#Mc7ea
#Jjoe1
Ostatnio w związku z tym naszły mnie przemyślenia i zapytałam mojego męża, co by dał sobie wyciąć, gdyby mógł uratować mi życie.
Okazało się, że nie zrezygnował by z płodności ("No może oddałbym jedno jajko"), ale na pewno nie dałby odciąć sobie genitaliów.
Okazało się więc, że pomimo wspólnych 18 lat i 10 latach małżeństwa ch*ja nie jestem dla niego warta...
#UKRR6
Zacznijmy od tego, że alkoholiczką nie jestem, piję tylko w określonych przypadkach, a właściwie w jednym.
Gdy moi rodzice wracają do domu.
Ogólnie przez 3/4 roku mieszkam sama (ja na zachodzie Polski, a oni krążą po różnych delegacjach zagranicznych i wyjazdach po całym świecie), ale czasem się zdarza, że wracają, i to jest koszmar.
Awantura jest od samego wejścia, bo buty krzywo stoją, bo ścierka leży na blacie, bo ręcznik jest mokry (nic dziwnego, skoro chwilę wcześniej wycierałam ręce). Na te kilka dni moje życie zamienia się w koszmar z dzieciństwa. Oprócz ciągłych awantur mam wyrzucaną połowę jedzenia z lodówki (bo za dużo żresz), każde moje wyjście jest okraszone lustrowaniem mojego stroju z tekstem (przestań żreć, zobacz jak wyglądasz). Zabieranie mi talerza spod nosa to też już codzienność, a muszę dodać, że moja waga jest i zawsze była w normie.
Przez to wszystko co miało miejsce w moim domu od prawie dziesięciu lat jestem bulimiczką. Udało mi się wygrać z chorobą bez niczyjej pomocy, ale gdy oni wracają, to ledwo panuję nad sobą, by do tego nie wrócić.
Wszystko co zrobię jest złe, krzywe, obrzydliwe, żałosne.
I wtedy zamykam się w pokoju i sięgam po małą małpkę schowaną w szafie. Jeden łyk i jestem w stanie nie dać im satysfakcji rozryczenia się, odłączam się i skupiam na czymkolwiek innym.
Co najciekawsze, na co dzień alkoholu nie lubię. Ale swoją rodzinę tylko po nim mogę znieść. Mimo że wiem, że to nie rozwiązuje moich problemów, to jest mi łatwiej. Po prostu.
Wiem, że powinnam się wynieść, ale gdy ich nie ma, mam opłacone wszystko łącznie z rachunkami i jest naprawdę dobrze. Dzięki temu od trzech lat pracuję ile mogę i gdzie tylko mogę, by odłożyć sobie pieniądze na życie w innym mieście. Został mi tylko rok. Rok i ich więcej nie zobaczę.
A jedyne czego bym chciała w życiu, to by ktoś kiedyś wprowadził testy psychologiczne dla przyszłych rodziców, bo wiem, że nie tylko ja miałam koszmar w domu. Setki tysięcy osób przeżywało coś podobnego tylko dlatego, że ich rodzice to świry. Na zewnątrz idealni rodzice, w domu potwory. Życie jednego mnie nauczyło: Nikt cię tak bardzo nie zniszczy, jak własny rodzic.
#MvQXk
1) Pan A, wydawał się bardzo ciekawy, w dodatku skończył ten sam kierunek studiów co ja, więc sądziłam, że będziemy mieli dużo tematów do rozmowy. I tak w zasadzie było, po zapoznaniu się w kawiarni zaproponował kino. Zgodziłam się. Jednak w kinie dziwnie się poczułam, gdy bardzo upierał się przy tym, że on zapłaci także za mój bilet. Ostatecznie się zgodziłam, no bo cóż, może facet po prostu jest takim typem mężczyzny, nawet miłe. Po filmie odprowadził mnie pod dom i właściwie tyle, miło spędzony wieczór, trochę zdążyliśmy pogadać i się poznać. Jednak ledwie godzinę po tym, gdy się pożegnaliśmy, zadzwonił do mnie, mówiąc, że stoi pod moim domem i nalega, żeby wejść, bo "tak dziwnie mi, że sponsorowałem kino i nie dostałem nic w zamian" (wiadomo co miał na myśli). Kontakt urwałam natychmiast.
2) Pan B, który w pierwszych minutach pierwszego spotkania oznajmił mi, że on bardzo dobrze zna kobiece zagrywki i mam nic nie próbować, bo i tak ze mną wygra (?). Spotkanie nie było zbyt miłe, podczas niego opowiadał mi, jak to wspaniale zakończył poprzedni związek, bo jego kobieta nie dała się WYTRESOWAĆ, oraz że kobiety powinny być ograniczone przez mężczyznę, bo same nie potrafią logicznie myśleć. Szybko się ulotniłam, a ów pan potem wysyłał mi mnóstwo wiadomości o tym, że odrzuciłam go, bo nie dał się zmanipulować i nie wydał na mnie ani grosza, a pewnie tego oczekiwałam. Na koniec dodał, że jestem taka, bo nikt mnie dawno nie przeleciał i on może mi pomóc. Kontakt urwany.
3) Pan C, który na pierwszym spotkaniu skrytykował mnie, że planuję się rozwijać zawodowo, bo powinnam zamiast tego rodzić dzieci. Nie wiem, czy to był żart, ale z pełną powagą oświadczył, że ma bardzo dobre geny i jeśli się dostosuję, to mogę skorzystać. Dziwny człowiek, całe spotkanie trwało ledwie godzinę. Po spotkaniu wysyłał mi zdjęcia swojego 2-letniego siostrzeńca z pytaniem, czy zazdroszczę (???).
4) Pan D, który na spotkanie przyszedł z dwoma kolegami, którzy - jak potem stwierdził - mieli ocenić, czy ja się nadaję. Całe spotkanie wyglądało tak, że ci rozmawiali jedynie we trójkę, a ja siedziałam milcząc i pijąc kawę, nikt z nich nawet słowem się do mnie nie odezwał. Szybko sobie poszłam, gdy jeden z nich zasugerował, że mogłabym postawić całej trójce obiad. Następnego dnia pan D wysłał mi bardzo długą wiadomość o tym, że jestem zapatrzoną w siebie paniusią i nie umiem się bawić, a gdybym ten obiad postawiła, to on mógłby się zrewanżować za to w łóżku... Po jakimś miesiącu po zerwaniu kontaktu napisał do mnie ot tak nagle, czy pożyczę mu 10 tysięcy. Cóż...
Nie wiem dlaczego mam aż takiego pecha, albo po prostu może źle oceniam profile facetów na portalach, ale jak na razie mam dość szukania drugiej połówki.
#ooXnj
#mWKSS
Wielu pytało się co z ciążą tej L. która chciała w perfidny sposób na mnie i nie tylko na mnie zarobić.
Obecnie L. jest w siódmym miesiącu ciąży i przebywa w szpitalu na oddziale ginekologiczno-położniczym (patologia ciąży).
Co do samego seksu, czy to w kiblu czy u moim mieszkaniu, używałem prezerwatyw, dodatkowo zapewniała mnie, że bierze tabletki hormonalne.
Co do sprawy sądowej wyszło na jaw tzw. drugie dno. Otóż L. chciała bowiem wykorzystać sprawę i tym samym wyrok skazujący mnie do LEGALNEJ aborcji. Niby wszystko układa się logicznie, skoro ta ustawa JESZCZE nie przeszła, to jest dopuszczalna aborcja, jeśli ciąża powstała w wyniku przestępstwa, a że sam fakt współżycia z nieletnią poniżej 15 jest przestępstwem, to wniosek jest nader oczywisty. Tylko że L. nie przewidziała 2 potencjalnych okoliczności:
- To, że w przypadku nieletnich ciężarnych to rodzice bądź opiekun prawny decydują czy może ona poddać się ewentualnie legalnej aborcji.
- To, że aborcji może dokonać dopiero po prawomocnym wyroku sądowym, a jak wiadomo rozprawy sądowe trwają miesiącami a nawet latami, szczególnie jeśli chodzi o przestępstwa na tle seksualnym.
Zaraz po mojej sprawie sądowej zorganizowałem spotkanie z jej ofiarami (personalia poznałem w trakcie postępowania przygotowawczego przeciwko L. w sądzie rodzinnym). Wspólnie ustaliliśmy, że zaraz po narodzinach jej dziecka poddamy się badaniom DNA mające ustalić, które z nas jest ojcem dziecka. Ja ze swojej strony ustaliłem, że jeśli to ja będę ojcem dziecka L. (w końcu żadna antykoncepcja nie działa w 100%) to oczywiście będę łożył na jego utrzymanie, oczywiście z zaznaczeniem, że każda złotówka pójdzie na jego potrzeby, a nie na zachcianki L. oraz że będę miał możliwość widywania się z dzieckiem kiedy będę chciał. Reszta miała różne zdania.
Co do samej L., tak po ludzku trochę szkoda mi się jej zrobiło, w końcu przez sam fakt ciąży a później macierzyństwa ma zniszczone życie, a jeszcze ciąży na nią opinia publiczna oraz rozprawa przed sądem rodzinnym (w którym ja będę pokrzywdzonym). Zarzuty jakie ma to:
- Demoralizacja (w końcu która 13-latka de facto się prostytuuje).
- Szantaż oraz jej usiłowanie (w końcu i mnie miała szantażować).
- Niekorzystne rozporządzenie mieniem na szkodę jej ofiar (w końcu jej ofiary płacili za milczenie).
A co do lokalnej społeczności, w końcu zacząłem odzyskać swoje dobre imię, jak oprócz wyniku procesu w prasie (który wówczas nic nie zmieniło) ludzie dowiedzieli się o rozprawie w sądzie rodzinnym w sprawie L. Owszem są osoby, które mimo wszystko dalej uważają mnie za pedofila. Ciekawe tylko czy gdyby im taka sytuacja się przytrafiła, to tak samo by gadali.
#xW5KV
Mama funkcjonuje w związku na zasadzie "jestem najbiedniejsza". Czyli mama jest najbardziej chora, najgorzej się czuje, najwięcej robi. Oczywiście wszystko na zasadzie "ja się przecież nie skarżę". A jak ktoś chcę ją wyręczyć w obowiązkach to nie, bo ona się czuje niepotrzebna. Czyli w efekcie narzeka, ale pomóc sobie nie da.
Czepia się ojca. O wszystko. O ile kiedyś to rozumiałam, tak teraz zauważyłam, że to już jest przesada. Ojciec nie może mieć znajomych. Jak przyjdzie do niego jakikolwiek SMS, to są pretensje, że na pewno od kochanki. Pretensje są też o to, że jak ma wolne, to nie siedzi w domu, tylko jedzie do kumpla na pogaduchy, do innego na kawę. Natomiast jak siedzi w domu, to są pretensje i krzywe spojrzenia o nic. Błędne koło.
Pretensje, bo za późno wraca z pracy. Ojciec jeździ dostawczakiem, więc jego powrót często zależy od warunków na drodze. Wraca o 20 - dlaczego tak późno? Pewnie ma babę na boku. Wraca o 17 - co, jednak się da wcześniej? Pewnie baba na boku dzisiaj zajęta.
Oczywiście kiedy zwróci się uwagę, to jest obraza majestatu, tekst typu "w ogóle się nie będę odzywać" i ogólny foch.
Ona się męczy, ojciec się męczy i ja się męczę, bo już nie mogę tego słuchać.
Boję się tak skończyć. Oto jak nawet na dorosłą osobę wpływa zachowanie rodziców.
#iwJf6
Jednej niedzieli poczułam się źle będąc w wyżej wymienionym miejscu. Mama jednak nie wierzyła mi, myśląc, że szukam jakiejś wymówki, aby szybciej wyjść.
Później uwierzyła.
Zrzygałam się w kościele.
Obrzygałam ją, całą podłogę i dwie panie siedzące obok.
Nie wiem, czy gorsze jest to co zrobiłam, czy to, że mama szybko uciekła mówiąc, że posprzątają to te stare panie, które siedzą w pierwszym rzędzie.
#6eDUU
Czy wiedzieliście, że córka na 18 urodziny dostaje od matki zasuszony kawałek swojej pępowiny - ten, który odpada sam? Ja nie, dopóki takowej nie dostałam, w zielonej kopercie na dodatek. Ponoć gdy dziewczyna rzuci za siebie tę pępowinę, gdy idą za nią "ładni chłopcy" (jak to określiła babcia), będzie miała w życiu szczęście do facetów i wejdzie w dorosłość. Cóż, po pierwszym wyjściu z szoku podziękowałam grzecznie i schowałam cholerstwo głęboko do szafy. Aż do dzisiaj, prawie 5 lat później, gdzie dzień walentynek połączył mi się z przygotowywaniem do przeprowadzki i paskudnym humorem związanym z niedawnym rozstaniem.
Stojąc przy wyborze: targać to ze sobą do nowego mieszkania czy wyrzucić, coś mi szurnęło w głowie i postanowiłam zapewnić sobie przyszłe szczęście wykorzystując zawartość koperty.
Tak więc idę przez miasto do sklepu, ze skurczonym zaschniętym fioletowym czymś w kieszeni kurtki (nie mam pojęcia skąd taki kolor) i rzeczywiście udaje mi się całkiem szybko natrafić na grupkę całkiem-całkiem facetów idących na imprezę (wnioskując ze strzępków rozmowy). Wyprzedzam ich. Długo się nie zastanawiając, z nadzieją, że nie zauważą, że coś rzucam - lub broń boszu nie podniosą - rzucam pępowiną za ramię. Lotem koszącym spada prawie przed nosem jednej z ofiar, ale na szczęście zapadająca ciemność i chyba już jakieś przyjęte promile sprawiły, że żaden nic nie zauważył.
Zadowolona, że tak pomogłam przyszłemu szczęściu zawracam, żeby wrócić na drogę do sklepu.
Po to, żeby zauważyć, jak pies pani idącej za chłopakami obwąchuje i zjada moją pępowinę.
Nie wiem, jaką przyszłość w miłości mi to wróży, ale chyba nie jest najlepiej.