a ja czekam na pierwszą rozprawę rozwodową. 

Kiedy teściowa dowiedziała się, że mojemu (jeszcze) mężowi, smakują obiady, które gotuję, że często spędzamy weekendy za miastem, mamy w planach dzieci i szczęśliwe życie, wpadła we wściekłość. Na wieść o ślubie zacisnęła jednak zęby, a ja myślałam, że już będzie powoli z górki. I było, tyle że zjeżdżałam na tyłku z Mount Everestu. Dlaczego dał mi nazwisko, przecież mam swoje? Miałam być gorsza od niej, żeby dalej dbała o synka, to dlaczego ja tu wyskakuję z dbaniem o dom i męża? I jakim prawem mam inne zdanie niż teściowa? 

Mój mąż ugiął się pod jej namowami i stwierdził (uwaga), że nie ma przy mnie własnego zdania i zrobiłam z niego pantoflarza, że ogólnie to mnie kocha, ale krwawi mu serce, bo jego mama jest nieszczęśliwa. 

A ja? Po jakimś czasie uznałam, że lepiej nie mieć męża, a mieć święty spokój. Tak że panowie, nie zgłaszajcie się do mnie, bo kolejnej teściowej nie zniosę!

#D92XX

W domu nigdy się nie przelewało, tata, który po zmianie ustroju podjął się ciężkiej pracy, jedynej, która była w zasięgu jego kompetencji, skończył na rencie z plecami i kolanami w stanie agonalnym. Mama pracowała, gdzie się dało. Na to wszystko ja, młodsza siostra i starszy brat, który po kłótni z tatą opuścił nas, gdy miał 18 lat. Słuch o nim zaginął na kolejne lata i zjawił się zapłakany, gdy dowiedział się, że tata już nie żyje, a on nigdy nie zdążył go przeprosić.
W tak zwanym międzyczasie poszedłem do technikum gastronomicznego. Na drugim roku mieliśmy odbyć praktykę w placówkach w naszym regionie. Mnie przypadła jedna z większych restauracji. Była to restauracja i dom weselny w jednym. W okresie komunijnym przyjmowaliśmy około 400 gości jednego dnia. Uwielbiałem tam pracować, po każdym dniu w szkole szedłem do restauracji dorobić parę groszy, żeby wspomóc trochę budżet domowy.
I tu jest ta jedna wstydliwa sprawa z początku wyznania. 
Dania serwowane w tej restauracji miały ogromne porcje, bardzo często goście nie byli w stanie zjeść wszystkich zamówionych pozycji i gdy sprzątałem z ich stołów, na zmywak wynosiłem często zjedzone do połowy pizze, koszyczek z połową chleba ze smalcem i ogórkiem, talerz z nieruszonym daniem dziecięcym. Często, gdy nikt nie patrzył, podjadałem to, co wyglądało na nieruszane. To kawałek owej pizzy, ziemniaczek z twarogiem, kawałek mięsa, chleb. Było mi bardzo wstyd, ale wiedziałem, że im więcej zjem tam, tym mniej zjem w domu. Owszem, pracownicy mieli posiłek pracowniczy, ale mi on nie przysługiwał. Mogłem wziąć dowolne danie z 50% zniżką, ale... To nadal było dla mnie dużo. Nie mam pojęcia, czy ktoś kiedyś widział, że tak robię, zmywakowa była jedna na salę i kuchnię, więc często nim przyszła, zmywak był pusty.
Najbardziej w pamięci zapadła mi pewna sytuacja. Głodny jak cholera zacząłem swoją pracę, miałem trójkę przy stole – rodzice z dzieckiem. Zamówili mu pełny posiłek, kluski śląskie, rolada wołowa i warzywka. Młody nie tknął dania za równowartość mojej dniówki. W duchu się cieszyłem, bo liczyłem, że sobie coś z tego zjem. Gdy już zaproponowałem pojemnik na wynos, którego nie chcieli, wróciłem z rachunkiem. Na stole na kupce leżały wszystkie talerze, a w jednej misce po zupie pływało danie młodego, resztki zupy, ości z ryby, którą jadła pani i kości z żeberek pana. Uśmiechnięci i szczęśliwi, że pomogli, zostawili 5 zł napiwku i poszli... Nie zrozumcie mnie źle, ale było mi autentycznie przykro. Zmarnowało się dużo dobrego jedzenia, takiego, którego jeszcze długo nie mogłem kupić, takiego, które bym zjadł, chowając w kieszeń swoją dumę i ego. 
Od tamtej pory minęło lata świetlne, a ja nadal wspominam czasy, gdy 50 zł w kieszeni wydawało się przepustką do lepszego życia.

#NGyIT

Mamy w domu toaletę starego typu (kompaktowa). Niestety dość łatwo ją zapchać, przez co przy spłukaniu woda podchodzi do góry i nie da się normalnie korzystać z toalety, dopóki się jej nie przepcha szczotką. Mamy w domu zasadę – kto zatka, ten szoruje. Niestety starszy brat miał spore problemy z dostosowaniem się do tej zasady. Co jakiś czas sytuacja się powtarzała. Przychodzisz, a tu wysoka woda. Rozmów było już wiele, ale bez większego skutku. Ale miarka się przebrała.
Ostatnio zaczęłam jeść dużo więcej błonnika w ramach diety. Kto je siemię lniane w znacznych ilościach, ten wie, że czasem jak przyciśnie, to nie ma zmiłuj. Perystaltyka jelit działa dużo sprawniej i nie da się „wstrzymywać”, a przynajmniej nie długo. Także było tak właśnie tym razem. Siedzę spokojnie, wszystko fajnie, a tu bum. Lecę do toalety. Nikogo nie ma. Chwała Panu. Widzę, ktoś nie spuścił wody. Szybko spłukuję, przecież dwie dwójki to takie combo, że pół dnia będę odtykać. Przyciskam srebrny przycisk i niczym grzyb atomówki woda podchodzi do góry, niemalże po same brzegi... Nie było zbytnio czasu, pod wpływem desperacji wzięłam woreczki spacerowe mojego psa i zamykając drzwi łazienki, wypróżniłam się w kuckach do jednego z nich. Na szczęście nie mam yorka, więc jakoś to poszło. 
Jak już chwile grozy miałam za sobą, zalała mnie fala wku*wienia. W akcie zemsty i nauczki zostawiłam bratu ten zawiązany na supełek pełny po brzegi worek z nie-psią-kupą na klawiaturze komputera. Nie żałuję.

PS Nic się z tego worka nie wydostało, klawiatura cała i wypucowana sto milionów razy przez właściciela. Tylko pokój trzeba było wietrzyć ze dwa dni.

#THIq4

Mieszkam sama, ale czasami odwiedzam rodzinę. Zazwyczaj jadę do nich autobusem, trasa zajmuje 3,5 godziny, więc często zasypiam. Ostatnio spotkałam znajomą, która również jechała w swoje rodzinne strony. Usiadłyśmy razem w autobusie. Trochę pogadałyśmy, potem ona założyła słuchawki, a ja odpłynęłam. Ze snu obudziła mnie znajoma, która zaniepokojona powiedziała mi, że wydawałam dziwne dźwięki. Spojrzałam po autobusie, jedni ludzie patrzyli, inni odwracali właśnie głowy. Warto wspomnieć, że zazwyczaj jeździłam z ludźmi, których znałam z widzenia właśnie z tego autobusu. Okazało się, że zawsze jęczałam podczas jazdy, ale nikt nie miał odwagi zwrócić mi uwagi. Dowiedziałam się też, że nazywają mnie jęczącą Martą...
Już w domu zapytałam o to rodziców i siostrę, ale nikt nigdy nic nie zauważył. Miałam dosyć wyciszony pokój i zwykle szłam spać ostatnia, może to dlatego. Poprosiłam jednak siostrę, by tym razem spała ze mną i w razie czego mnie nagrała. Już pierwszej nocy ją obudziłam. Byłam przerażona jej nagraniem. Jęczałam tak głośno, że nie sposób było przy mnie zasnąć. Poczułam też wstyd.
Te odgłosy nie klasyfikują się jako chrapanie, robię je w różnych pozycjach podczas snu, pomaga tylko obudzenie mnie. Nie wiem właściwie, co zrobić i jak temu zapobiec. Nauczyłam się na razie nie spać w miejscu publicznym.

#Lfr8B

Dzień Kobiet. W mediach jak zwykle mieszanka sztucznych i powtarzalnych co roku życzeń „dla naszych kochanych pań!”. Całe miasto paraduje z kwiatkami. Są wszędzie głosy, że Dzień Kobiet to relikt epoki, którego szanująca się kobieta XXI wieku nie powinna tolerować. Kobiety z kwiatkiem wyzywa się od naiwnych. Fakt, bycie kobietą zawsze było pewnym absurdem, zwłaszcza 8 marca.

W tym roku Dzień Kobiet obchodzę w cieniu rekonwalescencji – kiedy to po tylu latach chodzenia po lekarzach z problemami, gdzie byłam odsyłana z nieśmiertelnym „taka pani uroda” ewentualnie „po dziecku przejdzie” lub w skrajnych przypadkach „a próbowała pani schudnąć?” (gdzie słysząc tę radę, nawet nie miałam nadwagi), trafiłam w końcu na lekarza, który wysłuchał, porządnie przebadał... tylko po to, żeby okazało się, że choróbsko faktycznie się tam czaiło. Potem operacja, wycięcie większości kobiecych narządów, które już były i tak bezużyteczne. Jak się z tym czuję? Gorzko, zmęczona, ale też czuję pewną ulgę. Lekarz zalecił mi spacery, więc przeszłam się dzisiaj, a przechodząc koło kwiaciarni, kupiłam sobie pojedynczego żonkila. Ktoś by pomyślał, że po tym, co mnie spotkało, nie powinnam „wspierać” tego idiotycznego święta. Podczas gdy ja go kupiłam z zupełnie innego powodu. Otóż te 30 lat temu mój cudowny dziadek miał taki mały psotny zwyczaj 8 marca. Wstawał rano, biegł do ogrodu babci, ucinał kilka żonkili, po czym wskakiwał do samochodu, żeby przywieźć je do nas do domu i dać je w prezencie mi i mojej mamie. Miał przy tym minę jak urwis, który wiedział, że mu się ten mały figiel upiecze, mimo że babcia pewnie go ochrzaniała co roku za zrujnowanie jej grządki z kwiatkami. I tak żonkil jest dla mnie tym wspomnieniem o dziadku i o takiej innej, bezpieczniejszej epoce. I chyba o to chodzi. Nie o puste gesty. Jednak dałabym dziś wiele za to, żeby jeszcze raz zobaczyć dziadka z tą jego psotną iskierką w oku, gdy pojawiał się u nas w drzwiach z tym bukietem świeżo urwanych żonkili.
Czaroit Odpowiedz

Nie rozumiem, co ma choroba autorki do obchodzenia Dnia Kobiet. Nie widzę związku.
I nie rozumiem, co jest w tym święcie bardziej idiotycznego, niż w pozostałych świętach.

Dla mnie wszystkie święta są tak samo idiotyczne, bez wyjątku. To takie sztuczne zwracanie uwagi na jakiś aspekt życia, i powszechny nakaz celebrowania go tego akurat dnia, bo planeta zrobiła kolejne okrążenie wokół Słońca. Czyste kretyństwo.

Jednak nie zmienia to faktu, że o niektórych świętach pamiętam, bo po prostu lubię je sobie celebrować. Dla frajdy. Urodziny i prezenty, Tłusty Czwartek i twarogowe pączusie, Dzień Kobiet i kwiatuszki. A w Sylwestra piję sobie szampana. Bo czemużby nie? :)

Głupie? Owszem. A przy okazji przyjemne i zabawne. I o to w tym właśnie chodzi. 🙃

Meanness Odpowiedz

Dziękuję, że Pani żyje. Mam nadzieję, że będzie Pani zawsze zdrowa i szczęśliwa.

#UuS0k

Z góry uprzedzam, że będzie to żalenie się na nasze państwo z dykty.
Mam 24 lata, studiuję i pracuję, obecnie pracę tę właśnie zmieniam. Najgorsze jest to, że jak ktokolwiek słyszy, że student, to nie ma mowy o czymś innym niż najniższa krajowa. Osobiście mi to nie przeszkadza, ale jednak boli, gdy słyszę od rodziny: „Jezu, ale co ty, za najniższą krajową robisz?!”. Pomijam fakt, że rynek pracy dla młodych wygląda tragicznie (janusze biznesu płacący 20 zł/godz., status studenta konieczny wraz z jednoczesną dyspozycyjnością od poniedziałku do niedzieli, wymagane doświadczenie min 3 lata, ale nie masz jak go zdobyć itd.). 
Rozmowy rekrutacyjne to również żart, sceny jak z filmu „sprzedaj mi ten długopis” (praca w sklepie spożywczym za najniższą) to nie żart, spotkałam się z tym. Co ciekawe, usłyszałam też, że mnie nie zatrudnią, bo mam za wysokie kompetencje... No żeż, dla jednych za wysokie kompetencje, dla innych niewystarczające doświadczenie i kończysz pośrodku niczego.
Znajomi mają „lepszą pracę”, czytaj: mają 3 zł więcej na godzinę albo lepsze warunki, gdy pytam, jak taką znaleźć, to słyszę, że rodzice się znają z kimś itd. I znów ja o to też nie mam problemu, gdybym sama miała możliwość, też bym korzystała.
To, co mnie boli, to że to państwo nie dba o pracowników. Tyle się mówi o tym, że młodzi nie chcą pracować... Ja pracuję od 14 roku życia, a pracowałam w gastronomii, handlu, biurze, sprzątałam, zbierałam owoce (w skrócie – wiem, co to znaczy zapierdol) i szczerze nie mam z tego nic. Jak skończę studia, liczę, że to coś zmieni, że coś ruszy, ale to też środowisko, gdzie liczą się kontakty.
No cóż, jak to wszystko będzie tak dalej szło, to robię stand-up, ostatnie 10 lat to wystarczający materiał.
Pozdrawiam wszystkich młodych w podobne sytuacji.

#4oBYo

Mam 24 lata i nigdy nie zaznałam miłości. Ani od rodziców, których nie mam, ani od rodziny, która, od kiedy pamiętam, mówiła mi, że mnie nienawidzi i zniszczyłam im życie istnieniem, ani od przyjaciół, których nigdy nie miałam – a przynajmniej nie takich prawdziwych. Jedyne czego pragnę w życiu, to chociaż raz być naprawdę kochaną, ale przez moje własne wybory jest to niemożliwe. Zawsze wybieram ludzi, którzy potrzebują wsparcia, naiwnie myśląc, że odwdzięczą się tym samym. Mój obecny chłopak od początku nie był dobrym wyborem, a mimo to w to weszłam. Miły, spokojny, rozgadany, ale przy okazji egoistyczny, nieumiejący słuchać, manipulant. Od dwóch lat notorycznie błagam, żeby zaczął słuchać, kiedy do niego mówię, żeby pytał, co u mnie, żeby się zainteresował, nawet jego znajomi mówią mu, że przesadza, a mimo to nie potrafię tego zakończyć. Boję się, że nie znajdę nikogo, dla kogo będę cokolwiek w życiu znaczyć i jestem za stara na zmianę partnera, bo chciałabym założyć prawdziwą rodzinę, mieć kochający dom, kogoś, kto będzie oparciem, a nie chcę tego robić w wieku 35 czy 45 lat. Boję się, że nigdy nie zaznam od nikogo prawdziwej miłości...

#DXp0C

W sąsiedniej miejscowości, 10-15 minut od mojego domu, była całkiem fajna restauracja. Skromny, ale gustowny wystrój, smaczne dania i niskie ceny. Ogólnie idealne miejsce, żeby wpaść na porządny obiad lub na szybką przekąskę. Miejsce to cieszyło się dużą popularnością. Do czasu...

Któregoś dnia do lokalu zawitała pewna znana restauratorka ze swoim programem i urządziła tam rewolucję. Przebiegu samej rewolucji nie widziałem, ale widziałem skutki. Akurat wracałem do domu i zauważyłem, że właściciele wywiesili transparent informujący, że u nich był rewolucja. No to ja zaciekawiony zmianami wszedłem do środka i tutaj przeżyłem pierwsze rozczarowanie. Fajny wygląd lokalu został zastąpiony kiczem. To wyglądało, jakby ktoś po kosztach próbował zmienić wiejską chatę w dwór Ludwika XVI. Wszędzie kiczowate ozdoby ze sklepu za złotówkę, kolor z kremowego na jakiś różowawy, ogólnie masakra. Akurat nie miałem czasu, żeby zostać i coś zjeść, więc poszedłem do domu.

Okazję do degustacji dań miałem jakieś 2-3 tygodnie później. Zaszedłem do lokalu. Obsługa, wcześniej miła i uprzejma, teraz zachowywała się, jakby im ktoś kij od szczotki w cztery litery wsadził. Dostałem menu. Patrzę i cieszę się, bo wszystkie wcześniejsze dania zostały, a i doszło kilka nowych. Tylko ceny zrobiły się ze trzy razy wyższe... Myślę sobie trudno i zamawiam zupę cebulową. Po chwili dostaję zamówioną zupę. Próbuję... i w tym momencie mało pawia nie puściłem. Wcześniej smaczna i pożywna, teraz smakowała jak woda z sokiem z cebuli. W skrócie: to było niejadalne. Proszę kelnera do siebie i informuję go, że to jest niejadalne i że zgłaszam reklamację. Ten się tylko roześmiał i powiedział, że mam płacić. Po dłuższej dyskusji zapłaciłem, ale już nigdy więcej nie poszedłem tam na obiad.

Rewolucja miała miejsce jakieś 2-3 lata temu. Od roku lokal stoi zamknięty. Ciekawe czemu...

#rLdzZ

Mam żonę, psa i trzy koty. A właściwie to dwa koty są "moje", a pies i trzeci kot przyszły "w pakiecie" z żoną. Tak sobie spokojnie żyjemy w sześcioro, aż tu nagle żona miała wypadek. Nieistotne jaki, ale istotne, że trafiła na bardzo długie L4, a należy do osób, które szału dostają, kiedy nic nie robią. No i znalazła sobie zajęcie - zaczęła czytać o żywieniu psów i kotów, udzielać się na jakichś grupach i forach na temat BARF-a, porobiła całemu towarzystwu wyniki z krwi*, nakupiła jakieś magiczne suplementy, siedzi i kruszy w moździerzu skorupki z jajek na mąkę itd. itp. Po prostu praca na pełen etat.

Któregoś wieczoru, gapiąc się jej przez ramię, jak znowu rozważa z obcymi ludźmi z internetu jakieś sprawy życia i śmierci typu "jak drobno pokroić marchewkę?", mówię: "Te zwierzaki to ci cały dzień zajmują. Kojarzysz jeszcze, że ja też trochę uwagi potrzebuję?". Jej reakcja mnie zaskoczyła i rozbawiła jednocześnie. Otóż uznała, że moją dietę też będzie układać, skoro uważam, że tego potrzebuję. Najpierw jakiś czas notowała wszystko, co wkładam do ust, a potem zagoniła mnie na badanie krwi. Okazało się, że mam wszystko w normie poza cholesterolem i INR. Po konsultacjach i lekturze czeluści internetu równie wnikliwej jak w przypadku psa, postanowiła sprawdzić, czy ten cholesterol to kwestia genów, czy diety, więc zmieniła mi dietę. Mam co chciałam - uwagę żony, chociaż niekoniecznie w takiej formie, jakiej chciałam.

Pozdrawiam, świeżo upieczona, absolutnie nieideologiczna (i mam nadzieję, że tymczasowa) weganka.

---
*Wyniki samego psa były dwa razy droższe niż moje, chociaż mi robiła ich więcej.
Dodaj anonimowe wyznanie