Jestem żywą kopią mojej Babci, co ma znaczenie dla dalszego ciągu.
W poprzednim tysiącleciu, gdy Babcia była młodą kobietą, szczęśliwie zaręczoną, niedaleko jej wioski stał stary dom – quasi mały dworek. Przepiękna budowla, na sprzedaż, tyle że nikt nie chciał jej kupić. Podobno była nawiedzona. Nabywcy, po tygodniu spędzonym w posiadłości, szybko wycofywali się z umowy. Rzekomo w całym domu słychać było kroki, szepty, jęki.
Babcia wyszła za mąż za syna bogatego gospodarza, a ponieważ od zawsze darzyła ów dworek sentymentem, namówiła świeżo poślubionego męża na jego zakup. Dziadek, choć z oporami, zgodził się nabyć upiorną posiadłość dla ukochanej. Szybkie odświeżenie wnętrz i nowożeńcy mogli się wprowadzać. Wtedy się zaczęło... Stuki, krzyki, skrzypienia, trzaski otwieranych drzwi, znikanie przedmiotów... Dziadkowie doświadczali tego przez jakiś czas noc w noc. Dziadek, chory ze strachu i bardzo przesądny, błagał żonę na kolanach, by „wynieść się precz z tego czartowskiego siedliska”, ale Babcia była nieugięta. Mogła pójść do samego piekła i wrócić stamtąd nietknięta. Postanowiła dokładniej zbadać sprawę.
Przez kilka nocy niemal nie spała, przysłuchując się odgłosom. Wreszcie, zlokalizowawszy ich źródło, kolejnej nocy zakradła się do jednego z pokoi na górze. Zastała tam... sąsiada z posiadłości obok! Wył, tupał, szurał przedmiotami. Przyłapany na gorącym uczynku próbował dać nogę, ale Babcia, uzbrojona w polano, silna i zręczna, skutecznie uniemożliwiła mu ucieczkę. Przyciśnięty do muru wyznał prawdę.
Istniało jakieś stare prawo, umożliwiające przyłączenie obszaru dworku do posesji sąsiada, jeśli odpowiednio długo nie znajdzie się na niego nabywca. Sąsiad ani myślał wydawać na dworek pieniędzy, wolał poczekać... i wypłaszać ewentualnych zainteresowanych. To on rozpuścił plotki o „nawiedzonym domu”. Babcia obiecała milczeć (mieszkańcy wioski dokonaliby na sąsiedzie samosądu za takie zagrywki) w zamian za zostawienie ich w spokoju. Od tego dnia duchy zniknęły, a sąsiad unikał Babci jak ognia.
Czasy obecne. Po roku od ślubu (za granicą, byli tylko rodzice) przeprowadziliśmy się –
Babcia przepisała na mnie dworek w zamian za dożywocie. Bałam się trochę kosztów utrzymania takiego domu, ale w końcu uległam. Przy okazji odwiedziliśmy też, po raz pierwszy razem, rodzinę męża, pochodzącą z tej samej wioski. Babcia dziwnie nalegała, by wybrać się z nami. Jego dziadek omal nie zemdlał na mój widok, a moja Babunia, która weszła zaraz za mną, prawie zeszła ze śmiechu.
Tak, proszę państwa – dziadek mojego męża okazał się tym sąsiadem :). W domu Babcia opowiedziała mi w sekrecie powyższą historię.
Tylko wiecie co? Czasem dalej słychać kroki...
Jakieś 2 lata temu moja córa (wtedy 9-letnia) miała w szkole organizowany bal przebierańców. Szkoła uznała, że normalne imprezy na sali gimnastycznej są już nudne, więc na ten cel wynajęła park znajdujący się na obrzeżach (są tam dwie wiaty, ogniska itp.). Dzieci miały stawić się na 12:00 w tym parku, ze sobą powinny mieć kiełbaskę i jakiś chleb/bułki na ognisko. Córka od początku mówiła, że ona nie chce być księżniczką, tylko mieć jakieś oryginalne i śmieszne przebranie. Długo się nad nim zastanawialiśmy, ale wpadliśmy na idealny plan. Mam psa. Jest to mieszaniec, jednak wielkości owczarka niemieckiego. Szkolony od małego, ułożony i jest jednocześnie najlepszym przyjacielem mojej córki. Postanowiliśmy, że córa przebierze się za taką typową babcię (siwe krótkie włosy, laska, jakieś babcine ciuszki), a psu przydzielimy rolę psa przewodnika. Tak jak dla córki przebranie znalazło się całkiem dobre (zresztą problemu ze znalezieniem laski nikt by nie miał), tak dla zwierzaka sam musiałem coś wyprodukować. Wiadomo, chodziło o zabawę, więc po prostu napisałem na lekkim kartonie „PIES PRZEWODNIK” czy jakoś tak, z jakichś skrawków materiału wraz z żoną zszyliśmy coś, co imitowało uprząż – i gotowe. Razem z psem i córką wyruszyliśmy w drogę.
Pojawił się tylko mały problem – zapomniałem o bułkach. Zatrzymaliśmy się więc przed marketem, córka została na dosłownie 3 minuty razem z psem przed wejściem, a ja w tym czasie szybko zakupiłem pieczywo. Co mogło pójść nie tak?
Cóż, no całkiem sporo
Kiedy wyszedłem, zostałem świadkiem... dziwnej sceny.
Konkretnie to okazało się, że jakaś mama z dzieckiem po zobaczeniu stroju psa przewodnika serio uwierzyły, że to pies przewodnik i poleciały uradowane go wygłaskać i w ogóle nadziwić się tak niezwykłym osobnikiem. Zanim córka zdążyła jakkolwiek zareagować, z drugiej strony nadszedł pan w podeszłym wieku, który dał OGROMNY ochrzan tej kobiecie z dzieckiem i teraz półkrzykiem tłumaczył jej, jak ona głupio zrobiła, że kto to widział psuć pracę psa przewodnika. No myślałem, że zabije tę kobietę normalnie.
Ostatecznie ja i moja córa byliśmy tak zszokowani, że nawet nie powiedzieliśmy, iż to tylko kostium, kobieta z dzieckiem odeszły, a facet powiedział tylko, że moja mała jest bardzo dzielna i też poszedł.
Serio, nie wiem co tam się odprawiło.
Jestem psychologiem dziecięcym. Pracuję z młodzieżą od 6 lat. Dzisiaj usłyszałam najgorszą rzecz w życiu. Poinformowałam matkę 16-letniej dziewczyny, że ryzyko popełnienia samobójstwa przez jej córkę oceniam jako wysokie, nawijam o konieczności wsparcia, zrozumieniu, depresji itp. Na to matka na mnie w krzyk, że „nie będzie ich gówniara samobójstwem straszyć” i cała litania, co ona musi przez córkę od 4 miesięcy znosić, że w dawnych czasach inne było wychowanie i ona za takie rzeczy by w mordę dostała, że ona tyle poświęca...
Burzy się we mnie ze złości, ale pytam grzecznie: „Co pani zrobi, jeśli córka rzeczywiście to zrobi?”. „Pogrzeb” – odpowiedziała.
Jej zimne oczy i nienawiść zapamiętam chyba do końca życia.
Rozumiem, że można być złym na swoje dziecko, ale miałam wrażenie, że ta kobieta naprawdę obwinia córkę za wszystko, co jej nie wyszło i chce, żeby zniknęła z jej życia...
Ostatnio często się mówi o wypadkach drogowych i niewidoczności pieszych. Opowiem Wam o moim punkcie widzenia – kierowcy beznadziejnego.
Gdy mój rocznik uzyskał pełnoletność i całe rzesze znajomych wyruszyło na kursy prawa jazdy, mnie ogarniał strach na samą myśl spotkania ich na drodze. Z tego powodu nie poszłam na kurs i nie zrobiłam prawa jazdy. Znałam moich znajomych na tyle, by obawiać się o bezpieczeństwo swoje i bliskich. Po kilku latach jednak zrobiłam prawo jazdy i tu zaczęła się gehenna. Przepisy ruchu znałam wszystkie niemalże na pamięć. Egzamin praktyczny był dla mnie tak stresujący, że niewiele z tego pamiętam, ale zdałam go. Problem zaczął się w momencie kiedy mogłam wyruszyć na podbój dróg i autostrad... Byłam tak zestresowana, że jeździłam bardzo wolno, przepuszczałam każdego pieszego. Bałam się, że trafię na kierowcę, który może mi zrobić krzywdę na drodze, a moja bogata wyobraźnia potęgowała strach. Bałam się każdych sytuacji na drodze, stresowało mnie myślenie za innych uczestników ruchu. Świadomość, że mogę kogoś nie zauważyć, paraliżowała mnie.
Przestałam jeździć, a innym mówię, że to przez problem ze wzrokiem. Taka historia kierowcy-nierajdowca.
Mój chłopak ostatnio pracował nad wypracowaniem do swojego miejsca pracy, bo bierze udział w kursie. Pisał to około 6 godzin. Poprawiał literówki i błędy ortograficzne, dbał o interpunkcję, wszystko miało wyglądać idealnie, niemalże jak na szóstkę na lekcji języka polskiego. No i taki dokument wysłał mailowo.
W mailu zwrotnym dostał unieważnienie wypracowania, gdyż „został wygenerowany w czacie GPT”.
Nie dowierzałam i nie rozumieliśmy, na jakiej podstawie doszli do takiego wniosku.
Chłopak na szczęście zrobił zrzut ekranu z daty utworzenia dokumentu, daty ostatniego edytowania i wysłał z podkreśleniem daty wysyłki dokumentu. Uznali ten dokument.
Na następny dzień w pracy dowiedział się, że ich kierownik każdy dokument wrzuca do programu, który rzekomo weryfikuje, czy coś zostało napisane przez człowieka, czy wygenerowane w AI i nie da sobie wyjaśnić, że takie programy tylko rozpoznają, czy są błędy w pisowni, czy ich nie ma.
Ja i mąż jesteśmy wysocy. Plus minus dwa metry – on plus, ja minus. Nasza córka też wyrosła wyjątkowo i zdarzyło jej się raz po powrocie ze szkoły powiedzieć przez łzy: „Dlaczego musieliście być moimi rodzicami, gdyby nie wy, to nie byłabym taka wielka i dzieci by się ze mnie nie śmiały, nie chcę już być waszą córką”.
Zawsze byłam pulchną kluchą, a ze sportem nie było mi po drodze. Pewnego dnia, gdy byłam jeszcze w podstawówce, na lekcjach WF-u biegaliśmy na czas, a że salę mieliśmy małą, to wszystko odbywało się na szkolnym boisku. Pech chciał, że było w ten dzień okropnie gorąco, więc asfaltowe boisko prawie topiło podeszwy tenisówek.
Każdy miał przebiec dwa okrążenia na czas.
Gdy byłam w połowie pierwszego okrążenia, miałam już zadyszkę, a pot lał się strugami po mojej tłuściutkiej buźce. Wpadłam wtedy na szatański pomysł zakończenia tej mordęgi. Ledwo łapiąc oddech, przebiegłam jeszcze trochę, by być wystarczająco oddalona od nauczyciela, tak by nic nie podpadło, po czym teatralnie „zemdlałam” na trawnik obok boiska. Gdy z udawaną dezorientacją otwarłam oczy, widziałam tylko jak cała klasa, z przerażonym nauczycielem na przedzie, biegnie w moją stronę. Nauczyciel pewnie sądził, że to przez upał, na szczęście nie wezwał pogotowia ani rodziców i jakimś cudem wszystko uszło mi na sucho. Biegu oczywiście nie musiałam kończyć.
Ot, takie wyznanie leniwej, niespełnionej aktorzynki :).
Mieszkam za granicą. Jak tylko wracam do Polski i użyję jakiegoś obcego słowa, to zawsze słyszę: „O, już języka ojczystego zapomniałaś?!”. Kiedy ktoś mieszkający w Polsce nagminnie wplata w rozmowę obce słowa, nikt nie ma problemu.
Czasem wolę siedzieć tylko z najbliższą rodziną, bo oni nie robią z tego problemu.
Pewnego dnia siedmioletnia ja szłam sobie do domu. Po drodze zaczepiła mnie, znana mi bardzo dobrze, starsza pani i po prostu dała mi 2 zł „na coś dobrego”. Tego dnia stała w wiosce budka z lodami, więc postanowiłam tam zrobić zakupy. Jedząc sobie wesoło swój smakołyk... rozpłakałam się. Po prostu w mojej głowie pojawiła się myśl, że mogłam kupić cukierki albo czipsy. Lodem nie podzielę się z mamą i bratem. Jestem głupia, bo kupiłam tylko dla siebie...
Siedziałam tak i ryczałam, aż w końcu poszłam do domu. Kiedy wytłumaczyłam mamie, czemu jestem zasmarkana, zaśmiała się i poszła kupić ciastka dla wszystkich.
Za czasów szkolnych byłam raczej drobnej postury i na lekcjach WF-u koszmarnie radziłam sobie w grach zespołowych, tj. siatkówka, koszykówka, piłka ręczna to był dla mnie koszmar. Niestety lekcje wychowania fizycznego w gimnazjum przez 90% roku szkolnego wyglądały identycznie: sprawdzenie listy obecności, krótka rozgrzewka, wybieranie składów (mnie zawsze wybierano na końcu) i gra w siatkówkę lub rzadziej w koszykówkę. Na domiar złego miałam nauczycielkę, która mnie po prostu nie lubiła i nigdy przenigdy niczego nie nauczyła. Po wielu lekcjach informowała mnie przy całej klasie, że za fatalną grę wstawia mi minusa. Tak się złożyło, że w mojej klasie były dziewczyny z dość dużą siłą w rękach i takie serwowanie podczas gry w siatkówkę przychodziło im z łatwością, ale zazwyczaj były gorzej wygimnastykowane ode mnie, były mniej zwinne, bo akurat w ćwiczeniach gimnastycznych byłam świetna. Z brzuszków zazwyczaj miałam szóstkę. To nie miało większego znaczenia, jeśli nauczycielka oceniała nas przez pryzmat tego, jak gramy w siatkówkę. Mój tata kiedyś trenował, więc jak któregoś dnia opowiedziałam mu o sytuacji w szkole, natychmiast wsiadł w samochód, przywiózł piłkę i uczył mnie. Nauczył mnie więcej w godzinę niż ta kobieta przez prawie pół roku.
Pewnego dnia nauczycielka zapowiedziała, że dziś będziemy skakać przez płotki. Ucieszyłam się, bo wiedziałam, że to coś, w czym czuję się dobrze. Poradziłam sobie świetnie, ładnie skakałam, podczas gdy siatkarki przewracały co drugi płotek. Na koniec lekcji wuefistka powiedziała, że płotki zbierają te dziewczyny, które najgorzej sobie poradziły. Spojrzała na mnie i powiedziała „No, na co czekasz?”. Poczułam się, jakbym dostała w twarz.
Może dziwnie to zabrzmi, ale tamta sytuacja zraziła mnie do uprawiania sportu. Dopiero w liceum trafiłam na świetną kobietę, która w kwestii prowadzenia lekcji była mistrzem kreatywności – były tańce, gry, gimnastyka, ćwiczenia na kręgosłup, aerobik, bieganie, skoki, każda lekcja wyglądała inaczej. Z miejsca dziękuję tej pani, bo to dzięki niej uwierzyłam, że ruszać może się każdy i sport to tak obszerna dziedzina, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie