#wSDw1
Dzień rozpoczynam, gdy wstaje moja mała córka. Przygotowuję jej butelkę mleka i robię sobie kawę. Potem budzę kilkuletniego syna, przygotowuję mu śniadanie i odprowadzam do szkoły. Wracam, wstawiam pranie, szykuję obiad, idę po syna. Razem wstępujemy na plac zabaw pod szkołą. W domu jemy obiad, zmywam, wieszam pranie, idę z dziećmi na spacer. Wracam, sprzątam coś w domu, prasuję wczorajsze pranie. Wraca z pracy mąż, jemy razem kolację, kładziemy dzieci, oglądamy film, idziemy spać. Happy life... Czyżby?
Córka budzi się po kilka razy każdej nocy, więc jestem ciągle niewyspana. Syn rano nie chce wstawać, ubierać się, muszę krzyczeć. Oboje nie chcą wracać z podwórka, muszę krzyczeć. Niezależnie, czy byliśmy tam godzinę, czy pięć. Zawsze komuś coś nie pasuje w obiedzie, a mi jest przykro. Nikt nie szanuje mojej pracy w domu, wszyscy śmiecą i bałaganią. Nikt nie słucha moich próśb, prób rozmów, muszę krzyczeć. Mąż wraca zmęczony, jeśli do czegoś między nami dojdzie, to nie jest to dla mnie satysfakcjonujące.
Nie mam zupełnie nikogo oprócz męża. Inne matki pracują, nikt nie ma czasu się spotkać. Gdy gdzieś idę i zabieram dzieci, cały czas marudzą, muszę krzyczeć, żeby je jakoś ogarnąć. Nie chodzę do fryzjera ani na dłuższe zakupy, bo nie mam z kim zostawiać dzieci. Gdy zachorowałam, dopiero po dwóch tygodniach poszłam do lekarza, bo mąż wcześniej nie miał wolnego.
Mam dość. Dość tej rutyny, dość krzyków dzieci i własnych. Dość samotności. Mam rodzinę. A jestem cholernie samotna. Moje myśli się zmieniły. Kiedyś byłam wesoła i towarzyska. Teraz jest mi wszystko jedno, nic mnie nie interesuje. Nie chce mi się nic robić, zmuszam się do każdej czynności – do gotowania, do wychodzenia z dziećmi, do zajmowania domem.
Psycholog stwierdził głęboką depresję, wysłał do psychiatry, leczę się od roku, ale żadne leki nie pomagają.
PS Dziewczyny! Zanim zdecydujecie się na dzieci, upewnijcie się, że ma Wam kto pomóc.
Happy endy ssą.
Po kolei:
Głównie frustruje Cię zachowanie dzieci i próbujesz wyegzekwować inne zachowanie krzykiem. To nie jest dobra metoda. Po pierwsze są lepsze i prostsze, po drugie im więcej krzyczysz w błahych sytuacjach, tym bardziej Twój krzyk traci na znaczeniu. Twoje dzieci dostają komunikat: mama zawsze krzyczy, więc nie należy się przejmować, nic wyjątkowego. Spróbowałabym podejść do tego inaczej: na placu zabaw umów się z dziećmi kiedy wychodzicie. I nie na zasadzie "wychodzimy już", tylko "ok, macie ostatnie 3 zjazdy na zjeżdżalni/ ostatnie 3 minuty na placu i wracamy do domu". Dzieci lepiej reagują na zakonczenie zabawy, jeśli jest zapowiedziane, niż na nagle wyrwanie ich z sytuacji. Córka jest na to za mała, ale skoro syn jest kilkuletni - spróbuj go delikatnie angażować w obowiązki domowe. Może na początek za wiele nie pomoże, ale niech się uczy w tym uczestniczyć. Jeśli odkurzacz nie jest dla niego za ciezki, niech odkurza. Zróbcie z tego zabawę najlepiej - może rozłóż po domu kilka jakichś kolorowych kropek z papieru i niech ma za zadanie wszystkie wciągnąć odkurzaczem, ale chowaj je w różnych miejscach. Dorobi Ci to trochę pracy na początku, ale zaprocentuje małym pomocnikiem na przyszłość. Możesz też pomyśleć o jakiejś zabawie lub systemie nagród zachęcającym syna do wstania rano - np. jeśli nie będziesz musiała budzić go drugi raz, to popołudniu spędzicie 5 minut dłużej na placu zabaw. Za pierwszym razem.pewnie nie zadziała, ale na placu podkreślaj, że zostalibyście dłużej, gdyby wstał, ale dzisiaj zmarnował szansę i jutro dostanie kolejną. Możesz też podpytać chat gpt o podobne pomysły, jeśli te się nie sprawdza. Czy to się sprawdzi z Twoimi dziećmi? Nie wiem. Ale z moich doświadczeń z córką męża, takie metody działają na dzieci najlepiej. Wiadomo,.trzeba nad tym trochę popracować, ale efekty są tego warte.
Co do męża - przede wszystkim nie widzę w wyznaniu informacji, że mu jakkolwiek zakomunikowałaś co się dzieje w Twojej głowie i że potrzebujesz pomocy
Jeśli w spokojnych (!) rozmowach do niego nie dotrze, może weź go ze sobą do psychologa, może potrzebuje usłyszeć od kogoś z zewnątrz, że musi Ci pomóc żeby to działało. Rozumiem, że teraz nie chodzisz do pracy i większość obowiązków jest na Tobie, ale coś po powrocie z pracy mógłby przejąć. Odrabianie lekcji z synem czy choćby zrobienje jednego prania, jeśli jeszcze tego nie robi. Może w weekendy niech on wstaje do córki, żebyś chociaż wtedy mogła odespać.
Co do samego leczenia się - samymi lekami nie wyleczysz depresji, musi to być połączone z terapią. Prędzej wyleczysz depresję samą terapią, bez leków, ale nie na odwrót. I jeszcze na koniec na pocieszenie - tak jest przez pierwszych kilka lat z dziecmi, z czasem będą wymagać mniej uwagi i pomocy, więc będzie.latwiej. Beda oczywiście inne problemy, ale niekoniecznie będą Cię tak obciążać fizycznie. Stanie się to tym szybciej, im szybciej nauczysz dzieci samodzielności w różnych zakresach. Dlatego angażowanie ich w obowiązki jest teraz uciążliwe i pożera dodatkowy czas, ale jest ważne, bo procentuje na przyszłość. Mniej krzyku, więcej realnych granic
Aha, i jeszcze jedno - rozważ ewentualnie żłobek dla córki, jeśli jest w odpowiednim wieku i jeśli Was stać, może jakieś dodatkowe sportowe zajęcia dla syna? Może tam się bardziej wyżyje i nie będzie tak ciągnąć na plac zabaw?
Takie "upewnianie się" na niewiele się zda. Babcie mogą np. mówić, że pomogą, a po jednym razie mogą być zmęczone. Może ich też opieka nad dzieckiem przerosnąć. Po wyznaniu zakładam, że nie pracujesz, a zajmujesz się domem i dziećmi. Czy taki podział Ci odpowiada? Czy tak z mężem ustaliliście? Czy mąż jakkolwiek angażuje się w prowadzenie domu i opiekę nad dziećmi? Myślę, że brakuje Ci "odskoczni" od dzieci, czegoś, co zrobisz tylko dla siebie. A dzieci mogą marudzić, bo wyczuwają Twój stres i zmęczenie. Krzyk to kiepska metoda wychowawcza.
Mąż przychodzi przed wieczorem do domu i jest zmęczony po pracy, w której może też nie ma odskoczni.
1. Nie krzycz. Idź do psychologa, spróbuj popracować nad przeanalizowaniem, czym jest ten krzyk. Frustracją? Wołaniem o pomoc?
2. Zmień córce mleko na takie, które nie zawiera liberatorów histaminy, w tym maltodekstryny. Będzie drożej, ale córa nie będzie miała podrażnionych jelit i skóry, będzie lepiej spać. To samo z kosmetykami do mycia i smarowania ciała. Bez glikolu propylenowego, BHT, benzoesanu sodu i sorbinianu potasu (uwaga, czasem piszą po łacinie), najlepiej też bez olejku migdałowego i lanoliny.
3. Wyznacz synowi granice. Na przykład x godzin na podwórku. Albo baw się, ile chcesz, ale obiad będzie wtedy i wtedy, jak zawołasz, to ma zaraz wrócić do domu, umyć ręce i pomóc Ci nakrywać do stołu.
4. Co to znaczy "zawsze coś nie pasuje komuś w obiedzie"? Źle gotujesz? To, czego domownicy nie lubią? Rozmawiałaś z rodziną, w czym problem?
5. Zaproponuj catering na spróbowanie. Nie prasuj, z wyjątkiem najważniejszych rzeczy, typu biznesowe koszule. Kupuj ubrania niemnące się. A dzieciom i tak wszystko jedno. Nie pierz codziennie. Dokup odzieży, zmieńcie pralkę na większą, pierz raz, dwa w tygodniu.
6. Catering i nowe sprzęty czy osoby do pomocy w obowiązkach domowych (np. odkurzacz samojezdny czy ktoś, kto raz w tygodniu przyjdzie posprzątać i poprasować) opłacisz, idąc do pracy. Chociaż na pół etatu. W tym czasie mąż co najmniej dwa razy w tygodniu odbierze dziecko i posiedzi na placu zabaw.
7. "Gdy zachorowałam, dopiero po dwóch tygodniach poszłam do lekarza, bo mąż wcześniej nie miał wolnego" - przeczytaj spokojnie. To nie jest happy life. To jest przemoc fizyczna. Zgodnie z tym, co powie Ci każdy normalny psychotraumatolog czy terapeuta rodzin: każde działanie, które powoduje uszkodzenie ciała, rozstrój zdrowia lub pogorszenie zdrowia albo zagrożenie życia, jest przemocą fizyczną.
8. Wyrzuć ze swojego słownika frazę "mam happy life". Nie masz.
Oczywiście że leki nie pomagają bo leki nie są jakimś cudownym panaceum, które odmieni twoje życie. Psychiatra który poza przepisaniem leków, nie nakłania do terapii i zmian w życiu pacjenta, nie powinien być lekarzem.
Co to znaczy że jak byłaś chora to poszłaś do lekarza po dwóch tygodniach bo mąż nie miał wolnego? Czy jest tak ważnym człowiekiem że nie może wziąć nawet wolnego NŻ czy powiedzieć że danego dnia musi wyskoczyć na godzinę? Jeśli tak, to obstawiam że zarabia krocie i stać was na nianię. Coś albo coś. Nie więrzę że nie mógł zorganizować się tak by dać ci szansę wyjść do lekarza, ale wierzę że nie chciał. A to inna para kaloszy.
Zauważyłas ile razy napisałaś w tym wyznaniu że krzyczysz? To jest samonapędzające się koło. Jesteś zmęczona, dzieci nie są idealne więc krzyczysz, kłócicie się, ty jesteś tylko bardziej nakręcina i wkurzona, więc dzieci marudzą itd. Żeby było jasne, ja cię nie obwiniam. Tylko chcę byś dostrzegła że potrzebujesz pomocy i odpoczynku na wczoraj. 1) Jeśli macie pieniądzę, zatrudnij nianie na jeden dzień w tygodniu. Jak mąż się będzie rzucał że po co, to daj mu ultimatum: albo on się angażuje w dom bardziej albo szukacie niani. Obstawiam, że jeszcze tego samego dnia kogoś znajdzie. 2) Poszukaj kobiet w podobnej sytuacji do twojej w twojej okolicy. Jeśli mieszkasz w mieście, to jakieś zajęcia dla mam z dziecmi, czy klub młodej mamy. Kij z tematyką zajęć, masz wyjść z domu i pogadać z innymi babkami które są na tym samym etapie życia. Jeśli w mniejszej miejscowości, to jak jesteś na placu zabaw z dzieciakami, zagadaj do innych rodziców. Pomarudzić, wyrzucić z siebie negatywne emocje, pośmiać się trochę. A przy okazji może uda Ci się nawiązać jakieś głębsze relacje i stworzy koło wzajemnej pomocy, jakby trzeba było wyskoczyć do lekarza na przykład a nie było z kim dzieci zostawić (to tak w dalszej perspektywie, nie mówię byś z obcymi zostawiała dzieci).
3) Stwórz sobie swój własny, niezbywalny rytuał. To nie musi być nic wielkiego. Np. picie kawy o konkretnej godzinie, albo siedzenie 15 min w samotności, ćwiczenie jogi 30min, włączenie piosenki i tanczenie do niej albo śpiewanie jej na całe gardło. Znajdź coś, co da ci chwilę wytchnienia i reset negatywnych emocji. Coś tylko dla siebie. I nie mysl że to nierealne. Mimo wszystko masz męża, może zająć się dziećmi 15min jak ty zajmiesz się SOBĄ. Podkreślam SOBĄ. Nie kuchnią, nie praniem, SOBĄ. I rób to codziennie. Tak jak znajdujesz czas by zająć się potrzebami innych, to znajdź te 15min dla siebie. Trzymaj się mocno!!
To NIE JEST żaden "happy end". To jest coś strasznego i nie dziwię się że masz depresję.
Przestań wszystko robić w domu, jak i tak nikt tego nie szanuje. Sprzątać możesz co 2-3 dzień, prasować wszystkiego też nie musisz - możesz to robić tylko z ciuchami, w których Twój syn chodzi do szkoły. A jeden dzień w tygodniu, np. w niedzielę, daj sobie na wstrzymanie i nie rób w domu zupełnie nic, oprócz ogarniania/karmienia dzieci - i niech mąż się bardziej wykaże (musisz z nim rzecz jasna porozmawiać; ja wiem, że on zarabia, że pracuje; ale Ty tyrasz jak niewolnica, jakbyś miała dwa etaty - jeden to opiekunka do dzieci i drugi jako sprzątaczka/kucharka).
Postaraj się też znaleźć przynajmniej godzinę lub dwie w tygodniu, które będą tylko i wyłącznie dla Ciebie. Przecież ostatecznie mąż kiedyś wraca z pracy, a też nie pracuje raczej 7 dni w tygodniu.
Klasyka. Grecka bogini Nemezis miała taką ciekawą strategię, karała ludzi spełniając ich marzenia.
Wychowywałam dużo dzieci i nie krzyczałam. Zrób dzień bez krzyką z kubkiem melisy. Nie chcą jeść? Niech głodują.
Skoro nie chcą wracać z podwórka to niech siedzą dłużej. Zgłodnieją, to wrócą.
Córka autorki jest na butelce, a syn ma kilka lat, nie są w wieku do zostawiania ich samych na podwórku
Następne